środa, 26 kwietnia 2017

PENDRAGON - "Masquerade 20" - (2017) -








PENDRAGON
"Masquerade 20"

(METAL MIND PRODUCTIONS)
****1/2




Widziałem wiele koncertów Pendragon, i proszę dać wiarę: trudno byłoby za sprawą słowa pisanego oddać klimat tych wszystkich występów. Zapewne z najnowszego "Masquerade 20", a właśnie utrwalonego na tymże podwójnym kompakcie (również jako osobne wydawnictwo pojedyncze DVD), można jedynie pokusić się o opis na chłodno, jeśli się nie było naocznym uczestnikiem - jak w moim przypadku. Wszelkie prawdziwe emocje pochłonęła scena oraz widownia Teatru Śląskiego imienia Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach, za sprawą tam zgromadzonych szczęśliwców w dniu 18 maja 2016 roku. Miejsce to należy do koncertowo prominentnych z ramienia Metal Mind Productions. To właśnie tam wspomniana oficyna z Górnego Śląska realizuje z reguły wydawnictwa audiowizualne wykonawców art-rockowych, których sama zrzesza w swoim katalogu (m.in. Arena, Knight Area, Final Conflict, Credo czy Galahad).
Pendragon przy okazji wielokrotnych odwiedzin naszego kraju zazwyczaj dają po kilka występów, a jednak tym razem ta królewska formacja przyjechała do nas tylko z zamiarem jednego. Muzycy nie musieli już promować wydanego w 2014 r. albumu "Men Who Climb Mountains", ponieważ uczynili to nieco wcześniej. Tym razem padło więc na świętowanie 20-tych narodzin "The Masquerade Overture". To wydane w 1996 roku dzieło od zawsze cieszyło się u nas ogromną popularnością. Sam własnym honorem mogę zaręczyć faktem z mej wciąż jeszcze prężnej pamięci, odnośnie pewnego nieistniejącego już poznańskiego sklepu płytowego, w którym na światową premierę albumu sprzedano jego ponad trzydzieści kompakt dysków już pierwszego roboczego dnia. To bardzo dużo zważywszy, iż Pendragon to jednak nie Pink Floyd czy Genesis. Tak tak, dwadzieścia lat temu każdy sympatyk takowej twórczości pragnął posiąść ukochaną muzykę na fizycznej płycie.
Łatwo się domyślić, iż "The Masquerade Overture" musiało z racji rangi wydarzenia pojawić się w Katowicach w całości. I to w dokładnie takiej kolejności, w jakiej zapisano ją przed laty na płycie. A więc, począwszy od interludium "The Masquerade Overture" - będącego kolażem opery i muzyki symfonicznej, aż po absolutnie niezwykłą mini suitę "Masters Of Illusion". Jedną z trzech najwspanialszych kompozycji z "The Masquerade Overture" (obok "The Shadow" oraz "Paintbox"). Okazało się, że wcale nie odklepano lubianej płyty na scenie. Panowie Nolan i Barrett, plus reszta kompanii, ponownie zaczarowali i porazili maestrią. Z dobrze znanego uczynili nową jakość. Clive Nolan, choć jest postacią wyrazistą i trudno mu odmówić oryginalności, umiejętnie do teraz potrafi czerpać ze swych głównych inspiratorów, do których bez wątpienia należą Yes'owski Rick Wakeman czy Genesis'owski Tony Banks. Z kolei Nick Barrett czaruje gitarą nie mniej przekonująco, co Camel'owski Andy Latimer, bądź PinkFloyd'owski David Gilmour. Choć wielka szkoda, że do tej pory tak niewielu się o tym przekonało. No bo skoro Pendragon, przez grubo ponad trzy dekady działalności, sprzedali łącznie milion płyt... Moim zdaniem, jak na TAKĄ MUZYKĘ, ledwie milion. Choć sama grupa wydaje się dumna z tego faktu twierdząc, że to "aż" tyle.
"The Masquerade Overture" zostało usłane nie tylko ładnymi, a czasem wręcz obłędnie cudownymi melodiami, lecz oprócz tego w sposób zmysłowy zestawiono w niej smutek i melancholię, a wszystko podlano nieszablonową konstrukcją kompozycyjną. Teksty zaś wnikały w środek ludzkiej duszy, która z kolei poruszała się po sferze fantasy. Całość próby najwyższej i niedającej się pokonać każdemu pragnącemu wznieść się na poziom podobny. A przecież tak wielu próbowało. Dla przykładu, w podobnym tonie jakieś ćwierć wieku temu szykowali się do podboju m.in. Jadis (albumy "More Than Meets The Eye" oraz "Across The Water) czy wyborni IQ (wspaniały "Ever"). Skończyło się jednak tylko na przyjemnych epizodach. Natomiast Pendragon nadal tak grają, przy okazji poszukując, rozwijając się i nie gubiąc przy tym wypracowanego stylu.
W dalszej części katowickiego show muzycy zagrali jeszcze dziesięć kompozycji, przy czym najwięcej z najnowszego "Men Who Climb Mountains", tj. utwory: "Beautiful Soul", "Explorers Of The Infinite", "Come Home Jack" czy zdecydowanie najpiękniejsze "Faces Of Light". Jednak nie zabrakło również wyjątkowo lubianych przez polską publiczność, sporo starszych "Nostradamus" czy "Breaking The Spell", bądź będącego hołdem dla grupy Pink Floyd "Schizo". Mnie jednak poraziła moc "This Green And Pleasant Land" oraz "Indigo" - kompozycji zapisanych już w nowszym zespołowym rozdziale. Kto wie, być może Królewscy także i tym oddadzą zasłużony pokłon za jakieś dziesięć lub dwadzieścia lat.
Świetny koncert. Niby taki, jakich było wiele, a jednak znowu troszkę inny i ponownie czarujący.
Zapewne, gdyby na świecie słuchano tylko takiej muzyki, nie byłoby wojen, ni żadnej przemocy. Może powinno się o niej wykładać w szkołach, na uczelniach... zamiast tylu niepotrzebnych zajęć.


P.S. Wypada nadmienić, iż obok panów Nicka Barretta, Clive'a Nolana oraz Petera Gee, pojawił się perkusista Jan-Vincent Velazco. Cóż, grupa zdaje się wszystkich nas zdążyła przyzwyczaić do ciągłej zmiany bębniarzy. Pod tym względem już chyba pobili gigantów z Judas Priest.

P.S. 2. W roli towarzyszących śpiewającemu Barrettowi chórzystek, pojawiły się dwie damy. A więc, Christina Booth - Walijka znana z formacji Magenta, a w przeszłości także uczestniczka zapomnianego Cyan (oba teamy prowadzone przez Roberta Reeda). Druga, to Verity Smith - współpracowniczka Pendragon'owego klawiszowca Clive'a Nolana. Zresztą Christina Booth także przecież obiła się o inny Nolan'owski projekt - Caamora.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






muzyka semaforów

Ucieszyłem się z nowiny o październikowym wrocławskim koncercie Brother Firetribe. Och, gdyby tylko tak udało się dotrzeć, miałbym świetny prezent na o dzień późniejsze urodziny. Tymczasem powinienem już słuchać najnowszego albumu "Sunbound", który od mniej więcej dwóch-trzech tygodni w sprzedaży, ale niestety, u nas niet. Brakuje kilku oczywistych nowości na krajowych sklepowych półkach. Choćby najnowszych Eloy, Procol Harum czy Alphaville, ale może nie potrafię dobrze poszukać. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Powróciłem do niektórych dawno niesłuchanych płyt, jednak największą frajdę sprawia mi reedycja dwójki RSC. Ten świetny art-rockowy band powinien zagościć na półce każdego sympatyka dobrego grania. Choć nie bardzo lubię sortowania na lepszą i gorszą muzykę, bo to takie bufoniarskie i troszkę w stylu: "szukaj tej płyty tylko w dobrych sklepach". Co to oznacza?, ano że jeśli jakiś skład nie weźmie tak napastliwie reklamowanego produktu w objęcia, to automatycznie staje się sklepem niedobrym. Z drugiej zaś strony znajdą się przecież nabywcy, na których zakup takowej płyty jeszcze mocniej wzmocni ich nienaturalnie podrasowane wysokie ego.
Nie znałem dotąd połowy albumu, a czuję jakbym był związany z tą muzyką od zawsze. 
Wracając do RSC... Nigdy nie mogłem nadziwić się, dlaczego popularność tego rzeszowskiego bandu była tak krótkotrwała, a i nie do końca doceniona. Pomimo przecież obfitego repertuaru "prze-ładnych" piosenek. No, może z lekka takich nieco ambitniejszych. Radio zawsze wolało Lombard, Lady Pank czy nawet Republikę. Ot, taki widać los.
Polecam jednak nie zwlekać z zakupem CD "Życie To Teatr". Reedycja nie jest dana na zawsze. Zbyt wielu czekało, więc tych kilkaset kopii może się szybko rozejść. A trudno uwierzyć w ewentualne dotłoczenie. Od dawna marzyłem o tej płycie, z każdym rokiem coraz mniej wierząc w jej wznowienie. Biję brawa dla GAD Records. Doceniam żmudną pracę przy redagowaniu wydawnictwa. Bogata książeczka uchyla wiele ciekawostek i tajemnic. Dla przykładu, zapytany gitarzysta Andrzej Wiśniowski o znaczenie nazwy "RSC" odpowiedział, iż interpretacji owych trzech literek było wiele, od terminologii bokserskiej, aż po "Roosevelt Stalin Churchill". W życiu bym na to drugie nie wpadł, a przecież wydaje się to na swój sposób oczywiste. Szczególnie biorąc pod uwagę miarę szerokiego wachlarza możliwości interpretacyjnych bystrego młodego pokolenia tamtych czasów. Ponadto dowiemy się o muzycznych zainteresowaniach członków grupy, o tym kiedy zagrali pierwszy koncert, co oznacza tajemnicze "flyrock" z okładki pierwszego albumu - choć przecież nie tylko, jak też dlaczego drugi album wydano jedynie na kasecie. I tak dalej, i tak dalej... Zachęcam do zakupu. Najpewniej na stronie samego wydawcy: gadrecords.pl
RSC
Gdyby "dwójkę" wydano w 1984 roku na czarnej płycie zapewne sprzedano by jej podobną ilość, co dzieło debiutanckie - którego ostatecznie rozeszło się osiemset tysięcy. I proszę sobie wyobrazić, że dało to zespołowi ledwie status Złotej Płyty, choć był to w zasadzie jeden z rekordowych wyników sprzedaży nawet w czasach PRL.
Reedycję RSC już chyba teraz mogę ochrzcić mianem wznowienia roku. Bez względu na dalszy bieg wydarzeń, pomimo iż przed nami jeszcze długich (krótkich?) osiem miesięcy.
Piosenka na dziś: RSC "Muzyka Semaforów". Otwierająca cały album. Czuję się lekkim piórkiem, gdy tego słucham. Niemal tak lekkim, jak towarzyszące całości brzmienie syntezatorów. Grupa uległa modnym wówczas elektronicznym zapędom, na moment nawet zapominając o skrzypcach. A więc o istotnym dla siebie elemencie rozpoznawczym, choć na albumie skrzypiec się doszukamy. Ale przecież amerykańscy Kansas tez potrafili odstawić tamten instrument do futerału. I też w latach 80-tych. Na moment wszyscy zgłupieli na punkcie noworomantycznego boomu. Ale jakże to było przyjemne ogłupienie. Szczególnie dające się docenić, gdy człowiek niechcący przyłoży ucha do współczesnych łomotliwych technotransów.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






poniedziałek, 24 kwietnia 2017

RSC - "Życie To Teatr" - (2017) - / STALOWY BAGAŻ - "Ciężki Rok" - (2017) -






RSC
"Życie To Teatr"

(GAD RECORDS)
****1/2 



STALOWY BAGAŻ
"Ciężki Rok"

(GAD RECORDS)
**





Istniejąca od blisko dekady wytwórnia GAD Records z dużą starannością dobiera katalogowy repertuar, choć niewiele niestety w nim dla mnie. Być może z uwagi na wzmożoną ilość jazzu, którego zdecydowanie nie słucham. Choć gwoli rzetelności wypada zauważyć, iż znajdziemy w jego objęciach również nieco archeo-elektroniki (jak choćby muzyka do dawnego telewizyjnego popularnonaukowego programu "Sonda"), czy muzyki filmowej (autorstwa Włodzimierza Korcza lub Andrzeja Korzyńskiego), ale ciekawostek z rocka też jakby troszkę (Klan, SBB czy Mech).
A jednak najnowsze wydawnictwa niewydanych dotąd na płytach albumów RSC oraz Stalowego Bagażu zasługują na duże słowa uznania. Ze szczególnym naciskiem na drugi album RSC "RSC", który w epoce ukazał się jedynie w postaci najgorszego nośnika z możliwych, czyli jako kaseta magnetofonowa. W dodatku w tak mikroskopijnym nakładzie, iż błyskawicznie wszedł w sferę unikatowości. Posiadanie tego albumu na płycie było moim odwiecznym marzeniem, szczególnie iż sporą część jego zawartości doskonale pamiętałem i wielbiłem w rzeczy samej. Mam na myśli otoczone kultem, a zarazem przebojowe kompozycje: "Muzyka Semaforów", "Maraton Rockowy", "Teatr Pozoru (Życie To Teatr)" oraz "Fabryka Snów". Oczywiście te nagrania można było znaleźć na późniejszych kompilacyjnych lub koncertowych albumach grupy, ale przecież chodziło właśnie o TE, a nie inne wersje. O wspaniałe pierwowzory, które zakodowane w pamięci stały się obiektem pożądania, a i rzecz jasna marzeń.
No i co z tego, że owa "dwójka" rzeszowskich RSC jest jakby nieco mniej progresywna od kapitalnego o rok wcześniejszego debiutu. Wcale nie wydaje się przez to w niczym uboższa, pomimo większej ilości syntezatorów, które zdecydowanie przyćmiły dominację elektrycznych skrzypiec. Instrumentu, który stał się dla grupy zdecydowanym znakiem rozpoznawczym, dzięki czemu RSC ochrzczono jako polskich Kansas. I zapewne, gdybym cały ten album posiadał na płycie od zawsze, kochałbym go równie mocno, co debiut. Niestety nigdy nie uznawałem żadnych taśm czy kaset, mało tego: w życiu nie przyszła mi do głowy chęć zakupu odpowiedniego sprzętu do ich odtwarzania. I koniec kropka. Tak więc, sam ograbiłem się z możliwości kontaktu z tą powstałą ponad trzy dekady temu muzyką.
Płyta kompaktowa autorstwa GAD Records posiada względem oryginału zmienioną szatę graficzną, jak też nadano jej tytuł "Życie To Teatr", co zapewne nastąpiło za sprawą jeszcze trzech zamieszczonych dodatkowych kompozycji, wyciągniętych z zasobów Polskiego Radia. Są nimi dotąd niepublikowane wersje nagrań znanych już z omawianego albumu, a konkretnie: "Muzyka Semaforów", "Teatr Pozoru (Życie To Teatr)" oraz "Fabryka Snów". Ale to tylko smakowite dodatki. Bo liczy się przede wszystkim magiczny i do tej pory absolutnie unikatowy album, pod identycznym, co debiut tytułem "RSC". Choć niekiedy ów debiut nazywany także, jako "Fly Rock".
Cały septet ponownie zagrał wybornie. Z tym samym impetem, nerwem, ale gdy trzeba, także melancholią, jak było to w przypadku poprzednika. Okazuje się, że również spore wrażenie wywierają nieznane mi dotąd kompozycje, jak refleksyjne "Wolny Będziesz Szedł" oraz "W Oczekiwaniu Na Nikogo" - poprzedzone króciutkim "Melancholia", jak też kapitalny przebojowy "Nocny Kurs" - utrzymany w klimacie "Kradniesz Mi Moją Duszę" lub "Na Długie Pożegnania" - które były ozdobą początkowej fazy drugiej części pierwszego longplaya.
Wspaniale się stało, że jest ta płyta. Nareszcie! Ze wzruszeniem słucham śpiewu Zbigniewa Działy, jak też okazjonalnych skrzypiec Wiesława Bawora, no i oczywiście pozostałej reszty gitarowo-klawiszowo-perkusyjnej kompanii.
W ostatecznej nocie obowiązkowe pół gwiazdki poniżej optymalnej granicy, gdyż ich maksymalne pięć, od zawsze zarezerwowane dla bliskiej sercu "jedynki". Poza tym, również musi być jakaś kara dla samego losu, któremu zechciało się zgotować taki, a nie inny scenariusz.
To nic, że jakość dźwięku troszkę odstaje od wspomnianego debiutu, a na tle dzisiejszych możliwości technologicznych, to już w ogóle przepaść. Nie o to się sprawa rozbija, przecież dokonało się coś niecodziennego. Na świat przyszła reedycja dzieła od lat w serca marzeniach skrywanego.

Stalowy Bagaż nie wywołują już takich emocji. Ich niewydany dotąd (i to na żadnym nośniku) album "Ciężki Rok", którego premierę zaplanowano na 1981 rok, okazuje się artystycznym przeciętniactwem. Choć trzeba przyznać: popartego niezłym muzycznym warsztatem. No, ale w tym przypadku mowa o zdecydowanie gitarowym kwintecie, na którego czele stali super fachury, w osobach eks-muzyków Nurtu oraz ówczesnego świeżego Porter Bandu (gitarzysta Aleksander Mrożek oraz basista Kazimierz Cwynar), plus znanego z krótkotrwałych poczynań w formacjach Romuald i Roman oraz Test, a z kolei niebawem muzyka Bandy i Wandy - Jacka Krzaklewskiego. Dopełniając składu zauważmy jeszcze perkusistę Bolesława Patryna oraz wokalistę i gitarzystę Lesława Kota - który również, jak Krzaklewski, zabawił przez moment w Romuald i Roman, a także epizodycznie liznął line-upu Kasy Chorych. Niestety wokalista był najmniejszym atutem Stalowego Bagażu. Zespołu, którego miałem okazję posłuchać nawet na początku lat 80-tych na żywo w poznańskiej Arenie - jako akompaniatorów Izabeli Trojanowskiej.
Lesław Kot śpiewał do znużenia jednym rejestrem, w dodatku z tą samą napiętą i nigdy niekończącą się chrypką, co na dłuższą metę bywa irytujące. A nawet z lekka wkurzające - że się tak mało parlamentarnie odniosę. Kolejną wadą stoją równie mało ciekawe kompozycje. Już pomijam przeciętne walory tekstowe, ale żaden kawałek nie zapada w pamięć. Trudno zatem dziwić się nawet ówczesnym o wiele mniej wybrednym wydawcom, iż pomimo mocno chłonnego rynku nie uwierzyli choćby w mikroskopijny sukces tego albumu. Inna sprawa, że czasy dla losów płyty też mało przychylne, wszak utwory na powyższe dzieło zarejestrowano na tydzień przed wprowadzeniem stanu wojennego.
Do najlepszych momentów da się zaliczyć: "Nie Idź Do Opery", "List Emigranta" oraz tytułowy "Ciężki Rok". Jednak czynię to z dużym kredytem szacunku względem samych nazwisk twórców, tego bądź co bądź, mizernego dzieła.
Mimo wszystko pochwalam wydanie "Ciężkiego Roka". Na pewno kompakt zadowoli wielu entuzjastów rodzimego rockowego grania. Zarówno zbieraczy-kolekcjonerów, jak też samych historyków.
Tak, jak w przypadku reedycji RSC, także i tutaj do podstawowego albumu wydawca dołączył ekstra dodatki. Nawet na swój sposób atrakcyjniejsze, albowiem nie jakieś tam ewentualne remiksy czy niepublikowane wersje nagrań z podstawowego dzieła, a kompozycje nieznane i pozaalbumowe zarazem. Wszystkie cztery zarejestrowane na pół roku przed albumową sesją - w maju 1981 roku, w poznańskim oddziale Polskiego Radia. Trzy czwarte z nich, doskonałej jakości. Wyjątkiem jedynie finałowy "Pożegnanie Pychy", który nie zachował się w archiwum na oryginalnej taśmie-matce, przez co wydobyto go z pewnego prywatnego zbioru.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 23 kwietnia 2017 - Radio "Afera", Poznań 98,6 FM









"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 23 kwietnia 2017 - godz.22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Wojtek Lisiecki
prowadzenie: Andrzej Masłowski






MEAT LOAF - "Bad Attitude" - (1984) -
- Bad Attitude - {additional lead vocals ROGER DALTREY}
- Sailor To A Siren

BROTHER FIRETRIBE - "Live At Apollo" - (2009) -
- Who Will You Run To Now

NIGHT RANGER - "Don't Let Up" - (2017) -
- Truth
- Don't Let Up

BALANCE - "Equilibrium" - (2009) -
- Winner Takes All

SKULL - "No Bones About It" - (1991) -
- I Like My Music Loud!
- Loser's Game

STYX - "Regeneration Volume I & II" - (2011) -
- Boat On The River
- High Enough - {Damn Yankees cover}

REVOLUTION SAINTS - "Revolution Saints" - (2015) -
- Strangers To This Life

RSC - "RSC" - (1983) -
- Dzień, Na Który Czekam

RSC - "Życie To Teatr" - (2017) -
po raz pierwszy na płycie album "RSC" z 1984 r., wydany w epoce tylko na kasecie magnetofonowej
- Muzyka Semaforów
- Wolny Będziesz Szedł
- Maraton Rockowy
- Teatr Pozoru (Życie To Teatr)
- Fabryka Snów

DŻEM - "Dżem W Operze" - (1998) -
- Dzikość Mego Serca

STALOWY BAGAŻ - "Ciężki Rok" - (2017) -
po raz pierwszy nigdy dotąd niewydany album "Ciężki Rok" z 1981 r. 
- Nie Idź Do Opery
- Ciężki Rok

BANK - "Jestem Panem Świata... " - (1981) -
- Tak Zdarza Się

==================================
==================================


ALLAN HOLDSWORTH
(6.VIII.1946 - 15.IV.2017)

kącik poświęcony Artyście


U.K. - "U.K." - (1978) -
- Thirty Years

TEMPEST - "Tempest" - (1973) -
- Up And On

KROKUS - "Change Of Address" - (1986) -
- Long Way From Home

LEVEL 42 - "Guaranteed" - (1991) -
- Seven Years


==================================
==================================


BITERS - "The Future Ain't What It Used To Be" - (2017) - premiera albumu 19 maja 2017
- Hollywood
- Stone Cold Love

T.REX - "Tanx" - (1973) -
- Electric Slim And The Factory Hen
- Mad Donna
- Highway Knees

SUEDE - "Coming Up" - (1996) -
- Filmstar

JETHRO TULL - "The Broadsword And The Beast" - (1982) - 35-lecie albumu
- Beastie
- Clasp
- Broadsword
- Pussy Willow

IAN ANDERSON - "Walk Into Light" - (1983) -
- Fly By Night

MIKE + THE MECHANICS - "Let Me Fly" - (2017) -
- Love Left Over






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



sobotnie niebo nad Poznaniem
pomimo złej aury da się dostrzec uroki wiosny (vide "the colour of spring")...
... a i takiego piękna




niedziela, 23 kwietnia 2017

klimaciarze i pamięć

Przyjrzałem się świętu Record Store Day. Widać, że wielu ludzi rozumie jego sens i potrafi czcić zgodnie z duchem idei. Tego dnia nie chodzi przecież o wielotysięczne obroty, a o pogadanie ze sprzedawcą, zakupienie choćby najdrobniejszej cegiełki-płyty na rzecz wspomożenia funkcjonowania małych niezależnych płytowych składów. Takich z dala od wielkich korporacji, dla których liczą się tylko wyniki, słupki sprzedaży, a nie sama muzyka. Warto więc było poświęcić tego jednego w roku dnia kilka minut, by dostrzec inność. Tak naprawdę, to przecież w tych sklepikach znajdziemy częstokroć tytuły niedostępne nigdzie indziej. Przecież te wszystkie Empiki, Saturny czy Media Markty handlują tym samym. Kwestią jedynie rywalizacja cenowa. Każdy z tych molochów kupuje towar u tego samego dystrybutora, nie wkładając żadnego wysiłku w atrakcyjność oferty. Jedyną tężyzną fizyczną bywa zaznaczenie ilości sztuk z konkretnego tytułu, który widnieje we wcześniej przygotowanych katalogowych szablonach.
Widziałem jak bogatsi kupowali drogie albumy, ale też zwróciłem uwagę na tych z mniej zasobnym portfelem, którzy potrafili wybrać singielka za 3 złote, ale dzięki niemu mogli poczuć magię tego dnia. Kto wie, być może wiele z tych płyt wcale nie zostało zakupione z myślą o zdobyciu wymarzonych lub utajnionych skarbów, a po prostu jako pamiątki-symbole. Klasa ludzie. Mam do nich wielki szacunek. Klimaciarze, co by nie powiedzieć.
Przy tej okazji napotkałem pewną parkę, z którą niegdyś bawiliśmy na Scorpionsach w Ostrowie Wlkp. Powróciło wspomnienie o genialnym koncercie. Jednym z najlepszych w moim życiu. Jako ówczesny circa czterdziestoletni zgred skakałem co tchu, śpiewając każdą piosenkę wraz z Klausem Meine. Bo ja Drodzy Państwo większość z nich niestety znam na pamięć.
Wczoraj zmarł Witold Pyrkosz. Aktor wybitny i przeze mnie wielbiony. Żegnam zatem kolejnego z wielkiego grona mistrzów niezapomnianych i kapitalnych kreacji, a przy tym cudownej mowy i dykcji zarazem. Człowieka, który w moim życiu był od zawsze, dlatego tym smutniej, że znów ten tam na górze, od siedmiu boleści cwaniak, po raz kolejny przeciął nić.
Pyzdra, Balcerek, Duńczyk - to tylko niektóre wyraziste postaci wykreowane przez Pana Witolda. I być może nie dla wszystkich najważniejsze, choć dla mnie akurat tak. Bez wątpienia i jakiegokolwiek podważania najlepsze, bo i też ukochane. Ale ja Pana Witolda mogłem na ekranie zjadać łyżkami - i to za sprawą każdej roli. Będzie go brakować. Jak jasna cholera będzie. Niech zatem przynajmniej żyje w naszej pamięci.
Szykuję dla nas wszystkich świetną audycję na dzisiejszą wieczoro-noc, ale namawiać na klęczkach nie będę, ponieważ to i tak nie skutkuje. Kto ma klapnąć przed czasem, klapnie, a kto lubi ze mną posiedzieć i posłuchać, posiedzi i posłucha. I dla takowych czapki z głów.
Do usłyszenia....



"... ale jak ja bym powiedział taki kawał w kabarecie, to by mi Anioł z Furmanem kazali umyć Trasę Łazienkowską..."



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





piątek, 21 kwietnia 2017

RECORD STORE DAY 2017

22 kwietnia br. następuje 10-lecie RECORD STORE DAY.
To święto niezależnych SKLEPÓW płytowych. Żadnych tam bazarów czy innych giełd, ani też wielkopowierzchniowych sieciówek, a sklepów-sklepików-sklepiczków. Prowadzonych przez pasjonatów, którzy przez koncerny są spychani na margines. Myślę, że warto nie naruszać tradycji i nie komercjalizować tej bardzo fajnie pomyślanej inicjatywy. Tak to się przedstawia. Kupując płytę czy kasetę tego dnia wbrew tej zasadzie, zrywasz tradycję, a nie jej dochowujesz.
Niektórzy sprzedawcy niezależnych sklepików z czystej pazerności próbują skomercjalizować tę piękną raz do roku inicjatywę. Pokażcie, że macie styl - i nie dajcie się.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






poniedziałek, 17 kwietnia 2017

nie żyje ALLAN HOLDSWORTH (6.VIII.1946 - 15.IV.2017)

W sobotę 15 kwietnia br. świat muzyki pożegnał gitarzystę Allana Holdswortha. Informacja o jego śmierci dotarła do mnie dopiero we wczorajszych późnych godzinach wieczornych, nie było zatem czasu na zastanowienie się, czego bym pragnął wraz z Szanownym Państwem posłuchać w "Nawiedzonym Studio". Postanowiłem zaczekać z tym do kolejnej niedzieli, a wczoraj jedynie szepnąć słówko na szybko.
Allana Holdswortha cenię za jego nieprzeciętność, za to: z kim i jak potrafił grać, choć muszę już na wstępie zaznaczyć, iż ten przez wielu zaangażowanych entuzjastów rocka muzyk, uważany za gitarzystę wybitnego, niestety nie figuruje na żadnej płycie, którą kochałbym pełnią serca. Może dlatego, że jakoś nigdy nie przepadałam za twórczością grup Soft Machine czy Gong, tak samo jak przenigdy nie zasłuchiwałem się solowymi dokonaniami Billa Bruforda, bądź Jean-Luc Ponty'ego. A to wszystko przecież wykonawcy z kręgu muzycznych bezpośrednich zainteresowań Holdswortha. Muzyka jazzowa, jazz-rockowa (za wyjątkiem Colosseum !!!), czy jakkolwiek inaczej na rockowym gruncie pokręcona, to nie mój krąg fascynacji. Dlatego trudno w pełni podziwiać mi i rozkoszować się zapewne bajeczną techniką gry Holdswortha. Nawet jeśli do przetargu dorzucę "jedynkę" supergrupy U.K. "U.K." - wydaną w 1978 roku, a zawierającą kilka autentycznie
porywających momentów, jak: "In The Dead Of Night", "Thirty Years" (tutaj Holdsworth w siódmym niebie), "Time To Kill" czy "Mental Medication". Nie była to jednak twórczość należąca do samego Holdswortha, albowiem rządził tam cały kwartet, w którym jeśli już, to jako osobowość wyróżniłbym prędzej Billa Bruforda. Choć i ten zagrał w typowo jazzowym stylu, który nie do końca wzbudza we mnie należyte emocje. Dlatego nieporównywalnie bardziej przepadam za następną płytą U.K. "Danger Money", którą wręcz kocham. Podczas, gdy wspomnianą "jedynkę", co najwyżej doceniam. 
Podobne odczucie odkąd pamiętam wywołuje we mnie debiut dwualbumowej formacji Tempest, gdzie obok Holdswortha zagrali jeszcze dwaj muzycy Colosseum (perkusista Jon Hiseman oraz basista Mark Clarke). Niestety, pomimo prog-rockowego rodowodu, nie było to granie choćby przez moment tak dobre, jak wyróżnionych Colosseum. Owszem, można i tutaj docenić klasę muzyków, jednak same kompozycje w żaden sposób nie zapadały w pamięć i nie prosiły się o wieloemisyjność.
Dla jasności: lubię sobie po dłuższych pauzach powracać do tych płyt, jednak nie odczuwam pokusy, by poświęcić którejkolwiek z nich więcej uwagi w radiowym eterze. Wiem, że być może ostro bluźnię, wszak znam niemałą liczbę fanów prog rocka, którzy kochają się w "jedynce" U.K., ale piszę o osobistych odczuciach. Proszę dać wiarę, przez połowę życia czyniłem starania, by dobić sympatią do powyższych niedocenianych przeze mnie albumów, ale niestety....
Kilkanaście lat temu nabyłem na CD reedycję albumu "'Igginbottom's Wrench" - angielskiej jazz-prog-rockowej grupy Igginbottom (pierwsze profesjonalne kroki Holdswortha), którą trzymałem na półce dobrych kilka lat. I dołożyłem wszelkich starań, z niezliczoną ilością podejść, by dać się tej muzyce ponieść. Niestety, gdy tylko trafił się kilka lat później kupiec, pozbyłem się cedeka bez najmniejszego żalu, nie czyniąc sobie nawet zapasowej kopii na wypalance. Po prostu wiedziałem, że już nigdy do tej muzyki nie wrócę.
Obok U.K. "U.K." oraz Tempest "Tempest", mam jeszcze w zbiorach dwie płyty, na których można usłyszeć gitarę Alana Holdwortha, a mianowicie: Level 42 "Guaranteed" oraz Krokus "Change Of Address". I z góry przeproszę, bo zamiast triumfalizmów, też poczuwam się do szczerego rozgoryczenia. Otóż "Guaranteed" okazała się jedynie sprawną techniczną płytą poprawnie grających, choć niemodnych już w tamtym okresie Brytyjczyków z Level 42. Choć trzeba uczciwie przyznać, iż dziełko akurat odniosło na rodzimych Wyspach umiarkowany sukces. Holdsworth w nim błysnął swym talentem w pięciu kompozycjach, jednak one same nie stanowiły za żadną szczególną atrakcję. Nie inaczej sprawa się przedstawiała względem szwajcarskich Krokus, którzy płytą "Change Of Address" bardzo zapragnęli zawojować Amerykę, a suma sumarum skończyło się na ogólnej komercyjnej klapie. Maestro Holdsworth błysnął tu jako gość gitarowym solo w finalizującej albumowej kompozycji "Long Way From Home". Nawet niezłej, ale jeśli ktoś miał w pamięci płyty "Hardware" czy "Headhunter", to nie przyszło mu do głowy przed nią skinąć.
Tak więc, jak sami Państwo widzicie, nie mam żadnych osobistych emocjonalnych uniesień względem gitarowego geniuszu Holdswortha. Jeśli jednak tylko skoncentruję uwagę na jego technice, zagrywkach, solówkach czy brzmieniu, to oczywiście słyszę artystyczny przesmyk wielkości. Szkoda jedynie, że na tego poparcie nie kocham choćby jednego nagrania z Jego udziałem. Nie wszystko i wszystkich da się wielbić jedną miarą, co na pewno nie przeszkadza docenić Alana Holdswortha. Właśnie urządziłem sobie wieczór z jego gitarą. Słucham, podziwiam, przyodziewam szacunkiem...
Bill Bruford napisał, że Allan nie był łatwą i tuzinkową postacią. Dodając po chwili, że czym by był jego geniusz, gdyby ten się wtapiał w tłumy. Wg Bruforda, Holdsworth był muzykiem kreatywnym, niespokojnym i nieustępliwym w dążeniu do doskonałości. Jawił się jako perfekcjonista w poszukiwaniu idealnego brzmienia, o którym myślał nieprzerwanie. 
W imieniu "Nawiedzonego Studia" pragnę Ci Allan pięknie podziękować za Twe muzyczne życie, oraz za wszystko, co pozostawiasz dla kolejnych pokoleń. A teraz brnij do świata lepszego...






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 16 kwietnia 2017 - Radio "Afera", Poznań 98,6 FM








"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 16 kwietnia 2017 - godz.22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Szymon Dopierała
prowadzenie: Andrzej Masłowski







PENDRAGON - "Masquerade 20" - (2017) -
- This Green And Pleasant Land

MARILLION - "Seasons End" - (1989) -
- Easter

Bande Originale Du Film - OST - "DALIDA" - (2017) -
DALIDA - Le Temps Des Fleurs - 1968
DALIDA - Laissez-Moi Danser (Monday Tuesday) - 1979
DALIDA - Pour Ne Pas Vivre Seulen - 1972
DALIDA - Mourir Sur Scene - 1983

ARRAKEEN - "Patchwork" - (1990) -
- Le Monde Du Quoi
- Differences

MIKE + THE MECHANICS - "Let Me Fly" - (2017) -
- Let Me Fly
- Don't Know What Came Over Me

QUIDAM - "Sny Aniołów" - (1998) -
- Jest Taki Samotny Dom - {Budka Suflera cover}

AXEL RUDI PELL - "The Ballads V" - (2017) -
- On The Edge Of Our Time - {new song}
- Lived Our Lives Before - {oryginalnie na albumie "Circle Of The Oath" z 2012 r.}

B-MOVIE - "Climate Of Fear" - (2016) -
- Nowhere Girl (radio edit) -utwór dodatkowy
- Come Closer

FLEETWOOD MAC - "Tango In The Night" - (1987 / reedycja 2017) -
- Down Endless Street - {B'Side single "Family Man", listopad 1987} - utwór dodatkowy

ECLIPSE - "Monumentum" - (2017) -
- Jaded

URIAH HEEP - "Look At Yourself" - (1971 / reedycja 2017) -
- Look At Yourself
- Love Machine

CRESSIDA - "Cressida" - (1970) -
- Tomorrow Is A Whole New Day

DEEP PURPLE - "InFinite" - (2017) -
- Roadhouse Blues - {The Doors cover}

MEAT LOAF - "Bad Attitude" - (1984) -
- Modern Girl
- Surf's Up
- Piece Of The Action
- Cheatin' In Your Dreams

THE ROLLING STONES - "Some Girls" - (1978) -
- Miss You
- When The Whip Comes Down
- Far Away Eyes

KRZYSZTOF KOMEDA - "Muzyka Filmowa" - (2017) -
- Kołysanka - {śpiew GRAŻYNA AUGUŚCIK, saksofon HENRYK MIŚKIEWICZ + trio ANDRZEJA JAGODZIŃSKIEGO} - oryginalna wersja do filmu "Dziecko Rosemary"







Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




piątek, 14 kwietnia 2017

"... pozwól mi tańczyć ...."

Nadchodzące święta nie znaczą co prawda dla mnie tyle, co dla większości moich rodaków, niemniej pragnę by nas utrzymały w dobrym nastroju. Z dala od wszech panoszącego zła, wojen, aktów terroru, jak też wojenek poglądowych z naszego podwórka.
Spędźmy ten czas w gronie ludzi najbliższych. Niekoniecznie pod przymusem objęć dalszej rodziny, z którą nawet na fotografiach nie wychodzi się korzystnie.
Pogoda nie rozpieszcza, ale najważniejsze, że nie ma śniegu. Przecież zawsze można było mieć pecha i urodzić się gdzieś w północnych kresach malowniczej Norwegii. Wówczas zieleń przyrody byłaby nam znana jedynie z opowiadań i podróży.
Dzisiaj 72-urodziny obchodzi Ritchie Blackmore. Wszystkiego najlepszego Panie Ryszardzie!
Słucham bez opamiętania Dalidy. Zadłużyłem się w jej głosie, a także w niedawno skonsumowanej atmosferze miłosnej kinowej biografii. Szkoda tylko, że nie ma z kim o tym pogadać. Wokół sami rockmani, którzy akurat na ten rodzaj sztuki bywają zamknięci. Plusem, iż w pojedynkę przeżywa się intymniej, więc nie ma co narzekać.
Piosenka na dziś: Dalida "Laissez-Moi Danser (Monday Tuesday)". Dyskotekowo, tanecznie, w świetle kolorowych jupiterów i pod srebrzystą kulą. Zupełnie jakby Dalida napotkała Village People. Życie w człowieka wstępuje, a nogi się rwą do tańca, choć tańczyć to ja przecież nie cierpię - "...żyję dla miłości, śmiechu i tańca, żyję jak by nic nie trzeba było mówić... pozwólcie mi tańczyć...". Szkoda, że tylko okazjonalnie Dalida bywała tak radosna.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



czwartek, 13 kwietnia 2017

BONFIRE - "Byte The Bullet" - (2017) -









BONFIRE
"Byte The Bullet"

(UDR)
****1/2





Wydawać się mogło, że po niesnaskach w obozie Bonfire sytuację przed kilkoma laty opanowała zmiana na fotelu wokalisty. Odszedł z zespołu odwieczny Claus Lessmann, a w jego miejsce całkiem trafnie wstrzelił się Amerykanin David Reece. Ten od kontrowersyjnej płyty Accept "Eat The Heat". Okazuje się, iż niestety Reece zakończył przygodę ze swoimi nowymi kolegami po wydanej w 2015 roku autentycznie dobrej płycie "Glorious". Troszkę się zdziwiłem, gdy zarzuciłem na ruszt niedawno wydaną "Byte The Bullet", a na niej kolejny nowy głos. Tym razem niewiele dotąd mi znanego Alexxa Stahla (z grupy Purple Rising). A przecież ponoć pomiędzy nim, a Reece'im, na moment w Bonfire jeszcze zakotwiczył umiarkowanie przeze mnie lubiany Michael Bormann - głos choćby z dawniejszego Jaded Heart lub The Trophy. Jednak Bormann notorycznie nie dysponował wolnym czasem, tak więc... Alexx Stahl - ten facet zaangażował się bez reszty, a co najważniejsze: świetnie śpiewa. I niech już tak zostanie. Nowy głos, nowe siły, nowa energia... i nowa świetna płyta. Przejawiająca chęć życia, a przy tym z zaraźliwą mocą kontynuująca najlepsze zespołowe tradycje. Skończyły się jakiś czas temu na szczęście country-rockowe eksperymenty, do których mocno dążył Claus Lessmann, ponadto dość już łzawych balladek, których na płytach w rodzaju "Branded" czy "Free" nie potrafiłem zdzierżyć.
"Byte The Bullet" otwiera 7-minutowy "Power Train", i lepiej być nie mogło. Rozpędza się, niczym tytułowy mocarny pociąg, najpierw za sprawą majestatycznych klawiszy i z nieco ospałym tempem, by dwie minuty później gitarowo zagrzać do boju. I pomyśleć, iż wielogłosowy refren pojawia się dopiero w środku tej przyjemnie przydługawej piosenki. Mogła by tak jeszcze trwać i trwać... Po takim wstępie od razu wiadomo, że będzie tylko dobrze, a nawet jeszcze lepiej. No i jest. Bo oto kolejny power track "Stand Up 4 Rock". Tym razem sporo krótszy, a więc z szansą na radiową promocję. Może się jakiś smutnawy didżej na tych kilka minut ulituje nad tą soczystą, niczym sok ze świeżej truskawki, melodią. O ile ostali się jeszcze takowi, którzy mieliby odwagę grać na łamach jakiegokolwiek FM tak melodyjno-muskularne kawałki. A przecież następny w omawianym zbiorze jest jeszcze lepszy. Zwie się "Praying 4 A Miracle" (co oni mają z tymi "czwórkami"?), i jest to taka melodia, przy której aż chce się skakać po rajskie wrota. To, że tego typu muzyki nie znajdziecie Szanowni Państwo w radiowym eterze wynika z zarządzania mediami przez kompletnie nierockandrollowych włodarzy. Proszę dać wiarę mym zapewnieniom, jeśli komuś przypadnie do gustu melodia z "Praying 4 A Miracle", także nie oderwie uszu od takich "Reach For The Sky", "Sweet Surrender", "Byte The Bullet" czy "Too Far From Heaven". Że do bonusowej wersji klasycznego i obłędnego zarazem "Sweet Obsession" (pierwotnie na kapitalnym LP "Fireworks" w 1987 r.) nikogo chyba namawiać nie muszę.
A ballady? Też są, a jakże. "Lonely Nights" czy "Without You" - wykwintne, tylko troszkę słodkawe, ale na pewno dające się polubić od pierwszego wejrzenia. W tej materii Bonfire'om mogą zagrozić jedynie Scorpionsi. Choć, gdy otaczają mnie nuty "Without You", wcale nie jestem tego taki pewien.
Na tym nie koniec. Otrzymujemy również dwie miłe niespodzianki, jak udaną i dość oryginalną przeróbkę "Locomotive Breath" - z repertuaru Jethro Tull, a także instrumentalny metalowy flirt z monumentami muzyki klasycznej, pod dwuznacznym tytułem "InstruMetal". Panowie gitarzyści: Hans Ziller (niekwestionowany zespołowy lider) oraz wirtuozerski Frank Pane, przywołują pamięć "V Symfonii" - Ludwika Van Beethovena, "W Grocie Króla Gór" - Edvarda Griega czy "Eine Kleine Nachtmusik" - Wolfganga Amadeusza Mozarta. Smakowite!
Wspaniała płyta. Idealna na kontynuację ubiegłorocznych 30-urodzin Bonfire. Dająca przy tym należyty początek nowym dziejom.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





środa, 12 kwietnia 2017

DEEP PURPLE - "InFinite" - (2017) -








DEEP PURPLE
"InFinite"

(EAR MUSIC)
***1/3




Całość zaczyna znany z pierwszego singla "Time For Bedlam". Nie jest to co prawda żaden "Perfect Strangers" czy "Smoke On The Water", niemniej całkiem udany wstępniak. Następny "Hip Boots" idzie za ciosem. Organy Aireya zdecydowanie tu nawiązują do dawnego brzmienia Jona Lorda, gdzieś z czasów "Fireball" czy "Machine Head". Zresztą w ogóle niniejsza kompozycja najlepiej czuje się w objęciach akordów Aireya. Słuchacz odnosi wrażenie, że ta jego czarno-biała klawiatura zaraz rozsadzi głośniki. Miód na uszy bractwa purpurowych. Później jest jeszcze lepiej, bo oto do głosu dochodzi jedna z dwóch albumowych pereł - "All I Got Is You". Utwór również dobrze znany z przedalbumowego singla. Don Airey ponownie wpada w trans, a Steve Morse maluje gitarą, jak by był muzykiem Camel lub Marillion. Przypominają się czasy "Sometimes I Feel Like Screaming", pomimo iż konstrukcja kompozycji zupełnie inna. Emocje jednak podobne.
Królewski początek - chciałoby się rzec. Jaki tam początek, przecież to już niemal jedna trzecia albumu. Na całości rozsianych tylko dziesięć kompozycji, które kto wie, czy nie będą musiały nam wystarczyć na zawsze. O ile zespół dochowa obietnicy sfinalizowania działalności za sprawą już nie tak odległej koncertowej trasy pod hasłem "The Long Goodbye Tour". Ponoć ta płyta także ma czynić za ostatnie słowo. Na promyk nadziei w ostatnich wywiadach muzycy wcale już nie są tacy pewni, by definitywnie zatrzasnąć za sobą drzwi.
Albumowa okładka bardzo wymowna, ale i pełna dwuznaczności. Lodołamacz rysujący symbol nieskończoności, z którego tworzą się zarazem inicjały "DP", a przy tym tytuł "InFinite" - z podkreślonym dużym "F", co niekoniecznie musi oznaczać "nieskończoność", a zwyczajnie działalności kres. Trzymam kciuki, by finalną studyjną płytą okazało się dzieło większej mocy. "InFinite" po pierwszych trzech nagraniach ze swą atrakcyjnością zdecydowanie siada. Za wyjątkiem osadzonego jeszcze na początku drugiej albumowej odsłony fantastycznego 6-minutowego "The Surprising". Mojego ex-equo numer jeden - wraz z "All I Got Is You". "The Surprising" jest nie tylko jednym z najdłuższych albumowych fragmentów, ale też wyróżnia się na tle innych bogatszą aranżacją. Bob Ezrin (odpowiedzialny także za poprzedni album "Now What?!") przypomniał sobie o prog-rockowych latach spędzonych u boku Pink Floyd. Kompozycja została co prawda przyozdobiona cudownym melancholijnym tonem, lecz na szczęście nie uszła z niej hard rockowa moc.
Do tego świetna melodia, co już na samym starcie daje jej status klasyka w dniu poczęcia. Biję brawa za "The Surprising" oraz "All I Got Is You", jednak nie wiem co począć z takimi słabeuszami w rodzaju: ociężałego "Johnny's Band", funkującego "On Top Of The World", pozbawionego poza sprawną grą sekcji jakiegokolwiek uroku "Get Me Outta Here" oraz wyjątkową dłużyznę, jaką jest "Birds Of Prey". Z kolei Doors'owska przeróbka "Roadhouse Blues", która ponoć powstawała bardzo spontanicznie, zaciekawia odmiennym od pierwowzoru rytmem, fajną Gillan'owską harmonijką, a'la knajpianymi pianistycznymi wtrętami Aireya oraz wyluzowanym śpiewem niezmordowanego Iana. Rzecz całkiem udana, choć ponad chmury niewznosząca.
Czuję pewien niedosyt, wszak oczekiwałem podgrzewanymi wielomiesięcznymi huraoptymistycznymi zapowiedziami zdecydowanie wykwintniejszego specjału. A tu, poza dwoma faktycznie genialnymi nagraniami, reszta bardzo przeciętna. I pomyśleć tylko, iż tak wielu kręciło nosem na poprzedni "Now What?!". Chyba tylko ja stałem na jego straży. Gdy teraz słucham "InFinite", jeszcze bardziej doceniam tamtego niezwykłość.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"