poniedziałek, 3 lipca 2017

THE NIGHT FLIGHT ORCHESTRA - "Amber Galactic" - (2017) -









THE NIGHT FLIGHT ORCHESTRA
"Amber Galactic"
(NUCLEAR BLAST)
****1/2




"Amber Galactic" jest już trzecim pełnowymiarowym tworem supergrupy o odlotowej etykietce The Night Flight Orchestra. Nieśmiało jeszcze popularnej, a utworzonej przez muzyków uznanych Soilwork, Arch Enemy czy Spiritual Beggars, jak też ledwie dobijających do bram raju: Von Benzo, Mean Streak i Kadwatha.
Głównymi postaciami, w tej umówmy się orkiestrze, wydają się muzycy metalowego Soilwork: wokalista Björn Strid oraz gitarzysta David Andersson. To właśnie oni, tylko z nielicznymi odstępstwami, tworzą główny kompozytorski tryb.
The Night Flight Orchestra zabierają nas w sentymentalną podróż do drugiej połowy dekady 70's. Bo to właśnie wówczas na Nowym Kontynencie miewały się nieźle wszelakie syntezatorowo-moogowe prog/hard rockowe formacje, które niejednokrotnie rzeczywiście brzmiały iście kosmicznie. Inna sprawa, że literacko także potrafiły pobuszować po przestworzach. Tego typu odcień rocka niespecjalnie zadomowił się w naszym kraju. Szkoda, ponieważ zawsze miałem do niego ogromne serce, choć moi rówieśnicy w tamtych latach z reguły wykazywali w tej kwestii nieukrywaną bierność. "Amber Galactic" zapewne także tego nie zmieni, choć obym nie miał racji.
Gdyby przyszło mi zdefiniować twórczość Szwedów rzekłbym, iż ten retro-futurystyczny sekstet przemyca wszystko co najlepsze u mocno zapomnianych Shooting Star, 707 czy progresywnych kanadyjskich FM, ze znaczącą domieszką innych przedstawicieli klonowego liścia, jakimi wciąż istniejąca Saga, lub równie żywotni amerykańscy Styx, którzy właśnie po ponad dekadzie spletli nowe studyjne, i całkiem kosmiczne dzieło "The Mission". Można jeszcze przy powyższym zestawie wspomnieć Starcastle. Ta Yes'owsko brzmiąca grupa potrafiła także podążać baśniowymi opowieściami po międzygalaktycznych rewirach. Za sprawą "Amber Galactic" być może uda się cofnąć karty historii i załatwić zapomnianemu zjawisku zasłużony poklask. Jest również szansa, że ktoś dzięki tej płycie nadgoni stracony czas.
"Amber Galactic" w wersji podstawowej dostarcza dziesięć kompozycji. Jedną dodatkową skrywa w sobie zaś wersja limitowana. I warto się o nią postarać. Mowa tu o ekstra udanej przeróbce ejtisowego przeboju Micka Jaggera "Just Another Night" - znanego z jego debiutanckiego solowego albumu "She's The Boss". Jednak to tylko smaczek, dodatek, ciekawostka, albowiem cała bitwa rozgrywa się w podstawowym secie, który za sprawą 6-minutowego, nieco przebojowego i jak najbardziej art-rockowego "Midnight Flyer" otwiera także jeden z pięciu zaproszonych kobiecych głosów. I tu należy dodać, iż w trzecim nagraniu "Gemini" pojawia się też polski akcent - głos Kamili Kucharskiej, która inicjuje piosenkę słowami: "spoglądam w niebo w poszukiwaniu znaku". W dalszej części pani Kamila do wypowiedzianej sentencji dorzuca jeszcze kilka innych słów. Fajnie, niegdyś podobnie zabawił się Arjen Anthony Lucassen w projekcie Guilt Machine. Wówczas, jako jedna z kilkunastu osób przyjemnie połechtała uszy pewna Polka, która odpowiednio wcześniej nadesłała Arjenowi na skrzynkę mailową kilka wypowiedzianych słów. Podobnych zabiegów z dziewczęcymi wtrętami na "Amber Galactic" spodziewajmy się jeszcze w dalszych fragmentach, czy to po francusku - w "Jennine", bądź po rosyjsku - w "Space Whisperer".
Całej płycie ton nadają gitary, którym uroczo asystują na retro zabarwione instrumenty klawiszowe (choć szkoda, że te nazbyt mocno schowane), plus chóralne partie wokalne - wspierające liderującego Björna Strida. Najważniejszą siłą dzieła wydają się ciekawe i niebanalne melodie. Żadne mydliny, a wzorcowo wypracowane zwrotki, refreny, do tego wszystko bogato przyprawione aranżacyjnie. Aż niewiarygodne, że ci dżentelmeni, którzy na co dzień nie wykazują przecież fascynacji tego typu twórczością, raptem zabrali się za coś takiego. Zupełnie jakby urodzili się w tamtej epoce. Już od otwierającego "Midnight Flyer" i po nim następującego "Star Of Rio" słuchacz wie, że nikt tutaj nogi z gazu nie zdejmie. Album przekonuje pomysłowością i wszechstronnością. Wydaje się przy tym na swój sposób nieprzemijający. Jestem przekonany, że za kolejnych czterdzieści lat da się go posłuchać z równie niekłamaną frajdą, co nagrania inspiratorów tej helsingborskiej formacji o cztery dekady starsze. 
Trudno wyróżnić coś dobitniej z tak udanej i równej poziomem całości. Jeśli jednak, to może na początek niech pójdą (jak płyta nakazuje) pierwsze trzy: "Midnight Flyer", "Star Of Rio" i "Gemini". Na drugi rzut polecam ultra chwytliwy "Something Mysterious" - tutaj Strid śpiewa pod wczesnego Boba Catleya, oraz rzecz o znamionach klasowego US/prog/hard rocka, tj ponad 7-minutowy "Saturn In Velvet".






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"