środa, 26 kwietnia 2017

PENDRAGON - "Masquerade 20" - (2017) -








PENDRAGON
"Masquerade 20"

(METAL MIND PRODUCTIONS)
****1/2




Widziałem wiele koncertów Pendragon, i proszę dać wiarę: trudno byłoby za sprawą słowa pisanego oddać klimat tych wszystkich występów. Zapewne z najnowszego "Masquerade 20", a właśnie utrwalonego na tymże podwójnym kompakcie (również jako osobne wydawnictwo pojedyncze DVD), można jedynie pokusić się o opis na chłodno, jeśli się nie było naocznym uczestnikiem - jak w moim przypadku. Wszelkie prawdziwe emocje pochłonęła scena oraz widownia Teatru Śląskiego imienia Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach, za sprawą tam zgromadzonych szczęśliwców w dniu 18 maja 2016 roku. Miejsce to należy do koncertowo prominentnych z ramienia Metal Mind Productions. To właśnie tam wspomniana oficyna z Górnego Śląska realizuje z reguły wydawnictwa audiowizualne wykonawców art-rockowych, których sama zrzesza w swoim katalogu (m.in. Arena, Knight Area, Final Conflict, Credo czy Galahad).
Pendragon przy okazji wielokrotnych odwiedzin naszego kraju zazwyczaj dają po kilka występów, a jednak tym razem ta królewska formacja przyjechała do nas tylko z zamiarem jednego. Muzycy nie musieli już promować wydanego w 2014 r. albumu "Men Who Climb Mountains", ponieważ uczynili to nieco wcześniej. Tym razem padło więc na świętowanie 20-tych narodzin "The Masquerade Overture". To wydane w 1996 roku dzieło od zawsze cieszyło się u nas ogromną popularnością. Sam własnym honorem mogę zaręczyć faktem z mej wciąż jeszcze prężnej pamięci, odnośnie pewnego nieistniejącego już poznańskiego sklepu płytowego, w którym na światową premierę albumu sprzedano jego ponad trzydzieści kompakt dysków już pierwszego roboczego dnia. To bardzo dużo zważywszy, iż Pendragon to jednak nie Pink Floyd czy Genesis. Tak tak, dwadzieścia lat temu każdy sympatyk takowej twórczości pragnął posiąść ukochaną muzykę na fizycznej płycie.
Łatwo się domyślić, iż "The Masquerade Overture" musiało z racji rangi wydarzenia pojawić się w Katowicach w całości. I to w dokładnie takiej kolejności, w jakiej zapisano ją przed laty na płycie. A więc, począwszy od interludium "The Masquerade Overture" - będącego kolażem opery i muzyki symfonicznej, aż po absolutnie niezwykłą mini suitę "Masters Of Illusion". Jedną z trzech najwspanialszych kompozycji z "The Masquerade Overture" (obok "The Shadow" oraz "Paintbox"). Okazało się, że wcale nie odklepano lubianej płyty na scenie. Panowie Nolan i Barrett, plus reszta kompanii, ponownie zaczarowali i porazili maestrią. Z dobrze znanego uczynili nową jakość. Clive Nolan, choć jest postacią wyrazistą i trudno mu odmówić oryginalności, umiejętnie do teraz potrafi czerpać ze swych głównych inspiratorów, do których bez wątpienia należą Yes'owski Rick Wakeman czy Genesis'owski Tony Banks. Z kolei Nick Barrett czaruje gitarą nie mniej przekonująco, co Camel'owski Andy Latimer, bądź PinkFloyd'owski David Gilmour. Choć wielka szkoda, że do tej pory tak niewielu się o tym przekonało. No bo skoro Pendragon, przez grubo ponad trzy dekady działalności, sprzedali łącznie milion płyt... Moim zdaniem, jak na TAKĄ MUZYKĘ, ledwie milion. Choć sama grupa wydaje się dumna z tego faktu twierdząc, że to "aż" tyle.
"The Masquerade Overture" zostało usłane nie tylko ładnymi, a czasem wręcz obłędnie cudownymi melodiami, lecz oprócz tego w sposób zmysłowy zestawiono w niej smutek i melancholię, a wszystko podlano nieszablonową konstrukcją kompozycyjną. Teksty zaś wnikały w środek ludzkiej duszy, która z kolei poruszała się po sferze fantasy. Całość próby najwyższej i niedającej się pokonać każdemu pragnącemu wznieść się na poziom podobny. A przecież tak wielu próbowało. Dla przykładu, w podobnym tonie jakieś ćwierć wieku temu szykowali się do podboju m.in. Jadis (albumy "More Than Meets The Eye" oraz "Across The Water) czy wyborni IQ (wspaniały "Ever"). Skończyło się jednak tylko na przyjemnych epizodach. Natomiast Pendragon nadal tak grają, przy okazji poszukując, rozwijając się i nie gubiąc przy tym wypracowanego stylu.
W dalszej części katowickiego show muzycy zagrali jeszcze dziesięć kompozycji, przy czym najwięcej z najnowszego "Men Who Climb Mountains", tj. utwory: "Beautiful Soul", "Explorers Of The Infinite", "Come Home Jack" czy zdecydowanie najpiękniejsze "Faces Of Light". Jednak nie zabrakło również wyjątkowo lubianych przez polską publiczność, sporo starszych "Nostradamus" czy "Breaking The Spell", bądź będącego hołdem dla grupy Pink Floyd "Schizo". Mnie jednak poraziła moc "This Green And Pleasant Land" oraz "Indigo" - kompozycji zapisanych już w nowszym zespołowym rozdziale. Kto wie, być może Królewscy także i tym oddadzą zasłużony pokłon za jakieś dziesięć lub dwadzieścia lat.
Świetny koncert. Niby taki, jakich było wiele, a jednak znowu troszkę inny i ponownie czarujący.
Zapewne, gdyby na świecie słuchano tylko takiej muzyki, nie byłoby wojen, ni żadnej przemocy. Może powinno się o niej wykładać w szkołach, na uczelniach... zamiast tylu niepotrzebnych zajęć.


P.S. Wypada nadmienić, iż obok panów Nicka Barretta, Clive'a Nolana oraz Petera Gee, pojawił się perkusista Jan-Vincent Velazco. Cóż, grupa zdaje się wszystkich nas zdążyła przyzwyczaić do ciągłej zmiany bębniarzy. Pod tym względem już chyba pobili gigantów z Judas Priest.

P.S. 2. W roli towarzyszących śpiewającemu Barrettowi chórzystek, pojawiły się dwie damy. A więc, Christina Booth - Walijka znana z formacji Magenta, a w przeszłości także uczestniczka zapomnianego Cyan (oba teamy prowadzone przez Roberta Reeda). Druga, to Verity Smith - współpracowniczka Pendragon'owego klawiszowca Clive'a Nolana. Zresztą Christina Booth także przecież obiła się o inny Nolan'owski projekt - Caamora.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"