czwartek, 27 lipca 2017

fotka z Gruzji


Znajomy, a pewien pisarz, wybrał się z rodzinką na wakacyjny podbój Gruzji. W konsekwencji podesłał mailowo górską fotkę z pozdrowieniami, plus foto-reklamówkę pewnego sklepu muzycznego, jaki tam napotkał. Okazuje się, że sylwetka Steve'a Jonesa nie tylko mnie patronuje. Zastanawiam się, czy może w takim układzie jest gdzieś jakakolwiek audycja, którą każdego tygodnia rozpoczyna "Sierra Quemada" Steve'a Hacketta?
Do urlopu pozostało kilka dni. Tęsknię za morzem coraz bardziej. Muszę tylko jeszcze dokupić kilka butelek whisky, by było piękniej. Ostatnio dużo popijam. Może nawet zbyt dużo. Kto wie. Ale co tam, gdy spoglądam wokół, z butelczyną najlepiej.
Dziś 30-lecie obchodzą cztery świetne płyty: Triumph "Surveillance", Dead Can Dance "Within The Realm Of A Dying Sun", 10,000 Maniacs "In My Tribe" oraz Starship "No Protection". Wszystkie znakomite, choć kompletnie od siebie różne. Wyłapałem przez przypadek. Siła internetu. Choć przecież dużo lepiej bywało bez niego. Wszyscy byliśmy inni - pokorniejsi i wrażliwsi. Teraz tylu mądrali, że się tylko panoszą.
Muzyka na dziś: Lebowski z płyty "Lebowski plays Lebowski". Wróciłem do niej po kilku tygodniach. Dobrze się stało.
Nie znoszę formy: "miłego dnia", więc dla Szanownych Państwa: "wszystkiego dobrego".


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





wtorek, 25 lipca 2017

STYX - "The Mission" - (2017) -









STYX
"The Mission"

(UMe, czyli UNIVERSAL MUSIC ENTERPRISES)
****




Gdy jako czternastolatek zdobyłem na winylu świeżutką "Cornerstone" zrozumiałem, że mam do czynienia z zespołem nieprzeciętnym, a przecież nadal żyłem w nieświadomości istnienia wcześniejszego "The Grand Illusion" - w zasadzie najbardziej cenionego dzieła Styx. I zapewne po dzień dzisiejszy nim jest, ja jednak największym sentymentem darzę pierwsze oczarowanie - za sprawą owego "Cornerstone". To, jeśli nawet niedoskonałe, w sercu po kres dni. Nigdy nie wymażę z dawnych kart pierwszego kontaktu z finalizującą stronę A, na pół harcerską balladą "Boat On The River", czy innych przebojowych równie wspaniałych piosenek, w rodzaju: "Babe", "Why Me" lub "Borrowed Time". Oczywiście chwilę później już musiałem poznać całą resztę dorobku tej niecodziennej prog rockowej formacji. No i co z tego, że amerykański prog, to zupełnie inna bajka, niż te wszystkie nasze staro-kontynentalne Emersony, Yesy czy PinkFloydy. Pamiętam wzgardy i wszelakie złośliwe przytyczki, gdy tylko ktoś ujawnił sympatie względem zzaoceanicznego rocka, że wspomnę nazwy: Styx, Boston, Starcastle, April Wine, Triumph lub Journey. Jakakolwiek by to odmiana rocka nie była, zawsze musiało się jej dostać. Na szczęście w nosie miałem postękiwania tych wszystkich "znawców", obierając własny kurs, dzięki czemu nie ominęło mnie tyle dobrego. Chociaż na najnowszy twór Styx, też już dzisiaj spoglądam zupełnie inaczej. Sam się przecież mocno zestarzałem, i choć bym pragnął, nie jestem w stanie wykrzesać z siebie młodzieńczych, niczym nieskażonych emocji. Te pozostawiam nowym odkrywcom.
Szkoda, że już w zespole nie ma Dennisa DeYounga. I choć wiadomy to fakt od dawien dawna, jakoś trudno się z nim pogodzić. Na szczęście nadal ładnie śpiewa jego były konkurent Tommy Shaw, a i całkiem dobrze wkomponował się w zespołowe ramy Larry Gowan, którego pamiętam jeszcze w czasach pre-Styx'owych, gdy nagrywał piękne płyty w asyście Jona Andersona, Tony'ego Levina czy Alexa Leifsona. Tak tak, warto się nimi zainteresować, gdyby niechcący uszły czyjejś uwadze. Warto również słówko o samym Larrym (vide Lawrence'sie) Gowanie. Ten urodzony w Szkocji kanadyjski muzyk, osiadł już dawno temu w Stanach Zjednoczonych, co także w dużej mierze ułatwiło wysunąć jego talent. Zanim stał się pełnoprawnym członkiem Styx pełnił rolę supportu przed występami swoich obecnych zespołowych kolegów. Mniej więcej dwadzieścia lat temu Tommy Shaw dostrzegł jego cenne pokłady i chwilę później zaprosił do współpracy, a gdy Dennis DeYoung postanowił działać na własną rękę, Larry'ego oficjalnie wciągnięto do line-upu.
Styx długo się nie odzywali. Co prawda okazjonalnie koncertowali, jednak płytowo zawiesili korki na haku za sprawą płyty "Big Bang Theory" w 2005 roku. I to też nie była zwyczajna płyta, a usłana samymi coverami. Gdyby zatem poszukać tej naprawdę ostatniej, z materiałem w pełni premierowym, to staje na "Cyclorama" z 2003 roku. A to przecież też żadne arcydzieło. Tak naprawdę za ostatnią udaną płytę wypada uznać "Edge Of The Century". Wydaną, uwaga! - 27 lat temu. Dlatego na wieść o nadchodzącej "The Mission" przebierałem z ciekawości stopami. I oto jest, czternasty studyjniak w karierze. Konceptualny, opowiadający historię misji na Marsie. Choć to, jakby ważne najmniej. Kogo by zainteresował ów temat, gdyby muzyka nosiła szczerb na przedzie. Na szczęście płyta klasowa. Dobrze, niech będzie, nie ma szans z "Cornerstone", "Paradise Theater" czy "The Grand Illusion", ale to wreszcie tacy Styx, jakich lubię. Pełni zwrotów akcji, ładnych melodii, "tych" niezwykłych chóralnych wokaliz, plus syntezatorowego brzmienia - z nostalgią przywołującego okres 70/80's - czyli najlepszego dla dziejów muzyki. Przynajmniej wedle mojej skromnej opinii.
Na pierwszy singiel wybrano rockowy, a czasem nawet szaleńczo rozpędzony i króciutki zarazem "Gone Gone Gone", którego walor można jeszcze bardziej docenić, gdy posłuchamy go z inicjującą całość uwerturą. Fajną ma tę chrypkę Larry Gowan. No i brawo dla Tommy'ego Shawa, że pozwolił młodszemu koledze zainicjować wokalnie ten album. Później już obaj śpiewają przemiennie - no, może jedynie za wyjątkiem piosenki "Trouble At The Big Show" - w której przypomina się gitarzysta i od zawsze okazjonalny śpiewak James Young. I właśnie po tym fragmencie proszę dobrze nastroić uszu - trzy kolejne piosenki, doprawdy kapitalne. Tryptyk rozpoczyna podszyta organami i syntezatorem ballada "Locomotive" (tu wypada jeszcze podkreślić doskonałe partie chóralne oraz niemal obłędne, choć niestety zbyt przykrótkawe gitarowe solo), po czym kolejny klejnot "Radio Silence" (z podobnymi walorami i także zaśpiewany przez Tommy'ego), a na jego koniec wokalny duet Gowana i Shawa w "The Greater Good". To też ballada. Podniosła i malownicza, podszyta gitarą, pianinem, organami i także chwytającym za serce solem gitarowym. Już tylko dla tego fragmentu warto otworzyć przez lata uśpione zmysły. I choć już nie znajdziemy na "The Mission" równie porywającego kwadransa, nadal będziemy obcować z płytą zapierającą dech. Lecz pozostałą resztę pozostawię już uwadze Państwu Szanownym.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




poniedziałek, 24 lipca 2017

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 23 lipca 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań







"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 23 lipca 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Szymon Dopierała
prowadzenie: Andrzej Masłowski






AXE - "The Crown" - (2000) -
- Torturous Game

JUDAS PRIEST - "Screaming For Vengeance" - (1982) - 35-lecie albumu
- Screaming For Vengeance
- You've Got Another Thing Coming
- Fever

JORN - "Life On Death Road" - (2017) -
- Dreamwalker

STEELHEART - "Steelheart" - (1990) -
- Love Ain't Easy
- Can't Stop Me Lovin' You

RIVERDOGS - "California" - (2017) -
- American Dream

QUIET RIOT - "Condition Critical" - (1984) -
- Condition Critical

QUIET RIOT - "Metal Health" - (1983) -
- Cum On Feel The Noize - {Slade cover}
- Thunderbird - {dedykowany Randy'emu Rhoadsowi}

OZZY OSBOURNE - "Blizzard Of Ozz" - (1980) -
- I Don't Know

BLVD. - "Blvd." - (1988) -
- In The Twilight
- Missing Persons

ICEHOUSE - "In Concert" - (2015) -
- Hey, Little Girl
- Electric Blue
- Man Of Colours - {główny wokal MICHAEL PAYNTER + dodatkowo IVA DAVIES}
- Don't Believe Anymore
- Great Southern Land

SANTANA - "Santana IV" - (2016) -
- Anywhere You Want To Go
- Sueños

SANTANA - "Abraxas" - (1970) -
- Black Magic Woman / Gypsy Queen - {Fleetwood Mac cover / Gabor Szabo cover}
- Oye Como Va - {Tito Puente cover}

SANTANA - "Inner Secrets" - (1978) -
- Life Is A Lady / Holiday
- The Facts Of Love

KAYAK - "Eyewitness" - (1981) -
- Ruthless Queen

MOSTLY AUTUMN - "Sight Of Day" - (2017) -
- Hammerdown

PRISTINE - "Ninja" - (2017) -
- Ocean - {utwór dodatkowy}

KAYAK - "Merlin" - (1981) -
- The Sword In The Stone
- The King's Enchanter
- Niniane (Lady Of The Lake)

PETER PANKAS JANE - "Live At Rockpalast - Bonn 2004" - (2017) -
- Hangman

V/A - "MTM Ballads Volume 2" - (1999) -
HARLAN CAGE - Making My Way Back To You - (oryginalnie na albumie "Forbidden Colors")






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




Tak było w sobotę 22 lipca 2017
jak wyżej


niedziela, 23 lipca 2017

JORN - "Life On Death Road" - (2017) -








JORN
"Life On The Road"
(FRONTIERS RECORDS)
***




Jorn Lande jest właścicielem niezłego głosu. Niegdyś nawet wróżono mu sporą karierę, która jednak stanęła na poziomie rozpoznawalności. Miał być drugim Davidem Coverdalem, a niektórzy wznosili go nawet na poziom Ronniego Jamesa Dio. Niestety Jorn nie bardzo znalazł receptę na władanie tak gardłowym atrybutem, a przecież próbował w tuzinie przeróżnych projektów, m.in w Ark, Masterplan, Beyond Twilight czy Allen/Lande. Ten ostatni, akurat okazał się jednym z najlepszych, o ile nie naj naj naj, co wydaje się po równi zasługą innego dobrego głosu, jakim dysponuje Russell Allen - ostatnio mocno poturbowany w wypadku, w którym zginął na miejscu jego zespołowy kompan z Adrenaline Mob - basista David Zablidowsky.
W roku ubiegłym grupa Jorna Landego opublikowała bardzo fajną płytę "Heavy Rock Radio", na której zaprezentowała same przeróbki. Wśród nich m.in. covery Eagles, Dio czy Iron Maiden, ale także zawierająca pozarockowy repertuar (przyrządzony jednak na metalową modłę), choćby z dawnych objęć Fridy czy Kate Bush. Podobały mi się tamtejsze gitary Tronda Holtera (muzyka Wig Wam), który do tematu podszedł solidnie, bez usilnych fajerwerków, co tylko całości wyszło in plus. Tym razem za gitarę chwycił równie doświadczony Alex Beyrodt (przywódca Voodoo Circle), który przyłożył do pieca, że aż zatrzęsło. Tylko co z tego, skoro Jorn nie ma "tej" ręki kompozytorskiej. W niczym także nie jest w stanie pomóc wzięty (szczególnie ostatnio) Alessandro Del Vecchio, jeśli przypada mu jedynie rola kompozytora pomocniczego.
Jorn wniebogłosy szarpie gardłem, gdyby ktokolwiek dotąd jeszcze nie dostrzegł jego walorów, i na tym sprawa się kończy - wszak z kompozytorską mocą kiepsko. Nie tylko zresztą z nią, albowiem cała sekcja, choć tnie równo, niestety zapomina, że samym hałasem dzieł się nie czyni. I "Life On Death Road" mocno na to cierpi.
Płyta się nawet nieźle zaczyna. Pierwsze dwa numery, w tym ponad 7-minutowy tytułowy "Life On Death Road" oraz o blisko dwie minuty krótszy "Hammered To The Cross (The Business)", troszkę pobudzają zmysły i wyostrzają apetyt. Niestety później już słabiutko. Mierne melodie kompletnie nie przykuwają uwagi, a takie gitarowe rzeźbienie (czasem podszyte klawiszem), w dużo jaśniejszym sznycie, to ja mam u wczesnych Dio, Whitesnake czy Rainbow.
Gwoli sprawiedliwości, należy tu jednak dostrzec jeszcze wspaniałą majestatyczną balladę "Dreamwalker", plus inną, taką na pół palącą w przełyku "The Optimist". Przy czym ta druga zasługuje na miano poprawnej. Do wybitności droga kręta.
Szkoda fajnego pomysłu i autobiograficznego wątku z piosenki "Man Of The 80's" - przyprawionego zbrodniczo średnią melodią. Gdy się lirycznie wkracza na teren młodzieńczych wspomnień, choćby względem Marilyn Monroe czy Jamesa Deana, przywołując zarówno pamięć berlińskiego Muru oraz smaku dawnych marzeń, to trzeba coś takiego opatrzyć porażającymi nutami. W tej materii odsyłam do ponad trzydziestoletniego metalowego hymnu "Stars" - jednorazowego charytatywnego tworu Hear'n'Aid - diabelskiego dzieciątka Ronniego Dio.
Cóż... nadal będę wypatrywać Jorn'owskiego dzieła życia, pomimo brutalnie upływającego czasu.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






dziś super rarytas z Australii

Dlaczego warto posłuchać dzisiejszego Nawiedzonego Studia? Bowiem nigdzie w ten wakacyjny czas nikt nie zagra niczego lepszego. Ot, cała filozofia. Ale ale ale... ale na dobitkę mam w rękawie dodatkowy atut, którego nikt nie wyszarpnie, a jest nim pewien podwójny album wydany jedynie w Australii, i śmiem twierdzić, że nikt go wcześniej z prawdziwych płyt w kraju nie zaprezentował. Sporo tam piosenek do koniecznego posłuchania, ale jedna TAKA, że już doczekać się nie mogę. I jeszcze jedno, nie usłyszycie mili Państwo głosu Zbigniewa Ziobry, ni Jarosława Kaczyńskiego. Nie potrafiłbym nikomu popsuć tak pięknej nadchodzącej wieczoro-nocy. Zresztą te kryminalne typy niebawem ugrzęzną w pierdlu - trzymam kciuki!
Dzisiaj za sterami konsolety Szymon Dopierała. Będziemy popijać Pepsi Colę i obżerać się czekoladą - to Szymkowi obiecałem. On taki łasuch, jak ja. Tyle, że mnie nie przystoi wsuwać w trakcie działań wielbionego szaleństwa za dużo. Później się czka, a to bardzo nieładnie i lekceważące względem słuchacza.
Zapraszam o 22.00 na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl...
...będzie wspaniale, obiecuję!





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"













piątek, 21 lipca 2017

a karawana brnie

Nie było wczoraj nastroju o muzyce, mordy wy moje mordeczki zdradzieckie - bo tak powinniśmy się do siebie zwracać Szanowni Państwo. Atmosfera ostatnich dni wzbudza niepokój. Przyzwoitość zatrzasnęła drzwi na cztery spusty. Polityczni bandyci zawłaszczają nasze wolne Państwo, co nie wszyscy dostrzegają.
Celebrowanie 70-tki Carlosa Santany zbiega się z informacją o śmierci wokalisty Linkin Park - Chestera Benningtona. Szkoda chłopiny. Zawsze przy tego typu zdarzeniach zastanawiam się, czy samobójca wie, że nim jest, tylko czyha na odpowiedni moment, a może jedynie zła chwila go takim czyni. Gdy pomyślę o Keithie Emersonie, Bradzie Delpie czy Woollym Wolstenholmie.... Wszyscy muzycznie spełnieni, a jednak było coś, co nie czyniło z nich szczęściarzy.
Przyznam, że do wczoraj nie pamiętałem nazwiska lidera Linkin Park, choć w swoim czasie naprawdę postarałem się posmakować muzyki tego ogromnie popularnego zespołu. Mój Syn Tomek ma nawet kilka płyt, ale do mnie twórczość tego bandu nigdy nie przemawiała. Wiem jednak, że fani Linkin Park stają teraz przed ciężkimi dniami. Szczerze współczuję.
70-urodziny Carlosa Santany przez powyższą wieść troszkę zeszły na drugi plan. W Nawiedzonym na pewno szepnę muzyczne słówko o mistrzowskim latynowskim rocku, który muzyk uprawia od pięciu dekad. Bardzo lubię jego pierwsze cztery płyty, choć pomiędzy "Caravanserai" a wcześniejszymi trzema, stoi mur stylistyczny. Cenię również kilka późniejszych płyt z lat 70/80-tych, choć miewam kłopot z wieloma ostatnimi. Wyjątkiem udana "Santana "IV", którą się muzyk zrehabilitował po słabiznach, typu: "Corazon" czy kompletnie nędznymi coverami na "Guitar Heaven".
Muzyka na dziś: Santana "Caravanserai". Fantastyczny album. Niemal w całości instrumentalny. Tylko z niewieloma wokalnymi wtrętami Gregga Roliego, Rico Reyesa czy samego Carlosa. Odskoczyli tutaj w stronę jazzu, a ja przecież nie słucham jazzu. Bywają wyjątki, oto jeden z nich. Niezwykle smakowicie podany jazz w rockowej oprawie, pełen pięknych motywów, melodii i niepowtarzalnego nastroju. Szkoda, że w tym tonie grupa nie nagrała więcej podobnych rzeczy. Owszem, był epizod z Johnem McLaughlinem i wiele równie pięknej muzyki na "Welcome" czy "Borboletta", lecz to już były nieco inne płyty. Ano właśnie, bo choć Santana "babrał" się w jednym słusznym sosie, to zawsze czymś zaskakiwał. Poszukiwał, szedł do przodu, nawet jeśli nie wszyscy to akceptowali. Dlatego bardzo fajne płyty, w rodzaju: "Inner Secrets", "Beyond Appearances" czy "Marathon", mają tak niewielu entuzjastów. Choć pamiętam za szczeniaka, jak wielokrotnie widywałem okładkę "Inner Secrets" w lokalnym Wawrzynku. I teraz nie wiadomo, czy tylu ją kupowało, czy tyluż samo próbowało się kamlota pozbyć. Było trochę takich płyt, których nikt nie chciał, i kto wie, czy to nie jedna z nich.
Wracając do "Caravanserai"... mówimy o bardzo nieradiowej płycie. Czyli takiej, której należy posłuchać w całości. Wyrywanie z niej strzępów w celu prezentacji, po prostu zabija jej czar. A dzisiaj nie prezentuje się całych płyt. Nie dlatego, że nie można, bo jak najbardziej tak, lecz kto by wysiedział przy odbiorniku jednym ciągiem czterdzieści minut czegoś, co na każdym strumieniowym portalu bez najmniejszej łaski. Poza tym, prezenter lubi pogadać o muzyce, którą kocha. Do takowych ja także należę.
Życzę przyjemnego wolnego czasu i do niedzielnego usłyszenia...






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




środa, 19 lipca 2017

"letnie pojednanie"

Gorące polityczne lato. Zarówno w Sejmie, jak i pod nim.
Zaraz zaraz, jak to wczoraj było: "zdradzieckie mordy", "jesteście kanaliami", .... Szeregowy poseł Kaczyński odniósł się do opozycji z typową dla siebie wrażliwością. Wczorajszy parlamentarny dzień był po prostu smutny.
Kogo poseł Kaczyński tak się boi, że przed Sejmem stawia barierki. Opozycja otoczona Strażą Marszałkowską i Policją, jak by byli jakimiś zbrodniarzami. Z kolei przywoływana do ludu jedyna słuszna opcja, boi się do niego wyjść. A to przecież lud, którego nikt nie potrzebował zwozić z całej Polski autokarami. Sami się poczuli.
Panie pośle Cymański, pan zwróci uwagę swemu zwierzchnikowi - panu Kaczyńskiemu, by ludziom mord nie przyprawiał. Pan tak ładnie potrafi się uśmiechnąć, nawet gdy złość się wylewa. Bo przecież PiS w wyborach obiecywało pojednanie. Pamiętam. Nie obiecywało podziału, który to podział mu wyszedł, jak nikomu dotąd.
Jarosław Kaczyński dostaje na mównicy wytrzeszczu oczu i wylewa żółć. Nie trzeba było rozkazywać bratu lądowania w Smoleńsku - naprawdę. Pan Prezydent by żył, żyło by jeszcze pozostałych dziewięćdziesiąt pięć osób. Nie musiał by pan przerzucać niczego na innych. Nie musiała by pana partia ogłupiać narodu. Choć w ponad trzydziestu procentach cel osiągnęliście. Ale nie wszyscy za pięćset złotych dali dupy. Nie wszyscy się skurwili. Ludzie przyzwoici mają dobre serca i myślą.
Dziękuję gorszemu sortowi, jak też wszelakim lewakom i innym zdrajcom, za uczestnictwo w ostatnich protestach. W was (tj. w nas) jedyna nadzieja. Jeśli pękniemy, pozostanie już tylko przymusowe wieszanie portretów braci Kaczyńskich w szkołach, urzędach, plus comiesięczne wiece gloryfikacyjne.



Andrzej Masłowski

wtorek, 18 lipca 2017

35 lat "Screaming For Vengeance"

Niegdyś prawie każdy młodziak z jajcami słuchał metalu, a jeśli nawet nie, to przynajmniej nie schodził poniżej pewnego muzycznego poziomu godności. Gdy zatem docierają do mnie wieści, że w tak zacnym miejscu jak Jarocin, jedną z gwiazd ostatniego festiwalu, był pewien rapowy syf - którego nazwy celowo nie wymienię, by mi blogowa wyszukiwarka nigdy nie postawiła tej nazwy przed oczyma - to tęsknię za tamtymi latami jeszcze mocniej. Tak samo, jak myślami jestem dzisiaj (a raczej wczoraj) przy "Screaming For Vengeance", które rodziło się na moich niespełna siedemnastoletnich oczach, dokładnie 17 lipca 1982 roku.
35 lat minęło. O kurcze, jak szybko.
Dla większości metalowej braci "Screaming..." jest jedną z najlepszych Dżudasowych płyt, o ile nie najlepszą. I trudno to podważać. Fakty okrutnie przemawiają na korzyść tego genialnego tworu. Bierzcie wszyscy i uczcie się. Tak się gra metal!, a jeśli nie potraficie, to odstawcie gitary na hak i posłuchajcie, jak nóż skrawa metal bez chłodziwa.
Płyta równie gorąca, co hiszpański temperament studia, w którym powstawała. Pod czujnym okiem zasłużonego Toma Alloma - metalurgicznego masochisty, który Judas Priestom wyprodukował więcej płyt, niż ty bracie zjadłeś kotletów. A gdy do jego zasług dołożymy jeszcze pojedyncze akcenty, choćby u boku Krokus, Y&T lub najwcześniejszych Def Leppard, to wiadomo, że nie przelewki. No, gdyby komuś było mało, niech jeszcze uwzględni spore zasługi Alloma przy pierwszych płytach Black Sabbath, na których facet pełnił rolę inżyniera dźwiękowego.
"Screaming...." od początku obnaża wielką formę Halforda i jego kompani. Podniosłe pół minutowe intro "The Hellion", po chwili urwane rytmicznymi rozpędzonymi gitarami w "Electric Eye", dają niezłego kopa na początek. Ten wspaniały kawałek byłby jeszcze szybszy, gdyby nie z lekka spowolniony refren - ale względem zapamiętywalnej melodii tak właśnie być miało. Po czym jest jeszcze szybciej, a to za sprawą "Riding On The Wind". Bez wytchnienia po garach daje Dave Holland, gitary Downinga i Tiptona tną jak osy, a Halford wypluwa płuca. Cóż za gardłowy brzeszczot. Nie na darmo jest się najlepszym śpiewakiem na polu dyskretnego szczęku blach. A później już każdy wie... "Bloodstone" - z wyskandowanym refrenem "...bloodstone, bloodstone...", bądź niby chwila wytchnienia z pozoru w łagodniejszym "(Take These) Chains". Dla mnie to piękna melodia i hit, że strach. Zresztą promotorzy, wówczas jeszcze z ułamkiem dobrego gustu, wznieśli go na singla. Tak samo, jak wspomniany już "Electric Eye", i niedoszły hymn amerykański "You've Got Another Thing Comin' ". Bo, gdyby Dee Snider z Twisted Sister kilka lat później wygrał prezydenturę, to zmienił by go, wedle przedwyborczych obietnic. Na pewno Ameryka nie byłaby już taka sama. Tym bardziej, że Dee Snider groził wówczas zakazem emitowania w mediach piosenek Michaela Jacksona. Ufff, może i dobrze, bo ja tam lubię Michała Jackowskiego. Obecnie przydałby się taki drugi Snider, albowiem ten obecny grzywacz Trump, to jest dopiero istny "Thriller".
Nastawcie sobie mili Państwo (szczególnie dzisiaj) tytułowe "Screaming For Vengeance", i wszystkie już wymienione, plus mego ulubieńca "Fever". Ten podszyty grozą chórek zawsze wywoływał we mnie przyjemne ciarki - i nic się nie zmieniło.
Judas Priest to taki band, którego kocham niemal każdą płytę, i nic na to nie poradzę. Nie wiem dlaczego ich wielbię, a takich Slayerów czy Anthraxów jakoś nie. Z czego to się bierze, nie potrafię wyjaśnić. To działa mniej więcej na podobnej zasadzie, co miłość do czekolady i truskawek, a wstręt do bananów i bobu.
Od dzieciaka elektryzowała mnie twórczość Dżudasów. Jako trzynastolatkowi wpadła w szpony "Sin After Sin", no i się zaczęło. Chwilę później koncertowa "Unleashed In The East", a tyciu później "British Steel" i "Point Of Entry". I właśnie ta ostatnia jest jedną z najbardziej sponiewieranych w dorobku Birminghamczyków. Wściekam się, gdy ludzie masakrują tę płytę. Byle co jedzą i byle co gadają. Częstokroć odnoszę wrażenie, że w ogóle jej nie znają, tylko przepisują głupoty po jeszcze durniejszych "znawcach" krytykach. Jak można nie klęknąć przed lutami, typu: "Heading Out To The Highway" i "Hot Rockin' ", czy równie obłędnym i w pewnym sensie dostojnym "Desert Plains", albo przed na pół skocznym finałem "On The Run" - ależ tutaj Halford śpiewa!. Nie o "Point Of Entry" jednak być miało. Jednak wiem, dlaczego tak jest. Przez ten jeden rok Judas Priest przeszli ewolucję/rewolucję z hard rockowego bandu, gdzieniegdzie tylko rozpędzonego, do pełni dojrzałej metalowej machiny. Na "Screaming..." grupa rzeczywiście zadała potężny cios. Bez wątpienia jest to jedna z tych płyt, która wywarła wielki wpływ na podwaliny thrashowe. Bo choć Metallica rok później przywaliła rewelacyjnym "Kill 'Em All", to w tym konkretnym czasie jeszcze waliła w pieluchy.
Nie ulega wątpliwości, nie można uważać siebie za metalowca z krwi i kości, jeśli się nie poszło do łóżka ze "Screaming...", albo przynajmniej nie straciło z nim cnoty.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 17 lipca 2017

Kilimandżaro

Miłych akcentów ciąg dalszy. Na ulicy w południe napotyka mnie pewien jegomość - Słuchacz znaczy - i podając dłoń zarzuca: "bardzo fajna audycja wczoraj". Pięć wieczoro-nocnych godzin w Aferze miało sens - dziękuję.
Słońce przemyka przez chmury nieśmiało, zupełnie jak całe dotychczasowe lato. Szkoda, że takie sobie, ale i tak bym gdzieś pojechał. Gdziekolwiek, gdzie na kilka dni zanurkowałbym w ciszy, w okowach przyrody. Są takie miejsca? Czy już cywilizacja wdarła się wszędzie?
W przyszłym roku musimy z Żonką posmakować włoskiego temperamentu, ale w tym jeszcze ukochana Polska. Najlepiej nadmorska, bo gór nie lubię. Góry piękne jedynie na pocztówkach. Dostojne, wzbudzające respekt, lecz mnie ku nim nie ciągnie. Kocham gorący piasek, ogrom falistej słonej wody, a nawet trochę chamstwa, które hałasuje po jednym piwsku.
Wiedziałem, że zaskoczę z Mostly Autumn. Nikt się nie spodziewał. Nie chwaliłem się, bo by mnie pospieszano. A ja nie znoszę tych dźgań kolanem w pośladki: "już posłuchałeś, no i jak?". W dwa dni po premierze bracie opowiadaj, recenzuj.
"Sight Of Day" spokojnie leżakowało zapieczętowane, nie otwierałem, ponieważ miałem nadzieję zdobyć edycję limitowaną - ale niestety. Wściekłość na politykę wydawniczą Jesiennych jeszcze mi nie przeszła, i prędko się nie stanie, lecz życie toczy się dalej. Godzę się z edycją ubogą, ale samego faktu nie akceptuję.
Po pamiętnej burzy wciąż w Aferze nadajemy w mono. I cieszmy się, bo strach pomyśleć, co by było, gdyby... Nasz sprzęt ma swoje lata i w niewłaściwych rękach już dawno byłoby po nim. Za to, moje nowe słuchaweczki tną jak żyleta.
Wczorajsze zastępstwo w Blues Ranusie wg mnie artystycznie znakomite, ale ciekawi mnie opinia słuchaczy Krzysztofa. Oni są bardzo bluesowi, ale chyba nie bardzo lubią odstępstwa od normy. A ja staram się podczas zastępstw otwierać uszy na niekoniecznie typowo bluesowe granie. Stąd prowokujący Frumpy, Black Mountain, Pristine czy Stray. Dobrze dostrzec bluesa nie tylko w delcie Mississippi. Czuję się urażony skrytykowanymi Message, ponieważ był to świetny zespół, i grał prog rocka (podszytego bluesem) w najlepszym tonie. Blues nie kończy się na B.B.Kingu, Johnie Mayallu, Johnie Lee Hookerze czy Robercie Johnsonie, choć od tego ostatniego cała zabawa się rozpoczynała. Blues to także filozofia życia, a nie jedynie trzy zasadnicze takty.
Piosenka na dziś: tylko proszę się nie śmiać - Jerzy Połomski po francusku w "Kilimandjaro". Kompozycja Pascala Danela. Przekornie, by nie tylko non stop o samym rocku, i jeszcze raz rocku. Pan Jerzy nagrał ją w 1968 roku na popularnej płycie "Daj!". Jej los niestety w cieniu przeboju "Cała Sala Śpiewa", a szkoda, bo gdy się tego piosenkarza słucha w języku wymiotów trzmiela, człowiek nabiera przekonania, że był on nie gorszy od Charlesa Aznavoura, Joe Dassina, Adamo czy Laurenta Voulzy'ego. Serio, nieźle się można zdziwić.
Mój kolega z bloku miał tę płytę. Pamiętam z dzieciństwa. Wówczas durnowato z faceta podśmiechiwałem, a dzisiaj chylę czoła. Do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. A akurat ten etap mam już dawno za sobą.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 16 lipca 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań + zastępstwo "BLUES RANUS"



"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 16 lipca 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Krzysztof Piechota Jr
prowadzenie: Andrzej Masłowski






SYMPHONY X - "Underworld" - (2015) -
- Swan Song - {śpiew RUSSELL ALLEN}

ALLEN / LANDE - "The Great Divide" - (2014) -
- Bittersweet - {śpiew RUSSELL ALLEN}

EDGUY - "Monuments" - (2017) -
- Open Sesame - {utwór premierowy}
- The Mountaineer - {utwór premierowy}

CHRIS NORMAN - "The Growing Years" - (1992) -
- Walkin' In The Rain - {duet with KAREN SAMBROOK}

RAY WILSON - "Time & Distance" - (2017) -
- Makes Me Think Of Home

V/A - "MTM Volume 5" - (2000) -
HOUSE OF SHAKIRA - Strangers - {unreleased}

JADED HEART - "IV" - (1999) -
- Stonecold - {Rainbow vover}
- Live And Let Die

SEVEN WISHES - "Destination: Alive" - (2005) -
- Destination: Alive
- Cross My Heart

ERIKA - "In The Arms Of A Stranger" - (1991) -
- 6 AM
- Wake Me Up When The House Is On Fire
- Rock Me Into Heaven
- Games We Play

MOSTLY AUTUMN - "Sight Of Day" - (2017) -
- Sight Of Day
- Tomorrow Dies
- Forever And Beyond

BEACH HOUSE - "B-Sides And Rarities" - (2017) -
- Chariot - {nowa piosenka}
- Equal Mind - {nagranie z 2011 roku, odrzut z okresu "Bloom"}

THE EDEN HOUSE - "Songs For The Broken Ones" - (2017) -
- The Ardent Tide - {śpiew LOUISE CRANE}

ANATHEMA - "The Optimist" - (2017) -
- Springfield

PETER PANKAS JANE - "Live At Rockpalast - Bonn 2004" - (2017) - zapisuję "Pankas" zamiast z apostrofem "Panka's", ponieważ tak widnieje na okładce oraz samym CD
- Daytime
- So So Long

NOVALIS - "Konzerte" - (1977) -
- Es Färbte Sich Die Wiese Grün

KANSAS - "Monolith" - (1979) -
- Reason To Be

CROSBY, STILLS, NASH & YOUNG - "Déja Vu" - (1970) -
- Carry On
- Almost Cut My Hair

NEIL YOUNG - "Harvest Moon" - (1992) -
- From Hank To Hendrix
- Harvest Moon

RUNRIG - "The Cutter & The Clan" - (1987) -
- The Only Rose
- Our Earth Was Once Green

V/A - "MTM Ballads Volume 2" - (1999) -
STEELHOUSE LANE - All I Believe In - {oryginalnie na albumie "... Slaves Of The New World ..." z 1999 r.}


=====================================
=====================================




"BLUES RANUS" - zastępstwo niedziela 16 lipca 2017 - godz. 21.00 - 22.00
 
realizacja: Agnieszka Krzyżaniak
prowadzenie: Andrzej Masłowski




FRUMPY - "Frumpy 2" - (1971) -
- Duty

FRUMPY - "All Will Be Changed" - (1970) -
- Indian Rope Man - {Richie Havens cover}

PRISTINE - "Ninja" - (2017) -
- The Rebel Song
- Ninja

BLACK MOUNTAIN - "IV" - (2016) -
- Constellations

STRAY - "Stray" - (1970) -
- Taking All The Good Things
- Around The World In Eighty Days

THE STEEPWATER BAND - "Shake Your Faith" - (2016) -
- Break

THE RIDES - "Pierced Arrow" - (2016) -
- I've Got To Use My Imagination

=====================================
=====================================



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





niedziela, 16 lipca 2017

Dzisiaj także od 21.00

Ponownie, jak przed tygodniem, dzisiaj również w Aferze pogram przez 5 godzin. Program następujący:
21.00 - 22.00 "BLUES RANUS" - zastępstwo
22.00 - 2.00 "NAWIEDZONE STUDIO" - moje ukochane

Zapraszam na 98,6 FM Poznań - na żywo !
Do usłyszenia...





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")









BEACH HOUSE - "B-Sides And Rarities" - (2017) -








BEACH HOUSE
"B-Sides And Rarities"
(BELLA UNION)
****




Tytuł "B-Sides And Rarities" w zasadzie wyjaśnia wszystko. Ale nie byłoby tej płyty, gdyby niedawno Victoria Legrand i Alex Scally zdali sobie sprawę, jak wiele zrealizowali piosenek, na które zabrakło miejsca na regularnych albumach. Dla uatrakcyjnienia płytowego pomysłu należało tylko dokomponować premierową przynętę, i gotowe. Tych przynęt, to nawet dwie: "Chariot" oraz "Baseball Diamond". Obie udane, choć "Chariot" rzeczywiście klasa światowa. Ostatnie dwa, tylko niestety w miarę niezłe albumy: "Thank Your Lucky Stars" oraz "Depression Cherry", upomniałyby się o coś takiego. Tak się składa, że leniwa melodia "Chariot" z zachętą otwiera całość. Rozmarzony Alex błogo uderza po gitarowych strunach, co powoduje, iż subtelny klawiszowy podkład Victorii wydaje się przy tym ledwie dostrzegalny. Piękna rzecz. Już tylko dla niej warto sięgnąć po ten album. A przecież na tej piosence cała zabawa się nie kończy. Wiele tu skarbów, ciekawostek... Nawet jeśli czasem artystycznie mniej udanych, jak "Rain In Numbers". Na tegoż usprawiedliwienie niech stanie fakt, iż jest to kompozycja z 2005 roku, gdy Beach House nie mieli na koncie jeszcze debiutanckiego albumu. Jednak każdy, kto polubił rozmarzoną siłę piosenek Amerykanów, która wydaje się kosmiczna przy obecnym pojmowaniu muzyki pop, nie powinien przejść wobec tej muzyki obojętnie. Niby nic w niej niezwykłego, a jednak oszczędność środków, rytmiczna prostota i swoista ubogość formy, dają przewrotnie przeuroczy efekt finalny. Okazuje się także, że Beach House posiadają ogromny potencjał, skoro nawet na bisajdach czy innych odrzutach, jawią się imponująco. Weźmy taki "Equal Mind" - odrzut z sesji do fantastycznej płyty "Bloom". Proszę sobie wyobrazić, że tylko dlatego zabrakło dla niego miejsca na albumie, ponieważ Victoria i Alex doszli do wniosku, że byłaby to kolejna piosenka w podobnym rytmie, która według nich tylko by zaszkodziła albumowemu wizerunkowi. Że co? Jak można tak pomyśleć. Jeśli taki stres ogarnia młodych twórców, to aż strach, ile wartościowych nut ląduje na śmietniku, ewentualnie w szufladzie długowiecznego zapomnienia. "Equal Mind" powinien znaleźć miejsce na "Bloom". Tylko kryminalnie złe gusta mogłyby nie dostrzec wdzięku tak bezlitośnie pięknego numeru. Albo proszę, przechylmy szalę zainteresowań na piąty w zestawie "White Moon" - w tzw. wersji iTunes session remix - albumowy odrzut z czasów "Teen Dream" - wspaniałego i zarazem trzeciego longplaya, od którego rozpoczynałem przygodę z Domkiem Na Plaży w 2010 roku. Choć chyba nie, musiał być to raczej rok 2011 - zdaje się miałem dodatkowy poślizg. Dla mnie, poezja smaku.
Polecam jednak uważnie posłuchać z uwagą wszystkich czternastu ścieżek. No może z jeszcze nieco większym naciskiem, na choćby fajny remix (Cough Syrup remix) wybornego "10 Mile Stereo" - znanego z owego "Teen Dream", bądź z czasów tej samej płyty bisajdów: "The Arrangement" i "Baby" - oba na stronie B singla "Zebra", jak też dostąpić przeróbki przeboju Queen "Play The Game" - nagranej w 2008 roku dla pewnej charytatywnej organizacji, która korzystała z badań nad AIDS. Okazuje się, że Victoria z Alexem uczynili z klasyka Queen nową jakość. Lecz skoro deklarują się fanami Freddiego & Co., to nie mogło być inaczej.
Na samiuśkim końcu płyty znalazła się nawet w niczym niezaskakująca piosenka "Wherever You Go". Oryginalnie wystąpiła w roli utworu ukrytego zupełnie pod koniec albumu "Bloom". A zatem, żaden z niej rarytas. Muzycy jednak zatroszczyli się o tych, którzy ewentualnie nie dosłuchali "Bloom" do końca.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




piątek, 14 lipca 2017

dziękujemy

Mój syn Tomek podczas wczorajszego wrocławskiego koncertu Agnostic Front usłyszał kilka ciepłych słów od gitarzysty (i założyciela tej legendarnej grupy) Vinniego Stigmy: "Dziękuję Tomkowi, który ma tylko 24 lata, a robi takie koncerty. Sprawiasz, że hard core wciąż żyje.". To najwyższy rodzaj uznania, ważniejszy od pieniędzy. Syn wyjawił, że prawie się popłakał ze wzruszenia. Jak ja go rozumiem. Przecież ja też walczę o to samo. O muzykę, o jej piękno tajemnic, jakie w sobie skrywa. Finansowo na tym wychodzę dramatycznie, ale czy to jest najważniejsze? Jakże wolę słowa, jakie dzisiaj wypowiedział w mą stronę pewien do tej pory anonimowy Słuchacz: "niedziela bez pana audycji, byłaby straconą".
To się nazywa: spełnienie.
Dziękuję. A raczej: dziękujemy.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")