niedziela, 31 grudnia 2017

BENNY ANDERSSON - "Piano" - (2017) -









BENNY ANDERSSON
"Piano"
(MONO MUSIC / DEUTSCHE GRAMMOPHON)

****





Najbardziej wyciszona płyta 2017 roku?: "Piano" - Benny'ego Anderssona. Być może było ich sporo więcej, mnie jednak udało się dotrzeć tylko do tej. Były pianista ABBY od czasu zakończenia kariery w najlepszym zespole pop wszech czasów, realizuje się solowo, jak też uwikłał się niegdyś w kilka projektów, z których chyba najsłynniejszy, to ten do musicalu Chess. U nas szczególnie polubiony za sprawą piosenki Murraya Heada "One Night In Bangkok". Na najnowszym albumie Anderssona nie znajdziemy go jednak w nowej pianistycznej wersji - a raczej fortepianowej, wszak Maestro zagrał tu na Fazioli Grand Piano F212. Natomiast kilka piosenek Abby, już tak ("I Let The Music Speak", "Thank You For The Music", "I Wonder /Departure/", "My Love, My Life" oraz jakże aktualne "Happy New Year"). Ponadto wiele tematów z solowych albumów Anderssona, plus kilka "nieBangkok'owych" ze wspomnianego już "Chess".
Jak sam tytuł "Piano" sugeruje, całość oprawiono na jeden instrument. Poza nim, możemy tylko usłyszeć jakieś delikatne stuknięcia palcami o drewno lub nogę, który przesiada się na strojeniowe pedały. Poza tym nic, tylko muzyka i zapach studia nagraniowego. A w nim, jego moc, przestrzeń, oddech...
Przez długi czas Andersson realizował autorskie dzieła dla założonej przez siebie wytwórni Mono Music, jednak tym razem skorzystał z dodatkowej oferty chyba najbardziej utytułowanego w muzyce klasycznej labelu Deutsche Grammophon, pomimo iż z nazwy Mono Music - o czym przekonuje okładkowy rewers - nadal nie zrezygnował. I co z tego, że Benny Andersson, to nie drugi Herbert Von Karajan, przecież posiadanie na sumieniu kopalni cudownych (nie)zwykłych piosenek pop, wcale go nie dyskwalifikuje z roli wybornego kompozytora muzyki jak najbardziej poważnej. I choć istnieją różnice w pojęciach "muzyka poważna" a "muzyka klasyczna", wolę to drugie określenie, wszak "muzyka poważna" wzbudza we mnie niedostępność i napuszenie. A przecież "Piano" nie jest płytą z nosem zadartym, bo jeśli już zechcemy przy niej zatańczyć, to jak najbardziej, tyle że w atłasowo-salonowej otoczce.
Cieszę się, że Benny wciąż ma ręce tak sprawne. Że nadal drzemie w nim dusza Wielkiego Artysty, wreszcie: że nawet, gdy realizuje albumy spoza masowej rozrywki, nadal wiadomo, że to On.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




ROBIN BECK - "Love Is Coming" - (2017) -









ROBIN BECK
"Love Is Coming"
(FRONTIERS)

***1/2




Zapytam retorycznie: czy pamiętacie największy hit Robin "The First Time" - sporządzony w 1989 roku na potrzeby kampanii reklamowej Coca Coli? Od tamtego momentu upłynęły blisko trzy dekady, choć sama piosenka do dzisiaj wspaniała, jak i zresztą cała z jej zasobem pełnometrażowa debiutancka płyta "Trouble Or Nothing". Było to dzieło nafaszerowane soczystymi melodic/hard-rockowymi kawałkami, którego połowę stanowiły covery, i tak: Bonnie Tyler ("If You Were A Woman /And I Was A Man/" oraz "Save Up All Your Tears"), Pat Benatar ("In a Crazy World Like This"), Johna Waite'a - tego z The Babys i Bad English ("Don't Lose Any Sleep") oraz Kiss (obłędne "Hide Your Heart"). Oczywiście wiodącą rolę odgrywał wówczas po części kompozytorsko-, a na całej linii producencki gigant Desmond Child, którego też zacnie wspomogli swymi nutami: Alice Cooper, Diane Warren i jeszcze kilku innych...
Robin nadal tworzy, jednak jej płyty lewitują na uboczu wielkiego showbusinessu. Ponadto Artystka skrywa się również w cieniu aktywnego męża Jamesa Christiana - na co dzień wokalisty House Of Lords - którego wspomaga na jego zespołowych albumach. Nadal dziewczyna dobrze śpiewa, o czym przekonują w miarę sukcesywnie ukazujące się jej albumy. Najnowszy "Love Is Coming" należy również zaliczyć do udanych, choć brak ewentualnej gwiazdorskiej obsady, nie daje już piosenek o tak dużym potencjale przebojowości, jak zapamiętany fantastyczny zestaw "Trouble Or Nothing".
Nad najnowszymi piosenkami czuwał producencki tandem Clifton Magness - amerykański multiinstrumentalista, wokalista, a i producent rzecz jasna - współtwórca niektórych sukcesów Celine Dion, Steve'a Perry'ego czy Joe Bonamassy, oraz wspomniany już mężulek Robin, James Christian.
Robin Beck to pazurzasta dziołszka, urocza, ale kąśliwa zarazem, i chyba nie dająca się postawić na cały dzień przy kuchennych garach. Zbyt dużo ma muzycznie do zaoferowania, nawet jeśli w zasadzie piosenki komponują jej inni. I w tej materii także znajdziemy na "Love Is Coming" nazwisk bez liku.
To, że płytę skrywają rockowe pokłady, przekonuje na starcie "Island", jednak dwie następne kompozycje: z fajnym gitarowym motywem "On The Bright Side" oraz poruszająca ballada "In These Eyes", dużo lepsze i godne zapamiętania. Z kolei tytułowe i drapieżne "Love Is Coming", czyni z Robin niezłą kocicę, a takie "Me Just Being Me" po części zdradza jej flirt z funky'ującymi rytmami. I takich wachlarzowych emocji znajdziemy na tej płycie po jej kres. Mnie szczególnie - obok już wcześniej wyróżnionych: "On The Bright Side" oraz "In These Eyes" - do gustu przypadła usadowiona gdzieś pod koniec dzieła ballada "Here I Am". Myślę, że siostry Wilson z Heart, nie oparłyby się w latach osiemdziesiątych (bo dzisiaj już grają tyciu ostrzej) przed włączeniem jej do własnego repertuaru.
Robin nie stworzyła dzieła wielopokoleniowego, ale nic to, i tak chętnie posłucham jej kolejnych propozycji.





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




sobota, 30 grudnia 2017

spóźnione "christmas day"

Przed każdymi bożonarodzeniowymi świętami z reguły zawsze poszukiwałem jakiejś w odpowiednim tonie muzyki. Ile można słuchać tych samych płyt, nawet jeśli bywają najwspanialsze.
W tym roku nie miałem niczego na oku, no może poza EPką Thunder "Christmas Day". Zamówiłem ją nawet w odpowiednim czasie u oficjalnego dystrybutora, jak też kilka innych tytułów, lecz wszystkie dotarły, poza nią. Lekkie rozczarowanie, szczególnie iż tego typu wydawnictwa bywają limitowane, co nie dawało żadnej gwarancji, że przed kolejnymi świętami płyta znów w Polsce zagości. Na szczęście na kilka dni przed Bożym Narodzeniem upolowałem fajny christmasowy koncert Chrisa Isaaka, który także mogłem obejrzeć. Ponieważ zaraz po świętach dotarła jeszcze pewna zamówiona książka, stworzyła się okazja do kolejnych odwiedzin krytykowanego, acz lubianego muzycznego sieciowego sklepu. Przejrzałem półki i po kwadransie już miałem zmierzać ku wyjściu, aż moje zainteresowanie wzbudził płytowy kącik świąteczny. Z grubsza przetasowałem sporą ofertę niesprzedanych płyt, by w pewnej chwili... Thunder "Christmas Day". Biorę, ale fuks. I tak też uczyniłem, lecz po chwili pojawiła się leciutka gorycz, iż nie przyjdzie mi tej dwudziestominutowej płyty zagrać w Nawiedzonym. Tym bardziej, że najbliższe nasze spotkanie dopiero 7 stycznia, a to już taka poświąteczna ryba. Oczywiście, co się odwlecze...
Tytułowe "Christmas Day" jest przyjemną akustyczną balladą, ale nie oczekujmy niczego więcej. Fani zespołu ją polubią i będą co roku do niej powracać, jednak na większego kalibru hit, potencjał zbyt mały. Ale piosenka cieszy, ponieważ lubię ten zespół trochę bardziej od kilku innych. Cieszą również trzy następujące po tytułowym nagraniu dodatki - w tym nowa wersja ballady "Love Walked In". Na pierwszym albumie była to kompozycja z tzw.doładowaniem - z początku łagodna, kojąca, by w drugiej fazie eksplodować. Tymczasem w "2017 version" owe doładowanie też jest, lecz nadal całość akustyczna. Taki był cel tego krótkiego wydawnictwa, stąd też inny wiekowy przebój "Low Life In High Places" oraz znany z ostatniego albumu utwór "Heartbreak Hurricane", także na akustyczne pudła - tyle, że już w wersjach koncertowych.
EPka "Christmas Day" pozostanie w sferze Thunder'owych ciekawostek, których grupa w swojej długiej karierze opublikowała mnóstwo.
Zatem tegoroczną christmasową płytą nr 1 zostaje Chris Isaak "Christmas". Ten gość niech posłuży wzorcowym przykładem artysty, który tak samo potrafi zaśpiewać w studio, jak i na scenie przed niemałą publicznością. Profesjonalizm, to raz, a dwa, że żaden z niego sztywniak. Dla niego śpiewać, to jak bułka z masłem.
Dopiero po świętach zorientowałem się, że w ogóle w tym roku nie sięgnąłem po lubianych The Moody Blues, po Demisa Roussosa, po Jona Andersona i jeszcze kilku innych. No cóż, z roku na rok repertuaru przybywa, a czasu jakoś nie. W ogóle przeleciało tych dwanaście miesięcy bardzo szybko. Każdego roku odnoszę wrażenie, że jest tylko szybciej i szybciej. Ponoć nic w tym niezwykłego, więc nie przejmując się, z optymizmem spoglądam w przyszłość. Choćby wypatrując jutra, już teraz raduję się na spotkanie w gronie znajomych/przyjaciół, by pożegnać stary, a przywitać nowy rok. Oby ten sprzyjał zdrowiu, rozsądkowi, miłości i spełnianiu najskrytszych marzeń - czego wszystkim życzę.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






BOB SEGER - "I Knew You When" - (2017) -









BOB SEGER
"I Knew You When"
(HIDEOUT RECORDS / CAPITOL)

****1/2





Niech nikogo nie zwiedzie na frontowej okładce młoda buźka Segera. Żaden z tego składak czy zagubione dzieło, choć prawdą jest, iż nie mamy do czynienia z całkiem nowym materiałem. Piosenki z "I Knew You When" pisały się latami - przeważnie przez naszego głównego sprawcę, choć nie tylko. Zastanowi kogoś na rewersie okładki niewyraźne zdjęcie z: "Glenn Frey Dr."? Oj właśnie, toż to autentyczna uliczna tablica upamiętniająca Glenna Freya, którą nadano po śmierci Artysty w niewielkim Royal Oak w Michigan. Zjechało wówczas niemało fanów Eagles, jak i samego Freya, by upamiętnić lubianego i przedwcześnie zmarłego muzyka. Bob Seger także poświęcił mu swój najnowszy album - w całości. Choć, by posłuchać specjalnie skomponowanej dla Glenna piosenki "Glenn Song", należy zaopatrzyć się w limitowaną wersję "I Knew You When". A więc tą, na której okładce sylwetkę Segera wkomponowano w czarne tło - "nocna edycja". Ta z tłem białym ("dzienna edycja"), jest uboższa aż o trzy piosenki. Przy okazji, pozwolę zauważyć, że Seger i Frey, byli kumplami przez plus-minus pięćdziesiąt lat, i to takimi, że obaj tytułowali się przyjaciółmi. Segera zatem zobowiązywał ów fakt do nagrania dobrej płyty. Przynajmniej dobrej. A że wyszło rewelacyjnie, to już ingerencja dobrych duszków.
Roots-rock/blues/rock'n'rollowy Bob, zrealizował album tak wysokich lotów, jakby kompletnie na moment zapomniał, że skończyła się już dawna kwiecisto-twórcza epoka 70/80's. Proszę nie zwracać uwagi na frontalny brak dopisku w nazwie, tuż za nazwiskiem Boba Segera: "The Silver Bullet Band", albowiem kompletnie tego faktu w samej muzyce nie dostrzeżemy. Album nosi pełne brzmienie. Znajdziemy lubiane żeńskie chórki, także solidnie naoliwione gitary - w tym nieodłączna gitara slide, jest obowiązkowe pianino, bas i perkusja, a gdzie trzeba także saksofon, klawinet, wiolonczela czy skrzypce. Słowem: klasyczne Seger'owskie brzmienie + natchnione kompozycje.
Rozpędziłem się, i o mało zapomniałbym dodać, iż wszystkie piosenki na "I Knew You When" powstały kilka, a nawet kilkanaście lat temu. Wyjątkiem najstarszy w zestawie "Runaway Train", dla którego Seger nie znalazł czasu podczas sesji do albumu "It's A Mystery" - a to już słono ponad dwadzieścia lat od jego premiery. "Runaway Train" jest jednym z najostrzejszych fragmentów albumu. Absolutnie zrobi z nami co zechce. Nie pozwoli ustać w miejscu, rozkołysze, rzuci o ścianę, zahipnotyzuje wszędobylską slide gitarą i równie miażdżącym saksofonem. Seger śpiewa tu z energią dwudziestolatka - cóż za gardło! Po prostu obłędny kawał hard-bluesa i rock'n'rollowego luzu. Zresztą, podobnie zadziornie otwiera nam się cała ta płyta. Niespełna trzyminutowy "Gracile" należy słuchać głośno i niech mury kruszeją. Zaraz po nim, kompozycja Lou Reeda "Busload Of Faith" - z kultowego Reed'owskiego longplaya "New York". Seger absolutnie nie odebrał jej rockowej mocy, a jedynie wspomógł bluesowym charakterem. Rzecz na trzy gitary - w tym jedną akustyczną, plus puzon, saksofon i kilka trąbek. Murzyńska sekcja - jednymi słowy, a też prawdziwa petarda. Z dumą mógł Maestro podpisać pod piosenką: "Dedicated to the memory of Lou Reed".
Kolejne dwie: "The Highway" oraz tytułowa "I Knew You When" (ależ w tej drugiej przecudownie Bill Payne zagrał na pianinie, zupełnie niczym wczesny Bruce Hornsby) włączam do osobistego rankingu na kandydatki do przeboju roku 2017. Oba kawałki spłodzone przez samego Segera, otoczone entuzjazmem, kapitalnymi melodiami oraz "tym" dawnym klimatem, kiedy Artysta jednym tchem tłukł arcydzieło za arcydziełem - tj. lata 1975-1991, czyli albumy, począwszy od "Beautiful Loser" po "The Fire Inside". Niczego przecież nie ujmując wielu innym udanym dziełom sprzed- lub po-.
Troszkę tu jeszcze wyczekuje na nas niespodzianek. Dla przykładu "Democracy" - z repertuaru Leonarda Cohena. Pod piosenką także stosowne: "Dedicated to the memory of Leonard Cohen". Zadbał w niej Seger o obowiązkowe skrzypce, na których czarująco Deanie Richardson. Są i organy, a i syntezatory, których Leonard Cohen również nie szczędził na nowoczesnej wówczas płycie "The Future". Proszę jednak za sprawą Cohen'owskiego klasyka nie przeoczyć wcześniejszej, blisko 4-minutowej, niespiesznej, podniosłej, i jakby nieco żałobnej pieśni "Something More". Jak również, a może przede wszystkim, wspomnianej już na samym początku, najistotniejszej i pełnej zadumy pieśni: "Glenn Song". W tym konkretnym przypadku Seger przyhamował z blues/rock'n'rollem, wręcz do ceremonialnej aury. No i ponownie "te" skrzypce, które w objęciach Deanie Richardson tryskają pełnym blaskiem - cóż za niesamowita kobieta. Gdyby więc przypadkiem niegdyś Kansas potrzebowali drugie skrzypce, to.... Nie wyobrażam sobie tej płyty w wersji ograbiającej słuchacza z tej konkretnej piosenki. Cóż to za idiotyczny pomysł z jakąś "standard edition" - blokującą dostępu do fajnych: "Forward Into The Past" i "Blue Ridge", oraz kluczowej "Glenn Song".
Jest jeszcze jedna niedługa ballada, pt. "Marie". Cóż, czarodziej z tego Segera.
Ale płyta! Niewiarygodne tylko, że powstała na bazie piosenek pierwotnie odrzuconych, a wręcz niechcianych. Cieszmy się tym bardziej, albowiem powstała najlepsza płyta od czasu genialnej, acz prehistorycznej już "Like A Rock" (1986).






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




piątek, 29 grudnia 2017

zwierzaki a petardy

Nie jestem żadnym aktywistą, ani tym bardziej histerykiem, jednak dostrzegam sylwestrowy problem zwierzaków oraz ich właścicieli. Dlatego wkurzam się ostro, gdy napotykam na mur głupoty, który sobie jajca z tego czyni.
Czasem prowokuję na Facebooku i czekam na reakcję - tak jak dzisiaj. A reakcje bywają przeróżne. Inna sprawa, że najczęściej dostrzegam przede wszystkim tchórzostwo. Troszkę nawet zrozumiałe, szczególnie gdy tyczy sługusów dobrej zmiany. Tacy zawsze chowają ogon pod miotłę, by nie zdradzić znajomości z Masłowskim. Wszak Masłowski, to lewak, komuch i zdrajca w oczach entuzjastów religii smoleńskiej. Z reguły tchórzliwe żołędne dupki podejmują tylko wygodne kwestie, w których nic i nikt im nie zagraża, by w konsekwencji na najbezpieczniejszym gruncie wreszcie dokopać głupotą, gdy Wielki Brat nie patrzy. Szkoda niestety, że prawdziwa przyzwoitość też milczy, bo po co się wychylać? Szkoda, byliby bardzo pomocni. To też tchórzostwo, no ale taki mamy świat. Dlatego czułem w kościach, że mnie wyśmieją, gdy stanę w obronie czworonogów - w tym nieprzychylnym dla nich czasie. W czasie, gdy walą katiuszami z radości ku nadchodzącemu nowemu roku, jak by to rzeczywiście miało jakiś sens. Przyrzekam: będę bić brawo, gdy tej bandzie kretynów owe torpedy poobcinają łapska. Być może dzięki temu, ich mózgi się naoliwią. Nigdy nie znosiłem petard, a zawsze otaczałem sympatią zwierzęta, i tak mi pozostało.
Napisał do mnie pewien jegomość, że najlepiej byłoby, gdyby właściciele zwierzaków zabrali się z nimi na ten czas na wieś. Próbowałem wyjaśnić, że to raczej niemożliwe, i że może zamiast rąbanek ku niebu, lepsze byłyby jakieś lasery, tańce, kolorowe świecidełka.... na co zaatakowała mnie pozbawiająca sił argumentacja, by najlepiej wszyscy psiarze i kociarze przerzucili się na rybki. Z takim glonem Drodzy Państwo niestety nie dało się już kontynuować konwersacji. W zasadzie kogoś takiego powinienem odstawić na wieczysty boczny tor, albo najlepiej zmusić do pokochania zwierzaka i zmagania się z odwiecznie istniejącym problemem.
Kto powiedział, że ten świat należy tylko do nas? Jakim prawem ludzie go sobie zawłaszczają? Kilka dni temu oglądałem dokument o zasiedlaniu Marsa. I to, co dzisiaj może nas w tej kwestii jeszcze przyjemnie intrygować, niestety za kilka niedługich dekad może okazać się realnym czarnym scenariuszem. Bo człowiek uzurpuje sobie prawo do wszystkiego. Skoro więc systematycznie ocieplamy naszą planetę, to i bez problemu zrobimy to z Marsem, później z Wenus, aż wreszcie z najprzychylniejszym teoretycznie księżycem Tytanem. Ożywimy skamieniałe materie, później posadzimy własne lasy, utworzymy wodne akweny, wreszcie sprowadzimy się na obce terytoria, które z natury martwe i nigdy nas niepragnące. Człowiek również wkracza na terytoria zwierząt, a później się dziwi, że coś go kąsa w dupę.
Nie mam najmniejszego współczucia dla tych wszystkich świrów, którzy muszą w tych durnych łapskach odpalić kolejną petardę, a ta bez litości wypruwa im wnętrza. Głupi rodzicu, nie wyedukowałeś, to sam się edukuj, skąd później środki na jedną czy drugą protezę.
W związku z nadchodzącym Nowym Rokiem życzę tego typu towarzystwu rozsądku, rozumu i empatii względem zwierzaków.
I jeszcze.... otóż, codziennie spotykam wiele osiedlowych psiaków z ich właścicielami. Są to przeróżni ludzie: młodzi, starsi, piękniejsi i także tacy nieco mniej, ale na pewno bardzo normalni, przyzwoici i zdecydowanie wrażliwi. Gaworzymy sobie czasem o tych naszych psiakach, i proszę mi wytłumaczyć, dlaczego wczoraj, dlaczego dzisiaj, i zapewne jutro oraz pojutrze, gdy nadal durnie będą szykować amunicję do Sylwestrowego finału, nasze stworki od razu błagają o powrót do domów, dlaczego raptem wszystkie psiaki dostają w nocy sraczek, bo w dzień nie są w stanie normalnie uregulować potrzeb, itd...itd... itd... Dlatego proszę nie irytować Nawiedzonego supremacją głupich komentarzy i jeszcze głupszymi przytyczkami, bo będę usuwać z mojego życia każdego takiego cebulaka. Nie ma żadnych argumentów na podważenie tego oczywistego faktu. Wiadomo, nie rozwiążemy problemu od ręki, jednak podnoszenie świadomości może tylko sprawie dopomóc. A skoro czyścioszki żądają sprzątania po naszych pupilach, to niech też się wykażą wobec nich zwyczajną przyzwoitością oraz EMPATIĄ !!!!.
Dziękuję za uwagę.

P.S. Z milszych akcentów (głównie za sprawą nieocenionej Słuchaczki Violi) wklejam zaległą fotkę z zapakowanym prezentem gwiazdkowym dla mojej Zuleczki. W środku fajny gryzaczek zabawka oraz dwa opakowania delikatesowych (czytaj: drogaśnych) przysmaczków.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







SEAL - "Standards" - (2017) -








SEAL
"Standards"
(DECCA)

****





Nie pierwszy raz Seal chwyta za piosenki obcego autorstwa. W niedawnych latach zaserwował dwa albumy z soulowymi klasykami, m.in repertuarem: Smokeya Robinsona, Ala Greena, Sama Cooke'a czy Curtisa Mayfielda, a tymczasem postanowił pobuszować w starym jazz-swingu. Tym bardziej, że od dawna się do tego przymierzał.
Seal niejednokrotnie podkreślał sympatię do Franka Sinatry, Nat King Cole'a, Duke'a Ellingtone'a czy George'a Gershwina, a których to duch na wydanym niedawno "Standards" jawi się praktycznie na każdym kroku.
Brytyjczyk dysponuje fajną chrypką, do tego szeroką głosową skalą, dzięki czemu swobodnie porusza się po wielooktawowych terytoriach tych przyjemnie pożółkłych nut.
"Standards" niczym nas nie zaskoczy, bo nie taki był tego cel. Po prostu mamy do czynienia z uroczą retro płytą, której współczesne odzienie skrojono pod dawny szyk. Na szczęście Seal, to klasa sama w sobie, więc nie musieliśmy drżeć o ostateczny efekt. W jego ustach standardy lat 30/40/50-tych brzmią równie elegancko i wytwornie, co ich pierwowzory. Proszę przyłożyć ucha do choćby: "Autumn Leaves", "My Funny Valentine", "Smile", "Love For Sale" czy Cole Porter'owskiego "I've Got You Under My Skin", by się o tym przekonać. Ostatni z zarekomendowanej piątki song, co prawda na zawsze pozostanie niekwestionowaną własnością Franka Sinatry, a jednak wykonanie Seala, też niczego sobie.
Ukłony dla sprawcy całego tego zamieszania również za to, że odstawił na bok ewentualną elektronikę, przyodziewając całość archeo aurą - na fortepian czy kontrabas, na orkiestrę smyczkową... Dzięki temu skroiła nam się wieczysta płyta, która nigdy nie ulegnie przedawnieniu.
Warto poszukać jej w wersji deluxe - wzbogaconej o trzy piosenki, z których na kolejne bożonarodzeniowe święta, szczególnie przydadzą nam się dwie z nich: "Let It Snow, Let It Snow" oraz "Christmas Song (Chestnuts Roasting)" - kolejne standardy epoki 40's, i kolejne zapisane w barwach sepii.
Od płytowego debiutu Seala upłynęło ponad ćwierć wieku, a z niego nadal prawdziwy "Killer". 






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



czwartek, 28 grudnia 2017

Bowie na Nowy Rok

Poznań od rana skąpany deszczem. Co prawda odpowiadają mi ciepłe zimy, ale ulewy już trochę mniej. Zostawmy jednak w spokoju siły natury, one i tak zrobią co zechcą.
Pragnę Szanownym Państwu zarekomendować telewizyjną stację Planete+, która nie tylko okazjonalnie nadaje świetne dokumenty o kosmosie, bądź o II Wojnie Światowej, lecz ostatnio mocno usprawniła swój repertuar ofertą muzyczną. Całe szczęście, bo ta kretyńska moda na zapychanie pasm jakimiś pierdołami o drwalach, wojnach magazynowych, lombardach czy innych truckersach, to poziom wymagań bliski gustów fanatyków disco/dance polo.
Proszę nie mrugnąć okiem 6 stycznia o godzinie 22.00, by nie umknął nikomu świeży brytyjski (z 2016 roku) blisko 1,5-godzinny dokument "David Bowie - ostatnie pięć lat" - w reżyserii Francisa Whately'ego.
Planete+ tak oto m.in. zachęca: "... opowiada o pracy nad ostatnimi dwiema płytami, którymi triumfalnie powracał na szczyt. Odsłania także kulisy powstawania spektaklu teatralnego "Lazarus" na motywach jego twórczości oraz rzadkich, ale niezwykle spektakularnych koncertach. Inteligentny i wciągający dokumentalny portret artysty, który oddaje jego pełnię".
Na szczęście 6 stycznia, to sobota, nie będzie więc nam film kolidował z Nawiedzonym Studiem. Kanał Planete+ co prawda praktykuje powtórki wybranych programów, jednak premiera, to premiera. Później wszyscy staną człowiekowi nad łbem i zatrują życie streszczeniami, czego osobiście nie znoszę. A im bardziej bracie uprosisz delikwenta o zaciśnięcie zgryzu, tym większą możesz mieć pewność, że ci łajza wszystko wyrecytuje. 
Ostatnio mi pewien jegomość - a prywatnie szwagier - oznajmił, że czytuje mnie na wyrywki, gdyż za bardzo się rozpisuję, więc na dzisiaj tyle.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




środa, 27 grudnia 2017

LOS COLOGNES - "The Wave" - (2017) -








LOS COLOGNES
"The Wave"
(BIG DEAL MEDIA)

****



"The Wave" nie jest albumem konceptualnym, a jednak w niejednym fragmencie wykluwa się z niego cykl filozofii i przemyśleń nad losami współczesnego świata. Okazuje się ponadto, że zawarte tu obawy czy niepokoje, da się ubrać w ładne rockowe melodie, tym samym nie popadając w banał.  
Kompletnie mi dotąd nieznana amerykańska formacja Los Colognes, wiosną 2017 r. opublikowała swą trzecią płytę, która niedawno trafiła w me ręce - dzięki jednemu z nielicznych już dziś poszukiwaczy skarbów. A niełatwo coś takiego wytropić, przecież w obecnym chaotycznym świecie przeoczyć coś tak niezwykłego i niszowego zarazem, to coraz częściej reguła. Wierzę jednak, że opisywanemu kwintetowi z Nashville kiedyś się poszczęści i zasłużenie jego przedstawiciele trafią na muzyczne salony. Lecz zanim do tego dojdzie, my już mamy możliwość go podziwiania. 
Wszystko odbywa się tu na sprawdzonych zasadach i przy użyciu niewyszukanych środków. Muzycy tworzą gitarowo-klawiszowo-perkusyjną sekcję, realizując za jej przyczynkiem niemal popowe melodie - czasem wręcz beztroskie - przy okazji dysponując smykałką do efektownych ballad - których tu przewaga - a jednak wszystko pod rockowe dyktando. Jednocześnie słuchając "The Wave" uległem wrażeniu obcowania z jakąś zagubioną płytą lat osiemdziesiątych. Jedynie współczesna produkcja nie pozwoliła w stu procentach dać się ponieść wehikułowi czasu. No dobrze, Jay Rutherford wielkim śpiewakiem nie jest, za to wspaniale gra na gitarze, i potrafiłby chyba zagrać wszystko - zarówno bluesa, jak i rocka progresywnego, nie gardząc niebłahym popem - co po części też dostrzeżemy na "The Wave".

Słuchając tej płyty mocno żałuję, że nie jestem ministrem od rozwoju dobrego gustu w muzyce, gdyż na pewno zakazałbym ogłupiania ludu disco/dance-polowymi łomotami, w zamian serwując należyte spożytkowane pięćset+ celem kupowania właśnie takich wykwintności.
Proszę koniecznie poszukać tej płyty, ponieważ na każdej atmosferyczno-alternatywnej półce nie powinno jej zabraknąć. A tym samym tak barwnych piosenek, co: "Man Over Bored", "Unspoken", "Sneakin' Breadcrumbs", bądź "Can You Remember?". Choć, gdyby tak wziąć do serca fragment z kończącej pierwszą część albumu piosenki "Forever In Between": "... poczuj delikatność podmuchu wiatru, poczuj morski zapach...", najlepiej byłoby zapakować się do jakiejś łajby i wyruszyć w nieznane. 

P.S. Chylę czoła przed Piotrkiem "nie tylko maszyny są naszą pasją", bowiem bez niego nigdy nie poznałbym tej muzyki.





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






wtorek, 26 grudnia 2017

Morrissey na święta

Święta pod znakiem Morrisseya. Pod choinkę kupiłem synowi Tomkowi jego najnowszego winyla "Low In High School", a od niego w rewanżu znalazłem pod krzaczkiem box The Smiths "The Queen Is Dead". Super limitowany, w dodatku też super nafaszerowany trzema kompaktami i jednym DVD. Morrissey'owy przypadek? Hmmm.... Żoncia nie chciała od nas odstawać, więc szarpnęła się na 8-płytowy box Phila Collinsa "Take A Look At Me Now", na dobitkę dorzucając mi jeszcze bilet na kwietniowych Magnum. Takiego Gwiazdora nie pamiętam, musiałem więc ten fakt na blogu odnotować.
Dotąd "The Queen Is Dead" miałem tylko na Tonpressowskim winylu, a teraz oprócz podstawowego materiału mam jeszcze demówki i nagrania koncertowe. Z sympatią powracam więc do tamtych lat. Ale najpierw... siedzę i przesłuchują Morrisseya z efektownie wydanego clear winylu, i co piosenka, to lepsza. Zawsze lubiłem jego horrendalność i ekscentryzm, choć od początku z przymrużeniem oka, czyli z dala od fanatycznego pokłonu. Chyba dobrze, dzięki temu potrafię zachować resztki obiektywizmu.
"Low In High School" przynajmniej w połowie oferuje kopalnię radiowych hitów. Weźmy takie "I Wish You Lonely" - z piękną linią melodyczną, ale też na dwie gitary i nieco sfuzowany keyboard. Morrissey - jak to On - zawsze potrafi dokopać: "...groby pełne są głupców, którzy swe życie oddali za monarchów, oligarchów, głowy państw czy innych potentatów...", albo brzmiącą tylko z pozoru beztrosko "Spent The Day In Bed", której melodia może skojarzyć się z najwcześniejszymi The Kinks. Tutaj również Morrissey wbija przysłowiową szpilę: "... spędziłem dzień w moim kochanym wyrku, i polecam Tobie, byś i Ty postąpił podobnie - zamiast oglądać te wszystkie wiadomości, w których próbuje się Ciebie tylko zastraszyć, abyś poczuł się malutki i samotny...".
Zmieniają się tempa, melodie, ale emocjonalność Morrisseya trzyma odwieczny constans. Dopiero uczę się tej jego nowej płyty, choć tych dwanaście piosenek wchodzi bardzo łatwo i przyjemnie. Tylko proszę sobie nie pomyśleć, że to jakaś popowa popelina. Owe "wchodzi bardzo łatwo i przyjemnie" dotyczy tylko miłośników talentu, tego bądź co bądź Wielkiego Artysty. Smakoszy disco polo ta płyta mogłaby wpędzić do grobu. Może im warto ją polecić?
Dzisiaj było dużo słońca. Idealna pogoda na spacer. Pomału zmierzch - jaki piękny!!!. Uciekam zatem na kolejną przechadzkę.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





niedziela, 24 grudnia 2017

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 24 grudnia 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 24 grudnia 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Szymon Dopierała
prowadzenie: Andrzej Masłowski







SHAKIN' STEVENS - "The Collection" - (2007) -
- Merry Christmas Everyone - {singiel z 1985 r.}

MOYA BRENNAN - "An Irish Christmas" - (2005) -
- Carol Of The Bells

RUMER - "This Girl's In Love" - (2016) -
- The Look Of Love - {Burt Bacharach cover}

CHRIS ISAAK - "Chris Isaak Christmas Live On Soundstage" - (2017) -
- The Christmas Song - {with MICHAEL BUBLÉ}
- Let It Snow - {with MICHAEL BUBLÉ}
- Santa Claus Is Coming To Town - {with STEVIE NICKS}

BENNY ANDERSSON - "Piano" - (2017) -
- Thank You For The Music
- Happy New Year

MOYA BRENNAN - "Canvas" - (2017) -
- Children Of War

V/A - "Tomasz Beksiński - in memoriam" - (2014) -
THE LEGENDARY PINK DOTS - Neon Mariners - {fragment} - (1987)
LACRIMOSA - Halt Mich - (1999)
DEINE LAKAIEN - The Game - (1999)

ULTRAVOX - "Lament" - (1984 / reedycja 2017) -
- Dancing With Tears In My Eyes
- Lament

A-HA - "MTV Unplugged - Summer Solstice" - (2017) -
- The Living Daylights
- Hunting High And Low

MAREK GRECHUTA - "Magia Obłoków" - (1974) -
- W Pochodzie Dni i Nocy
- Na Szarość Naszych Nocy

SEAL - "Standards" - (2017) -
- Let It Snow, Let It Snow, Let It Snow - {Vaughn Monroe cover}
- I've Got You Under My Skin - {Frank Sinatra cover / kompozycja Cole Porter}

OST - "Dalida" - (2017) -
DALIDA - Le Temps Des Fleurs
DALIDA - Je Me Sens Vivre

STEVE KILBEY & MARTIN KENNEDY - "Glow And Fade" - (2017) -
- The Game Never Changes

VANGELIS - "Rosetta" - (2016) -
- Infinitude
- Rosetta

MAGNUM - "On Christmas Day" - (2014) -
- On Christmas Day

STAN MEISSNER - "Undertow" - (1992) -
- If It Takes All Night

MARTIN TURNER - "Life Begins" - (2011) -
Live at the Y Theatre, Leicester, 13th March 2010
- Time And Space
- Vas Dis

KENNY ROGERS - "Christmas In America" - (1989) -
- Christmas In America
- Winter Wonderland
- I'll Be Home For Christmas
- Silver Bells
- Have Yourself A Merry Little Christmas

CHRIS DE BURGH - "A Better World" - (2016) -
- All For Love

ECHO AND THE BUNNYMEN - "Siberia" - (2005) -
- All Because Of You Days






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




dzisiejsze świąteczne NAWIEDZONE STUDIO zagra NA ŻYWO !!!

"Nawiedzone Studio" życzy zdrowych i radosnych Świąt. Niech wszyscy będą szczęśliwi i przyjdzie każdemu z nas zasiąść do wspólnego stołu. A tym, którzy niedawno stracili kogoś bliskiego, życzę otuchy oraz kogoś u boku pokrzepiającego.
Przy okazji zapraszam wszystkich Słuchaczy na naszą wspólną dzisiejszą wieczoro-noc z Nawiedzonym Studiem. Zaczniemy tradycyjnie o 22.00, by przez cztery godziny nie dać muzycznych szans jakiejkolwiek konkurencji. Choć ta, przecież nie istnieje.
Dzisiejszy program absolutnie na żywo. Wspólnie z realizującym całość Szymonem Dopierałą zagramy kawał przepięknej muzyki. Będą niespodzianki, oj dużo niespodzianek. Zagrają trzy prezenty - i to jakie! Będzie klimatyczny rock, będą piosenki, będzie również niemało świątecznego nastroju. A w tej ostatniej materii do głosu również dojdzie kilka nowych piosenek - a raczej ich wykonań. W ciemno zaryzykuję, że będzie bardzo bardzo bardzo przyjemnie.
Pobuszujemy także z pewną nową płytą w promieniach Saturna, których lodowe, a zarazem tworzące pierścień odłamki, ozdobią czaszki oraz pozostałe ludzkie kości. I cóż to za niesamowita okładka!!!, a przecież muzyka jeszcze bardziej oddziałująca na podświadomość. Kolejny przykład fascynującego bezmiaru kosmosu. Jego cudów, tajemnic i niebezpieczeństw. Płyta miała być upominkiem, który to powinienem wyjrzeć dopiero z dzisiejszą pierwszą gwiazdą na niebie, ale nie wytrzymałem. Od razu wiedziałem, że jego zawartość może nam się mocno przydać do dzisiejszego spotkania. Kto wie, czy zatem owe pozostałości księżyca - zniszczonego przez grawitacje Saturna, nie spowiły zarazem jednej z płyt roku.
Liczę, że nastawicie Mili Państwo swe odbiorniki o godzinie 22-giej. Będzie nam obu prowadzącym bardzo przyjemnie. Poświęcamy niemały czas ze świątecznego opłatka, by spotkać się z Wami. Przybądźcie... zapraszamy na 98,6 FM Poznań. Z niedzieli na poniedziałek, od 22.00 do 2.00.
Do usłyszenia......






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







piątek, 22 grudnia 2017

muzyczne dokumenty na Planete+

Niektóre stacje telewizyjne przed świętami robią prezenty. Jedną z nich Planete+, która wczorajszej, a raczej dzisiejszej nocy, wyemitowała jednym ciągiem dwa arcyfajne dokumenty o Scorpions oraz Paco De Lucii. Blisko dwugodzinny materiał "Scorpions - 50 lat na scenie" wydaje się już troszkę nieaktualny, lecz sam w sobie wartko zrealizowany, z całą masą ciekawostek, ukazujący zespół w różnym czasie i punktach historii. Nie zabrakło naszego Pawła Mąciwody, który też miał co nieco do powiedzenia. Widać, że jest częścią zespołu i dobrze się z tymi odwiecznymi gigantami hard'n'heavy asymiluje.
Napisałem: "dokument troszkę nieaktualny", ponieważ tyczył pożegnalnego tournee, które jak wiemy, na szczęście nie okazało się tym ostatecznym. Poza tym, w 2015 roku za bębnami zasiadał jeszcze James Kottak, a od pewnego czasu po garach nadaje już Mickey Dee - były pałker Motörhead. Lubię Mickeya, ale Kottak, to Kottak. I gdyby nie alkohol, zapewne Meine z Schenkerem nie pozbyliby się tak fantastycznego muzyka. Choć o tym ni słowa w filmie - przynajmniej nie dostrzegłem. Jak dobrze, że w swoim czasie miałem okazję podziwiać jego grę na żywo. Ja już Kottaka podziwiałem pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy grał we wczesnym i najlepszym składzie Kingdom Come - u boku wokalisty Lenny'ego Wolfa - tego znienawidzonego przez Roberta Planta, a to za zżynanie z Led Zeppelin. Pierwsza płyta Kingdom Come, wydana w 1988 roku, w moim odczuciu obłędna.
Wracając do "Scorpions - 50 lat na scenie"... w filmie można z grupą przebyć niemal cały glob (m.in: Los Angeles, Bejrut, Paryż czy Moskwę), jak też podpatrzeć kulisy Pierestrojki (w tym spotkanie muzyków z Michaiłem Gorbaczowem), berlińskiego "The Wall", bądź występu z berlińskimi Filharmonikami. Dla mnie jeszcze smaczek względem posłuchania Dietera Dierksa - legendarnego producenta, który Skorpionom wyprodukował najlepsze albumy w okresie 1975-1988. Zresztą Klaus Meine twierdzi, że Dieter w swoim czasie miał lepszy słuch od niego. W filmie także posłuchamy wypowiedzi innych producentów, menadżerów, bądź samych muzyków. W kilku kadrach słówko nam szepnie nawet sam Paul Stanley.
Stanęło też na balladach, które od zawsze bywały priorytetem Meinego. Klaus kilka z nich napisał dla swojej kobiety, z którą jest do dzisiaj, co w światku artystycznym nie należy przecież do oczywistości. Wokalista odnosząc się do zawartych w nich treści, dodał: "pisząc teksty, staram się oddać to, co Rudolf Schenker gra na gitarze". O ironio, a przecież najsłynniejsze "Still Loving You", które traktuje o rozstaniu, w słowa ubrał nie kto inny, jak człowiek piekielnie szczęśliwy.
No i wzruszające wypowiedzi Klausa Meinego oraz Pawła Mąciwody, gdy wspominali trudne chwile po utracie swych matek, w czasie odbywających się koncertowych tournee, których w zasadzie odwołać nie było sposób.
Kto nie widział proszę upolować, na pewno będą powtórki. Zarówno tego dokumentu, jak też o Paco De Lucii - niesamowitym wirtuozie. Także ciekawie opowiedziana historia tego jednego z najlepszych gitarzystów w historii flamenco. I tu się zatrzymam, muszę się pochwalić, że circa przed dwudziestoma laty, byłem na jego koncercie. To było prawdziwe misterium.
Oba powyższe filmy pochłonęły całe me nocne muzyczne pasmo, przez co ucierpiało posłuchanie kilku zaplanowanych płyt, ale było warto. Stacja Sundance TV zaczyna mieć poważnego konkurenta, choć na szczęście obie te nadajnie różnią się repertuarowo. I dobrze, wszak wszystko z zyskiem dla nas.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 21 grudnia 2017

CHRIS NORMAN - "Don't Knock The Rock" - (2017) -








CHRIS NORMAN
"Don't Knock The Rock"
(SOLO SOUND RECORDS)

****1/2






Ten obecnie 67-letni Brytyjczyk jest sprawcą, jak też odtwórcą wielu ze wszech miar kapitalnych piosenek, których jestem delikatnie mówiąc: prastarym wielbicielem. Sporo z nich współtworzył przed wieloma laty z popularną grupą Smokie, która to grupa obecnie dogorywa pod rządami basisty Terry'ego Uttleya, choć w latach siedemdziesiątych była jedną z najjaśniejszych gwiazd na niebie.
Chris Norman - bo o nim mowa - jest moją pierwszą muzyczną miłością, a że ja stabilny uczuciowo, więc już mi tak pozostanie. Dostrzegam jednak lepsze, jak i mniej udane piosenki, których bywał autorem, bądź jedynie wykonawcą.
Muzyk nie tylko jest właścicielem jednego z najokazalej zdartych gardeł, lecz również nieprzerwanie zdolnym kompozytorem. Dawny wokalista Smokie - po kilku niedawnych niezłych albumach - tymczasem zaserwował dzieło, po którym nieźle gruntem wstrząsnęło. "Don't Knock The Rock" wabi nie tylko sprawdzonymi heartbreakersami, czy żywiołowymi country/rock'n'rollowymi melodiami, ale w dużej mierze prostym solidnym rockiem. I nie pamiętam, kiedy Maestro tak potrafił przyłożyć. Niewiarygodne, podczas gdy wielu jego rówieśników szykuje sobie repertuarowy grunt pod emeryturkę, rozsuwając coraz pokaźniejszy wachlarz balladek, to Norman dolewa oliwy do ognia. Tym samym wielbiony przeze mnie wokalista jeszcze nie ma zamiaru na siedząco plumkać na gitarce rzewnych pieśni, tylko rozruszać siebie, jak i całe rówieśnicze, a często przecież zgnuśniałe towarzystwo. Słucham tej płyty i po każdej jej emisji biję brawo na stojąco. Za energię, za melodie, za chęci, za optymizm, wreszcie za to, że wciąż mogę podziwiać nową twórczość Pana Christophera, a nie tylko z nostalgią zasiadać przy starych Smokie'owatych albumach.
Już pierwsze dwie minuty dają konkretnego kopa. Tytułowego "Don't Knock The Rock" nie powstydziliby się Jerry Lee Lewis, bądź Chuck Berry - i to w kwiecistych dla nich latach. Przy takiej kompozycji przeciętny śpiewaczyna-gawędziarz zdarłby gardło, niczym włosy Kojak, który jako pierwszy zasiał na glacy bezkresne pola łysiny. I choć następna piosenka "Crawling Up The Wall" - nie tylko na gitarę, ale też pianino i tercet smyczkowy - niesie się swobodnym rytmem, i troszkę Smokie'owatą melodią, to mistrzunio naciąga te głosowe struny, jak ja spodnie po każdych świętach. Ależ przyjemnie asystują mu zespołowi chórzyści. Oczyma wyobraźni nawet słyszę dawnych: Alana Silsona, Terry'ego Uttleya i Pete'a Spencera. Dopiero opis w książeczce weryfikuje tego niezgodność.
Kolejna piosenka w zestawie "Sun Is Rising", brnie podobnym tempem - swobodnym i niespiesznym. Znowu "te" chórki, a i melodia nie daje złapać tchu. Niesamowite, trzy piosenki i trzy celujące, a przed nami jeszcze jedenaście innych. Skoro jednak wcześniej podkreśliłem rockowy charakter płyty, polecę zwrócenie uwagi na przynajmniej dwa nagrania, tj: "Suicide Street" - z riffem a'la klasyczny "All Right Now" - niezapomnianych Free. Kompozycja nasuwa skojarzenia, jakby powstała w najbardziej twórczych dla rocka latach 1969-1973. Tą drugą stoi "Resurrection" - nie tylko ozdobiona porywającą melodią, lecz również kąśliwie zaśpiewana.
Oczywiście nie zabrakło ballad. W tych Norman od zawsze bywał harpunem. "You Are The Light" - nawet ładna, choć sowicie przesłodzona, ale już takie "Chasing After Starlight" autentycznie imponujące. Nie tylko z uwagi na podniosły ton pieśni, lecz również na wszechstronność jej twórcy, który tutaj nie tylko zaśpiewał, ale też zagrał na organach, pianinie, gitarach: akustycznej i elektrycznej, do tego jeszcze na basie. Jednak w tej kategorii klejnotem w koronie bezdyskusyjnie "Losing You" - opracowane na głos, pianino, smyczki, plus dwie gitary. Piosenka z gatunku: nie dających się opisać, i po których każde wrażliwe serce pęknie. Jeśli więc ktoś zechciałby świat unicestwić, to najlepiej właśnie po czymś takim.
O różnorodności albumu przekonają nas także: "Straight To My Heart" - żywiołowa kompozycja przyprawiona a'la meksykańską trąbką, albo wieńcząca całość - o jednostajnym akompaniamencie - niemal ogniskowa "Little Butterfly", bądź folk-rock'n'rollowa "Sweet Virginia". Ta ostatnia powinna wpaść w objęcia miłośników nieistniejących już Traveling Wilburys.
Album do bardzo wielokrotnego użytku. Szkoda tylko, że dzisiaj tego typu twórczość nie porywa najmłodszych tłumów, niemniej zawsze żywię nadzieję, iż młodziaki w końcu kiedyś przeskoczą z syntetyków na grunt takiego naturalnego grania.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




środa, 20 grudnia 2017

spotkanie z...

Film "Dalida - Skazana Na Miłość" okazał się dla mnie jednym z najszczęśliwszych momentów kończącego się 2017 roku. Jak dobrze, że od niedawna jest także na DVD, na pewno obejrzę go z tuzin razy. Mam w nosie, że to raczej babska historia, która wymaga chusteczek, ale ja właśnie takie tematy lubię najbardziej. Przepraszam, że kompletnie nie czuję Gwiezdnych Wojen, Władcy Pierścieni czy wszelakich Star Treków. Takie bzdurki lubię w muzyce, w filmie jednak historie życiem pisane. Uwielbiam natomiast emitowany na Planete+ dokument popularnonaukowy "Kosmos" - fascynująco prowadzony przez w dużej mierze potępionego astrofizyka Neila DeGrasse Tysona. W swoim czasie spadły na niego wiadra pomyj, ponieważ znalazł się w grupie, która Pluton wyrzuciła z Układu Słonecznego, uznając tym samym dawną Dziewiątą Planetę naszego Układu za Karłowatą. Trudno, stało się, mnie też podpadł owym uczynkiem, co w żaden sposób nie odbierze facetowi znajomości tematu oraz daru go przekazywania. W niedawno wyemitowanym odcinku, Neil wyjaśniał zjawisko "czarnej dziury". I nie w nudnym naukowym tonie, lecz przeciętnemu Kowalskiemu - polecam! Kto wie, czy w owym tajemniczym zjawisku nie tkwi przepustka do innego czasu? Nawet jeśli "czarne dziury" od zawsze nazywamy kosmicznymi potworami.
Przygotowania do świąt idą pełną parą. Nachodziłem się za prezentami, no i te najważniejsze już są, teraz jeszcze tylko drobiazgi, ot taka końcowa kosmetyka. I właśnie uganiając się dzisiejszym rankiem po jednej z nadpobudliwie wielkich galerii, spotkałem Tomka Goehsa. On też właśnie wszystko dopinał na ostatni guzik. Spostrzegłem go wchodzącego do Empiku, postanowiłem więc tylko się z nim przywitać. Skończyło się na dwukwadransowej pogawędce w otaczającym nas towarzystwie książek i muzyki oraz na rzuceniu się sobie w objęcia. Stanęliśmy przy kompaktowych nowościach, gdzie na froncie tkwiły bezczelnie wyeksponowane (ze dwadzieścia egzemplarzy) koncertowe albumy Kultu "Made in Poland". Nie zważając na ten fakt, Gejsik pochwalił się zakupami, choć jego wzrok przyciągnęło DVD ze świeżo wydaną "Dunkierką". Chwycił za kieszeń, i wtrącił: "już nie dzisiaj, pusty portfel", na co błyskawicznie dołożyłem: "Gejsik, kupisz po świętach, gdy się trochę waszych płyt sprzeda". Skromność perkusisty Kultu trochę mnie rozbroiła: "a ktoś to kupuje?". Zapewniłem, że więcej, niż mu się wydaje, za wyjątkiem mnie samego. Przy okazji z dumą ogłaszam: nie mam w chałupie ich żadnej płyty! Ale Goehsik to fajny, łagodny i przyjacielski facet, nie to co ja. On by mi w życiu nie powiedział, że moja audycja to jakiś ostatni szajs, a ja niestety mam niewyparzoną gębę. Dobrze, że Goehsiu zauważa we mnie kumpla, nie zwyrodnialca krytyka.
Nie wyobrażacie sobie Szanowni Państwo, że naprawdę możliwym jest w sklepowym ścisku przystanąć gdzieś na boku i pogadać nie tylko o muzyce, czy dawnych kumpelskich czasach, ale też o Bogu. Gdy Tomek usłyszał, że na tej linii mam z Najwyższym na pieńku, nabrał niesłychanej energii: "Andrzej, ja się chętnie z tobą spotkam i pogadam, kiedy tylko zechcesz". Ucieszył się, gdy mu oznajmiłem, że mam dla niego przygotowane kilkuminutowe DVD z mojej dawnej VHS-kamery. Nagrałem wówczas Goehsika w moim pokoju, a było to blisko trzydzieści lat temu, gdy był jeszcze typowym metalem, rżnął na bębnach w Turbo, a o Kulcie mógł jedynie pomarzyć. Zarejestrowany materiał przywołuje fajne wspomnienia; w tle unosi się jakaś metalowa łupanka, ale ta łupanka gra z dawnego kompaktowego Technicsa. Pięknego srebrnego Technicsa, zakupionego na Ratajczaka w Baltonie/Pewexie za 199 dolców. Cudowny sprzęt, pozyskany w czerwcu 1989 roku za zielone od mojej kochanej Siostrzyczki Eli. Ach, znowu ta nostalgia... Być może zadziałały na mnie piosenki Dalidy, do których z oooogromną chęcią powróciłem. Dość tego, wracam do radiowego zeszytu, koniec końców muszę przygotować troszkę specjałów na wigilijną radiową wieczoro-noc.





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






wtorek, 19 grudnia 2017

showbusinessowe qui pro quo

"Nawiedzone Studio" dorobiło się nowego Słuchacza. Jeszcze się nie wprawił, ale dobrze mu idzie. Po pierwszym tygodniu zapytał: "jak się nazywa pański program? Zakręcone Studio?". A niech będzie: zakręcone, nawiedzone czy postrzelone, grunt, by trwało w imię rocka. I dopóki zdrowia starczy, macie to u mnie.
Z rańca wpadłem - jak po ogień - na dział płytowy Saturna, bowiem dzisiaj moim celem były książki - w sympatycznej sieci "Świat Książki". Właśnie tam, ponieważ w Empiku bardzo nie lubię. Empik, to taka masarnia i zarazem "kulturalny" chlew. Wykorzystałem chwilkę w zakupach knig i podskoczyłem na pięterko do płyt. Pomyślałem: a może wpadnie coś w oko i dokupię ekstra tytuł na najbliższą wigilijną niedzielę? Niestety, już niczego tam nie dobierają. Sprzedają hity i jeszcze raz hity. A ja wszystkie upragnione hity już mam. Zgarnąłem jednak z półki ostatni egzemplarz DVD "Dalida - skazana na miłość". Cudowny film, o czym przekonałem się podczas kwietniowego seansu w Cinema City. Lubiane filmy oraz muzykę muszę mieć na półce. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić zjawiskowej Svevy Alviti na PC-monitorze.
Wczoraj na Sundance TV wyemitowano dokument o Scott'cie Walkerze,. Mnóstwo ciekawego materiału, nie tylko o nim samym, ale też o wcześniejszych The Walker Brothers. W filmie można wysłuchać opinii wielu muzyków - a jego sympatyków, m.in: Davida Bowiego, Marca Almonda czy Jarvisa Cockera. Sprawnie zmontowany film, że aż wzięło mnie na posłuchanie tej mglistej u nas postaci. Wstyd, u mnie w domu też tylko składanka The Walker Brothers. Muszę nadrobić zaległości. Chętnie dokupię pierwsze cztery solówki Scotta. Szkoda, że na półkach Saturna żadnego albumu. Znowu przyjdzie zamawiać, czekać.... aż pył opadnie.
ten drastyczny szczegół na samiuśkim dole....
Dla przestrogi ustrzeliłem fotkę polskiej reedycji "Master Of Puppets". Nie kupujcie Kochani tej kryminalnej jedno-płytowej krajowej edycji. Jeśli już, to tylko zachodnią potrójną - z dodatkowymi nagraniami koncertowymi - jeszcze z Cliffem Burtonem na basie. Pojedyncza w digipaku, a nawet albumowo rozkładanym, i co z tego, skoro jakiś debil zafundował pod albumowym tytułem dopisek: zagraniczna płyta, polska cena. I żadna z tego naklejka, a czysty, nie do zdarcia nadruk !!! Co trzeba mieć w tym pustym łbie, by czegoś takiego dokonać? Nawet jeśli wymagają tego prawa licencyjne. Czyli na polski rynek chcecie tanio, no to macie badziewie za niską cenę. Jaką kurwa niską? - 44,99 zł, to jest okazja? Jeszcze trochę, a obniżą cenę do równych czterdziestu, byle wprasować w okładkowe tło żołnierzy (prze-)wyklętych.
Przepraszam za wzmożony - szczególnie w ostatnim okresie - wulgaryzm, jednak pewnych spraw nie da się elokwentniej potraktować. Hegemonia głupawych krajowych płytowych edycji, aż nadto doskwiera i trzeba z tym walczyć. Pomału to już nie jest żaden showbusiness, a jakieś qui pro quo.
Nie dajmy sobie wciskać takiego chłamu za naprawdę niemałe pieniądze.
...tu lepiej widoczny
Zima próbuje dojść do głosu. Prószy ten śnieg od rana, lecz śladu po nim. A jeśli już śnieg, to teraz, niech przyjdzie jak najszybciej, niech spełni swą misję, i do widzenia, a raczej żegnaj!
Muzyka na dziś: przeróżnie. Słucham nowego Boba Segera, przez cały czas wałkuję też Chrisa Normana, ale powróciłem przy okazji do koncertowych Bachman-Turner z 2010 roku - tego bez trzeciego trzonu w nazwie "Overdrive". Nowe czasy, skrócona nazwa, lecz muzyka ta sama. Pomiędzy rockowymi akcentami, pewna pianistyczna nowość z labelu Deutsche Grammophon. Nie zdradzę nic więcej, gdyż posłuchamy jej w niedzielę. Kawał pięknej, choć oszczędnej muzyki. Siła w prostocie - tak powiadają. Przypadek tego albumu jasno pokazuje, że czasem minimalizm zwycięża.





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






poniedziałek, 18 grudnia 2017

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 17 grudnia 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań







"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 17 grudnia 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski








CHRIS NORMAN - "Don't Knock The Rock" - (2017) -
- Resurrection
- Suicide Street

PRETTY MAIDS - "First Cuts... And Them Some" - (1999) -
- In Santa's Claws - {oryginalnie na mini LP "In Santa's Claws" z 1990 r.}
- A Merry Jingle - (feat. IAN GILLAN) - {oryginalnie na mini LP "In Santa's Claws" z 1990 r.}
- Far Far Away - (Slade cover} - z sesji do albumu "Stripped" w 1993 r.

UFO - "The Salentino Cuts" - (2017) -
- Paper In Fire - {John Cougar Mellencamp cover}

BOB SEGER - "I Knew You When" - (2017) -
- The Highway
- I Knew You When

GLENN FREY - "Soul Searchin' " - (1988) -
- I Did It For Your Love

STAN BUSH - "Change The World" - (2017) -
- Live Your Dream

MICHELLE SHOCKED - "Arkansas Traveller" - (1992) - 
- Come A Long Way

JOHN COUGAR MELLENCAMP - "The Lonesome Jubilee" - (1987) -
- Paper In Fire
- Check It Out
- The Real Life
- Cherry Bomb
- We Are The People

TOWNES VAN ZANDT - "Townes Van Zandt" - (1969 / niektóre źródła podają 1970) -
- (Quicksilver Daydreams Of) Maria

ENYA - "And Winter Came... " - (2008) -
- White Is In The Winter Night

ANNIE LENNOX - "A Christmas Cornucopia" - (2010) -
- Silent Night

MARILLION - "A Collection Of Recycled Gifts - Happy Christmas From Marillion" - (2014) -
- Happy Xmas (War Is Over) - {"Christmas 2014"} - John Lennon cover
- Gabriel's Message - {pierwotnie na albumie Marillion "Marillion Christmas" w 1999 r.}

JETHRO TULL - "The Jethro Tull Christmas Collection" - (2003) -
- First Snow Of Brooklyn
- Greensleeved
- Fire At Midnight
- We Five Kings

JOHN DENVER - "The Real... John Denver" - (2013) -
- Sunshine On My Shoulders - {oryginalnie na LP "Poems, Prayers & Promises" w 1970 r.}
- Annie's Song - {oryginalnie na LP "Back Home Again" w 1974 r.}
- Seasons Of The Heart - {oryginalnie na LP "Seasons Of The Heart" w 1982 r.}
- Sweet Surrender - {oryginalnie na LP "Back Home Again" w 1974 r.}
- Looking For Space - {oryginalnie na LP "Windsong" w 1975 r.}
- I Want To Live - {oryginalnie na LP "I Want To Live" w 1977 r.}

JOHN CAFFERTY AND THE BEAVER BROWN BAND - "Voice Of America's Sons" - (1986) - maxi-single
- Voice Of America's Sons

JOHN CAFFERTY AND THE BEAVER BROWN BAND - "Tough All Over" - (1985) -
- Tough All Over
- Strangers In Paradise
- Small Town Girl

ART GARFUNKEL - "The Art Garfunkel Album" - (1984) -
- Bright Eyes - {z albumu "Fate For Breakfast - 1979}
- Break Away - {z albumu "Breakaway" - 1975}
- I Believe (When I Fall In Love It Will Be Forever) - {z albumu "Breakaway" - 1975} - Stevie Wonder cover
- Scissors Cut - {z albumu "Scissors Cut" - 1981}

BARRY MANILOW - "Barry Manilow Sings" - (kompilacja) -
z albumu "Barry" - (1980) -
- I Made It Through The Rain

ROD STEWART - "Merry Christmas, Baby" - (2012) -
- What Are You Doing New Year's Eve? - {duet with ELLA FITZGERALD} - przy czym należy dodać, iż głos Elli Fitzgerald z 1960 roku






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





niedziela, 17 grudnia 2017

Bobry

Lubicie Bruce'a Springsteena? Chcielibyście więcej podobnego grania? Proszę bardzo. Jeśli jeszcze nie dotarliście do Bobrów, to "Nawiedzone Studio" Wam w tym Drodzy Państwo dopomoże.
Jest taka grupa, która świętuje cztery- i pół dekady, a zwie się John Cafferty And The Beaver Brown Band. Choć w zasadzie trudno mówić o jej aktywności, skoro od lat niczego nie nagrywa. Jednak trzy pozostawione po sobie albumy powinny znaleźć się w płytotece każdego Springsteen'owca, jak i w ogóle entuzjasty pełnego wigoru amerykańskiego rocka.
John Cafferty And The Beaver Brown Band pochodzą z Rhode Island - położonego na północnym-wschodzie Stanów - i proszę dać wiarę, że w dekadzie 80's narobili za Wielką Wodą sporego zamieszania. A prawdziwa ich przygoda z showbusinessem rozpoczęła się w 1983 roku, kiedy to po blisko dekadzie występowania w podrzędnych klubach, grupa otrzymała propozycję od ich fana, a zarazem producenta Kenny'ego Vance'a (współautora m.in. sukcesów Dona McLeana - tego od przebojów: "American Pie" czy "Vincent"), na zasilenie swą muzyką filmu "Eddie i krążowniki". Nie tylko samą muzyką, albowiem ekipa Cafferty'ego także wystąpiła tam w roli mitycznego zespołu lat 60-tych: Eddie & The Cruisers. Niestety u nas film nie do zdobycia. Żałuję, ale również ominął on mnie samego. Maybe someday.... W każdym razie film odniósł spory sukces, a na jego podstawie sporządzona płyta John Cafferty & The Beaver Brown Band, jako OST "Eddie & The Cruisers", sprzedała się w USA w ilości przekraczającej 3 miliony egzemplarzy. Ten sukces jednak pozostał jedynie w obrębie Nowego Kontynentu, a przecież po takim strzale potrzebny wydawał się międzynarodowy cios. Ten przyszedł dwa lata później - za sprawą kapitalnej płyty "Tough All Over". Było to nic innego, jak kompozytorska kopia poczynań Bossa z okresu albumów "The River", bądź "Born In The U.S.A.". "Ten" głos, "ta" gitara, "ten" saksofon, "te" instrumenty klawiszowe..., wszystko to niemal do złudzenia imitowało poczynania jednej z najsłynniejszych, a chwilę wcześniej wspomnianych rockowych orkiestr Ameryki. Do tego jeszcze tematyka utworów: patriotyzm, wnikanie w skórę losów przeciętnego szarego obywatela, kwestie młodzieńczych damsko-męskich westchnień..., czyniły z ekipy Cafferty'ego jak najbardziej pożądany punkt na muzycznej mapie Stanów Zjednoczonych.
Album "Tough All Over" zaoferował wiele hitów. Najważniejszym wydawał się "Voice Of America's Sons" - główny piosenkowy temat do filmu "Cobra". Sam film odniósł spektakularny sukces, a to zapewne z uwagi na wielbionego wówczas Sylvestra Stallone'a, choć inna sprawa, że film naprawdę kapitalny! Drugą z niego wylansowaną piosenką była "Hearts On Fire", która podbiła serca sympatyków innego kinowego hitu - z udziałem boskiego Sylvestra - "Rocky IV". Oczywiście album "Tough All Over" nie kończył się na tych dwóch kawałkach, zawierał wszak jeszcze siedem innych, równie porywających piosenek - w tym uroczą i wieńczącą całość balladę "Tex-Mex (Crystal Blue)". Co prawda z niej klasyka nie uczyniono, ale już z takich: "Small Town Girl" - ooo, to kolejna słodycz - pieśń z pięknym sax'em, bądź z "C-i-t-y", jak najbardziej. Oba notabene singlowe. U nas całe dzieło pozostaje niemal anonimowe, a szkoda, albowiem to jedna z najfajniejszych heartland-rockowych płyt - i to nie tylko tamtych czasów.
Później Bobry zrobiły sobie długawą przerwę, aż do roku 1988, w którym to roku wydali trzecią, ostatnią i najmniej popularną płytę "Roadhouse". Na frontalnej okładce muzycy nadal wyglądali świetnie, muzycznie przecież także, lecz kosmetyczna zmiana a'la Springsteen'owego stylu, na dobre im nie wyszła. Płyta komercyjnie przepadła, pomimo iż jej wartość kilku ludzi na tym świecie dostrzegło - w tym ja. Rzecz jasna, nadal była to wciąż ta sama muzyka, jednak w niektórych miejscach miała jeszcze większego pazura, co troszkę kłóciło się z aktualnym wówczas wizerunkiem ich idola Springsteena, który na moment zrzucił podarty t-shirt oraz dżinsy, a przyodział wyprasowane na kant spodnie, plus koszulę z jakimś frędzlem - a'la mniej sztywniacki krawat. Boss nagrał piękną, choć pozbawioną rocka płytę "Tunnel Of Love", a przecież Bobry nadal pragnęli jak najbardziej grać drapieżnego organo-sax-gitarowego rocka. I wystarczy zanurzyć uszy już tylko w samym wstępie płyty "Roadhouse", przy kawałkach: "Bound For Glory", "Victory Dance"..., by na twarzy pojawił się błogi uśmiech. Kapitalna muzyka, i gdyby ode mnie zależał jej los, wybudowałbym grupie pomnik, do tego przymuszając wszystkich do zakupu kompletu ich płyt. Świat jednak okrutnym jest, nigdy nie trzyma pionu w stabilizacji uczuć.
Jakąś nutkę z Bobrów dzisiaj zarzucę, bądźcie Mili Państwo czujni pomiędzy 22.00 a 2.00.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"