poniedziałek, 30 grudnia 2019

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 29 na 30 grudnia 2019 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 29 na 30 grudnia 2019 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski







Od Słuchacza, z noworocznymi życzeniami. - dziękuję Panie Miłoszu!

KISS - "Dynasty" - (1979) - szampańskie otwarcie. A co, stać mnie. Jak już zamykać stary rok, wypatrując nowy, lepszy, to tylko za sprawą tak entuzjastycznej muzyki. Poza tym, od mego syncia Tomka pod choinkę dostałem t-shirt Kiss'ów, i to na dobitkę tour-koszulkę, z rozkładówką, jak dotąd ostatniej ich trasy. Wdzianko będzie jak najbardziej aktualne także podczas trasy w 2020, choć na plecach zamiast polskich Gliwic, widnieć będzie poprzedni Kraków. Aha, młodziak ojcu sprawił jeszcze bombowy t-shirt Queen, że aż Ziółkiem zatrzęsło z zazdrości. No i płytę Of Monsters And Men, ale o tym nieco niżej.
- I Was Made For Lovin' You

SANTA ANA WINDS - "Santa Ana Winds" - (2016) - najbardziej czarujące CD kończącego się roku, choć przecież rzecz to wyzwolona z sideł trudu już przed trzema laty. Jakie jednak to ma znaczenie, przecież tego typu muzykowanie się nigdy nie zdezaktualizuje. Płyta upominek od Słuchacza na 25-lecie Nawiedzonego Studia, które obchodziłem latem.
- Don't Stand In My Way - {Charlie cover}
- Love Is A Mystery - {Bill Quateman cover}

TYGERS OF PAN TANG - "Ritual" - (2019) - tną jak w 1981. New Wave Of British Heavy Metal żyje, choć był to nurt przeznaczony tylko na kilka lat. Ok, Tygrysy nie wymiatają na wielkich arenach, jak Iron Maiden czy Def Leppard, za to wymiatają na nowej płycie. Jest wspaniale; gitary, wokal, brzmienie, melodie, power, energia, pasja i młodość skrywana pod posiwiałymi skroniami. Świetna płyta pod przywództwem już tylko jednego oryginalnego Tygrysa, jakim gitarzysta Robb Weir. I co z tego, skoro pozostała czwórka zupełnie nic sobie z tego nie robi. Ich dobicie do składu w erze nowożytnej tylko podniosło jakość etyliny.
- Worlds Apart
- Destiny
- Words Cut Like Knives

WHITESNAKE - "Come An' Get It" - (1981) - moja ulubiona płyta Whitesnake. Oczywiście lubię jeszcze wiele innych, ale tę uwielbiam. Wiadomo, wspomnienia - to raz, ale przede wszystkim najbardziej energetyczny i pełen blues/rock'n'rollowych pomysłów album Coverdale'a. Przygrywali mu tutaj sami mocarze. Bo przesz, i Jon Lord, i Ian Paice czy Neil Murray, no i Bernie Marsden plus Micky Moody. Najlepszy skład z możliwych. I chyba właśnie dlatego, tak pełna pasji i zadzioru muzyka, naturalnie się spod skrzydeł wylęgła. O pardon, spod wężowego jęzora. I tylko Gene Simmons ma dłuższego. Całe "Come An' Get It" to rzecz w ogóle z samymi wypasami i nie dla fiutków. Lektorka angielskiego przepytała ostatnio naszą grupę, o nasze preferencje i upodobania. Wszystkie kobietki o jakiś fatałaszkach, domku i ogrodzie, fitnessie, zumbie i tym podobnych pierdołkach... , a ty Andy, czym ty się interesujesz? Odpowiedź głosi poniższy kawałek. Jego tytuł wyraża mój stan życiowego zapotrzebowania, choć "wino" proszę potraktować metaforycznie, albowiem nie cierpię jego smaku oraz fermentu, tak więc, w jego miejsce proszę wstawić "whisky".
- Wine, Women An' Song

MÖTLEY CRÜE - "The Dirt Soundtrack" - (2019) - w oryginale był to już fajny kawałek, lecz Mötlejki przenieśli go na słuszny grunt bliskiego swej natury wyuzdanego r'n'roll-metalu. No i proszę, od razu słychać, jakie cacko! Pomiędzy czerwcem a wrześniem 2020, wielka po USA stadionowa trasa Czwórki Gigantów. Na jednej scenie Joan Jett And The Blackhearts, Poison, Def Leppard i właśnie Mötley Crüe. Kurde balans, ale czad! To dopiero będą chwile. Z cyklu, zobaczyć i umrzeć. Na zaplanowanych 29 koncertów, 9 już wyprzedanych! Nie ma co zwlekać, bo życie śmignie jak powiew pędzącego expressu na stacji Koluszki. Wyobrażacie sobie Mili Państwo, u nas Kurski w tym gównianym TVP lansuje badziewiaków Zenków i Sławomirów, a świat trzęsie się pod decybelami prawdziwej heavy sztuki. I tylko tkwię w przekonaniu, iż jedynie przez pomyłkę natury moja Mamuśka poczęła mnie w Polsce, zamiast gdzieś w Kalifornii, w której najprawdopodobniej byłbym najszczęśliwszym facetem na naszej Zielonej Planecie.
- Like A Virgin - {Madonna cover}

OZZY OSBOURNE - "Ozzmosis" - (1995) - genialny kawałek z całkiem niezłej płyty Księcia Ciemności. Na klawiaturze Rick Wakeman, na bębnach Deen Castronovo, który już za moment ze swoimi Revolution Saints wyda trzeci album. I będzie to mocna rzecz. Tak przynajmniej zwiastują już dwa dostępne klipy. No, a Ozzy ściska już nóż na gardle nowego albumu. Jego tytuł "Ordinary Man", zaś data uwolnienia z magazynów przypada na wyłaniający się z zaułka styczeń 2020.
- I Just Want You

POISON - "Look What The Cat Dragged In" - (1986) - debiut Pensylwańczyków. Szalenie dobry, pomimo iż w chwili jego powstania trochę kręciłem nosem - że niby takie miękkie, raczej babskie granie. I racja, dziołszki rzucały się chłopakom do szyj. Potrzebowałem ze dwóch-trzech lat, by załapać w czym rzecz, ale gdy już to nastąpiło, nie puszczam do teraz. Kocham tę muzykę i cieszę się, że chłopaki wciąż trwają dokładnie w tym samym składzie, i że zagrają stadionową trasę. Szkoda tylko, że nie u nas.
- I Want Action
- I Won't Forget You

FORTUNE - "Fortune II" - (2019) - co ja mam Szanownym Państwu powiedzieć? Jedynie po raz kolejny: kocham tę muzykę. Natomiast, za zakatarzone śpiewanie Larry'ego Greene'a dałbym się posiekać. Spójrzcie na zdjęcie. Stare dziady, co? Być może, ale to tylko frontowe ściany budynków, wewnątrz są melodic-rockowe marmury.
- Don't Say You Love Me

PRETTY MAIDS - "Undress Your Madness" - (2019) - rok by się skończył, a ja zapomniałbym nadać jednej z najlepszych piosenek roku. "Shadowlands" ma taką melodię, że stropy truchleją. Rzecz niemal tak piękna, co "Please Don't Leave Me", choć takim przebojem nie będzie. Ale John Sykes mógłby przy tych nutach zmrużyć ślepia z zazdrości. Bowiem, do śpiewnika Pretty Maids, wobec tamtej gigantycznej pieśni, właśnie wdarła się poważna konkurentka. 
- Shadowlands

LOVE KILLERS feat. TONY HARNELL - "Love Killers feat. Tony Harnell" - (2019) - lata osiemdziesiąte pełną gębą. Tony Harnell z TNT, Alessandro Del Vecchio (ooo, maestro w kolejnym projekcie), plus jeszcze dwójka z mniej znanymi nazwiskami, za to, jaka płyta! Tę norwesko-włoską kolaborację reklamuje się, jako: "czy pamiętasz TNT i ich "Intuition" czy "Tell No Tales"? Jeśli tak, to ta płyta dla Ciebie". W TNT gitarowe szarże oraz triki uprawiał niegdyś genialny Ronnie LeTekro, którego tutaj nawet nie próbuje naśladować całkiem sprawny Gianluca Ferro, choć i on wymiata przecież niczego sobie. Ale na podgrzanie bębenka dodam, nie martwy się, wszak na 2020 Harnell i Tekro zapowiedzieli wspólną płytę. Coś czuję, będą drzazgi.
- Ball And Chain
- Who Can We Run To

BRUCE SPRINGSTEEN - "Western Stars" - (2019) - jedna z płyt roku, a i poniższa piosenka to mój osobisty Top 10. Zerknijcie na prawo, fajnie wyszło zdjęcie, prawda?
- There Goes My Miracle

QUEEN - "A Night At The Opera" - (1975) - piosenka wszech czasów. Do dzisiaj nie wymyślono lepszej. Poszło z japońskiego CD, a mało która kompozycja na to zasługuje. Znam ją na pamięć. Mógłbym wystąpić nawet w roli dyrygenta, a i gębę podstawić pod playback - nikt by się nie zorientował. Jak ja kocham to galileos, scaramouche i bismillah.
- Bohemian Rhapsody

OKTA LOGUE - "Runway Markings" - (2019) - jedna z najczęściej słuchanych płyt ostatnich kilku miesięcy, a i w pamięci wciąż tkwiący przecudowny berliński koncert. Tamtego dnia nie czułem się najlepiej. Tak, znowu doskwierał żołądek, który niedawno znów dał o sobie znać. Ale cóż, widać taki mój los. Nie przeszkodziło mi to jednak w chłonięciu świetnej muzyki, kolejnego debeściarskiego zespołu młodszego pokolenia.
- River Street
- Runway Markings

RUNRIG - "The Last Dance - Farewell Concert" - (2019) - nie było mi dane posłuchać tych folk-rockowych Szkotów na żywo, i już się nie uda, bowiem grupa po 45 latach postanowiła przejść w stan spoczynku. Trudno, nie wszystko w życiu dane. Na szczęście ekipa braci MacDonald pozostawiła po sobie przepastne archiwa, są też płyty, no i od czego wyobraźnia.
- Canada

STEVE HACKETT - "The Tokyo Tapes" - (1997) - wspomnieniami nad wyraz chętnie powracam do poznańskiej Sali Ziemi, w której 6 maja odbyło się prawdziwe rockowe misterium. Były gitarzysta Genesis po raz kolejny podbił moje serce, choć dopiero po raz pierwszy na żywo.
- Los Endos

OF MONSTERS AND MEN - "Fever Dream" - (2019) - wpisuję właśnie audycyjną setlistę, a ta płyta kręci się nieprzerwanie. Zapętliłem ją w odtwarzaczu i jest już bodaj szósta lub siódma emisja. Kapitalne muzykowanie. Ależ mi ten mój Guziaczek trafił w gust. Śliczne melodie, w lekko rockowym sosie, podbite delikatną, przyjemną i jakby staromodną elektroniką, choć jak najbardziej dającą nowoczesny finalny efekt. Na przemian kobieco-faceciarskie wokale, ale przede wszystkim słychać w tej muzyce młodość. Jest ona niczym powiew nadchodzącej wiosny, pomimo iż na świat przyszła minionego lata. Nie dziwi, że zachwyca się tym współczesna indie-rockowa dzieciarnia, a płyta narobiła szumu na alternatywnych listach w Stanach, Australii i rzecz jasna w rodzimej Islandii. Niebawem ciąg dalszy. To be continued...
- Alligator
- Ahay
- Róróró

JEAN-MICHEL JARRE - "Les Chants Magnétiques" / "Magnetic Fields" - (1981) - do tańca zapodałem rumbę w wydaniu najlepszego elektronicznego Żabojada. Wszyscy niegdyś uwielbialiśmy tę płytę. Wielu moich kompanów testowało na niej wzmacniacze i głośniki. Nawet, jeśli większość z nich jechała na nędznych magnetofonach, z których przede wszystkim dało się wydobywać szumy i przestery.
- Magnetic Fields Part 5 (The Last Rumba)

ROBBIE ROBERTSON - "Sinematic" - (2019) - najlepsza rockowa płyta 2019 roku z szepczącym śpiewem - to raz, a dwa, ilość nagromadzonych tu pomysłów, smaczków aranżacyjnych, świetnych muzyków oraz ciekawych melodii plus lirycznych spostrzeżeń, niepojęta. Album przekonał mnie, że Robbie Robertson to facet z tej samej półki wrażliwości, co Bob Dylan, Neil Young czy Peter Gabriel.
- Dead End Kid
- Walk In Beauty Way

CARPENTERS - "Close To You" - (1970) - zabrałem to CD, pomimo iż zaplanowałem zagranie dłuższego setu jednak z albumu "Horizon". A, że po pierwszej w nocy mózg już tak nie pracuje, zamiast wyciągu z "Horizon", ruszyłem pierwszym od brzegu kawałkiem z "Close To You". No i dobrze, piosenka prześliczna, problemu nie widzę, nie słyszę. Tak więc, nawiedzone duszki splotły nam dobrego figla.
- We've Only Just Begun

CARPENTERS - "Horizon" - (1975) - o, i to jest ta płyta Stolarzy, która miała planowo pójść. Nikt takiej muzyki - poza N.S. - dzisiaj już nie gra. Zatem, nawet jeśli tak urocze śpiewanie nie jest już modne, nikogo nie usprawiedliwia bycie na nie głuchym. Spośród wielu współczesnych music-horrorków znalezienie choćby jednej dobrej melodii wydaje się zadaniem karkołomnym, a tu proszę, na jednej płycie, co piosenka, to widok z góry najwyższej.
- Aurora
- Only Yesterday
- Desperado - {Eagles cover}
- Please Mr. Postman - {The Marvelettes cover}
- Solitaire - {Neil Sedaka cover}

FLEETWOOD MAC - "Rumours" - (1977) - wczorajszy wpis na blogu, pt. "rumours", w pełni wyjaśni obecność zapodanych w sercu nocy trzech piosenek z tej niesamowitej płyty.
- Go Your Own Way - {śpiew LINDSEY BUCKINGHAM}
- Songbird - {śpiew CHRISTINE McVIE}
- Oh Daddy - {śpiew CHRISTINE McVIE}

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA - "Time" - (1981) - na tej instrumentalnej melodii żegnałem się w nocy z Szanownym Państwem, życząc samych dobrych chwil w Nowym Roku. I nic się we mnie nie zmieniło. Podtrzymuję, nadal życzę Wam moi Drodzy wielu dobrych chwil na nowych 366 dni. Tak, 366, bowiem za chwilę wejdziemy w rok przestępny, i oby był przynajmniej przystępny, bez żadnych głupich niespodzianek, za to kręcił wszystkim wianki w szczęściu i zdrowiu! Do usłyszenia ...
- Another Heart Breaks

==================================

"NOCNIK" 
pierwsze trzy kawałki w nocnym paśmie poszły z płyt Tomka Ziółkowskiego.



CIGARETTES AFTER SEX - "Cry" - (2019) - nie mam jeszcze najnowszej płyty tych amerykańskich dream/pop'owców, choć poprzednia bardzo mi się podobała. Nie miałem ostatnio ochoty na taką muzykę, lecz Tomek zapodał w nocy taki kawałek, że wymiękłem. Coś niesamowicie pięknego. Jak ja mogłem zignorować taką muzykę? Człowiek głupim umrze.
- Heavenly

HOLLYWOOD VAMPIRES - "Hollywood Vampires" - (2015) - Tomka mógłbym podejrzewać o różną muzykę, ale że mu się spodoba AliceCooper'owy cover Led Zeppelin, no no no... Numer faktycznie nie od macochy, a Ziółko notuje u mnie duuuuży plus.
- Whole Lotta Love - {Led Zeppelin cover}

FREDDIE MERCURY - "Mr. Bad Guy" - (1985 / reedycja 2019) - SPECIAL EDITION. Tutaj już bez zaskoczeń. Ziółko uwielbia Freddiego, jak Matkę swą. Na "Bohemian Rhapsody" był w kinie równo dziesięć razy! - w tym raz ze mną. I tak dziwne, że nie poleciała cała płyta, a ja gdzieś w kącie zakuty w dyby, bym nie pospieszał do domu.
- Living On My Own






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




niedziela, 29 grudnia 2019

rumours

Pomimo, iż preferuję kompakty, wciąż nie bywam głuchy na urok winylu. Jest tylko jedno zastrzeżenie, musi się on czymś wykazać.
Przed świętami odwiedziłem coraz słabiej zaopatrzony Media Markt. Pod literką "F", podkusiły winylowe reedycje Fleetwood Mac. Same bombowe albumy: "Fleetwood Mac", "Rumours", "Tusk", "Mirage" oraz "Tango In The Night". W mojej opinii najlepszy okres, choć wiem, że bluesowych wielbicieli talentu Petera Greena nie przekonam - i nie zamierzam. Skończyło się tylko na obejrzeniu okładek. Pomyślałem, "Tango In The Night" mam ze słusznej epoki stary egzemplarz, "Rumours" też, choć podniszczone, za to na CD zremasterowany 2-płytowy ideał. Pozostałe albumy też na CD, a takie "Tango In The Night" czy "Mirage", nawet w dublach. Pogiglotałem więc okładki najnowszych reedycji, odwróciłem się na pięcie i wyszedłem ze sklepu. Dopiero w domu zaczęło mnie nękać: kup przynajmniej ten "Rumours" - na clear winylu. Wyobraziłem sobie cacuszko na talerzu gramofonu. Jak przez warstwę przezroczystego winylu będzie przebijać talerz z matą "Polskie Nagrania". Łoł, bajer. Jak to się niegdyś mawiało: cycuś glancuś. Musisz mieć - kusi diabeł podskórnie. No i stało się, nie mogłem doczekać końca świąt. Myślałem o tym "Rumours", i myślałem. A, że święta do kitu, bo tradycyjnie żołądek nawalił, to przynajmniej niech coś je wynagrodzi. Zamiast czyścić ze smakołyków stoły, łykałem sodę oczyszczoną, popijając gazowaną wodą, by ulga przychodziła szybciej. Mundi dodała: no tak, święta idą, Masłowski tradycyjnie chory. Dla jasności, moje cierpienie nie wynikało z wcześniejszego folgowania, po prostu mój organizm ze dwa/trzy razy do roku odmawia posłuszeństwa. Błahostka, średnio trzy nocne pobudki i wicie się po ścianach, bo cholerstwo nie ustaje. Tak więc, na dzień przed Wigilią ścięło mnie, że hej. Nie miałem ochoty na nic i na nikogo, a tym bardziej na życie. Dlatego sprawienie sobie prezentu pogwiazdkowego należało mi się, jak mało komu, i basta!
Modliłem się jedynie, by te FleetwoodMac'ki się jeszcze ostały. Wszak szał zakupowy, prezenty... Różnie mogło być. Pocieszałem się jednak, iż mieszkam w kraju, w którym na okrągło i w nienasyconych nakładach schodzą tylko wszelakie PinkFloydy, Queeny, Coltrane'y, Dżemy i tym podobne GunsN'Roses'owe giganty. Kto miałby więc ochotę zaryzykować Fleetwood Mac, i to jeszcze eksperymentować dziełami ery starożytnej. Tu za chwilę w tv na Sylwestrze przyłożą Zenek i Sławomir, a ja snuję obawy, że ktoś mi Fleetwood Mac wykupi. Oczywiście były wszystkie. Nikt im nawet nie zmienił w tym harmidrze lokalizacji. Choć kto wie, sprzedawcy też potrafią dowalić. Dwa tygodnie przed Gwiazdką szukałem dla Syncia ostatniego podwójnego LP Nicka Cave'a. Zaglądam pod "C", nie ma. Myślę, zerknij pod "N", bo oni pewnie traktują Nick Cave And The Bad Seeds, jako zespół. Nie pomyliłem się. Były trzy sztuki. Się młodziak ucieszył. Mnie też się od mojego ryjcia skapnęło. CD, którego nazwy oszczędzę, ponieważ nie było go jeszcze na talerzu radiowym. Poza nim, moje Pachole sprawiło ojcu zajefajne dwa t-shirty. I to takie, że... !!! Kiss oraz Queen - w słusznym rozmiarze 5 XL. Gdzie on znalazł takie cacka? Nareszcie jakiś męski sklep, bo na koncertach rozmiarówka zawsze dziecięca - do śmiesznych dwóch XL.
Wróćmy do Fleetwood Mac. "Tango In The Night" za 69,99 zł, a "Rumours" 82,99 zł. Dziwne, przecież to ta sama seria, od tego samego wydawcy, niemal numer po numerze katalogowym, hmmm... Rozumiem "Tusk", bo podwójne, ale te pojedyncze LP niech się zdecydują - albo po tyle, albo po tyle. W dziale obsługi klienta na szczęście zastałem pracownika. Zabrałem obie płyty, pokazałem w czym rzecz, i zapytałem: czy "Rumours" można podpiąć pod niższą cenę "Tango In The Night"? Pan oznajmia: 82,99, co to za cena? My takich nie mamy. Ktoś musiał porządzić się spoza działu. Żadnych "dwójek" z groszami nie stosujemy powyżej wyższych dziesiątek. Zerknął do komputera, "jasne, że zbijemy tę cenę". Zatem na "Rumours" zrobiło się 69,90 zł. Biorę, dziękuję, i już mam iść do kasy, na co dobiega mnie zza pleców: a wie pan, bo my mamy jeszcze tę akcję, kupujesz trzy, płacisz za dwie. O kurde! Tu mnie masz. Na nic grubszy portfel. Chrzanić forsę, na co ona. Wróciłem do literki "F", po chwili ściskałem w lewej dłoni (bo ja lewak) "Rumours", "Fleetwood Mac" i "Tusk". Każda w innym kolorze, choć wszystkie w barwach stonowanych, przyjaznych oczom. Dobrze, bo nie cierpię tych wszystkich żółtych, różowych czy fioletowych z czarnymi kleksami.
Wracałem do domu z tymi longami, jak gdyby był 1977, a ja właśnie kupiłem świeżo upieczone "Rumours". Tyle razy miałem to na winylu, ale zawsze coś za bardzo smażyło, szumiało, pierdziało, a teraz dźwigam nówkę! I na dobitkę, jeszcze dwie inne Fleetwoods siostrzyczki - wszystkie w chronologii album po albumie. Szczęśliwy szedłem, śpiewać mi się chciało. Chyba z żadnej płyty - w kończącym się 2019 roku - nie cieszyłem się tak, jak z tego "Rumours". Było nie było, mowa o albumie, który gości w ponad czterdziestu milionach domów. Tak tak, bo to jedna z najlepiej sprzedających się płyt wszech czasów - 11 pozycja. Tylko dziesięć milionów więcej ma "Dark Side Of The Moon", które na pozycji nr 2. Poza zasięgiem tylko "Thriller" - ponad setka.
Słucham tych płyt, grają przepięknie. Jeszcze za bardzo nie skwierczą, choć trochę jednak tak. Jak zawsze, w przypadku tego sympatycznego, acz niedoskonałego nośnika. Mam do niego miękkie serce, pomimo iż często narzekam. Bo wkurza mnie ta sztuczna moda, a jeszcze bardziej ci, którzy udają znawców, a ucho mają z rozsypującej się sklejki.
Jeśli dzisiejszy tekst nieco przydługi, można udrękę skończyć już w tym momencie. Nie nadwyrężajmy współczesnej zniecierpliwionej percepcji. Jeśli jednak nadal ktoś tkwi na posterunku, słówko dopiszę. Otóż, była sobie przy ul. Dąbrowskiego pewna księgarnia. Całkiem zamaszysta, lecz stropem doczepiona do bardziej popularnego sklypu minsnego, więc wszyscy wbijali w tamte drzwi, a w książkach oraz nielicznych płytach, zawsze pustawo. Mowa o dawno nieistniejącej miejscówce, mniej więcej vis a vis kina Rialto. Rzadko tam zachodziłem. Najlepsze płyty sprzedawano jednak przy ul. 27 Grudnia, w trzech miejscach, na odcinku od Ratajczaka po Lampego (dzisiejsza Gwarna), przez co reszta punktów obijała się ofertą o peryferia. Chociaż, bądźmy szczerzy, w tamtych latach wszystko u nas bywało peryferyjne. Mimo wszystko, zdarzało mi się jednak okazjonalnie wsadzić nos do tej księgarenki, w nadziei uchwycenia jakiejś okazji. I od razu uprzedzę, nigdy żadnej nie było. Ale pewnego razu byłem świadkiem takiego oto zdarzenia. W sklepie, poza mną, były jeszcze dwie osoby. Pani sprzedawczyni oraz rzucający się ku jej policzkowi z całusem klient. Zapewne dobry znajomy, a może nawet ktoś więcej? Właśnie spod lady poszła sprzedaż poza trybem socjalistycznego systemu, do którego teoretycznie każdy obywatel miał równe prawa. Szczęśliwcowi skapnęło się indyjskie tłoczenie (pamiętne dum dum india) "Rumours". Cena 250 zł. Jak byk stempel świecił fioletem w dolnej części rewersu okładki. Serce zadrżało, ale niestety był tylko jeden egzemplarz. Na moje zapytanie: czy ja też mogę?, pani machnęła dłonią, na zasadzie: a kysz. I takie płyty później lądowały na niedzielnych giełdach wawrzynkowych, niejednokrotnie kosztując solidnego tysiaka. Bo dobrze było być kierownikiem takiej księgarni. Zagraniczne płyty przychodziły w tak minimalnych ilościach, że w ogóle nawet nie wchodziły na półki. Ich rozdzielnictwem dysponował kieras takiej placówki, który co gorsze tytuły dawał do podziału pracownikom, zaś wszelakie Beatlesy czy Genesisy, to już tematy w jego szponach. Często widywałem dobre smaczki na tamtych giełdach, właśnie z takimi cenowymi pieczątkami. Przed kilkoma laty poznałem pracownika innej księgarni, który po tylu latach mógł pozwolić sobie na pewne otwarcie. Opowiedział mi o dawnych procedurach. O tym, co było, ile, jaki był system rozdzielnictwa, etc... Zapewniał, że do wszystkich księgarń trafiały bombowe tytuły, jednak ich ilości były tak skromne, że nawet nie załapywali się sami pracownicy. Przychodził karton z trzema płytami Pink Floyd, a pracowników czwórka. No więc, ci dostaną po Pink Floyd, a czwarty pracownik załapywał się na jakiegoś Paula McCartneya, bo akurat była jedna sztuka. Na sklep nie wchodziło nic, bo jeszcze przed otwarciem o dziesiątej, już było pozamiatane. Dlatego w oknach wystawowych straszyły jedynie brzydkie okładki Melodii, Polskich Nagrań, Pronitu lub rumuńskiego Electrecord.

Dzisiaj dzień radiowy. Ostatni w tym roku. Program poprowadzimy z Tomkiem Ziółkowskim. Nieczęsto mamy okazję z Tomkiem razem popracować, więc tym bardziej się cieszę.
Oby tylko do 22-giej żołądek dał jakoś radę. Do usłyszenia...







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




poniedziałek, 23 grudnia 2019

THE PINEAPPLE THIEF "Hold Our Fire" - (2019) - / MARILLION "Marillion With Friends From The Orchestra" - (2019) - / PINK FLOYD "The Later Years 1987-2019" - (2019) -



THE PINEAPPLE THIEF 
"Hold Our Fire"
 /KSCOPE/  ***1/2












MARILLION 
"Marillion With Friends From The Orchestra"
/INTACT/  ****











PINK FLOYD
"The Later Years 1987-2019"
/PARLOPHONE/  ***2/3










Opublikowane przed chwilą "Hold Our Fire" stanowi za wycinek ubiegłorocznej trasy, podczas której The Pineapple Thief promowali najnowszy studyjny album "Dissolution". Teoretycznie wszystko fajnie, a jednak wypada żałować, że finalnie skrojone CD wydaje się zdecydowanie przykrótkie. Tym bardziej, że z natury rzeczy, i tak już niedługie koncerty Brytyjczyków, spokojnie dałoby się upchnąć w objęciach 80-minutowego nośnika, a tak, otrzymujemy ledwie 50 minut lubianej muzyki, za to dla równowagi, ze sporą dawką - względem oczekiwań - niedosytu.
W zasadzie, słuchamy tylko zawartości "Dissolution", tyle, że z przemieszaną na potrzeby aktualnych koncertów tracklistą. Jedynym rodzynkiem spoza objęć nowego albumu jest starsze o dekadę, ekspresyjne, a i w niemałym stopniu doprawione nutką psychodelii "3000 Days". Skromnie, choć mimo wszystko miło pobuszować w świecie muzyki, w której pobrzmiewa utęsknionym prog rockiem a'la Porcupine Tree, senną i odrealnioną atmosferą piosenek Radiohead, czy też wielopowierzchniową mocą art rockowych kawałków Muse. No i trudno nie wspomnieć o atucie, jakim kojący, ale też troszkę obłąkany śpiew Bruce'a Soorda. Gdyby nie jego charyzma, The Pineapple Thief byliby tylko kolejnym zwykłym zespołem, któremu by się zbyt wiele marzyło. Oczywiście wyznawcy wszystkiego, co podpisane nazwą King Crimson, nie przeoczą również roli perkusisty, w którego uniformie jeden z kilku karmazynowych bębniarzy, Gavin Harrison - w przeszłości muzyk Porcupine Tree, jak również okazjonalny współpracownik Lisy Stansfield.

Do prog-rockowych nowości dorzućmy jeszcze świeże albumy Marillion oraz Pink Floyd. Pierwszy z nich - "Marillion With Friends From The Orchestra" - przedstawia dawną ekipę Fisha w świetle wyselekcjonowanych na tę okoliczność dziewięciu nagrań, powstałych już po czasach świetności pierwszego wokalnego frontmana. Steve Hogarth z kompanią potraktowali wyzwanie na orkiestrę, utkane z przyjaciół, w którego składzie stanął kwartet smyczkowy In Praise Of Folly String Quartet, saksofonista Phil Todd (w suicie "This Strange Engine"), waltornista Sam Morris oraz flecistka Emma Halnan. Smaczku ostatecznemu efektowi dodaje fakt powstawania dzieła w kilku
odpowiednich miejscach dla uduchowionej atmosfery tej muzyki, jakimi Marillion'owskie studio "The Racket Club" czy też mieszczące się w Wiltshire, a owiane dobrą sławą "Real World Studios" - należące do Petera Gabriela. Następstwem nadspodziewanie dobry efekt, pomimo iż nagrania artystów rockowych z symfonikami zazwyczaj pobrzmiewają nudą. Marillion jednak mieli receptę na przyrządzenie dawnej potrawy w nowym piecu. Sporo na tym przedsięwzięciu zyskała suita "This Strange Engine" - rzecz o roli ojca w życiu Hogartha, a jednocześnie kompozycja będąca dla niego hołdem. Na dawnej płycie utwór zamykała długa cisza, po której wynurzały się durne harce Hogartha. W moim odczuciu kłóciły się one z wcześniej wytworzonym nastrojem. Tu natomiast utwór potraktowano od początku do końca z należnym mu szacunkiem, wytwarzając niemal mistyczną infrastrukturę. I myślę, że wszystkie pozostałe dostarczone tu kompozycje otrzymały równie dostojną oprawę. Żaden sympatyk Marillion nie powinien zatem odwrócić głowy od nowych wcieleń "Seasons End", "Beyond You", "Fantastic Place" czy przepastnej - nie tylko w rozmiarach - suity "Ocean Cloud". Nawet, jeśli po 30 latach urzędowania Hogartha w roli wokalisty wciąż u niemałej rzeszy dawnych fanów nie milkną szlochy po Fishu, Hoggy czyni swą powinność bez żadnych fochów oraz ku idei, pod płachtą: "in the name of rock'n'roll". Nawet, jeśli twórczość Marillion to żadne parkietowe harce. Cóż, Hogarth od początku nie ma lekko, aby więc zostać księciem, musiałby po wsze czasy przepraszać za dokonane w Marillion'owskiej sztuce ekscesy, jak też zjeść beczkę towotu oraz przyjąć śluby czystości. A i tak będą mu wbijać szpile.
Muzyka z "Marillion With Friends From The Orchestra" to stan duchowości, choć przeniesiony na grunt materii. Materii, której piękno zuchwale zatacza geograficzne kręgi. Amen.

Na koniec pozostawiłem ostro przyciętą względem równocześnie wydanego okazałego wielopłytowego boxu pojedynczą płytę z rarytasami Pink Floyd, okresu 1987-2019. Będącą jedynie skrawkiem obfitego pudła "The Later Years", stanowiącego za odpowiedź na niedawne "The Early Years 1965-72". Czekamy więc już tylko na bombonierkę z najbardziej popularnego okresu "middle years" - opiewającego od "Dark Side Of The Moon" po "The Final Cut".
Jako, że nie władam pensją poselską przyszło mi chwilowo zadowolić się tzw. wersją highlights, zaś na myśl o docelowym okazalszym odpowiedniku jedynie przejeżdżam po ustach spragnionym językiem.
Na osieroconym pojedynczym albumie nie jest materiału za dużo, choć wydawca i tak uczynił wiele, by zamknąć jego gabaryt w optymalnych 79 minutach i 58 sekundach.
Nie ma tu niczego, czego byśmy nie znali. Kwestia rozbija się tylko o niepublikowane dotąd wersje "studio" lub "live" poszczególnych kompozycji, bądź nowych remiksów. Oczywiście sprawa nie dotyczy zbieraczy wszelakich bootlegów, którzy od dawna znają z pirackiego LP lub CD cały występ z Knebworth z 1990 roku (wcześniej opublikowano oficjalnie tylko fragment - na podwójnym "Live At Knebworth", którego zawartość dotyczyła jedenastu uczestników tamtego festiwalu). Oczywiście, w odpowiednio słabszej dla tego typu wydawnictw jakości.
Na "The Later Years 1987-2019" wyciąg z festiwalu w Knebworth reprezentują: "Shine On You Crazy Diamond", "Comfortably Numb" oraz "Wish You Were Here". Do pozostałego koncertowego grona dobijają tu jeszcze nowo zremiksowane "Run Like Hell" oraz "Us And Them" - oba fragmenty pochodzące z pierwszego w karierze Pink Floyd live albumu "Delicate Sound Of Thunder" - nie licząc rzecz jasna jednej z dwóch płyt zbioru "Ummagumma".
Resztę stanowią, albo remiksy nagrań studyjnych ("One Slip", "Sorrow" czy "On The Turning Away"), albo inne wariacje kompozycji wyjętych z sesji do "The Division Bell" - instrumentalne "Marooned Jam", niedopracowane, a tym samym uboższe "High Hopes" oraz nieznacznie dłuższe, lecz najbliższe albumowej prawdzie "Lost For Words".
Pojedyncze "The Later Years 1987-2019" to tylko ciekawostka, przy której dopiero setlista boxu wskazuje na prawdziwą mnogość smaczków. Ale to już fonograficzny Sheraton.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 22 na 23 grudnia 2019 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 22 na 23 grudnia 2019 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Majka Chaczyńska
prowadzenie: Andrzej Masłowski








WARMRAIN - "Back Above The Clouds" - (2019) - scoverowani Eurythmics. Jeden z największych przebojów duetu, który tutaj powołano do roli Pink Floyd, Anathemy czy Porcupine Tree. Nigdy bym nie przypuszczał, a jednak. Majstersztyk.
Here Comes The Rain Again - {Eurythmics cover}

STEVE KILBEY & MARTIN KENNEDY - "Glow And Fade" - (2017) - jest tyle albumów w duchu kosmosu, a dopiero tutaj autentycznie odleciałem. Groźnooki pierścień Saturna, zbity ze zlodowaciałych ludzkich kości, robi równie cmentarną otoczkę, co lewitująca na "Glow And Fade" muzyka. Teraz rozumiem, dlaczego ostatnie płyty The Church niespecjalnie mnie przekonywały, po prostu Steve Kilbey wszystkie siły przerzucił do fascynującej kolaboracji z Martinem Kennedym.
- The Game Never Changes


BLUE ÖYSTER CULT - "Cult Classics" - (1994) - kapitalna wersja "Astronomy", specjalnie przyrządzona na kompilację ówczesnych nowych twarzy wybranych przez samych muzyków przebojów Bi-Ou-Si. Właśnie od wydania zestawu "Cult Classics" upłynęło dwadzieścia pięć lat, co poskutkowało wykupieniem licencji od SPV przez włoskich Frontiers, którzy na koniec stycznia 2020 roku zapowiedzieli reedycję tego kompaktu. Z identyczną okładką, acz bogatszą książeczką oraz podrasowanym brzmieniem. I aby nie było nam smutno, tego samego dnia światło dzienne ujrzy jeszcze inne wydawnictwo Amerykanów, jakim dwupłytowe koncertowe "Hard Rock Live Cleveland 2014".
- Astronomy

ALL ABOUT EVE - "Scarlet And Other Stories" - (1989) - grudzień niemal przeleciał, a ja zapomniałbym o naszym obowiązkowym songu. Jak tu zresztą przynajmniej raz do roku nie posłuchać głosu namiętnie zakatarzonej Julianne Regan i niemal PinkFloyd'owskiej gitary Tima Bricheno. A przecież jeszcze klawiszom zręcznie gnaty przetrąca tu Paul Samwell-Smith - ten od Yardbirds czy Renaissance.
- December

PENDRAGON - "The World" - (1991) - jedna z moich życiówek, no ale co się będę rozczulał. Ta bardzo malownicza, niemal baśniowa muzyka, skrywa w sobie także wiele trafnych lirycznych spostrzeżeń, i nikt poza Nickiem Barrettem nie byłby w stanie ich lepiej przekazać. Dla mnie to poziom równy najwybitniejszym dziełom Pink Floyd, Marillion czy Camel, choć niedowiarków nikt z nas nie przekona.
- Prayer
- Shane


TIAMAT - "Wildhoney" - (1994) - wczorajsza audycja w znacznej mierze została poświęcona Tomkowi Beksińskiemu, którego kochać będę po grobową deskę. Jutro dwadzieścia lat, jak Maestro odszedł do wiecznej krainy ciemni i głuszy. Do miejsca spoza objęć czasu, materii i przestrzeni. Wszyscy tam trafimy, bez wyjątku. Bez względu na posiadane światopoglądy czy wyznawane religie. Mam swój udział na linii "Wildhoney" a Nosferatu Beksiński. Otóż, to ja właśnie jestem tą osobą, która poleciła Tomkowi ten konkretny Tiamat. Maestro bezimiennie podziękował za tę muzykę w jednej z audycji, jak też przy innej okazji za nieco wcześniejsze CD nikomu wówczas nieznanej formacji Love Club. Ostatecznie tak się złożyło, że mój egzemplarz Love Club wylądował u Tomka w domu, a ja do dzisiaj płyty nie zdobyłem. Widać, tak było pisane.
- Gaia

THE LEGENDARY PINK DOTS - "The Maria Dimension" - (1991) - Legendarne Różowe Kropki to już najbardziej Beksiowe klimaty z możliwych, a jednak wielu innych także spróbowało je sobie przywłaszczyć - no i słusznie. Wyobraźmy sobie Belladonnę, czyli istotę o morskim kolorze oczu, jakich nigdy nie miał żaden śmiertelnik. To właśnie od tego nagrania zaczęła się w Polsce faza na punkcie Kropek. A przecież do sygnału Beksiowej "Trójki Pod Księżycem" autor jedynej wybitnej audycji wykorzystał genialne jądro innej kompozycji Kropek, "Neon Mariners". Poszukajcie jej na LP "Any Day Now". Aha, zapomniałbym, 14 lutego 2020 Kropki psychodelicznie poplamią nas w poznańskim "u Bazyla".
- Belladonna

INKUBUS SUKKUBUS - "Belladonna & Aconite" - (1993) - niemal ćwierć wieku temu miałem podobnego jobla na punkcie tych pop/rock-gotyckich Brytyjczyków, co Nosferatu. Podkochiwałem się w nieco roztańczonej wampirzycy Candii Ridley, której płynnym rytmem przez usta przechodzili Szatan obok Chrystusa, zaś zespołowi koledzy prostymi akordami i równie nieskomplikowanymi rytmami tworzyli super melodyjną otoczkę ku temu suma sumarum nieco uśmiechniętemu rockowi gotyckiemu.
- Belladonna & Aconite
- Song Of The Siren
- All The Devil's Men
- I Am The One


WARFARE - "Hammer Horror" - (1990) - przedstawiciele NWOBHM w wampirzastej pelerynie. Ci klasyczni metalowcy nigdy nie odnieśli sukcesu na miarę stylistycznie pokrewnych Iron Maiden, Saxon czy Def Leppard. Inna sprawa, Warfare'om niekiedy bliżej było do Diamond Head czy Venom, a jednak album "Hammer Horror" to kompletnie inna bajka. Mamy tu do czynienia z hołdem dla wytwórni "Hammer Film Productions", która na przełomie lat 50/70-tych wypuściła plejadę opowieści o Drakuli czy Frankensteinie, w tym także wczoraj zaprezentowanego "Upioru w Operze".
- Phantom Of The Opera

JON ANDERSON - "Change We Must" - (1994) - album był swego rodzaju "samoprezentem" Jona Andersona na ówczesne 50-urodziny. Muzyk zaprosił orkiestrę i chór, by nadać nowej formy wybranym piosenkom ze śpiewnika Yes, Jon And Vangelis czy solowego, a przy okazji dorzucić nieco nagrań całkowicie premierowych. Cudowna płyta, taka nie tylko o ceremonialnym posmaku, co niekiedy wręcz jawiąca się pastorałkowo-kolędowym nastrojem - pomimo iż nie znajdziemy tutaj choćby jednej kompozycji z christmasowej tradycji.
- The Kiss
- Chagall Duet - {with SANDRINE PIAU}
- Change We Must 

THE CHURCH - "Priest = Aura" - (1992) - lubię tych ponurackich Australijczyków, choć nie ukrywam, im wcześniejsi, tym lepsi. Beksiu także lubił tę płytę. Pójdę dalej, On nawet uznał ją za najlepszą w ich dorobku, co na swój sposób nawet pojmuję. A mimo wszystko, nie zmyję z twarzy większej sympatii do wcześniejszych "Starfish" czy "Heyday".
- Film
- Swan Lake
- Mistress

BREATHLESS - "Chasing Promises" - (1989) - wiadomo, najlepszy jest LP "Between Happiness And Heartache", lecz ile można się pod niego podczepiać. Tym bardziej, że na o dwa lata wcześniejszym "Chasing Promises" też nie brakuje muzyki podobnej maści. Pamiętam, Beksiu miał niegdyś w swym radiowym studio basistkę Ari Neufeld, niestety kompletnie nie odtworzę przebiegu ich wspólnej rozmowy. Może zatem ktoś z Szanownych Państwa mógłby przegrać mi tamtą audycję? Chętnie posłuchałbym też tych z Wojtkiem Szadkowskim czy Stuartem Nichollsonem - których również nie posiadam.
- Hereby


DEINE LAKAIEN - "Crystal Palace" - (2014) - nie wiem, czy nadal mój radiowy guru lubiłby Alexandera Veljanova, niemniej album "Crystal Palace" jest jednym z lepszych w dorobku duetu, którym kieruje właśnie ten niemiecki Macedończyk. Piosenki "Forever And A Day" posłuchałem na pewno ze sto razy, i zawsze działa na mnie, jak pierwszy dotyk.
- Forever And A Day

DEINE LAKAIEN - "One Night" / "Bei Nacht" - (2011) - niemieckojęzyczna wersja piosenki "One Night". Niby tylko wyjęta z marginalnego minialbumu ciekawostka, a jednak... Nie pojmuję, dlaczego tak wielu rodaków nie lubi brzmienia języka naszych zaodrzańskich sąsiadów.
- Bei Nacht

DEINE LAKAIEN - "Indicator" - (2010) - na tej płycie znajdziemy anglowersję wspomnianej powyżej "Bei Nacht" - czyli "One Night", lecz zamiast się powtarzać, wolałem postawić na inną perełką, w postaci  "Blue Heart" (... pobiegnij ze mną tam, gdzie szczyty dotykają nieba. Zabierz zagubione lata smutków, spójrz w radosne oczy swojego jutra...).
- Blue Heart

STRAND OF OAKS - "Eraserland" - (2019) - nad wyraz wrażliwy, a jednocześnie utalentowany Filadelfijczyk, który wszystko tworzy sam. Nazywa się się Timothy Showalter, choć do tej muzyki używa nazwy Strand Of Oaks. Nie miał w życiu lekko. Nie spełnił marzeń zostania, bodaj koszykarzem, ponieważ tę nić przecięła choroba stawów. W latach przewidzianych dla miłości, jego żona przyprawiła mu rogi, a jeszcze na dobitkę spalił mu się dom. Timothy przez pewien czas wiódł żywot bezdomnego, sypiając na parkowej ławce, u boku której zawsze spoczywała jego gitara. Największy przyjaciel, który wkrótce za przyczynkiem talentu naszego bohatera, przywrócił go do żywych. Timothy od dekady nagrał już kilka płyt. Nie znam żadnej, oprócz najnowszej. Po raz pierwszy posłuchałem jej w powrotnej podróży z berlińskiego koncertu Okta Logue, w odlotowym Porsche Piotrka "nie tylko maszyny są naszą pasją", gdzie ta muzyka zagrała na miarę wybuchu Supernowej.
- Weird Ways
- Eraserland

STEVE HACKETT - "At The Edge Of Light" - (2019) - jedna z najpiękniejszych chwil kończącego się 2019 roku? 6 maja, poznańska Sala Ziemi, i bis podczas koncertu Steve'a Hacketta. Zryw tłumu z przydzielonych siodełek ku rozżarzonej scenie, na której m.in. "Los Endos". Błysk w oczach Mistrza, a tu ktoś właśnie sypnął kilkoma szuflami rezerwowego paliwa, dzięki któremu eksplodowało. Jakże przyjemnie na moment poluzowały się lejce mego niemłodego już serca. Coś, co przyćmiło tyle nieważnych dni w na szczęście konającym 2019 roku.
- Hungry Years

COLLAGE - "Moonshine" - (1994) - od tamtego czasu nie powstała w Polsce równie piękna płyta. I nie powstanie. Dzisiejsze powietrze pełne emocjonalnych zanieczyszczeń. Poza tym, nie ma komu takiej muzyki podawać. Wszyscy słuchają rapu, elektrołomotu, Eski i darmochy na Spotify. Byle co, na kolanie i nieważne jak. Żyjąc w dzisiejszym świecie czuję się dokładnie niczym bohater albumowej okładki Demon "Breakout".
- Living In The Moonlight
- The Blues

PINK FLOYD - "The Later Years 1987-2019" - (2019) - dwa symboliczne PinkFloydy do poduchy. Z dwóch różnych wydarzeń oraz dat, lecz na CD zgrabnie połączone, jak gdyby z jednego show. Pierwsza z kompozycji bezpośrednio odnosi się do moich odczuć względem Beksia, następna zaś od dawna bywała uroczystym finałem każdego z występów grupy. Nie mogłem więc wymyślić lepszego zakończenia. No i jeszcze... żegnając się, zupełnie zapomniałem dorzucić: Wesołych Świąt. Ale na co moje życzenia, po prostu bez łaski i proszenia się, niech takie będą.
- Wish You Were Here - {Live At Knebworth 1990}
- Run Like Hell - {"Delicate Sound Of Thunder" 2019 remix
 




Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



Tak traktuje się płyty i książki w Biedronce. Warto zastanowić się, czy chcemy wydawać nasze ciężko zarobione pieniądze na sztukę w tego typu warunkach. Inna sprawa, tamtejszego "działu muzycznego" nikt nie przegląda - poza mną. Buroki, mincho i smalyc, a nie winyle The Cure czy The Killers, które widzimy od frontu. Były jeszcze albumy Iggy'ego Popa, Niny Simone, Gary'ego Moore'a, Marvina Gaye'a, INXS, Nirvany i kilku/kilkunastu innych wykonawców.


poniedziałek, 16 grudnia 2019

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 15 na 16 grudnia 2019 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 15 na 16 grudnia 2019 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Majka Chaczyńska
prowadzenie: Andrzej Masłowski








WISHBONE ASH - "Bona Fide" - (2002) - najlepsza kompozycja Wishbone Ash w ostatnim dwudziestoleciu. Dorównująca atmosferze nagrań grupy z okresu pierwszych pięciu albumów. Chciałbym na nadchodzącym "Coat Of Arms" znaleźć choć jedną od tego samego krawca. Płyta ukaże się 28 lutego. Dobrze, że nie 29-go, bo miałaby urodziny co cztery lata. A tak się składa, że 2020 będzie rokiem przestępnym. Na podwórku zawsze z chłopakami mawialiśmy: przestępczym.
- Faith, Hope And Love

ROB HALFORD with FAMILY & FRIENDS - "Celestial" - (2019) - drugie christmasowe dzieło Halforda nie jest tak porywające, co dziesięcioletni braciszek "Halford 3", niemniej tuż po tytułowym "Celestial" kopniak jest, nie powiem. Specjalnie na tę płytę skomponowane i wmieszane pomiędzy tradycyjne kolędy "Donner And Blitzen", to prawdziwy "Judas" wśród "Angels".
- Celestial
- Donner And Blitzen

HALFORD - "Halford 3 - Winter Songs" - (2009) - ubóstwiam tę płytę. Nie ma lepszych kolęd i pastorałek. Przy całym szacunku dla The Moody Blues, Jethro Tull, Binga Crosby'ego, Demisa Roussosa czy Franka Sinatry. Takie święta to ja rozumiem. Od razu wstępuje we mnie chęć życia. Jeszcze tylko ciężarówka Coca Coli, w telewizji Kevin i Griswoldzi, może być przez tydzień nawet trochę mrozu, szczypta niegroźnie usłanego śniegu, na parapecie gwiazda betlejemska, na choince - obok niejadalnych bombek - supremacja czekoladowych cukierków, do tego makaron z makiem - koniecznie na ciepło, obowiązkowy pieróg z kapustą lub grzybami, a nawet tradycyjny karp - choć z wiekiem coraz bardziej staję w ich obronie, jak też ze wszelakiej maści innymi zwierzakami. Wszystkie przecież czują i są żywym pięknem tego świata, i mają dokładnie takie samo prawo do życia oraz braku cierpienia, jak my. Dlatego, kiedy tylko mogę zamieniam mięso na nabiał. To uczciwsze, niż odmawianie codziennego paciorka ze skrywanym za plecami w łapie mięsożernym hajem.
- Oh Holy Night
- Winter Song

THUNDER - "Christmas Day" - (2017) - urocza EPka. Niewybitna, ale słucha się fajnie. Ok, Danny i Luke nie nagrali choinkowej pieśni wielopokoleniowej, lecz amatorzy ich talentu i tak będą się nią zasłuchiwać. Na tej skromnej płytce udanie prezentują się dwa wieńczące ją akustyki. Jeśli klimat świąt utrzyma się w moim sercu - a może i nawet wzmoży - nastawię obie przed pojawieniem się pierwszej gwiazdki.
- Christmas Day

AXXIS - "30th Anniversary - Best Of EMI Years" - (2019) - ale naczekałem się za tym re-recordings składakiem. Myślałem, że zaginął po drodze, wszak Poczta Polska już nie po raz pierwszy przesyłkę z Niemiec targała na plecach cztery czy pięć tygodni. Aż strach zamówić coś z Australii. Tak się cieszę, że nawet nie śmiem pokręcić nosem, że wszystko już dawno temu było, i że repliki zawsze będą tylko replikami.
- Kingdom Of The Night
- Never Say Never
- Brother Moon
- Waterdrop

ANGEL - "Risen" - (2019) - wczorajsze "1975" niosło się reminiscencyjnie. Muzycy Angel powrócili myślami do początków działalności, gdy byli młodzi, wszystko było nowe, niewinne, fascynujące. Świetny kawałek, choć gdy spojrzymy na jego czasowy przebieg, to wyszedł z tego niezły kawał retro glam rocka. Czarujący są ci Angel. Z reguły odnowicielskie formuły zasłużonych kapel kuśtykają, a tu proszę, takie kompozycje, taki polot, że chapeau bas.
- 1975

MARILLION - "Marillion With Friends From The Orchestra" - (2019) - zazwyczaj rockowi wykonawcy w towarzystwie orkiestr niemiłosiernie przynudzają, a tu kolaboracja sekcji rockowej ze smyczkami, a niekiedy też dęciakami, przerodziła się w istne misterium. Tak, to bardzo piękna malownicza płyta, do której jednocześnie idealnie przylega określenie: nawiedzona.
- Fantastic Place
- This Strange Engine

===========================
===========================

MARIE FREDRIKSSON
(30 V 1958 - 9 XII 2019)

kącik poświęcony Artystce





ROXETTE - "Tourism" - (1992) - odejście Marie to ogromna strata dla szeroko pojętego pop music. Oczywiście największa dla jej najbliższych, ale mnie też jest smutno, że już nigdy niczego nowego nam nie zaśpiewa. A szczególnie kolejnych ballad, w których bywała niesamowita.
- Never Is A Long Time - {The 150 Nightclub, São Paolo, 16 maja 1992}

ROXETTE - "The 30 Biggest Hits - XXX" - (2015) - bardzo lubię tę dwupłytową kompilację. Wiadomo, nie ma na niej wszystkiego, ale to, co jest, jest widokiem z góry najwyższej. Mam ochotę uzupełnić skromną domową płytotekę w zaległe songi Marie i Pera. Czuję się zawstydzony posiadaniem ledwie czterech albumów. Coś mi podpowiada, że dużo przeoczyłem. Nie da się jednak wszystkiego w życiu chapnąć na raz.
- Queen Of Rain - {singiel 1992 / album "Tourism", 1992}
- Listen To Your Heart - {album "Look Sharp!", 1988}
- Anyone - {album "Have A Nice Day", 1999}
- You Don't Understand Me - {singiel 1995 / pierwotnie na kompilacji "Don't Bore Us - Get To The Chorus! (Roxette's Greatest Hits)", 1995}

===========================
===========================

THE WHO - "Who" - (2019) - klasowa płyta. Może nie z topu najskrytszych marzeń, ale i tak cieszy. Przede wszystkim, raduje wokalna forma Daltreya, niczego przy tym nie ujmując kąśliwym gitarowym akordom Townshenda, które zawsze uwielbiałem. Podbudowali mnie ci dwaj starsi Panowie, albowiem bałem się, że po trzynastu latach słodkiego niewiele robienia zaczną smędzić, a tu jest taki power, że... Po piątym posłuchaniu nareszcie załapałem moc singlowych "All This Music Must Fade" oraz "Ball And Chain". Po pierwszym zarzuceniu na ruszt, mięsko wydawało się jakieś takie blade i niedoprawione. A wszystko dlatego, iż to album zdecydowanie do wielokrotnego użytku.
- Beads On One String
- Hero Ground Zero
- Street Song

OST - "Feuer Und Eis (Fire And Ice)" - (1986) - typowa ejtisowa produkcja, ale jak ja lubię takie muzykowanie. To niemodne brzmienie, te pełne polotu, acz naiwnie urocze melodie, no i w ogóle cała wokół tego beztrosko niosąca się otoczka. Mowa o soundtracku do telewizyjnego filmu produkcji RFN, o tematyce sportowej, a konkretnie, o akrobacjach narciarskich. Dla mnie zapewne byłaby to filmowa nuda do kwadratu, którą uratowałaby jedynie muzyka. A, że obecnie kompletnie niemodna, co mnie to?
MARIETTA - Fire And Ice
GARY WRIGHT - Ski Dancing
PANARAMA - Heavens Forever
GARY WRIGHT - Sailing - /Rod Stewart cover/

MAX CARL - "Circle" - (1985) - uznany w branży gitarzysta i klawiszowiec, choć kompletnie niekojarzony wokalista, który w karierze otarł się nawet o southern-AOR-rockowych 38 Special, a i również o wielu innych wykonawców, przy których mielibyśmy ciarki, gdyby tylko ci zgodzili się złożyć autografy na płytach, jakie skrywamy w swych domostwach. Także, nie ma żartów, Max to dobry gitarowy pirotechnik, niekiedy nieskrywany sześciostrunowy onanista, i wczoraj można było się o tym przekonać - szczególnie w "The Lion Kills The Sparrow".
- Radical Prodical
- The Lion Kills The Sparrow
- The Circle
- Strategic Land (A Soldier's Song)

CHRIS ISAAK - "Christmas Live On Soundstage" - (2017) - niedawny bożonarodzeniowy koncert Isaaka przywołał atmosferę świąt epoki r'n'roll/sweetly song. Czyli lat 50/60-tych. Można tego nie tylko posłuchać, albowiem wydawca pomyślał również o elektoracie preferującym oglądanie muzyki.
- Washington Square
- The Christmas Song - /with MICHAEL BUBLE/
- Let It Snow - /with MICHAEL BUBLE/

SEAL - "Standards" - (2017) - w wersji deluxe otrzymujemy dwa kawałki stricte świąteczne, jednak Seal śpiewając wszystkie pozostałe nagromadzone tu evergreeny, wytwarza lepszy christmas time, niż każdy Golec, Pani Edzia czy - o uchroń nas Zbawco - naprzykrzająca się w tv-spotach Margaret. 
- My Funny Valentine - {jazz standard, znany z przedwojennego musicalu "Babes In Arms"}
- I've Got You Under My Skin - {Cole Porter cover, rzecz z przedwojennego musicalu "Urodzona Do Tańca"}

PINK FLOYD - "The Later Years 1987 - 2019" - (2019) - utwór do poduszki. Słuszny w niesionej atmosferze jak i czasowo idealnie dopasowany względem finału naszego wczorajszo-dzisiejszego spotkania. Mój kolega/przyjaciel zamówił u Gwiazdora, i z tego co wiem, sanie już się smarują. Akurat ja muzyki nie dostanę, ponieważ stanowczo zbyt wiele jej kupuję. I dobrze, nastaje okazja, by Gwiazdor podreperował dział bieliźniarski lub perfumeryjny, bo przez te płyty człowiek by się już kompletnie zapuścił.
- One Slip /2019 remix/














Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



piątek, 13 grudnia 2019

DOWN 'N' OUTZ - "This Is How We Roll" - (2019) -







DOWN 'N' OUTZ
"This Is How We Roll"
(BLUDGEON RIFFOLA / UMC)

****3/4






"This Is How We Roll" jest taką wisienką, że aż tort wymięka. Trzeci studyjny album "Zdechlaków" tym razem dostarcza w pełni autorską twórczość (do niedawna grupa uroczo przemeblowywała klasyki Mott The Hoople - i niekoniecznie te najbardziej znane), niekiedy dryfując pod najczystszą krew Def Leppard. Nie dziwne, skoro mikrofon ściska Joe Elliott - wokalista tamtej, a właśnie wywołanej do tablicy rock-legendy. Jejciu, ależ on chomikuje kapitalny głos! Już tylko dla jego śpiewania warto wysłużyć gramofonowy pasek. Resztę bandu stanowią muzycy Quireboys (gitarzyści Paul Guerin oraz Guy Griffin, plus organista/pianista Keith Weir), perkusista Tokyo Dragons - Phil Martini, plus basistka Vixen - Share Ross. Płyta nie wiedzieć czemu, wciąż u nas nie do kupienia. A i ja naczekałem się, zanim ugasiłem wzniecony żar podniety.
I żadne z nich Zdechlaki (vide Down 'n' Outz), a pierwszego sortu rock'n'rollowo-glamowy soft metal, urozmaicony kilkoma obłędnie dobrymi, a wbitymi w kaftan Def Leppard balladami. Bo głowę daję, gdyby takie "Goodbye Mr. Jones", "Last Man Standing", a już szczególnie "Let It Shine", powstały z objęć Leppardów tak ze trzy dekady temu, do dzisiaj byłyby hitami na miarę bukietu killerów wysokooktanowej "Pyromanii" oraz multiplatynowej "Hysterii". Już pierwsze z nimi obcowanie uprasza się o wielomilionową sprzedaż, choć każdy z nas wie, że finałem sprawy będzie niewielka ilość kliknięć na wyprutym z dobrego smaku You Tube'ie. Dzisiaj wartość muzyki mierzy się kliknięciami, nie wydawaniem ostatniej forsy na ukochanych artystów.
Skoro ośmieliłem się posłużyć nazwą Def Leppard, proszę zweryfikujcie me ku nim odniesienia, chociażby na podstawie kilku innych zapisanych tu ścieżek, co tytułowe "This Is How We Roll" (tutaj nawet chórki się zgadzają) czy iście wystrzałowego "Boys Don't Cry". To dopiero niezła, a wyhodowana na zasadach albumu "High N' Dry" melodia. Co jeszcze? Ano jeszcze jedna, a doprawiona smyczkami, przefajna ballada "Walking To Babylon", a dla odmiany rozweselony i niekiedy w atmosferze cyrkowy numer "Creatures", plus ciekawe intro do "Boys Don't Cry", którego aura wije się wokół monotonnej katarynki. Dodajmy jeszcze udany albumowy wstępniak "Another Man's War" - którego na wstępie wyeksponowane piano zdecydowanie puszcza oko ku wielbionych przez Zdechlaków Mott The Hoople. Inna sprawa, Joe Elliott ma tutaj równie atrakcyjną chrypkę, co Ian Hunter, a nawet inny wielbiciel Motts, jakim ex-GreatWhite'owy Jack Russell.
Ciekawa jest również końcówka. Trzy, co prawda oddzielone od siebie utwory, idealnie jednak do siebie przylegające. To niespełna minutowe, a kontynuujące nieco wcześniejszy temat "Music Box", akustyczno-gitarowe "Music Box Reprise (Griff's Lament)", po którym następuję najdłuższe w zestawie, trochę niczym nadany mu tytuł, zwariowane "White Punks On Dope", po czym wyłania się - pachnące burleską - minutowe outro "The Destruction Of Hideous Objects Part 3".
Wszystko pasuje, wszystko klei się niczym ofiary do kameleonowego jęzora. Nad wyraz atrakcyjny album. A to, że dzisiaj takie granie siedzi w cieniu tych wszystkich chilloutów, rapów czy vocoderowo przetworzonego dance-popu, możemy tylko podziękować ogólnej bylejakości, która bez wiz buszuje po terytoriach prawdziwej sztuki, gwałcąc poczucie estetyki.
"This Is How We Roll" przejdzie bez echa - to już pewne. Album nawet nie sztachnie się odrobiną należnej chwały i trzeba żyć dalej.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"