wtorek, 30 maja 2023

Kryszak

W organizowanym przez Polsat sopockim SuperHit festiwalu, Jerzy Kryszak na absolutnie poruszająco zapodał pieśń, że zatrzęsło nawet w grodzie Przemysła. Nowy przekaz zarezydował na melodii przeboju "Szczęśliwej Drogi Już Czas", z którego tytułu wyleciało "drogi", na rzecz "Polski".
"... nauczyli nas podejrzewać wszędzie kant, widzieć w każdym stronę złą, mieć na każdego hak. Podpalili stos, gdzie się wątły płomień tli, już się ogrzać nie ma jak, nie siada przy nim nikt ...". I gdzieś później jeszcze: "... niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość... sprawiedliwość".
Niczym zapalniczki zapłonęły telefonów latarki, a ze skupienia widzów wyłaniały się tylko selektywne burzowe owacje, by u kresu songu Jerzy Kryszak odwrócił się na pięcie i jak na pantofelkach zniknął za kulisy. Mnie ruszyło. I całą widownię. Wiadomo, oprócz oczywiście tych trzydziestu pod dyrektywami ambon procent.


a.m. 


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

poniedziałek, 29 maja 2023

"NAWIEDZONE STUDIO" - program z 28 maja 2023 / Radio na 98,6 FM Poznań










"NAWIEDZONE STUDIO"
wydanie z 28 maja 2023
(
z niedzieli na poniedziałek, start godz. 22.00, a potem najlepsze granie w eterze do 2-giej w nocy)
 
98,6 FM Poznań oraz w sieci
realizacja i
prowadzenie: Andy

 

DEF LEPPARD "Drastic Symphonies" (2023) -- with The Royal Philharmonic Orchestra
- Love
- Love Bites

TINA TURNER "On Silent Wings" (1996) -- MAXI CD -- Tina Turner in memoriam
- On Silent Wings (single edit)

TINA TURNER "What's Love Got To Do With It" (1993) -- Tina Turner in memoriam
- Stay Awhile
- (Darlin') You Know I Love You - {B. B. KING cover}

TINA TURNER "GoldenEye" (1995) -- MAXI CD -- Tina Turner in memoriam
- GoldenEye (single edit)

YES "Mirror To The Sky" (2023) -- premiera!
- Circles Of Time
- One Second Is Enough

CRY OF DAWN "Anthropocene" (2023) -- premiera!
- Devils Highway
- Edge Of A Broken Heart

WINGER "Seven" (2023)
- Broken Glass

MIKE TRAMP "Songs Of White Lion" (2023)
- Wait

JEFFERSON STARSHIP "Red Octopus" (1975)
- Miracles
- There Will Be Love

JEFFERSON STARSHIP "Freedom At Point Zero" (1979)
- Jane
- Awakening

CYTRUS "Kurza Twarz" (2006) -- kompilacja -- Andrzej Kaźmierczak in memoriam
- Tęsknica Nocna - {kwiecień 1980}

CYTRUS "Tęsknica" (2007) -- kompilacja -- Andrzej Kaźmierczak in memoriam
- Układy - {śpiew Kazimierz Barlasz} - {prawdopodobnie 1983}

KWADRAT "Polowanie Na Leśniczego" (2006) -- kompilacja
- Polowanie Na Leśniczego - {styczeń 1980 dla Polskiego Radia Katowice}

MOODMAN "Przejście" (2021)
- Zaklęcie

QUIDAM "Sny Aniołów" (1998) -- na rynek trafiła reedycja albumu na CD, a już w połowie lipca modny winyl
- Jest Taki Samotny Dom - {Budka Suflera cover}

GOLDEN EARRING "Switch" (1975)
- Kill Me (Ce Soir)

SKIN ALLEY "To Pagham And Beyond" (1970)
- Take Me To Your Leader's Daughter

ANDROMEDA "Andromeda" (1969)
- And Now The Sun Shines
- Return To Sanity
I) Breakdown
II) Hope
III) Conclusion

SBB "Welcome" (1979)
- Walkin' Around The Stormy Bay

KANSAS "Leftoverture: Live & Beyond" (2017) -- trasa z okazji 40-lecia albumu "Leftoverture"
- Cheyenne Anthem
- Miracles Out Of Nowhere




"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 


piątek, 26 maja 2023

skarby na Sundance TV

Na dawno nieoglądanym Sundance TV, wczorajszej nocy wyłapałem końcówkę live'u Iron Maiden z trasy "Somewhere Back In Time Tour" - film "Flight 666". Ekscytujący dokument sprzed piętnastu lat, nawet jeśli to nic zaskakującego, wszystko znane i od dawna lubiane. Trudno oderwać oko.
O ile Maidens mam w małym paluszku, a do tego komplet płyt oraz dwa zaliczone koncerty, o tyle następnym filmem Sundance TV dali jeszcze większego czadu. Tym bardziej, że dotąd nie miałem z nim przyjemności. -- "Jefferson Starship: Live", Drodzy Państwo. W sumie jest to koncert, choć mniej więcej co dwa utwory przerywany głupotkami jakiegoś kosmity, którego opowiastki mogą się dzisiejszej młodzieży wydać nieco kanciate. Ale ten aspekt nieważny, pogapcie się Kochani na ten występ. Kapitalny! Wskakujemy do kanadyjskiego Vancouver, jest rok 1983, a wszyscy Jeffersoni w niebiańskiej formie. Co tam się dzieje. Spać potem nie mogłem. Grace Slick głosowo potężna, do tego obłędne gitarowe solówkowanie Craiga Chaquico, co również od razu wyczuwalne przywództwo Paula Kantnera - jednego z zespołowych wokalistów, przede wszystkim gitarzysty rytmicznego, mózgu całej tej machiny.
To ostatnie dni formacji, bo jak wiemy, w następnym roku jeszcze tylko jeden album studyjny, a potem długa przerwa, aż do reaktywacji pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Wkrótce skrócili nazwę, do Starship, i rozpoczęli nowe pasmo sukcesów, z piątką muzyków tej siódemki.
Show z Vancouver niesie ze sobą cenne zacumowania o mniej u nas popularne albumy, jak "Modern Times" czy "Winds Of Change", ale jest też świetna wersja "Jane", z kompletnie niewypromowanej w naszym kraju płyty "Freedom At Point Zero". Muszę ją koniecznie przypomnieć.
Na polecanym koncercie m.in. usłyszymy: arcy'przebojowe "Ride The Tiger", wspomniane przed chwilą "Jane", co również "Black Widow", "Be My Lady", a nawet 'erplejnowskie' "Somebody To Love".
Wszystko to napisałem bez perfidii, albowiem możecie moi Drodzy oba te filmy jeszcze dzisiaj obejrzeć. O 14-tej "Iron Maiden: Flight 666", a tuż po nim, o 16-tej, "Jefferson Starship: Live". I niech ktoś obowiązkowo to nagra, a potem mi na płytę przekopiuje. Będę zobowiązany.
Dobrego odbioru!


P.S. Tytułem fascynacji koncertem Jefferson Starship, na talerzu album "Modern Times", z m.in. genialnym "Save Your Love"

a.m. 



"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



czwartek, 25 maja 2023

teledyski

Czy ostał się ktoś, kto jeszcze kupuje płyty DVD? Ręka do góry. Kupuje, jak kupuje, ale kto z nich korzysta? W dobie kina strumieniowego, często o jakości HD, nośnik DVD to jak rozciągnięta kaseta przy lśniącym kompakcie. Nawet w empikach działy z filmami i koncertami zredukowano niemal do zera. Owszem, jakieś wybrane nowości, ale tyle i nic więcej. Tak po prawdzie, ja też filmów nie kupuję. Ostatnim było "Yesterday", no ale dla mnie to przepiękna historia, nie mogłem więc się oprzeć. A przecież Ziółko, w tej samej chwili, też mi ten tytuł sprezentował, więc mam dwa egzemplarze - w tym jeden zapieczętowany. Ach, przepraszam, kupiłem jeszcze "(Nie)znajomi"-ych, bo to również świetna historia, o której zresztą w swoim czasie pisałem. Stanęło więc na tym, że płyt wizyjnych nie kupuję, ponieważ wszystkie upragnione mam od dawna, a nowe kino aż tak mnie nie ujmuje. I głupio mi strasznie, albowiem podziwiam mojego ulubionego krytyka, pana Tomka Raczka, którego sporo w tej materii ekscytuje. Posłuchajcie jak pięknie opowiada o większości obecnych produkcji kinowych oraz platformianych. 
Koncertów i wideoklipów skrywam pół szafy i jeszcze co nieco w piwnicy. Nie mieszczą mi się w chałupie, więc systematycznie opróżniam półki na rzecz przybywających kompaktów. Są jednak żelazne tytuły, których nie ruszę nawet, gdyby mi pewnego dnia odjebało na rap. W pakiet nietykalnych wpisują się, choćby teledyski Tiny. Dawno nieoglądane, więc zaraz uruchomię w nadziei, iż ucinający sobie dłuższą drzemkę dvd/player Panasonic, ruszy niezawodnie. Właśnie nastała okazja. Lepszej nie będzie.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

on silent wings

Tina miała w sobie to coś. Ducha, energię, ogień, niecodzienną zgrabność, szyk i elegancję, miała głos i repertuar.
Słucham jej piosenek od zawsze, jeszcze zanim powstało "Private Dancer". Pamiętam więc jej drugie narodziny, błysk prawdziwej sławy i uśmiech losu. Jej piosenki kolorowały mój świat, a ten młodzieńczy, czyli najpiękniejszy, wręcz uszczęśliwiały. Żałuję, że nie dotarłem na żaden z trzech czy nawet czterech polskich koncertów, ale tak się złożyło.
Od wczoraj odkurzam nagrania, przywołuję wspomnienia, a że człowiek jam niewdzięczny, acz sentymentalny zarazem, szybko nie zaprzestanę. Moje dzisiejsze namiętności Tina trafnie oddała w "On Silent Wings", piosence sprokurowanej w 1996 roku ze Stingiem: "... nawet na bezszelestnych skrzydłach nie ukryjesz tego, co czujesz wewnątrz ..."

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

polskie longplaye Tiny

Konkludując wątek polskich winyli Tiny Turner, po omówionym w poprzednim wejściu podrzędnym "Sunset On Sunset", teraz pora na bardziej oczywiste tytuły. Takie dla, zarówno wnikliwego, co i bazującego na listach przebojów odbiorcy. A zatem, po kolei...

W 1989 roku wydaliśmy Tinie aż dwa tytuły: "Tina Live In Europe" oraz "Foreign Affair". Pierwszy z nich wydano na świecie rok wcześniej, na dwupłytowym winylu (także podwójnym CD), w Polsce zaś materiał przekopiowano na trzy winylowe nośniki. Później Polskie Nagrania "Muza" tłumaczyły, że chodziło o podtrzymanie dobrej jakości dźwięku. Stare maszyny, w tej u schyłku socjalizmu wysłużonej tłoczni oraz gwoli oszczędności preferowana jak najniższa jakość surowca, nie byłyby w stanie sprostać dynamiczności zachodniego oryginału, więc materiał przycięto na tyle odpowiednio, by zanadto nie uszkodzić jakości pierwowzoru, i chyba udało się. Trzeba mieć to 'live', absolutnie bez wykrętów. Najlepsze sceniczne lata Tiny, przy czym doskonały dobór repertuaru, a jeszcze jacy goście!: Eric Clapton, David Bowie, Robert Cray, Bryan Adams.
Drugim pod polską banderą tytułem Tiny, w tym samym 1989 roku, okazało się nowiuśkie "Foreign Affair". I tu idealnie ze światem płytę wydaliśmy na czas, co wcale nie było takie oczywiste. Dopiero uczyliśmy się właściwych realiów, prawideł muzycznego rynku, kodeksu postępowania, przyzwoitości licencjonowania w zgodzie z założeniami manuskryptów, itd... -- "Foreign Affair" na rynek rzuciło nieoczywiste Veriton, wytwórnia na co dzień upaprana w muzykę sakralną, której w poznańskiej księgarni Św. Wojciecha nikt nie kupował. Półki tego sklepu bywały pozawalane przeróżnymi wytłoczonymi liturgiami, chorałami, kolędami i czym nie tylko. Jednymi słowy: szkoda cennego surowca. A potem nie starczało na artystów, których słuchały miliony. No cóż, tamte czasy na szczęście za nami. Tu jednak muszę... Otóż, w owej księgarni przez lata, aż do śmierci, kierownikiem był mój wujek, Jan Orlicki. Genialny facio, o niesamowitej skali poczucia humoru. Pragnął zostać księdzem, lecz na szczęście rozkochała go w sobie, o przesympatycznej morduchni Ciocia Halutka, która w ostatniej chwili wyciągnęła Wuja z klasztoru. Ciocia, nie tylko z tego powodu, od zawsze i na zawsze była moją ciocią numero uno, ale miała też 'baśniowy' wygląd, w sensie złowieszczym. Z tego powodu, w dzieciństwie kilka razy ochrzciłem ją czarownicą - i był to komplement. Dopiero rodzinka zwróciła małemu Andy'emu nieraz uwagę, w rodzaju: "Andrzejuś, nieładnie, tak do cioci nie wypada". A ja czułem się dumny, że ulubiona Ciocia przez cały żywot zachowywała słuszny wygląd, idealnie nadający się do każdej roli wiedźmy lub baba jagi. I nie ma pierwszego listopada, bym zapomniał o jej nagrobku na Cmentarzu Górczyńskim. Kochana Ciociu, jesteś w mym sercu!
Ale wróćmy do "Foreign Affair". Znakomity album, zamykający po-powrotną trylogię Tiny, dzieło następca "Private Dancer" oraz "Break Every Rule". A jednak kompletnie inne, z dużym naciskiem na bluesa, acz zwolennicy 'radiowej' Tiny, też tutaj dostali swoje. Przede wszystkim "The Best" (Bonnie Tyler cover), co i powiewne w odbiorze "Look Me In The Heart" bądź "I Don't Wanna Lose You". Jednak najbardziej wybornie prezentowały się rock/u-bluesowione piosenki, jak "Steamy Windows", "You Know Who (Is Doing You Know What)", "Undercover Agent For The Blues" czy tytułowe "Foreign Affair". Oczywiście, reszta także. Celowo uczepiłem się tych czterech, a to z uwagi na ich autora, nastrojowego bluesmana - Tony'ego Joe White'a. Mam wszystkie te kawałki w jego oryginałach. Są wspaniałe, możecie pamiętać, kiedyś prezentowałem nawet na moim FM. Gdyby jednak Tina nie wzięła ich na swój ruszt, nie zarobiłyby nawet na zupę. Bo, choć Tony Joe White to żaden 'no name', nie sądzę, by przykuwał aż tak liczną jak Tina uwagę.
Pozostał nam ostatni krajowiec Tiny. Dwupłytowe "Simply Te Best". Pierwsza tak zacnie skompilowana składanka, wydana na świecie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym, i uwaga, u nas też. Wydawnictwo zlicencjonowało stołeczne MJM Music, a więc krajowa oficyna reprezentująca na polskim rynku interesy wytwórń EMI, BMG oraz Sony. Naklejka z rewersu okładki oznajmiała, iż to licencja tylko na polski rynek, z zakazem eksportu. Nareszcie obwoluta na światowym papierze, laminowanym, wodoodpornym, lśniącym, godnym postawienia na półce obok wydawnictw globalnych. Jakość dźwięku też wysoka, jedyny feler to naklejki, w sensie: labele. Bazujące na oryginalnych wzorach niestety wyzbyte pełnej palety barw. Tutaj wciąż u nas oszczędzano, podobnie jak za dawnych brzydactw Muzy, Pronitu lub Tonpressu, czyli zwyczajowo dwa najtańsze kolory - na jednolity podkład oraz druk. Im bardziej biało-szaro lub biało-czarno, tym 'lepiej'. I tak też mamy w tym przypadku. Ale to na szczęście jedyny mankament, reszta palce lizać. Proszę spojrzeć na repertuar; trzy premierowe piosenki plus szeroka gama przebojów. Niekiedy w wersjach odmiennych od pierwopisów. W tym też tkwiła atrakcyjność tej składanki, a i cios dla odwiecznych marudów, że składanki to jedno wielkie 'bleee'.
Nie wytłoczono u nas tego "Simply The Best" za dużo, ponieważ do głosu coraz odważniej dochodził kompakt, któż więc chciał zawracać sobie głowę szybko zużywającym się nośnikiem. W dodatku niewygodnym w użytkowaniu i pochłaniającym ogrom miejsca. I proszę, upłynęły trzy dekady, a ludzkość trendem mody zamieniła elektrykę na naftę. No więc, na aktualnym wtedy CD album sprzedawał się jak burza i ja też to poświadczę. W tamtych latach prowadziłem sklep z kompaktami, sprowadzałem wszystkie nowości, a i handlowałem dziełami Genesis, Franka Zappy czy King Crimson, co także Ich Troje, Wilkami, Nalepą, a i zestawami, typu "Bravo Hits". I dajcie wiarę, "Simply The Best" schodziło na potęgę. Mam w tym na krajowym rynku znaczny swój udział. Rozprowadziłem tuziny kompaktów Tiny, nie tylko zresztą samego "Simply The Best".
Miało być krótko, a ja tu znowu... Niestety, nigdy nie nadawałem się do działu: 'streszczaj się, do rzeczy'. Jestem zupełnie, jak mój ukochany porucznik Columbo, który od jednego ze zniecierpliwionych, pewnego razu usłyszał: "z panem nie można się pospieszyć"

a.m.





"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


odeszła Tina Turner

Odeszła Tina Turner. Ostatnio nie było jej do śmiechu. Długo i poważnie chorowała, a jeszcze przed kilkoma laty jej syn popełnił samobójstwo. Sami Państwo widzicie, na finiszu życia zmartwień nie brakowało, a przecież z początku też nie było za bardzo. Przez wczesne lata związana z totalnie popierdzielonym, zafiksowanym na punkcie przemocy i seksu Ike'iem, z którym dzieliła łoże i scenę. Wyzwoliła się spod jego sideł, gdzieś pod koniec lat 70's, odtąd rozpoczynając nowy rozdział. Z początku szło z wolna, niewinnie, niedostrzegalnie, aż nadszedł 1984 rok, a dalej to już wiemy.

U mnie o Tince jednak będzie inaczej. Mianowani dziennikarze zazwyczaj w przeróżnych konfiguracjach wypisują to samo, niejednokrotnie babrając łapska w życiu prywatnym lubianej piosenkarki, a ja tego nie lubię. Jeśli komuś taka wiedza potrzebna, polecam do poczytania biografię, jest również zwięzły film, bardzo proszę. Jej życie, jej sprawa, ja jestem od muzyki, więc pozwólcie Państwo, że tym właśnie się zajmę. Na dzisiaj polskie winyle, bo trochę ich Tinie u nas wydano. A tkwię w przekonaniu, iż w dobie ich dobrej passy, wzmożonego łaknienia, nie znajdę winylarzy, którym na półce tych właśnie tytułów zabraknie. Przyda się ta wiedza również wciąż licznym u nas kompakciarzom, do których i ja z dumą należę.
W 1982 roku, niszowy w Polsce, a kooperujący z Pronitem label Helicon, na co dzień odpowiedzialny głównie za ofertę jazzową, wydał Tince składankę "Sunset On Sunset". Spójrzmy na datę, było to jeszcze na krztynę przed "Private Dancer", przez co składankę zajmowały piosenki sprzed wielkiego comebacku. Wydano ją u nas na bazie licencyjnej umowy, w której pakiet wchodziły dwa zorganizowane Artystce koncerty w 1981 roku - w Katowicach oraz Warszawie. I cud, że do nich doszło, wszak zorganizowano je na 'pięć minut' przed Stanem Wojennym. Inna kwestia, iż na obu świeciło puchami, o czym wiem z kilku przeczytanych relacji, w tym jednej z prenumerowanego w tamtych realiach Non Stopu. W sumie jedynej comiesięcznej gazetki o rock/rock'n'rollu, wydawanej na najgorszym, zdecydowanie odzyskowym papierze. Bywały egzemplarze, gdzie rozszyfrowanie rozmazanego lub nieutrwalonego matrycą tekstu należało do inteligencji odbiorcy.
Płyta Heliconu nie wzbudziła żadnego zainteresowania, jej sprzedaż nawet na chłonnym polskim rynku okazała się fiaskiem. Z czasem, kiedy magazyny pod jej nakładem się nie opróżniały, organizowano sprzedaże wiązane, proponując klientowi pakiety, typu jakiś atrakcyjny tytuł, w rodzaju rozchwytywanych albumów Maanam czy Lady Pank, z przymusowym załącznikiem, właśnie helicon'owskim albumem Tiny. Oczywiście trzeba było zapłacić pełną stawkę. Wtedy nie było jeszcze mowy o gratisach. Wszelkie niewypały często regulowano upłynnieniem takimi właśnie metodami. A przecież składanka Tiny "Sunset On Sunset", wcale nie była zła. Owszem, ohydna i kompletnie niezachęcająca okładka, jednak repertuar... Płytę opiewały głównie numery z albumów "Love Explosion" (1979) oraz "Rough" (1978), a wśród repertuaru np. scoverowane "The Bitch Is Back" Eltona Johna. Całkiem fajny składak, z czasów, kiedy Tina swobodnie (zresztą, chyba tak było zawsze) łączyła blues, rock, disco oraz soul. Podobało mi się to czarne granie, lecz, gdyby nie epoka po "Private Dancer", zapamiętaliby je nieliczni. Posłuchajcie proszę, jak Tina ArethaFranklin'uje w takim "Night Time Is The Right Time". I w ogóle, co czyni tam cała sekcja. Fani starego rocka nawet cmokną z zachwytu.
Ceny na heliconowski longplay "Sunset On Sunset" bywały ruchome, wszystko zależało od tego, kiedy się na longplay skusiliśmy, czy już pod przymusem sprzedaży wiązanej, czy dobrowolnie, tuż po pierwszym jego z magazynów uwolnieniu. Mój egzemplarz kosztował pięćset ówczesnych złotych, co świadczy, że nie zwlekałem. Inną sprawą, iż w czasach współczesnych, ten fonograficzny relikt zawsze traktowano bezwartościowo. Nikt go nigdy nie chciał, nawet za psie pieniądze. Dopóki nie nastał renesans winyli, "Sunset On Sunset" widywało się na szrotach za symboliczne kilka złotych, niekiedy o nominale uwłaczającym tej muzyce. Oczywiście teraz nikt za darmo tego nam nie odda, więc kto się ociągał, niech słusznie sakwą potrząśnie.
O ile czegoś nie przeoczyłem, wydano u nas Tinie cztery winylowe albumy, w tym jeden podwójny, a jeden nawet pod 'przymusem' potrójny. Pierwszym w dziejach, wspomniane przed chwilą "Sunset On Sunset", następne już pochodziły z czasów pocomebackowych, czyli okresu laur oraz sukcesów.
Aby w jednym wpisie nie było za długo, o kolejnych naszych związanych z Tiną licencjach, wypatrujcie następnych.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 

wtorek, 23 maja 2023

seasons change

Należę do rocka, moja to kraina, by nie rzec: rodzina, a i sens wszystkiego, jednak w muzyce chyba chodzi o to, by nie czynić z niej izby nadęcia. Dlatego na dziś dziewczyny z Exposé. Kojarzycie, Drodzy Państwo? Ktoś, coś, macie, znacie, lubicie, szanujecie, kochacie, wielbicie, a może i hejtujecie? Ostatnie to brrrr! Za pospolite i głupio modne. Ciekaw jestem, czy wśród grona Nawiedzonych jest ktoś lubiący ten konkretny, a pachnący naftaliną wytrawny pop, niekiedy nawet pop/rock. W piosenkach dziewczyn nie brak przecież fajnych pod jego kątem aranży. Aranżacji, nie aranży. Użyłem brzydkiego pójścia na skróty, zupełnie jak jakiś niedogolony hipster. A przecież Exposé, to żadna w podkładzie laptopowa tandeta, a wytrawni muzycy, często w szlachetności nut wyedukowani.
Te całkiem całkiem laseczki (ach Andy, ty seksisto), wydały trzy płyty, lecz trzecią odpuszczamy, a bierzmy się za pierwsze dwie - najlepsze. A nawet, na początek niech pójdzie maxi "Seasons Change". Przepadam za tą piosenką i najchętniej zapodałbym w eter, gdyby nie fakt, że znowu by się na mnie poobrażali. "Seasons Change" jest soczewką skupiającą na sobie uwagę, ale i w ogóle przedniej urody dance-balladą, która wydana na 7-calowym oraz 12-calowym singlu, biła w Stanach rekordy powodzenia - numer jeden na ichniejszym Billboardzie. Dawno temu było, gdyby co. Mówimy o roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym. Nie tylko ta piosenka, bo i cała płyta ekstra. Jak jedna z ich piosenek - "Extra, Extra". Z tym, że wracając na niwę wspomnianego singla, na stronie B zagospodarowano pole ku innej przytulaśnej, spowolnionej, jednak wciąż na tanecznie przyodzianej "December". Aż chciało się walnąć plakat tych niewiast na przyłóżkową makatkę.
Exposé to oficjalnie zakontraktowane Amerykanki z Miami. Tak gorące, jak tamtejsze lato, i tak w muzyce powiewne, jak lekkie garniturki Dona Johnsona i Phila Michaela Thomasa. Upłynęło ponad trzy i pół dekady, a mnie wciąż blisko duchem i ciałem do tamtej melodyki, do jedynych w swoim brzmieniu klawiszy, subtelnych linii basu, co i lekkich jak zefirek gitar. Nie tylko ich, bowiem saksofon też znajdzie się niekiedy. Oto w najlepszej krasie, pełną gębą najczystszej krwi lata osiemdziesiąte, z dala od chwilę późniejszego, a opanowanego w całym świecie komputerowego łomotu. Może rzucę kilkoma nazwami/nazwiskami, by nakreślić, z jakimi muzycznymi emocjami mamy do czynienia. Nie będzie łatwo, jednak postaram się. A więc, może mniej, lecz znajdzie się tu tyciu z Kim Wilde bądź Miami Sound Machine, za to całkiem sporo z Wilson Phillips, Bananaramy, The Bangles, Five Star, Mel & Kim, a może też i nawet z Lisa Lisa & Cult Jam. Tyle, że Expose wydają się w autonomicznym sosie własnym i męczcie się gryzipióry, co z nami począć, komu przypisać.
Słuchając tych zmysłowo roztańczonych Florydek, życie nastraja słonecznie i jakoś tak retrospektywnie. Powracają klimaty imprez, kiedy miałem parę minut powyżej dwudziestki, kiedy dookoła panoszyły się tylko dobre relacje, nietabloidalne uśmiechy, słodkie drinki oraz późne powroty do domu.
Oto one:
Gioia, czyli Gioia Bruno, urodzona we Włoszech Amerykanka, tutaj w śpiewie głównodowodząca, acz z niedobrym dla tej profesji finiszem. Otóż, po paru latach bycia na scenie, na strunach głosowych Gioii wykryto guza, przez co na wiele lat straciła głos. O śpiewie nie było mowy. Co tam o śpiewie, ledwo mówiła. Kiedy ją podreperowano, było już po sprawie. Temat Expos
é został zamknięty. Gioia jawiła się też perkusjonistką, co w słowniku muzyki oznacza grę na wielu smaczkach perkusyjnych, nie zaś na podstawowym perkusyjnym zestawie.
Ann Curless - urodzona w Nowym Jorku wokalistka, instrumentalistka klawiszowa oraz gitarzystka.
Jeanette Jurado - Kalifornijka. Wokalistka i aktorka. Fanka Barbry Streisand oraz duetu Carpenters.
Do nich dochodził cały sztab muzyków sesyjnych. Wśród nich, niezły gitarzysta George Finess. Polecam jego, a będące okrasą wobec wielu piosenek solówkowanie, jak choćby w rekomendowanym powyżej "December".
Pierwsze dwa albumy wydała im Arista. Ta sama wytwórnia, dla której odległe już w czasie płyty 'wytłoczyła' Whitney Houston, ale i jedyny powstały studio album efemerydy Anderson/Bruford/Wakeman/Howe, co i jeden z moich najukochańszych Meat Loaf'ów, "Blind Before I Stop". Ta wytwórnia w tamtych latach nie dawała plam. Ech, łezka wspomnień. Wracając do Expos
é, polecam przypomnienie, albo dziewiczy zaczep o ich muzykę, za sprawą albumów "Exposé" /1987/ i "What You Don't Know" /1989/. Oba tego samego kalibru, choć debiut o kapkę wyżej. Pewnie z uwagi na "Seasons Change" i "December". Przy czym, z równym animuszem polecam z niego kawałki: "Come Go With Me", "Exposed To Love", "You're The One I Need", "Extra Extra" czy "Love Is Our Destiny". Z 'dwójki' wyróżniłbym, tytułowe "What You Don't Know", plus "Let Me Down Easy", "Now That I Found You" oraz najlepsze w zestawie "Stop, Listen, Look & Think". Dla mnie wszystkie te piosenki niosą się reklamą czekoladek Merci: "jesteś melodią mego życia".
Ot, i to by było na tyle. A teraz, za popełniony tekst spalcie Nawiedzonego na stosie.

a.m. 


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


nie żyje Andrzej Kaźmierczak (Cytrus i Korba)

Dopiero wczoraj podano, iż 13 maja umarł Andrzej Kaźmierczak - przede wszystkim gitarzysta dawnych Cytrus. Bardzo fajnego, acz krótko istniejącego trójmiejskiego blues/jazz/prog/rockowego zespołu. Chyba najbardziej zapamiętanego za sprawą znakomitej "Tęsknicy Nocnej". Kto wie, czy nie mamy tu najintensywniej rozmarzonego fletu w dziejach polskiego rocka, na którym Marian Narkowicz, ale i gitara Kaźmierczaka chwytająca za wszystkie emocjonalne zmysły.
W tamtych latach identycznej skali granie uprawiali u nas Krzak, Kwadrat czy Kasa Chorych, i podobnie jak Cytrus, wszystkie te ekipy zaliczano do nurtu Muzyki Młodej Generacji. Poza Krzakiem, wszystkie miały na bakier z krajową fonografią. Kwadrat jedynie singla, Kasa Chorych trzy, a Cytrus figę z makiem. Dopiero w nowych czasach wydano wszystkim kompakty, lecz wtedy pierwsza fala sławy była już pozamiatana. O ile, w przypadku Kwadrat i Cytrus, w ogóle wypada używać takiej terminologii. No i ci kompletnie olani Cytrus, istnieli jedynie w świadomości spragnionych fanów tej muzyki, systematycznie w sklepach dopytujących wyczekiwanej płyty.
Andrzej Kaźmierczak z kolegami zrealizowali niemało muzyki, jednak za ich życia niczego nie wydano. Dopiero w 2006 roku wytwórnia Metal Mind Productions zawiązała Cytrusom pierwszą płytę - kompilację "Kurza Twarz". Całkiem okazałą, notabene z obowiązkową "Tęsknicą Nocną", którą w czasach prehistorycznych ludzie ochrzcili "Tęsknicą".
Przez lata Cytrus byli owiani mgiełką tajemnicy. Sporo w ich temacie spekulowano i latami wypatrywano nagrań płytowych. Nawet, kiedy dawno już było po nich. Nachodzi mnie właśnie bardzo pod tym względem podobna historia do formacji Ogród Wyobraźni - choć muzyka inna.
Po rozpadzie Cytrus, Andrzej Kaźmierczak założył grupę Korba, ale to było już granie innych realiów, innych zapotrzebowań.
Na najbliższą niedzielę obiecuję "Tęsknicę". Może nawet coś jeszcze, acz najlepiej, gdyby już nikt nie umierał. Przez uaktywnione w ostatnim czasie kąciki 'in memoriam', nie mogę zrealizować wielu zaplanowanych płyt starego rocka, o co Drodzy Państwo tak się dopominacie. 

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


poniedziałek, 22 maja 2023

"NAWIEDZONE STUDIO" - program z 21 maja 2023 / Radio na 98,6 FM Poznań







"NAWIEDZONE STUDIO"
wydanie z 21 maja 2023
(
z niedzieli na poniedziałek, start godz. 22.00, a potem najlepsze granie w eterze do 2-giej w nocy)
 
98,6 FM Poznań oraz w sieci
realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

WHITE LION "Big Game" (1989)
- Radar Love - {Golden Earring cover}

WINGER "Seven" (2023)
- Tears Of Blood
- It's Okay

DEF LEPPARD "Drastic Symphonies" (2023) - with The Royal Philharmonic Orchestra
- Paper Sun
- Goodbye For Good This Time
- When Love & Hate Collide

MIKE TRAMP "Songs Of White Lion" (2023)
- When The Children Cry

HEAVENS EDGE "Get It Right" (2023)
- When The Lights Go Down

TONY CAREY "The Long Road" (1992)
- Sandy
- Dancing Days

PHIL COLLINS "Hello, I Must Be Going!" (1982) -- John Giblin in memoriam
- Don't Let Him Steal Your Heart Away

CHRIS DE BURGH "The Getaway" (1982) -- John Giblin in memoriam
- Don't Pay The Ferryman
- Borderline

PETER GABRIEL "Peter Gabriel 3" (1980) -- John Giblin in memoriam
- No Self-Control

MANFRED MANN'S EARTH BAND with CHRIS THOMPSON "Criminal Tango" (1986) -- John Giblin in memoriam
- Banquet - {Joni Mitchell cover}

THE MICHAEL STANLEY BAND "Stage Pass" (1977) -- recorded at The Agora Ballroom in Cleveland, Ohio on October 22, 23, 24, 1976
- Nothing's Gonna Change My Mind
- Waste A Little Time On Me
- Rosewood Bitters
- Let's Get The Show On The Road

THE SMITHS "The Queen Is Dead" (1986) -- Andy Rourke in memoriam
- Bigmouth Strikes Again
- There Is A Light That Never Goes Out

THE SMITHS "The Sound Of The Smiths" (2008) -- kompilacja -- Andy Rourke in memoriam
- Barbarism Begins At Home - {7" version}

GOLDEN EARRING "Moontan" (1973)
- Radar Love
- Candy's Going Bad
- Vanilla Queen

JANE "Beautiful Lady" (1986)
- Beautiful Lady - {MAXI-version / bonus track}
- Silence
- Imagination - {z wplecionym wewnątrz "Imagine" /John Lennon cover/}

DAVE COUSINS "Two Weeks Last Summer" (1972) -- 14 lipca ukaże się nowy album Strawbs, jego tytuł "The Magic Of It All".
- Ways And Means

STEVE HARLEY + COCKNEY REBEL "Greatest Hits" (1987)
- Tumbling Down - {oryginalnie na albumie Cockney Rebel "The Psychomodo" /1974/}

EELS "Electro-Shock Blues" (1998)
- Climbing To The Moon





Andrzej Masłowski 
"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

Wystarczy tylko kilka centymetrów za Poznań i proszę, co się dzieje.