środa, 16 sierpnia 2017

i remember Elvis Presley

W nocnym paśmie stacji National Geographic wyemitowano całkiem świeży dokument o Czesławie Niemenie, pt. "Sen o Warszawie". Szkoda tylko, że ten circa 2-godzinny film stale przerywano reklamami. Wiadomo: ekonomia, ale o tak później porze można było tego nam wszystkim oszczędzić.
Cała masa ciekawych archiwalnych materiałów, popartych opowieściami ludzi z branży, ale także członków rodziny Niemena. Można się było dowiedzieć, jak to dawny film Marka Piwowskiego "Sukces" manipulował sylwetką Artysty na jego niekorzyść, ponadto o teoretycznie powszechnie znanej historii niespełnionej miłości do włoskiej gwiazdy estrady Faridy (która także zdobyła uznanie u nas), no i oczywiście o paśmie artystycznych sukcesów w kraju i za jego granicami.
Kto nie widział, niech przyczai się na ewentualną powtórkę. Na szczęście te wszystkie dokumentalne stacje nie mają w swych szpargałach menisku wypukłego, więc po wielokroć emitują co ciekawsze materiały.
Zajrzałem do kalendarium. Przed 30 laty sierpień był obfity. Po niedawno świętowanej "Hysteria" Def Leppard, światło dzienne ujrzały wówczas, choćby: Aerosmith "Permanent Vacation", The Jesus And Mary Chain "Darklands", Michael Jackson "Bad" czy Midnight Oil "Diesel And Dust". Same dobre i bardzo dobre płyty. W sierpniu 1997 roku nie było już tak różowo, choć zależy, co kto lubi. Niemniej koncertówka Fleetwood Mac "The Dance", to było coś. A skoro weszliśmy na terytorium albumów koncertowych, to z kolei w sierpniu 1977 ukazał się najlepszy album "Live" - troszkę już popularnością przyćmionej grupy Foghat. No i proszę, tylko na podstawie takich wspomnień można by kroić najlepsze audycje.
Dzisiaj 40 lat od śmierci Elvisa Presleya. Pamiętam ten dzień. Chyba nawet doskonale, choć miałem niespełna 12 lat. Byłem u mojego najlepszego kolegi w bloku, i to u niego w telewizji o tym powiedziano. Od razu pomyślałem, że musiał to być ktoś ważny, skoro ochrzczono go mianem "Króla". Wkrótce już miałem jedną, drugą i trzecią pocztówkę dźwiękową, a później jedną i drugą dużą płytę. Szybko poznałem największe przeboje Elvisa. W tamtych czasach ludzi nie było stać na kolekcjonowanie pełnego dorobku Artysty, więc zazwyczaj kupowali składanki. A ja robiłem od najmłodszego interesy, zamieniając się z niektórymi kompanami na ich płyty z kolekcji rodziców. Wymieniałem się za ciężko zdobyczne żołnierzyki, bądź pocztowe znaczki. Moich kumpli najczęściej interesowały tego typu pierdoły, z których ja szybko wyrastałam. Nie było mi żal resorowców, żołnierzyków czy nafaszerowanych klaserów, a im jakoś uchodziło na sucho podkradanie starym cennych zachodnich płyt Toma Jonesa, Engelberta Humperdincka czy wspomnianego Elvisa Presleya. Przygarniałem je zatem, niczym niegdyś Violetta Villas zwierzaki.
O Elvisie, a raczej o moich przygodach z jego twórczością, mógłbym napisać wiele, ale teraz mi się nie chce, ponieważ jestem na wznoszącej fali zasłuchiwania się Philem Collinsem. Przyjdzie taki czas, że się rozpiszę. Być może na pięćdziesiątkę jego śmierci, albo setkę narodzin - o ile sam tego czasu dożyję. Ale mogę Państwu napisać, że ogromnie lubiłem taką piosenkę "I Remember Elvis Presley", którą śpiewał tajemniczy D.Mirror. Bo tak jego nazwisko zapisano na tonpressowskiej pocztówce dźwiękowej. Przez lata nie wiedziałem, co to za facet. Dopiero niedawno ktoś mnie oświecił, że owe "D." to "Danny". No to już wiem. Internet mi podpowiedział, że gość w ogóle nagrywał w klimacie Króla. A głosem dysponował naprawdę fajnie Elvisowym. Mało tego, on nawet nagrał w swoim czasie płytę z własnymi interpretacjami przebojów Presleya.
Gdy piszę te słowa wskakuje mi pewien kadr pamięci, w którym widzę siebie, jak raz za razem słucham "I Remember Elvis Presley". Mój stary monofoniczny gramofon, z ramieniem kolosem, wiele przeżył. Kochałem ten numer. Mam go w chałupie do dzisiaj. Na tej samej oryginalnej i mocno wysłużonej pocztówce. Niestety w Aferze nie do zaprezentowania. Nie miałbym sumienia na radiowym gramofonie zapodać rypiącej igłę, monofoniczną papierową płytę. Mam na szczęście już od pewnego czasu dużą, wydaną przez EMI, właśnie w owym 1977 roku. Chyba ją sobie zaraz zapuszczę (wiem, nieradiowe określenie), ale najpierw musi dobić do końca ub.roczny remaster "Face Value".






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




wtorek, 15 sierpnia 2017

dwie strony

Zaszyty w czterech ścianach, z nieodłączną butelką, z płytami Phila Collinsa, uroczo spędzam wieczór. Ładnie gra podwójny stary winyl "Both Sides", ale czy od razu lepiej od kompaktu? Nie mam odpowiedniego sprzętu, więc u mnie jedno i drugie odtwarza równie dobrze. Z korzyścią po stronie CD. Przynajmniej nie trzeszczy, nie trzeba co stronę przecierać kurzu... Kompakt wygodniejszy i można słuchać tysiąc razy, a przy tysiąc pierwszej emisji płyta zagra tak samo jak podczas pierwszej. Winyl zatem tylko na talerzu okazjonalnie (jak dziś), by mu zbyt wielu krzywd nie wyrządzić.
Potrzebowałem dwudziestu czterech lat, ale teraz to wiem: uwielbiam "Both Sides". Dotąd zawsze ją lubiłem, lecz piękne historie Phila zbliżyły mnie do niej jeszcze bardziej. Owszem, przy "We Fly So Close" serce rwie się na strzępy, zawsze tak było, lecz pozostałych dziesięć kompozycji też z bliznami. Najwięcej ich na ciele sympatycznego Phillipa, lecz gdy się mu towarzyszy, po części biorąc jego smutki na siebie, to...
Obejrzałem wreszcie DVD z trasy "Going Back", ponownie dwie historie Genesis, przejrzałem moją Collinsowską kolekcję płyt... hmmmm, nawet wyciągnąłem ją całą do zbiorczej fotki, ale na co to się wszystkim przechwalać. Ludzie nie lubią przechwalców. Zazdroszczą i tylko później omijają, więc pogapię sam się na wszytkie moje "siódemki", "dwunastki", "longplaye", CD-single, CD-albumy...
W początkowym "Both Sides Of The Story" Collins wyznaje: "...śpię z opróżnioną butlą, czuję się smutny i mam opustoszałe serce...". To obraz człowieka porzuconego, który w dalszej części albumu prosi o spróbowanie raz jeszcze, by w innym miejscu pogodzić się z porzuconym stanem faktycznym. Nietrudno zrozumieć, dlaczego zabrakło tu dęciaków, chórków, plejady gości. Każdy ozdobnik wpłynąłby tylko niedobrze na radosne podniesienie albumowej temperatury.
"Both Sides" jest dziełem dla najbardziej zaangażowanych sympatyków Artysty, a nie tylko dla tych od piosenek z list przebojów. W żadnej z nich nie jest do śmiechu. Szeroki świat do dzisiaj bywa głuchy na każdą z nich. Tylko nieliczni dotrą do ich wnętrza.
No i co z tego, że ma ją w swych domach sześć milionów nabywców. Dla trzech czwartych z nich, "Both Sides" jest tylko jednym wielkim zawodem. Znam te gadki szmatki, że taka niedopracowana, nazbyt oszczędna, bez fajerwerków, itd... To powierzchowni esteci. Tych jedenaście piosenek, Collins zaadresował właśnie dla pozostałej i ewentualnej jednej czwartej.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





poniedziałek, 14 sierpnia 2017

QUIET RIOT - "Road Rage" - (2017) -









QUIET RIOT
"Road Rage"

(FRONTIERS RECORDS)
*1/2




Co to jest? Na albumowej okładce zapisano: Quiet Riot, a mnie się zdaje, cytując klasyka, że z twarzy podobne zupełnie do nikogo.
Naturalnym wydaje się fakt, iż Kalifornijczycy po śmierci niezastąpionego Kevina Dubrowa próbują od dekady usilnie znaleźć godnego jego zastępcę. Eksperyment z Jizzym Pearlem (z Love/Hate) okazał się zauważalnym nieporozumieniem, a teraz na dobitkę mikrofonu uczepił się niejaki James Durbin - uczestnik jednej z edycji Amerykańskiego Idola - i jest już naprawdę dramatycznie źle. Pod każdym względem. Zarówno repertuarowym jak i wokalnym. Z takim głosikiem pan Durbin może co najwyżej postraszyć turnus kolonistów pierwszoklasistów, gdy nieładnie zjedzą obiadek, ale żeby od razu do heavy metalu... Co ten Frankie Banali (perkusista i zarazem jedyny oryginalny członek QR) wyprawia? Szczęściem w obecnym nieszczęściu sprawny Alex Grossi, którego gitara pozostawia przyjemny swąd, co i tak nie szczędzi tego zasłużonego bandu w degradacji do suterenowego poziomu.
Chyba nie było pomysłu na tę płytę, a z jakiś powodów powstać zechciała. A może musiała? Dawno nie słyszałem czegoś tak mizernego, a tu jak na złość musiało ową mizerią paść na Quiet Riot. Na zespół, który bardzo cenię, zarówno za najwcześniejszy okres z nieodżałowanym Randym Rhodesem, jak i za nowszy rozdział lat 80's, gdy grali glam metal, taki mocno pod Slade. Zresztą nie uciekając od bezpośrednich odniesień do Noddy'ego Holdera i jego kąśliwego bractwa - vide dawne uczynki: "Cum On Feel The Noize" i "Mama Weer All Crazee Now". Cudowne to były czasy. Grupa zbierała multiplatynowe laury, a zwykły fan nie ustał w bezruchu nawet w przerwach pomiędzy albumowymi kawałkami. Niestety twórczość z najnowszego "Road Rage" jest bardziej jałowa, niż cynamonowy grysik. Nie sposób tu wyróżnić czegokolwiek. Nawet najlepsze w zestawie "Freak Flag" czy w miarę zadziorne "Wasted", na tle klasycznych płyt, i tak wypadają żałośnie. Konia z rzędem temu, kto znajdzie coś gorszego od takich "Getaway", "Knock 'Em Down", "Still Wild", bądź "Shame". Kevin DuBrow przewraca się w grobie widząc, co mu koledzy z kapelą zrobili. Prawdziwy krajobraz po bitwie.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





lecytyna

Wspaniale jest poprowadzić audycję bez udziału Facebooka. Ostatnio nie lubię tam zaglądać, choć zaglądam. Nie lubię go jeszcze bardziej, niż nie lubiłem dotąd. Najlepsze, że prawie nikt nie dostrzegł mojej dezaktywności. No właśnie, tyle to wszystko warte.
Lepiej nie wiedzieć, czy dzisiaj słucha dwadzieścia pięć osób, czy z racji wakacji tylko osiemnaście. A może jednak trzydzieści? Ten ostatni wariant byłby najlepszy, i zawsze można mieć nadzieję, że to on zwycięża. Ale to może mi tylko zagwarantować niewiedza.
Znudziły mi się lajki/polubienia. Tak naprawdę zależy mi na prawdziwych słuchaczach, nie na lajkach. Tego, może postawić przecież każdy, i najczęściej tak jest. Wystarczyło kilka razy sprawdzić, choćby wpisując kolejny facebookowy post, ale już nie o dwudziestej drugiej, a dajmy na to: dziesięć po dwudziestej trzeciej. Cały Facebook przycina komara, a jeszcze godzinę wcześniej chmara deklarowała chęć pozostania do samego końca. Ja tam nikogo nie oszukuję, bo jeśli mówię, że nikogo nie słucham, to tak jest. Tak, nie słucham, i co mi zrobicie? Oczywiście skutkuje to odwetem. Okazało się niedawno, że pewien radiowiec podobno lubi moje audycje, o czym dostałem od bliskiej mu osoby niemal cyrograficzne zapewnienie, jednak oficjalnie jegomość niczego o nich nie wie, a ja przecież nie dopytuję. Skoro nie słuchasz mnie, ja ciebie również - czytam w jego myślach.
Troszkę pomęczę Szanownych Państwa Philem Collinsem. Dopóki mi nie przejdzie. Już tak mam, jeśli wejdę na jakieś wzgórze, zanim zlecę, muszę trochę połazić.
Czytam najlepsze fragmenty "Jeszcze nie umarłem" po raz kolejny. By się utrwaliły, a raczej: by ich nie zapomnieć. Niestety szybko zapominam. Zawsze tak było, ale teraz chyba jakoś bardziej.
Ze wstydem informuję, że ostatnie weekendowe spotkanie w gronie przyjaciół obnażyło o mnie bolesną prawdę. Otóż, w wesołej pogawędce wyszło, że całkowicie wymazałem z pamięci niedawne huczne świętowanie pięćdziesiątki mojego kumpla, któremu o dziwo nie było nawet z tego powodu przykro. Przyzwyczaił się. Szczególnie do moich dziwactw, choć teraz przyjdzie mu na moje listopadowe imieniny podrzucić smakową lecytynkę, zamiast zero siedem złocistej. Głupio mi cholernie, ale naprawdę nic nie pamiętam. Żonka jeszcze w drodze powrotnej dopytała, czy ty naprawdę nie pamiętasz, czy tylko się zgrywasz? Nie pamiętam - odrzekłem. I choć przypomniałem sobie po dłuższej nasiadówie zrzutkowy prezent (m.in. David Bowie "Let's Dance", a poza nim jakiś metalurgiczny łomot), to tego, co najlepsze, nie. A przecież musiało być dobre żarło, bo Paweł choć chudy jak patyk, wsuwa jeszcze raz tyle, co Nawiedzony. Poza tym, na pewno była niejedna butla wzmocnionej, co na imprezach interesuje mnie przecież najszczególniej. Inna sprawa, że zbyt często ostatnio zaglądam do kielicha, a raczej do szklaneczki. Skończyły się czasy, w których nie miałem, by sobie polać. Teraz mam zawsze, w dodatku jeszcze w rezerwie. Po przeczytaniu autobiografii Phila Collinsa zdałem sobie sprawę, że pod tym względem jest mi do niego coraz bliżej. Smutkiem mego faktu, a na Collinsa korzyść, przemawia jego wiek. On zaczął dużo później, a ja rozkulałem się już.



Głupio, że dziadziuś Collins przeżył wiele upadków, doświadczył kilku złamań, nieco więcej siniaków, do tego kilka rozwodów, w tym ampułek antyalkoholowych, ale z pamięcią wszystko gra. U mnie pięćdziesiątka plus przejawia się nie tylko nadciśnieniem i cukrzycą, więc muszę się zabrać za siebie. Nie narzekam na odległe dzieje, te pamiętam świetnie, we znaki tłucze pamięć obecna. Czyli z ostatnich kilku lat. Żona twierdzi, że jej nie ćwiczę. A to się ćwiczy? Jak pompki lub przysiady? Muszę, daję uroczyste słowo. Tylko proszę go nie zgubić, bo drugiego nie zagwarantuję.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")






"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 13 sierpnia 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 13 sierpnia 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Szymon Dopierała
prowadzenie: Andrzej Masłowski






BUDGIE - "Power Supply" - (1980) -
- Heavy Revolution
- Gunslinger

SAXON - "Rock The Nations" - (1986) -
- We Came Here To Rock

QUIET RIOT - "Road Rage" - (2017) -
- Freak Flag

QUIET RIOT - "Alive And Well" - (1999) -
- Highway To Hell - {AC/DC cover}
- Don't Want To Let You Go 1999 - {oryginalna wersja na LP "Metal Health", 1983}

ACCEPT - "The Rise Of Chaos" - (2017) -
- Die By The Sword

ALICE COOPER - "Paranormal" - (2017) -
- Dead Flies

THE JIMI HENDRIX EXPERIENCE - "Electric Ladyland" - (1968) -
- Crosstown Traffic

THE JIMI HENDRIX EXPERIENCE - "Are You Experienced" - (1967) -
- Fire

ALICE COOPER - "Paranormal" - (2017) -
- Fallen In Love
- Dynamite Road

WORLD TRADE - "Unify" - (2017) -
- Where We're Going

LED ZEPPELIN - "Coda" - (1982 / reedycja 2015) -
- Baby Come On Home - {kompozycja BERT BERNS}

PETER FRAMPTON - "Gold" - (2005) - kompilacja
- Jumpin' Jack Flash - {Rolling Stones cover} - oryginalnie na singlu oraz LP "Wind Of Change", 1972

STEVE MILLER BAND - "Greatest Hits" - (1998) - kompilacja
- Serenade - {oryginalnie na LP "Fly Like An Eagle", 1976}
- Winter Time - {oryginalnie na LP "Book Of Dreams", 1977}

PETER FRAMPTON - "Frampton Comes Alive II" - (1995) -
- Waiting For Your Love

WAYLON JENNINGS, WILLIE NELSON, JOHNNY CASH, KRIS KRISTOFFERSON - "Highwayman 2" - (1990) -
- Silver Stallion

GLEN CAMPBELL - "Highwayman" - (1979) - kącik poświęcony zmarłemu przed kilkoma dniami Artyście
- Highwayman
- Love Song
- My Prayer

WAYLON JENNINGS, WILLIE NELSON, JOHNNY CASH, KRIS KRISTOFFERSON - "Highwayman" - (1985) -
- Highwayman
- Desperados Waiting For A Train
- Against The Wind - {Bob Seger cover}

BOB SEGER & THE SILVER BULLET BAND - "Against The Wind" - (1980) -
- Against The Wind

PHIL COLLINS - "No Jacket Required" - (1985 / reedycja 2016) -
- Long Long Way To Go (live)
- One More Night (live)

PHIL COLLINS - "Both Sides" - (1993 / reedycja 2016) -
- Take Me With You - {B'Side "We Wait And We Wonder, 1994}

EMBRYO - "Embryo's Rache" - (1971) -
- Change

FRUUPP - "Future Legends" / "Seven Secrets" - (1973 / 1974) -
z albumu "Future Legends":
- Song For A Thought

FRUUPP - "The Prince Of Heaven's" / "Modern Masquerades" - (1974 / 1975) -
z albumu "Modern Masquerades":
- Mystery Might

PREMIATA FORNERIA MARCONI - "Storia Di Un Minuto" - (1972) -
- Dove... Quando... (Parte I)
- Dove... Quando... (Parte II)

SAGA - "Contact - Live In Munich" - (2009) -
- Humble Stance
- Don't Be Late

MOSTLY AUTUMN - "Sight Of Day" - (2017) -
- The Man Without A Name





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





niedziela, 13 sierpnia 2017

poczciwy łajdak

Tego Phila Collinsa to ja jednak kocham najbardziej. Choć podobno nie można kochać mniej lub bardziej. Kochać, to kochać - po równi. Czy aby na pewno? Zawsze zastanawiało mnie, czy ojciec trójki dzieci darzy je wszystkie jednakowym uczuciem. Tego nie dowiem się nigdy, wszak mnie udało się tylko raz. Ale ale, przypomina mi się krótki skecz Benny'ego Hilla, który gasząc u boku małżonki nocną lampkę, z szelmowską miną w jej kierunku zarzuca: dobranoc matko pięciorga - na co otrzymuje zwrotne: dobranoc ojcze jednego. Z jednej strony zabawne, z drugiej zaś mam pod ręką przykład, jak to pewna dama oznajmiła partnerowi, że oto będą mieć dziecko. Partner po usłyszeniu tej "radosnej" nowiny, bez chwili namysłu podszedł do sekretarzyka i wyciągnął z niego kawałek papieru, który okazał się lekarskim zaświadczeniem o jego niepłodności. Stare dzieje, choć nawet o koligacjach daleko-rodzinnych.
Po przeczytaniu "Jeszcze nie umarłem" tylko się utwierdziłem w przekonaniu, jaki z tego Collinsa poczciwy łajdak, kochający po równi ojciec i niewyczerpany akumulator pozytywnych uczuć. 
Do usłyszenia o 22.00 na 98,6 FM Poznań.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




piątek, 11 sierpnia 2017

jeszcze nie umarł

Kapitalna książka "Jeszcze nie umarłem". Słyszałem opinie, że ciężka, a Phil Collins to drań. Ciekawe, w którym rozdziale, bo coś nie dopatrzyłem. Absolutnie czuję tego faceta, od zawsze tak było, więc wiem co w nim siedzi. Gdy rozwala małżeństwo dla dawnej szkolnej miłości, a ta z kolei również burzy dotychczasowe życie, myślę, że obu doskonale rozumiem. Ludzie zazdroszczą, przez co nie akceptują czyjegoś szczęścia. A raczej - jego pragnienia. Sami chcieliby zwariować, ale udają poukładanych. Obłuda i fałsz.
Rozumiem, że "taka dawna" największa miłość od zawsze w nas siedzi, nawet jeśli ją uśpimy na długie lata. Jak w przypadku Phila. Ok, nie pochwalam krzywdzenia dzieci i aktualnej nic niewinnej partnerki, ale nad czym miał się facet zastanawiać? Aż życie mu umknie i zda sobie pod jego koniec sprawę, że nigdy nie spróbował? Phil przyjmuje ciosy, lecz liczy na zrozumienie. U mnie ma.
Wzruszający fragment, gdy Phil komponuje "Since I Lost You" w hołdzie Conorowi - zmarłemu 4-letniemu synkowi Claptona. Nie jest pewien, co na to on sam, co koledzy z Genesis, więc idzie najpierw do nich, a oni, że piosenka fajna, lecz najlepiej, gdyby ją zaaprobował sam maestro Eric.
Collins zabiera się z nią do Claptona. Siadają, piosenka rozwija skrzydła...., i gdzieś w jej środku Phil śpiewa: "... my heart is broken in pieces..."... Clapton pod wrażeniem, Phil także. Oboje się po chwili poryczą. Wzruszające. Pięknie się czyta. Babska lektura. To nie jest żonglowanie o samej muzyce. Muzyka tylko nakreśla okresy, przez które pokonujemy kolejne szczeble życiowych potyczek, pasm sukcesów i rozterek sercowych. Collins to uczuciowy facet, niewiele potrzebuje do zaangażowania. Ale dla jasności, oczywiście o muzyce też jest nieco. O koncertach, o spotkaniach z największymi muzykami, osobistościami, a także, iż nie każdą płytę nasz bohater komponuje pod sukces. I o bardzo wielu innych sprawach, o których jeszcze zapewne Państwu napiszę, choć najlepiej kupić i przeczytać samemu. Bo ja nie pożyczę. Zbyt ładnie wydane.
Szkoda, że z wielu opinii o "Jeszcze nie umarłem", większość znajomych tylko dostrzegło problemy alkoholowe i flirty. No cóż... każdy wyczytuje to, co chce, albo o czym podpowiedzieli inni.
Niedawno zmarł dziennikarz Robert Sankowski. Pamiętam faceta z "Tylko Rock"-a. Nie był moim guru, ale pióro dobre, a osobowość ciekawa. Później pisywał do tygodników i prasy codziennej, ale ja takowej nie czytam. Nigdy nie czytałem. Bardzo smutno, gdy odchodzi przed czasem ktoś tak ceniony i wciąż jeszcze na śmierć za młody. Najbardziej obrzydliwie zachowała się na Facebooku grupa One Million Bulgarians. Nie chcę nawet cytować tego, co napisali. Dostali lawinę odwetu, i dobrze. Bo o zmarłych tylko dobrze, albo wcale. Nie wolno błotem obrzucać, jeśli odpór niemożliwy. Później przejrzałem zespołowy profil. Ohydny. Dobrze, że nigdy nie lubiłem ich muzyki, bo teraz głupio byłoby na siłę zaprzestać słuchania. Smutne, że zespół powołuje się na najwyższe wartości, w tym patriotyczne, a tyle w nim złych emocji, a często zwyczajnej nienawiści. Szczególnie też w niczym niepopartych zarzutów względem Jerzego Owsiaka, który na szczęście ma w nosie jakiś tam niespełniony słaby zespolik. Nie zaprasza na Woodstock, co tli się niekończącą złością.
W ogóle obserwuję wiele złych zjawisk i paskudnych ludzkich zachowań. Już nawet nie rozpisuję się o nich na blogu, bowiem ludzie przyzwoici i tak swoje wiedzą, przez co nawet nie potrzebują skomentować, a ryj wydrze zawsze jakaś prymitywna szumowina, która lubi pouczać i pogrozić. Choć ja się nie boję.
Audycję na niedzielę mam przygotowaną, a teraz, gdy sobie tak z Szanownym Państwem gaworzę, słucham Phila Collinsa z płyty "Both Sides". O niej też sporo w wiadomej książce. Polecam poczytać. Kto do tej pory się na "Both Sides" poślizgnął, być może po tej lekturze przygarnie do serca.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





czwartek, 10 sierpnia 2017

ALICE COOPER - "Paranormal" - (2017) -








ALICE COOPER
"Paranormal"

(EAR MUSIC)
*****




Po okładce wiedziałem, że będzie nieźle. Spójrzmy na nią; dwugłowy Alice, symbolizujący dwulicowość. Z jednej strony budzący przerażenie, z drugiej rysujący typową dla niego cudaczność.
Jak to dobrze, że Alicja nagrał taką płytę. Prostą, bezkompromisową, niekonceptualną, rytmiczną, melodyjną, i co najistotniejsze: korzennie rockową. Oczywiście, jak zawsze z pewną dozą teatralno-musicalową, przy czym "Paranormal" słucha się bez napięcia. Bardziej dla "tego" śpiewu, dla chwytliwych kompozycji, zamiast wiążących tekstów, które niejednokrotnie przysłaniają obraz samej muzyki. Znowu łatwiej dostrzec jego wielobarwne głosowe możliwości. Vincent Furnier w jednej skórze potrafi być człowiekiem, zwierzęciem, a także instrumentem.
Ponownie za sterami konsolety zasiadł jego nadworny magik-realizator Bob Ezrin (choć dla Kiss i Pink Floyd przecie to postać tej samej miary), a do line-up'u powrócili dawni kompanii Coopera: perkusista Neal Smith, basista Dennis Dunaway oraz gitarzyści Michael Bruce i Steve Hunter. Lecz nie tylko oni, bo i nie zabrakło również szacownych gości, jak perkusista U2 - Larry Mullen Jr., basista Deep Purple - Roger Glover czy gitarzysta ZZ Top - Billy F. Gibbons. Goście, jak to goście, jedynie okazjonalnie, choć zauważalnie. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku bestsellerowych i genialnych albumów "Trash" czy "Hey Stoopid". Nie można przy tym nie docenić etatowych gitarzystów bandu Coopera lat ostatnich, tj: Tommy'ego Denandera oraz Tommy'ego Henriksena, którzy zarówno teraz, jak i u niedawnych Hollywood Vampires, wykonali kawał solidnej roboty.
Bywa tu o diable, o aniele śmierci, o zagładzie świata, a w otwierającym tytułowym "Paranormal" (z basem wspomnianego Glovera i bębnami Mullena) rzecz się ma o miłości zza grobu. Fantastyczny kawałek. Hit, że słuchajcie narody! Modły ślę, by mi się przypadkiem nigdy nie znudził. Odmienny od "Poison", "Hey Stoopid", "School's Out" czy "Billion Dollar Babies", ale równie powalający. Muszę go sobie każdego dnia dobrych kilka razy posłuchać.
Po bombowym albumowym otwarciu, na drugi rzut idzie mocno Hendrix'owski "Dead Flies" - nawiązujący do "Fire" oraz "Crosstown Traffic". Dwie minuty i dwadzieścia dwie sekundy, które aż chciałoby się rozciągnąć do nieskończoności. Płyta gra i nie zwalnia tempa, i nie zwolni po swój nieco ponad półgodzinny kres, bo oto kolejna rytmiczna moc w "Fireball" (tytułowa zbieżność z Purple'owskim klasykiem przypadkowa?), a tuż po nim "Paranoiac Personality" - o obłędzie faceta, który wyczuwa wieczne niebezpieczeństwo. Cooper to tak zaśpiewał, jak by to tyczyło jego samego. Sztuką być przekonującym autentykiem, o co Cooper się nigdy nie musiał zamartwiać. Nawet w chudej dla niego - do czasów roku 1989 - dekadzie 80's, w której mało kto wierzył, że za chwilę powróci w tak wielkim stylu.
Jakieś zaskoczenia? A czy całościowo świetna płyta - w czasach obecnych, to coś powszedniego? Dla mnie to już jedno wielkie coś. Nie muszę się kłaniać i słaniać przed kolejnym średnim debiutem jakiegoś alternatywnego wymoczka, tylko dlatego, że czynią to wszystkie rockowe magazyny świata, a po prostu nastawiam nowe kawałki poczciwego staruszka, i jest cudownie. Choć może jednak pewnym, nie novum, ale na pewno niecodziennością, widnieje rapowanie Coopera w "Dynamite Road". Czyżby przypomniał mu się nie tak dawny epizod u boku Xzibita? Afe. Na szczęście tego kawałka słucha się całkiem fajnie. Tak samo, jak dęciaków w podszytym wodewilową aurą "Holy Water".
Można by jeszcze dużo dobrego napisać o rozpędzonym "Fallen In Love", rock'n'rollowym "Rats", bądź hipnotyzującym "The Sound Of A", ale najlepiej ich po prostu posłuchać.
Na tym nie koniec, ciąg dalszy następuje na drugim dysku, na którym co prawda dominują nagrania koncertowe ( z maja 2016 r.) obecnego składu, choć nie tylko. Z dużą pasją obecny team wziął się za 6 klasyków, w tym m.in: "No More Mr. Nice Guy", "Feed My Frankenstein" czy "Billion Dollar Babies", czyniąc zarazem przyjemny do kompaktów dodatek, choć nas na chwilę obecną chyba najbardziej interesują nagrania premierowe. Czyli dwa z brzegu zgarnięte. Zabawnie przedstawia się "Genuine American Girl". Tutaj Alice czyni za piękność, niczym jakaś lalunia, która musi o siebie przesadnie zadbać. O ile on sam mógłby sobie akurat na to pozwolić, jak nikt inny, o tyle niezła w tym rozbrzmiewa kpina z porozsiewanych (szczególnie ostatnimi czasy) mocno naciągniętych wizerunków, którym poza maskami, nie towarzyszy żadna wielka sztuka. Piosenka, choć szorstka, troszkę nawiązuje do estetyki Beach Boys, jak też do słodkich melodii lat pięćdziesiątych.
Kolejny premierowy i studyjny numer "You And All Of Your Friends", to niespełna trzy minuty przemiłego rock'n'roll/hard rockowego grania, aż upraszające się o koncertowe deski. 
Brawo Alice, po raz kolejny udowodniłeś, że nie jesteś skostniałym zgredem. Paraliż kompozytorski to coś, co Ciebie omija. Inni muszą w ośrodkach odnowy biologicznej masować dłonie, by należycie rozpisywać nuty, a nad Alicją czuwa wieczysty dobry duch Stevena.


 


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




środa, 9 sierpnia 2017

nie żyje GLEN CAMPBELL (22.IV.1936 - 8.VIII.2017)

Nie byłem z Glenem Campbellem mocno zżyty, ale doceniam jego wielkość. Był prawdziwym Artystą. Był, bo właśnie się dowiedziałem, że zmarł.
Mam w chałupie jego jedną płytę. Kto wie, czy nie najlepszą. Zdecydowanej większości nie znam, lecz o "Highwayman" mawia się jedynie dobrze, a nawet jeszcze lepiej.
Glen Campbell był istną alfą i omegą. Nie tylko muzykiem w studio i na scenie, ale też występował w produkcjach filmowych. Przy tym zgarnął więcej nagród, niż w nas palców u kończyn. Amerykanie go uwielbiali, a podziwiał cały świat.
Płytę "Highwayman" prezentowałem w lutym 2014 roku - z winylu. Popłynęły trzy piosenki: tytułowe "Highwayman", "Love Song" oraz "My Prayer". Tytułowa stała się jeszcze większym przebojem, gdy sześć lat później wzięli ją w objęcia czterej inni country'owi giganci: Waylon Jennings, Willie Nelson, Johnny Cash oraz Kris Kristofferson. Zresztą, cała czwórka przyjęła zawadiacką nazwę "Highwayman", która idealnie pasowała do ich wspólnego wizerunku, na który każdy z muzyków solidnie zapracował w bujnej karierze. Przepiękny kawałek, bez względu na to, kto go wykonywał, ale Campbell miał do niego największe prawa, pomimo iż skomponował go dwa lata wcześniej jego dobry kumpel, a uznany kompozytor Jimmy Webb. Takie to trochę zagmatwane czary mary, ale kto z nas nie lubi zawiłych historii. A co do wspomnianych piosenek: "Love Song" oraz "My Prayer", no cóż... to arcypiękne ballady, i choć z krainy country, w żaden sposób nie osiodłane przez typowe prerie.
Jestem przekonany, że gdyby większość moich rodaków wyzbyło się uprzedzeń do tego niesłuszne wzgardzanego nurtu, to pokochałoby te pieśni wcale nie mniej, co takich amatorów balladowych petard, jak: Joe Cocker, Chris Rea, Neil Young, itp. mistrzów słowa śpiewanego. Niestety ludzie myślą, że country, to tylko wczesny Kenny Rogers. Oooo, i tutaj też warto na chwilę przykucnąć, bowiem Kenny w latach 80-tych nagrywał takie płyty, że trampki rozsznurowane. Tylko trzeba ich z sercem posłuchać. Zdziwić się można, na jaki grunt Kenny przerzucił tę odmianę sztuki. Z Glenem Campbellem też tak bywało, o czym wiem z wielu pojedynczych nagrań, choć mnóstwo jego albumów wciąż czeka na me uszy. A raczej odwrotnie.
Muzyk w ostatnich kilku latach walczył z chorobą Alzheimera, ostatecznie przegrywając bitwę we wtorek 8 sierpnia br. przeżywszy lat 81.
Gitarzysta Toto - Steve Lukatker, tak oto napisał na swoim facebookowym profilu: "We lost a legend and hero of mine yesterday. One of the all time greats + a gentle nice man! Glen Campbell RIP ...".
"Nawiedzone Studio" składa Glenowi wielkie ukłony.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")






wtorek, 8 sierpnia 2017

nad morzem

Wakacyjna podróż to jedna z największych atrakcji. Szkoda, że w tej powrotnej nie czułem się najlepiej. A może zgryzoty na myśl o końcu czegoś fajnego? W ogóle wszystko szybko przeleciało. Wiosny nie zauważyłem, a lata jeszcze ledwie tyci tyci. Później już tylko długie zimne tygodnie.
Uwielbiam nasz Bałtyk, zresztą innego nie znam. Jakoś tak się złożyło, że obieżyświatem nie zostałem. Z Żonką się nieco rozmarzyliśmy, więc kto wie, może w przyszłym roku gdzieś dalej... Jeśli zdrowie dopisze, a los znowu czegoś nie splata.
Odpocząłem od wszystkiego. Zapomniałem o komputerze, o muzyce, o Nawiedzonym Studio, o robocie, o polityce i ich twórcach... - zapomniałem o całym świecie. Liczył się piasek, wydmy, morze, tamtejszy wiatr, słońca zachód... Nawet chmury, których nie brakowało. To był ładny tydzień. Nieupalny, ale bardzo ciepły. Tylko z jednym krótkim deszczem.
Ludzi sporo, ale chyba mniej, niż przed rokiem. Szczególnie daje się to zauważyć na kampingach. Wolnych miejsc bierz wybieraj przebieraj.
Poza najbliższymi znajomymi nie spotkałem dodatkowo nikogo, kogo bym zapragnął. Nie liczę przy tym aktorskiej parki: Przemysława Sadowskiego i Agnieszki Warchulskiej, bo tych już miałem okazję przed laty. Wyjątkowo niesympatyczny tandem. Każdy, kto niegdyś odważył się zarzucić w ich kierunku miłym słówkiem już wie, że nie warto. Nikt więc nie zaczepia, co daje "mistrzom" gwarancję nierozpoznawalności. Choć w ostatnim dniu po plaży przed ślepiami przemknęły mi dwie wciąż młode damy. Rozbiły się nieopodal, a wówczas nad głową pojawił się dymek: znam. Jedną z nich znam. Bardzo długie nogi, jakby natura wyciągnęła je poza proporcjonalne ramy tułowia, ten charakterystyczny lekki przygarb, włosy upięte w kok, no i TA twarz. Oj tak, to była pewna dziewczyna z Jeżyc, którą ostatni raz widziałem jakieś dwadzieścia lat temu. Zaglądała okazjonalnie do mojej roboty, a gdy na ulicy stawała vis a vis, to już z daleka pierwsza słała ukłony. Wydawała się wówczas niezwykle przyjacielska. Aż chciało się w ramiona. I chyba mnie trochę lubiła, przynajmniej teraz po latach tak to właśnie odczuwam. Żałuję, że nie odważyłem się wczoraj słówkiem zaczepić. Być może z uwagi na obecność koleżanki nie chciałem im zakłócać wakacyjnego rytmu. A może skrywała się we mnie niepewność: ona, nie ona? Najgorzej, gdyby po latach nie poznała.
Muzyki nie ma w ogóle. Takiej przez duże "M". Dookoła straszy ogólne bezguście i zobojętnienie. Koneserzy sztuki prawdopodobnie szukają natchnienia z dala od plebsu usłanego na morskim piachu. Ja też niestety się do niego zaliczam. Lubię morski piach, ponad wszystkie najpiękniejsze góry, za którymi jakoś nigdy nie przepadałem. Ale wracając do muzyki... Zapanowała moda na disco polo, albo nowszą odmianę: dance polo. Czegoś tak strasznego jeszcze dotąd nie grywano. Człowiek nawet zaczyna tęsknić za dance'owymi straszydełkami lat 90-tych, w rodzaju Mr.President, Ace Of Base lub Haddaway'em. A przecież już wówczas myślałem, że gorzej się nie da. Do pewnego momentu sprawa wydaje się nawet zabawna, jednak trzeciego/czwartego dnia wkrada się irytacja. Wiem, że to niby granko dla zabawy, ale dlaczego jest aż tak źle? Jezu, jak to dobrze, że pochodzę z epoki "I Like Chopin", "Sunshine Reggae", "Tarzan Boy" lub "Comanchero". Ileż uroku niosły te piosenki, teraz to widzę. Tych dance-polowych słyszy się - bo przecież nie słucha !!! - z obrzydzeniem. Grafomańskie, wręcz prostackie teksty, rąbanina pod jeden rytm, a wokaliści śpiewają z urokiem ośrodkowego świetlicowego, który po całej zadymie zgarnia miotłą butle i puszki na jedną wielką kupę. Zresztą owe dwa ostatnie słowa zakończonego zdania zdają się wymownie charakteryzować poziom trendu w polysz densie. Nie można bez stresu skonsumować flądry, by dodatkiem do otrzymanej porcji nie był napierdal z głośników w rodzaju: "...kamień z napisem love..." (podobno Enej - Boże, co za gówno!), albo jakieś "zielone oczy" lub "majteczki w kropeczki". No jakim trzeba być słabiakiem, by o czymś tak trywialnym komponować. Lecz gdyby nie ich późniejsi odbiorcy, którzy się tego typu pierdami upajają, to... Niepojęte. Tylko w pewnej mieścince, w jednej ze smażalni ryb, usłyszałem "Imagine" Johna Lennona. Co zabrzmiało jak oaza w sercu pustyni.
Ku memu zaskoczeniu da się w niektórych punktach z prasą nabyć "Teraz Rock". Co prawda wszędzie leżakuje po jednym egzemplarzu, bo i na cóż więcej. W jednym z nich natomiast wykażą się wyczynem sprzedaży. To tam, gdzie dotarłem.
Widziałem jednego faceta w koszulce Led Zeppelin - mojego kolegę. Drugim byłbym ja, gdyby tylko takową wyprodukowano.
Nie będę Szanownych Państwa dłużej zamęczać. Też nie mam ochoty tematu ciągnąć. Reszta w obrazkach...

W dniu wyjazdu było pięknie. Niedobra pogoda na pożegnanie.
Nuda na plaży robi swoje. Zawsze się bawię kamieniami, patykami, piaskiem. Żonka powiada, że ze mnie dzieciak. I fajnie, dobrze mi z tym.
wydmy
Piasek - za nim najbardziej tęsknię.
Z Mundasem (vide moja Szanowna małżonka) grywaliśmy w "tysiaka" w kości...
... nie ma to jak wygrać przyjemnymi trzema szóstkami.

Nawet na zaludnionej plaży może być taki widok.
Już nie ma dzikich plaż....niosą słowa piosenki. Gdzieniegdzie chyba jeszcze są.
Bezludzie. Uwielbiam.
Natura maluje.
Za plecami ludzie, ale przed, już tylko bezkres.
Podczas gdy wcinałem trzysmakowego loda kociak młodziak popijał wodą wcześniej skonsumowane resztki żarła, które ludziom z tacek pospadały.
słodziak
Wydm ciąg dalszy.
Morze wyrzuca.

Prawdziwe malowidła.
Hit obecnych wakacji.
Cassatte'om ustępują pod każdym względem, ale nawet całkiem całkiem.
Kolegi sprzęt i płyty.
Na piasku, w półnamiocie, TAKA muzyka.
King Crimson z Epki "Heroes". My z kolegą to prawdziwi Heroes, szczególnie z takim graniem w środku upalnego dnia.
Siena Root. Ktoś zna? Skandynawskie młodziaki grające retro rocka. Z Hammondami. Dobre.
Moje zdjęcie nr 1.
Trzeba mieć dużo szczęścia na uchwycenie czegoś tak niesamowitego. Ja miałem.
Chwilę później tyle z tego zostało.
I jeszcze taki przesmyk.
Bywało, że morze przypominało jezioro.
Dla mnie to kwintesencja nadmorskiej wyprawy.
Im puściej, tym piękniej.
Z Żonką sobie dogadzaliśmy.
Opuszczone miejsca.
Pamiętam, gdy jeszcze tutaj tętniło życie.
ach...
W drodze do celu.
PinkFloyd'owsko, prawda?
Kaczki nad jeziorem w Czaplinku.
Jezioro w Czaplinku zapiera dech.
Kaczki leniuchy - też z Czaplinka.
Nad jeziora brzegiem.
Jeszcze raz Czaplinek.
No i najładniejsza perspektywa jeziora.
Gdzieś nieopodal Wałcza.




Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")