poniedziałek, 24 czerwca 2019

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 23- na 24 czerwca 2019 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli 23-ego na poniedziałek 24 czerwca 2019 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Janek Mojżeszewicz
prowadzenie: Andrzej Masłowski







SANTA ANA WINDS - "Santa Ana Winds" - (2016) - w pierwszej godzinie troszkę moich propozycji na właśnie napoczęte wakacje. Piosenek dobrze nam znanych, lecz chyba wszyscy właśnie takie lubimy najbardziej.
- Love Is A Mystery - {Bill Quateman cover} - śpiew BRAD HENSHAW

AIRRACE - "Untold Stories" - (2018) - Brytyjczycy grają momentami rzetelnego hard rocka, jednak "Summer Rain" to raczej AOR'owa piosenka, idealna do muzycznego plecaka. Adam Payne i jego koledzy, za jej sprawą zasugerowali, by zmyć z siebie owym "letnim deszczem" wszelakie ponuractwo, a wpuścić w swe progi uśmiech lata.
- Summer Rain

CHINA SKY - "China Sky II" - (2015) - Ron Perry to w mojej opinii hard rockowy wydzierus na miarę Davida Coverdale'a, Jamesa Christiana czy Kelly'ego Keelinga, jednak z uwagi na niewielki płytowy dorobek wciąż muzyk pozostaje w ich cieniu.
- One Life

HARLAN CAGE - "Double Medication Tuesday" - (1998) - doskonały suplement do najnowszej płyty Fortune "Fortune II". Ten sam wokalista (Larry Greene), podobne emocje, a nawet i artystyczny zamysł, do tego piosenka "Halfway Home", która jest pierwszym wcieleniem znanej nam od niedawna "Overload".
- Blow Wind Blow
- Halfway Home

PLAYER - "Too Many Reasons" - (2013) - pod koniec lat 70-tych podbili Amerykę piosenką "Baby Come Back", a tu zamieścili jej nowe wdzianko. Poza tym, w obręb dostarczonych nowych piosenek załączyli jeszcze cover genialnego brit-psychedelika "Kites". Rzecz w swej treści banalnie urocza, o tym, iż na latawcu wypiszę "kocham cię", i niech wszyscy zobaczą. W kwestii nastroju i melodii kompozycja z gabloty wybitnie zasłużonych. U nas Player niemal nieznani, więc dodam, iż obecnie grupa jest zaledwie duetem, którego głównym wokalistą Peter Beckett, natomiast od zawsze wspomaga go niejaki Ronn Moss. Jegomość głównie u nas kojarzony z roli Ridge'a Forrestera, w tasiemcowym serialu "Moda na sukces". Niegdyś pokazałem mojej Mamie okładki płyt Player, jednocześnie zapytując: "Mamo, poznajesz tu kogoś?" - Mamuś wskazała na Mossa, dodając: "no pewnie, Ridge Forrseter".
- Baby Come Back
- Kites - {Simon Dupree And The Big Sounds cover}

SIMON DUPREE AND THE BIG SOUNDS - "Kites" - (1993) - kompilacja. Powyżej kopia "Latawców", a tutaj oryginał. Wiadomo, niedający się nikomu wyprzedzić. Tym bardziej, że końcowa żeńska melorecytacja do dzisiaj przysparza o ciarki na ciele.
- Kites - {singiel, 1967}

OMEGA - "Greatest Performances - 50 Years" - (2012) - koncertowo, z burzą oklasków i nieopisywalną eksplozją ładunku emocjonalnego, jakiego ten utwór w wydaniach koncertowych doświadczał już tuziny razy, a tutaj mamy właśnie tego namiastkę. Coś, co należy przeżyć na własnej skórze.
- Gyöngyhajú Lány

WARMRAIN - "Back Above The Clouds" - (2019) - co za muzyka! Wynalazek Piotrka "nie tylko maszyny są naszą pasją". Zresztą, mówiłem wczoraj Państwu, Piotrek w moich oczach jest jednym z czołowych rewelatorów nowinek muzycznych, jakich nosi niebiesko-zielona planeta. Jak on to robi?
- Absent Friends
- Here Comes The Rain Again - {Eurythmics cover}

STRAND OF OAKS - "Eraserland" - (2019) - nie kupiłem w Berlinie, ale już dziura zacerowana. Dzielnie spisał się jeden ze sklepów internetowych, który obiecał zrealizować zamówienie po dwóch tygodniach, a ostatecznie sprawę ogarnął w tydzień.
- Weird Ways
- Eraserland

BEAR'S DEN - "So That You Might Hear Me" - (2019) - nowy album nie zaskakuje świeżością poprzednika "Red Earth & Pouring Rain", jednak trzeba go nieco posłuchać, dać mu szansę - jest inny.
- Not Every River
- Laurel Wreath

OKTA LOGUE - "Runway Markings" - (2019) - wczoraj na ruszcie finałowy kawałek z najnowszego longplaya młodych Niemców. Wkrótce płytę zrecenzuję, choć chyba każdy Słuchacz Nawiedzonego Studia domyśla się, co napiszę.
- Out Of Gas

OST - "Circle Of Friends" - (1995) - prześliczny soundtrack, film zapewne także, choć do dzisiaj nie miałem z nim przyjemności. Kręcono go w irlandzkim Kilkenny oraz miejscach okolicznych, a więc w wybranym do życia miejscu przez naszego audycyjnego przyjaciela, a i w wielu muzycznych kwestiach także wysłannika, Andrzeja z Zielonej Wyspy. Właśnie od niego otrzymałem tę muzykę. Z wielką przyjemnością słucham jej teraz i równie chętnie będę do niej powracać. Całuję stópki Panie Andrzeju! Najpierw prawą, później lewą. Prawa to ta, której duży palec jest po lewej stronie. Jeszcze tylko muszę obczaić tajniki tej lewej.
SHANE McGOWAN and MÁIRE BRENNAN - You're The One
THE LONG JUMP BAND - Love Is A Many Splendored Thing

SILENT RUNNING - "Deep" - (1989) - ostatni album Irlandczyków z Północy. Działali w latach 80-tych, nagrali zaledwie trzy płyty, wszystkie bardzo udane. Muzycznie wbijały band w folk-rockowy nurt, głównie czczony przez entuzjastów Simple Minds, U2, The Alarm, Hothouse Flowers czy Chameleons, jednak nigdy Silent Running nie dostąpili ich sławy. Szkoda, bowiem muzyka wspaniała. Niedawno reaktywowali się, więc kto wie, może ich czasy właśnie nadchodzą...
- Deep In The Heart Of Nowhere
- Everything Your Heart Desires
- Angel Of Mercy

SIMPLE MINDS - "Street Fighting Years" - (1989) - płyta epoki zimnej wojny, muru berlińskiego, pierestrojki ... , inna sprawa, że choć mocno nasiąknięta ówczesnymi światowo-politycznymi nastrojami, to przede wszystkim artystycznie genialna! Były to czasy, kiedy ekipa Jima Kerra rywalizowała z U2. Obie formacje szły łeb w łeb, dopiero niestety lata dziewięćdziesiąte zepchnęły Simple Minds na koniec peletonu, otwierając przed U2 wrota do bezkresnej sławy. Piosenka "Wall Of Love" sugerowała: zamiast muru nienawiści oraz podziałów, zbudujmy wielki mur miłości.
- Wall Of Love

BRUCE SPRINGSTEEN - "Western Stars" - (2019) - z wypiekami na twarzy słucham nowego Springsteena. W moim CD-playerze płyta przeleciała już ze dwadzieścia pięć okrążeń.
- The Wayferar
- Tucson Train

SOUTHSIDE JOHNNY & THE JUKES - "At Least We Got Shoes" - (1986) - w USA bardzo cenią tę rywalizującą nieco z Bossem formację. Wiadomo, ze Springsteenem nie wygra nawet papież, ale takie albumy zawsze radują. Dla mnie John Lyon to ekstra gość, który ma fajnie postrzępiony głos, w dodatku sprawnie szlifuje ustami po swej lśniąco srebrzystej harmonijce.
- Till The End Of The Night
- I Only Want To Be With You - {Dusty Springfield cover}

JOHN ILLSLEY - "Coming Up For Air" - (2019) - Illsley zawsze nagrywa nastrojowe, tylko z lekka rockowe płyty, które ze zrozumiałych względów na domiar wszystkiego pachną stylem Dire Straits. Niebawem zrecenzuję jego najnowszy mini album, choć w tym przypadku także nowych lądów nie odkryję.
- When Things Go Right

ALESSI - "Long Time Friends" - (1982) - rewelacyjny amerykański duet, u nas kompletnie no-name'owy. W Ameryce sprzedali wiele milionów płyt, tam także ich twórczość obsypywano licznymi nagrodami. Na ich płytach sidemanami bywali wszechstronni muzycy, zarówno rockowi jak i jazzowi, i to z najwyższej półki. Posługując się tą płytą, weźmy z brzegu Steve'a Lukathera i Jeffa Porcaro - obaj z Toto, bądź Lenny'ego Castro, Erica Johnsona, Larry'ego Carltona czy znakomitą wokalistkę Patti Austin, której niedawno posłuchaliśmy z jej solowego albumu. Poza tym, produkcją wczoraj zaprezentowanego dzieła zajęli się trzej giganci: Christopher Cross, Michael Ostin oraz Quincy Jones. "Long Time Friends" stanowi za dowód perfekcyjnej płyty, na której nie ma żadnych słabych punktów. Co tam słabych, nawet przeciętnych. Każda piosenka zrzuca czapki z głów. Muszę kupić nowy egzemplarz, bo ten za sprawą lat i częstego użytkowania obecnie już naprawdę nieźle zajechany.
- What A Way To Go
- Still In Love
- Forever - {backing vocals CHRISTOPHER CROSS}
- Long Time Friends

JOE JACKSON - "Night And Day" - (1982) - do tej pory miałem to tylko na winylu, i też na mocno wyeksploatowanym. Od teraz może on sobie spoczywać, niczym emerytalny relikt przeszłości. Wreszcie natrafiłem na CD. Kupiłem w berlińskim Saturnie za 5,99 euro, a więc nawet nie w cenie obiadu. Cheeseburger na steku na tamtejszym Kudamie kosztował 13,99.
- Steppin' Out
- A Slow Song






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





sobota, 22 czerwca 2019

BRUCE SPRINGSTEEN - "Western Stars" - (2019) -








BRUCE SPRINGSTEEN
"Western Stars"
(COLUMBIA)

****





"Western Stars" jest dziełem faceta, który muzykowanie zaczynał w przydrożnych barach, z czasem zamieniając je na aule, później przepastne hale, wreszcie na stadiony. Natomiast pierwsze muzyczne fascynacje niejednokrotnie czerpał z acetatowych płyt, które po dwudziestu odtworzeniach oferowały już tylko zgrzyty i swąd. Właśnie w takiej atmosferze Boss poznawał piosenki Glena Campbella, Harry'ego Nilssona, Charliego Richa czy Burta Bacharacha, a więc artystów, na których właśnie powołuje się na swojej najnowszej płycie.
Springsteen to symbol Ameryki. Jej wielkości i upadków. Ale i człowiek, który do dzisiaj najbardziej ceni prostą i szczerą w odbiorze publiczność, bowiem nigdy mu jakoś nie służyli posiadacze grubych portfeli, zasiadający podczas jego występów w nadętych vipowskich lożach. Jako, że uważa się za człowieka z tłumu, lubi mówić jego głosem i jego problemami. Sam także, zanim zaczął własne liryki przemycać na grunt milionów odbiorców, najpierw rozprawiał się z nimi w zaciszu własnych myśli. Jest łebski, wrażliwy, utalentowany i razi sporym promieniem wartościowego przekazu. Dzisiaj, ten przycięty na krótko jegomość, z wyraźnymi ostrymi rysami twarzy i jeszcze większym zadziorem na podbródku, z czym dobrze koresponduje jego muskularna sylwetka oraz odpowiednio podniszczona gitara, która czyni wrażenie wyciosanej z przydrożnego większego kawałka drewna, może pozwolić sobie na wszystko. Stać go na realizację każdego muzycznego kaprysu, a świat będzie się temu przyglądać, z nie mniejszą uwagą, co niejednemu politycznemu dreszczowcowi.
Boss oddał swe życie w ręce muzyki, jednocześnie zawsze pragnąc, by z podobnymi ludźmi dzielić swe artystyczne łoże. Znalazł takowych do E-Street Bandu, udało mu się też teraz do nowiuśkiego "Western Stars".
Boss właśnie nagrał piękną płytę, taką z dużym wykrzyknikiem, choć wyzbytą przecież rockowych hymnów czy jakichkolwiek przydatnych na dziś pokaźnych manifestów, a płytę nastrojową, w dodatku z orkiestrą. Za jej przyczynkiem sentymentalnie powrócił do bliskich jego sercu lat 60-tych. A więc do czasów, kiedy wielu jego country/folkowych idoli w swych piosenkach eksperymentowało właśnie ze smyczkami. Jednocześnie przy tej okazji maestro wyzbył się wszelakich wątków autobiograficznych, które tym razem zamienił na historie ludzi niezauważonych, którzy jednocześnie niewiele mają do stracenia. Springsteen wrażliwie śpiewa, choć we wszystkich nagromadzonych tu piosenkach czyni to rolą narratora. Niemal w każdej z nich rysuje jakąś przejmującą historię, jak choćby w "Chasin' Wild Horses", w której bohater w młodości dokonał czegoś złego, po czym opuścił dom, stał się kowbojem w Montanie, gdzie później oswajał konie, a w chwilach słabości zarzucał w echo imię swej ukochanej. Wątek westernowy pojawia się również w tytułowym "Western Stars". Springsteen wciela się tutaj w rolę podstarzałego aktora, który niegdyś bywał gwiazdą westernów, a dzisiaj, choć nadal jeszcze występuje, najczęściej już tylko wspomina swoje najlepsze czasy.
Bohaterami Springsteena przeważnie bywają zaharowani mężczyźni, którzy poprzez codzienny mozół próbują wraz z wydzielonym potem wypuścić bakterie własnych przegranych miłości. Stąd też padające w tekście piosenki "Tucson Train" słowa: "...twoje ciało i umysł oczyści tylko ciężka praca...". Ów pociąg w Tucson barwnie ilustrują na początku oraz końcu nagrania sugestywnie "ciuchciające" instrumenty perkusyjne.
Springsteen potrafi również bywać rozmarzenie epicki, jak choćby w finalizującym "Moonlight Motel" ("... moje ty kochanie, ostatniej nocy śniłem o tobie, a z mojego samotnego łóżka wiejący przez okno wiatr zdmuchnął kołdrę...").
To płyta z wieloma ładnymi i bardzo ładnymi piosenkami. Do tej drugiej kategorii bez wątpienia należą: "There Goes My Miracle", "Hello Sunshine", "Tucson Train" bądź "The Wayfarer" (... jestem wędrowcem, kochanie, dryfuję od miasta do miasta..."), jednak wszystkie pozostałe polecałbym potraktować podobną miarą, gdyż Boss za ich sprawą po raz kolejny kształtuje amerykańską rzeczywistość - nawet, jeśli sam bywa jedynie jej recenzentem.
"Western Stars" zapewne łatwiej będzie polubić sympatykom kameralnych "Nebraska", "The Ghost Of Tom Joad" czy "Devils & Dust", niż pełnym wigoru rockowym duszom, rozkochanym w "Born In The USA" bądź w przynajmniej połowie "The River". Boss to jednak taki artysta, który potrafi solidnie przyłożyć i bez użycia swej postrzępionej elektrogitary. I ta płyta tego dowodem. W zastępstwie zadziornych gitarowych akordów, dzielnie w tło wtapiają się wszelakiej maści smyczki, dęciaki, fortepian, bandżo, moog, loopy, sample, organy, melotron, a w niosącym się nieco filmowo "Sleepy Joe's Cafe" nawet akordeon.
Najbardziej nastrojowa płyta od czasów "Devils & Dust", a od narodzin "The Rising" najlepsza.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





piątek, 21 czerwca 2019

SNOWY WHITE AND THE WHITE FLAMES - "The Situation" - (2019) -








SNOWY WHITE AND THE WHITE FLAMES
"The Situation"
(SNOWY WHITE / SWWF)

***1/2






Snowy'ego White'a całkiem słusznie kojarzymy z blues/rockiem, lecz zarazem nie zapominajmy o jego wkładzie w późniejsze Thin Lizzy (albumy "Chinatown" oraz "Renegade"), w koncerty Pink Floyd okresu "The Wall", jak też w solowe poczynania muzyków tej grupy, tj. Rogera Watersa i Ricka Wrighta, plus w zacne wtręty Traffic'owemu Jimowi Capaldiemu oraz w do cna oddanemu bluesowi Peterowi Greenowi. Dla mnie ten nietuzinkowy blue-eyed/bluesowy gitarzysta to przecież jeszcze właściciel genialnej ballady "Bird Of Paradise", w której nie tylko posłuszna White'owi deska zatrzepotała w stosownym czasie rajskimi strunami, lecz dostarczyła mu także potrzebnych na lata węglowodanów. Poza tym, miałem dwukrotną przyjemność podziwiania talentu mistrzunia na żywo - z Rogerem Watersem w Warszawie w 2002 r. oraz w 2009 na klubowym show w Poznaniu. Zatem nawet fajna okładka do najnowszego "The Situation" - autorstwa szwedzkiego surrealisty Tommy'ego Ingberga - nie zrobi już na mnie równie pokładanego wrażenia.
Nagrywane w Londynie, na przełomie sierpnia i września 2018 r. "The Situation", konsekwentnie brnie nastrojem dwóch wcześniejszych płyt "Reunited..." oraz "Released". Repertuarem jednak wydaje się od nich nieco atrakcyjniejsze.
Snowy nie jest wielkim śpiewakiem, lecz natura w zamian obdarzyła go wyobraźnią i talentem zmysłowego szarpania strun. Poza tym, do śpiewania bluesa nie potrzeba pełnej gamy oktaw. Delikatność, z jaką od lat po obszarach bluesa porusza się ten Brytyjczyk tylko potwierdza, iż bluesem nie da się sterować, tę muzykę trzeba nosić w sercu, a Snowy ma dla niej dużo miejsca. Dlatego nie warto jego uczuciowej twórczości zamieniać na żaden zmasowany atak sampli oraz towarzyszących im świecących gadżetów, bowiem blues bez sztucznych ogni trwać będzie, a tamto wyparuje. W muzyce z "The Situation" nie znajdziemy strzykawek, ni żadnych dziwnych wizji, natomiast w zamian przynajmniej kilka pierwszorzędnych, a jednocześnie przecudownych kompozycji. Na pierwszy plan wysuwa się nieopisywalnej urody powolna, jakby nawet nieco ospała, a przede wszystkim o romantycznej naturze 8,5-minutowa bluesowa ballada "Why Do I Still Have The Blues". Utwór dźwigający o wiele większą dramaturgię niż całe legiony poezji. Nawet szwajcarska precyzja w drążeniu serowych dziur nie wyklułaby bez szczypty uczucia podobnego cuda. Dlatego konia z rzędem wyznawcom gatunku, którzy na jego woń pokręcą nosem. Myślę, że Snowy tą kompozycją zbliżył się na nieznaczną odległość do "Bird Of Paradise".
Równie majestatycznie jawi się, co prawda o połowę krótszy, lecz równie zaangażowany powolny "Crazy Situation Blues". I oba te nagrania stanowią za wyznacznik prawdy o nadal drzemiącym w Snowy'ym potencjale kompozytorskim oraz wykonawczym. Oczywiście "The Situation" nie składa się z samych chwytających za serce bluesowych heartbreakersów. Bo choć żaden z tego o szaleńczych tempach album, to jednak napotkamy na nim różne odcienie blues rocka. Weźmy przykładem na ruszt utrzymane w duchu wczesnych Fleetwood Mac, nieco żywsze, a i z niemałą domieszką jazzu "LA Skip", bądź zdynamizowane i osadzone w rhythm'n'bluesie "You Can't Take It With You" - jakże bliskie drugiemu "Baby Please Don't Go". Niezwykle intryguje również tytułowe "The Situation", które niekiedy wynurza a'la Chic funkowe zagrywki White'a, jakże bliskie przebojowi Pink Floyd "Another Brick In The Wall, Pt. II". Proszę zwrócić uwagę na pełne wytchnienia gitarowe solo. Przecież to nic innego, jak ewidentne nawiązanie do tamtej kompozycji, a jednocześnie do starszej o czterdzieści lat gitarowej partii Davida Gilmoura. Przysiądźmy i posłuchajmy, a znajdziemy - w tej niekoniecznie na stereotypowe dwanaście taktów muzyce - jeszcze kilka innych równie ciekawych nagrań.
Polecam bitą godzinkę z najnowszą ofertą Snowy'ego White'a. Dobrze na jej podstawie przekonać się, iż w czasach, w których muzyka staje się już tylko produktem, jest ktoś, kto starannie szarpie naszymi emocjami.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




ALAN PARSONS - "The Secret" - (2019) -








ALAN PARSONS
"The Secret"
(FRONTIERS)

***1/2







Nie kruk Edgara Allana Poe'ego, a biały gołąb unosi się na wysokości cylindra Alana Parsonsa, który na okładce swojej najnowszej płyty stąpa ku światłu aleją niemającej końca drabinką w kolorze fortepianowej klawiatury - magia. Najnowsza płyta Mistrza, choć bez użycia pełnej nazwy The Alan Parsons Project, jawi się kontynuacją tamtej grupy i skrywa w sobie identyczną atmosferę.
Blisko 6-minutowe intro "The Sorcerer's Apprentice" idealnie nadałoby się do kolejnych przygód Harry'ego Pottera i równie ekscytująco porywa nas w szpargały właśnie powołanych do życia piosenek. Przewrotnie okazałą rolę w albumowym intro odegrał tylko przez moment w nim występujący (ex-muzyk Genesis) Steve Hackett. Jego sugestywna gitara flirtuje z nutką czarnoksięstwa i grozy, a jednocześnie współtworzy etiudę jakiej Parsonsowi w repertuarze brakowało od lat. Cóż za niekomercyjny, tajemniczy i porywający początek. Jedynie zwolennicy łatwych melodyjek mogą za jego sprawą nie dotrwać do pierwszej piosenki, jaką swobodne "Miracle". No tak, ale przecież oni w ogóle nie capną tej płyty w swe szpony. Bo, choć tego typu muzykę uznawano jeszcze do niedawna ambitnym popem, w obecnych smartfonowych czasach taka twórczość stanowi dla mas nierzadko za nieosiągalną zjawiskowość, którą wydawać by się mogło na zawsze mieli zarezerwowaną Penderecki lub Maksymiuk.
Dlaczego nie The Alan Parsons Project, a po prostu Alan Parsons? Bo czasy "Project" minęły bezpowrotnie i nie ma co ich wskrzeszać. Od lat nie żyją nierozerwalnie z tamtą gwardią kojarzeni wokaliści, jak Eric Woolfson czy Chris Rainbow. A więc głosy, przy których wszystkie inne bywały jedynie smakowitym dodatkiem. Z szacunku dobrze więc nie burzyć pomników, nawet jeśli Parsons obecnie na artystycznym gruncie czyni dokładnie to, co na bestsellerowych płytach, pokroju "Ammonia Avenue" bądź "Eye In The Sky". A jednocześnie tylko za sprawą ewolucji brzmienia nieznacznie oddalił się od genialnego staruszka "I Robot".
"The Secret" skupia wielu gości, jak to u legendarnego inżyniera dźwięku najlepszej płyty wszech czasów - "Dark Side Of The Moon" - tradycją. U człowieka, który nie tylko skrywa bzika na punkcie konstruowania wykwintnych piosenek, ale też jest odwiecznym pedantem w kwestii ich ostatecznego szlifu. Dlatego, obok wspomnianego epizodycznego tutaj Steve'a Hacketta, jest też względem dobra sprawy inny gitarowy poczciwina Ian Bairnson, basista Nathan East, perkusista Vinnie Colaiuta, jak też dawno niesłyszany ex-wokalista Foreigner, Lou Gramm. Ten ostatni nareszcie znakomicie zaśpiewał w podniosłym "Sometimes". Jednocześnie przynajmniej na moment wymazując nieszczęsny obraz chybionego projektu Lou Gramm Band.
Dużo na "The Secret" wokalistów. Trzeba dodać, niezłych. Skrupulatnie wypatrzonych jastrzębim, a raczej kruczym zmysłem Parsonsa. Nie są to jednak śpiewacy tej miary, co wspomniani już Eric Woolfson bądź Chris Rainbow, jak też bywają mniej charyzmatyczni, co Lenny Zakatek, Elmer Gantry, a tym bardziej Gary Brooker. Mimo wszystko warto dać im szansę. Być może czas zadziała na ich korzyść.
W podszytym saksofonem oraz smyczkami "Years Of Glory" usłyszymy dobrego znajomego, nosowo śpiewającego P.J. Olssona. W ostatnich latach etatowego wokalistę Parsonsa. Jego mało elastyczny głos, co prawda niespecjalnie nadawał się do śpiewania całych płyt, jednak w tym konkretnym przypadku, jeden paproch w obrębie całego smokingu wydaje się nie razić.
W "As Lights Fall" zaśpiewał nawet sam Mistrz. Dziwić jedynie może, dlaczego w najlepszych dla własnej kariery czasach, tak bardzo nie wierzył on we własne możliwości. Piosenka niesie lekkość "Eye In The Sky" czy "Prime Time", dzięki czemu powinna stać się nierozerwalnym elementem koncertowego śpiewnika grupy.
Prawdziwym klejnotem osadzone w finale dzieła "I Can't Get There From Here". Zaśpiewał ją spory entuzjasta talentu Billa Withersa, Jared Mahone. Uczynił to z wdziękiem Erica Woolfsona, zupełnie jak gdyby chciał oddać mu hołd. I choć podobnego kalibru cacuszka już na tej płycie nie znajdziemy, warto jeszcze przykuć uwagę ku "Soireé Fantastique", gdzie do spółki zaśpiewają Alan Parsons z Toddem Cooperem. To taka ballada z francuskim posmakiem, o odcieniu melodii bliskiej "Time" lub "They Eagle Will Rise Again". Z cudnym solo na gitarze Jeffa Kollmana, natomiast Tom Brooks zwinnie przemyka po akordeonie.
Jest jeszcze nieco ożywione w albumowym gąszczu ballad "The Limelight Fades Away". Utwór zaśpiewał Jordan Huffman, który stoi narzeczonym córki Alana, Tabithy Parsons. Zgrabna melodia, choć najprawdopodobniej ucieknie po latach z naszej pamięci. Podobnie, jak "Requiem", które zaśpiewał osiadły w Nashville, a mający na koncie współpracę nawet z Davidem Fosterem, wspomniany już Todd Cooper. Ta nieco retro piosenka zdecydowanie trzyma się musicalowych desek, a więc dziedziny zawsze bliskiej autorowi tej płyty. Z kolei, we "Fly To Me" słychać, iż śpiewający ją szef amerykańskich The Pillbugs, Mark Mikel,  jest wielbicielem Johna Lennona. Zapachniało tu nawet rozleniwioną niekiedy atmosferą "Magical Mystery Tour". Wszystko jednak ze smakiem, bez usilnego drążenia własnego sukcesu na bazie cudzych cegieł.
Dobrze, że Parsons nadal kontroluje każde słowo i każdy dźwięk, a do tego nie zapomniał dobrze komponować. Maestro dodatkowo posiadł jeszcze umiejętność zwinnego błądzenia po świecie filharmonii, niczym rasowy conductor.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







wtorek, 18 czerwca 2019

relacja Andrzeja Gwoździka z koncertu BTS

Zachęcam do przeczytania relacji z koncertu BTS, autorstwa Andrzeja z Zielonej Wyspy. Nasz wysłannik, a jednocześnie przyjaciel Nawiedzonego Studia, wybrał się na Stadion Wembley wraz ze swoją córką, oddając się szaleństwu najsłynniejszych aktualnie przedstawicieli k-popu.

==================================


BTS - 1 czerwca 2019 Stadion Wembley.

   O co chodzi w całym tym słuchaniu muzyki? Po co w ogóle poświęcamy temu swój czas? Co liczy się bardziej? Jakość dźwięku, ilość zgromadzonych płyt, liczba koncertów, w których uczestniczyliśmy? Kto jest większym melomanem – właściciel sprzętu Hi Fi wartego tyle co dobry samochód, kolekcjoner posiadający kilka tysięcy płyt, czy bywalec klubów jazzowych? Czy znajomość całej dyskografii Yes, Genesis, Franka Zappy, Dream Theater i Van Der Graaf Generator nie sprawia, że patrzymy z góry na fanów popu? Od czasu do czasu warto zadać sobie te pytania i mam nadzieję odpowiedzieć, że słuchamy muzyki bo czyni nas szczęśliwymi, bo daje nam radość.
   Ja sam zamknąłem się w bezpiecznym światku rocka (z naciskiem na jego artystyczne odcienie i starocie) oraz muzyki filmowej. I pewnie długo nie zadałbym sobie powyższych pytań, gdybym nie wybrał się z córką do Londynu na koncert grupy BTS.


Czytelnicy „Blogu Nawiedzonego” przecierają pewnie teraz oczy ze zdumienia. Jakie BTS, chyba BJH?! BTS – znani również jako Bangtan Boys to muzyczny fenomen rodem z Korei Południowej. Tworzy go siedmiu młodzieńców – V, J-Hope, RM, Jin, Jimin, Jungkook i Suga. Szturmem podbili światowe listy przebojów, zdobywając ogromną rzeszę fanów. Siedmiu uroczych młodzieńców skradło serca milionów nie tylko dziewcząt i stało się sztandarową grupą nurtu określanego mianem K-popu. Zmieszali razem pop z rapem i elementami rocka, dodali do tego rozbudowaną choreografię, sympatyczny wizerunek i zawojowali świat. Kolejny boys band można powiedzieć. Pewnie tak, ale jakże inny od Backstreet Boys, New Kids On The Block, czy Take That. Egzotyczny, kolorowy, roztańczony.
   Daruję sobie opis perypetii związanych z zakupem biletów, które rozeszły się w ciągu dwóch godzin, poszukiwań wolnego pokoju i planowaniem całej podróży. Przejdę od razu do konkretów, czyli dnia 1 czerwca kiedy to wyszliśmy z pociągu na stacji Wembley Park i ruszyliśmy w kierunku legendarnego stadionu.


   Idąc na ten show spodziewałem się spotkać tłumy rozentuzjazmowanych nastolatek. I się nie pomyliłem. Podobno sprzedano 60 tysięcy biletów. Sądząc po hałasie jaki robiła widownia pewnie tyle właśnie ich było. Po raz pierwszy byłem na koncercie, na którym publiczność chóralnie wykonała wszystkie piosenki wraz z zespołem. Łącznie z tymi zaśpiewanymi po koreańsku. Kiedy widownia nie śpiewała, to piszczała i krzyczała ze szczęścia. Każdy uśmiech jakiegokolwiek członka grupy, każdy całus posłany w stronę trybun wywoływał istną euforię. Mniej więcej przy drugiej, może trzeciej piosence większość ludzi wstała z miejsc i nie usiadła do samego końca. Było coś optymistycznego w oglądaniu tych tysięcy młodych ludzi, wywodzących się z różnych kultur, ras i religii wspólnie bawiących się przy muzyce. Pewnie zaraz znajdą się malkontenci, którzy powiedzą, że szkoda, że to nie była filharmonia, albo opera. Odpowiem, że aby dorosnąć do opery, trzeba w wieku kilkunastu lat słuchać The Beatles, Bee Gees, A-ha, czy właśnie BTS. Nie będę udawał, że znam dyskografię tej grupy, ale zapytałem Tosię o tytuły kilku piosenek, które jakoś szczególnie wyryły się w mej pamięci, mogę więc powiedzieć, że podobały mi się wykonania takich utworów jak: „Dionysus”, „Fire”, „Idol”, czy spokojna ballada „Epiphany” zaśpiewana przez Jina. Choć całości wysłuchałem z przyjemnością.


   W tym momencie warto poświęcić kilka słów wizualnej oprawie koncertu. Wielkie stadionowe widowiska wymagają wyjątkowych efektów i scenografii. Wszystko to mieliśmy w sobotni wieczór na Wembely. Były fajerwerki, buchający ogień, fontanny wody, lasery, ogromne telebimy, wielobarwne reflektory, confetti, dmuchane pantery, plac zabaw, czy podniebny spacer Jungkooka, podczas wykonywania piosenki pt.: „Euphoria”. Jednak co zachwyciło mnie najbardziej to tzw. army bomb. Każdy z widzów miał przed koncertem szansę nabyć latarenkę w kształcie kuli, zwaną właśnie army bomb. Co różni to urządzenie od zwykłej latarki to fakt, że po ściągnięciu na telefon specjalnej aplikacji i wpisaniu w niej numeru zajmowanego miejsca, stawała się ona częścią oprawy świetlnej, sterowanej centralnie za pośrednictwem bluetootha. W ten sposób całe trybuny rozświetliły dziesiątki tysięcy roztańczonych lampek, zmieniających kolor, czy migoczących do rytmu muzyki. Niesamowity efekt, widoczny zwłaszcza po zmroku. Fantastycznie wypadła również „meksykańska fala” wykonana na zakończenie koncertu, właśnie z użyciem army bomb. Wyglądało to niczym fluorescencyjny plankton, kołysany falami oceanu.
   Kończąc już moją relację dodam, że były łzy wzruszenia widzów, jak i chłopców z BTS, były bisy, skandowane zapewnienia o dozgonnej miłości, były uśmiechy i dużo radości. Czy trzeba czegoś więcej?
   A potem 60 tysięcy ludzi, sprawnie pokierowanych przez obsługę koncertu, rozeszło się do domów. Nie było przepychanek, biegów do pociągu, czy stania w długich kolejkach. Jestem pełen uznania, że taki tłum może tak szybko opuścić stadion.
   Nie wiem czy BTS zmieni historię muzyki, nie wiem nawet, czy ktoś będzie o nich mówił za 10 czy 20 lat. Wiem jednak, że za 50 – 60 lat, ci już nie młodzi ludzie, którzy 1 czerwca 2019 roku zgromadzili się na stadionie Wembley, ciągle będą pamiętać ten wieczór, a wspomnienie to będzie miało dla nich cudowny smak młodości.



Andrzej Gwoździk 
(Kilkenny, Ireland)












poniedziałek, 17 czerwca 2019

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 16- na 17 czerwca 2019 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli 16-ego na poniedziałek 17 czerwca 2019 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Janek Mojżeszewicz
prowadzenie: Andrzej Masłowski








MIKE TRAMP - "Stray From The Flock" - (2019) - były frontman White Lion nagrał świetną płytę. Jedynie szkoda, że tak o niej cicho.
- Dead End Ride

JIMI JAMISON - "Never Too Late" - (2012) - Tomek Ziółkowski w minioną sobotę skończył, a i jednocześnie hucznie obchodził 40-tkę. Jednym z elementów muzycznego wystroju, na zorganizowanej przez jego Kasię prywatce, była ta oto płyta. Pomyślałem, że ja także z niej uczczę to jedyne w swoim rodzaju wydarzenie - najlepszego Tommy!
- Never Too Late
- Street Survivor

============================
============================

ANDRE MATOS
(14 IX 1971 - 8 VI 2019)

kącik poświęcony Artyście




TOBIAS SAMMET'S AVANTASIA - "The Metal Opera Pt. II" - (2002) - pamiętam, pierwszy raz usłyszałem Andre Matosa w jego brazylijskiej Angrze, gdy zaśpiewał z repertuaru Kate Bush "Wichrowe Wzgórza". Byłem pozytywnie zdruzgotany, iż znalazł się facet, który dał radę pociągnąć tak trudną wokalną linię tej piosenki. Szybko kupiłem cały album, by przekonać się, co Andre Matos jeszcze potrafi. Szkoda tylko, że kompakt gdzieś się zawieruszył. Nie potrafiłem odnaleźć go na nasze wczorajsze spotkanie.
- Chalice Of Agony - {śpiew ANDRE MATOS, TOBIAS SAMMET i KAI HANSEN}

TOBIAS SAMMET'S AVANTASIA - "The Metal Opera" - (2001) - lubię starych Edguy, podobnie jak najwcześniejszą Avantasię, a jakoś nie potrafię zadurzyć się w ich ostatnim albumie "Moonglow" - nawet jeśli teoretycznie wszystko na nim wydaje się w porządku.
- Inside - {śpiew ANDRE MATOS, TOBIAS SAMMET i KAI HANSEN}
- Sign Of The Cross - {śpiew TOBIAS SAMMET, OLIVER HARTMANN, KAI HANSEN, ROB ROCK i ANDRE MATOS}

TOBIAS SAMMET'S AVANTASIA - "The Wicked Symphony" - (2010) - Andre Matos nie ukończył jeszcze 48 lat. Nie jest to wiek do umierania, lecz nie my o tym decydujemy.
- Blizzard On A Broken Mirror - {śpiew TOBIAS SAMMET i ANDRE MATOS}

=============================
=============================

FIRST SIGNAL - "Line On Fire" - (2019) - niebawem płytę zrecenzuję.
- The Last Of My Broken Hearts

MARTIE PETERS GROUP - "Unfinished Business" - (2019) - Martie w jednym z niedawnych wywiadów zapewnił, iż tyle potu i krwi, ile stracił przy realizacji "Unfinished Business", nie stracił w całym dotychczasowym życiu. A jaki tego efekt? Niebawem odniosę się do tych słów podczas próby zrecenzowania albumu.
- She's Got A Secret
- Walk Tall
- My Dreams Die Hard

THIN LIZZY - "Nightlife" - (1974) - zmarła Mama Phila Lynotta - Philomena Lynott. Już za życia Phil napisał dla niej o stosownym tytule piosenkę. Dostrzegł w niej, iż Pani Philomena ma złote serce, jak Bóg.
- Philomena
- Sha-La-La
- Dear Heart

OKTA LOGUE - "Runway Markings" - (2019) - oba zaserwowane wczoraj kawałki niezwykle przebojowe, a jednak Niemcy z Okta Logue na polskich listach przebojów nie występują. W ich miejscu osiadają Męskie Granie, Dawid Podsiadło, Krzysztof Zalewski, Kortez i wielu innych "wybitnych" sceny polskiej. Można i tak.
- In Every Stream Home A Heartache
- Julie

JOHN ILLSLEY - "Coming Up For Air" - (2019) - absolutnie DireStraits'owy album, choć bez udziału Marka Knopflera, pomimo iż całość nagrana w jego studiach. Były basista Dire Straits (na solowym gruncie także wokalista i akustyczny gitarzysta) tęskni jednak za dawnymi czasami chwały, co słychać nie tylko w jego nowej muzyce, ale także w tekstach. W "So It Goes" padają cytaty z tytułów DireStraits'owych klasyków, jak "Wild West End" czy "In The Gallery".
- Old Amsterdam
- Double Time
- So It Goes

BRUCE SPRINGSTEEN - "Western Stars" - (2019) - piękny ten nowy postępek Bossa. Co prawda liczyłem na jakiś rasowo rockowy zadzior, a tymczasem do głosu doszedł kolejny przepojony liryzmem album. Uspokajam, klawy i nie tak oszczędny, jak choćby "Nebraska". Sporo tu smyczków, niekiedy dęciaków, a przydarzają się także loopy czy akordeon. Piosenka "There Goes My Miracle" to najwspanialsza rzecz kończącej się wiosny.
- Sundown
- There Goes My Miracle
- Hello Sunshine

STRAWBS - "Ghosts" - (1975) - Słuchacze niekiedy inspirują. Andrzej z Zielonej Wyspy podsunął w jednej z ostatnich naszych mailowych konwersacji (o wystrzeganiu się pantoflarstwa) kawałek "Don't Try To Change Me", a ja postanowiłem zrobić z tego szerszy użytek i za tego przyczynkiem przypomnieć jeszcze inne kompozycje z tej wybornej płyty Strawbsów. Powinna w eter poszybować cała, jednak kto dzisiaj serwuje na antenie kompletne albumy?
- Don't Try To Change Me
- Ghosts
a) Sweet Dreams
b) Night Light
c) Guardian Angel
- Grace Darling

COREY HART - "First Offense" - (1983 - Kanada) - w USA w 1984 r. Jedna z najfajniejszych płyt mojej przedmaturalnej młodości. Nie tylko ja, bowiem chyba wszyscy przepadaliśmy za kawałkiem "Sunglasses At Night". Wczoraj do niego dołożyłem jeszcze wszystkie pozostałe ze strony A, by pokazać, jak fajne płyty niegdyś konstruowano. Takie, gdzie nie tylko killery świeciły pełnym blaskiem, lecz mniejszego kalibru single lub "nieprzeboje" bywały równie ekstra.
- Sunglasses At Night
- Peruvian Lady
- Lamp At Midnite
- She Got The Radio
- It Ain't Enough

PHIL SEYMOUR - "Phil Seymour" - (1980) - ta płyta tak fajna, jak jej okładka. Muzyczny partner Dwighta Twilleya na solowym polu, a konkretnie na debiut-albumie. Niezwykle energetyczne były te jego piosenki. Szkoda, że muzyk nagrał zaledwie dwie solo płyty i tak młodo umarł.
- Precious To Me
- I Found A Love
- We Don't Get Along

THE WAR ON DRUGS - "A Deeper Understanding" - (2017) - za sprawą nowej płyty The Waterboys, a w oczekiwaniu na najnowszego Bossa, powróciłem do dwóch ostatnich płyt The War On Drugs. Motyla noga, jak ja te płyty uwielbiam. Słuchałem tej muzyki przez niemal cały ubiegły tydzień, a w Nawiedzonym starczyło mi czasu na ledwie jeden kawałek do poduchy. Musiałbym mieć prywatną rozgłośnię, wówczas codziennie na godzinkę lub dwie zasiadałbym przy mikrofonie, na bieżąco serwując wszystkie chwilowe fascynacje. Trudno niestety jest tak wszystko pozbierać na jedną niedzielę. Przez siedem dni, pomysłów zbiera się na dobę grania, a do dyspozycji szczupłe cztery godzinki. A tu jeszcze przy późnej porze nadawania po godzinie chrapie już niemal pełne grono potencjalnych odbiorców. Do luftu to wszystko. Nad jednym niedawno pomyślałem - i już nie ma - dumam więc nad kolejnym...
- Nothing To Find







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



wiosenne ostatki
Ciekawe, czego więcej w Media Markt sprzedają, nowego Springsteena czy równie nowiuśką Madonnę?



piątek, 14 czerwca 2019

FORTUNE - "Fortune II" - (2019) -








FORTUNE
"Fortune II" 
(FRONTIERS RECORDS)

*****




Wydany właśnie po blisko trzydziestu pięciu latach album "Fortune II", de facto jest trzecim w dorobku braci, gitarzysty Richarda oraz perkusisty Micka Fortune'ów, więc niech nikogo nie zwiedzie tytułowa rzymska dwójka. Inna sprawa, iż Fortune'owie odcinają się od "koedukacyjnego" debiutu z 1978 roku, bowiem były to ich muzyczne powijaki, a zawarta tam muzyka nosiła się pejoratywnie względem wszystkiego, co chyba zawsze panowie chcieli tworzyć. A to zainicjowało się dopiero w 1985 roku, na longplayu "Fortune". Nie było już tam najmniejszych śladów po miałkich soft-rockowych piosenkach, wokalnie doprawionych przez dwie jeszcze bardziej średniej jakości pannice. I kto wie, gdyby we właściwym momencie na horyzoncie nie pojawił się Larry Greene (mój naj naj naj AOR-owy głos!, a dla szerokiej widowni przede wszystkim sprawca mocnych filmowych hitów, do takich "Top Gun" czy "Over The Top", przy czym także lider fantastycznych Harlan Cage), być może los tych zdolnych, a i mających w genach
muzykowanie braci (matka piosenkarka, ojciec śpiewak), przepadłby bezpowrotnie, niczym pierogi ruskie na złowrogiej Wenus. A tak... a tak do składu dobił jeszcze pierwszorzędny klawiszowiec i kompozytor Roger Scott Craig. Muzyk, może nie profesor, ale doktor nauk dobrego gustu na pewno. Jegomość, który chwilę wcześniej urzędował w hołdujących Beatlesom Liverpool Express, a jeszcze wcześniej szlifował progi w późniejszej mutacji beatowców z Merseybeats. Tak oto swe szeregi zawiązała jedna z najlepszych orkiestr w krainie melodyjnego rocka. I kto wie, być może grupa, która przecież w tamtym czasie nagrała jedną z najlepszych płyt tego świata, bez najmniejszej pauzy dotrwałaby po dziś dzień, gdyby nie zniechęcający incydent. Otóż, na samym starcie zbankrutowała sprzyjająca grupie wytwórnia Camel Records, co całkowicie podcięło muzykom skrzydła. Nastąpił definitywny brak promocji płyty, a grupa zamiast piąć się ku należnym sukcesom, przestała istnieć praktycznie z dnia na dzień. Płyta jednak zdobyła uznanie, zahaczając co prawda tylko o dolne rejony list przebojów, jednak swój kult zaczęła budować z upływem lat. Teraz, po trzech i pół dekadzie, stawia się ją w równym rzędzie obok najwybitniejszych dokonań Journey, Survivor, Reo Speedwagon, itp. mocarnych ekip. Zresztą, niektórym piosenkom z debiutanckiego LP ("Thrill Of It All", "Dearborn Station", "Deep In The Heart" czy "98° In The Shade") Larry Greene nigdy nie pozwolił przysnąć. Odświeżył ich wielkość i podał w nowych szatach wraz z utworzonymi przez siebie w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych Harlan Cage. I była to dokładnie ta sama muzyka. Owszem, bez braci Fortune, za to z dobrym kamratem Craigiem. A to jak pieprz i sól do sałatki ogórkowo-pomidorowej. 
Jaka więc pod płaszczykiem powyższej wiedzy jest najnowsza muzyka Amerykanów? Wspaniała!!! Wyklute przed chwilą piosenki brzmią dokładnie tak, jak mogłyby lśnić w dwa lata po albumowym debiucie, przy czym stanowić za jego godną kontynuację. Zupełnie nie słychać upływu aż tylu lat. Wszystko niesie się lekkością i barwą instrumentów, jak w tamtej uśmiechniętej dla muzyki dekadzie. Nie usłyszymy przez moment żadnych na skroniach siwizn, nie dostrzeżemy zmarszczek przy choćby jednej półnucie. Całość niesie się witalnie, arcymelodyjnie, płynnie, lekko, czytelnie. Zapamiętamy wszystkie te piosenki już po pierwszym posłuchaniu, a po dziesiątym nie doznamy nawet kapki znużenia. Najlepiej cała ta kolekcja zasmakuje w słońca promieniach, co też dziwić nie powinno, wszak całość powstała przecież w gorącej Kalifornii.
Od inicjującego całość "Don't Say You Love Me" człowiek wie, że żyje. Cóż za melodia! Jak zagrana, jak zaśpiewana. Mistrzowska aranżacja, urocze ejtisowe brzmienie oraz z serca płynąca witalność. Słowami nie sposób objąć tego klarownego grania. A przecież singlowe "Shelter Of The Night", bądź znane już sprzed lat w wydaniu koncertowym "Heart Of Stone", jak też dedykowana Amy Winehouse, z żywiołowym refrenem na pół ballada "A Little Drop Of Poison", zrobią z nami, co zechcą. Z kolei, piosenka "Overload", to nic innego jak nowa wersja "Halfway Love" - z rep. wspomnianych już Harlan Cage. Rzecz równie wyśmienita, co pierwowzór. I proszę nie przejmować się wcześniejszymi zapowiedziami, że w zespole zabraknie Rogera Scotta Craiga. Jest, gra i komponuje. Może nie wszystko i nie wszędzie, ale jego kompozytorski zmysł dostrzeżemy aż w siedmiu piosenkach, a wykonawczy w czterech. Resztę klawiszowej roboty dzielnie uzupełni Mark Nilan, zaś niewspomniany dotąd inny nowy nabytek, basista Ricky Rat, też dzielnie struny szarpie, zupełnie jak jego szczurze nazwisko nakazuje. 
Przepraszam za mój brak obiektywizmu, lecz jak tu zachować umiar i rozsądek, jeśli nareszcie słyszę potok bezbłędnych, a na dodatek cudownych gitarowo-klawiszowych, w rocku osadzonych piosenek. Takich, o jakich inni mogą tylko pomarzyć.
Gdyby "Fortune II' powstało w 1987 roku, i najlepiej jeszcze dla jakiegoś CBS lub Atlantic, właśnie mówilibyśmy o mistrzostwie świata, którego fizycznych nośników nabywcami okazałoby się przynajmniej klika milionów entuzjastów - i to tylko w samych Stanach. Tymczasem musimy indywidualnie powalczyć o względy omawianej muzyki, bowiem drogą łatwizny nikt nam jej w obecnych czasach bezinteresownie nie podsunie.
Wyjrzało słońce, a nozdrza przyjemnie podrażnił zapach ściętej trawy. Słuchajcie bez ograniczeń, innych zaś infekujcie.
Więcej takiego grania, a nie będzie wojen, przemocy, nienawiści.








Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"