sobota, 30 czerwca 2018

być ostatnim mohikaninem

Tegoroczna wiosna okazała się letnia, z kolei lato zaś zdecydowanie przypomina wiosnę. Równowaga musi być. Liczę, że podczas urlopu nie dopadnie nas jesień, wszak w tym naszym klimacie umiarkowanym wszystko możliwe. W Rosji też pogoda kapryśna, lecz kraj to długi i szeroki. Dlatego ważne, gdzie przyjdzie zagrać mecz zmarzluchom na wrzącym, a gorącym temperamentom w chłodzie.
Dzisiejszy popołudniowy Francja-Argentyna jeszcze obejrzę w chałupie, lecz wieczorny Urugwaj-Portugalia u przyjaciół na wódzie. I oby nic nie zakłóciło jego przebiegu.
Wkroczyliśmy w drugą fazę mistrzostw, w której już tylko najlepsi z najlepszych. Ubolewam jednak, że w tym zacnym gronie znalazła się Argentyna, a odpadł ambitny i naprawdę dobry Iran. No, ale z drugiej strony, skoro jedni odpadli, a drudzy płotki pokonali, oznacza to, że tak właśnie być miało. Chociaż chociaż... awans z racji "fair play", o czym decydują zarobione kartki, nie uważam do końca za sprawiedliwy. Rozdawnictwo kartek, to przecież interpretacja sędziego. Jak choćby błędne decyzje w przyznawaniu żółtych bloczków po konsultacji z VAR-em. Z tego co pamiętam, VAR miał decydować o nieprzyznawaniu kartek w ogóle, albo od razu czerwonych, natomiast bodaj w dwóch przypadkach przyznano w Rosji dwie żółte. Nie czytałem przepisów, jednak o powyższym fakcie zapewniał sam Zbigniew Boniek, co nastąpiło w Lidze Plus, po jednej z kolejek Ekstraklasy.
Skoro jesteśmy przy sporcie, pozwolę sobie złożyć Wielkie Podziękowania Pani Irenie Szewińskiej, którą właśnie pożegnaliśmy. Co prawda, nigdy nie należałem do sympatyków lekkoatletyki, jednak Pani Irena wrosła w mą świadomość niemal od poczęcia. Jeszcze jako dzieciak nasłuchałem się o jej wyczynach, a i też kilka miałem okazję przeżywać na żywo w tv.
Nasza wybitna sportsmenka stała się symbolem nie tylko dla mnie, myślę, że w ogóle dla wielu pokoleń moich rodaków. Jej wielkość można porównać z muzycznymi dokonaniami najwybitniejszych artystów, których przychodzi nam podziwiać przecie nie tylko za przyczynkiem Nawiedzonego Studia.
Zapraszam na jutrzejsze nasze spotkanie, tradycyjnie o 22-giej, na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl.
Na swój sposób będzie wyjątkowo, choć muzycznie zwyczajnie, najzwyczajniej. A wyjątkowo, bowiem po raz ostatni za konsoletą zasiądzie Tomek Ziółkowski. Bo jak wiemy: nic nie trwa wiecznie, choć akurat moja misja się nie kończy...
Rozbawiła mnie grafika Empiku odnośnie sprzedawalności płyt na poszczególne województwa. Okazuje się, że w Wielkopolsce prym wiedzie O.S.T.R. - brrrr!!!!, w zachodniopomorskim Sting z Shaggym - brrrrr !!!, a na Podkarpaciu Kortez - brrrr !!!! W innych landach królują, m.in. Kult, Krzysztof Zalewski, bądź Jack White. Boże, czego ci ludzie słuchają. Czy naprawdę jest aż tak źle? Nasze zabiegane życie ma aż tak ogromny wpływ na pożądanie sztuki. Zaczyna dochodzić do ewidentnej deprawacji. Gdzie się podziały: dobry smak i emocje? Dobrze, że choć istnieje Nawiedzone Studio. Ostatnie miejsce niepozbawione elegancji i kolorytu. Ktoś mi kiedyś schlebił: "ty Masłowski, jesteś niczym ostatni Mohikanin" - i myślę sobie, że chyba miał rację. 






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 28 czerwca 2018

FOREIGNER - "Foreigner With The 21st Century Symphony Orchestra & Chorus" - (2018) -








FOREIGNER
"Foreigner With The 21st Century Symphony Orchestra & Chorus"
(EAR MUSIC)

***





Bez wątpienia należą do najbardziej zapracowanych zespołów na scenie. Ich godna podziwu aktywność przekłada się jednocześnie na nieustanne doskonalenie, i tak już przecież perfekcyjnego warsztatu. Jednak jedyny ostały z oryginalnego składu gitarzysta Mick Jones, z racji nierzadkich historycznie roszad personalnych, nieprzerwanie bywał zmuszony doskonalić założony w 1976 roku (z wokalistą Lou Grammem oraz byłym muzykiem King Crimson, Ianem McDonaldem) sekstet Foreigner. Dzisiaj po tamtych czasach pozostały już tylko płyty i dobre wspomnienia. Inna sprawa, że coraz trudniej śpiewającego Lou Gramma, kilkanaście lat temu zastąpił marginalnie wówczas rozpoznawany Kelly Hansen.
Jako, że grupa notorycznie omija nasz kraj, rodzimym sympatykom przychodzi podziwiać ją tylko na podstawie płyt, bądź za sprawą zagranicznych występów. Poniższa płyta też się do tego dokłada. A jest na swój sposób wyjątkowa. Stanowi bowiem za kompilacyjny zapis dokonany na podstawie dwóch koncertów, jakich grupa dokonała w towarzystwie orkiestry symfonicznej oraz chóru. Wszystko wydarzyło się 20 oraz 21 maja 2017 roku, w Centrum Kultury i Kongresu w szwajcarskiej Lucernie. Mowa o obiekcie o cechach operowo-filharmonicznych, który uznawany jest za jeden z najlepszych w świecie względem odbioru muzyki klasycznej. Miejsce pomieści blisko 1900 widzów, więc z Sali KKL żaden tam liliput.
Wydawnictwo "Foreigner With The 21st Century Symphony Orchestra & Chorus" zawiera pełen program koncertowy dla nośnika DVD, jednak dla poczciwego CD, zaledwie wycinek. I co z tego, że pokaźny (z kompletu 17 nagrań, na kompakcie pojawia się 14 - o optymalnym zapisie 79 min. 59 sek.), skoro płytę pocięto w plastry. Bezustannie pomiędzy utworami pojawiają się irytujące wyciszenia, które zakłócają naturalny tok przedstawienia. W ostatnim czasie podobnych brutalnych zabiegów dokonuje się coraz częściej, na czym m.in. ucierpiał choćby niedawny koncert Jeffa Lynne'a i jego zreformowanych E.L.O ze stadionowego Wembley. Duży błąd, do takich płyt nigdy się później nie powraca. Ja sam tego typu wydawnictwa traktuję jako ciekawostki, które po kilku tygodniach od premiery wędrują na odwieczną półkę zapomnienia. Po najściu ochoty posłuchania rzetelnego "live", zawsze sięgnę po jakiś pełnowymiarowy, niczym niezakłócony występ. Zatem, na "Foreigner With The 21st Century..." sprawy nie uratują nawet liczne smaczki, jak choćby nie po raz pierwszy wykorzystany motyw z Deep Purple'owskiego "Black Night" - w "Cold As Ice", albo pełen zadumy, chóralny wstęp do "When It Comes To Love", który zanim przejdzie do fazy piosenkowej, trafnie zostanie zaintonowany przez saksofon, smyczki oraz pianino. Spodziewany finał, w postaci "I Want To Know What Love Is", także niepowtarzalnym wdziękiem w refrenie podsyci zaproszony chór, który dodatkowo wspomoże blisko dwa tysiące gardeł z publiczności. Piękne chwile, do których można falami powracać, i żadną tego przeszkodą, że chyba każdy z nas wysłuchał tej piosenki tuziny razy.
Cieszy ponadto, iż obok oczywistych "Waiting For A Girl Like You", "Urgent", "Say You Will" czy "Double Vision", Foreigner od pewnego czasu dostrzegają wartość arcypięknego "Starrider" - klejnotu koronnego rodem z debiutanckiego albumu, który choć w epoce nawet wydano na jednym z czterech singli, to jednak ten na długie lata przegrywał w konfrontacji z kilkoma innymi piosenkami grupy. Fakt, nic nie przebije jego oryginalnej wersji, a jednak w symfoniczno-rockowych objęciach, i z fajnym głosem Kelly'ego Hansena, też przecież niczego sobie.
Nie można nie wspomnieć o rozbudowanej wersji "Juke Box Hero", co w zasadzie też nie jest żadnym novum, ponieważ Cudzoziemcy od dłuższego czasu poszerzają ramy piosenki do rozmiarów mini suity. Nie zaskakuje też gitarowy wtręt Micka Jonesa z Led Zeppelin'owskiego "Whole Lotta Love" - choć tym razem jakby mniej dostrzegalny. Gwoli rzetelności pozwolę sobie zauważyć, że słyszałem już lepsze wykonania tego Foreigner'owskiego klasyka.
Nie zawsze muzyce rockowej na dobre wychodzi konfrontacja postrzępionych dżinsów i rozdartych na torsie koszul, z otoczeniem krzeseł podbitych czerwonym welurem. Takie miejsca służą pod muchę i frak, a rock woli krew, pot i łzy. Cieszy jednak, że w takich okolicznościach nasi bohaterowie nawet na krok nie zatracili oczekiwanego luzu.
Miło posłuchać zasłużonych Foreigner w ich nieprzerwanie dobrej formie. Żałuję jednocześnie, że formacja od lat proponuje niemal identyczne setlisty, jakby zupełnie nie istniały inne piosenki, że ośmielę się wskazać: "The Damage Is Done", "Face To Face", "Women", "Rev on the Red Line", "Girl On The Moon", albo "I Don't Want To Live Without You". Człowiek z niewielkim prawdopodobieństwem zaskoczenia wie, czym grupa obecnie koncert rozpocznie, zakończy, i co zaproponuje pomiędzy.
Czapki z głów za aktywność sceniczną, ja jednak cierpliwie będę wypatrywać w pełni premierowego dzieła studyjnego. Od poprzedniego "Can't Slow Down" upłynęło było nie było długich dziewięć lat.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






wygrałem oficjalną piłkę Mistrzostw Świata

Wygraliśmy. Naprawdę się cieszę. Co prawda, ostatnich dziesięć minut meczu zakrawało o kpinę, ale na miejscu Japonii postąpiłbym podobnie.
Dzisiejszy dzień w mundialowym futbolu przejdzie do historii, bo jak się okazało, warto zadbać o niełapanie kartek. Japonia dzięki temu awansowała z naszej grupy. Ale ja też jestem zwycięzcą. Za wytypowanie wyniku meczu Polska-Kolumbia (0:3) wygrałem oryginalną piłkę mistrzostw, Adidas Telstar18, Match Ball Replica. Stało się to na Facebooku. Obstawiłem wynik na stronie pewnej firmy optycznej, no i "komputer was wyrzucił" - że się posłużę cytatem ministra Zawodnego z lubianego serialu "Czterdziestolatek".
Początkowo myślałem, że ktoś sobie ze mnie żarty struga, prosząc o adres, nr telefonu, ale od słowa do słowa, no i naprawdę. Wczoraj wieczorem otrzymałem potwierdzenie nadania nagrody, a dzisiaj już u mnie w domu.
We wszystkich grupach wszystko jasne. Nie ma już Niemców, znakomitego Iranu, jak też naszych pierwszych pogromców: Senegalu. Dziwnie trochę bez Niemców, prawda? Gdyby mi ktoś przed Mundialem przepowiedział, że Polacy zajdą w tym turnieju równie daleko, co Niemcy, brałbym w ciemno. W życiu nie przypuszczałbym, że obie formacje zakończą uczestnictwo tylko z jednym zwycięstwem na koncie.
Futbol się zmienia, a my przyzwyczailiśmy się do zawsze dobrych Niemców, Holandii czy Włoch. No proszę, a tych dwóch ostatnich przecież w ogóle zabrakło w Rosji. Argentyna zaś nie olśniewa, Brazylia od niej tylko tyciu lepsza, a przecież Portugalia i Hiszpania też ledwo ledwo. Nad Anglią, choć ogrywającą Tunezję czy Panamę, też zachwytów nie uchylę.
Piszę te słowa przed późno wieczornym meczem Anglików z Belgią, ale na jego podstawie, też nie da się niczego osądzić. Obie drużyny są już przecież w kolejnej fazie mistrzostw. Wartość Anglii poznamy w jednej ósmej.
Nikt o naszej Polsce niestety pamiętać nie będzie, choć jest mi bardzo przyjemnie, że tradycyjnie wyszedł nam mecz o honor. Choć "wyszedł", to raczej mocno powiedziane. Mecz był słaby, słabiutki, jedynie może radować wynik. Z nieco pozytywniej nastawionym przeciwnikiem, poleglibyśmy słono.
Chwała Adamowi Nawałce za wszystko, czego dokonał do tej pory. Po nieudanym mundialu przyjdzie mu jednak oddać trenerski fotel. Należy go mimo wszystko dobrze zapamiętać. Dzięki niemu zakwalifikowaliśmy się zarówno do tego Mundialu, jak też do o dwa lata wcześniejszego Euro we Francji, no i po raz pierwszy w historii pokonaliśmy Niemców (2:0).
Adam Nawałka nie ma zasług na miarę Kazimierza Górskiego czy Antoniego Piechniczka, jednak i tak okazuje się najlepszym selekcjonerem od trzech dekad.
Mistrzostwa piłkarskie pomału wchodzą w kolejny etap, nie odbierajmy sobie przyjemności ich przeżywania, cieszmy się pięknem futbolu, wszak to cudowne święto. Święto, które przyćmiewa codzienne problemy i troski. I choć piłka nożna nie ma siły muzyki, to i tak kocham ją całym sercem.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





środa, 27 czerwca 2018

RSO - "Radio Free America" - (2018) -








RSO
"Radio Free America"
(BMG)

***





Początek okropny. Pierwsze trzy nagrania do utylizacji, choć później też niewiele z nich wykrzesamy. I kiedy wydaje się, że płyta po tym fragmencie na straty, od czwartego "Take Me" następuje nieoczekiwany zwrot akcji. Ale po kolei...
Niemłody Richie Sambora wszedł w uczuciowy związek, z umówmy się: atrakcyjną gitarzystką Orianthi Panagaris (niegdyś współpracowniczkę Michaela Jacksona, ostatnio u boku Alice'a Coopera), z którą od mniej więcej dwóch lat, nie tylko wspólnie jadają, ale m.in. także rozstawiają nuty po pięciolinii. Owocem komitywy wydany całkiem niedawno album "Radio Free America". Okazuje się, że Orianthi nie tylko sprawnie gra, lecz także daje radę pośpiewać. A gdy takiemu tandemowi sprzyja jeszcze tak legendarny producent, co Bob Rock (Metallica, Bon Jovi, Kingdom Come czy Mötley Crüe), do sukcesu droga niekręta.
Były gitarzysta Bon Jovi nadał nowemu projektowi szyld "RSO", proponując piętnaście różnorodnych kompozycji, w tym dwie przeróbki:"I Got You Babe" - z rep. duetu Sonny & Cher, oraz "Hellbound Train" - blues-rockowych Brytyjczyków z Savoy Brown. Obie wersje oryginałów nie przebijają, jednak brawo za przywołanie tej drugiej. Klasyk ponad klasyki, który dziś wydaje się mocno zapomniany, a przecież jest to jedna z najlepszych kompozycji rocka dla pierwszej połowy lat siedemdziesiątych.
Na "Radio Free America" znajdziemy kilka niewymuszenie fajnych piosenek, jak m.in. zaśpiewane przez samego Samborę na pół balladowe, a zarazem pół namiętne "Take Me", bądź nieco bardziej drapieżną, a zaśpiewaną tym razem na linii Sambora/Orianthi balladę "Masterpiece", jak i z rozpierającą dech gitarową solówką oraz dziecięcym chórem kolejną balladę "One Night Of Peace". W tej materii całkiem wytrawnie prezentuje się także piosenka "Truth" - skomponowana przez czarnoskórego Michaela Beardena, szefa niejednego górnolotnego przedsięwzięcia. Jednak absolutnym albumowym #1, i to nie tylko w dziedzinie ballad, wydaje się podszyty bluesem heartbreaker "Blues Won't Leave Me Alone". Orianthi podeszła do tego songu z dużym uczuciem, jednak nie tylko brawa należą się tej w miarę świeżo upieczonej trzydziestolatce, ale i Samborze, który zagrał przepięknie. Jednocześnie przypominając najokazalsze momenty debiutanckiego "Stranger In This Town", jak: "River Of Love", Mr. Bluesman" czy "Father Time".
Dla porządku, nie jest to płyta balladowa, jednak nic nie poradzę, że tym razem tylko one w pełni się bronią. Początek dzieła hałaśliwy, wyskandowany, niemal ryczący. Totalny ból głowy, membrany puchną, skóra cierpnie, a i szałwia nie pomaga. Tak więc, początkowe "Making History" oraz "Rise" do kosza. Wciśnięte pomiędzy nimi "We Are Magic" dla odmiany zaś okropnie miałkie. Tyle w nim tytułowej magii, ile we mnie rycerza na białym koniu. Przy czym, równie trudno o peany dla "Together On The Outside" - z moim pupilkiem Alice Cooperem - albowiem piosenka ma w sobie tyle drapieżności, co pazury wszystkich razem wziętych country'owców z pikniku w Mrągowie. Nie wspominając już o "radosnym" koszmarku, jakim "Good Times" - z udziałem kanadyjskiego rapera, o tradycyjnie jakiejś "wyszukanej" ksywie - w tym przypadku: k-os.
Na pewno sympatyków talentu Sambory uradują jego charakterystyczne i stylowe gitarowe zagrywki, a przede wszystkim smakowite solówki. Myślę, że nawet dla nich warto przebrnąć przez tych kilka ewidentnych słabizn.
Sambora wokalnym mistrzem nie jest, nigdy nie był, lecz wolę te jego niedostatki, zamiast wokalne popisy jego australijskiej blondyneczki. Tak po prawdzie, gdyby wspomniane "Blues Won't Leave Me Alone" zaśpiewał właśnie on, mógłby sobie Pan Ryszard ów song przypiąć do klapy chwały na długie długie lata, a tak... no cóż, w miłości racjonalizm bez szans.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





wtorek, 26 czerwca 2018

w cieniu dobrego drzewa

Wszystko zaczęło się od "W Cieniu Dobrego Drzewa" oraz drugiej w dorobku płyty Ireny Jarockiej "Gondolierzy Znad Wisły". A więc tym samym od okładek Marka Karewicza. Od okazale uchwyconych sylwetek Pani Ireny, od pięknej i niezwykle dobrze śpiewającej kobiety, co też dostrzegło minionej niedzieli kilku nawiedzonych Słuchaczy.
Pierwszą z owych dwóch płyt, jaką nastawiłem, było "W Cieniu Dobrego Drzewa", i był to mój pierwszy, najpierwszy raz. Właśnie wtedy świadomie po raz pierwszy nastawiłem płytę z muzyką. Wcześniej bywały jedynie bajki. Zazwyczaj utrwalone na małych siedmio-calowych płytkach, jak: "Czerwony Kapturek", "Król Apsik", "Jaś i Małgosia", itd... Słuchałem i poruszałem wyobraźnią. Gdy Władysław Hańcza wcielał się w wilka, miałem go przed oczyma. Kiedy wypluwał Kapturka, czytaj: przywracał na świat, widziałem jego głupią minę. Słuchanie bajek fascynowało, ale i pochłaniało w pełni. Może dlatego od zawsze rajcuje mnie fikcyjny muzyczny świat, a w życiu codziennym stronię od nudziarzy.
Gwiazdka 1977 zapadła w mą pamięć, nie tylko z powodu płyt Ireny Jarockiej. Prawdą, że były one prezentem dla Siostry, jednak na szczęście jej nie zainteresowały, więc przygarnąłem te bezdomne piosenki i pokochałem całym sercem. Tamte święta wspominam, bo były piękne, kolorowe, pomimo iż do skromnego współlokatorskiego mieszkanka Babci i Dziadka Masłowskich słońce dochodziło tylko od kuchni.
Babcia Stasia zawsze robiła jedyny w swoim rodzaju kisiel. Przegryzały go na wskroś suszone owoce. Był najpyszniejszy. Nikt takiego nie robił. Bo też nikt nie miał lepszej babci ode mnie. Jego zapach idealnie współgrał z farbami, płótnem i sztalugami, jakie stały we frontalnej części pokoju, tuż obok telewizora. Starego Ametysta - takiego z zaokrąglonym ekranem.
Żył jeszcze Dziadek Piotr. Już kiepsko chodził, a raczej szurał, bo z podnoszeniem stóp miewał problemy. W następnym roku zmarł. Był lekarzem, wiedział co mu jest. Wiedział, że zbliża się koniec. Ten nadchodził coraz okrutniej, a Dziadek pomimo ogromnej wiedzy musiał wypatrywać ostatecznego dnia. Pamiętam jego cierpienie. Szczególnie utkwił mi pewien dzień, gdy rodzinką wpadliśmy znienacka, a Babcia właśnie w pocie czoła opatrywała Dziadka, podczas gdy ten wił się z bólu. Już wówczas zdałem sobie sprawę, że nie jesteśmy wieczni. Ale na Gwiazdkę '77 jeszcze wszystko było w miarę dobrze i nic nie zapowiadało tak rychłego końca. Humory dopisywały, stół zastawiony po brzegi radował niewysokiego jeszcze Andrzejka żarłoka, jedynie tylko Gwiazdor co do mnie nie miał wyczucia. Pod choinką znalazłem "Młodego Technika", więc się poryczałem. Tak szczerze. Łzy leciały strumieniami. Tata chciał ze mnie zrobić budowniczego dróg i mostów, sam zresztą dochrapał się magistra inżyniera technologii drewna, miał więc ambicje, by jego syn także poruszał nerwem inżynieryjnym. Dziadzio był z kolei tytułowanym doktorem medycyny, więc też cholera jasna: inteligent. A ja z tą edukacją zawsze pod górkę. Na trójach, od łaski na czwórkach, a na piątkach, gdy byłem bez grosza. Nie było czasu, ponieważ była muzyka, której się w pełni oddawałem. Było też wiele innych atrakcji, byli koledzy, a później coraz chętniej koleżanki. Kręciło się ich trochę, ale tylko na wczesnym etapie, bo później zrobiłem się wredny. Wredny do kobitek. I tak mi pozostało. Nie potrafię ich obsypywać kwiatami, prawić zbędnych komplementów, nie wiem o czym gadać podczas tańca, więc nie tańczę. Jednak, gdy miałem dwadzieścia, dwadzieścia parę lat, nie mogłem się od nich opędzić. Miałem powodzenie. Bez fałszywej skromności, wiele się naprawdę napraszało. Kilka na poważnie zadurzyło, a ja je tylko po kolei krzywdziłem, więc gdy wreszcie przyszło na mnie, dla równowagi też mnie w dupsko pewna spryciula kopnęła. Długo dochodziłem do siebie. Już taki jestem. Łatwo mnie zranić, choć byłoby dobrze, gdybym sam też tego nie czynił. Ależ się rozpędziłem... a miało być tylko o Irenie Jarockiej. Rad jestem, że debiut Pani Ireny z 1974 roku przypadł Szanownym Państwu do gustu. I proszę, gdyby nie śmierć Pana Marka Karewicza, nie ośmieliłbym się chyba nigdy zaprezentować w audycji aż połowy jej albumu.
Robert, od którego otrzymałem książkę "Karewicz Big Beat", posłuchał niedzielnej audycji. Tak sam od siebie. Nie informowałem Go o niej. W ogóle nikogo nie informuję, nie zmuszam... bo i po co? Prawdziwy słuchacz to ten, którego się nie przymusza. Robertowi ostatnie Nawiedzone podpasiło, bo oto, co mi napisał we wczorajszym sms-ie: "Gdyby gra naszych piłkarzy chociaż w jednej dziesiątej była tak dobra, jak twoje wczorajsze Nawiedzone Studio, moglibyśmy myśleć spokojnie o sukcesie na Mundialu". Czy można otrzymać lepszą nagrodę?. Lecz nie tylko Robert zafundował mi tych nieco budujących słów. Realizujący program Krzysztof Piechota Jr., po audycji na moje "dziękuję", odparł: "to była dla mnie prawdziwa przyjemność".
To była dobra niedziela. Co prawda, przegraliśmy Mundial, ale co tam. Zapamiętam ją, warto.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




poniedziałek, 25 czerwca 2018

tym razem totalna NAWAŁKA

Studio telewizyjne jedno, drugie, trzecie... Eksperci, analizy przed- i pomeczowe... Że należy to, że tamto... tylko ja od razu wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Lecz, gdy przed mundialem o tym głosiłem, na twarzach rysowały się uszczypliwe liczne uśmieszki, ucinano mi w pół zdania, bo przecież wszyscy inni wiedzą lepiej. A ja dzielnie prześledziłem cały ostatni sezon, a że oglądam futbol od 44 lat, to co nieco jednak widziałem, a i na tym i owym trochę się znam. Histerycznej pikanterii dokładały uliczne billboardy, narodowy hurra optymizm i tasiemcowe telewizyjne spoty. Od początku wiedziałem, że ta cała nagonka tylko pogarsza sprawę, więc ostrzegałem, chłodziłem zapały, ale rozentuzjazmowany tłum napierał. Z kolei, wszyscy futboliści w reklamach, tylko jawili się na zasadzie: dawać dawać, bierzemy co się da. Oni od razu wiedzieli, że tak szybko jak się wzbiją, i poszybują wyżej i wyżej, tak z jeszcze większym hukiem wryją w piach.
Kolumbia wcale nas nie upokorzyła, to my mieliśmy zbyt podniesione oczekiwania. A te rosły ponad miarę posiadanych umiejętności. I o ile z Senegalem, była to tylko nawałka, o tyle wczoraj przeszła prawdziwa nawałnica. Dobrze byłoby już nie kończyć tryptyku w spotkaniu z Japonią, ale trzeba wyjść i przyjąć biedę na klatę. 
Na miejscu Adama Nawałki zaszyłbym się w Bieszczadach, przez pewien czas nie prosząc o dodatkowy prowiant. Teraz już tylko spokój i piękne granie w Nawiedzonym Studio.
Panie trenerze, popełnił Pan ten sam błąd, co wielu Pańskich poprzedników. Zrobił się Pan schematyczny, przewidywalny, a przecież nie tylko Masłowski widzi i wytknie, przede wszystkim wróg zawsze czuwa. Nie zabrał Pan piłkarzy, których polecałem. Piłkarzy, którym chciałoby się może nieco bardziej. Takich nieskażonych sławą i oczekiwanym komfortem. Jestem przekonany, że taki Krzysztof Piątek czy Sebastian Szymański ryliby po tym boisku, niczym wredne lochy w Chrząstawie.
Taka sobie Kolumbia dała nam prawdziwą lekcję futbolu, po której żywię nadzieję, że nareszcie powrócimy na słuszne miejsce w tym rozhisteryzowanym rankingu FIFA.
Po tej imprezie nikt za nami nie uroni choćby jednej łzy. Nikt nie zapamięta, jak dzielnych Maroko czy ambitnej i wcale nie najsłabszej Panamy, która przecież strzeliła Anglii fajnego gola, remisując drugą połowę meczu, pomimo pogromu w całym starciu. Nikt nas nie pożałuje, ani nie wspomni, jak ambitnej Albanii po niedawnym Euro.
Wyglądaliśmy na tym mundialu jak mina gościa bez biletu, którego właśnie spisuje tramwajowy kanar. Smakując jednocześnie jak wino, które przeszło korkiem. Osiągnęliśmy prędkość zdezelowanego gruchota z przydrożnego komisu, który tylko w opowieściach waszych kumpli gna niczym Jaguar po południowych bezdrożach Stanów.
Poznikały z aut uliczne chorągiewki, ale ale... barwy białe i czerwone będą nam jeszcze potrzebne w najbliższy czwartek, gdy we flagowym płótnie czerwone koło wskoczy w serce bieli.
Niedawno z drzwi znajomego mi pubu zniknęła tabliczka: "u nas ceny piwa tak niskie, jak poziom polskiej reprezentacji w piłce nożnej". Niebawem powinna powrócić na swoje miejsce. Cóż, właściciel owej knajpy, także przez moment dał się ponieść narodowej euforii.
Na dzisiejszej konferencji Adam Nawałka zaryzykował: "wydobyliśmy Polskę na zupełnie inny poziom, jakiego dawno nie było". Brawo, cóż za spostrzeżenie. Gdzieś pod koniec, Pan Nawałka wyskoczył z kolejnym kwiatkiem: "byliśmy optymalnie przygotowani". Miło słyszeć. Zastanawiam się, co by było, gdybyśmy tylko nie byli.
Przepraszam, że okazałem się prorokiem. Za to medali nie dają, a i w szkołach uczyć nie będą, niemniej polecam czasem zdać się na dobre oko starszego druha Masłowskiego.
Żałuję, że wiele lat temu zerwałem z hazardowym nałogiem, bo bym się nieźle obłowił. Zarobiłbym na niejeden koncert, a i na nowe płyty do mojego Nawiedzonego Studia. Przecież przewidziałem oba wyniki. Na Polska - Senegal obstawiałem dwie wersje: 0:2 lub 1:2, a na Polska - Kolumbia 0:2 lub 0:3. Wystarczyło tylko podskoczyć do bukmachera i nadać kupony. Za pierwszy mecz kolega mojego syna Tomka zgarnął za postawione 2 zł, aż 232 zł. On też miał nosa, tyle, że postanowił zrobić z tego użytek. Przewidziałem więc ten algorytm, lecz niestety dawno dawno temu obiecałem sobie i najbliższym, ponowne niewchodzenie do rzeki o niebezpiecznej nazwie: hazard.
Chciałbym, abyśmy w końcu posiedli reprezentację godną mojej miłości do piłki nożnej.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 24 czerwca 2018 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 24 czerwca 2018 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Krzysztof Piechota Jr.

prowadzenie: Andrzej Masłowski







THIN LIZZY - "One Night Only" - (2000) -
nagrania z koncertowej trasy po Europie w 1999 roku
- Still In Love With You

DARE - "Out Of The Silence" - (1988) -
- Nothing Is Stronger Than Love
- Under The Sun

SUNSTORM - "The Road To Hell" - (2018) -
- The Road To Hell
- State Of The Heart

SUNSTORM - "Emotional Fire" - (2012) -
- You Wouldn't Know Love - {Michael Bolton cover}

DORO - "Doro" - (1990) -
- I'll Be Holding On
- Rare Diamond

FOREIGNER - "Foreigner With The 21st Century Symphony Orchestra & Chorus" - (2018) -
- I Want To Know What Love Is

THE NIGHT FLIGHT ORCHESTRA - "Sometimes The World Ain't Enough" - (2018) -
- Turn To Miami
- Paralyzed
- Last Of The Independent Romantics

ROYAL HUNT - "Cast In Stone" - (2018) -
- The Last Soul Alive

RIVERSEA - "The Tide" - (2018) -
- Drowning In Vertigo
- Goodbye My Friend

MEN OF LAKE - "Men Of Lake" - (1991) -
- The Traveller

====================================
====================================



MAREK KAREWICZ
(28.I.1938 - 22.VI.2018)

kącik poświęcony Artyście




BREAKOUT - "Kamienie" - (1974) -
- Modlitwa

BREAKOUT - "70a" - (1970) -
- Taką Drogę
- Nie Znasz Jeszcze Życia

TEST - "Test" - (1974) -
- Testament
- Gdy Gaśnie w Nas Płomień
- Przygoda Bez Miłości

HALINA FRĄCKOWIAK - "Idę" - (1974) -
- Słońca, Moje Słońca
- Idę Dalej

IRENA JAROCKA - "W Cieniu Dobrego Drzewa" - (1974) -
- Zgubiłam To Wszystko
- Wymyśliłam Cię
- Temat z Filmu "Pożegnanie o Świcie"
- Nie Wrócą Te Lata
- W Cieniu Dobrego Drzewa
- Ty i Ja - Wczoraj i Dziś

MAREK GRECHUTA & ANAWA - "Marek Grechuta & Anawa" - (1970) -
- Serce

BREAKOUT - "Blues" - (1971) -
- Co Stało Się Kwiatom

====================================
====================================


COLOSSEUM - "Time On Our Side" - (2014) -
- Nowhere To Be Found

DON AIREY - "One Of A Kind" - (2018) -
z CD 2: Live at Fabrik, Hamburg, 2017
- Still Got The Blues - {Gary Moore cover}






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



niedziela, 24 czerwca 2018

w miniony piątek zmarł Marek Karewicz (28.I.1938 - 22.VI.2018)

Jakoś całkiem niedawno otrzymałem w podarku od Słuchacza, Roberta - bo jesteśmy po imieniu, książkowy album "Karewicz Big Beat", i miałem o nim w kilku słowach, lecz... był to taki czas, kiedy często otrzymywałem, a to to, a tamto... i głupio mi było kolejnym przechwalstwem dolewać oliwy do ognia. Postanowiłem więc oddać się chęci o nim napisania w stosownym momencie, no i teraz niestety takowy nadszedł...
Przed dwoma dniami pożegnaliśmy Marka Karewicza. Człowieka, który zaprojektowanymi przez siebie okładkami płyt, jak i licznymi fotografiami, w ogromnym stopniu namalował naszą muzykę. Artysta najdobitniej czynił to w czasach, gdy w naszym życiu brakowało kolorów. Spod jego projektów/fotografii, smakowały nawet te nuty, które niekoniecznie polubilibyśmy w innych okolicznościach.
Marek Karewicz - artysta fotografik, dziennikarz, prezenter radiowy - głównie w dziedzinie jazzu, choć jako pasjonat muzyki, także i spoza jego objęć, albowiem niemal w równym stopniu lubił rocka. Dlatego fotografował jednych i drugich. Kochał sztukę przez duże "SZ", i takową tworzył.
W młodości bywał nawet muzykiem. Grywał na instrumentach dętych, a jego ulubionymi stały trąbka i kontrabas. Współtworzył kilka jazzowych bandów, ale mało kto już dzisiaj o tym pamięta. Z czasem wybrał jednak fotografowanie, to była jego życiowa misja, której się w pełni oddał.
I chyba każdy z nas posiada w swoich domowych zbiorach płyty z jego okładkami. No, może jednak poza tymi, dla których muzyka nosi jedynie użytkową wartość w smartfonie. Ale przecież oni nie zabierają głosu o sztuce, są przecież takimi jej smakoszami, jak ja znawcą w dziedzinie budowy mostów.
Dzisiejszej wieczoro-nocy przywołam na 98,6 FM Poznań kilka okładek Marka Karewicza. Wierzę, że muzyki spod ich objęć wszyscy posłuchamy z szacunkiem i przyjemnością.
A więc, Pan Marek Karewicz będzie swym duchem wspierać nasze dzisiejsze spotkanie, choć posłuchamy także sporo innej muzyki, równie wiekowej, co też nowej i najnowszej. Tam również pojawią się dobre, choć w innym duchu utrzymane okładki. Posłuchamy kilku nowych płyt, w tym jedną przedpremierowo. Wszystko z nietrzeszczących kompaktów, które nawet po setnej emisji wciąż grają jak za pierwszym razem. W tym ich siła, a i przewaga nad modnymi winylami, których sens tylko w pierwszych tłoczeniach. Lecz nie wszyscy o tym wiedzą.
Dobrze, że audycja z najlepszą muzyką rozpocznie się już po zakończonym meczu, bo inaczej cały mój trud poszedłby w las.
Do radiowego zeszytu skrupulatnie dopisywałem piosenki przez cały kończący się tydzień. Chciałbym, by było nas jak najwięcej, jednak końmi nikogo nie zaciągnę, a więc niech przybędą najbardziej muzycznych rozkoszy spragnieni.

Wielkie dzięki Panie Marku za wszystkie pozostawione nam skarby, a teraz brnij do świata lepszego...






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






piątek, 22 czerwca 2018

świeczki

Czerczesow szaleje, a Legia pokazała mu z drugiej strony drzwi. Dla Rosji miał być to tylko taki turniej na popykanie w nagrodę za organizację turnieju, a tu proszę... osiem goli i końca nie widać.
Iran mądrze i porywająco, choć przegrał. Miło jednak było ujrzeć chwilami rozbitą Hiszpanię, którą da się poprzestawiać. Maroko także poległo, i również z podziwem. Chorwacja zaś zdmuchnęła Argentynę, jak świeczki na torcie.
Tak tak, panowie kadrowicze Nawałki, tak trzeba grać. Bo przed meczem należy wciągnąć porządnego WieśMac'ka, a nie jakieś tam kiełki. Pogłupieli z tą zdrową żywnością, a później siły nie mają. Kaźmirz Pawlak miał rację: powymyślali te durackie maszyny, bo siły w ręcach nie mieli. Przed Kolumbią polecam wsunąć porządnego schabowego, popić Coca Colą, tak by żołądek zafunkcjonował, i do roboty!
Widzieliście Drodzy Państwo, co zrobili ci bezczelni senegalscy kibice? Proszę sobie wyobrazić, że posprzątali po sobie na stadionie. Nie dość, że rytualnie się bawili, a ich piłkarze dali nam popalić, to jeszcze po zakończonym spotkaniu niemal wszyscy zaczęli zbierać puszki, konfetti, papierki i inne tam, na jedną wielką kupę. Cóż, powinni przyjechać do nas po naukę, u nas pod tym względem od dawna jedna wielka kupa. I kto tu ciemny lud?
Czekamy na niedzielny cud. Czy się wydarzy? Piłkarze twierdzą: tym razem nie zawiedziemy. Hmmm.... chyba już coś podobnego kiedyś słyszałem.
Czyżby trener Nawałka miał dokonać cudu? Że co, że zapomnijmy o Senegalu, bo dopiero od teraz wszystko się rozpoczyna - brzmią euforyczne zapewnienia. Uważajmy jednak, byśmy nie byli tymi knotami w zdmuchniętych świeczkach.  
Oglądałem cały sezon ligowy, włącznie z ligami zagranicznymi, brak formy u niemal wszystkich kadrowiczów aż nadto bił po oczach. Pisałem już o tym przed Mundialem. I naprawdę żaden Glik tu cudów nie zdziała.
Rosja wybija bezpańskie psy, na własne sumienie wciąga Syrię i uzurpuje sobie prawo do Krymu, a świat milczy i zadowala się pięknie zorganizowanymi igrzyskami. Jak łatwo można zatkać ludziom gęby. Wystarczy trochę świecidełek, sportowej rywalizacji, zdrowych emocji, by nie dostrzegać Putinowskiej retoryki. Niestety, ja także się na to łapię. 






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





wtorek, 19 czerwca 2018

pełna nawałka

Spa w Arłamowie, śniadania i obiady ze zdrowymi zbożowymi kiełkami, oczywiście tylko na konkretną godzinę, do tego w pakiecie wczasy kondycyjne, treningi przy aplauzie ściśle wyselekcjonowanych kibiców, ponadto codzienne konferencje o stanie zdrowia, samopoczucia, jak też gwarancje o chwilowej nietykalności swych żon, by tylko nikomu coś nie przeskoczyło. Nie ma sklepu, placówki pocztowej czy pubu, by nie poobwieszano ich szalikami, oblepiono nalepkami, a gdy kupisz bracie dwa piwska, za pierwsze zapłacisz jak za dwa, by później drugie mieć gratis. Wszytko wystrojone perfekcyjniej, niż choinki grudniowe. Nie ma galerii, by sami Lewandowscy ze swymi tatuśkami nie strzelali goli do mikro bramek przy stanowiskach operatorów sieci telefonii komórkowych.
Wszędzie tylko obietnic czar, a balonik puchnie, puchnie, puchnie, aż nadchodzi sądny moskiewski dzień, który spuszcza powietrze, i dupa blada. 
Trener Nawałka zabrał samych najlepszych. Kim są zatem ci, którzy tylko minimalnie w rywalizacji z nimi przegrali?
Jak sami Szanowni Państwo dostrzegacie, wysoki poziom gwarantuje tylko Nawiedzone Studio.
Dzisiejszy mecz był najbrzydszym w całym dotychczasowym Mundialu. Bowiem, dla obiektywnego widza, emocje jak na rybach.
Nie winiłbym za ten stan rzeczy samych Polaków, jednak Senegalczycy zrobili swoje, a zwycięzców się nie sądzi.
Przebudzenie przyszło po 70 minucie, gdy już niewiele dało się zdziałać. Serce więc boli, gdy gol kontaktowy pada na pięć minut przed definitywnym opuszczeniem kurtyny, a kiedy akurat rywale zaczynają się we wszystkim ślamazarzyć. Przeciągając i przeciągając. To taki moment w obronie wyniku, iż wystarczy tylko chuchnąć, a jeden z drugim będą się zwijać z bólu. Wówczas nie da się już złapać właściwego rytmu, a zegar na ekranie monitora przewrotnie zaczyna jeszcze przyspieszać.
Napisałem niedawno, że nie wygramy żadnego meczu, ale motyla noga, miałem nadzieję dostać za to po nosie, jednak piłkarze mnie "nie rozczarowują". Nie tylko po sparingach z Chile i Litwą (wygrana w dennym stylu) wiedziałem, że jest źle. To było widać w całym zakończonym sezonie. Niemal wszystkie te nasze harpuny bez formy. O ironio, Krychowiak wyszedł z nich wszystkich obronną ręką, a przecież tak niewiele brakowało, by grzał ławę. Być może żabojady z PSG postawią na tego Krychę.
Nadal będę trzymać kciuki, bo taką mam naturę. Naturę zwycięzcy. Nawet jeśli rozsądek podpowiada: są tak słabi, że nie mają prawa wyjść z grupy.
Nie pośpiewamy więc dzisiaj: hej ho, hej ho, na Moskwę by się szło....

P.S. A co do powyższej fotki... cóż, wściekam się, gdy widzę tych wszystkich niedzielnych kibiców-cebuloków, w tych ich bamberskich cylindrach profanujących Orła Polskiego, gdy zgodnym chórem skandują: Polacy, nic się nie stało, Polacy nic się nie stało... ale dzisiaj, to i ja sobie zadrwię.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






ROYAL HUNT - "Cast In Stone" - (2018) -








ROYAL HUNT
"Cast In Stone"
(EVOLUTION MUSIC) 

***1/2





Najnowsza płyta Royal Hunt dotarła do mnie z dalekiej Korei Południowej. Mogła z przynależnej grupie Danii, lecz pomimo wydanego tam efektowniejszego digipaku zostałbym ograbiony ze specjalnego dodatku, jakim koncertowa wersja "Step By Step". A tak swoją drogą, nie pojmuję, dlaczego żaden dystrybutor nie wziął pod swoje skrzydełka tego, było nie było, lubianego u nas zespołu.
Od kiedy powrócił najlepszy wokalista D.C.Cooper, akcje grupy zaczęły zwyżkować. Poprzednie trzy albumy autentico znakomite, ze szczególnym wskazaniem na "A Life To Die For". Szkoda więc, że najnowszy "Cast In Stone" już tylko ledwie poprawny. Co prawda, i na nim znajdziemy kilka okazów, jak galopujący rewelacyjny instrumental "Cast In Stone" - albumowy nr 1, lub otwierający płytę ponad 6-minutowy "Fistful Of Misery", czy po nim następujący "The Last Soul Alive". Także "The Wishing Well" niczego sobie. Ciekawie, choć już mniej efektownie prezentują się "A Million Ways To Die" oraz "Rest In Peace". Przy czym chaotyczne "Sacrifice" całkowicie odrzucam. Wychodzi na to, że połowa albumu na tak, jednak na zespołowe możliwości, to zaledwie połowa. Nie znajdziemy tu bowiem pretendentów na wiekopomne klasyki, rzędu: "Epilogue", "Far Away", "It's Over", "Clown In The Mirror", "Kingdom Dark", "One Minute Left To Live" czy nawet "May You Never (Walk Alone)" - biorąc pod uwagę również czasy współczesne.
Ekipa Andre Andersena nieprzerwanie gra stylowo, stosując ulubione żywe tempa, specyficzne zagrywki, motywy i akordy. Ich symfoniczny metal wydaje się nie do podrobienia. Serce rośnie, gdy Andre Andersen galopuje po klawiaturze niczym Mozart, któremu przychodzi zagrzać do boju armię Józefa II Habsburga. Bo choć Andersen z krwi i kości Duńczykiem, mocno sympatyzuje z twórczością mistrza Amadeusza - i to też słychać. Do czasu "Requiem" Mozart tworzył podniośle i radośnie, co także stoi domeną szefa "Królewskiego Polowania". I niech mu tego nikt nie próbuje wybić z głowy.
Na koniec podstawowej części dzieła otrzymujemy kontynuację "Save Me", jako "Save Me II". Nie wszystkim część pierwsza może być wiadoma, albowiem wydano ją w 2012 roku, tylko jako odosobniony "nowy track" na jubileuszowej kompilacji "20th Anniversary" - z racji 20-lecia zespołu. Drugą część "Save Me" charakteryzuje typowy dla Royal Hunt podniosły refren, ale też mniej spodziewane wspomagające D.C.Coopera żeńskie partie wokalne, w wydaniu niejakiej Alexandry Andersen - czyżby przypadkowa zbieżność nazwisk, a może...?
Nie jest źle, choć liczę, że następnym razem będzie jednak ciekawiej.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






poniedziałek, 18 czerwca 2018

zanim nastąpi jutro

Dawid Kownacki zapewnia, że ucieszy się nawet z dwóch minut spędzonych na boisku podczas Mundialu. Inni nasi piłkarze także deklarują: reprezentacja przede wszystkim. Jeśli naprawdę tak czują, jestem z nich dumny. Bo i ja uważam, że w życiu należy iść za potrzebą serca. Pieniądze nie są najważniejsze, choć faktycznie należy je mieć.
Wierzę, iż z Senegalem zagramy tak, jakby od tego zależały dalsze losy tego świata. Żyję nadzieją, że pokażemy ładniejszą piłkę niż dzisiejsza Anglia, która wyszarpnęła trzy punkty z Tunezją, choć zagrała jak nie Anglia.
Wczoraj w radio zapodałem piosenkę New Order "World In Motion", w której Bernardowi Sumnerowi w 1990 roku w chórkach potowarzyszyli m.in. Paul Gascoigne czy Chris Waddle. Mocny hit, tak więc popchnął Anglików do czwartego miejsca w Italii. Obecna kadra Wyspiarzy nie ma już takich indywidualności. Jeśli więc za bardzo się nie rozkręcą, a nam uda się wyjść z grupy (na nich trafiając), powinniśmy dać radę. Ambitna, choć taka sobie Tunezja, była o krok, więc my tym bardziej. Jednak respekt przed Harrym Kanem należy mieć.
Dobrze się stało, że mistrzostwa piłkarskie możemy oglądać wszyscy. Takich imprez nie wolno kodować. Każdy powinien mieć prawo obejrzeć w ramach płaconego abonamentu wszystkie spotkania. Dlatego obiektywne brawa dla TVP, że stanęli na wysokości zadania. Oczywiście nadal nie pozwalam sobą manipulować, dlatego oszczędzam nerwy i nie tykam TVP Info lub nierzetelnych Wiadomości, ale sport to sport, ten rządzi się swoimi prawami.
29 czerwca do sprzedaży trafi najnowsza płyta Dare. Nosić będzie znajomo brzmiący tytuł "Out Of The Silence" - tyle, że z dopiskiem "II". Nie pierwszy raz, kiedy ekipa Darrena Whartona poprawia dawną rzeczywistość. Przed kilkoma laty muzycy ci dokonali podobnego zabiegu z albumem "Calm Before The Storm", teraz zaś przyszedł czas na upamiętnienie słynnego debiutu z 1988 roku. Trzydzieści lat minęło, jest więc co świętować. Fajnie, choć nie znając jeszcze ostatecznego efektu, wolałbym posłuchać całkowicie premierowych piosenek. Po co poprawiać naturę, to się rzadko sprawdza. Niemniej, płytę zamówiłem, a więc czekamy, w Nawiedzonym na pewno poleci, wszyscy sobie ocenimy. Oby było równie pięknie, jak po ewentualnym jutrzejszym zwycięstwie.
W zapowiedziach fonograficznych zatrzęsienie. Na horyzoncie już widoczne okładki do nowych płyt U.D.O., Treat, Guild Of Ages, Dream Child (nowy projekt Craiga Goldy'ego), Uriah Heep, Roberta Berry'ego, Doro, The Night Flight Orchestra, Interpol, Mystery, De/Vision, reaktywowanych The Twins, solowego Biffa Byforda i wielu wielu innych. Niech tylko słońce świeci.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





PLENTY - "It Could Be Home" - (2018) -








PLENTY
"It Could Be Home"
(KARISMA RECORDS)

****1/2






"It Could Be Home" powinno ukazać się 30 lat temu, jednak z jakiś powodów powstałe wówczas kompozycje trafiły na długie lata do szuflady. Dopiero w 2016 roku Tim Bowness postanowił ponownie dać im szansę, nagrywając je raz jeszcze. Sesje ciągnęły się po rok 2017, ale warto było.
Tak wiele tu odniesień do późniejszych Talk Talk, niedocenianych u nas The Blue Nile, bądź twórczości Davida Sylviana, Daniela Lanois, czy nawet niektórych etapów Bryana Ferry'ego.
Już tylko z uwagi na obecność Tima Bownessa powinni tej płyty posłuchać wszelacy melancholicy. Jego głos mógłby służyć terapeutycznie. Jest w nim spokój, opanowanie, jakaś nieopisywalna błogość i zionące dobro. Nosi w sobie powab chmur i wydaje się lekki niczym Saturn, a więc mógłby się nosić po wodzie.
Płytę otwiera Rolling Stones'owskie "As Tears Go By", choć my tę piosenkę skojarzymy również z uroczej interpretacji Marianne Faiithull. Z okresu, kiedy jeszcze miała czysty głos. Późniejsze różne używki, w tym papierosy, zrobiły swoje. Dzisiaj kaszel Pani Marianny słychać już nawet w Kijowie. Ale powróćmy do "As Tears Go By"... w interpretacji wokalnej Tima Bownessa piosenka przybiera oniryczne odzienie rodem z No-Man, i poza znaną melodią, nic nie przywołuje skojarzeń z rockowym pierwowzorem. Po tak efektownym wstępie, później napotkamy już tylko na dzieła zespołowe panów, głównie Tima Bownessa oraz klawiszowca, gitarzysty, a także programatora perkusyjnego Briana Hulse'a, z niewielką pomocą basisty Davida K.Jonesa oraz gitarzysty Michaela Bearparka.
W "Hide" zrobi się żywiołowo. Oczywiście tak na miarę spowolnionego śpiewu Bownessa. Jednak piosenka zarysowuje się niemal rockowo, szczycąc się fajnym brzmieniem basu pod dawniejszych New Order. Płyta pomału nabiera rumieńców. Kolejnemu w zestawie "Never Needing", rytm nadaje powolny perkusyjny automat, a gdzieś w tle rozbrzmiewają pojedyncze akordy keyboardów, czasem jakieś rozmazane elektroniczne plamy, plus ledwie dostrzegalne skrzypce. Oczywiście bez głosu Bownessa nie byłoby tak pięknie. Dlatego dobrze, że mamy go na wyciągnięcie dłoni.
W "Broken Nights" maestro znowu nas zaczaruje swym natchnionym śpiewem, tyle że perkusja wyda się już nieco bardziej odważna. Tych sześć minut wciągnie bez reszty, sugerując nie koniec dalszych emocji. I takiej muzyki jest tu pod dostatek. Aż po finałowy i tytułowy "It Could Be Home". Ze szczególnym wskazaniem subtelnego piękna w "Foolish Waking" - gdzie gitara Michaela Bearparka bywa równie leniwa, co towarzyszące jej snujące się obłoki elektroniki. Nawet Bowness śpiewa tutaj jakby modlitewnie. To coś pomiędzy No-Man, a zespołami Memories Of Machines i Nosound, z którymi mistrzunio niegdyś współpracował. Chwilę później wyłoni się kolejne efektowne cudo, noszące tytuł "Strange Gods". Równie atmosferyczne, co poprzednik, jednak posiadające bardziej zagospodarowaną przestrzeń - z silniej wyeksponowanym basem, głośniejszym pianinem i wszędobylską elektroniką. Nasz wokalny bohater jednak nieprzerwanie śpiewa kojąco. On już po prostu tak ma, ale nie domagajmy się zmian.
Od całości klimatem odstaje jedynie "Climb". Ten żywy, niemal rockowy kawałek, zupełnie jakby nie z tej sesji. Przydałby się bardziej na jakąś odważniejszą, hałaśliwszą i mniej eksperymentalną płytę.
Jeszcze koniecznie zwróćmy uwagę na a'la Talk Talk'owe organy w "Every Stranger's Voice", a także na idealnie współistniejącą przesterowaną gitarę. W punkcie kulminacyjnym piosenki robi się naprawdę głośno. Nawet King Crimson nie powinni czymś takim pogardzić. Wspaniale, chce się wszystkiego posłuchać raz jeszcze.
"It Could Be Home", to album z ogromem pięknej muzyki. Niby takiej z dziedziny rocka, a przecież tak niewiele mającej z nim wspólnego. 






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






LUNATIC SOUL - "Under The Fragmented Sky" - (2018)








LUNATIC SOUL 
"Under The Fragmented Sky"
(MYSTIC PRODUCTION)

****1/2





Miał być maxi-singlowy suplement do ub.rocznego "Fractured", a wyszedł solidny, wyraźnie ponad półgodzinny mini album "Under The Fragmented Sky". Lecz co istotne, najnowsze dzieło Mariusza Dudy brzmi nadspodziewanie dobrze.
Lunatic Soul od Riverside różni supremacja ambientu, liryczności, kameralności i jeszcze większego mroku. Maestro Duda potrafi nadać temu skromnemu projektowi niemal hipnotyzujący nastrój. Zresztą, w ogóle jego kompozytorstwu powinno się wyryć sztancę, by służyła za wzór następnym pokoleniom.
Duda od lat wykonuje tytaniczną pracę, przez co stał się w rodzimym szeroko pojętym art rocku, prawdziwym hegemonem. Jego wrażliwości, a i wrodzonego geniuszu, nie da się wycenić, więc trzymajmy kciuki by nie zwalniał. Niech brnie dalej, i dalej...
Od lat nie znajduję na polskiej scenie muzycznej zjawisk fascynujących, właśnie za wyjątkiem Mariusza Dudy. Ten, niczym samotny żagiel, z dumą dryfuje po bezkresie wód, dzielnie broniąc polskiej floty przed zatonięciem.
Najnowszych osiem kompozycji powinno zaciekawić nie tylko wielbicieli rockowego lica Dudy, albowiem Artysta podobne myślenie także przerzuca na grunt elektroniki czy ambientu. Tutaj jednak warstwa rockowa bywa śladowym dodatkiem.
Całości słucha się jednym tchem, jednak polecam szczególną uwagę na tej w przeważającej mierze instrumentalnej płycie, poświęcić zaśpiewanemu na dwa głosy "Trials" - który wciąga swym hipnotycznym nastrojem. Chwilami wręcz przywołując wspomnienia ze słynnej ścieżki do filmu "The Sorcerer" (u nas jako "Cena strachu") - autorstwa Tangerine Dream. Z kolei, zamykającemu całość, a także wokalnemu "Untamed", wydaje się najbliżej do estetyki Riverside. I jeszcze jeden śpiewny fragment zasługuje na odnotowanie, jest nim tytułowe "Under The Fragmented Sky". Utwór niewinnie konstruuje się za pomocą gitary akustycznej, do której dobija wokalny dwugłos, by gdzieś pomiędzy lewitowała wytłumiona elektronika oraz naznaczone smutkiem piano - wciągające.
Jednak na tej płycie wcale nie śpiew odgrywa nadrzędną rolę. Słuchacz nawet odnosi wrażenie obcowania z dziełem instrumentalnym. Tak wiele za pomocą dźwięków Duda ma tutaj do powiedzenia. Opus Magnum w tej materii, wydaje się blisko 8-minutowe "The Art Of Repairing". Utwór, którego nie powstydziłby się w okresie "Dune" sam Klaus Schulze, jak też Tangerine Dream w świetlistych czasach płyty "Stratosfear". Także w tej kompozycji pojawia się głos Mariusza Dudy, lecz już tylko pełniąc rolę wtopionych w sequencery i syntezatory wokaliz. Tym samym stając się kolejnym instrumentem w całej tej układance.
Zdobyłem kompakt z ponad dwutygodniowym poślizgiem, nie spodziewając się cudów. Nie było więc spieszno, a tu proszę: taka niespodzianka.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 17 czerwca 2018 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 17 czerwca 2018 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski

prowadzenie: Andrzej Masłowski







V/A - "Gloryland - World Cup USA '94" - (1994) -
THE CROWD - Anthem (Olé, Olé, Olé, Olé / Aida)
THE MOODY BLUES - This Is The Moment

EMBRACE - "World At Your Feet" - (2006) -
World At Your Feet

NEW ORDER - "World In Motion" - (1990) -
- World In Motion

V/A - "The Official Album Of The 2002 FIFA World Cup" - (2002) -
VANGELIS (featuring KODO / KIM DUK SOO) - Anthem - The Official Anthem Of The 2002 FIFA World Cup - {orchestral version with choral introduction}

FOREIGNER - "Foreigner With The 21st Century Symphony Orchestra & Chorus" - (2018) -
- Say You Will
- Starrider
- Double Vision

JOHN WAITE - "Rover's Return" - (1987) -
- These Times Are Hard For Lovers

RSO - "Radio Free America" - (2018) -
- Take Me
- Masterpiece
- One Night Of Peace
- Blues Won't Leave Me Alone

PRAYING MANTIS - "Gravity" - (2018) -
- Mantis Anthem

SAXON - "Killing Ground" - (2001) -
- Court Of The Crimson King - {King Crimson cover}

APRIL WINE - "Harder.....Faster" - (1979) -
- 21st Century Schizoid Man - {King Crimson cover}

JAN AKKERMAN - "The Golden Years Of Dutch Pop Music" - (2017) -
- House Of The King - {JAN AKKERMAN, singiel 1973}

ARAGON - "Don't Bring The Rain" - (1990) -
- The Cradle

LUNATIC SOUL - "Under The Fragmented Sky" - (2018) -
- Trials
- The Art Of Repairing

PLENTY - "It Could Be Home" - (2018) -
- As Tears Go By - {Rolling Stones cover}
- Foolish Waking
- Strange Gods

KING CRIMSON - "Lizard" - (1970) -
- Lizard
a) Prince Rupert Awakes
b) Bolero - The Peacock's Tale
c) The Battle Of Glass Tears
    I) Dawn Song
    II) Last Skirmish
    III) Prince Rupert's Lament
d) Big Top

KING CRIMSON - "The Great Deceiver" - (1992) -
CD 1: Things Are Not As They Seem...
recorded at the Palace Theatre, Providence, Rhode Island, United States, 30 June 1974
- Starless

====================================
====================================


JON HISEMAN 
(21.VI.1944 - 12.VI.2018)

kącik poświęcony Artyście




COLOSSEUM - "Those Who Are About To Die Salute You - Morituri Te Salutant" - (1969) -
- Debut
- The Road She Walked Before
- Those About To Die

COLOSSEUM - "Daughter Of Time" - (1970) -
- Time Lament
- Theme For An Imaginary Western

====================================
====================================

CIELO Y TIERRA - "Heaven And Earth" - (1996) -
- La Segunda Oración (remix) - śpiew PEDRO VADHAR & JON ANDERSON






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"