niedziela, 31 lipca 2022

syndia

Przyda się wreszcie jakiś polski akcent. Doceńcie moi Drodzy, wszak nie od dziś wiecie, że entuzjastą naszego rocka nie jestem. Pewnie dlatego, że zawsze z nim coś nie tak. Oczywiście, poza paroma chlubnymi wyjątkami. Tych parę procent mieliśmy na światowo, acz prawdą, że w na tłusto zaznaczonym czasie przeszłym. Obecnie nie widzę, nie słyszę.
Warszawska Syndia i ich jedyny longplay, o wizytówkowym tytule "Syndia". Wydany w 1991 roku przez Polskie Nagrania "Muza". I to "Muza", tak samo w logo firmy ważne, a prawie nikt nie stosuje. Myślę, że po coś jednak zostało wymyślone. Dziwne tym bardziej, że człowiek to przecież istota leniwa, krocząca na skróty, a w tym wypadku wszyscy używają dłuższej nazwy "Polskie Nagrania", zamiast "Muza".
Pomimo, iż album "Syndia" pochodzi z 1991 roku, brzmi pod lata osiemdziesiąte. Czuć tu fascynację glam'metalem, hard rockiem i AOR'em. Choć to raczej nie AOR, a bardziej AOHR, czyli "adult oriented hard rock". Rzecz witalna, soczysta, z porywającymi melodiami, klawiszowo-gitarowa, a gdyby nie słowiański język, niemal amerykańska. Powstała w epoce grunge'u, a więc muzyki, jakiej panicznie nie cierpię. Numer dwa po obrzydliwym rapie. Oba nurty do wymazania. Syndia na szczęście nie miała w sobie ni kapki z grunge'owego, depresyjnego rocka, który oby już nigdy nie powrócił. Ohyda we flanelach i zimowych czapach z pomponem.
W swoim czasie "Syndii" poszukiwało wielu kolekcjonerów na całym świecie. Nie wiem, czy jeszcze istnieją, ostatnio coś ich nie widuję. Być może wszyscy zdobyli upragnione egzemplarze, albo po cichu wyczekują cudu, że może ktoś w tych niefonograficznych czasach zaryzykuje finansową wtopę i wznowi. Obecnie winyl na discogs.com wycenia się na circa sto euro i oby nigdy nie potaniał. Inna sprawa, że podobnie poszukiwanych tytułów w świecie są tuziny, a Syndia to tylko jedna z wielu karłowatych planet całego układu wszechświata. Niemniej, dumni możemy być. W ostatnich latach media społecznościowe odsłoniły ogólnoświatowy szacunek wobec Syndii. Sam napotkałem na wiele gloryfikujących opisów/recenzji, aż serce z dumy rwało. Bo tak po prawdzie, nikt na świecie nie podnieca się naszym teraźniejszym rock/hard rock/metalem, poza pewniakami, typu Behemoth, Vader czy Riverside. I być może wkrótce ten stan rzeczy zmienią jeszcze Scream Maker, za których ściskam kciuki. Wielu zagraniczniaków pamięta jeszcze dawny debiut Lessdress, i ku memu zaskoczeniu, paru kojarzy debiut Grzegorza Skawińskiego. Znakomity, tak swoją drogą, choć przez polskich gryzipiórów w swoim czasie totalnie zdemolowany.
Tylko osiem kawałków ma ta płyta. I tyle. I koniec historii Syndii. Ale tych osiem metal'piosenek dobrze znać, jeśli pragnie się w temacie naszego rocka zabierać głos. Ale i po to, by w życiu nie ominęło nas najlepsze. Zamiast więc tracić czas na śledzenie opolsko'festiwalowych i tym podobnych lur, na pewno lepiej poświęcić te sto euro na zakup tej jednej z nielicznych markowych płyt z rodzimego podwórka.
Lubię w całości, więc nie będzie wyszczególniania na lepsze i jeszcze lepsze. Tej płyty należy słuchać od deski do deski.

Polskie Nagrania "Muza" - 1991 winyl SX 2961 / 1992 kompakt PNCD 089 / istnieje jeszcze kaseta (wydana jako pierwsza), ale ten nośnik to jak przejście z elektryczności na naftę.

1. Każdy Kiedyś Robi Błąd
2. Plaża Snów
3. Opuszczony
4. Marriott
5. Nie Jesteś Wielkim Panem
6. Cenniejsze Płótno Od Ram
7. Dynamit I Diament
8. Spotkajmy Się W Pół Drogi

Zbigniew Kondratowicz - śpiew
Maciej Gładysz - gitara, wokale
Piotr 'Dziki' Chancewicz - gitara, wokale
Piotr Urbanek - bas, wokale
Piotr Pruski - instrumenty klawiszowe, wokale
Krzysztof Patocki - perkusja
oraz dodatkowo:
Grzegorz Skawiński - gitara
Rafał Paczkowski - programowanie instrumentów klawiszowych + produkcja albumu

Po rozpadzie grupy wszyscy rozeszli się do innych muzycznych zajęć. Bita połowa tej ekipy zdobyła później uznanie na polu współpracy z m.in. Edytą Bartosiewicz czy grupami, typu Mech lub Perfect. 

a.m.



czwartek, 28 lipca 2022

endangered species

Lato trwa w najlepsze. Niech ciągnie się jak najdłużej. Andy dla ochłody serwuje polarnego wilka, grupę White Wolf. Mało znaną kanadyjską formację, którą w latach osiemdziesiątych odkryłem giełdowym przypadkiem. Napędową siłą fantastyczna okładka ich drugiego albumu "Endangered Species". Już tylko za jej przyczynkiem byłem pewien, że cała reszta nie może mi nawiać. Jestem okazem przywileju, który pochodzi z epoki, kiedy muzyki nie dobierał internet. Działały wszystkie zmysły - a wyobraźnia to ten najistotniejszy. Tak też niemal całą muzykę poznawałem na jej zasadach. Ale też trochę na zaufaniu oraz ryzyku, co przede wszystkim miłości do muzyki i wydawnictw temu resortowi poświęconych. "Endangered Species" poznałem w stosownym dla tego grania czasie - na dobrym stereo, z amerykańskiego winylu, w którego nie wkradały się reklamy z You Tube czy tych krwiopijców ze Spotify, a i los oszczędził pod linkami tuzinów komentujących laptopowych koneserów.
White Wolf powstali na początku lat osiemdziesiątych, a już w 1983 roku podpisali kontrakt z RCA Records. A więc wytwórnią, której logo na zawsze przylgnie do najlepszych dokonań Elvisa Presleya.
Początkowe ambicje ekipy Dona Wilka szybowały w kierunku tradycyjnego metalu, co przynajmniej w kilku momentach uwidacznia wydany w 1984 roku debiut "Standing Alone". Produkcją płyty zajęła się dwójka panów, połowicznie tylko wyrobionych w takiej muzyce: sesyjny wieloinstrumentalista Danny Lowe oraz etatowy rzeźnik konsolety Jack Richardson. Ten pierwszy w materii producenckiej nigdy się nie wybił. To było ledwie parę albumów, raczej mniej elektryzujących wykonawców. Za to Richardson miał na swym 'sumieniu' Manowar, Coney Hatch, Badfinger, Moxy czy The Guess Who. Wyprodukował więc kilka uznanych w świecie rocka płyt i było to świetną rekomendacją dla wschodzących fonograficznie White Wolf. Faktycznie poszło nieźle. Grupie zorganizowano tournee po USA i Kanadzie, a dzięki supportowaniu bardziej uznanych firm dali się zauważyć niektórym tamtejszym radiostacjom. Ostatecznie pierwsze koty za płoty z sukcesem, "Standing Alone" sprzedano w ćwierćmilionowym nakładzie, i w tym miejscu należy tylko pożałować, iż wytwórnia sprawę w dalszym toku kariery WhiteWolf'om odpuściła. Niepojęte, że 'zapomniała' wspomóc drugie dzieło - "Endangered Species" - o wiele bardziej wysmakowane, produkcyjnie wręcz dopieszczone, a i repertuarowo kapkę atrakcyjniejsze. Uwierzcie, wcale nie chodzi tylko o super scoverowane "Just Like An Arrow" Magnumów, ale i o singlowe "She" czy cudowne melodie hardrockowych piosenek: "One More Time", "Run For Your Life", "Holding Back" bądź "Time Waits For No One". Była tu jeszcze obowiązkowa ballada "Cryin' In The Wind". Przyznam się w tym miejscu jednak do małego grzeszku, otóż mając dwadzieścia lat nie bardzo kochałem balladki na wszelkich metalowych albumach. Trochę mnie wyprowadzały z równowagi, niekiedy usypiały. Ich ładne oblicza doceniłem dopiero wraz ze starzeniem skóry, wyraźnymi na skroniach siwiznami, jak też dzięki wolniejszemu cyklowi wszystkich komórek organizmu. Bo i też prawdą, iż najczęściej tymi wszystkimi balladkami emocjonowały się rozmaite smutasy, w których nie tliła się nawet iskierka rock'n'rolla. Po latach wyszło, że oczywiście miałem rację, już wtedy stawiałem, że nie wyrosną z nich bracia rockmani. Wystarczyła pierwsza poderwana dziewczyna, a już po chwili owocem związku szczająca w pieluchę beksa, no i od tego miejsca zero muzyki. Kolejny szarak - gazeta, micha do moczenia stóp, pilot, telewizor. Nie myliłem się, niemal wszyscy ci moi ówcześni od metalowych przytulanek kompani, w mig podporządkowali się wybrankom serca (albo konsekwencjom własnych nieuwag - wszak hormony taranują rozsądek), co równie szybko zerwali przymierze z muzyką na korzyść 'dom i ogród', 'murator' lub 'castorama'. Kolega miał kumpla, który lubił przyłożyć Judas Priest czy Scorpions, no i gdy tego szybko wciągnęło małżeństwo, a wkrótce potomek, zmienił się nie do poznania. Pewnego razu kolega odwiedził go w domu, a tam rodzinna rozkosz, wymarzona oaza, kumpel już bez kolekcji płyt (musiał wyprzedać), a w jej miejscu magnetofon, z którego sączyła się ledwie słyszalna twórczość Andreasa Vollenweidera. Na zapytanie: a metal? - Oj nie, nie słucham, żonie taka muzyka przeszkadzała, więc poszukaliśmy 'złotego środka'. Porażka!
Do dzisiaj uwielbiam "Endagered Species", ale także trzy/czwarte "Standing Alone". Niestety trochę mniej wydane po reaktywacji i w kompletnie innym składzie "Victim Of The Spotlight". Nie była to zła płyta, lecz chyba nie trafiła w czas. Także mój. Przeszła niemal kompletnie niezauważona, a jej nabywcami raczej nieliczni dawni wielbiciele.
Don Wilk, już jako Don Wolf (skąd on wiedział, że Wolf to naprawdę Wilk?), realizował się później pod szyldami Point Of Power, Project X oraz Don Wolf. Wszystko to były raczej już tylko ciekawostki, choćby dla takich, jak ja rozkochanych w "Endangered Species". Ale ale ale, na takim LP "Making Changes", tak a propos wspomnianych balladek, naprawdę była jedna niezła: "Never Say Goodbye". Jeśli dopisze nastrój, pogoda, apetyt, macie ją u mnie w ramach letnich retrospekcji, jakoś niebawem. 

a.m.

wtorek, 26 lipca 2022

Focus na trzech koncertach w Polsce - w tym w Poznaniu!

 
24.03.2023 – piątek, godz. 19.00 – Warszawa "Klub Hybrydy"
25.03.2023 – sobota, godz. 19.00 – Poznań "Centrum Kultury Zamek"
26.03.2023 – niedziela, godz. 19.00 – Bydgoszcz "Klub Kuźnia"

Bilety:
przedsprzedaż 160 zł
w dniu koncertu 180 zł

a.m.


poniedziałek, 25 lipca 2022

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 24/25 lipca 2022 / Radio 98,6 FM Poznań + zastępstwo w "BLUES RANUS"

 




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek - 24/25 lipca 2022 (godz. 22.00 - 2.00)
 
98,6 FM Poznań lub afera.com.pl 
realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

Nocną porą, mniej więcej o wpół do pierwszej, przyszła wiadomość: "Dobry wieczór Panie Andrzeju. "Heroes And Villains" od Poets Of The Fall to jedna z najpiękniejszych piosenek jakie w życiu słyszałem. Łzy popłynęły. Dziękuję. Jest Pan Dobrem Narodowym" - i tu zachowałem oryginalną pisownię, nie zawyżając małych znaków w duże. Po audycji zawsze miło dowiedzieć się: "... naprawdę piękne piękne dzięki za dzisiejsze aż pięciogodzinne przecudowne spotkanko, pełne różnorodnych, absolutnie fenomenalnych dźwięków!". Ale może wróćmy jeszcze do toku, bo gdzieś przed północą w messengerze wyświetliło: "grasz taką muzykę, tak dobierasz te utwory, że aż chce się żyć". Z kolei Słuchacz Jacek, ten od Poets Of The Fall, dorobił się szafy grającej. Kolorowej, oświetlonej, o pełnych rozmiarach, co przy okazji poskutkowało zapewnieniem: "... Dzisiaj Nawiedzone z szafy owej będę słuchać. Myślę, że taka forma odbioru będzie jedyna". Pisemna interakcja na szerokim polu, niekiedy trudno znaleźć wolną chwilę, by odpisać - ale odpisuję zawsze. No okay, dorzucę jeszcze sms od Qby. Przyszedł pięć minut przed drugą: "Czapki z głów za dobór repertuaru do dzisiejszej audycji. Miło było przypomnieć sobie tak Gene Loves Jezebel z bardzo lubianej przeze mnie płyty, U2 które dopiero w ostatnim czasie odpowiednio doceniłem, no i rzecz jasna Talking Heads, które uwielbiam niemal w całości. Jeff Beck również świetny, a ten cover Killing Joke muszę sprawdzić, bo aż jestem ciekaw, jak im to wyszło. Tak na dobrą sprawę nie ma się co rozdrabniać, cała audycja tak dobra, że palce lizać". -- I to są te chwile, dla których warto. Nie ma lepszej zapłaty. Oczywiście, krótkie 'dziękuję' lub 'dobrej nocy' traktuję w tych samych kategoriach podziękowań. Dawajcie więc o sobie znać każdego tygodnia Szanowni Państwo, kiedy tylko jesteście w oparach Nawiedzonego Studia. Nie rezygnujcie, to mnie wzmacnia. Na kolejną niedzielę obiecuję się nie popsuć.
Do usłyszenia ...


JOURNEY "Freedom" (2022)
- Don't Go
- United We Stand

NAZARETH "Snakes 'N' Ladders" (1989)
- Hang On To A Dream - {Tim Hardin cover}
- Winner Of The Night - {nagranie pozaalbumowe / niemiecki singiel}

PALACE "One 4 The Road" (2022)
- Fifteen Minutes
- Too Old For This

MARILLION "Holidays In Eden" (1991)
- Cover My Eyes (Pain In Heaven)
- The Rakes Progress
- 100 Nights


JEFF BECK / JOHNNY DEPP "18" (2022)

- This Is A Song For Miss Hedy Lamarr - {kompozycja Johnny Depp / Tommy Henriksen}
- Caroline, No - {The Beach Boys cover}
- Ooo Baby, Baby - {The Miracles cover}
- Let It Be Me - {Gilbert Bécaud cover}

ALAN PARSONS "From The New World" (2022)
- Give 'Em My Love - {śpiew James Durbin / solo na gitarze Joe Bonamassa}
- You Are The Light - {śpiew Alan Parsons & Dan Tracey}


SNOWY WHITE "Driving On The 44" (2022)

- Driving On The 44
- Keep On Flying
- One Man Girl

POETS OF THE FALL "Ghostlight" (2022)
- Heroes And Villains

IQ "Nomzamo" (1987)
- Promises (As The Years Go By)
- Colourflow - {wokalny duet Paul Menel & Jules O'Kine} - niealbumowe nagranie / strona B singla "Drive On"

ERIK NORLANDER "Music Machine" (2003)
- Letter From Space - {instrumentalny}
- One Of The Machine - {śpiew Kelly Keeling}
- Fallen - {śpiew Scott Kail}


GENE LOVES JEZEBEL "Heavenly Bodies" (1993)

- Break The Chain
- Down
- Sweet Sweet Rain
- Heavenly Body

U2 "Songs Of Innocence" (2014)
- Every Breaking Wave
- The Troubles - {feat. Lykke Li}

TALKING HEADS "True Stories" (1986)
- Wild Wild Life
- Radio Head
- City Of Dreams

SAGA "Silent Knight" (1980)
- What's It Gonna Be?
- Careful Where You Step

==========================
==========================


"BLUES RANUS" - zastępstwo
niedziela 24 lipca 2022 r. - godz. 21.00 - 22.00

realizacja i prowadzenie: Andrzej Masłowski

 
OST "The Blues Brothers" (1980)
THE BLUES BROTHERS - Sweet Home Chicago - {Robert Johnson cover}

THE ROLLING STONES "Black And Blue" (1976)
- Fool To Cry

SNOWY WHITE "Goldtop" (1995) - kompilacja
- Highway To The Sun - {album "Highway To The Sun" /1994/}
- Drop In From The Top - {album Richard Wright "Wet Dream" /1978/}
- Bird Of Paradise - {album "White Flames" /1983/}

MARLA GLEN "This Is Marla Glen" (1993)
- The Cost Of Freedom
- Destiny (To Get Up Again)
- You Hurt Me

JOHN HIATT "Crossing Muddy Waters" (2000)
- Lincoln Town

MACIEJ KRĘC "Brothers And Sisters / Blues Super Session" (2022)
- Stones - {śpiew Maciej Sobczak}

==========================
==========================

Andrzej Masłowski 
"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze


Mundi uważa, iż te żółte przebitki to efekt suszy, a ja myślę, że jednak pierwsze przebłyski jesieni. Od miesiąca skraca się dzień i tak reaguje roślinność. Botanikiem nie jestem, proszę skorygować, gdybym jednak źle dedukował.









niedziela, 24 lipca 2022

dziś od 21-szej

Wskakuję na dzisiejsze FM już od 21-szej. Drugie z rzędu zastępstwo za pana bluesowego zobowiązuje dobrą w tym tonie muzyką. Zabieram więc blisko piętnaście stosownych propozycji, z czego wejdzie nie więcej jak jedna trzecia.
W Nawiedzonym ze dwie lub trzy gorąc'nowości, plus sporo idealnych pod lato retrospekcji. Przy dobrej atmosferze - bo Słońce widzę jest - wszystko powinno się udać.
Do usłyszenia na 98,6 FM lub afera.com.pl ...

a.m.

you win again

Wczoraj BeeGees'owy akcent u Barbry Streisand, a tymczasem Bee Gees pełną krasą. -- / -- "You Win Again" - znakomita piosenka. Cieszyła sobą wraz z końcem lata 1987 roku. Nie tylko zresztą mnie. Była w orbicie zainteresowań całej Europy, także Kanady i Australii. W Stanach poszło jej trochę słabiej. Nie wiedzieć, czemu. Za to w Wielkiej Brytanii plus Zachodnich Niemczech sprzedano jej ponad milion egzemplarzy na singlu. Jako siedmio- i dwunastocalówce. U mnie ta drobniejsza wersja, bez dodatkowego extended version.
Strona A "You Win Again"
Strona B "Backtafunk"
Warner Bros. 928 351-7
Dobre dźwignięcie po wielu latach posuchy. A w zasadzie niedziania się niczego. Bee Gees przespali znaczną część lat 80-tych, a wydawać by się mogło, że to wymarzona dla nich dekada. Ale przespali ją jako zespół, albowiem Barry, Robin i Maurice sporo się napracowali dla innych, a także na własnych, solowych podwórkach. I w tej drugiej kategorii prym wiódł Robin, chociaż Barry z kolei odciskał się jako wzięty kompozytor - m.in. dla Dionne Warwick, Kenny'ego Rogersa, Leo Sayera czy Diany Ross. 

a.m.

 


sobota, 23 lipca 2022

woman in love

Co powiecie na "Woman In Love"? Oto jedna z najbardziej pożądanych piosenek lata 1980 roku. U mnie okres przejściowy pomiędzy podstawówką a liceum.
Miałem w klasie kolegę, którego tata bawił się w myśliwego. Podobno specjalizacją były lisy. Na czym jednak w szczegółach polegało uprawianie tej dyscypliny, możemy sobie tylko wyobrazić. A najlepiej zakryć oczy. Dzięki jego uczynkom chłopak miał, co chciał. W zasadzie tatuś zaspokajał każdą syneczka zachciankę. Syneczka, którego muzyka specjalnie nie kręciła, lecz gdy ten zorientował się, że warto daną płytę mieć, i tym samym paru ludziom przed nosem nią pomachać, dostawał każdą jeszcze przed zachodem Słońca. A ja wiadomo, zawsze pozytywnie zazdrościłem. Bo niemal każdą taką muzykę przygarnąłbym, a ta miałaby u mnie ciepło, czysto i z uczuciem. No, ale że świat rządzi się forsą, musiałem jeszcze trochę poczekać.
"Woman In Love" to najmocniejsza karta płyty "Guilty". I z towarzystwem Barry'ego Gibba, którego buźki zabrakło na okładce singla, ale sprawa zrekompensowała się na kopercie albumu. Barry'ego na okładce 'siódemki' zabrakło, ponieważ ostatecznie nie zaśpiewał w skomponowanym przez siebie - do spółki z bratem Robinem - "Woman In Love" (co uczynił w kilku innych numerach płyty), a jedynie pograł na gitarze.
Kochałem się w "Woman In Love". I nawet troszeczkę w pewnej pozaalbumowej młodej damie. Ale dawno było, nie ma o czym mówić. Pozostała piosenka, jako kartka z najwspanialszego okresu życia chyba każdego człowieka. Beztroskiego, zawsze letniego, kiedy wszyscy ludzie wydają się tacy fajni. I myślę sobie tak przy okazji, że Barbra Streisand miała podobne do moich uczuć emocje: "... jestem zakochaną kobietą i czynię wszystko, by zabrać Cię do mego świata ...".

a.m.



return to zero

Andy tym razem pod lupą dogląda niezłego albumu z 1991 roku. Z okresu grunge'u, w którym to czasie wielu melodyków wciąż grało po swojemu, nie dając tyłka modzie, tym samym nie przyodziewając smutno-kolorowych flanel oraz zimowych, w barwach smoły czapek z pomponem.
Zanim nad Boston pełną kontrolę przejął Tom Scholz, na niemal równych prawach było w tym zespole jeszcze kilku ludzi. Nie mieli może równie silnej osobowości, przede wszystkim przywódczej, ale też gitarowych umiejętności, z doskonałym odosobnionym brzmieniem, które szczególnie na pierwszych dwóch płytach formacji okazało się rewolucyjne. Niedziwne więc, iż oba dzieła sprzedały się tylko w Stanach w około dwudziestopięciomilionowym nakładzie. Na ten sukces spełniali się jednak wszyscy, czy to wokalista Brad Delp, czy gitarzysta Barry Goudreau, czy jeszcze parę innych osób. Dlatego nie dziwmy się, że gdy w Boston ich rozwój kariery z lekka blokował autokratyczny Tom Scholz, postanowili działać na własną rękę. Stąd takie Orion The Hunter czy RTZ, a jeszcze później milutkie Cosmo.
Debiut RTZ wiele obiecywał i był pod dyktando rytmów Boston, jednak do dzisiaj pozostaje w sferze mniejszych lub większych ciekawostek. Oczywiście fani miękkiego hard rocka płytę uwielbiają, jednak w moim życiu poznałem przynajmniej paru sympatyków Boston, którzy nazwy RTZ kompletnie nie kojarzyli. Uznany szyld od zawsze magnetyzuje. Dlatego nie dziwię się, że JethroTull'owy Ian Anderson, swoich jeszcze do niedawna kolegów spod płachty Ian Anderson's Jethro Tull, z czasem przemianował na bardziej popytne Jethro Tull. I zadziałało.
Na dzisiaj debiutanckie "Return To Zero". Tytuł albumu to jednocześnie skrót od RTZ. Tak swoją drogą, przy drugim albumie grupa się odsłoniła, i owym "Return To Zero" wylegitymowała się już jako nazwą zespołu.
RTZ to duet + muzycy dodatkowi. Trzonem para 'Boston'czyków', panowie Brad Delp oraz Barry Goudreau. Pierwszego z nich skojarzymy z najwcześniejszych trzech płyt Boston oraz kompletnie niedocenionego późniejszego dzieła "Corporate America". Niestety muzyk w 2007 roku popełnił samobójstwo, a w pożegnalnym liście znalazły się m.in. słowa: "jestem samotną duszą".
Drugi to Barry Goudreau. Znamy go z dwóch pierwszych, najsłynniejszych i najlepiej sprzedanych albumów Boston. Od lat ma także swój zespół Barry Goudreau's Engine Room, lecz nie słyszymy o nim.
"Return To Zero" wyprodukował legendarny Chris Lord-Alge. Chyba po przyjacielsku, albowiem facio zazwyczaj pałał się inżynierią dźwięku lub bywał odpowiedzialny za ostateczne miksy, a tu wziął całość na siebie. I wyszło bardzo dobrze.
Repertuar stanowi jedenaście lekko hardrockowych, głównie na gitarowo rozpisanych melodii, z okazjonalnymi przejażdżkami klawiszy, włącznie z tradycyjnym pianinem, co też bluesową harmonijką i tamburynem.
Głos Brada Delpa zawsze przemiły dla mego ucha. Aż żal, że tyle lat, a jak tak zliczymy, to tych płyt z jego udziałem nie za wiele.
Całość na plus, ze szczególnym naciskiem na kapitalne "Rain Down On Me" plus sześciominutową balladę "Until Your Love Comes Back Around".
Rzecz radiowa, idealna do Nawiedzonego Studia, acz chwilowo brak w moich planach. 

a.m.


wildest dreams

W tym okresie przez chwilę Saga byli tercetem. Co prawda, grali w czteroosobowym składzie, jednak perkusista Curt Cress zwabiony jedynie na doczepkę. Chwilową. Jako sesyjny. No okay, członkostwo w Sadze zalegalizowano mu na następnym albumie, ale też tylko na chwilę, ponieważ Steve Negus po kilku latach rozłąki powracał wkrótce na swe dawne stanowisko. I tu warto na moment zatrzymać się przy Curt'cie Cressie. Mamy prawo nie wiedzieć, iż ten wzięty sideman robił nie tylko dla Sagi, ale w tamtych latach także dla Meat Loafa, a parę lat wcześniej nawet dla naszych Dwa Plus Jeden. W czasach, kiedy Elżbieta Dmoch i jej muzyczni partnerzy realizowali się w Niemczech dla tamtejszego oddziału Phonogram, z myślą o podboju rynku zachodniego - m.in. album "Easy Come, Easy Go". 
"Wildest Dreams" nieźle się sprzedało. Do dziś jednak niechwalebnie uchodzi za miękki, niewydarzony, mało progrockowy album. Dziwne, wszak Saga zawsze uprawiali ten nurt po amerykańsku (są przecież Kanadyjczykami), więc stawianie na refreny, czytelne melodie, a niekiedy produkcyjne efekty, mają wpisane w gen przynależności terytorialnej. Zawsze Kansas, Styx czy Starcastle różnili się od Yes, ELP czy King Crimson. W czym więc problem?
Lubię ten album, choć wiem, że to trochę popłuczyny po wyśmienitych, acz też przebojowych, i chyba trochę łaskawszych kompozytorsko "Behaviour" czy wcześniejszym "Heads Or Tales". Te dzieła pobaraszkowały nawet po niższych rejonach Billboardu, czego ekipie Michaela Sadlera nigdy później się nie udało.
Dobra robota niedawno zmarłego Keitha Olsena. Wyśmienitego producenta. To był jego czas. Czego się nie tknął, zamieniał w złoto. Dosłownie i w przenośni. Weźmy pod lupę albumy: Ozzy Osbourne "No Rest For The Wicked", Magnum "Goodnight L.A.", Whitesnake "Slip Of The Tongue" czy Scorpions "Crazy World". Często nie doceniamy roli producenta, a bez niego matowo. To jak filmowy producent czy korektor w dziale spinania literatury. Nawet nie wiecie Kochani, ilu powieściopisarzy pisze z błędami, nie stosując interpunkcji, co również ładnego stylu. I właśnie od takich detali bywają ludzie, którzy całość finalnie spinają, doprowadzając niejedno dzieło do stanu używalności. Wiadomo, przede wszystkim liczy się wykonawca i repertuar, lecz bez odpowiedniej produkcji, miksu oraz inżynierii, przepadnie nawet diament. I tu mnie nachodzi wtrącić Stanisława Bareję. Takie z Mistrzem skojarzenie. Tytułu oszczędzę, wszak z filmu wiadomego: "ojciec jest równie ważny, jak matka. A gdy matki zabraknie, nawet ważniejszy". Tak więc "Wildest Dreams" broni się mocną produkcją. Fakt, w tym przypadku zmiękczającą syntezatorowo-gitarowego progrocka do roli pop/rocka, ale że ja zawsze lubiłem piosenki, czemu by nie. Jedynym felerem brak przynajmniej niosącego całość przeboju. Takiego na naklejkę dla frontu albumowej okładki. Jedna czy dwie wyeksponowane czytelniej melodie zawsze poniosą całość. Reszta ma wtedy prawo lekko odstawać, bowiem te 'rajcowniejsze' fragmenty częstokroć dokonają spodziewanych cudów. A tutaj ich zabrakło. Mimo wszystko to wciąż dobra Saga. I nie tylko za moje słowa odpowiadają udane single: "Angel" plus "Only Time Will Tell", co także pozostałych sześć, w podobnym duchu, zmysłowych, pop/rockowych kompozycji. Numerowi "Only Time Will Tell" do sławy było najbliżej, lecz niestety fani Sagi wciąż w gorącej pamięci mieli jeszcze lepsze "Don't Be Late", "What's It Gonna Be?", "Careful Where You Step" bądź "Wind Him Up". Niełatwo było i jest do teraz je przeskoczyć. Pomimo wszystko, warto, a nawet trzeba "Wildest Dreams" posłuchać. Tym bardziej, iż sami muzycy nie noszą tego albumu na rękach. A to już mocno niesprawiedliwe. Nie stosują tej muzyki, koncertowo nie używają, dają pod zapomnienie. Wychodzi na to, że Andy po raz kolejny od ratowania tonących łodzi. 

a.m.


piątek, 22 lipca 2022

podsumowanie dnia

Jajecznica z groszkiem oraz szpinakiem niesamowita. Mundi z kolejnym zaskoczeniem. Dotąd nie znałem. Życie pełne niespodzianek. Jajecznice jadałem na różne sposoby, ale takiej jeszcze nie. I nie trzeba dużo kombinować, by wpaść na świetny nowy smak. Szczypta fantazji równa się nieoczekiwanemu efektowi.
Smaków ciąg dalszy. Ostatnio miewam bzika na wszystko z cytrynką - Pepsi, tonic, nawet woda gazowana. Ale tylko gazowana. Żadne siury nie wchodzą w grę. I koniecznie na mroźno, a nawet jeszcze mroźniej. Na krawędzi gardła. Oczywiście istnieje szansa, iż pewnego razu Nawiedzone Studio pójdzie bez spikera. 

Kompromitujący początek nowego sezonu Warty Poznań. Falstart to mało powiedziane. To blamaż. Gra Zielonych momentami wyglądała jak sabotaż. Tylko błagam, niech nikomu ze sztabu nie wyrwie się czasem, że drużyna jeszcze nie zaskoczyła. Że nienaoliwiona, niedotarta i tym podobne srete tete. Na półmetku też będą kręty, że zmęczenie środkiem sezonu, a na jego koniec wyjdzie wykończenie całym rokiem kalendarzowym. Zawsze nie w czas. Grać i nie marudzić! A jeśli kogoś boiskowa kopaninka męczy, proponuję nająć się do nocnego wypiekania chleba, by na szóstą rano zaspokoić głodną klasę robotniczą. I tak przez cały rok, z trzema tygodniami urlopu, a wówczas przekonamy się, czy nie jest możliwe podszkolenie w sprawniejszym i szybszym operowaniu piłką.
U siebie zero cztery z przeciętną Wisłą Płock nie podsuwa drużynie żadnego usprawiedliwienia. Cała Warta do poprawy. Bez wyjątku. W grze Zielonych kompletny brak wartkości, jest nuda, jest ociężale, pasywnie, ślamazarnie, jest łzawo i boleściwie. Zamiast z boiskową bezczelnością, Warta przytłumiona i z niezrozumiałym wobec rywala respektem. A na ofiarę trzeba się rzucić, w przeciwnym razie jej zęby wbiją się w nas. O ile z Rakowem jeszcze jakoś to wyglądało, o tyle dzisiaj po zero trzy na koniec pierwszej połowy wyłączyłem odbiornik i pojechałem do marketu po sprawunki na cały tydzień. W kolejce do kasy zarzuciłem jedynie okiem w telefon na aktualny wynik, a informujące zero cztery tylko dolały oliwy do ognia. Nie chcę czegoś podobnego nigdy więcej. Panie Szulczek, ode mnie pomarańczowa kartka. To taka pomiędzy żółtą a czerwoną. 

a.m.


czwartek, 21 lipca 2022

bajzel

Starówka
Podczas, kiedy z racji upałów wielu moich rodaków ledwie zipie, Andy funduje sobie spacer przez całe Centrum Miasta i okolice. Lato trwaj, jest przepięknie. Ale to pięknie, to tylko w pogodzie. Poznań brzydki, rozkopany, cały w remontach. Te nigdy się nie kończą. Co nad jednym położą kres, drugie rozryją. Widok znajomy ten - koparki, ciągniki, plus inny ciężki sprzęt. Hałas, kurz i robolska gwara. Każdego roku powtórka z rozrywki. Nigdy nic nieskończone. Tak, by usiąść na ławeczce i popodziwiać ukochane miasto. Zawsze rozryte i z gołą dupą. A jeszcze odzywają się buntownicy, że budynki pozasłaniane reklamami. Że to szpecące, że przemoc estetyczna. Plakaty, plansze i bilbordy ponoć zasłaniają całe piękno. Jakie piękno? Co pięknego kryje się pod tymi reklamami? Na dworcu, targach czy innych reprezentatywnych miejscach. Te płachty właśnie miasto koloryzują. Miasto obśrupane, smutne, szare. I gdyby nie ta reklamowa "przemoc estetyczna", byłoby jeszcze smutniejsze, jeszcze brudniejsze, brzydsze i niezachęcające. Prędzej piekło zamarznie niż kiedykolwiek zjedzie się tu rzesza turystów.

a.m.

Starówka

Starówka

Starówka

Plac Wolności

Plac Wolności

Św. Marcin

Św. Marcin