niedziela, 31 lipca 2011

Już po urlopie

"Słońce zaświeciło spod nieba gwiazd, blasku roztoczyło pośród nas".

Dzień dobry, już jestem. Już po wakacjach - tych moich.
Morza podwójna kąpiel dzienna, słońce, błogie lenistwo, to już za mną.
Czas zakasać rękawy i powrócić do obowiązków. Przywitać się z tramwajami, blokowiskami, zmęczonym widokom ulicznych realiów. Stanąć twarzą w twarz z codziennością. Co roku to samo uczucie. Ale za każdym kolejnym razem coraz trudniejsze do pokonania.

Witam zatem powakacyjnie!
Do "Nawiedzonego Studia" dzisiaj (i nie tylko) na siłę nie zapraszam. To będzie leniwy wieczór, bez niespodzianek, odkryć, bez jakichkolwiek niesamowitości. Niech przed odbiornikami zatem zasiądą tylko Ci, dla których każdy nawiedzony wieczór ma jakieś znaczenie.
A.M.

sobota, 23 lipca 2011

24 lipca 2011 "Nawiedzone Studio" w rękach Krzysztofa Ranusa - RADIO "AFERA" 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!

Słońce dzisiaj zapukało do okna i powiedziało: "dalej, zbieraj się! , bo jak nie teraz to kiedy?". Męska decyzja, jednak w porozumieniu z rodzinką, no i werdykt - jedziemy! Jutro z rana. Jako, że nad morzem często Era (o pardon - t-mobile) ma kiepściutki zasięg, boję się, że odezwę się najwcześniej w piątek 29.07. Chyba, że coś się zmieniło od zeszłego roku, to wówczas w chwili wolnego czasu, szepnę do Was słówko raz po raz.
Chciałbym zaprosić wszystkich Nawiedzonych do wysłuchania jutro, tj. 24.07 "Nawiedzonego Studia", które poprowadzi w zastępstwie za mnie Krzysztof Ranus, przy realizacji prawdopodobnie Andrzeja Bukały. Na pewno będzie dużo świetnego grania. Krzysztof kompletuje muzykę już od kilku dni, aby była tylko ta najlepsza. Zarówno nasza, jak i zagraniczna. Nastawcie koniecznie odbiorniki na 98,6 FM, o godz.22-giej.
A tymczasem, ja już uciekam do nadmorskich plaż Bałtyku, uroczych wydm i iglaków.
Trzymajcie się! IN THE NAME OF ROCK !!!

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

AMORPHIS - "The Beginning Of Times" - (2011) -

 AMORPHIS - "The Beginning Of Times" - (NUCLEAR BLAST) -



Ma ten zespół coś w sobie, co go wyróżnia na plus od wielu mu podobnych. Jednak przez kilkanaście lat broniłem się przed jego muzyką. Może dlatego, że wszystkich ludzi , których napotkałem w tym czasie na swojej drodze, a ci podniecali się Amorphis, kompletnie nie wzbudzali mojej sympatii. Przez co nabrałem jakiegoś ogromnego dystansu do zanurzenia się w twórczość Finów. A ile straciłem i przychodzi mi teraz nadrabiać, pokazały dwa ostatnie lata. Pewien słuchacz mojego "Nawiedzonego Studia" usilnie namawiał mnie do kupna płyty "Skyforger" (2009), gdy ta była jeszcze nowością. Kiedy zauważył, że na nic to się zdaje, wściekł się i pewnego dnia przyniósł mi swój egzemplarz. Położył go na stole i powiedział, że mam tego posłuchać i już. Wychodząc zaznaczył, że nie ma pośpiechu, mogę się z tą płytą zaprzyjaźniać tak długo ile będzie mi trzeba. Oszalałem jeszcze tego samego wieczoru. A następnego dnia poleciałem do sklepu po taki sam egzemplarz dla siebie. Taki sam, czyli limitowany w digipacku, z jednym bonusem i dwoma technicznymi błędami, z których jeden nad wyraz zauważalny, do dzisiaj nie daje mi spokoju. Po prostu w tytułowym "Skyforger", w pewnym momencie ucieka na kilkanaście sekund jeden kanał. Z kolei błąd w "My Sun" jest niewielki i da się go przeboleć. Nie zważając na te uszczerbki płyta ta stała się jedną z moich najlepszych za rok 2009. Wracając do tych błędów, podobno w wersji standardowej (czyli tej w tradycyjnym pudelku) wszystko grało należycie.
Krótko mówiąc, zakochałem się w zbolałym śpiewie Tomiego Joutsena, a także i będącym dla kontrastu growlingiem, którego do tej pory nie cierpiałem. Podobał mi się w muzyce Amorphis ten lament, żal, smutek, romantyczność, a zarazem złość, ból i cierpienie. Wszystko to podlane staro-skandynawskimi akcentami folkowymi dawało efekt porażający. Trudno było stać obojętnie i z boku przyglądać się zespołowi, który grał to, co przecież i moje serce czuło. To był pierwszy przypadek od niepamiętnych czasów, gdzie polecono mi zespół, który mną zawładnął, a którego mój czujny nos nie zdołał wcześniej wytropić. Przeważnie tzw. rewelacyjne "polecanki" od zbolałych poszukiwaczy, wywołują we mnie muzyczną niestrawność. Tu trzeba jeszcze zaznaczyć, iż Amorphis polecił mi wnikliwy słuchacz "Nawiedzonego Studia", który dobrze spenetrował zakamarki mojej niewesołej przecież duszy.
Po takim arcydziele jakim okazał się dla mnie "Skyforger" byłem wręcz pewien, ze następna płyta (a i też wszystkie wcześniejsze) nie ma żadnych szans. W życiu nic nie zdarza się dwa razy. Można umysłem docenić wiele rzeczy, ale wykrzesać z siebie drugi raz takich samych emocji się nie da. Mimo wszystko robiłem sobie wielkie nadzieje. Przyszedł w końcu ten dzień, w którym moja Pani Listonoszka zadzwoniła do drzwi i wręczyła kopertę, w której to wnętrzu czekała piękna digipackowa edycja najnowszego dzieła Amorphis "The Beginning Of Times". Także jak "Skyforger" z jednym bonusem, ale jak się później okazało, na szczęście bez technicznych uchybień. Po pierwszym przesłuchaniu już byłem pewien, że to nie tak wyśmienite dzieło, jak "Skyforger". Czułem jednak podskórnie, że wiele da się z niego wydobyć. Wiedziałem, że znajdując dla niego trochę czasu, odpowiedniego nastroju czy nawet pogody,  tych 13 nowych kompozycji odpłacą mi się należycie. I tak też się stało. Jakże trzeba być obojętnym na piękno, by nie dostrzec go choćby w "Battle For Light", singlowym "You I Need", "Reformation" , "On A Stranded Shore" czy "Escape". Przynajmniej tyle na początek dla odpornych na metalową subtelność muzyki Amorphis. W końcu należy założyć, że podobni do mnie sprzed kilku lat na pewno błąkają się jeszcze po tym świecie. Dziś już wiem, że "The Beginning Of Times" posiada sporo ukrytego piękna, którego nie wydobędziemy po nieuważnym słuchaniu. Te słowa kieruję do wszystkich, którzy mają nachalnie okropny dar oceniania wręcz na kolanie długo tworzonych dzieł. Zawsze podziwiam takich typów, którzy już po pierwszym przesłuchaniu są mądrzejsi od jego twórców. A jeszcze najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy nie kupują płyt. To oni na tych swoich bzdetnych forach przemądrzają się jak najmocniej, jeden przez drugiego. Najnowsze dzieło Amorphis nie zostało dla nich stworzone. To pewne. To muzyka dla ludzi z wyobraźnią, potrafiących przy okazji chłonąć każdą nutę i bynajmniej nie z zestawu wypasionych głośniczków komputerowych.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

piątek, 22 lipca 2011

OZZY OSBOURNE - "Diary Of A Madman" - (1981 / 2011 SONY MUSIC) - LEGACY EDITION

 OZZY OSBOURNE - "Diary Of A Madman" - (1981 / 2011 SONY MUSIC) - LEGACY EDITION



To moja ulubiona płyta Osbourne'a. Może dlatego, iż poznając ją miałem niespełna szesnaście lat? A w takim wieku chyba najlepiej grają na człowieku emocje. Ale co tam emocje, skoro fajna "jedynka" Ozzy'ego wydana rok wcześniej, aż tak mnie nie rozbroiła. Albo coś w człowieka kopnie, albo nie. W 1981 roku do życia budziła się nowa fala metalu (i nie tylko na Wyspach!), a obok niej stary muzyczny wyga mocno podniósł poprzeczkę młodzieniaszkom z Iron Maiden, Def Leppard czy Saxon. Osbourne w swoim zespole  otoczył się, jak on zresztą sam, uznanymi sławami, z dobrze wypróbowanych zespołów, jak choćby Uriah Heep,czyli basista Bob Daisley oraz perkusista Lee Kerslake. Miał jednak Osbourne jeszcze jeden atut w rękawie - młodziutkiego gitarzystę Randy'ego Rhoadsa, który został przez Ozzy'ego zwabiony po jego braku spełnienia w Quiet Riot, które żeby było śmieszniej, zaczęło zdobywać sławę niebawem po jego odejściu. Widać Rhoadsowi tak było pisane. Szkoda tylko, że mało dowcipny scenarzysta jego życia, zaplanował jego pobyt na ziemi na ledwie 26 lat.
"Diary Of A Madman" to osiem kompozycji, na winylu układ jest po cztery na stronie. Kompozycji doskonałych. Nawet jeśli jakiś filozof oświeci mnie, że nie ma rzeczy doskonałych. W takim układzie nie znajduję innego określenia na tę płytę. Ozzy pokazał tutaj swoim dawnym Sabbathowym kolegom, dlaczego się dusił w ostatnich chwilach z nimi wspólnie spędzonymi. I vice versa zresztą, jeśli weźmiemy pod uwagę dwa pierwsze Sabbathy z Ronnie Jamesem Dio.
"Diary..." jak na 1981 rok było dziełem stricte metalowym, często szybkim i mocnym ("Over The Mountain" czy "S.A.T.O.") , ale i mroczno-sabbathowskim ("Believer" oraz "Diary Of A Madman"), posiadającym także piękną balladę "Tonight" ,o pozytywnym przesłaniu: "...musisz uwierzyć w siebie, inaczej nikt nie uwierzy w Ciebie. Wyobraźnia jest jak frunący ptak, więc wznieś się, skorzystaj z wolności..."
Jest także na tej płycie perła nad perłami, to "You Can't Kill Rock And Roll" ("...rock'n'roll jest moją religią, moim prawem i nic tego nie zmieni. Nie można zabić rock'n'rolla"). Artysta pokolorował tę kompozycję wieloma barwami, częścią akustyczną, w której zwrotka płynnie przechodzi w słodko-brzmiący refren, aby nieco później dołożyć kopa na ile to możliwe. I zmiażdżyć swego odbiorcę. To właśnie tutaj Randy Rhoads zagrał z największą pasją i wiarą w swoje nadprzeciętne umiejętności. W tych siedmiu minutach Ozzy, Randy, Bob i Lee ośmieszyli twórców przeintelektualizowanych tasiemców, zwierając formę suity w najszczuplejszą ramę. Nie zapominając o dramaturgii i wspaniałej melodii.
Na tej płycie było wszystko co potrzebne jest dziełu niezwykłemu. Paleta pomysłów rozlała się proporcjonalnymi strumieniami dla czadu, mroku i wytchnienia, spinając w klamrę idealne proporcje dla percepcji późniejszego odbiorcy.
Teraz ta wyśmienita płyta doczekała się kolejnej reedycji. Najbardziej rozszerzonej jak do tej pory i najpiękniej wydanej. Choć wiem, że zbyt często powtarzane gloryfikujące słowa, przestają robić wrażenie. Dlatego nie mam zamiaru nikogo przekonywać o wyższości tej płyty nad wszystkimi innymi solowymi poczynaniami Ozzy'ego Osbourne'a.  Niech uparci nadal żyją w przekonaniu, że np.dzieła nagrane z nudnym Zakkiem Wylde'em są tymi najlepszymi. Na głuchotę nie ma rady.
Wracając do tegoż wydania "Diary.." pragnę poinformować, że na dodatkowej drugiej płycie, dołożono koncert właśnie z tego okresu, na którym kompozycje z pierwszych dwóch solówek Ozzy'ego, mieszają się z Black Sabbathowymi klasykami: "Iron Man", "Children Of The Grave" oraz "Paranoid". O naprawdę dobrej jakości technicznej, a także i wykonawczej. To wydawnictwo wydało Sony Music w ramach nowego cyklu "Legacy Edition", które praktycznie nie różni się od seryjnego brata bliźniaka "Deluxe Edition". Również z tej samej serii ukazała się jedynka Ozzy'ego "Blizzard Of Ozz", lecz tylko w skromniejszej wersji jedno-płytowej, a tej jeszcze sobie nie kupiłem, choć dwie wcześniejsze jej wersje rzecz jasna posiadam. Że o winylu ze skromności nie wspomnę.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

YES - "Fly From Here" - (2011) -

YES - "Fly From Here" - (FRONTIERS) -
***1/2



Nazwa YES ,w muzyce rockowej, należy do tych najbardziej magicznych. Co prawda teraz muzycy pozwalają o sobie zapominać, ale mają do tego prawo, w końcu w życiu narobili się jak mało kto. Za całe lata 70-te i 80-te (także!), wystawiłbym im pomnik. A i za taką płytę jak "Talk" (1994) - także. No cóż..., ostatnimi czasy ich płyty już nie robiły na mnie zbyt wielkiego wrażenia, żeby nie powiedzieć: żadnego. Nawet ostatnia jak dotąd , wydana przed dziesięcioma laty płyta "Magnification" , pomimo zauważalnego wzrostu formy, do np. takiej "Open Your Eyes" (1997), "kołysała" do snu o każdej porze dnia i nocy.. Przepraszam jeśli komuś podobały się te płynące strumienie usymfonicznionej nudy.  W ostatnich latach tylko album "The Ladder" (1999) godnie nosił nazwę Yes. Ale to zbyt mało jak na siedemnaście lat. Trzeba było coś zmienić. Los jednak sam zadecydował. Nastąpiły bowiem problemy zdrowotne u wokalisty Jona Andersona, przez co muzyk musiał usunąć się w cień od koncertowania, intensywnego nagrywania, czy w ogóle zbyt aktywnego nadwyrężania zbolałego gardła. Na jego miejsce chętnie wskoczył młodszy Kanadyjczyk Benoit David, śpiewający w bardzo dobrej grupie Mystery, która zawsze sporo do swojej twórczości przemycała z muzyki Yes. Nie będąc bynajmniej jej kalką. Benoit David nawet swoim głosem z lekka ocierał się o Jona Andersona, tak więc wydawał się być należytym kandydatem. Muzycy z Yes, aby upewnić się, na ile jego postać godna będzie na ewentualne przyszłe lata, wzięli go pod dach i ruszyli na światowe tournee. Przy okazji, oprócz głosu Davida, wypróbowali jeszcze reakcję publiczności na taką zmianą. A raz już takową przeżyli. Z tym, że było to trzydzieści lat temu, a to w muzyce rockowej jest wiecznością. Okazało się, że B.Davida zaakceptowano, zatem muzycy powierzyli mu nagrywanie nowej studyjnej płyty, w doborowym towarzystwie: Chris Squire, Steve Howe, Alan White, Geoff Downes, a także Trevor Horn - jako stary dobry znajomy z czasów, gdy przyszło mu często śpiewać (a także produkcja i instr.klaw.) na "Drama", za J.Andersona.
Muzycy mieli długie trzy lata, by ze sobą się zgrać, polubić i stworzyć nową jakość, upieczoną ze sprawdzonych od dziesięcioleci składników.
Pierwszą rzeczą, która mnie zaskoczyła już na samym początku, to głos Benoit Davida, jakby nieco zmieniony i mniej yessowski, w stosunku do płyt z grupą Mystery, w której śpiewa odważniej. Tak jakby się bał, że złośliwi fani Andersona zarzucą mu nachalne pod niego podszywanie.
Z kolei, drugą zaskakującą rzeczą okazała się muzyka nowego Yes. Chyba najbardziej Yessowska od niepamiętnych lat. Powróciły te przyjemne partie gitary Howe'a. Te bajkowe zagrywki i przeplatanki, w których nigdy Howe nie miał sobie równych. W ogóle oprawa muzyczna albumu (wizualna także - ach ten niesamowity Roger Dean, nadworny Yessowski malarz) zapachniała nieodżałowanymi latami 70-tymi. Nawet, jeśli nie wszystko rzuca tutaj na kolana. Warto dać się ponieść magii za sprawą pierwszych sześciu kompozycji, które tworzą blisko 24-minutową suitę "Fly From Here". Z tymi pięknymi melodiami, bogatymi partiami instrumentów i ciepłemu brzmieniu. Ten nad wyraz piękny utwór należycie ogrzał moje wychłodzone mieszkanie w zimno-deszczowym okresie lata. W dwóch fragmentach tejże suity zagrał gościnnie Oliver Wakeman - syn słynnego Ricka, który to Rick także wybrał wolność i z byłym Yes-owym kolegą Jonem Andersonem, wydał w roku minionym (wspólny) przecudowny album "The Living Tree". Który, jako całość, jest piękniejszy od nowego dzieła Yes. A szkoda, bowiem suita "Fly From Here" wiele obiecuje. Niestety, później się wszystko jakoś rozjeżdża. Kolejne 4 kompozycje, średnio 3-5-cio-minutowe rażą troszkę brakiem pomysłów. Ot, takie pioseneczki sobie płynące, lecz melodiami nie czarują. Można jedynie pochwalić muzyków, że ładnie to wszystko zagrali. Bo to także jest sztuka, ratując piękną grą słabe melodie. Choć Howe'owi ta sztuka nie za bardzo powiodła się w akustycznej blubraninie "Solitaire". Na szczęście to instrumentalne pitu pitu trwa tylko trzy i pół minuty. Honoru reszty płyty broni znakomity finał "Into The Storm". Ładna melodia, ładne łamigłówki gitarowo-klawiszowe, a do tego śpiew B.Davida i T.Horna, przyjemnie cofają karty historii, tego wciąż niesamowitego zespołu, który jeszcze potrafi zaczarować. Szkoda, że tylko w nieco ponad połowie dzieła, na które przyszło czekać dziesięć długich lat.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 (4 godziny !!!)


Jaki ten nasz PiS, takie i zasrane polskie lato !

Zadzwonił do mnie rano Rafał z Rokietnicy, który akurat jest w Niechorzu nad morzem, czyli blisko miejsca, do którego i ja miałem właśnie pojechać na urlop. To znaczy mieliśmy, moja rodzinka i grono znajomych. Rafał odradzał mi przyjazdu nad Bałtyk jak tylko mógł, twierdząc, że leje tam niemiłosiernie od wtorku, w dodatku bez żadnych przerw. Z racji zaplanowanego wyjazdu śledziliśmy z moją Mundi prognozy pogodowe na wszystkich możliwych kanałach, licząc, że gdzieś może się pomylą i powiedzą to, co chcemy usłyszeć. Niestety, wedle porzekadła "człowiek planuje, Pan Bóg krzyżuje". Nadzieja na udany urlop rozprysła się w trymiga. W chwilę po Rafale zadzwonił Krzysiek Ranus, by uspokoić mnie, iż właśnie siedzi i przygotowuje audycję na niedzielę. Życzyłem mu jak najbardziej udanej, zaznaczając przy okazji, ze gdybym posiadał radioodbiornik , posłuchałbym go na pewno. Krzysiek ze zdziwieniem zapytał "a co Andrzeju, nie wyjeżdżasz? , to może chcesz jednak poprowadzić swój program?"  Odrzekłem: "nie, obiecałem słuchaczom odpoczynek od siebie, niech więc tak się stanie". Przy okazji Krzysiek oznajmił, że przemyślał sprawę i nie zakontraktuje koncertu Skid Row.  I dobrze. Jeśli już niepowodzenia, to niech przejdą jedną serią. Niech wypróżnią się i dadzą wreszcie święty spokój. Rafał powiedział, że w szczecińskim radio obiecali ludziom taki deszczowo-zimny syf do końca lipca. Także "optymizmem" powiało. No i polało w rzeczy samej. W pierwotnych planach miałem dzisiaj z rodzinką wyruszyć w podróż, a już wiem, że tak się nie stanie, zarówno dzisiaj i jutro, a w niedzielę...?  Któż to wie, wszystko przecież w rękach Boga. A ten nie jest ostatnio łaskawy. Wiem, powinienem mu jeszcze podziękować, że mi chaty nie zalało. No to dzięki !. Jeśli na tym twa dobroć polega. Może oddaj mi swoją wielkość! Co prawda wprowadzę zakaz rapu na całym świecie, idiotów z dredami połączę miłością z ich kołtunów, a  Kaczora i jego PiS-owską mać wypieprzę w kosmos raz na zawsze, ale ludziom dobrym słońca nie pożałuję. A może właściwie, niech ci co każdego 10-tego, każdego miesiąca, błotem obrzucają, wyjdą teraz w ramach promocji na ulice wszystkich miast i z krzyża należyty użytek zrobią. Niech wymodlą słońce dla swej ukochanej Ojczyzny, zamiast zasmradzać powietrze raz w miesiącu, na cały jego czas do miesiąca kolejnego. Biorąc pod uwagę tok myślenia tychże psychopatów, zganiających wszystko na wszystkich, bez względu na słuszność argumentacji, pragnę obarczyć i ja ich winą za złą pogodę , jaką zesłali na nas za sprawą swej comiesięcznej nienawiści do pozostałej części Narodu Polskiego. No cóż, jaki PiS takie zasrane lato. Niech wiedzą przynajmniej dranie jak się czuje Bogu ducha winny człowiek, gdy zarzuca mu się winę w niewinności. Dobranoc.
PS. Nie dziwię się słońcu , że gębę wykrzywia. Sam na takie towarzystwo wylałbym potok łez.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

czwartek, 21 lipca 2011

przedurlopie

Moje przedurlopowe przygotowania wkroczyły w ostatnią fazę. To znaczy, wielkiego szykowania nie ma, bo to tylko pięć dni. No, niech będzie,  prawie sześć !  Ale dla mnie to dużo.  Bo to jedyny urlop jaki mam w ciągu roku. W perspektywie wyjazd z rodzinką, spotkania ze znajomymi i przyjaciółmi. Długie nocne nasiadówy, spacery, morze !!!... To co kocham, a doświadczam niebezpiecznie rzadko.  W nosie już mam tę pogodę. Przyjmę taką jaka będzie. I tak się wykąpię w morzu, bez względu na wszystko. Niech sobie Najwyższy nie myśli, że spłata mi figla. Nie poddam się, skóra mi zsinieje, a i tak sobie popływam. Byle wyjechać, byle do przodu i byle nad morze. Tylko nad morze.
Jak co roku, na dzień lub dwa, przed wyjazdem,  po nocach zgrywam składanki wakacyjne. Niby dla mojego przyjaciela, a tak naprawdę dla siebie także. Choć po wakacjach rozstaję się z nimi na zawsze. Raz w roku moja audio-nagrywarka służy do przegrywania pojedynczych piosenek na płytę, z której powstanie kolejna najlepsza kompilacja piosenek w mieście Poznaniu. A kto wie, może i w Polsce. Zakładając, że to ja mam najlepsze płyty. A tak właśnie zakładam. Nagrałem chłopakom (Grubciowi i Peterowi) najnowszą płytę Heather Novy. Ciekawe czy połkną przynętę. Oby tak się stało. Miałbym w ten sposób kompanów na jej  listopadowy koncert w Warszawie. Ailyn z Sirenii już widziałem w Plocku w roku ubiegłym, czas zatem na Heather. To moje dwie naj-kobiety ostatnich czasów. Moi Słuchacze Nawiedzeni o tym wiedzą. A jeden z nich, Piotr, to mi nawet przysłał za pośrednictwem Poczty, w dużej kopercie, plakat Ailyn. Powieszę sobie stworka nad łóżkiem. A co! Zamiast portretu małżonki. W tym miejscu pragnę pozdrowić starego druha "Długiego", którego żona także wybrała na sekretarzyku portret swego idola Roda Stewarta, zamiast starego kapcia, z którym musi na co dzień jadać i w dodatku spać.
Obejrzałem wczoraj z płyty DVD (tej dodatkowej do "300 Days At Sea") akustyczny występ Heather Novy, znad brzegu jeziora, w towarzystwie jednej kamery. Jakość obrazu i dźwięku rewelacyjna. Uległem złudzeniu, że siedzę tam przed Nią i słucham piosenek z jej najnowszej płyty , które Heather przy akompaniamencie gitary akustycznej wygrywa specjalnie dla mnie. W tym czasie otwarte okno mojego pokoju, wsysało zaokienne powietrze, podlewane deszczem. Był to prawdziwy koncert na wolnym powietrzu i udany początek przedwakacyjnych przygotowań. Z tym, że tam u Heather, pięknie świeciło słońce. Liczę i ja na takie samo. Ale na razie leje! Nie tylko za moim oknem, ale i ponoć w całym kraju. Deszcze niespokojne. Cóż, pozostaje udawać, że niczego sobie z tego nie robię, a po ewentualnych wakacjach z nadmorskich mokradeł, wrócić pełnym nadziei i z optymizmem na ustach zaśpiewać: "Żegnaj lato na rok, stoi jesień za mgłą, czekamy wszyscy tu, pamiętaj, żeby wrócić znów,..." (dawny hit Pani Zdzisi Sośnickiej).
Na koniec gorące pozdrowienia powrotu do zdrowia dla Sławka z Rockowego Klubu Radia Taxi 196-22, który powrócił do żywych z dalekiej podróży, po kilku miesiącach śpiączki farmakologicznej. To bardzo dobra wiadomość. Dzisiaj rozmawiałem z nim po raz pierwszy od ponad trzech miesięcy. Miało być krótko, trzy/cztery dni szpitala i do domu, a niewiele brakowało, by..... - aż strach pomyśleć! Ostro zabrzmiały słowa po drugiej stronie słuchawki: "jedną nogą byłem już na tamtym świecie". Wracaj do zdrowia !!! Jeszcze tych troszkę koncertów  trzeba wspólnie zobaczyć. Ekipa się niecierpliwi. W głosie Sławka słychać jeszcze ból i cierpienie, ale i nadzieję, i dużą chęć życia. Czego Wam i sobie także życzę.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

środa, 20 lipca 2011

ROBBIE ROBERTSON - "How To Become Clairvoyant" - (2011) -

 ROBBIE ROBERTSON - "How To Become Clairvoyant" - (Macrobiotic Records) -



Moc kompozytorska wyczerpała się Robertsonowi już dawno temu. Artysta nie potrafił przez ostatnie 13 lat odnaleźć się w otaczającej go rzeczywistości. W końcu zebrał siły, nowe pomysły i cały sztab muzyków, z nazwiskami nie mniej elektryzującymi, niż na osławionym debiucie z 1987 roku. Debiucie solowym rzecz jasna, wszak wcześniejsza historia The Band, to zupełnie inna sprawa. Tamta płyta, jeśli pamiętacie, została uznana w wielu krajach za album roku. I wcale nie dlatego, że grali tam będący na fali U2 czy Peter Gabriel, ale dlatego, że był to wybuchowy zestaw piosenek. Zarówno chwytliwych jak i poruszających. Ten beztytułowy album, jako  po prostu "Robbie Robertson", do dzisiaj pozostaje jako wzór kompozycji i produkcji. Takie płyty zawsze zaostrzają apetyt. Przez to późniejszy "Storyville" był artystyczną klapą, choć w sumie przecież płytą niezłą. Jednak wtedy dla Robertsona słowo "niezła", stanowiło coś w rodzaju potwarzy. Zapewne dlatego pozostawił ten świat za sobą na długie lata. Bo trudno do niego zaliczyć przecież dwa następne, całkiem udane, ale kompletnie inne albumy, na których artysta zapragnął zmierzyć się z kulturą indiańską, tak przecież mu bliską  i jego rodzinnym przodkom. Podlewając tę etniczną muzykę nowoczesnymi elektronicznymi instrumentami, zyskał szacunek krytyków, jak i sporej części nowych i starych fanów. Jednak to już dawne czasy.  Teraz Robertson powraca pewny siebie, z nowymi piosenkami, lecz trzymającymi się kurczowo rocka, bluesa, country i popu. Czyli wszystkiego tego czym zasłynął dzięki dwóm pierwszym płytom solowym.
Od razu zaznaczę, że choć "How To Become Clairvoyant" posiada jednolity klimat, to z kompozycjami bywa już bardzo różnie. Obok piosenek bardzo pięknych, są tutaj także i takie bez wyrazu, pozbawione ciekawych melodii czy motywów. Matematycznie wychodzi bilans po połowie, zarówno na tak, jak i na nie. Tak więc płyta ta raczej z domu na stałe wyprowadzać się nie musi, a to dzięki niektórym piosenkom. Pomijając nudny wstęp w postaci "Straight Down The Line", już następna "When The Night Was Young" przyjemnie nas zatrzymuje przy sobie. Ta oparta na jednym rytmie kompozycja, hipnotyzuje narracyjnym śpiewem Robertsona, zmysłowo wplecionymi soulowymi zaśpiewami żeńskiego chórku, ale i kołyszącą gitarą, z lekka bluesującą. Robertson już dawno temu zrozumiał, że jego najwyższa siła tkwi w balladach, stąd spory ich udział w tymże projekcie. Na absolutne wyróżnienie zasługują dwie. Jedną z nich jest szczególnej urody "This Is Where I Get Off", w której leniwemu śpiewaniu Robertsona i przepięknej melodii, towarzyszy na gitarze Eric Clapton. Zresztą Clapton zagrał na tej płycie aż w siedmiu kompozycjach, na dwanaście zawartych. Drugą balladą wartą grzechu jest tytułowa "How To Become Clairvoyant". Ta jednak należy do tych nieco szarpanych, o zmiennym rytmie, jednak równie pięknych i poruszających. W niej na gitarze zagrał inny czarodziej gitary, jakim jest Robert Randolph. Po tym nagraniu otrzymujemy świetny instrumentalny finał "Tango For Django", w którym Robertson gra na gitarze akustycznej, a w tle towarzyszą smakowicie akordeon, skrzypce czy wiolonczela. Wyróżniając albumowych gości, warto zaznaczyć jeszcze obecność choćby kilku , jak: Pino Palladino (bas), Marius De Vries (instr.klaw), Steve Winwood (organy), Trent Reznor (na tych swoich dziwactwach) czy Angela McCluskey (śpiew). Wracając do muzyki, chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na kompozycję Robertsona "She's Not Mine", nagranej przy współudziale Claptona, Winwooda, ale i także świetnego perkusisty Jima Keltnera. To także ballada, ale z takim refrenem troszkę w stylu Rogera Watersa. Reszcie kompozycji w sumie niczego szczególnego zarzucić nie można. Może poza jednym, że choć niezłe, szybko o nich zapomnimy.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

wtorek, 19 lipca 2011

Sałatka jakiej nie znacie !!!

Odkąd nasz nawiedzony "negative" pokazał mi, że mogę sobie na blogu sprawdzać statystyki, podchwyciłem socjologicznego bakcyla i raz na jakiś czas sprawdzam, co najchętniej dotąd czytaliście, kiedy, gdzie, itd...
Zauważyłem, że nie interesują was opisy płyt, natomiast moje osobiste wynaturzenia już nieco bardziej, ale najbardziej to te tematy, do których w ogóle się nie przyłożyłem, tylko po prostu zrelacjonowałem ot tak, na kolanie. Przykład? Bardzo proszę, choćby omówienie niedawnego koncertu z warszawskiego Placu Defilad, z okazji objęcia prezydencji w Unii. Choć tutaj ilość wejść wskazuje na poczytność ogólnopolską. Tytuł nagłówka zrobił swoje. Z mojej strony nie było to zamierzone. Idąc tym tropem, uśmiałem się do łez, zresztą moja Mundi także, że niekwestionowanym liderem okazał się felietonik zatytułowany "sałatka z pomidorów i ogórków małosolnych". Domyślacie się dlaczego? Niech żyją te nasze kochane gospodynie domowe. Co my byśmy bez nich faceci zrobili. Ilość wejść na tenże tekst przekonał mnie o starym porzekadle "przez żołądek do serca".
A skoro mowa o kuchni, właśnie rozpocząłem przygotowania do mojego "Baltic Tour", gdzie podczas kilku dni nadmorskiego wypoczynku, mam zamiar skosztować wszystkich najbardziej niezdrowych kuchni. Oprócz wegetariańskich rzecz jasna. Bo te ponoć są zdrowe, za to wyjątkowo niezdrowo na mnie działają.
Na razie nie myślę jeszcze zbytnio o napełnianiu i tak zbyt dużego brzucha, a raczej martwię się prognozą pogody. A ta niebezpiecznie ma się psuć z dnia na dzień. Masłowski już tak ma, pisałem o tym niedawno i jak widzicie, nie myliłem się. Bo w życiu to jest tak, kiedy trzymam kciuki za moich bliskich, by im się piękna aura ukłoniła w pas, to ci wyciągną w mękach i bólach 22-23 stopnie, za to kiedy "cholerom" życzę mrozu, to ci od Najwyższego dostają kredyt zaufania na 30 stopni i jeszcze mnóstwo innych promocji na miejscu. A ja Masłowski, za to, że wtryniam nos w nie swoje sprawy, dostaję stopni 17. I zamiast siedzieć cicho, by Najwyższy w następnym roku o tym zapomniał, to znowu chlapnę słówko jedno czy drugie.., i tak od nowa. Przypomina mi się dowcip o takim człowieku, któremu nic nie wychodziło. Był zrezygnowany, przygnębiony i tak mocno nieszczęśliwy, że pewnego dnia stanął na środku pola, uniósł głowę ku niebiosom i krzyknął: "Panie Boże, dlaczego nic mi się nie udaje, dlaczego tylko ja mam takiego pecha?". Na co niebiosa się rozsuwają, wyłania się z nich postać Boga, który wymachując wskazującym palcem mówi: "bo cię kurde nie lubię!!!". Mimo wszystko jakoś się z Nim dogaduję. Zawarłem z Nim kiedyś pewien układ, On obiecał mi, że nie będę żyć ponad stan i o luksusach nie ma mowy, za to ja mogę jeść mięso w piątki i nie chodzić do spowiedzi. Co przyniosło mi dużą ulgę. Zresztą Najwyższy nie miał innego wyjścia, bo nawet gdyby mnie Esesmani karabinami pod spowiednika tron przywlekli, powiedziałbym: "jako ostatnią wolę dajcie szklaneczkę szkockiej i strzelajcie". Jako chrzestny dwóch chłopaków, chciałem dać dobry przykład z siedem/osiem lat temu, i przed komunią jednego z nich w Gnieźnie, poleciałem do spowiedzi. Próbowałem z księdzem w konfesjonale normalnie pogadać, jak grzesznik z grzechobiorco-pośrednikiem, ale ten facet w sutannie oburzył się i powiedział, ze mam grzechy wyrzucić z siebie poprzez formułkę zawartą w książeczce. Co prawda drugi ksiądz w Poznaniu (na spowiedniczych poprawinach) zasugerował delikatnie, że musiał być to jakiś kretyn, jednak szrama na sercu pozostała i od tego czasu na widok konfesjonału moje nogi odmawiają  posłuszeństwa. Tak po prawdzie, już dawno temu zrozumiałem, że nie potrzebuję żadnych pośredników, z Najwyższym dogaduję się najlepiej sam na sam. Bo Najwyższy to porządny gość. Na pewno nie lubi bufonów i tamtego gnieźnianina na porannym apelu do sprzątania kibli w odpowiednim czasie wyznaczy. A ja mu z przyjemnością wydam z magazynu ścierę. Albo nie, niech będzie jak w wojsku, sznurowadło. Znam takich, którzy wodę z rozlanego wiadra wssysali sznurowadłem. To dobry sposób, z tym że nie na przestraszonego młodego szeregowca (jak to zazwyczaj bywa), ale na takiego upierdliwego kapłana ,to będzie jak balsam dla mego ugodzonego i zbolałego serca. A właściwie, tyle lat minęło.. , niech ma coś facet ode mnie - moje rozgrzeszenie.
Na koniec chciałbym pozdrowić Andrzeja z Zielonej Wyspy i jego Rodzinkę. Po dłuższym czasie odwiedzili Ojczyznę, z nowym półrocznym nabytkiem w postaci Piotrusia. Piotruś na mój widok, z uśmiechem na buźce, ochrzcił winyla Scorpionsów złocistą substancją. Biednego "longa" uratowała folia ochronna przed mianem białego kruka, a raczej złocistego. Od naszego Andrzeja dostałem kapitalny prezent. A jest nim nowiuśki winylowy singiel AC/DC "Shoot To Thrill / War Machine". Wydawnictwo tegoroczne z okazji Record Store Day. Rarytas !!! Dzięki !!! :-)
W ub. roku dostałem od Andrzeja kubek Lynyrd Skynyrd w efektownym kartoniku, bodaj rok wcześniej domek z trzema miniaturkami irlandzkiej whisky, jeszcze innym razem puszkę z czekoladkami (jak to niektórzy dobrze mnie znają), że o płycie Martiego Petersa i innych nie wspomnę, by na lizusa nie wyjść. A także na łowcę prezentów. Choć, gdyby tak pozbierać, to wyszłaby galeryjka jak u wodza Kim Ir Sena. Wodzowie już tak mają. Nasz mały Wódz także mógłby zaimponować niezliczoną ilością plakatów i banerów po sukcesywnie przegrywanych wyborach. Szczególnie te najnowsze budzą podziw. Ta szlachetna twarz, pełna dobroci, troski o polski naród, polskie rolnictwo, prezydencję w Unii i jeszcze tyle innych problemów, które jak zwykle inni spieprzą. Jaruś, a ty kiedy na urlop?
P.S. Aby zaliczyć dużą ilość wejść od naszych cudownych istotek, pozwoliłem sobie tenże tekst przyodziać nagłówkiem, który powyżej się Wam kłania.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

niedziela, 17 lipca 2011

RANDY VANWARMER - "Warmer" - (1979) -

 RANDY VANWARMER - "Warmer" - (1979 BEARSVILLE RECORDS) -




Taki niepozorny człowiek, o wyglądzie gościa, z którym w klasie nikt nie rozmawia, bo nie potrafi grać w piłkę, boi się wejść na drzewo, a dziewczyny nawet nie wzruszają ramionami na jego widok, a do tego na każdą lekcję ten połykacz książek jest zawsze perfekcyjnie przygotowany. Jakże pozory mylą. Szczególnie, gdy takiego "kolegę" z bocznej ławki zobaczymy po latach na okładce jego płyty, w towarzystwie kobiety , na której nocna suknia leży współmiernie pięknie do jej rozpuszczonych i pofalowanych złocistych włosów. Myślę, że niejednemu kompanowi z czasów szkolnych Vanwarmera mogła stanąć klucha w gardle, gdy zobaczył okładkę debiutanckiego longplaya kumpla o wyglądzie ofermy klasowej.
Randy Vanwarmer, wówczas 24-letni amerykański młodzieniec, jako zdolny kompozytor, dobry wokalista, pozyskał do nagrania kilkunastu muzyków, o mniejszych i większych nazwiskach (m.in: na basie Tony Levin, perkusja Steve Jordan, w chórkach Chris Thompson,...) i nagrał płytę z dziesięcioma piosenkami, w których pojawiały się nawet akcenty rockowe, ale nie miała ona na celu podbijać serc rockowego grona odbiorców. Vanwarmer długo przymierzał się do realizacji tego projektu, pisząc piosenki już od 1976 roku i mając wiele przeszkód po drodze w postaci nieprzychylnych ludzi, ale od czego wiara w sukces...
Kiedy płyta ostatecznie ukazała się w 1979 roku, było już trochę za późno na takie archaiczne granie, ale jakimś cudem płyta spodobała się, choć szkoda, że praktycznie głównie w USA.
Vanwarmer śpiewał głosem romantyka o rozżarzonym sercu, który jednak nie stronił od rock'n'rollowego życia. Z kolei piosenki, jak i sposób ich interpretacji, mocno nasuwały skojarzenia z takimi postaciami jak np.: Kenny Loggins, Elton John, Eric Woolfson czy Christopher Cross. W Ameryce tamtych czasów uwielbiano takie śpiewanie jeszcze bardzo długo, podczas gdy w Europie niepodzielnie rządzić zaczynali wykonawcy z pofarbowanymi i posprayowanymi włosami, którzy swoje emocje wyśpiewywali przy pomocy biało-czarnej klawiatury i syntetycznemu brzmieniu. W stosunku do tego, piosenki Vanwarmera brzmiały bardzo ciepło i tradycyjnie. Ta piękna płyta rozpoczynała się dość przeciętnie. Piosenka "Losing Out On Love" nie zwiastowała niczego niesamowitego i praktycznie jej zakończenie przynosiło słuchaczowi ulgę. Co niektórzy mogli nawet krzyknąć "dość!" , i nie dotrwać do utworu następnego, przez co, do dzisiaj żyją pewnie w nieświadomości ,cóż ich ominęło. Następne cztery kompozycje, które wypełniały całą pierwszą stronę albumu zachwycały swoistym pięknem. Dwie ballady "Just When I Needed You Most" oraz "Your Light" należycie pieściły rozpalone serca zakochanych, a tak przy okazji pierwsza z nich okazała się później największym przebojem artysty, docierając do Top 5 w amerykańskim zestawieniu Bilboardu. Nie mniejsze wrażenie robiły bardzo udane dwie kolejne kompozycje, utrzymane w nieco żywszym tempie. Były to: singlowy "Gotta Get Out Of Here" oraz chwytliwy "Convincing Lies" - z kąśliwym refrenem, ładnymi akordami pianina oraz pięknym, choć krótkim, gitarowym solo. Drugą stronę rozpoczynała kolejna urocza ballada, zaśpiewana przez Vanwarmera w stylu pomiędzy Christopherem Crossem a Robinem Gibbem. O ile dwa następne nagrania nie wyróżniały się niczym specjalnym, o tyle dwa zamykające płytę utwory, były po prostu przepiękne. Pierwszy z nich "I Could Sing" był bardzo beztroski, a w chórkach zajeżdżał Bee Geesami,  natomiast w tle sekundowały smyczki, a także dostojnie dogrywało pianino. Vanwarmer zaśpiewał tak, jakby chciał swoje emocje wykrzyczeć na cały świat. Choć nie miał przecież głosu o skali pełno-oktawowej. Po takim fragmencie musiał nadejść czas na uroczysty i podniosły finał. Okazała się nim arcypiękna i poruszająca ballada "The One Who Loves You". Tytuł właściwie już zdradza wszystko, ale takie rzeczy trzeba jeszcze przekonująco zaśpiewać, a Vanwarmer uczynił to tak ujmująco, jak pewien artysta kilkanaście lat później, który różę dla swej umarłej miłości położył na wodnym lustrze.
Artysta nagrał później jeszcze kilka płyt, ale największe uznanie w tzw. branży zyskał już tylko jako kompozytor, na czym głównie zresztą się skupił w ostatnich latach życia. Zmarł przed siedmioma laty na białaczkę. W testamencie zapisał, by po śmierci jego zwłoki spalić i wysłać w kosmos, co zresztą uczyniono. 

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

sobota, 16 lipca 2011

Sobotni "Gotycki" Krzysiek

Jak co sobotę, poranne spotkanie z "gotyckim" Krzysztofem. Tak go sobie ochrzciłem w 2005 roku. Tradycyjna rozmowa o muzyce, poznanie kilku ciekawych utworów, wykonawców, najczęściej nieznanych. Każdej soboty dostaje od niego po dwie/trzy płyty na cały tydzień do posłuchania. Są to z reguły różne gotyki, electro, nostalgie, odjazdy, itd.. Czasem zupełnie nie potrafię się w nie wczuć, ale czasem...!  Na ten tydzień Krzysiek poprosił mnie o przegranie kilku swoich (świeżo zakupionych) winylowych maxi singli, nowiutkich i świeżo co wydanych (pomiędzy 2009 a 2011 rokiem). Siedziałem dzisiejszej nocy nad gramofonem. Przecierałem niewidoczne kłębki kurzu, aby nie było słychać na CD żadnego pyknięcia. Po to, aby "gotycki" właściciel tych płyt był zadowolony. A jaka piękna muzyka! Elizabeth Fraser, 3-utworowy maxi singiel "Moses", na 12-calowej płycie. Szczególnie ta pierwsza wersja, utrzymana w duchu tanga. Ale takiego nocnego. Nawet nie zrobiłem kopii dla siebie, bo zabrakło czasu, ale Krzysztof obiecał za dwa tygodnie do tematu powrócić. Fajnie nagrywało mi się najnowszego maxi singla, a przy okazji zapowiedź nowego albumu, grupy Rome. Płytka średnich rozmiarów, 10-calowa, tylko z dwoma utworami, w dodatku nagranymi tylko na stronie A, gdyż na stronie B nie ma muzyki, a kosztowała ta płytka Krzyśka 8 dych!!! Kilkanaście minut muzyki za tyle forsy. To się nazywa bycie fanem. Tam na stronie B jest wytłoczony taki piękny obrazek. Wiem coś na ten temat. W domu mam na podwójnym winylu Genesis "Calling All Stations", który jest nagrany na trzech stronach, a na czwartej także wyrzeźbiono obrazek, za to nie ma na niej muzyki. A propos tego Rome, drugi utwór, taki 3-minutowy, to typowy Rome, taki ładny, melodyjny i nastrojowy, ale ten pierwszy utwór to poezja smaku. Szczególnie jego druga wyciszona część. Ale tego nie da się opisać. Jak to zgram sobie z tego winyla, to zagram w Nawiedzonym Studio, jeszcze tego lata. Nagrywałem Krzyśkowi jeszcze jedną dziesięcio-calówkę, grupy The Frozen Autumn. Ta 4-utworowa płytka bardzo smakowicie łączyła lekki pop z mroczną romantycznością. Ładna rzecz. Tak co tydzień zastanawiam się, ile pięknej muzyki jest na tym świecie, a ile z niej nigdy nie zagram Wam moi drodzy. Z braku czasu i pewnej mojej konsekwencji, bo zawsze wygra to co kocham najmocniej. Na przykład, przez tydzień mialem w domu nowego Petera Murphy'ego. Nieco odmiennego od ostatnich czasów, bardziej rockowego. Mogłem zagrać go w audycji, no ale pomyślałem - nie! , nie moja płyta, to nie zagram. Lubię grać tylko ze swoich. A na swoich nie mam takich rzeczy, bo choć są to fajne klimaty, to nie kręcą mnie aż tak bardzo, jak nowe Journey, Pendragon czy Heather Nova. A tak przy okazji, jakaż genialna jest ta jej nowa płyta "300 Days At Sea". Nie chcę popadać w przesadny zachwyt, ale ja to chyba kocham tę kobietę. Powiem jej o tym w listopadzie w Warszawie. A co!
Na ten tydzień, a właściwie to prawie na dwa tygodnie, Krzysiek pożyczył mi płytę, która zwaliła mnie z nóg. Już z nim negocjuję jej kupno. On na szczęście nie jest nią aż tak zachwycony, więc jest szansa. A do tego obiecał odsprzedać jeszcze wcześniejszą. Grupa nazywa się Beach House. Niby nic takiego, kobieta śpiewa, a facet majstruje trochę przy gitarze i elektronice. Ma to jednak tyle uroku, że... - trzeba samemu posłuchać. Tak już mam z tym Krzyśkiem od kilku lat, że co tydzień poznaję dzięki niemu mnóstwo wspaniałych rzeczy, bo potrafi się chłopak dzielić muzyką jak mało kto. I na pewno przyjdzie do mnie zaraz po moim urlopie, a później za kolejny tydzień i jeszcze kolejny...Musi mieć chłop siły w poznawaniu tych wszystkich wykonawców, a są to rzeczy w 95% nieznane przeciętnemu odbiorcy muzyki. Do których i ja się zaliczam, łapiąc się za głowę każdego tygodnia i rzucając mu standartowe pytanie: "skąd ty to wytrzasnąłeś?" Kompletnie nie rozumiem, dlaczego ten facet nie ma programu w mojej Aferze? Może dlatego, że ośmieszyłby większość z nas? A dzisiejszy świat nie lubi i nie docenia zbyt mądrych. Przecież jak sami potrafimy zaobserwować, świat w większości opiera się na głupocie.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

piątek, 15 lipca 2011

Gazeta z kokardką, czyli jak zostać odkrywcą z przypadku i zyskać szacunek wroga

Lenistwo potrafi być twórcze, o czym przekonałem się niedawno na własnej skórze. Oto przykład. Ostatnio wpadłem przez przypadek na , nie chwaląc się, fajny pomysł. A wszystko dlatego, ponieważ nie chciało mi się wyskoczyć do sklepu po papier ozdobny, a trzeba było zapakować prezent dla najlepszego kumpla . Czasu tego dnia było już tylko na tyle, że nie było mowy o szukaniu sklepu z takimi papierowymi pierdołami. Wpadłem na szybki pomysł, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Oczywiście nie twierdzę, że tylko moim patentem jest tenże pomysł, bowiem za chwilę ktoś mi może napisze: "a ja to znam od dwudziestu lat", lub coś w tym rodzaju. Co zawsze w sumie smutno sprowadza człowieka-wynalazcę na ziemię. A przy okazji i tak  to sprawa nie do udowodnienia. Od razu dodam, że mój pomysł powtórzyłem jeszcze dwukrotnie i bardzo się za każdym razem podobał, do tego różnym ludziom. Nie miałem w domu papieru pakowego , ani też żadnej kolorowej torebki. I coś mi nagle takiego wpadło do głowy, że ...ach !!!!  Tego wieczoru, pewna kobieta , tak zwany "mój wróg" , czyli żona mojego najlepszego kumpla, nie wiedząc, że to ja tak nietypowo zapakowałem prezent dla jej męża , w najlepszym momencie imprezy, podczas gdy najbardziej było "ją" słychać ( a wszyscy słuchali, bo stwora się boją, jak ja) , przeglądała z zaciekawieniem torebki z nierozpakowanymi jeszcze upominkami swego mężusia. Aż tu nagle, rzuciła przed zebranym gremium pochwałą!  Wyciągnęła spod sterty wszystkich prezentów, właśnie ten!, sporządzony przeze mnie i rzekła: "ale to ładnie zapakowane, i jak oryginalnie!". W środku pojawiło się uczucie wygranej. Rozpychało mnie, ale przyjąłem postawę skromnego i niedosłyszącego. Twarz pokerzysty do końca. Zwycięstwo !!! -  pomyślałem.  Do tej pory czegokolwiek bym nie zrobił lub powiedział, zawsze było źle.. Aż tu nagle, występując anonimowo, zostałem wyróżniony. Przez nią. Gdyby to ona wiedziała!!!
Pal licho już tę moją wygraną i niekoronowaną satysfakcję. Przy okazji sprzedam Wam ten mój patent na zapakowanie prezentu,  nie roszcząc sobie do niego żadnych praw.
Cały przepis polega na tym, że pakujemy np.płytę kompaktową (najlepiej !), którą chcemy podarować (a jest to osoba lubiana i czująca tzw. klimat), w "zwyczajną codzienną gazetę", jednak tylko w taką część, która posiada same drobne napisy czarno białe. Żadnych innych kolorów, żadnych zdjęć, nekrologów, reklam. Tylko tekst pisany (tekst pisany!!! - masło maślane), najlepiej drobny oraz ewentualny wytłuszczony nagłówek, umieszczony w najmniej rzucającym się w oczy miejscu. Tylko wówczas to ładnie wygląda. Całość owijamy czerwoną wstążeczką, zawiązując na gustowną kokardkę. Koniecznie wstążeczkę czerwoną, gdyż jest ona bardziej widoczna, a zarazem taka uroczysta, no i wspaniale kontrastuje z gazetowym tłem. Efekt jest rewelacyjny. Jak się to przyjmie, to w sklepach z ozdobami będziemy kupować gazetowe codziennniki. Chciałem nawet zrobić zdjęcie tego mojego ostatniego cuda, ale popadłbym już z lekka w narcyzm, tak więc dałem sobie z tym spokój, choć duma mnie nadal rozpiera. Polecam, zróbcie tak przy najbliższej okazji, a zobaczycie, że zaskoczy. Błyśniecie w ich oczach. Nawet zazdrośników i wrogów, jeśli dyskretnie wdrapiecie się na dach anonimowości. Szczególnie ucieszy to każdego takiego człowieka jak ja, gdy doceni go nieświadomie jego odwieczny wróg.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

czwartek, 14 lipca 2011

SAGA - "Heads Or Tales LIVE" - (2011) -

 SAGA - "Heads Or Tales LIVE" - (EDEL) -



"Heads Or Tales" (1983) była i jest jedną z najbardziej znanych płyt Sagi. I na pewno jedną z tych najlepszych. Z tym że, tutaj jedno ale... Było to dzieło o ambicjach art-rockowych, jednak podane w sposób na tyle melodyjny, że aż bliskie popu. Z uwagi na swoją melodyjność i bogactwo w aranżacjach, było przy okazji bardzo nowoczesne ,jak na rok 1983.  Nikt tak wówczas nie grał. Może troszkę poziomem dorównywali w tym okresie Sadze panowie ze STYX , którzy w tym samym 83 roku wydali świetną płytę "Killroy Was Here", za którą to otrzymali baty w Europie, a w Stanach pełną gloryfikację. Z Sagą było podobnie. Ta muzyka miała swoich odbiorców w USA i Kanadzie, a w Europie jedynie sporo w Niemczech  oraz Skandynawii, i troszeczkę w krajach Beneluxu. Osobiście uważam, że najlepsze są pierwsze trzy płyty Sagi , ale i w czasach późniejszych grupa ta radziła sobie bardzo dobrze, czego przykładem jest także właśnie "Heads Or Tales", będąca w dyskografii Kanadyjczyków piątą płytą studyjną i środkową jeśli chodzi z kolei o najlepsze lata popularności zespołu. To właśnie wcześniejsza "Worlds Apart" (1981), "Heads Or Tales" (1983) oraz następna "Behaviour" (1985) sprzedały się najlepiej i w konsekwencji najwyżej były notowane na listach bestsellerów.
Trudno zatem się dziwić, że muzycy po latach zapragnęli wykonać na żywo jedną z owych płyt. Wybór padł na "Heads Or Tales" która tak przy okazji mówiąc, w rodzimej Kanadzie cieszy się największym uznaniem do dzisiaj.
Ktoś powie, no dobrze, ale po co powtarzać zatem coś, co i tak w doskonalszej formie powstało ponad ćwierć wieku temu w studio? W tym przypadku miało to sens, bowiem na tej trasie Saga grała z nowym wokalistą Robem Morattim (znanym ze świetnej grupy Final Frontier), który to zastąpił od zawsze śpiewającego Michaela Sadlera. Sadler zapragnął w tym czasie kariery solowej, choć skończyło się tylko nagraniem kilku utworów, notabene w kilku projektach i na tym koniec. Zresztą niedawno wrócił on do swoich kolegów, przez co Moratttiemu podziękowano za współpracę. Trochę szkoda, bo choć bardzo lubię Sadlera, to żałuję, że Moratti nie pośpiewał w Sadze nieco dłużej. Choćby dlatego, by móc np.posłuchać go w innych koncertowych klasykach Sagi , a może i także jakiś kompozycji Final Frontier, w towarzystwie muzyków Sagi. Płyta "The Human Condition" (2009) , jedyna jaką wspólnie stworzyli, była całkiem niezła i wcale nie odbiegała poziomem od ostatnich poczynań z M.Sadlerem. Natomiast to koncertowe wykonanie dzieła "Heads Or Tales" wypadło bardzo korzystnie. Moratti znakomicie zaśpiewał, absolutnie nie łamiąc sobie gardła, muzycy zagrali z dużą świeżością, a i publiczność słychać, że była rozentuzjazmowana. Cały koncert to po kolei,utwór po utworze, cała płyta, czyli począwszy od intro i przebojowych "The Flyer" oraz "Cat Walk", a skończywszy na "The Pitchman". Chociaż, moim najukochańszym fragmentem płyty zawsze pozostanie ciąg pięciu utworów, od "The Writing, aż po "Scratching The Surface". Ten koncert wcale nie jest  jakimś beznamiętnym odegraniem "Heads Or Tales". Muzycy grają jak natchnieni, a i Moratti słychać, że świetnie się czuje w roli nowego frontmana oraz interpretatora tychże prog-rockowych piosenek. Ta płyta sprawiła, że w ostatnim krótkim czasie więcej razy posłuchałem tego albumu, zarówno w oryginalnej wersji, jak i w tej nowej, niż w ostatnich kilku ładnych latach. Bardzo się cieszę, że ta wspaniała płyta doczekała się tak niezwykłego koncertowego hołdu, złożonego przez jej twórców (z wyjątkiem rzecz jasna M.Sadlera). Szkoda tylko, iż nie wiadomo skąd jest ten koncert. Wydawca tego pięknego digipacka napisał wszystko, gdzie miksowano, kto był inżynierem i technikiem dźwięku, wypisano listę podziękowań bliską produkcji jakiegoś hollywoodzkiego filmu, a od adresów mailowych to aż głowa mnie rozbolała,...- za to skąd ten koncert? - diabli wiedzą.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

środa, 13 lipca 2011

SKID ROW w Polsce !!!, w październiku 2011, a także kilka słów o "Nawiedzonym Studio" na dzień 24.07 br.



Z racji mego krótkiego wyjazdu nad cudowne polskie morze, nie będzie mnie w "Nawiedzonym Studio" 24 lipca br. Po wstępnej rozmowie, a i mam nadzieję, że i ostatecznej, program poprowadzi za mnie Krzysiek Ranus, który zagra mnóstwo klasyki rocka!!! Uwaga! - i wcale nie tylko z rejonów bluesa. Tak więc, kto wie, może to wydanie "Nawiedzonego Studia" będzie najlepszą audycją od niepamiętnych czasów? Tym bardziej, że Krzysiek "odgraża" się, że pogra Sabbathami, Zeppelinami, Purplami, itp.... No, no!!! Zapowiada się odjazdowo.
Przy okazji Krzysiek zdradził mi , że jest już w końcowej fazie rozmów z zespołem SKID ROW, odnośnie ich przyjazdu do Polski. I to jest czad !!!!
Moi Drodzy, ta amerykańska legenda r'n'rollowego metalu powinna przyjechać do naszego kraju, na bodaj trzy koncerty. A aby było jeszcze milej, dodam, że jeden z nich odbędzie się w Poznaniu !!!! Będzie to najprawdopodobniej 24 października 2011 roku, w klubie "Eskulap".
Informacja ta jest jeszcze nieoficjalną, ale tak mnie ucieszyła, iż postanowiłem o tym szepnąć słówko już teraz.

Nastawcie proszę odbiorniki na 98,6 FM (Poznań) 24 lipca , na godzinę 22-gą. Zapraszam do "Nawiedzonego Studia", które poprowadzi Krzysztof Ranus.

P.S. dopisano 4.08.2011 - z informacji od organizatora wynika, że jednak nie dojdzie do koncertów SKID ROW !!!!!!!  Jakaż szkoda !!!!!



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

Glenn Hughes - portret Artysty oczami Nawiedzonego



W gronie moich znajomych zrobiło się ostatnio głośno o Glennie Hughesie, a to wszystko za sprawą szeroko komentowanej i słuchanej grupy Black Country Communion, której to grupy Hughes jest 1/4-tą zespołu. Kto wie, a może i główną siłą napędową? Grupa ta wywołuje sporo kontrowersji, ściągając na siebie niemal po równo, ostre cięgi, jak i słowa najwyższego uznania. Zapewne prawda leży gdzieś tam pośrodku. Choć czy ja wiem? Prawda zawsze leży tam , gdzie leży! Otóż, z tym nietuzinkowym G.Hughesem to i ja zawsze miałem problem. Były dzieła, za które go ubóstwiałem , ale nie brakowało i takich, po których wysłuchaniu dosyć miałem kompletnie wszystkiego. Na pewno trzeba facetowi przyznać jedno, głos ma jedyny w swoim rodzaju, nie dość, że bardzo ciekawy, to do tego silny, niczym ryczący lew.  Co zresztą udowadnia po dziś dzień. Czasem aż za mocno. Z jednej strony miło usłyszeć go na obu płytach Black Country Communion w dobrej formie, jednak z drugiej strony, mógłby sobie podarować te przesadnie mocno eksploatowanie gardła i wrzeszczeć niczym rodząca kobieta. Trochę Hughes tutaj sprawia wrażenie uczestnika kolejnej edycji "Mam Talent", a przecież nikomu nie musi już niczego udowadniać. Każdy wie, że Hughes gardło ma. Ten jednak drze się niczym Neapolitanka, przywołująca swego "Starego" do porządku, po nocnej libacji.
Taki Hughes do mnie nie przemawia, przez co obie płyty B.C.Communion działają na mnie tylko fragmentarycznie. Może, gdyby Maestro podzielił się wokalami z Bonamassą po połowie, to ta  blues-countrowo-metalowa potrawa byłaby przyjemniejsza dla podniebienia. Mimo wszystko rozumiem dlaczego Hughes więcej śpiewa od Bonamassy, - gdyż po prostu Bonamassa przeciętnym ( by nie powiedzieć kiepskim) śpiewakiem jest, przez co nadrabia niezwykłym wyczuciem gitary i zdolnością kompozytorską. Nie oszukujmy się, album "Dust Bowl" jest naprawdę znakomity, a według mnie, bije na głowę całą twórczość B.C.Communion. To oczywiście tylko moja skromna opinia, choć i tak wiem, że tymi oto właśnie słowami spisałem na siebie wyrok bezkrytycznych fanów Hughesa. Że o J.Bonhamie i D.Sherinianie już nawet nie wspomnę. Tak więc, nie trzeba ryczeć 4-oktawami, by nagrywać porywające rockowe dzieła.
Aby słuchaczom "Nawiedzonego Studia" wyjaśnić moją sympatię, jak i antypatię do tego 60-letniego dżentelmena, bedącego przy okazji bezsprzecznie zasłużoną legendą rocka, pragnę wymienić za co - tak, a za co - nie.
Otóż, przepadam za Hughesem kiedy ten śpiewa delikatniej , a nie tak siłowo. Co nie oznacza, że tylko podobają mi się balladki. Oj nie. Ubóstwiam jego śpiew na fantastycznej !!! płycie "Seventh Star" (1986)  Black Sabbath, która to jak wiemy, miała być solowym dziełem Tony'ego Iommi'ego, lecz wytwórnia zaprotestowała, stąd kompromis z nazwą Tony Iommi featuring Black Sabbath. Ten w ogóle nad wyraz genialny album należy do kompletnie niedocenianych przez "fanów" Black Sabbath, dla których Sabbath to tylko ten z Ozzym. I ja kocham Ozzy'ego, ale warto czasem zdjąć klapki z oczu i ożywić ciało i umysł. Aby przekonać się o kapitalnej formie Hughesa z tegoż okresu, wystarczy posłuchać przynajmniej rozpoczynającego galopu w postaci "In for The Kill" lub następnej na płycie ballady (singla i przeboju zarazem) "No Stranger To Love". Te obłędnie genialne utwory torują nam drogę do reszty skarbów z tego króciutkiego metalowego arcydzieła, na którym to Hughes zaśpiewał niczym na klęczkach przed Bogiem.
Podobnie Hughesa można podziwiać na pierwszej płycie projektu Phenomena (1985). Śpiewa on tam na całej płycie jako jedyny wokalista, ale i także na dwójce Phenomeny "Dream Runner" mamy go w kilku fragmentach jako głównego wokalistę (obok Maxa Bacona, Johna Wettona i nieodżałowanego Raya Gillena).
To połączenie delikatności i wściekłości w jego głosie , było tam właśnie tym czymś! Może to być rzecz jasna kwestia produkcji. W tamtych czasach producenci posiadali zmysły dobrego smaku , a Kevin Shirley, z racji wieku,  nie pchał się przed szereg z grabieżczymi łapskami do konsolety. Nie chcę się po raz kolejny pastwić nad biednym Shirleyem. Facet jeszcze gotów sobie zrobić krzywdę. Choć może dla zbawienia ludzkości dobrze byłoby mu zaserwować keyboardzik dziecięcy. Niech przy jego pomocy się samorealizuje.
Wracając do Hughesa, lubię go także za niektóre rzeczy z Deep Purple, a szczególnie za "You Keep On Moving" i jeszcze kilka numerów z tejże "Come Taste The Band" i dwóch wcześniejszych LP także.  Jednak poza niewieloma fajnymi wokalami Hughesa, zdecydowanie wolałem w Purplach, w tamtym okresie, Coverdale'a. Muszę jeszcze pochwalić Hughesa za kapitalną koncertówkę "Burning Japan Live" (1994), którą to nagrał m.in. z kilkoma muzykami z Europe. Był to pokaz formy wokalnej Mistrza, ale też i repertuarowo bardzo atrakcyjna pozycja. Obok udanych kompozycji z dorobku solowego, były tam także Purplowe klasyki, jak: "Burn", "Gettin Tighter", "Stormbringer" czy "You Keep On Moving". Słowem: bomba! Mógłbym do tego zestawu dodać jeszcze obie płyty krótkotrwałego projektu Hughes-Turner Project, plus niezły koncert, wydany po pierwszej płycie jaką wydali Glenn Hughes i Joe Lynn Turner. Z kolei jego epizody na płytach dziesiątek przeróżnych wykonawców, należy uznać jedynie za swoiste ciekawostki.
Niestety, drugie tyle co dobre, wydał on także całą masę koszmarków, na których dominuje "namiętne" wydzieranie się do soulowo-funkowych nut. Hughes zawsze uwielbiał takie klimaty i wyjątkowo dobrze się w nich czuł, co zresztą niestety przemycał na grunt Deep Purple, knocąc przez to tych kilka płyt, które z nimi współtworzył. O ile jednak koledzy z Głębokiej Purpury nie pozwalali mu do końca rozwinąć skrzydeł, o tyle, gdy już wyrobił sobie markę i nazwisko, dawał popisy owej blubraniny na kilkunastu swoich autorskich projektach, które w większości były nie do słuchania! Dlatego ja, szerokim łukiem omijam płyty w rodzaju "Soul Mover", "The Way It Is" , "Return Of Crystal Karma" czy tym podobne koszmarki. Dodam, że sam Hughes z tychże dzieł jest nad wyraz dumny.
I tak to mniej więcej wygląda. Pisząc to na kolanie, mogłem o czymś zapomnieć, zarówno z tych rzeczy na plus, jak i tych na minus, tak więc w razie czego to pozwolę sobie coś tam później dopisać. Z tym że, z tych na plus, to raczej już niczego nie dodam, bowiem rzeczy, które lubię, tkwią w mej pamięci głęboko. A te ewentualne kiepskie, lepiej już sobie podarujmy. Nie warto znęcać się nad muzykiem, którego suma sumarum przecież bardzo cenię i lubię.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

wtorek, 12 lipca 2011

LEE CLAYTON - "Naked Child" - (1979) -

 LEE CLAYTON - "Naked Child" - (1979 CAPITOL) -



Genialna płyta !  Tak, wiem, że te dwa słowa powinien zostawić sobie na koniec opisu tej płyty, ale boję się, że później mogę o tym zapomnieć. Rozpocznę od tradycyjnego ponarzekania sobie na rodzime podwórko, bowiem jak długo żyję, tak nigdy nie spotkałem się w naszym kraju z jakimkolwiek artykułem na temat Lee Claytona, a już tym bardziej na temat tej płyty. Absolutnie wyjątkowo pięknej i cholernie popularnej na świecie, a tak umiejętnie przez te 32 lata, od momentu wydania, u nas zlekceważonej. Pamiętam, że jako młody chłopak widywałem tę okładkę niemal wszędzie, zarówno na naszych giełdach płytowych, a także w wielu młodzieżowych tygodnikach czy miesięcznikach przywożonych przez burżujów lub szczęściarzy ze zgniłego kapitalistycznego Zachodu. Osobiście poznałem to dzieło dopiero w latach 80-tych, no ale takie to były czasy. Nie można sobie było pójść ot tak do sklepu i jej kupić, a ja od małego brzydziłem się kopiowaniem, tak więc nigdy nie marzyłem nawet o żadnym kaseciaku czy szpulowcu, bowiem te wynalazki były dla mnie i są jednym wielkim chłamem.
Znowu pofilozofuję na temat niechcianej, a może i nawet nielubianej u nas płyty. Cóż, nie dziwi mnie to, wszak przyszło nam żyć w kraju, w którym kultura zawsze niżej stała od przymusowego cierpienia w prozie życia. W kraju, w którym hierarchowie kościoła lub politycy mają wyższe notowania od prawdziwych artystycznych geniuszy, i to niekoniecznie tylko muzycznych.
Gwoli krótkiego wprowadzenia, Lee Clayton to amerykański wokalista, gitarzysta, a przy okazji kompozytor i okazyjnie harmonijkarz. Jako, że urodził się w Alabamie, nie powinno nas dziwić, iż blisko mu zawsze było do muzykowania spod znaku country czy bluesa. Tyle, że zamiast podążać na swoim koniu przez prerie, Clayton wybrał scenę rockową, pod którą kotłowało się od kowbojów spragnionych mocnych wrażeń, czyli gitarowego rocka, swojsko zabrudzonego i ujmującego autentycznością przekazu. Klimat zadymionych klubów jak i scen ustawionych na wolnym powietrzu, pod którymi walały się puszki po coli czy piwie, to był krajobraz bliski Claytonowi i jego kolegom.  Nie wiem co Artysta robi dzisiaj, bo śledziłem jego losy do mniej więcej ćwierć wieku wstecz, ale sądząc po tym, iż niczego nowego podobno nie nagrywa, to wydaje się jego życie lukrem nie ociekać.
Zresztą nie chcę analizować twórczości Claytona, a skoncentrować się jedynie na tej wyjątkowej płycie, jaką jest "Naked Child". Wydana w 1979 roku zrobiła "furorę" dzięki singlowemu utworowi "I Ride Alone", który pociągnął za sobą całą płytę. Utwór ten był połączeniem klimatów spod znaku E.Claptona, B.Dylana czy N.Younga, a w tamtym czasie owa święta trójca country-blues-rockowa nie była w stanie nagrać czegoś równie porywającego. Dylan nagrał co prawda fajną płytę w towarzystwie Marka Knopflera, z kolei Neil Young wydał raptem tylko niezły "Rust Never Sleeps", a Clapton nawet znakomity "Backless", ale daleki on był od typowego bluesa, a więc i od spełnienia oczekiwań jego fanów. Lee Clayton to wykorzystał i zalepił ową "dziurę zmartwień" tychże fanów płytą, o jakiej marzyli.
Już otwierający ją utwór "Saturday Night Special" pokazuje, że album "Naked Child" to nie będą przelewki. Trwająca kompozycja nieco ponad trzy minuty, a dzieje się tutaj więcej, niż w niejednym dziele Skynyrdów czy Allmanów. Później to już tylko rozkosz. Leniwe tempa utworów pobudzane są kapitalnymi salwami gitary Claytona, która to z pozoru spokojny utwór uruchamia do życia w najmniej oczekiwanym momencie, doprowadzając słuchacza do bram ekstazy.  Wystarczy przyssać uszy do singlowego "I Ride Alone", czy następnego "10,000 Years / Sexual Moon". Wyobraźcie sobie Boba Dylana, który jest po trzech głębszych i spotyka się w studio z Lynyrd Skynyrd, którym obiecano po udanej sesji wieczór w towarzystwie seksownych blondynek - po trzy kobietki na głowę. Też bym z siebie wykrzesał maksimum !!!  Ta płyta przez to nie zwalnia tempa ani na moment. W każdym utworze grają emocje i piękna muzyka. Posłuchajcie proszę poruszającego "I Love You". Clayton odsłania w nim swoje najbardziej intymne zakamarki duszy , wyznając miłość "Jej" na oczach całego świata, aby w następnym utworze, także balladzie, zwątpić niemal zupełnie w jej szczerość. Uczucia mieszają się tutaj jak życiowe karty, bowiem w kolejnym "A Little Cocaine" Artysta wpada w wir narkomanii po właśnie dopiero co utraconej miłości. Zresztą Clayton śpiewa tutaj o uczuciach wręcz z poetyckim rozmachem. Szczególnie we wspomnianym "Jaded Virgin", który spowity w akustyczno countrowo-flamenco nuty, daje niewiarygodny efekt.  Każdy powinien poznać tę płytę. Choćby po to, by przekonać się, że aby być poetą rocka, nie trzeba nazywać się: Bob Dylan, Peter Hammill czy Joan Baez. Wystarczy  zasztyletować swego odbiorcę autentycznością - jak Lee Clayton.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

poniedziałek, 11 lipca 2011

Strzelające korki szampanów nie są w stanie zagłuszyć nadciągającej burzy

Dostaliśmy rozum i szereg zmysłów, nie tylko po to, by przetrwać jako ssaki, ale i także, by chłonąć, czuć i smakować życie. Nawet jeśli w praktyce więcej nas wkurza , niż raduje.
Faktycznie, zdaje się, że wczoraj wsadziłem kij w mrowisko, nazywając po imieniu swoje odczucia względem Prince'a oraz Manu Chao. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego miałbym się z tym dusić. Mam ochotę krzyknąć, że Prince to dupek wszech czasów, więc krzyczę !!! I czynię to w pełni świadomie, nawet jeśli w ramach rewanżu  jakaś bestia wyleje na mnie wiadro pomyj. Zupełnie sobie z tego niczego nie robię. I tak będę zawsze uważać, że jeśli ktoś krytykuje moich ukochanych artystów, to albo do nich nie dorósł, albo Bozia mu poskąpiła dobrego smaku, albo ma uszy pozaklejane woskowiną z chłamu. Zresztą większość ludzi jest pozbawionych dobrego smaku, skoro takie bzdety jak Prince, Manu Chao, Kult,...i itp. badziewia robią na nich wrażenie. Gdyby się nieco przyłożyli i poświęcili czasu na artystów przez duże "A", to poczucie smaku przyszłoby samo. Całe życie mi ten czy tamten wtykają szpilki w dupsko, by złośliwością swą oblać, a ja mam siedzieć cicho? Grzeczniutko?. Oj, nie !!! Problem tylko polega na tym, że ludzie często obrażają nie znając. A to jest problem. Co chwilę przyłapuję frajerstwo nielubiące Steve'a Hogartha, a nie znające choćby jednej płyty w całości z jego udziałem. Takie samo bractwo pastwi się na Philem Collinsem, nie znając dobrze genesisowskich "Wind And Wuthering" czy "...And Then There Were Three". Po prostu przeczytali gdzieś z pięć razy, że w Genesis liczy się tylko Peter Gabriel, więc powtarzają te bzdury wszem i wobec. Przykładów by można mnożyć, lecz kartki papieru szkoda. Mam taką zasadę, nigdy nie krytykuję i nie pastwię się nad muzykiem, jeśli przynajmniej w naparstku nie liznąłem jego twórczości. W latach 80-tych i 90-tych przesłuchałem niemal wszystkie, albo prawie wszystkie płyty Prince'a, próbując znaleźć na nich cokolwiek dobrego. Ok, takie pierdy nie są co prawda w moim klimacie, ale wielcy artyści czasem potrafią grać smęty, ale jednak wytworzyć w słuchaczu jakiś szacunek, respekt,... U Prince'a jest tylko uczucie pustki i beznadziei. Jego popularność wywołali zblazowani dziennikarze, którzy niesprecyzowanym odbiorcom chcieli znaleźć inteligentny pop, różniący się od popularnej i zbyt melodyjnej sieki. Tak więc znaleźli takiego mamuciego wypierdka, który podskakując pajacował po scenie w kolorowych fatałaszkach, z gitarą, na której nieraz coś pierdnął. Sam pamiętam jak w Polsce lat 80-tych co chwilę prezentowano jakiś nowy klip tego samozwańczego księcia i wszystko podnoszono do rangi wykwintnej sztuki. Prawdopodobnie ówczesnym szefem telewizyjnej jedynki lub dwójki był jakiś zniewieściały błazen, dla którego Prince stał na równi z Jimim Hendrixem. Podobne farmazony głosili polscy dziennikarze radiowi. Niejednokrotnie przecierałem uszy ze zdziwienia słysząc takie absurdalne porównania. Uważam, że należy ludzi uświadamiać, a przy okazji bronić swego. Czyli odradzać muzyczne bezdroża na rzecz propagowania klejnotów i diamentów. Dlatego nie mam zamiaru milczeć, nawet jeśli komuś się wyrwie i w chwili totalnego zgłupienia nazwie mój ukochany Pendragon beznadziejnym zespołem. Nie żywię uczucia nienawiści do Prince'a , ani Manu Chao. Gdyby mnie poprosili, napiłbym się z nimi szkockiej, co nie oznacza, że nadal uważałbym ich za muzycznych dupków i fuksiarzy, którym udało się stworzyć sztukę na poziomie bruku i osiągnąć światowy sukces. Masy zawsze były ciemne, tak więc nie powinno to nikogo dziwić. A jednak widzę, że niektórych rozjaśnionych dziwi.
Gdyby słuchali "Nawiedzonego Studia" (przynajmniej), to poznaliby wiele fragmentów cudownych płyt i nie zawracaliby sobie głowy śmietnikiem utkanym z poczochranych nut i pseudoideologicznych farmazonów. Niestety znam ludzi, którzy nigdy nie włączą "Nawiedzonego Studia", bo im ambicja na to nie pozwala. Co on tam będzie słuchać jakiejś lokalnej "Afery" , podczas gdy jego yntylygecijo nakazuje mu tylko nastawić "trójeczkę". Tak jakby w tej "trójeczce" mieli wszystko. Założę się, że panowie redaktorzy z niejednej rozgłośni w WarszaFFce ,nie słyszeli o setkach płyt, które mam w domu (choć polukrowali się już dawno na speców) - ja, regionalny nadawca ze  studenckiej rozgłośni, z programu nocnego, dla niedosypialskich  marków. I nie po to piszę te słowa, by się przechwalać - po prostu jestem pewny swego!  I basta!  Wielu pasjonatów muzyki już dawno to zrozumiało, poszukując właśnie prawdziwej muzyki po zakamarkach radiowego eteru, zachowując w ukryciu i skromności swoje bogate zasoby. Najgorsze, jeśli bezguściarz chce zrobić z siebie elitarnego znawcę w mainstreamowym gronie, wtedy zawsze z takimi wymoczkami a'la Prince będzie udowadniać swoje muzyczne (nie)dokształcenie, a szkocką z lodem zamieni na pufającą lampkę, wykręcającą z kwaśności gębę, szampana.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

HEATHER NOVA w Polsce !!! - Warszawa, nie w "Hard Rock Cafe", a jednak w "Stodole" 8.11.2011

HEATHER NOVA w Polsce !!!! Tę wiadomość dnia !!! otrzymałem od naszego słuchacza Jarka K. - za którą to składam duże dzięki
Artystka wystąpi w Warszawie, 8 listopada br. w "Hard Rock Cafe"
Na oficjalnej stronie Heather Novy można znaleźć tego potwierdzenie.

U W A G A  !!!!!
Dopisano dnia 12 sierpnia 2011 - organizatorzy zmienili plany i przenoszą koncert do "Stodoły". Reszta na razie bez zmian.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl 

niedziela, 10 lipca 2011

Strzeż się tych miejsc

Przez dwie i pól dekady systematycznego wpajania ludowi o wielkości kurduplowatego Prince'a doprowadziło do wiary w jego wielkość. Znalazło się wszak kilku dziennikarskich kretynów, którzy ujrzeli w nim boga gitary na miarę Jimiego Hendrixa. Oczywiście, systematyczne wiercenie w głowach ludziom pozbawionym gustu, doprowadziło do pełni sukcesu, że ci padli przed nim na kolana. A wieść o koncercie tego zblazowanego muzycznego "księcia" w Polsce, sparaliżowała niemal całą śmietankę bezguścia w tym kraju, u ludzi, którym to wydaje się, że tenże gust posiadają. Podobnie sprawa ma się z występem Manu Chao. Trudno policzyć na palcach moich obu dłoni, iluż to próbowało mnie namówić na ten koncert. Nie pojmuję skąd tym ludziom to przyszło do głowy. Nie kręci mnie od lat podziwianie tego typu muzykantów. Tego typu bełkoto-niarstwo bliskie mi było w latach szczęśliwego dzieciństwa, kiedy to jako nieświadom ludzi i świata, siedziałem przy pocztówkach dźwiękowych i słuchałem każdej piosenki, a już najchętniej wesołej. Najlepiej z jak najbardziej małpowatym refrenem. Dzisiaj taka wesoła muzyczka zazwyczaj mnie smuci. Zbyt wiele mam wspaniałych płyt w domu i zbyt wiele wciąż na oku, by zawracać sobie głowę jakimś Manu Chao czy Prince'em, których twórczość ma dla mnie takie znaczenie jak wartość słów Kaczyńskiego, Ziobry, Rydzyka, Macierewicza i całego tego towarzystwa razem wziętego. A propos, tutaj się właśnie kłóci zdrowy rozsądek z pojęciem demokracji. Bo ja bym wiedział co zrobić z takimi !!! - że tak na chwilę od muzyki odskoczę. Oczywiście chcąc być dobrze zrozumianym, dodam, iż nie łączę fanów obu tychże artystów z tym śmietnikowym towarzystwem toruńskiej grzesznicy i niedoszłych diabelskich źródełek.
Dziś radość ze słuchania muzyki czerpię pełnymi garściami. I może dlatego, że Najwyższy widzi we mnie jedną ze swoich owieczek, strzeże mnie przed stadem baranów. Za co składam mu ziemiańskie dzięki!

P.S. tylko błagam, niech mi ktoś nie wyskoczy z tekstem, jaki to piękny kawałek ten "Purple Rain", bo słyszę to przy każdej okazji, kiedy tłukę księcia po łbie.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

CITY BOY - "Book Early" - (1978) -

CITY BOY - "Book Early" - (1978 VERTIGO) -



To była kiedyś bardzo znana grupa. Cieszy się ona zresztą wielkim szacunkiem i po dziś dzień w wielu miejscach naszego globu. Ta brytyjska formacja często jest traktowana jako amerykańska, ponieważ u sąsiadów za Wielką Wodą zdobyła o wiele większą popularność niż na Starym Kontynencie. Ale historia zna takie przypadki, jak choćby brytyjski Nektar uważany za niemiecki, lub brytyjski Foghat za amerykański, itd... To miało wszak swój sens. Wszystkie w/w zespoły tak mocno utożsamiały się muzycznie i mentalnie z danym regionem świata, że zostały przez niego bez reszty wchłonięte.
Grupa City Boy wydała 7 płyt, a wszystko to w przeciągu zaledwie pięciu lat (1976-81). Lecz tylko pierwsze cztery zdobyły sporą popularność. Im później, tym grupa coraz mocniej traciła pozycję na rynku - i to głównie amerykańskim, a więc u swojego głównego chlebodawcy.
Album "Book Early" to czwarty i zarazem środkowy w skromnej dyskografii zespołu. Przy okazji najbardziej popularny i naprawdę smakowity. Choć sympatycy rocka będą zdegustowani moim osądem, gdyż płyta ta z prawdziwym rockiem (a to był zespół rockowy) miała niewiele wspólnego. Była to bardzo przebojowa , a wręcz popowa produkcja, którą napędzała rockowa sekcja, jednak melodie, chórki i aranżacje, słodziły tę muzykę po dyskotekowe parkiety tamtych lat. City Boy pasowali jak ulał do towarzystwa spod znaku: Sailor, Racey, Smokie, New England, Sweet, Leifa Garreta, Davida Dundasa i całej tej śmietanki pop rockowej, atakującej listy przebojów i serca ówczesnych niewiast. Otwierająca płytę kompozycja "5.7.0.5" sprzedała się na singlu w nakładzie przekraczającym 200 tys. egzemplarzy, co nie było łatwe, a dorównywało osiągnięciom królowym dyskotek w rodzaju Amandy Lear, Donny Summer, czy tym podobnym.
Może trudno będzie w to uwierzyć, ale producentem tej płyty (i kilku innych City Boy także) był słynny Robert John Mutt Lange, a więc człowiek później odpowiedzialny za klasyczne albumy takich gigantów rocka, jak: Def Leppard, AC/DC, Foreigner, i wielu innych... Tak na marginesie Lange przyczynił się także do ogromnego sukcesu swojej wybranki serca Shania'i Twain. Ale zostawmy to, bo to już historia współczesna i powróćmy zatem do "Book Early". Płyta ta zawierała 11 kompozycji, zarówno dynamicznych jak i słodkich ballad, ale nie była to żadna banalna i beznamiętna nawalanka. Z tychże piosenek kipiało szczerością wykonania, młodzieńczym zapałem i solidnym rockowym kopem. Jedynym problemem dla europejskiego ucha było to, że takie granie adresowano do słuchacza środka , którego w Europie trudno było znaleźć - także zresztą i dzisiaj. Bowiem za lekkie to było dla rockowego ucha, a dla popowo-dyskotekowego zbyt ostre. Dzisiaj ma to swoją łatkę jako AOR (Adult Oriented Rock). Amerykanie uwielbiali takie koktajle, przez co dla przykładu w tamtych latach połączono siły popu spod znaku Bee Gees i na pół-rockowego Petera Framptona w filmie "Orkiestra Klubu Samotnych Serc Sierżanta Pieprza", w kapitalnym notabene kinowym obrazie dla młodzieży, z piosenkami z repertuaru Beatlesów (także Aerosmith czy Alice Cooper tam grali - bomba!). Tak więc połączenie heavy metalowych gitar i słodkich melodii w wydaniu City Boy, kręciło ówczesnych amerykańskich małolatów jak mało co. Nie chcę wyróżniać konkretnie jednego czy dwóch  utworów z tejże płyty, gdyż całej jej słuchało się (i słucha nadal) po prostu znakomicie.
I pomyśleć, że w tamtych czasach, dla małolatów wzorcem stały tak świetne grupy jak choćby City Boy. Fajne to były czasy, gdzie prawdziwe kompozycje i ładne piosenki trafiały na czołówki młodzieżowych fanzinów, listy przebojów, a z kolei plakaty ich twórców przypinano sobie nad łóżkiem. Sięgnijcie po tę płytę teraz, jeśli w 1978 r. nie wpadła ona w wasze ręce. Na pewno przywoła do życia kilka zapomnianych chwil, których za sprawą wciąż słuchanych i znanych piosenek więcej już nie odszukacie. A ta muzyka należycie przeczyści korytarze waszych wspomnień.
P.S. Po rozpadzie City Boy największą popularność zdobył  gitarzysta Mike Slamer, który w późniejszych latach grał w wielu świetnych zespołach, jak w Streets - ze Steve'em Walshem z Kansas. Nagrał także dwa kapitalne albumy z nieistniejącą już grupą Steelhouse Lane. A z kolei z Terrym Brockiem, znanym z grupy Strangeways założył świetną grupę Seventh Key (dwa albumy studyjne i genialny koncert - wydany na CD oraz DVD). Jego nazwisko pojawiło się jeszcze na kilku innych rockowych kartach historii, ale nie czas, by przy okazji płyty "Book Early" zatruwać Was nudnymi encyklopedycznymi faktami.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

NIGHT - "Long Distance" - (1980) -

 NIGHT - "Long Distance" - (1980 Planet Records) -



Ten zupełnie już dziś zapomniany zespół powstał w 1978 roku w USA, choć skompilowany został przez brytyjskich muzyków, którzy wcześniej w większości udzielali się zawodowo w dziesiątkach przeróżnych projektów. Jedynie wokalista Chris Thompson przez wiele lat posiadał stałą posadę u boku Manfreda Manna i jego Ziemskiej Orkiestry.
Grupa wydała tylko dwa albumy. Pierwsza "Night" z 1979 roku zawierała nawet dwa (nie)wielkie przeboje: "If You Remember Me", a także "Hot Summer Nights". Znane tylko szczęściarzom posiadającym tamto wydawnictwo na LP, a także właścicielom kompilacji, która dzięki płycie CD miała przyjemność dotrzeć do większego audytorium. Ta debiutancka płyta to dzisiaj istny biały kruk, a zdobycie jej na LP graniczy z cudem. Inaczej się sprawa ma z drugim albumem "Long Distance", wydanym w 1980 roku, na którego sukces bardzo zresztą liczyli szefowie Warnera, dogadując się z wydawcą z Planet Records, na szeroką akcję promocyjną, która zakończyła się średnimi efektami komercyjnymi. Pomimo, iż płyta spodobała się w Niemczech, Holandii, a nawet w Australii. Niestety to było zbyt mało. Szefowie Warner Bros. marzyli o podbiciu krajów Ameryki Północnej, tym bardziej, że przecież debiut zauroczył nieco Kanadyjczyków.
"Long Distance" jest płytą, która powinna zainteresować nie tylko sympatyków zespołu Manfreda Manna, z uwagi na nazwiska Chrisa Thompsona (śpiew, gitara) czy Robbie'ego McIntosha (gitara), ale w ogóle wykwintnego grania. W tym czasie grało w Night wielu świetnych muzyków, jak choćby wokalistka Stevie Lange, która w swojej bogatej karierze wspomagała przed mikrofonem takie grupy jak: Def Leppard, UFO czy Status Quo, a także takich artystów jak: Jim Capaldi czy Rick Wakeman. Warto zwrócić jeszcze uwagę na nietuzinkową postać, jaką był Tim Friese Greene, który to w tamtych czasach podpisywał się jako Green, a nie Greene. Był on duchowym siódmym członkiem zespołu, a także producentem albumu. Nie była to jakaś szczególnie ambitna płyta. Jawiła się barwami pop rockwymi, o melodiach typowych dla tamtego okresu. Można było przy niektórych z nich posiedzieć w jakimś nocnym amerykańskim klubie, a innych posłuchać po prostu z rozkoszą w fotelu. Nie była to płyta do zaangażowanego medytowania, a raczej przyjemnego spędzenia z nią czasu, gdzie z zapartym tchem można było podziwiać kunsztowną grę muzyków i smakowite pojedynki wokalne Chrisa oraz Stevie, wspomaganych przy okazji chóralnie przez basistę Billy'ego Kristiana oraz gitarzystę Robbie'ego McIntosha. Ale dobrego rocka także nie brakowało, jak na przykład w kapitalnej solówce gitarowej w utworze "Don't Break My Heart", albo w otwierającym płytę "Dr. Rock", który bliski był klimatom późnych 38 Special,, Lynyrd Skynyrd czy zaprzyjaźnionych z zespołem muzyków z Doobie Brothers. Mnie osobiście ogromnie przypadł do gustu finalizujący pierwszą część albumu utwór "Callin' Me Back". No, ale ja zawsze uwielbiałem takie emocjonalne i rozpierające dech w piersiach melodie. Tak samo mając całe życie słabość do amerykańskich piosenek pop-country-rockowych, nie potrafiłem przejść obojętnie wobec nawet takich szmir jak "Good To Be Back In Your Arms", która zamykała całe dzieło. Bo takie piosenki zawsze posiadają tę niewidzialną moc.
Z "Long Distance" wylansowano tylko małokalibrowy przebój "Love On The Airwaves" i choć przymierzano się do realizacji trzeciego albumu, wszyscy dali sobie spokój. Chris Thompson w tym czasie wspomógł Manfreda Manna w kilku utworach na fantastycznej płycie "Chance" (1980), którą osobiście kocham, lecz która to uważana jest za najgorszą płytę zespołu. O zgrozo! Znowu ci beznadziejni i głusi krytycy. A taki na przykład Tim Friese Green(e) świetnie odnalazł się w latach osiemdziesiątych, szczególnie jako producent nowo-romantycznych arcydzieł grupy Talk Talk. Choć i nie zapominajmy o jego dużym wkładzie w genialną płytę "Adam And Eve" grupy Catherine Wheel. Pozostali muzycy Night znaleźli także nowe zajęcia i nikt już nie zatęsknił za przywróceniem nazwy Night.
Obie płyty grupy Night wydano kilka ładnych lat temu na jednym kompakcie, co rekompensuje wspomnianą powyżej (nie)możliwość zdobycia debiutu na LP, a z kolei łatwość opisanej przed chwilą "dwójki".

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

czwartek, 7 lipca 2011

JAKSZYK, FRIPP and COLLINS - "A Scarcity Of Miracles" / A King Crimson ProjeKct"

 JAKSZYK, FRIPP and COLLINS - "A Scarcity Of Miracles" / A King Crimson ProjeKcT
(with LEVIN and HARRISON) - 2011 PANEGYRIC / DISCIPLINE GLOBAL MOBILE



Z jednej strony płyta ta firmowana jest nazwiskami tylko muzyków, z drugiej zaś, pojawia się u dołu okładki mniejszy dopisek, że to projekt King Crimson. Czyli, niby nie komercyjnie, a jednak każdy sprzedawca sklepu płytowego dołoży ten album pod zakładkę z napisem King Crimson. Z założenia niby rzecz niszowa, ale jednak ma się dobrze sprzedać. Czy trudno jednak dziwić się Robertowi Frippowi? Przecież w ostatnich latach nie stworzył praktycznie niczego wielkiego. Tak po prawdzie, to osobiście żyję w przekonaniu, iż po wspaniałej płycie "Red" (1974), można już sobie twórczość Roberta Frippa podarować. Te wszystkie Vrooomy czy Thraki, niech zabierze jeden diabeł. Dlatego, miło jest ujrzeć i usłyszeć brak w składzie Adriana Belew. Człowieka, z którym kojarzą mi się tylko nielubiane i niechciane płyty King Crimson. To muzyczne cierpienie trwało zdecydowanie za długo, dla zespołu, który potrafił jak żaden inny w dawnych czasach balansować pomiędzy awangardą a baśnią. Czarując i intrygując jednocześnie. A ten nudny Belew wyprodukował (przy aprobacie Frippa - rzecz jasna!) muzykę utkaną z wzorów fizyczno-matematycznych. Koszmar! Zatęskniłem za prawdziwym King Crimson, w obojętnie już jakim składzie, byle bez tego Belew. I niech się nawet to nazywa "Projekct Milion Minus Pierwszy", byle w muzyce Frippa i jego kompanów pojawiły się znowu nuty melancholii, intrygi, hałasu, furii czy smutku. Czegokolwiek, co wgniecie mnie w fotel i przywróci  nazwę King Crimson ponownie do grona wielkich i zasłużonych.
Już wiem, że nie uczyni tego ta płyta, ale wiem, że to i tak najlepsza rzecz jaką można było sobie wyobrazić po ostatnich prawie 30 latach wypocin i męczarni.
"A Scarcity Of Miracles" to najspokojniejsza płyta w dziejach King Crimson. Jeszcze delikatniejsza od "Islands". Ale i o wiele prostsza. I nie tak piękna. 6 utworów , które płynnie układają się w jedną całość. Są to w zasadzie piosenki, takie niemal narkotyczne. Nie ma w nich popisów czy wirtuozerii. No, może poza dwojącym się Melem Collinsem, który na swoich saksofonach: altowym i sopranowym , niezmordowanie ubarwia wiele fragmentów tego dzieła. A na przykład w otwierającym płytę nagraniu tytułowym, Collins brzmi niczym Branford Marsalis, rodem z pierwszych dzieł solowego Stinga.  Podobnie sprawa ma się w trzecim utworze "Secrets". Z kolei Robert Fripp zagrał przepiękną partię gitarową w "The Price We Pay".  Co zasługuje na wyróżnienie. Szkoda, że tylko na tak niewiele stać było Mistrza. Szkoda także, że w miarę dobre wrażenie sprawiają pierwsze cztery utwory. Choć to w sumie 2/3 płyty. Lecz, to raczej bardziej doceniając ich fragmenty lub pojedyncze zagrywkowe smaczki, niż pełne kompozycje. Ostatnie dwa utwory są wyjątkowo nudne, żeby nie powiedzieć: kompletnie mierne. Piszę to świadomie i z pełnymi tego ewentualnymi konsekwencjami, w razie gdyby fanatyczni sympatycy Karmazynowego Króla mieli mi ochotę doskoczyć do gardła. Nie będę się rozpisywać, ani zachwycać nad bębnami Gavina Harrisona czy basem i stickiem Tony'ego Levina, bowiem ci muzycy grają co do nich należy, natomiast na pewno nie stąpają niczym Chrystus po wodzie. Na koniec jeszcze kwestia mało znanej postaci, jaką jest Jakko M Jakszyk, który gra na gitarze oraz instrumentach klawiszowych, a do tego przejął rolę głównego wokalisty. Głos Jakszyka niczym nie zachwyca, ale i nie drażni, jak to bywało u Belew. Na pewno Jakszyk nie będzie w historii Crimsonów postacią na miarę Johna Wettona, Grega Lake'a czy Gordona Haskella. Zarówno jego śpiew, jak i cała ta nowa muzyka King Crimson, mają się do starych dzieł Frippa, jak Trabant do Mercedesa. Brak tu czegoś niesamowitego. Płyta spokojnie przelatuje, lecz gdy się kończy, nie prosi o ponowne jej nastawienie. Szkoda, że jeden z najbardziej twórczych muzyków przełomu lat 60/70-tych, jakim był niegdyś Robert Fripp, nie ma od tak dawna niczego ciekawego do powiedzenia. Nawet, jeśli przydarzy mu się błysnąć - jak choćby z lekka tutaj.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

środa, 6 lipca 2011

SAXON - "Call To Arms" - (2011) -

 SAXON - "Call To Arms" - (UDR) -



Należę do pokolenia, które wychowało się na Iron Maiden, Def Leppard czy właśnie Saxon. Kiedy Saxon wypuścili płytę "Wheels Of Steel" (1980), rozpoczynałem edukację w średniej szkole i wszyscy moi kumple tak samo jak ja, słuchając "Motorcycle Man" czy "747 (Strangers In The Night)", tarzali się z linijkami lub kątomierzami (imitującymi gitary) po dywanie. Ta muzyka wiele dla mnie (nas) znaczyła i mało kto się zastanawiał nad tym czy wywodzi się z nurtu NWOBHM czy nie. Dopiero później zaczęto przyklejać takie stylistyczne łatki tym zespołom, a czynili to najczęściej ludzie, którzy w słownym bukiecie nie potrafili opisać muzyki.
Kochałem Saxon zawsze, choć najbardziej za cale lata 80-te. Podkreślam "całe"!, czyli także za płyty typu "Rock The Nations" czy "Destiny", na które to głusi pseudoznawcy lub krytycy muzyczni z uśmiechem na twarzy wylewali wiadra pomyj. Dziś owi znawcy pochowali się ze strachu po kanałach, bo Saxon nieprzerwanie istnieją i dają czadu. Często i mocniejszego niż wówczas. Dlatego choćby muzycy zasługują na szacunek. A także również za niezaprzedanie dawnych ideałów diabłu. Nawet jeśli już  nie komponują tak wykwintnych kompozycji jak przed laty. Zresztą nie da się całe życie nagrywać arcydzieł w rodzaju "Wheels Of Steel", "Strong Arm Of The Law" czy "Innocence Is No Excuse". Poza tym, tylko raz jest się młodym i łatwiej wtedy wykrzesać z siebie maksimum energii. Choć tej to akurat Saxonom nie brakuje, a nawet troszeczkę boję się o zdrowie Biffa i spółki, bo łoją po garach, że jak na ich wiek, to wręcz niewiarygodne. A co do nowych kompozycji, to szczególnie podobają mi się: "When Doomsday Comes" (do filmu Hybrid Theory)- która zajeżdża "Purpurą" spod znaku "Perfect Strangers" (no i te świetne klawisze na końcu!) , a także kapitalny utwór tytułowy, szczególnie w tej wersji zorkiestrowanej, kończącej płytę, choć i ten w wersji podstawowej, bardziej czadowej, jest także niczego sobie. Piękna jest także powiedzmy "ballada"- "Ballad Of The Working Man"-, która finalizuje całe dzieło. Poza tym, płyta świetnie się zaczyna, utwór "Hammer Of The Gods" trochę mroczny, ale i bardzo energiczny, należycie wbija słuchacza w fotel. A raczej z niego podrywa! Także fajne wrażenie robi następny po nim "Back in 79", choć ten jest wolniejszy i z lekka motoryczny. Niczego nie odbieram utworom pozostałym. Są mocne, zrytmizowane, solidnie biją po uszach, no może brakuje mi w nich tylko nieco barwniejszych melodii oraz jakiś niezwykłych motywów. W sumie jednak to dobra płyta, o której i po latach fani będą z szacunkiem się wypowiadać. Z tym, że o pobiciu np. takiej "Lionheart" (2004), biorąc czasy ostatnie - nie ma mowy.
Dodam jeszcze na koniec, że do digipackowej limitowanej wersji ,dołożono 7-utworowy dysk z materiałem koncertowym z 1980 roku z Donington. Te pół godziny grania jest naprawdę niezłej jakości, a muzycznie...- po prostu bomba!

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

HAMMERFALL - "Infected" - (2011) -

 HAMMERFALL - "Infected" - (2011 NUCLEAR BLAST) -


Nigdy nie zapomnę tych pierwszych chwil i tego walenia serca, kiedy słuchałem z promocyjnej małej płytki utworu "Hammerfall", wówczas zupełnie nieznanej jeszcze szwedzkiej grupy o dokładnie takiej samej nazwie. Nie mogłem uwierzyć w to co słyszę. Był rok 1997. Nikt już tak nie grał. Cały świat zmęczony i znudzony wsłuchiwał się jeszcze w umierający grunge lub kaleczył swe kory mózgowe rapowaną sieką. Kill The fuckin' Rap !!! Termin "metal" od jakiegoś czasu kojarzył się już tylko z odgłosami młota pneumatycznego lub smęcącymi pseudo-gotyckimi panienkami, które wyglądem przypominały bardziej nieurodzajnie wysuszone szparagi, niż groźne wampirzyce. Z drugiej strony, Judas Priest przeżywali regres, Iron Maiden także, choć to co proponowali nie było złe, ale brakowało czegoś co ożywi tę całą metalowo-szlachetną scenę. Nawet Metallica zaczęła grać jakieś  Loadowe i Reloadowe bzdety. Potrzebny był jakiś solidny i przyjemny kopniak, który przy okazji pociągnąłby całą tę machinę. Hammerfall wydawali się być na to idealnym lekarstwem. Wydany w tym momencie debiutancki album "Glory To The Brave" był niczym balsam dla spragnionych uszu potoku miłego hałasu. Wokalista Joacim Cans śpiewał czysto i silnie, gitary ładowały solówki z siłą wodospadu, a melodie unosiły moje ciało w przestworza. Chciało się żyć. Zarówno "Glory To The Brave" jak i następna "Legacy Of Kings" tryskały pasją, pomysłami i nadspotykaną świeżością wykonania. Pod tym względem nie mieli sobie równych w tamtych czasach. Dopiero późniejsze albumy, dopracowywane w najmniejszym szczególe, przynosiły muzykę co prawda lepiej wyprodukowaną , ale już nie tak spontaniczną i witalną. Nadal jednak Hammerfall potrafili zaczarować w wielu fragmentach swoich płytowych dzieł, pomimo iż nie kładli już słuchaczy na łopatki. Przyznam, że sam mam pewne kłopoty z ostatnimi albumami Hammerfall. Muszę się do nich troszkę na siłę przekonywać , słuchając często, lecz wyrywkowo, ponieważ całe albumy rzadko chwytają za serce. Do poprzedniej "No Sacrifice, No Victory" przekonałem się dopiero po blisko dwóch latach, a i tak bez bólu pozbyłbym się z niej trzech utworów. Boję się, że z najnowszą "Infected" będzie podobnie. Tym bardziej, że na tak zwany pierwszy rzut ucha (po wielokrotnym słuchaniu!) album jako całość robi nieco mniejsze wrażenie. Ale i tutaj mamy kilka pereł, jak choćby drugi na płycie "B.Y.H." (skrót od Bang Your Head) - w dobrym starym stylu! , "Immortalized" - z lekka pachnący klimatami Bliskiego Wschodu, czy "Let's Get It On" - przypominający klimatem i dramaturgią fenomenalny "Let The Hammer Fall". Do tej trójcy można dołożyć jeszcze "Redemption" - 7-minutową mini-suitę z dostojnymi klawiszami na początku, oraz po prostu bardzo chwytliwy "666-The Enemy Within". I na tym sprawa się kończy. Reszta jest poprawnie dobra , ale przyjemnie uszu już nie kaleczy. Mogę tylko uspokoić, że Hammerfall to wciąż fajny zespół, a nie tak ohydny jak ich okładka do nowej płyty, z przy okazji obrzydliwą wariacją ładnego przecież logo grupy.  Czekam jednak na lepsze czasy, jakimi w przypadku Iron Maiden był album "Brave New World" ,a u Judas Priest doskonały "Nostradamus" - tak dla przykładu.
PS. Warto sobie zaaplikować wersję limitowaną (z taką okładką jak powyżej), zawierającą 5 utworów zagranych na żywo, ale w studio.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

wtorek, 5 lipca 2011

DEF LEPPARD - "Mirror Ball - Live & More" - (2011) -

 DEF LEPPARD - "Mirror Ball - Live & More" - (2011 BIUDGEON RIFFOLA / FRONTIERS) -



Teoretycznie jest to pierwszy koncertowy album w historii Def Leppard. Wierzyć się nie chce, że ta istniejąca  ponad 30 lat grupa, dorobiła się dopiero teraz oficjalnego "żywca" na płycie. A właściwie to na dwóch płytach CD i jeszcze dodatkowej ciekawostce na DVD, dołączonej do tego pięknego wydawnictwa. Napisałem powyżej, że jest to teoretycznie ich pierwsza koncertówka, ponieważ w 2009 roku w ramach reedycji kilku płyt grupy, do albumu "Pyromania" dołączono jako drugą płytę, świetny koncertowy materiał z L.A.Forum z 1983 roku, czyli właśnie z trasy promującej album "Pyromania". Nadziwić się nie mogę, dlaczego tak długo wytwórnia Mercury zwlekała z wypuszczeniem tamtego genialnego koncertu !!!. I dla kogo to wydano?  Dla pokolenia, które nie kupuje płyt? Jeszcze z 10-15 lat temu firma zarobiłaby na tym fortunę.  A niech że ich...!!!
O ile zatem koncert z L.A.Forum trafia po latach jako ciekawostka dla wybrańców (bo nie każdy kupi drugi raz Pyromanię dla bonusowego dysku) , o tyle "Mirror Ball" to zapis z trasy światowej, promującej ostatni jak dotąd studyjny album "Songs From The Sparkle Lounge" z 2008 roku. Album lotów nie najwyższych, ale mimo wszystko w miarę dobry.  Ponieważ trasa przebiegała niemal przez cały świat, a kompozycje jawiły się różnymi barwami (czytaj: wykonaniami), dlatego muzycy powybierali te według nich najlepsze i zamieścili na tymże albumie. Spośród 21 utworów, 3 pochodzą z ostatniego "Songs From...", a reszta to już same "killery"! Całość zgrabnie połączono w jedną całość, tworząc atmosferę jednego przedstawienia. Do tego brzmienie jak i poziom głośności zachowano niemal na idealnie równym poziomie. Wokalista Joe Elliott twierdzi, że niczego w studio nie poprawiano, jeśli chodzi o jego głos oraz instrumenty. Podobno tylko dołożono troszkę efektów typu echo, w celu dopieszczenia głównie partii chóralnych. Jeżeli to prawda, to koncert jest świetny, a forma zespołu rewelacyjna. A co do repertuaru, no cóż..., Def Leppard to taki zespół, który gdyby nawet grał koncerty 5-godzinne, to nie zadowoli wszystkich, bo zawsze czegoś zabraknie.
Całość rozpoczyna "Rock! Rock! (Till You Drop)", a później atakuje nas zmasowany rój przebojów, jak: "Rocket", "Animal", "Too Late For Love", "Love Bites", "Bringin' On The Heartbreak" (kapitalnie zaśpiewany z udziałem publiczności) , "Armageddon It", "Photograph", i wiele wiele innych...!
Przeżyć na własnej skórze taki koncert, to byłoby coś. Nie liczyłbym jednak na szybką wizytę Leppardów w naszym kraju, których już raz przecież powitały w "gościnnych polskich" progach pustawe sale Katowic i Warszawy w 2002 roku, podczas gdy w wielu innych częściach świata modlono się o dodatkowe bilety.
Wracając do "Mirror Ball", w podtytule tego wydawnictwa widnieje dopisek "live & more", a tym "more" są jeszcze dodatkowe 3 premierowe studyjne kompozycje, które co prawda wejdą do programu najnowszej studyjnej płyty, ale ta ukaże się dopiero w 2012 roku, tak więc... Pierwszy z nich "Undefeated" posiada taką tnąco-krzykliwą zwrotkę i chóralnie wyśpiewany refren. Mocno pod tym względem przypomina "Let's Get Rocked", otwierający w 1992 r. ostatnią mega-popularną płytę "Adrenalize". Następny ponad 6-minutowy "Kings Of The World" rozpoczyna się chóralnie , niczym jakiś zagubiony utwór Queen, zresztą później rozwija się także w queenowskim nastroju, a jest w dużej mierze po prostu piękną balladą, z jak najbardziej i także leppardowskimi motywami. No i to solo gitarowe, zupełnie jakby Phil Colen i Brian May stali obok siebie. Piękna rzecz. Ze dwadzieścia lat temu ten kawał prześlicznej muzyki rządziłby listami przebojów. Oj, chciałbym dostać po nosie za brak wiary w dobry gust dzisiejszego masowego odbiorcy muzyki. Trzeci i ostatni nowy utwór "It's All About Believin' " robi najmniejsze wrażenie, choć spełnia wszystkie kryteria potrzebne do leppardowskiego przeboju. Miła melodia, podana w średnim tempie i konsekwentny chóralny refren, przywołują pogodny wyraz twarzy fana, jednak nie pozostawiając na nim jakiś większych wrażeń na dłużej. Mimo wszystko, te trzy nowe nagrania dają wielką nadzieję na świetny nowy album. A nawet szansę na najlepszą rzecz od blisko 20 lat. Choć mnie i tak podobały się ostatnie płyty, niech sobie tam gadają...
Na koniec tylko gwoli dziennikarskiej rzetelności dodam, że album posiada dodatkowy dysk DVD z czterema koncertowymi nagraniami, dwoma klipami oraz materiałem zakulisowym z okresu 2008/09. Ot, ciekawostka, lecz materiał audio to rzecz obowiązkowa. Acha, "Mirror Ball" ukazał się także na 3-płytowym winylu.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl