niedziela, 31 marca 2024

Judas Priest / Saxon / Uriah Heep - Kraków, Tauron Arena, sobota 30 marca 2024

Co za dzień, co za wydarzenie! Że też mogłem w czymś takim uczestniczyć. Koncert marzenie. Jak ja jestem wdzięczny mojej paczce kumpli, że się tak zorganizowali, a szczególnie Markowi, mojemu arcykochanemu koledze z liceum, który całość zainicjował, namówił, przekonał, wbił w me żyły cudowne metalowe toksyny i ożywił naszą dawną szkolną miłość do muzyki. Nie wypłacę mu się uznaniem. Dziękuję Jemu, co też Jackowi oraz Pawłowi za cudowne towarzystwo, za czucie bazy, za zrobienie takiego dnia, o którym nigdy nie zapomnę. Bo, oto zaliczyłem dobę, której niech nigdy pamięć nie wymaże.
Uriah Heep, Saxon i Judas Priest, w takiej kolejności na scenie krakowskiej Tauron Areny. Że też udało nam się z tej potwornie długiej do wejścia kolejki wbić do środka na idealny styk. Na siedem minut przed Jurajką. Szybkie siusiu i zasuw na płytę hali, bo tam była nasza biletowa przynależność.
Ekipa Micka Boxa nieźle dowaliła, ziemia się zatrzęsła. Fakt, najgorsze nagłośnienie. Przesterowane, charczące, mózg od decybeli parował. Szkoda, bo zagrali świetnie. Realizator skopał im ten zbyt krótki, ledwie kilkuutworowy występ. Ale skopał jedynie dźwiękowo, reszta w dechę. Wspaniały repertuar i perfekt działanie na scenie. Było "Lady In Black", "Gypsy", "Free 'N Easy", "Rainbow Demon", "Easy Livin' "... Co Państwo na to? A jeszcze w tym krótkim secie Panowie zahaczyli o ostatni album "Chaos & Colour". Wszyscy rześcy, młodzieńcza forma, Bernie Shaw wokalnie petarda, solówki Micka Boxa wow! Cóż za początek dłuuugiego, a trwającego do nocy wieczoru. A potem przerwa, którą z chłopakami przesmacznie przegadaliśmy, aż wreszcie na scenie...
... Saxon! O jasny gwint, całe życie marzyłem. Mam ich przed oczami. Dźwięk znacznie poprawiony. Metamorfoza. Wszystko zaczyna smakować. Do tej muzyki nie zniósłbym realizatorskiego partactwa. Biff Byford - co za głos! Luta. Jak on śpiewa, niewiarygodne. Przecież facio liczy ponad siedem dych. Wszystko wyciąga. Górne rejestry, palce lizać. Drżałem, bo przecież to jest ten sam głos z moich najukochańszych saxonowych płyt: "Wheels Of Steel", "Innocence Is No Excuse", "Crusader" czy "Denim And Leather". Z wszystkich zagrali po szczypcie. Bo, i "Motorcycle Man", i "Crusader", i "Princess Of The Night", tytułowe "Denim And Leather" czy też z tego samego longa "And The Bands Played On". A przecież, ooo, zapomniałbym, jeszcze ze "Strong Arm Of The Law", poszło "Heavy Metal Thunder". Wyobrażacie sobie, co się działo? Zagrali też nowy album, ponadto "Sacrifice", i co nie tylko. I jeszcze niewiarygodna niespodzianka, specjalnie dla polskich fanów "Broken Heroes". Łzy w oczach, wzruszenie nie do opisania. Słuchajcie, po szybki puls przeżywka. Wróciłem do czasów, kiedy miałem dwadzieścia lat. I to wszystko w okowach genialnych szkolnych chłopaków, plus syna jednego z nich.
Po najdłuższej, kolejnej przerwie, także przegadanej z nimi na najfajniejsze tematy, aż wreszcie po intro z BlackSabbathowego "War Pigs", na scenie główna atrakcja - Judas Priest. Kocham tę bandę metali, słowami nie wyrażę. Ich muzyka nadała sens przyjścia na ten świat. Jejuniu, Rob Haford, cóż za ryknięcie, moc, ogień. Przepływały prądy w całym ciele. Granie żyleta. I cały czas pod obstrzałem setek koszulek do "British Steel". Nie miałem pojęcia, że w tym naszym kraju, tylu ludzi posiada t'shirty z Dżudasami, a tym bardziej z 'polską' okładką do "British Steel". Ja w skromnej, kilkuletniej koszulce do "Firepower". Ale też poczułem dumę, iż dźwigam na sobie odpowiednio wytarty krótki rękawek z logo 'Judas Priest'. Poczułem środowiskową przynależność. Do najbliższej w muzyce wspólnoty. Long live metal !!! Niech nigdy mnie los z tego nie ograbi. Jakie piosenki? Tyle ich, iż nie sposób wszystkie na język, chociaż... cicho cicho, sięgam do pamięci, okazuje się, wszystkie je w głowie mam. Nic nie wykipiało. uważajcie... już niemal na początku kiler "You've Got Another Thing Comin' ". Z Markiem przybiliśmy piątki i podskoczyliśmy ku niebu, ależ mnie poderwało! A potem już tylko skakaliśmy przez cały dżudasowy występ. Wehikuł czasu zabrał mnie do rozdziału, kiedy miałem siedemnaście lat. Setlista marzenie: "Breaking The Law", "Turbo Lover", "Love Bites", "Rapid Fire", fleetwoodmac'kowe "The Green Manalishi" (tu są moje najukochańsze riffy!), ponadto wiadomo, że pewnikiem "Painkiller", także "Electric Eye" - nie mogło zabraknąć. A jeszcze, na finisz "Living After Midnight", tyciu wcześniej "Sinner" i jeszcze, i jeszcze... Oczywiście parę numerów z najnowszej płyty, w tym moje ulubione, ze wszech miar obłędne "Crown Of Horns". Ów kawał żelastwa to, póki co, moje top pięć tego roku. Ach, no przecież zapomniałbym, cały występ zaczęli od singla z nowego albumu, kompozycji "Panic Attack". A potem poszło!
Schorowany Glenn Tipton miewa na koncertach zastępstwa, i jakże żałuję, że nie dostąpiłem jednej z najukochańszych twarzyczek metalu. Jak ja kocham tego faceta, ten jego twarzowy profil, z przeuroczym zadziornym noskiem. Wracaj chłopie do zdrowych, muszę Cię kiedyś poczuć live. W jego miejsce gitarzysta okay, jednak powiedzmy sobie szczerze, Glenn Tipton to pięćdziesiąt procent wartości zespołu. Ot, jedyny z wczoraj, acz spodziewany mankament.
Sobotni event zaliczam do życiówek. Do najwspanialszych chwil życia. Jeszcze trochę, a tego powodem uwierzę w Najwyższego i złożę mu podziękę za tak uroczystą Wielką Sobotę! Maj Master, niekiedy naprawdę potrafisz przecudownie przypierdolić!

a.m.

P.S. Tomeczku, synusiu Ty mój najukochańszy, a Tobie dziękuję za bilet/prezent. Bez Ciebie byłyby nici.

P.S. 2 Przyszło mnóstwo życzeń na święta - smsy, messengery, whatsappy... pięknie dziękuję! Przepraszam, nie było jak i kiedy odpisać, z mej strony dorzucić się w słowach ciepła na ten czas. Liczę na wyrozumiałość. Rock'n'roll niekiedy takie ustala warunki gry.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"











piątek, 29 marca 2024

majonez

Pogoda zatrybiła, w sam raz na ten czas. Luzu i długich spacerów, o tym marzę. Siedzenia przy stole tylko tyle, o ile. Najlepiej zero polityki, o muzyce jak zawsze pogadać nie będzie z kim, ale to i tak pestka, chodzi o to, by nie pozabijać się o majonez. Nie pojmuję, o czym tu deliberować, najlepszy i tak Pegaz, potem Kielecki, a potem... hmmm... żaden.

Na 7 kwietnia dostałem bluesowe zastępstwo, ale to jeszcze się przypomnę.

Ostatnio miałem okazję trochę poprzechadzać się po Poznaniu, a konkretnie po centrum - i jestem załamany. Co to się porobiło, ile porzuconych lokali, brudnych, obśrupanych, niechcianych. Nawet księgarnia mojego wuja Orlickiego zmieniła lokum, na szczęście, z uwagi na zapowiadany dwuletni remont, więc pewnie z poślizgiem, jednak powrócą na stare śmiecie.
Św. Marcin, 27 Grudnia, Ratajczaka czy Fredry, w elewacjach obfitują bohomazami, niektóre zakątki apokaliptyczne. Syf malaria. Łapy poucinać debilom sprejującym po murach, przystankach, tramwajach. Do tego nawet nie przystoi genialny numer Ayi Rl "Ulice Miasta", a to przecież w historii polskiego rocka najbardziej ponury obraz beznadziei, brzydactwa. Nikt lepiej nie oddał szarzyzny w dosłowiu i metaforze. Jejuniu, jaki Poznań w mojej młodości był piękny i tętniący życiem, teraz to doceniam. I żadna tego wina jednego człowieka czy w danej chwili politycznego ugrupowania. Realia, ekonomia, od trzydziestu lat brak pomysłu na nasze centrum. Zbrzydło, znieładniało, straciło całkowicie na atrakcyjności. I co z tego, że reaktywował się Kociak, skoro nikt nie kontynuuje zlikwidowanej niedawno Antylopy, a tych parę modnych kawiarń czy klubików, w zalewie oszpeceń, wygląda jak trzy jędrne truskawki w koszu zgnilizny. Ale idą święta, co ja tu będę Państwu truł. Przecież radośnie ma być. Jajcarsko. Kicaj więc, Andy.
Z naszych, po długiej przerwie wzięło mnie na licealny Maanam i Oddział Zamknięty. Poza tym, głównie słucham zagranicznie, raczej głośno i na ostro. W pełni wyrażę się w niedzielę. Oby tylko sprzęt dotrwał. I my. 

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


środa, 27 marca 2024

szaro zapakowane

W cukierni pani szybko i raczej mało zgrabnie zapakowała ciasto, aż sięgnąłem pamięcią, jak to czyniono niegdyś. A kiedyś, z reguły wszystko bywało lepiej. Karton, jak dzisiaj owijano papierem, jednak całość wzmacniano sznurkiem. Niczym sznurówką. Po odbiorze pakunku można było chwycić za kokardę i szczęśliwie donieść na stół. Obecnie, wychodząc z cukierni drżę, czy papier aby się nie rozstąpi i całość w piździec.
Jeśli ktoś, jak ja, wychował się w Gierku, nigdy nie zapomni subtelnych, zgrabnych paluszków pań z kawiarń czy księgarń muzycznych. Istna żonglerka. A przecież, owe artystyczne zapakowanie płyt, następowało tylko w szary, najgorszy jakościowo papier. Krojony z metra, co równie z gracją trza było poprzycinać, by ludziom ówczesne, jednak szare realia, podkolorować. Pod wymiary płyt dużych, średnich, małych, co i licznych książkowych wydawnictw muzycznych, wszak w takim Szymanowskiego szerokim asortymentem stało. Mieli osobne działy muzyki rozrywkowej, klasycznej, także książek, nut, itp...
Nie do opisania praca ówczesnych dziewczęcych rąk. Pięknie spełniały się w roli pakowaczek, ale bywały też ekspertkami, doradczyniami, a co istotne dla męskiego oka, nierzadko miłym wystrojem wnętrz. Uśmiechnięte i niewrzeszczące, jak to te baby z bazarów. Zapewne przechodziły weryfikacje w działach co do subtelnej obsługi.
Dawajcie wehikuł czasu, zabiorę, pokażę, co i jak. Trudno uwiarygodnić tamtą rzeczywistość niepopartym faktami pustosłowiem. Konkludując, zapakowanej w szary papier płycie mógł zaszkodzić wtedy tylko ulewny deszcz lub nietrzymający się poręczy - podczas hamowania lub zakrętu - nieczuły na trzymaną przez nas pod pachą sztukę, jakiś podchmielony dziadyga.

a.m.

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

poniedziałek, 25 marca 2024

"NAWIEDZONE STUDIO" - program z 24 marca 2024 / Radio 98,6 FM Poznań







"NAWIEDZONE STUDIO"
wydanie z 24 marca 2024
(
z niedzieli na poniedziałek, w godzinach:
22.00 - 2.00
)

 
98,6 FM Poznań oraz afera.com.pl
realizacja i
prowadzenie: a.m.

 

NESTOR "Kids In A Ghost Town" (2021)
- Kids In A Ghost Town
- Perfect 10

JUDAS PRIEST "Invincible Shield" (2024)
- Crown Of Horns

ZINATRA "The Great Escape" (1990)
- There She Was

MUSE "Black Holes And Revelations" (2006)
- Starlight
- City Of Delusion


WAR BABIES "War Babies" (1992)

- Hang Me Up
- In The Wind
- Cry Yourself To Sleep

ARKADO "Open Sea" (2024) -- premiera!
- Voyage
- Open Sea
- I Gave My Heart


OZ HAWE PETERSSON'S RENDEZVOUS "Oz Hawe Petersson's Rendezvous" (2024)
-- premiera!
- Tuning On
- Sacred Land - {śpiew Chris Rosander}
- The Essence Of Love - {śpiew Jane Gould}

STEVE HARLEY + COCKNEY REBEL "Greatest Hits" (1987) -- kompilacja -- Steve Harley in memoriam
- Make Me Smile (Come Up And See Me) -- {oryginalnie na albumie Steve Harley + Cockney Rebel "The Best Years Of Our Lives" /1975/}
- Sebastian -- {oryginalnie na albumie Cockney Rebel "The Human Menagerie" /1973/}

STEVE MILLER BAND "The Joker" (1973)
- Shu Ba Da Du Ma Ma Ma
- The Joker

COLIN BLUNSTONE "The Light Inside" (1998) -- w ramach nadchodzącego polskiego koncertu The Zombies. Stanie się 20 czerwca br. w warszawskiej Progresji.
- Send Me Your Broken Heart
- Hearts That Turn
- Losing You

FRANKIE MILLER "Double Trouble" (1978)
- Double Heart Trouble
- Good Time Love
- Love Waves

JOHN COUGAR MELLENCAMP "The Lonesome Jubilee" (1987)
- Paper In Fire
- Check It Out
- Cherry Bomb
- We Are The People

AMERICA "Hearts" (1975)
- Daisy Jane
- People In The Valley
- Company

NIGEL OLSSON "Nigel" (1979)
- A Little Bit Of Soap
- You Know I'll Always Love You
- Dancin' Shoes
- Cassey Blue / Au Revoir

PLASTIC PENNY "Currency" (1969)
- Sour Suite

 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 





niedziela, 24 marca 2024

IRA - klub B17, ul. Bułgarska, Poznań, sobota 23 marca 2024

Wybrałem się na Irę do 'be siedemnaście'. W sumie to już moja trzecia Ira. Pierwsze dwa razy nie stanowiły głównego wyboru, a dzisiaj jak najbardziej.
Kartka z historii - zetknięcie z Irą numer jeden, to rok 1994 - warszawski Stadion Gwardii, gdzie główną atrakcją Aerosmith, przed nimi Extreme, a na pożarcie Ira. Wtedy jeszcze Gadu z długimi blond piórami.
Drugie live całkiem niedawno, choć upłynęło już nieco czasu. Gdańsk i koncert Bon Jovi, a na rozgrzewkę Ira. Gadu wówczas ścięty na rock, już nie na metal. Koncert okay, jednak kilkadziesiąt tysięcy ludzi wyraźnie oczekiwało gwiazdy wieczoru.
Oba tamte live'y w tarczy, jednak dzisiejszy w jej środku. I wcale nie dlatego, że popracowali nad nim bliscy memu sercu WiniaryBookings.
Fakt bycia gwiazdą nobilituje. Zatem wszystkie siły na pokład. Nie ma to jak wyjść na scenę w poczuciu zwycięzców, a na powitalne pomachanie do publiczności, wiwaty.
Słuchajcie Drodzy Państwo, wyznam Wam coś. Wiem, będzie poruta. Czy wyobrażacie sobie, że nie mam w chałupie ani jednej płyty Iry? Nawet jednego kawałka, na choćby jakimś samplerze. A przecież, posłuchać lubię. Nie mam i zakujcie nawiedzonego w dyby. Aż głupio nie mieć przynajmniej LP debiutu, wiem. Kiedy jeszcze przez moment Ira grali kalifornijsko. Cóż, być może na ten niechlubny stan rzeczy, wpływ ma moje arbitralne podejście do polskiej muzy. Nie wiem, skąd we mnie nikła wiara w krajowych rock'twórców. Ale tak jest i nic nie poradzę. Nie zbieram i nigdy nie chomikowałem polskich płyt, pomimo iż 'trochę' jednak w chałupie ich mam. Szkoda, że nie słucham i tylko zbierają kurz.
Gadu znowu zapuścił włosy, lecz już nie na blond, a srebro. Takie z domieszką blond. Do twarzy mu. Wygląda gustownie, a co mu się chwali, zapanował nawet nad brzuszkiem, bo już niewiele brakowało.... Zapewne z powodu kolegów z zespołu, wszyscy w talii szling szlang. Dobrze panowie grają; jest hard rock z elementami bluesa, trochę ballad'rocka, miłego dla mych uszu rocka południa Stanów, niekiedy nawet kalifornijska nuta. Tak lubię.
I jak na moje niesłuchanie polskiego rocka, zdumiony jestem, ile wyłapałem znanych numerów: "Nie Zatrzymam Się", "Londyn 8:15", "Mocny", "Taki Sam", "Mój Dom", także ballady: "Wiara" czy "Powtarzaj To".
Miłą niespodzianką cover Muse, do numeru "Starlight" - zaśpiewany przez Sebastiana Piekarka, jednego z dwojga gitarzystów. Wokalnie bez szaleństwa, jednak tutaj ważniejsze były polot i fantazja.
B17 po brzegi wypełnione. Miło, że tylu młodych ludzi. Rock w takim układzie chyba jeszcze trochę pożyje.

P.S. W roli supportu wokalistka i skrzypaczka, córka Artura Gadowskiego, Zuza, wraz z zespołem Gadowska z Gachami. Dobra nazwa, z początku nieźle mnie rozbawiła, ale wyjaśniło się, fajna z tego gra słów, gdyż owe Gachy, wzięły się od nazwiska dwojga muzyków z ekipy Zuzy - ich godność Gach. Chyba tak to się właśnie przedstawia. Poprawcie, jeśli nie mam odpowiedniej wiedzy.

a.m.





Gadowska z Gachami

gitarowe solówkowanie Iry

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

sobota, 23 marca 2024

mój sąsiad Adolf

Jak dobrze mieć pod ręką Canal+. Wczoraj nareszcie udało mi się nadrobić kinową zaległość, film "Mój sąsiad Adolf". Ostrzyłem sobie na niego zęby, gdy był jego dużoekranowy czas, jednak moi kompani zbywali temat, wybierając na wspólne seanse inne tematy. A we mnie przez cały czas siedziało zaliczenie tego filmu, podskórnie czując, że to coś dla mnie. Takie konieczne coś. I kiedy już myślałem, że po temacie, Canal+ któregoś ostatniego razu zareklamowało się z chęcią kilkukrotnego wyemitowania. Ktoś powie: nic trudnego, Andy zaraz ci znajdę platformę, na której, kiedy i o której chcesz. Wiadomo, lecz ja tak nie działam. Nie jestem zbzikowanym netflixowcem czy innym showmaxem, wolę wydawać forsę na muzykę, a kina szukam najlepiej w kinie (nie ma lepszej opcji!) lub w mojej kablówce, w której fakt, rzadko staje ofertą poza kino klasy B lub hitów sprzed dekad. Na szczęście Canal+, za który dopłacam do pakietu symboliczną dychę!, niekiedy zaskakuje. Inna sprawa, że każdej platformie co miesiąc, tu trzy dychy, tam trzy dychy, podczas, gdy z reguły mam ochotę miesięcznie góra na jeden, czasem dwa filmy, szaleństwem byłoby wpadać w wir wiązania się w te wszystkie telewizje.

A zatem, "Mój sąsiad Adolf". Myślę, że skromny budżetowo film, mimo wszystko ciekawie zrealizowany, nietrącący kiczem. Nie o produkcję tu jednak idzie, wszelakie ajmaksy tym razem mają wolne.
Film zdaje się, o ile czegoś teraz nie pomylę, produkcji kolumbijskiej, choć z wyraźnym nasączeniem izraelskim, niemieckim oraz uwaga! - polskim. Mało tego, występuje w nim nawet wódka opatrzona nalepką: 'dobra wódka'. Hmmm, podobnie, jak u Kiepskich. Na tym nie koniec, na liście płac, a konkretnie w dziale produkcja, wyłapałem nazwisko: Stanislaw Dziedzic. -- Stanislaw pisane przez 'l'. Być może polsko-brzmiących akcentów nawet tu więcej, lecz prompter z listą płac nieco mnie wyprzedził. W ogóle międzynarodowo, panowie ze sobą rozmawiają po angielsku, ale już inni bohaterowie czynią wtręty niemieckie, hiszpańskie, żydowskie, również polskie.
Wielu nazistowskich zbrodniarzy po wojnie znajdowało ciepłe gniazdko w krajach Ameryki Łacińskiej, najwięcej chyba w Argentynie, choć my zajeżdżamy do Kolumbii. To tam w pewnej osadzie, w zdewastowanym domu z ogrodem, otoczonym na ostatnich nogach płotem, mieszka ocalony z holocaustu facio, o znajomo brzmiącym nazwisku Polsky, którego życie przelatuje na pielęgnacji dziko przy płocie rosnącego krzaka czarnych róż oraz na graniu samemu ze sobą w szachy. Egzystencja, tego nieufnego i zrzędliwego starszego pana, zmieni się znacząco, gdy pewnego dnia do opuszczonej sąsiedniej, równie podniszczonej posiadłości, wprowadzi się pewien Niemiec, którego nasz bohater (po spojrzeniu mu w oczy) podejrzewa o bycie Adolfem Hitlerem. Każdej wolnej chwili dokładnie mu się przygląda, przysłuchuje, poszukuje najczęstszych powodów do spotkań. Chodzi o zdemaskowanie i wstawienie pod temidę. Zainteresowanie sąsiadem, vide ewentualnym Hitlerem, narasta do granic obsesji. Polsky bez ospałości nabywa mnóstwo o kanclerzu rzeszy potrzebnej literatury, z której dowiaduje się istotnych o nim szczegółów, jak to, że Hitler był mańkutem, malarzem, wegetarianinem, wielbicielem zwierząt, alkoholowym abstynentem, a nawet to, że posiadał - istotne dla sprawy - jedno jądro. Co gorsza, wiele z sąsiadem się zgadza, tak też, tym bardziej próbuje swoimi spostrzeżeniami zainteresować lokalne władze. Niestety, wszyscy traktują go jak dziwaka, zatem przychodzi śledztwo na własną rękę. I tu należy uciąć, by tego filmu jednak nie opowiedzieć. Całość trwa ledwie półtorej godziny, więc wszystko szybko się wyjaśni. Obejrzyjcie, kto jeszcze nie miał okazji.
Lubię takie klimaty, poparte wysokiej próby aktorstwem. Właśnie na takie filmy ciągnie mnie przed ekran. Jak dobrze zatem, iż wciąż powstają. 

P.S. Trochę nastrój spokojnego oglądania zakłócała - na szczęście dużo lepiej czująca się - Zuleczka. Nie wiem, czy już kiedyś pisałem, ale ona reaguje na zwierzęta na ekranie. I tu przepraszam, na czarnoskórych niekiedy także. Nie zawsze, lecz czasem myli je z naczelnymi, było nie było jednak człekokształtnymi. Wtedy wychodzi z niej dyskryminacja, a i terytorializm, więc szczeka, szczeka.... dopóki intrygująca łajza nie opuści ekranu. A że Adolf Hitler, jak wiemy, posiadał wilczura, nietrudno domyślić się, iż podejrzewany o bycie nim sąsiad Polsky'ego, też takowego ma. A nawet dwa, co wyjaśni się w trakcie emisji. No więc, trochę musiałem balansować pomiędzy wychwytywaniem dialogów a uspokajaniem Zuleczki. Ale nikt nie obiecywał, że będzie lekko. 

a.m. 

 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 

piątek, 22 marca 2024

cruisin' for a bruisin'

AOR'owi Duńczycy z Fate i ich trzeci długograj: "Cruisin' For A Bruisin' " - co podobno oznacza: 'zarobić guza' lub 'dostać biniola'.
Ex-gitarzysta Mercyful Fate, Hank Shermann, wyciął z nazwy przedrostek 'mercyful', zmiękczył brzmienie, podrasował pod areny melodie, i tak oto powstała bardzo fajna grupa Fate. Wiadomo, nie spodobała się wielbicielom Kinga Diamonda, lecz fani Europe, Bon Jovi czy Loverboy, otworzyli się przed nią na oścież.
Liczą się głównie pierwsze albumy, te z lat osiemdziesiątych, ale można słuchać dalej. Pomimo, iż po rozpadzie, a reaktywacji dopiero w dwudziestym pierwszym wieku, nie mamy w składzie Hanka Shermana, a i, ujmując sprawę w dużym uproszczeniu, w grupie widnieje inny duch.
Przed nami uroki swe rozpościera lekko metalowy album, z gatunku: lakier we włosach potargał wiatr, ale wiecie, że ja lubię takie rzeczy. Nie wyrosłem z tych butów, a dorzucę, numer mam czterdzieści osiem, czasem nawet dziewięć. I na tym nie koniec, od jesieni selektywnie używam specjalnych niemieckich a'la adidasków, z szerokim przegubem, wygodnych i jak puch miękkich, numer pięćdziesiąt. Sami rozumiecie, że w takiej sytuacji śmieszą mnie te wszystkie ce ce ce lub dajśmany, w których rozmiarówka kończy się na czterdzieści sześć. Dominują tam głównie rozmiary chłopięce, idealne dla większości niewyrośniętych kierowców range'roverów.

Z albumu wydano dwa single, super chwytliwe "Lovers" oraz tylko o kapkę mu ustępujące "Babe, You Got A Friend". Nareszcie promotorzy mieli nosa. Niekiedy buntuję się nad wyborami pretendentów na przeboje, jednak tym razem ktoś miał sprawnie wycentrowane ucho. Niech nie znaczy to, że pozostałych osiem numerów tonie w niemocy. Zapewniam, wielbiciele chwytliwych zwrotek i podniosłych refrenów, nie opędzą się od tej płyty. Jeśli macie na półce, dobrego powrotu do tej muzyki i równie dobrego odbioru! Pozostałych namawiam do wejścia w posiadanie. 

a.m.

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


nocne radio, gramofon i papierosy

Jedna z tych okładek, na których nie da się nie zawiesić oka. W ogóle, warto by ją wybillboardować, uczynić logiem radiowców.
Niepierwszy raz wpatruję się w opakowanie do tego przefajnego pop/jazz/funk-, lekko rockowego albumu. Widzę w nim szczuplejszego siebie, z nadania nocnego radiowca. Wygodne i profesjonalne stanowisko, wymarzone miejsce działania. Dla tych, co czują prawdziwe radio. Chciałbym takie. Nikt nie przeszkadza, w studio tylko prowadzący oraz jego muzyka. Interakcja z odbiorcami, atmosfera intymności, gramofon pod ręką. No i, idealnie wygłuszone pomieszczenie, a obok sprzętu grającego zegar, równie ścienny kalendarz, jakieś zapiski i tym podobne przydaśki. Nieopodal (już poza kadrem) popitka, a jeśli ktoś musi, inwentarz do popalania. Inna sprawa, że to ostatnie dzisiaj nie przejdzie, od razu zadziałają czujniki, zerwie się alarm, a po chwili stawią się trzy wozy strażackie z drabinami po niebiosa - takie przepisy.

Okładka. Spójrzmy. Jakie nocne wyluzowanie, odreagowanie po męczącym białym dniu. Ja też najbardziej lubię noc. -- Facio w eleganckiej, białej koszuli, podwinięte rękawy i poluzowany krawat. Zasiada przy retro gramofonie, z zarzuconą, lecz póki co jeszcze nieodtwarzaną płytą, a u lewej dłoni popielnica, w jej kraterze kilka nie do końca skonsumowanych papierosów. A że papieros za papierosem, w palcach prawej ręki tli się kolejny. W mig dowiadujemy się, iż nasz bohater lubi Chesterfieldy. Dla mnie mdlące, przeperfumowane. Najbardziej lubiłem czerwone Marlboro, tradycyjne osiemdziesiątki - królewski rozmiar, vide king size. Na szczęście etap pociągania mam już za sobą. Wyleczony z dnia na dzień, od pewnego lipcowego popołudnia dwa tysiące dziewiątego. Przyznam się niemniej, iż przed kilkoma miesiącami zajaraliśmy sobie z Mundim po jednym. Ten na górze podkusił, a Diabeł ryknął: nie!. Nie, to nie. Przyznam się bez bicia, brązowego "More"-a lub "Dumont"-a, rozmiar sto dwudzieścia, jarnąłbym sobie z przyjemnością. Z najuczciwszym do płuc, bez żadnego puf puf udawactwa. Pod warunkiem dawnego smaku Pewexu, najlepiej tego z gabloty przy Bukowskiej. Zawsze mieli świeże, nigdy niezleżałe. Sześćdziesiąt centów za paczkę. Dawny polski robotnik, za całą pensję, mógł zapakować do teki takich paczek ze trzydzieści, lepiej zarabiający czterdzieści. 

a.m.

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"