piątek, 31 sierpnia 2018

MY INDIGO - "My Indigo" - (2018) -







MY INDIGO
"My Indigo"
(BMG)

***1/2






Solowe wcielenie wokalistki Within Temptation przynosi bardziej popowe oblicze, jednak żadna z tego wesoła muzyczka. Z nut wynika, że miła i niekiedy nieabsorbująca, z tekstów zaś wydobywamy garść serio splecionych przemyśleń.
Sharon Den Adel utworzyła My Indigo jako lekarstwo na zbolałą duszę, po uwikłaniu w szereg trosk i osobistych problemów. Podobno znaczna ich część rozbijała się o los schorowanego ojca.
No dobrze, być może zamiast oczekiwanej epickości, Sharon tym razem bliżej do Florence And The Machine lub zdecydowanie nieroztańczonej Tori Amos, ale czy z tego należy czynić zarzut?
Ostatni album Within Temptation "Hydra" niekiedy także uciekał w stronę popu, więc takie My Indigo prędzej czy później powstać musiało. Szkoda, że okoliczności mało sprzyjające, lecz muzyka niekiedy naprawdę prześliczna. Bo jeśli zautomatyzowany rytm "Black Velvet Sun" nam nie przeszkodzi, to pod roztańczoną i chwytliwą melodią dostrzeżemy smyczki, o których istnieniu w opisie ni słowa. Ach, te wszechmogące komputery. A przecież smyczki wyraźnie usłyszałem również w "Star Crossed Lovers". Nic to, przecież fragmentarycznie użyty vocoder w "Indian Summer" zupełnie nie przekreśla bezbłędnie śpiewającej Sharon. Piosenka aż uprasza się o singiel, choć wydawcy postawili na pierwsze z brzegu, a jednocześnie "wizytówkowe" "My Indigo". Jak najbardziej ładna pieśń, jednak w moim odczuciu płyta posiada trzy inne perły, których zapewne w radiowym eterze nie usłyszymy - a bez których trudno wyobrazić sobie kompletną płytotekę. Namiętnie wyśpiewane "Out Of The Darkness" - bo warto wybudzić się ze snów i zacząć żyć na jawie,
wieńczące album "Where Is My Love" - gdy miłość cię zawiedzie, dobrze mieć kogoś u swego boku, oraz umiejscowione w sercu drugiej części, i jak dwa poprzednie, równie podniosłe "Safe And Sound". Sharon przejmująco zaśpiewała: gdybym potrafiła, zatańczyłabym wokół twego bólu.
Jeśli więc "My Indigo" wrzucimy do worka z napisem "pop", to i ja chętnie do niego wskoczę.
Sharon, do zobaczenia pod koniec października w moim Poznaniu.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





MAD MAX - "35" - (2018) -







MAD MAX
"35"
(STEAMHAMMER)

***1/2




W tytułowym "Thirty 5" usłyszymy: "... gramy od pieprzonych trzydziestu pięciu lat, i jedziemy dalej...". Powiedziałbym, że nawet od trzydziestu sześciu. Grupa przecież powstała, gdy Iron Maiden - już z Brucem Dickinsonem w składzie - wstrząsnęli genialnym "The Number Of The Beast", a Scorpionsi nareszcie w "Blackout" przyłożyli tak, że szyby z okien. No, może za wyjątkiem ich wcześniejszej prekursorskiej torpedy, jaką pierwsza na stronie B zbioru "Lovedrive", dwu- i półminutowa "Can't Get Enough".
Z początku Mad Max mieli ambicje podążać drogą wytyczoną przez twórców NWOBHM - na co wskazują pierwsze trzy albumy - jednak z czasem zdali sobie sprawę, że w ich żyłach płynie germańska krew, więc niczym Scorpions, Running Wild czy Accept wypracowali własny styl. I tak oto do teraz sprawy toczą się konsekwentnie, a najnowsza płyta, ni specjalnie lepsza czy gorsza od wcześniejszych, posuwa ich artystyczną myśl ku przyszłości.
Mad Max w swej bujnej karierze poddawani byli licznym roszadom personalnym, co nie przeszkadzało stać na froncie Michaelowi Vossowi - wokaliście, gitarzyście, producentowi, jak też głównemu dostarczycielowi kompozycji. Bo szef jest tylko jeden.
"35" nie powinno zawieść dotychczasowych wielbicieli grupy. Pośród jedenastu kompozycji, połowa albumu wydaje się wręcz znakomita. Już na samym wstępie, tuż po intro "The Hutch", wyłania się nośny i przebojowy "Running To Paradise". Rzecz balansująca pomiędzy klasycznymi dokonaniami Dokken, Krokus (choć nie ten wokal) i dajmy na to Saxon. I dość podobnie, choć może z nieco mniejszą siłą rażenia, popieści nas "Beat Of The Heart", bądź "Goodbye To You", ale już na terytorium "D.A.M.N." (co stanowi za skrót od Devil's After Me Now) czy "Snowdance", nie wpuszczajmy dzieciaków bez opieki.
Skoro przed chwilą pozwoliłem sobie przywołać grupę Dokken, to jej wielbiciele powinni przyłożyć przysłowiowego ucha na dostępnym tu, a solidnie dokonanym coverze "Paris Is Burning". Jest zarazem okazja na konfrontację najnowszej interpretacji Niemców z aktualną formą ekipy Dona Dokkena, albowiem tamta formacja niedawno wykonywała tę piosenkę podczas japońskiej trasy, świętującej 30-lecie ich najsłynniejszego koncertowego albumu "Beast From The East" - w dodatku w na chwilę zreformowanym oryginalnym, najsilniejszym składzie.
Jest również na "35" pewna wybijająca się kompozycja, a jej tytuł: "Rocky Road". Coś w rodzaju ballady-hymnu, gdzie nie zabraknie także porywającego i słusznego heavy, natomiast pod jej koniec wykluje się stosowna, niemal ogniskowa gwizdanka. Piosenkę rozpoczyna koncertowa wrzawa, po czym w refleksyjnym tonie wyłaniają się słowa: "...byłem młody i miałem marzenie, aby podróżować z moją gitarą po świecie, którego nigdy nie widziałem... czego udało mi się dokonać...". Bo marzenia należy spełniać.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 30 sierpnia 2018

SOUTHERN EMPIRE - "Civilisation" - (2018) -







SOUTHERN EMPIRE
"Civilisation"
(GIANT ELECTRIC PEA)

***1/2





Po rozpadzie australijskiej Unitopii, wokalista Mark Trueack utworzył z większością jej muzyków nową formację United Progressive Fraternity. Tym samym, osamotniony instrumentalista klawiszowy (a także obecnie okolicznościowy gitarzysta oraz albumowy producent) Sean Timms zaprosił do współpracy czterech mniej znanych muzyków, i tak właśnie powstali Southern Empire. Grupa w 2016 roku wydała udany debiut album, na którym m.in. zakotwiczyła barwna blisko półgodzinna suita "The Bridge That Binds" oraz okazały, ponad 11-minutowy "How Long". Tym razem także otrzymujemy blisko półgodzinną epopeję: "Crossroads". Kompozycję niekiedy symfoniczno-metalową, jednocześnie potężną, a niekiedy zahaczającą o muzykę Wschodu, jazzu, jak też niewyzbytą podniosłego, melancholijnego nastroju. Można by rzec: klejnot koronny układu progresywnego. Na taką paletę barw złożyła się niemała liczba instrumentów. Poza podstawową gitarowo-klawiszowo-perkusyjną sekcją, usłyszymy tu skrzypce, mandolinę, flet, saksofon, a nawet pod koniec trąbkę skrzydłówkę. I w zasadzie, w pozostałych trzech kompozycjach możemy spodziewać się równie bogatej muzyki, do której wykorzystano podobny pakiet instrumentów.
Miłośnikom Kansas powinno przypaść do gustu 19-minutowe "Cries For The Lonely". Sporo tu znajomo brzmiących skrzypiec, ale też odpowiednio pod ten instrument skomponowanych fragmentów. Szczególnie okazała balladowa część, po której wyłaniają się wspomniane skrzypce, a także wyborna gitarowa końcówka. Tego trzeba posłuchać.
Obie najdłuższe kompozycje wypełniają więc albumowe serce, natomiast po obu brzegach rozciągają się pół-suity. Rozpoczynająca dzieło, 9-minutowa "Goliath's Moon" oraz finałowa, ponad 10-minutowa "Innocence & Fortune". Ta ostatnia na swym wstępie zdecydowanie chyli się klimatem ku dawnej Unitopii, ale też blisko jej do okazjonalnie aktywnych Transatlantic. Gdzieś w środku utworu wyłania się niezwykłej urody gitara oraz klasycyzujące pianino. Z kolei, "Goliath's Moon" zainicjuje audycja ze starego radia, po czym na współczesny grunt błyskawicznie przeniesie funkowo-rockowy rytm, któremu dobrze sprzyja szorstki głos Danny'ego Lopresto. I choć taki jest właśnie początek i koniec tego nagrania, to jednak w jego środku także wyłoni się nutka ukojenia. Pomimo zapętlonej konstrukcji, nie jest to żadne klasyczne rondo, na które w świecie rocka wzbijali się nieliczni, jak choćby Emerson Lake & Palmer, czego przykładem suita "Tarkus".
Płyta dla miłośników Kansas, Unitopia, Transatlantic, Marillion czy nawet Dream Theater. A także dla wszystkich entuzjastów muzyki wielowymiarowej, na których wszelakie klasyfikowanie nurtów i gatunków nie robi najmniejszego wrażenia.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






krajobraz po "Mamma Mia"

Wstyd się przyznać, ale wzruszyłem się na "Mamma Mia". Stary dziad, a spływało po policzkach. Na szczęście nikt nie widział. Trudno było utemperować emocje podczas uczelnianej sceny, przy piosence "When I Kissed The Teacher". Zresztą w owym songu bohaterka ma pocałować belfra, by go speszyć, a więc: "... pewnego dnia dam mu mocną lekcję, niech zobaczy, jak mi zależy...".
ABBA czystym fenomenem - wiadomo od dawna - a ich piosenki radują wszystkie pokolenia. Mnie już od czterdziestu lat, a nawet nieco ponad. Przecież sukcesywnie się starzeję.
Szkoda, że takie fajne życie tylko w filmie. Ale Lily James oraz Amanda Seyfried zjawiskowe! Miło popatrzeć na nie, jak na pozostałych uśmiechniętych ludzi. Zawsze dobrych, nawet, gdy dopadają ich zawody miłosne czy inne porażki. Nasuwają się słowa piosenki "My Love, My Life", gdzie bohaterka śpiewa: choć nie jesteś mój, wciąż jesteś moją miłością i moim życiem.
Lubię takie bajeczki, wprowadzają mnie w dobry nastrój i pozwalają uciec od codziennych spraw.
Musiało więc poskutkować nagminnym słuchaniem Abby. Ich płyty właśnie kręcą się nieprzerwanie.
Ach, zapomniałem wczoraj wspomnieć o genialnym mundurowym z promowej budki odpraw. Przypomniałem sobie o jegomościu w porannym tramwaju i zacząłem się śmiać. Ciekawe, co na to współpasażerowie? Z Apolonią też się wczoraj uśmiałem. Kto nie był pomyśli, co ten facet wypisuje? Dlatego właśnie wszystko trzeba poczuć na własnej skórze.
Ciekawi mnie, czy w "jedynce" wykorzystano instrumental "Intermezzo No.1"?, Jeśli nie, to w ewentualnej "trójce" proponuję ten arcypiękny temat przypomnieć podczas jakiejś lekko dramatycznej sekwencji. Oczywiście takiej na miarę "ciężaru" gatunkowego.
Dostałem zaproszenie na pewien dzisiejszy alternatywny koncert, z którego świadomie zrezygnowałem. Kolega pewnie się obrazi. Obawiam się, że nie przyjmie mego stanowiska, że po tak cudnym filmie z piosenkami Abby, nie mam chwilowo ochoty na nic innego. A pójść, by tylko zaliczyć i pokazać się gronu znajomych, nie w moim stylu. Dzisiaj nie poszedłbym nawet na Judas Priest. I mam nadzieję, że ten stan rzeczy przejdzie mi do najbliższej niedzieli. Jeśli nie, to ostrzegę przed włączaniem radioodbiorników. A raczej przed niewłączaniem.
Gotycki Krzysiek z dobrego serca pożyczył kilka smutnawych i mrocznych płyt. Cóż za okropieństwa. I jak mam mu teraz o tym prosto w oczy? Nie da się słuchać tych wszystkich śmiesznych wampirków. Wyrosłem z takiego grania. Raz na zawsze, zdecydowanie. Myślę, że Tomek Beksiński także, skoro jego gotyckość już nade mną nie czuwa.
Przy okazji zarzuciłem uchem na nowych A Flock Of Seagulls z praskimi Filharmonikami oraz na nowego, bo z 2014 r. Howarda Jonesa. Hmmm.... A Flock Of Seagulls niby w słusznym składzie, a co to się stało z głosem Mike'a Score'a?. Twarz poznaję, śpiewu nie. To samo względem piosenek "I Ran" czy "Modern Love Is Automatic". Po co niszczyć pomniki tak bestialskimi interpretacjami?
Howard Jones z płytą "Engage" może trochę zmylić, ale to ten dawny Howard Jones, którego znamy choćby z "What Is Love?". Skąd moje zwątpienie? Ponieważ funkcjonuje od dłuższego czasu lepiej radzący sobie, metalcore'owy Howard Jones. I ten Pan niegdyś śpiewał w takiej grupie Killswitch Engage, więc skoro tytuł płyty "Engage" pomyślałem, że może to nawiązanie tego młodszego do dawnych kolegów. Cóż, widocznie obaj panowie wiedzą o swoim istnieniu.
Na "Engage" kompletnie nie służy mi oprawa aranżacyjna. Jest tam taka elektronika, jakiej nie lubię. I właściwie już sama ona wszystko przekreśla.
Krzysiek, przychodź, zabieraj te płyty, nic tu po nich. A ja poproszę o kolejną garść kompozycji tandemu Ulvaeus/Andersson. 






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





środa, 29 sierpnia 2018

"Mamma Mia ! - Here We Go Again"

"Mamma Mia ! - Here We Go Again" w kinach od końca lipca, więc pewnie już wszyscy (poza mną) widzieli. Jak to dobrze, że film wciąż przygarnia publiczność, bo kto wie, być może wskoczyłem do ostatniego wagonu.
Cóż za piękny wieczór w Cinema City. Kolorowy, optymistyczny film, z cudownie zaśpiewanymi piosenkami Abby i pod każdym względem kapitalnie dobranymi aktorami. To nie mógł być dla nich zwykły film, albowiem wszyscy zagrali "misyjnie".
Aż niewiarygodne, ale tworzy się jeszcze takie kino. Proszę sobie wyobrazić, nie usłyszymy ani jednego przekleństwa, a widz będzie zadowolony. Czego chcieć więcej?.
Brawo za scenariusz, dzięki któremu wszystkie piosenki płynnie się w niego wtopiły. Podobnie jak wielopokoleniowa publiczność w dzisiejszej sali kinowej.
Dla fanów zespołu dwa smaczki. Pierwszy w scenie uczelnianej, gdzie pojawia się Björn Ulvaeus ("When I Kissed The Teacher"), drugi restauracyjny, z udziałem Benny'ego Anderssona ("Waterloo"). Obaj Panowie dosłownie tylko na chwilkę, by pokazać, że są, że żyją, i że to oni stali odpowiedzialnością za reżyserię pomocniczą filmu. Podobnie, gdzieś pod koniec seansu, w kapliczce błyśnie Meryl Streep, jednak Cher już na nieco dłużej - m.in z "Fernando" - super !. Muszę zapisać w kajecie: nie przegap jej wrześniowej płyty. Ma zawierać dziesięć piosenek z repertuaru Abby - tego koniecznie trzeba będzie posłuchać. Abba także w grudniu podaruje jedną z dwóch nowych piosenek, i oby nagrali całą płytę.
No to jeszcze raz... film bawi, muzyką rozpala duszę i ciało, a także dzięki pewnej scenie dowiemy się, że człowiek darzący uczuciem zwierzęta, nie może być kimś złym. Wzmacniający kadr.
Wśród piosenek, większe przeboje ("Waterloo", "Fernando", "The Name Of The Game", "Knowing Me, Knowing You", "I Have A Dream" czy "Dancing Queen"), jak też te nieco mniejsze ("Andante Andante", "I've Been Waiting For You", "My Love, My Life" czy "Angel Eyes"), wszystkie jednak dają radę bez ustalania hierarchii ważności.
Nie widziałem "jedynki", więc tamta część domyślam się ukradła najsłynniejsze przeboje. Nie ma to jednak większego znaczenia, ekipa na planie każdą piosenkę zamieniała w złoto.
Kto jeszcze nie był, niech nie zwleka. "Mamma Mia !" koniecznie należy obejrzeć w kinie.





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"








poniedziałek, 27 sierpnia 2018

ALEX LIFESON ukończył 65 lat !!!

27 sierpnia 1953 roku na świat przyszedł Alexandar Zivojinovich, którego wszyscy znamy jako Alexa Lifesona. Ten kanadyjski gitarzysta stanowi za jedną trzecią grupy Rush - że tak oficjalnie rozpocznę.
W minionym tygodniu 70-urodziny obchodził Robert Plant, a dzisiaj 65-te Alex Lifeson. W tak miłych okolicznościach pragnę życzyć Artyście wszystkiego najlepszego! Najbardziej jednak zdrowia, którego szczególnie potrzebuje.
Przyznam, że od ogłoszonej w 2015 roku informacji o dokuczającym mu artretyzmie przestałem śledzić losy jego choroby, co nie oznacza, że o nim nie myślę, czy też nie powracam do jego nagrań. Przy tej okazji również pragnę wyrazić solidarność z jego kolegą zespołowym, Neilem Peartem, któremu także niedawno doskwierał problem z ramieniem, niepozwalający z komfortem grać na perkusji.
Wracając do Alexa Lifesona... otóż, niezwykle cenię jego umiejętności, jaką bez wątpienia oryginalna technika gry, brzmienie gitary, jak też warsztat kompozytorski, który uprawia do spółki z Geddym Lee. Tym samym pozostawiając warstwę liryczną Neilowi Peartowi. To się nazywa perfekcyjnie działająca machina, składająca się z trzech doskonałych trybów. Choć raczej powinienem pisać w czasie przeszłym, albowiem cała trójka niedawno zapewniała, iż z racji perturbacji zdrowotnych dwóch trzecich składu, nie ma co liczyć na kontynuację zespołowej działalności. Potworna szkoda. Całe życie odkładałem w czasie chęć ujrzenia Rush na żywo, nigdy się nie udało, a ewentualne ziszczenie marzeń mogę już teraz rozpatrywać w kategoriach cudu.
Rush poznałem stosunkowo późno, za to od razu z najwyższej półki. Gdy miałem szesnaście lat na rynek trafił LP "Moving Pictures", i był to strzał w dziesiątkę. Płytę zdobyłem niemal błyskawicznie, więc jak na tamte lata naprawdę byłem na czasie. Przesłuchałem ją wówczas chyba z wszystkimi muzycznymi kompanami. Byliśmy zachwyceni. Mieliśmy wrażenie obcowania z czymś zjawiskowym, i chyba nikt z nas nie był daleko od prawdy. Dziś każdy sympatyk Rush niemal najwyżej ceni płytę, którą właśnie rozpoczyna nieszablonowa piosenka "Tom Sawyer". Opowieść o chłopcu, z którym osobiście i ja identyfikuję się charakterologicznie.
Jedynej płyty Alexa Lifesona, jakiej nie cierpię, to wydany w latach dziewięćdziesiątych solowy projekt Victor. Według mnie, rzecz nienadająca się do słuchania - to też w swoim czasie wyleciała z domowej płytoteki. Jednak muzyka Rush, poza nielicznymi wyjątkami (ostatnie cztery albumy), to miód na moje uszy. Najbardziej lubię wspomniany album "Moving Pictures" - prawdziwa memorabilia, ponadto "Roll The Bones" oraz równie mocno "Presto". Ze starszych zaś: "A Farewell To Kings" oraz debiutancki "Rush" - na którym perkusistą był jeszcze John Rutsey. Zawarte tam kompozycje: "Finding My Way", "Working Man", a szczególnie "Here Again", to cuda nad cudami.
Przyznam, nie pamiętałem o urodzinach Lifesona, przypomniał mi o nich internet. Nieważne, przecież zawsze dobrym ludziom życzę jak najlepiej. Każdego dnia i o każdej porze. Nie potrzebując do tego specjalnych zaproszeń.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 26 sierpnia 2018 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 26 sierpnia 2018 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Krzysztof Piechota Jr
prowadzenie: Andrzej Masłowski







WHITESNAKE - "Come An' Get It" - (1981) - w poprzednim tygodniu scoverowała nam tę piosenkę Doro, tak więc przyszedł czas na oryginał
- Don't Break My Heart Again

DORO - "Forever United" - (2018) - trzy różne ballady z jednej z dwóch wydanych równocześnie albumów byłej frontmenki Warlock. Wszystkie fantastyczne, choć każda smakuje inaczej.
- Lift Me Up
- It Cuts So Deep
- Caruso

WARLOCK - "Triumph And Agony" - (1987) - najpiękniejsza ballada Doro w ogóle, a zarazem ostatnia kompozycja w katalogu Warlock.
- Für Immer

MY INDIGO - "My Indigo" - (2018) - popowe wcielenie Sharon Den Adel. I choć muzycznie bywa lżej, niż w Within Temptation, to jednak w tekstach nie zabrakło bólu.
- Indian Summer
- Out Of The Darkness
- Where Is My Love

DESTINIA - "Metal Souls" - (2018) - nowe wcielenie grupy dowodzonej przez japońskiego wirtuoza gitary Nozomu Wakai'ego. Aktualny wokalny nabytek Ronnie Romero (Rainbow, Lords Of Black) zepchnął poprzedni debiutancki LP "Requiem For A Scream" w przepaść. Bo lepszy jeden konkretny wokalista, niż kilku sprawnych i zwyczajnie rzetelnych, jak miało to miejsce przed czterema laty.
- Metal Souls
- Ready For Rock

KINGDOM COME - "In Your Face" - (1989) - trasa "30 Year Anniversary Tour 2018/19" na razie tylko w Stanach, ale nie traćmy nadziei. Choć bez Lenny'ego Wolfa trudno to sobie wszystko wyobrazić.
- Gotta Go (Can't Wage A War)
- Stargazer

KINGDOM COME - "Kingdom Come" - (1988) - jedynka tej głównie niemieckiej (z domieszką Ameryki) formacji obłędna, czego dowodem także poniższa ballada, będącą odpowiedzią na Led Zeppelin'owskie "Since I've Been Loving You".
- What Love Can Be

ROBERT PLANT - "Fate Of Nations" - (1993) - świętowanie 70-tki Pana Roberta odbyło się wczoraj w różnych wymiarach. Po fragmencie z płyt: najlepszej (to ta!)...
- The Greatest Gift

ROBERT PLANT - "Shaken'n'Stirred" - (1985) - ... najgorszej (to z kolei ta)...
- Hip To Hoo
- Sixes And Sevens

ROBERT PLANT - "Now And Zen" - (1988) - ... i mojej ulubionej (stopki całuję)
- Tall Cool One

THE PINEAPPLE THIEF - "Dissolution" - (2018) - najdłuższa, choć ledwie 11-minutowa kompozycja. Nawet całkiem całkiem, jednak nowa płyta Ananasowego Złodzieja zwiastuje lekką zniżkę formy.
- White Mist

SIMPLY THEY - "Calendar" - (2018) - ta płyta zyskuje zaś z każdym kolejnym posłuchaniem. Chwilowo jeszcze (prawie) nikt tej grupy nie zna, ale spokojnie, spokojnie....
- Sacrifice
- Bullfight
- Halloween

SOUTHERN EMPIRE - "Civilisation" - (2018) - 19-minutowa kompozycja, w której obok gitar, perkusji oraz instrumentów klawiszowych, pojawiają się m.in. mocno Kansas'owate skrzypce. Takiej muzyki nie usłyszymy w żadnym radiowym paśmie w godzinach porannych czy poobiednich, ale w wieczoro-nocnym Nawiedzonym Studio, już jak najbardziej.
- Cries For The Lonely

==============================
==============================

ED KING
(14.IX.1949 - 22.VIII.2018)

kącik poświęcony Artyście



LYNYRD SKYNYRD - "Nuthin' Fancy" - (1975) - początek III albumu. One, two, three, i jedziemy. Tak się zaczyna jedna z najlepszych kompozycji moich faworyzowanych southern-rockowców. A jednym z trojga za nią odpowiedzialnych, zmarły ostatnio Ed King.
- Saturday Night Special

LYNYRD SKYNYRD - "Second Helping" - (1974) - dwójka Lynyrdów ma podobne "dzień dobry". One, two, three, i do przodu. No cóż, ten utwór zna chyba każdy, nawet jeśli nie wykładają o nim żadne uczelnie. Ponownie kluczem wiolinowym zarzucił Ed King, a Ronnie Van Zant dopisał co trza.
- Sweet Home Alabama

==============================
==============================


THE TROOPER - "Knock 'Em Dead Kid" - (1977) - popularni w epoce 70's Kanadyjczycy podobali się głównie u siebie i jeszcze nieco w Stanach, natomiast u nas nie słyszano o nich od Tatr po Bałtyk.
- Knock 'Em Dead Kid
- Most Of The Country
- We're Here For A Good Time (Not A Long Time)
- Oh, Pretty Lady

GILBERT O'SULLIVAN - "Back To Front" - (1972) - ten sympatyczny Irlandczyk nosił taką odwróconą fryzurę, z grzywką na karku, a do tego fikuśnie krótkie spodnie i odjazdowy kaszkiet. Do tego wszystkiego super grał na fortepianie i śpiewał. Niestety jego kariera szybko przyhamowała, choć wróżono mu sukcesy na miarę Eltona Johna.
- Clair
- Who Was It?
- What Could Be Nicer

EAGLES - "Their Greatest Hits" - (1976) - tej składanki "Orlich" hitów za lata 1971-75 sprzedano do dzisiaj w USA ponad 38 milionów egzemplarzy. Daje to grupie najwyższe podium wszech czasów. Na drugim miejscu Michael Jackson i jego "Thriller" - 33 miliony. Z tym, że ów amerykański srebrny medal przoduje w ogólnym światowym rankingu - z liczbą przekraczającą 110 milionów egzemplarzy. Czym wobec takich osiągów polska Złota Płyta, na którą wystarczy ściepa od 5 tysięcy szaleńców.
- Lyin' Eyes






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




orzechy kwitną...
... gniją także

niedziela, 26 sierpnia 2018

2 LATE - "Easy" - (2018) -






 
2 LATE
"Easy"
(self released - album wydany samodzielnie)

***1/2





Zanim pojawi się pełnometrażowy album, w ramach przedsmaku otrzymujemy profesjonalnie brzmiącą EPkę "Easy". Grupa nazywa się 2 Late, pochodzi z Warszawy, jednak swą twórczością próbuje dołączyć do zacnego grona southern-rockowców. No dobrze, do Lynyrd Skynyrd, Marshall Tucker Band czy The Outlaws jeszcze droga daleka, niemniej naprawdę nie jest źle. I o tym także przekonali się niektórzy oglądający Warszawian podczas wielu koncertów, w tym na Rawie Blues.
Tylko cztery nagrania, tj. trzy podstawowe, plus jedno dodatkowe. Grupa zapragnęła tak to właśnie przedstawić. I przyznam, że opadła mi przysłowiowa szczęka, gdy posłuchałem nieco ponad 7-minutowej ballady "It's Just The Start". Piosenka toczy się leniwie, wręcz rozmarzenie, aż gdzieś pod jej koniec śpiewający gitarzysta Artur Krystek wchodzi w piękny gitarowy dialog z Robertem Szenfeldem. Jedyna szkoda, iż to ala Wishbone Ash'owate granie nie zostało rozwinięte o kilka minut dłużej. Nie sądzę jednak, by 2 Late mieli ambicje głównie tworzyć na takiej niwie, wszak
zdecydowanie najlepiej czują się w Lynyrd'owskim sosie, czego dowodem otwierający "This Is The Time". Słychać inspiracje klasykami spod pióra ostatnio zmarłego Eda Kinga, który do spółki z Ronniem Van Zantem spłodzili powery, w rodzaju "Workin' For MCA" czy "Saturday Night Special". Troszkę bardziej hard-rockowo/jazzujący odcień rzuca tytułowe "Easy". Tutaj jednak zabrakło jakiegoś utrwalającego się motywu, więc poza walorami sprawnego warsztatu niewiele pozostaje w pamięci. A ów bonus? Jest nim 3-minutowy "Watch Out For Black Cats". Początek nasuwa skojarzenia z Thin Lizzy, jednak jeśli już się tego dopatrzyłem, to raczej takiego Thin Lizzy wymieszanego z jankeskimi Blackfoot czy Foghat. Choć Foghat, to przecież naturalizowani Amerykanie, albowiem z krwi i kości Anglicy. Od okolic trzeciej płyty "Energized" poczuli w sobie amerykańskie korzenie, więc nawet fizycznie przenieśli się na ląd odkryty przez Kolumba. I kto wie, być może dla 2 Late także podobna opcja okazałyby się słuszną, tym bardziej, że u nas z taką twórczością nie wróżę im salonów, a nawet kanapy u Kuby Wojewódzkiego.
Ciekawa grupa, będą z nich ludzie. Pod warunkiem, że pójdą za głosem serca, a złych doradców zepchną ze skarpy swych marzeń.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






sobota, 25 sierpnia 2018

MYSTERY - "Lies And Butterflies" - (2018) -







MYSTERY
"Lies And Butterflies"
(UNICORN)

***




W rocku progresywnym wymyślono i zagrano już wszystko - słyszę niejednokrotnie. I coś w tym jest, albowiem do dzisiaj nikt nie wymyślił lepszych Pink Floyd, Emerson Lake & Palmer, Yes, bądź Rush. W takim układzie należałoby również wszystkich kultywatorów podobnego grania odsunąć od instrumentów. A jednak, gdyby zdobyć się na takie szaleństwo, nie poznalibyśmy Pendragon, Porcupine Tree, art/metalowych Dream Theater. czy nawet Tool. Do głosu nie doszliby również Kanadyjczycy z Mystery. Zespół, który choć istnieje od ponad trzech dekad, a na początku kariery sprzyjał nawet nieco mniej wyszukanym formom, od 2007 roku realizuje klasowe i zasługujące na szeroki odzew albumy. Dlatego za punkt wyjściowy należy obrać dzieło "Beneath The Veil Of Winter's Face", od którego grupa definiuje do chwili obecnej uprawiany styl. I co istotne, zadebiutował tam Benoit David - wokalista o nieco zbliżonej barwie głosu do Jona Andersona. Za tego przyczynkiem kilka lat później znalazł on się nawet przez moment w składzie podstawowego Yes. Niestety po nagraniu jednej studyjnej płyty oraz zagraniu niemałej liczby koncertów, został z Yes usunięty - o czym w mało kurtuazyjnym stylu dowiedział się z internetu, zamiast z ust członków tamtej formacji.
Benoit David zrealizował z Mystery trzy udane albumy, jednak po epizodzie z Yes jeszcze tylko przez moment czuł się związany z ekipą dowodzoną przez gitarzystę Michela St.Pere'a, po czym postanowił usunąć się w cień. Wkrótce w jego miejsce wskoczył nieznany do tej pory, lecz nieskalanie wywiązujący się z pokładanych nadziei, Jean Pageau. I proszę nie mylić tego pana z uznanym hokejowym gwiazdorem, także reprezentującym Kanadę.
Pod wokalnym przywództwem Pageau, właśnie na rynek trafiła druga płyta. Po wydanej przed trzema laty, a momentami znakomitej "Delusion Rain", teraz czas na jej kontynuatorkę: "Lies And Butterflies". Całość otwierają i zamykają dwie suity: 17-mintowa "Looking For Something Else" oraz o dwie minuty krótsza "Chrysalis". Szczególnie pierwsza z nich zasługuje na baczniejszą uwagę. Jej cała druga, niezwykle emocjonalna odsłona, poruszy nawet najbardziej skamieniałe serca. Panuje tu podniosły, niemal uroczysty nastrój, a i sami muzycy za sprawą przestrzennych gitar, bogatych partii pianina, plus - co obowiązuje w zasadzie także na reszcie albumu - orkiestrowych aranżacji, brzmią wspaniale. Mówimy o kompozycji, która swym pięknem wzbija się ponad Himalaje. Warto dodać, że pomimo koncertowych owacji zaraz na początku nagrania, mamy do czynienia z dziełem studyjnym.
Myślę, że równie efektownie wypada blisko 5-minutowa ballada "How Do You Feel?", która ewidentnie jawi się wypadkową stylu Yes oraz Pendragon. Warto dać się ponieść obu tym czarującym kompozycjom.
Pozostałe - zazwyczaj 5-7-minutowe nagrania - nie dostarczają już tylu emocji, choć nadal płyty słucha się całkiem przyjemnie. Nie traćmy jednak nadziei, albowiem napotkamy jeszcze na wiele smaczków, typu: ładne, a podbudowane pianinem gitarowe solo w "Something To Believe In", bądź przesmyk ślicznej melodii w refrenie "Dare To Dream", gdzie gitara przypomina tę Mike'a Holmesa z dawniejszych IQ. Z kolei, w "Where Dreams Come Alive", delikatne partie fletu nasuwają skojarzenia z rodzimymi Quidam.
Mystery tworzą na dwie gitary, bas, perkusję oraz instrumenty klawiszowe, plus okazjonalne wtręty fletu. A co ciekawe, jedynie bębniarz Jean-Sebastien Goyette, bywa w pełni zaabsorbowany własnym perkusyjnym zestawem, natomiast pozostała piątka muzyków, w mniejszym lub większym stopniu posila się wtrętami klawiszowymi - choć w tej materii fotel lidera od niedawna przysługuje Antoinemu Michaudowi.
"Lies And Butterflies" na pewno nie rozczaruje dotychczasowych sympatyków grupy, a być może nawet wszystkich wielbicieli neo-prog-rocka, ja jednak z gloryfikacjami poczekam do momentu, gdy Mystery wzbiją się na poziom absolutu, którego dostąpiły choćby takie albumy, co: Pendragon "The World", IQ "Ever", bądź Jadis "More Than Meets The Eyes". Zbyt duże wymagania? Nie sądzę.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




Uber kontra taxi 8 222 222

Słuchaczka Viola na mój żołądek poleca jakieś ziółka, a ja Jej odpisuję, że nie potrzebuję, wszak znam Tomka Ziółkowskiego, a z niego też niezłe ziółko. Choć nie takie, z gatunku: idziemy na szaber, albowiem Ziółko to "niestety" jednak porządny chłopina.
Nie za sprawą urodzin czy imienin - bo do nich jeszcze nieco czasu - otrzymałem właśnie od Słuchacza Roberta piękną butelczynę Ballantinesa - w pełnej okazałości na zdjęciu. Jakże miłe zaskoczenie, gdy ni stąd, ni zowąd, dostajesz bracie taki złoty skarb, ze słownym dopiskiem: to za te wszystkie audycje i za to, że jesteś. Takie słowa stanowią za najlepszą zapłatę. Za te wszystkie niedziele lepszych bracie nie uświadczysz. Na sierpień właśnie przypadły 24 lata - za rok więc jubileusz. Jeśli dotrwam, dotrwają ze mną i pozwolą dotrwać.
Uber kontra taxi - że takiego nagłego zwrotu dokonam. Niedawno miałem okazję uberem, miał też podobnych wielokroć mój syn Tomek, miało też spore grono znajomych. I chyba się przekwalifikuję. Szczególnie po wczorajszym, choć nie tylko, albowiem nazbierało się wraz z ogromem czasu.
W uberze czysto, pachnąco, zawsze na czas, a ile zapłacimy wiadomo już przed kursem. Inna sprawa, że poza nielicznymi przypadkami (wzmożony ruch), zawsze taniej. Dla mnie też równie ważne, gdy kierowca zapyta: słuchamy tego czy zmieniamy muzyczkę? Doceniam także, a wręcz przede wszystkim, jeśli kierowca włada nabytą z domu kulturą, więc nie wpieprza się w rozmowę pasażerów, gdy nie jest o to poproszony - za to napiwków nie dają. Podobnie jak za marudzenie, zrzędzenie, itp. przypadłości. Bywa też inna grupa dryndziarzy... wchodzisz bracie, mówisz: "dzień dobry", a odpowiedzi brak, po czym pan burek milczy przez niemal całą drogę, w odbiorniku radiowym zaś nastawione radio dla prymitywów, typu Vox FM, aż wreszcie na mniej więcej dwieście metrów przed metą, gdy pomału pasażer sięga po portfel, w pana burka wstępuje nieznana dotąd uprzejmość oraz chęć rozmowy - cóż, za to też napiwków nie dają. Ale nie o tym w sumie być miało, a o kolejnym przegięciu korporacji 8 222 222. Pani przyjmuje zamówienie o 19.10. To z wczoraj. Na zapytanie: za ile minut można się spodziewać?, słyszę: za około 10 minut. Specjalnie stosuję w piśmie liczby arabskie, by było czytelniej, przecież nie po to, by po raz kolejny wkurzyć prawuchowych ksenofobów. Robi się godzina 19.25, a więc około 5 minut po owych 10-ciu względem sugerowanego oczekiwania. Dzwonię na centralę, a pani: wie pan, no nie wiem, nie wiem ile to jeszcze potrwa, może 10, może 15 minut, naprawdę nie wiem. Rezygnując z kursu, dorzucam: szkoda, ze nie macie takiego drygu, by uprzedzić o tym klienta, tylko klient musi się dodzwonić, by usłyszeć olewajski ton pani z centrali, która niczego sobie nie robi ze zbulwersowania względem grabieży mego cennego czasu. Jednak, aby się tego dowiedzieć, a tym samym zrezygnować z kursu, w słuchawce automat informuje: proszę czekać, jesteś trzeci w kolejce. I zanim przejdę do drugiego w kolejce, automat jeszcze kilka razy mnie upewni, że jeszcze jestem trzeci. A więc mija kolejnych kilka minut. W człowieku włącza się niemoc, bo przecież najchętniej dałby kopa w dupę, a tymczasem może tylko sam sobie wyrządzić krzywdę.
Na tym nie koniec. Po każdej audycji, zamawiając dryndę pod radio, podkreślam: proszę pod szlaban przy ul. Św.Rocha, nie pod szlaban od ul. Serafitek. Gdy tego nie dopowiemy, na bank stanie pod Serafitek. Po czym dorzucam dla wzmocnienia komunikatu: zatem, szlaban przy Rocha. I co?, i co drugi/trzeci raz stoi jeden z drugim pod szlabanem na Serafitek. Teraz nie wiem, czy te baby z Centrali takie tępe, czy kierowcy jeżdżą na pamięć pod rządową telewizję, a może z nich też takie tępoki. Jak by to rzekł Jan Winnicki: jak Boga kocham, nie da się żyć w tym kraju.
Aha, i jeszcze jedno.... kilka razy w rozmowach z dryndziarzami wspiąłem się na drażniący temat uberów. Warto, uwierzcie kochani, naprawdę warto. Piana z gęb. Bezcenne zobaczyć, jak większość kierowców wpada w szał, gdy tylko pochwalimy ubery za dobrze wykonywaną profesję. To nie jest wściekłość, a wścieklizna. Kiedyś jeden z taksiarzy tak się rozemocjonował, że jego twarz pokryła się odcieniem buraka cukrowego, a ja zacząłem drżeć o istotne dla dotarcia na miejsce całym i zdrowym. Auto zaczęło niebezpiecznie bujać, a także nerwowo hamować lub z piskiem opon rozpędzać. I to, że się szczęśliwie na miejsce dotrzeć udało, można zapewne zawdzięczać obrazkowi Św.Krzysztofa, który przymocowany pomiędzy taksometrem a kierownicą, spełnił pokładane nadzieje.
"Niepokorna" duszyczka w dniu wczorajszym poinformowała, że pewien poznański sklepikarz płytowy, a podobno wielki miłośnik Rogera Watersa, wściekł się na swego ulubieńca po niedawnym jego gdańskim występie, i teraz głosi o tym wszem i wobec. Roger Waters wydusił z siebie, kim dla niego Trump, Kaczyński, i czym Konstytucja. Zabolało ukrwiony mięsień "dobrego człowieka", a jednocześnie fana TYLKO progresywnego rocka, który to mięsień w jego wnętrzu stuka z entuzjazmem, codziennie odliczając czas ku końcowi. Ojej, czyżby zatem Roger Waters miał zniknąć z życia tej jakże cennej duszyczki? Śpij spokojnie kochaniutki, przecież ty, jak też pozostałe czterdzieści cztery procent najcudowniejszych kochających serduszek, na pewno traficie do raju. Przecież tam czekają tylko na was. Jesteście wybrańcami, podobnie jak przecież Polska narodem wybranym.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 23 sierpnia 2018

nie żyje ex-gitarzysta Lynyrd Skynyrd, ED KING (14.IX.1949 - 22.VIII.2018)

Z obozu Lynyrd Skynyrd nadeszła wieść o śmierci byłego gitarzysty grupy, Eda Kinga. Wstępnie, choć jeszcze nieoficjalnie, za przyczynę śmierci podaje się nowotwór płuc.
Eda Kinga usłyszymy na pierwszych trzech płytach amerykańskich southern-rockowców ("/Pronounced 'Lĕh-'nérd 'Skin-'nérd/", "Second Helping" oraz "Nuthin' Fancy"), a także na trzech innych z lat 90-tych ("Lynyrd Skynyrd 1991", "The Last Rebel" oraz "Endangered Species"), kiedy to Ed powrócił do zespołu w drugiej połowie lat 80-tych, na mniej więcej dekadę.
Ed King jest współkompozytorem m.in. takich klasyków, co: "Sweet Home Alabama", "Workin' For MCA" czy "Saturday Night Special", a więc czołowych przebojów grupy.
Można powiedzieć, że dokooptowany w jego miejsce Steve Gaines - co prawda, nie od czwartej, a od piątej płyty - jako trzeci gitarzysta w składzie, miał pecha, gdyż wkrótce podzielił smutny los z kilkoma innymi muzykami, którzy zginęli w katastrofie lotniczej - wśród nich m.in. absolutny lider Ronnie Van Zant.
Ed King we wrześniu skończyłby 69 lat. Muzyk zmarł w swoim domu w Nashville.
Dzięki Ci Ed za wszystkie pozostawione dobra, a teraz brnij do świata lepszego...







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 20 sierpnia 2018

ROBERT PLANT ukończył 70 lat.

Poniedziałek, 20 sierpnia 2018 r., Robert Plant obchodzi 70-urodziny. Wszystkiego najlepszego Panie Robercie! Niech Panu zdrowie dopisuje, a wena twórcza nie opuszcza.
Pomyśleć tylko, gdy po raz pierwszy usłyszałem TEN GŁOS, Robert Plant był w granicach trzydziestki, a ja trzynastki. Było to dawno dawno, nawet bardzo dawno temu. Żył John "Bonzo" Bonham, a na świecie nie było jeszcze albumu "In Through The Out Door". W ogóle było fajnie, żył i miał się nieźle Bon Scott, Iron Maiden nawet nie marzyli o debiutanckiej płycie, ja zaś słuchałem bez opamiętania Smokie, choć jednocześnie świat przeżywał niedawną śmierć Marca Bolana. Nikt u nas nie wiedział jeszcze, co to Maanam, Lady Pank, Kombi czy Republika, gdyż ich czasy miały dopiero nadejść. Gdy więc wreszcie ukazała się "dziewiątka" Led Zepps, słuchałem u kolegów tej muzyki na ich magnetofonach, a wkrótce dorwałem zachodni winyl na jednej z płytowych giełd. Była to płyta używana, zawierająca jednocześnie najbardziej popularną okładką, bo jak zapewne Szanowni Państwo wiecie, było ich kilka. Lecz nigdy nikt nie wiedział, na jaką przy zakupie natrafi, ponieważ skrywano je w szarych, takich ala listownych okładkowych kopertach. Dopiero po rozpieczętowaniu sprawa się wyjaśniała. Lecz to jeszcze nie wszystko, otóż tylko część nakładu zawierała specjalne dające się pokolorować wkładki (większość była na pokolorowanie odporna), takie z rysunkiem przedmiotów pozostawionych na knajpianym stole. Jakaś popielniczka, papierosy, itd..., więc gdy pocieraliśmy namoczonym w wodzie palcem, to przedmioty nabierały kolorów. Z czasem te egzemplarze stały się bardzo cenne. Oczywiście pod warunkiem, że nadal były dziewicze, czyli: niepokolorowane. Hmmm, miałem niegdyś taki, lecz było to w czasach, gdy jeszcze mało kogo było stać na zatrzymanie każdej płyty w domu. Trzeba było  każdą wpuszczać w obieg, właśnie po to, by poznawać kolejne skarby rocka, i nie tylko rocka.
Niedługo później zmarł John Bonham, i stało się jasne, iż następuje koniec Led Zeppelin. Nie potrafiłem sobie wyobrazić życia bez ich muzyki, jednak na szczęście Robert Plant nie zrezygnował ze śpiewania. W 1982 roku opublikował pierwszy solowy album, na którym nawet pojawił się Phil Collins. Płyta zawierała niezwykle popularną u nas balladę "Moonlight In Samosa", choć na świecie piosenka była niemal anonimowa. Upchnięto ją na drugiej stronie singla "Burning Down One Side" i szybko zapomniano. Niewiarygodne, bo akurat cała Polska była pod jej wrażeniem. Zasługa Marka Niedźwieckiego i jego Listy Przebojów. Fajne czasy, gdy nie polegaliśmy jeszcze na singlach, lecz w zamian prezenterzy radiowi wykazywali inicjatywę oraz dobry gust.
Proszę sobie wyobrazić, że nawet na wydanej przed piętnastoma laty podwójnej kompilacji, nie znaleziono miejsca dla "Moonlight In Samosa". Nie wydano jej w epoce na singlu, więc nikt nie docenił jej uroku nawet po latach. Głupi świat. Na tym nie koniec, stronę A debiutanckiego albumu zamykał kapitalny numer "Slow Dancer". Niemal Zeppelinowski. I jego też nie poznał nikt, oczywiście poza posiadaczami całego albumu. A przecież Plant zaśpiewał tutaj nie gorzej, niż w takich "Black Dog" czy "Whole Lotta Love". Jedynie zmienił fryzurę oraz wierzchnie odzienie na styl epoki new romantic.
Później bywało różnie. Druga płyta "The Principle Of Moments" miała kilka niezłych kompozycji, lecz jako całość przegrywała z wytwornym debiutem. A i na niej znalazła się "wolnizna", którą wszyscy pokochali, tj. piosenka "Big Log". Tę już na szczęście wydano na singlu, tym samym kompozycja zdobyła popularność, choć przewrotnie całkiem niesłusznie zajęła wyższą lokatę od cudownej "Moonlight In Samosa".
Trzecia płyta "Shaken'n'Stirred" okazała się katastrofą. Ogólnie dzieło odarto z resztek przyzwoitości, a jedynym stojącym za nią murem okazałem się właśnie ja. Choć tylko z racji niezłej strony B. Za ów czyn obrywałem od wszystkich znawców rocka, jednak czego się nie robi dla lubianego Artysty. Kto pamięta najsłynniejszą recenzję tego albumu, pióra Wojciecha Manna, w miesięczniku Non Stop?
Na szczęście, trzy lata później Pan Robert wydał kapitalne "Now And Zen". W dwóch trzecich popowe, a w pozostałej masie odrobinę rockowe. Album świecił pełną gamą pomysłów, radością tworzenia i świetnymi w ostatecznym rozrachunku piosenkami. Do dzisiaj jest to moja ulubiona solowa płyta Roberta Planta, choć obiektywnie za najlepszą trzeba uznać wydaną w 1993 roku "Fate Of Nations". Nie mam ochoty, by chwili obecnej ją recenzować - pochłonęłoby to mnóstwo miejsca i czasu - jednak całość sprawiała obłędne wrażenie. Już sam singiel "29 Palms" na wstępnym etapie promocji wiele obiecywał, a przecież było tam mnóstwo piosenek o niebo lepszych, z "The Greatest Gift" i "Coming Into My Life" na czele. W tej drugiej gościnnie pośpiewała nawet sama Maire Brennan - wokalistka Clannad.
Wszystkie późniejsze płyty podpisane nazwiskiem "Robert Plant", czy to solowe, czy też kolaboracyjne, nie robiły już na mnie niemal żadnego wrażenia, a jeszcze im dalej, tym nudniej, jednak recenzenci tradycyjnie z ładunkiem szacunku obdarowywali Mistrza świetnymi notami. I bardzo dobrze, koniec końców, to Robert Plant.
Cieszę się, że zamiast kolejnego nekrologu, kolejnej klepsydry, mogę z radością świętować urodziny tak wybitnego Artysty.
Żyj nam Panie Robercie sto lat, plus vat!!! Twórz, nagrywaj, realizuj i spełniaj marzenia... bo nawet jeśli już nigdy nie spełnisz moich oczekiwań, zawsze chętnie po raz kolejny posłucham "Immigrant Song", "Stairway To Heaven" czy "Babe, I'm Gonna Leave You".






Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






quo vadis?

Jak zawsze smutny pan premier Morawiecki dał w Sandomierzu przysłowiowego czadu. Kolejny wiec i kolejna garść pisowskich newsów. Tym razem dowiedzieliśmy się o roli p.Morawieckiego podczas negocjacji wstępowania Polski do Unii Europejskiej. Rozumiem, że bitwa pod Grunwaldem oraz dołożenie Turkom pod Wiedniem, to też zasługa jego, bądź reszty kolektywu. Brawo, to działa. Naprawdę. A cała masa namaszczonych propagandą obozu klerykalno-rządzącego, łyknie każdy taki kit bez popitki. I tylko spróbuj bracie wyrwać im to z ust. Do tych ludzi mówi się tylko raz, po czym każda nabyta "prawda" pozostanie w ich sercach na zawsze. Później jeszcze tylko do urn pod obowiązkowym przewodnictwem proboszcza.
Kolejna nagonka w południowo-wschodniej Polsce udana. Od razu widać, że w tamte rejony dociera jedynie TVP Info, a zamiast rockowych koncertów i rozwoju melioracji, stosuje się modły o deszcz. Grunt, że odświętne białe koszule wiedzą, kiedy przyklasnąć na każde "mądrze" wyskandowane hasło.
kadr z sobotniego Poznania
PiS od dobrych kilku lat pisze historię Polski na nowo. Jak się okazuje, nawet do nowych pisowskich podręczników stosuje się nieprzerwane erraty. Niepowtarzalny styl, zuchwała retoryka, a zarazem bezradnie przyglądająca się opozycja, stanowią za drzwi do sukcesu.
Ludzie wrażliwi i jednocześnie inteligentni, próbują walczyć piórem, jednak trudno słowem odeprzeć atak wideł.
Co dnia spoglądam na ten mój kraj, na rodaków, na pola i pagórki leśne, i czuję niepokój. Niepokoję się, albowiem chamstwo zalewa zewsząd, a świat Orwella w dobrze skrojonych garniturach zapewnia, że wszystko dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Tego "lepiej", lepiej byłoby już nie sięgać. Lepiej sobie tego nie wyobrażać. Ciekawe, co jeszcze nas czeka, do czego jeszcze mogą być zdolni ludzie codziennie zakopujący piękne wartości na śmieciowisku wiecznego zapomnienia. I jeszcze te głupie uśmiechnięte gęby, których jakoś zawsze więcej - niczym każdego roku pochmurnych dni. Ponadto, te ich zapewnienia o mojej omylności, a ich tęgich umysłach - naprawdę bezcenne.
Obudzicie się kochani, gdy odetną wam Netflix, Spotify, a w smartfonie usłyszycie: "rozmowa kontrolowana". Naprawdę jesteśmy blisko. I nie ma się z czego śmiać, bo pewnego dnia ktoś za te wszystkie teksty na Blogu Nawiedzonego da mi porządny wpierdal lub ewentualnie postraszy czterdziestoma ośmioma godzinami. A o 22-giej w niedzielę, zamiast Afery, przyjdzie poszukać na innych falach FM najnowszych twórczości gigantów sceny polskiej, jak artystycznych nieudaczników Rosiewicza czy Pietrzaka, którym wodzirejować będzie przeważnie epizodyczny Jerzy Zelnik.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 19 sierpnia 2018 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań













"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 19 sierpnia 2018 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Szymon Dopierała
prowadzenie: Andrzej Masłowski







AIRRACE - "Untold Stories" - (2018) - Do tej pory nie przepadałem za Airrace, jednak ta płyta...
- Summer Rain
- Running Out Of Time

MAD MAX - "35" - (2018) - rocznicowo,  a nawet nieco autobiograficznie.
- Thirty 5

DORO - "Forever Warriors" - (2018) - Doro Pesch nie traci zapału, a tym bardziej głosu.
- If I Can't Have You - No One Will - {feat. JOHAN HEGG}
- Soldier Of Metal
- Don't Break My Heart Again - {Whitesnake cover}

DORO - "Forever United" - (2018) - dużo świetnych metal/piosenek, a niekiedy zacnych gości - co także z poniższego wynika.
- Heartbroken - {feat. DOUG ALDRICH}

JOHN NORUM - "Total Control" - (1987) - poEurope'owa płyta byłego już wówczas gitarzysty Szwedów. Twórczość trochę z cienia dawnych kolegów, lecz płyta bardo udana.
- Back On The Streets - {Vinnie Vincent cover}

FARGO - "Constellation" - (2018) - głupio mi strasznie, że recenzując płytę Fargo nie dałem jej nawet pełnych czterech gwiazdek. Po kilku tygodniach słuchania dołożyłbym dzisiaj do pełnych czterech jeszcze połowę piątej.
- Good Night

MARK KNOPFLER - "Sailing To Philadelphia" - (2000) - po ub.tygodniowym celebrowaniu 69-urodzin szefa Dire Straits, wczoraj jeszcze mały wyciąg z jednej z najlepszych płyt twórcy "Sultanów Swingu".
- What It Is
- Silvertown Blues
- El Macho

TONY JOE WHITE - "Closer To The Truth" - (1991) - blues z założenia bywa smutny, jednak Tony potrafi go jeszcze przyozdobić dodatkową melancholią i uroczym rozleniwieniem.
- Ain't Going Down This Time
- The Other Side

RINGO STARR - "Time Takes Time" - (1992) - w mojej opinii najlepszy solowy Ringo. Album pełen optymizmu (co zresztą wynika z natury eks-Beatlesa) i chwytliwych melodii. No i jeszcze zacni goście, jak: Benmont Tench, Jeff Lynne...
- After All These Years
- I Don't Believe You
- Runaways
- In A Heartbeat

THE BEACH BOYS - "Still Cruisin' " - (1989) - Siostra Ela przysłała mi tę płytę w czerwcu 1989 roku ze Stanów, wraz z dziewięcioma innymi kompakt-dyskami. I tak, jak nie przepadam za Beach Boys'ami, tak akurat do tego na pół-filmowego, a na pół retrospektywnego albumu, serce mam.
- Still Cruisin'
- Somewhere Near Japan

THE BOPPERS - "The Boppers" - (1991) - Szwedzi, a niczym Amerykanie epoki 50/60's, gdy mocno dominowały piosenki love/sweetly. Duża w tym także zasługa szóstki producenckiej, z której połowę stanowili muzycy popowej megagwiazdy naszych północnych sąsiadów, grupy Secret Service.
- Jeannie's Coming Back
- Duke Of Earl - {Gene Chandler cover}
- Suger Baby Love - {The Rubettes cover}
- All I Have To Do Is Dream - {The Everly Brothers cover}
- Rocket From My Heart - {kompozycja Per Gessle}
- When I See Her Smile

================================
================================


ARETHA FRANKLIN
(25.III.1942 - 16.VIII.2018)

kącik poświęcony Artystce



ARETHA FRANKLIN - "Respect - The Very Best Of" - (2003) - kompilacja z całą masą muzycznych dobrodziejstw.
- I Say A Little Prayer - {oryginalnie na LP "Aretha Now", 1968}
- Chain Of Fools - {oryginalnie na LP "Lady Soul", 1968}

ARETHA FRANKLIN - "Aretha" - (1986) - w mojej opinii genialny album Królowej Soulu, choć z syntezatorami, zamiast szlachetnego akustycznego lub elektrycznego pianina, na których Aretha grywała dekadę, bądź dwie dekady wcześniej.
- Jimmy Lea
- I Knew You Were Waiting (For Me) - {duet with GEORGE MICHAEL}

ARETHA FRANKLIN - "Let Me In Your Life" - (1974) - jedna z najbardziej uznanych płyt Arethy. Powszechnie uważa się ten album za top 3 Artystki.
- A Song For You - {Leon Russell cover}
- I'm In Love
- Until You Come Back To Me (That's What I'm Gonna Do)

================================
================================

RAY CHARLES - "My World" - (1993) - schyłkowe dzieło kolejnego genialnego, i tak jak Stevie Wonder ociemniałego muzyka, za który dałbym się pokroić. A mowa o płycie powszechnie uznawanej za co najwyżej ciekawostkę.
- A Song For You - {Leon Russell cover}

THE PINEAPPLE THIEF - "Dissolution" - (2018) - nowy album nie wydaje się tak atrakcyjny, jak doskonałe dwa poprzednie, ale i na nim znajdziemy tzw.momenty. A być może potrzebuję więcej czasu, by dostrzec to, czy tamto?
- Threatening War
- Shed A Light

3.2 - "The Rules Have Changed" - (2018) - ostatni owoc współpracy Roberta Berry'ego i Keitha Emersona.
- Powerful Man

SIMPLY THEY - "Calendar" - (2018) - kompletnie nieznana formacja z Kanady. Ambitni twórcy rocka progresywnego potrafią zagrać ze stosownym rozmachem, niekiedy nawet arabizując, albo krocząc po gruncie popowych melodii. Koniecznie muszę zaprezentować Dead Can Dance'owskie "So Far So Good", jak też trójwarstwowy, choć ledwie 4-minutowy "Halloween".
- Day
- Goodbye






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





niedziela, 19 sierpnia 2018

słomiany zapał

Sprzedaż nagrań Michaela Jacksona po jego śmierci wzrosła o kilka tysięcy procent, i podobnie rzecz się ma względem Arethy Franklin. Z tym, że teraz mówimy o wzroście "ledwie" półtoratysięcznym. Jak to jest, iż tak wielu ludziom przypomina się dopiero w takim momencie?
Pamiętam z czasów, gdy przemysł fonograficzny u nas jeszcze nie istniał, jak po śmierci Johna Lennona podawano informacje o tym, jak to w wielu sklepach na świecie zaczęło brakować jego płyt, a fabryki nie nadążały nad ich produkcją. Podobnie było z Elvisem Presleyem. Z tym, że wówczas miałem dwanaście lat, więc dokładnych rozmiarów szaleństwa nie pomnę. Jednak dokładnie przypominam sobie Queenomanię, jaka nastała tuż po śmierci Freddiego Mercury'ego. A także niemal nasze niewzruszenie po odejściu George'a Harrisona, Toma Petty'ego, Gary'ego Moore'a, Jona Lorda, Robina Gibba i wielu wielu innych. O  nich rozprawiano jedynie w zawężonych gronach, tym samym z płytowych składów nie znikało ze stoków zgodnie z oczekiwaniami.
Panie Andrzeju, co by pan polecił Arethy Franklin? Tego typu zapytań dostałem w ostatnich godzinach niemal tuzin. A ja myślę sobie, że może lepiej poczekać, aż kurz opadnie i ponaglić zapytanie na przykład za miesiąc. Wówczas uwierzę, że zapał nie jest słomiany. Coś nie ufam, a może nie ufam, ponieważ gdy moi ulubieńcy opuszczali świat, to nie musiałem w pośpiechu uzupełniać płytoteki, bo ta już od dawna była kompletna. Co innego jakieś brakujące ogniwo, jak w przypadku ostatniej płyty Cranberries, którą postanowiłem dokupić dopiero po śmierci Dolores, jednak takie "Bury The Hatchet" stało na półce z innymi od dnia poczęcia.
I tak sobie myślę, ilu czterdziesto-/pięćdziesięciolatków dopiero po śmierci Arethy Franklin postanowiło wzbogacić płytotekę o piosenki "I Say A Little Prayer" czy "Respect"? Oczywiście lepiej późno, niż jeszcze później, bądź w ogóle, jednak miłośnikiem talentu artysty powinno się być, nie bywać.
Przygotowałem na dzisiaj wspaniały zestaw muzyki. Jeśli nikt i nic właściwego jej Szanownym Państwu przekazania nie zakłóci, powinno być udane Nawiedzone Studio. Zapraszam o 22-giej na 98,6 FM Poznań lub na afera.com.pl
Do usłyszenia...







Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 16 sierpnia 2018

nie żyje ARETHA FRANKLIN (25.III.1942 - 16.VIII.2018)

Nikt nie uwierzy, ale wczoraj słuchałem Arethy Franklin. A konkretnie, wydanej w 1974 roku płyty "Let Me In Your Life". I co z tego, że z niemodnego, choć jednak japońskiego kompaktu, zamiast świeżo nabytego modnego winylka. Nie twierdzę, bym na czymś ucierpiał. Wspaniała płyta, jedna z najlepszych w dorobku Królowej Soulu, a jednocześnie prawdziwa chluba katalogu Atlantic Records.
Najlepsze fragmenty? Proszę bardzo: "I'm In Love" - z pięknym basem Stanleya Clarke'a oraz pianinem Donny'ego Hathawaya (muzyka kojarzonego - i słusznie - z Robertą Flack). Następnie, wyborne "Until You Come Back To Me (That's What I'm Gonna Do)" - tutaj nawet sama Aretha zagrała na pianinie. No i jeszcze końcówka płyty, a konkretnie dwa ostatnie nagrania, tj. jedna z dwóch - obok "Oh Baby" - kompozycji Arethy, "If You Don't Think", gdzie w drugiej części Artystce potowarzyszył na trąbce muzyk od Duke'a Ellingtona czy Counta Basiego, Ernie Royal. No i finał, w postaci "A Song For You" - z repertuaru Leona Russella. Tym razem Aretha Franklin na elektrycznym pianinie, z kolei na basie "rockowy" Willie Weeks - ten od George'a Harrisona czy Randy'ego Newmana. Absolutny klejnot! Nad wszystkimi nagromadzonymi tu doborowymi nazwiskami górował jednak TEN GŁOS.
Wczorajszym popołudniem zapisałem w radiowym zeszycie: zagraj Słuchaczom "A Song For You". Na płycie "Let Me In Your Life" utwór nr 11, czas trwania 5:34. Do tego dopisałem myśl, by w ramach konfrontacji dorzucić jeszcze tę samą piosenkę w wydaniu Raya Charlesa - bo też uwielbiam!, a może także bardziej współczesną, tę Neila Diamonda - mam na płycie CD, więc czemu by nie. A tu proszę, dzisiaj wszystkie możliwe dzienniki podały, że Aretha Franklin nie żyje. Niech to wszystko kule. Odeszła kolejna wybitna postać szeroko rozumianej muzyki rozrywkowej. Pozytywna, pełna entuzjazmu Artystka, o genialnym głosie i równie genialnym jego wykorzystywaniu. I właśnie w chwili, gdy piszę te słowa, słucham kilku jej przebojów. Po "Respect" oraz "(You Make Me Feel Like) A Natural Woman", właśnie z głośników wali co tchu "I Say A Little Prayer". Co za potęga. Znam piosenkę od zawsze, oczywiście na pamięć, lecz dzisiaj odkrywam kolejne jej uroki. 1968 rok, co za okres w muzyce. To taka piosenka z czasów, kiedy przykładano dużą wagę do głosu, aranżacji, linii melodycznej i do samych instrumentalistów. Wszystkiego dokonywali prawdziwi ludzie, nie automaty, i to słychać. Dlatego Aretha może poczuć się wieczyście niezagrożona. O ile nie urodzi się talent, a raczej talentka, na miarę Jej samej, bądź Roberty Flack czy Elli Fitzgerald. I jeszcze warunkiem, że wybierze śpiewanie, zamiast łatwego życia konsumenckiego.
W najbliższą niedzielę zaprezentuję Szanownym Państwu Arethę Franklin, i obiecuję: nie pójdę na skróty.
Dzięki Ci Aretha za wszystkie pozostawione muzyczne dobra, a teraz brnij do świata lepszego....


a wczoraj nadchodziły ciemne chmury



Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"