poniedziałek, 26 czerwca 2017

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 25 czerwca 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań






"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 25 czerwca 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski






GREAT WHITE - "30 Years - Live From The Sunset Strip" - (2013) -
- House Of Broken Love

JACK RUSSELL'S GREAT WHITE - "He Saw It Comin' " - (2017) -
- She Moves Me 

GREAT WHITE - "Once Bitten" - (1987) -
- Lady Red Light

INGLORIOUS - "II" - (2017) -
- I Don't Need Your Loving

THE NIGHT FLIGHT ORCHESTRA - "Amber Galactic" - (2017) -
- Midnight Flyer
- Star Of Rio
- Just Another Night - {Mick Jagger cover}

CIGARETTES AFTER SEX - "Affection" - (2015) - 
- Keep On Loving You - {Reo Speedwagon cover}

REO SPEEDWAGON - "Hi Infidelity" - (1980) -
- Keep On Loving You
- Follow My Heart
- Take It On The Run

WARRANT - "Louder Harder Faster" - (2017) -
- I Think I'll Just Stay Here And Drink - {Merle Haggard cover}

SNAKECHARMER - "Second Skin" - (2017) -
- Follow Me Under

GREAT WHITE - "Great Zeppelin - A Tribute To Led Zeppelin" - (1998) -
The Galaxy Concert Theatre, Santa Ana, California, XII 1996
- Thank You
- D'yer Maker

STYX - "The Mission" - (2017) -
- Locomotive
- Radio Silence
- The Greater Good

GOWAN - "Great Dirty World" - (1987) -
- Moonlight Desires - {gościnnie JON ANDERSON}

STARCLUSTER and MARC ALMOND - "Silver City Ride" - (2016) -
- Silver City Ride
- Pixelated
- Avatar
- Get Closer - {Valerie Dore cover}

VALERIE DORE - "The Night" - (1998) - MAXI CD
- The Night (original mix) - z 1984 r.

ALISON MOYET - "Other" - (2017) -
- The English U
- The Rarest Birds

CASINO - "Casino" - (1992) -
- Beyond That Door
a) A Matter Of Policy
b) Beyond That Door
c) Overheard In Passing #3 (Bouncers On The Door)

ZED - "Zed" - (1981) -
- Casino
- No Prisoners

POCO - "Blue And Gray" - (1981) -
- Glorybound
- Blue And Gray
- Please Wait For Me
- Widowmaker
- Here Comes That Girl Again

LINDA RONSTADT - "Greatest Hits" - (1976) -
- Desperado - {Eagles cover} - {1973 - z albumu "Don't Cry Now"}
- Different Drum - {1974 - z albumu "Different Drum"}


===================================
===================================



"NOCNIK"

pierwsze trzy nagrania nocnego pasma z kompaktów Tomka Ziółkowskiego....


DON HENLEY - "Actual Miles - Henley's Greatest Hits" - (1995) -
- The Boys Of Summer - {oryginalnie na LP "Building The Perfect Beast", 1984}

MARILLION - "The Best Of Both Worlds" - (1997) -
- Lavender - {oryginalnie na LP "Misplaced Childhood", 1985}

U2 - "The Joshua Tree" - 30th Anniversary Edition - (1987 / reedycja 2017) -
CD 2 - The Joshua Tree Live At MSG
- Where The Streets Have No Name



===================================
===================================


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






sobota, 24 czerwca 2017

po Dniu Ojca...

Dla naszych rodziców zawsze będziemy dziećmi. Wczoraj w Dniu Ojca też się o tym przekonałem. Tego jednego dnia znalazłem się w podwójnej roli. Choć w roli dziecka - z pewną nieśmiałością. Było składanie życzeń, była kawa ze śmietanką (bo tylko taką pijam), nie zabrakło tortu i jeszcze innych słodkich pokus. Dzisiaj z tego powodu troszkę cierpię, ale co tam.
Nie wiem, od kogo moi Rodzice dowiedzieli się o problemie popsutych słuchawek, a może to ja sam narobiłem tyle zamieszania? Broniłem się, ale wcisnęli mi w dłoń kilka niezłych stówek na zakup nowych. Oniemiałem. To ja do Taty ze skromnymi życzeniami, a On z Mamą wyjeżdżają z czymś takim. Wszystkim życzę takich rodziców. I nie o forsę tu przecież idzie.
Na tym nie koniec, Syn Tomek podarował mi kompakt Cigarettes After Sex. Nie wiedział, że już mam. Nie słucha Nawiedzonego Studia, nie zagląda na bloga, i tak to jest. Kochany młodziak. Hmmm... i teraz mam dwa egzemplarze. W takim układzie prezent zostaje ze mną, a egzemplarz dotychczasowy opuszcza dom.
Musiałem się tym z Państwem Szanownym podzielić, bo to takie miłe akcenty. Poza tym, poczułem się wyróżniony.
Słucham nowej Alison Moyet "Other". Nie jest tak piękna, jak poprzednia "The Minutes", ale po kilku dniach troszkę zyskuje.
Napisałem prośbę do Great White o promo nowej płyty. Przyślą. Dostałem propozycję od menadżerki przeprowadzenia za pośrednictwem skype'a wywiadu z gitarzystą, a zarazem szefem grupy, Markiem Kendallem. Serce z wrażenia aż mi do gardła podskoczyło. Jezu, ale propozycja! Tylko czy ja potrafię? O czym to się gada z takimi asiorami? Słucham ich od trzech dekad, uwielbiam, kocham, ale żeby tak twarzą w twarz... Jeśli nie pęknę i podszkolę angielski (a raczej amerykański), to może za kilka dni....
Przygotuję na niedzielę wieczór dużo świetnej muzyki. A zatem, do usłyszenia...






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



czwartek, 22 czerwca 2017

naginacz ze mnie

No to mamy lato. Nawet się nie spostrzegłem jak ta wiosna przeleciała. Była zdecydowanie zbyt krótka. Tym bardziej, że jej pierwszy miesiąc stał pod znakiem chłodu i braku słońca.
Troszkę przeraża ten uciekający (bo "upływający" brzmi nazbyt łagodnie) czas. Miesiąc goni miesiąc, pory roku wzajemnie się prześcigają... A ja już w październiku 52 lata, choć dopiero było 25. Szybko te cyferki dokonały roszady. Pamiętam jak inżynier Stefan Karwowski, przy podobnej okazji, wpadł w refleksyjny ton, zastanawiając się, ile mu jeszcze pozostało sopockich festiwali, a ile mundiali... Ja też tak czasem kalkuluję. Może załapię się jeszcze na jakąś jedną płytę Rogera Watersa, skoro muzyk zechce ją zrealizować w okolicach 2042 roku. Wszak pomiędzy najnowszą "Is This The Life We Really Want?" a "Amused To Death" zarysowała się właśnie ćwierćwieczna przerwa. Nie licząc powtykanych gdzieniegdzie pojedynczych ekstra kwiatków.
Kilka dni temu pojechałem do roboty autobusem inną linią, niż zazwyczaj, i przekroczyłem na dziesięciominutowym bilecie czas o trzy minuty. I proszę sobie wyobrazić, że bez problemu dostrzegłem wsiadających kanarów (mam na nich nosa), więc zero paniki, ponieważ byłem przekonany, że nadal się mieszczę w czasie. A tu pada: "przekroczył pan czas o trzy minuty". Zdębiałem. On zresztą też - jak by to rzekł docent Furman. Ja na drzewo, on za mną, ja z drzewa, on za mną, więc ja do wody, no a muszę powiedzieć, że było minus dwadzieścia stopni, więc ja z tej wody wyskoczyłem jak poparzony...." - przypomina mi się ciąg dalszy wywodu Zenobiusza Furmana względem panny Ewy. Kanar jednak grzecznie, choć niechętnie oddał bilet - odpuścił mi znaczy, lecz.... autobus wciąż nie docierał do przystanku... przez co po upływie kolejnej minuty kanarzysko powróciło i poinformowało, że on jednak musi wypisać pół mandatu (70 zł) za przekroczenie czasu do pięciu minut. Chyba mam coś w sobie, bo na zarzucone z mej strony: "niech mi pan tego nie robi", facet odpuścił. Obaj kontrolerzy wysiedli ze mną na najbliższym przystanku, dzięki temu nawet pogadaliśmy o ich ciężkiej, szczególnie w upale, robocie, po czym obaj udali się do spożywczaka - zapewne po płyny uzupełniające. Na odchodne zarzuciłem "wielu łapiecie?", na co bez namysłu odezwał się ten drugi: "tylu, ilu trzeba". No tak, głupie pytanie. A więc dobra passa trwa - zero mandatów. Jeszcze nigdy przenigdy. Choć moja Żonka już miała za przekroczenie na liczniku, a było to w takiej mieścince Resko. To takie "sympatyczne" zadupie na trzeciorzędnej drodze odśnieżania ku morzu.
Jako knajder, podczas pobytu na któryś wakacjach u boku rodziców, pewnego razu dostrzegłem po drugiej stronie ulicy w kiosku jakiś interesujący mnie model samochodziku lub żołnierzyka, więc szpula do okienka, a tu przeraźliwy sędziowski gwizdek i przywołujący mnie wskazującym uginający się palec sprawiedliwości. Pan mundurowy dupskiem usadowiony na Gazeli zdejmuje hełm i prosi o legitkę, celem spisania i wlepienia mandatu. No to Masłowski w ryk. Łzy polały się wartkim strumieniem po koszuli z napisem: "ja jestem king Bruce Lee karate mistrz", że aż się pan władza przestraszył. Na szczęście szybko ogień ugasił będący w pobliżu Tata, który po całym zajściu przekazał od pana mundurowego pouczenie, co niestety uznałem za otwartą furtkę do kolejnego naginania przepisów. Do dzisiaj lubię sobie przeskoczyć na czerwonym, bądź nagiąć dziesięciominutowy bilet (gdy nie mam doładowanej Peki) na trochę przed- lub po czasie.
Piosenka na dziś: Uwaga !!! bo będzie poza-albumowy smaczek. Cigarettes After Sex "Keep On Loving You". Tak tak, cover Reo Speedwagon. Nie do kupienia na fizycznym CD, a jedynie drogą strumieniową. "Gotycki" Krzysiek się szarpnął, wysupłał z sakwy dwa dolce, plus kilkadziesiąt cenciszów (ta końcówka to haracz manipulacyjny), i oto są dwa kawałki. Sprzed kilku lat, ale dla przecież bardzo nowe, ponieważ w ogóle do całkiem niedawna nie miałem pojęcia o tym jakże fajnym zespole.
Chciałem się do tego dolca z nagórką dorzucić, ale Krzysiek, że nie i nie, więc stanęło, że następny tego typu cyfrowy mus, fundnę ja. Puszczę Szanownym Państwu w niedzielę - że tak to nieradiowo ujmę. Bo puścić to można bąka, a piosenkę zagrać, zaprezentować, zapodać, nastawić, wyemitować.... Tak samo, jak ceny nie da się upuścić, a opuścić. Zatem winno być "opust", nie "upust". Ceny opuszczamy, nie upuszczamy. Ale tym niech się martwią sprzedawcy galerii, którym każdego stycznia przychodzi to skomplikowane słowo i tak zastępować wyprzedażowym, i jakże powszechnie zrozumiałym: "sale".






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





środa, 21 czerwca 2017

ROGER WATERS - "Is This The Life We Really Want?" - (2017) -











ROGER WATERS
"Is This The Life We Really Want?"
(COLUMBIA)
***1/2





Ostatnich dwadzieścia pięć twórczych lat Watersa nie należało do szczególnie płodnych. Po genialnym "Amused To Death" więcej bywało oczekiwań, niż ich spełnień. Chyba, że na poczet wielkich osiągnięć należy zaliczyć dosłownie kilka premierowych kompozycji, jak też skok w bok z hołdującą rewolucję francuską operą "Ca Ira", plus bezkres koncertowych wykonań "The Wall". Prawdę mówiąc, już dawno temu niemal całkowicie straciłem nadzieję na pełnowymiarowy premierowy album. Nawet po pojawieniu się kilka miesięcy temu informacji o jego zaangażowanych, wręcz końcowych sesjach, ciągle byłem przekonany, że te potrwają jeszcze kolejnych wiele lat. A tu proszę...
Roger Waters daje o sobie znać takim, jakiego go znamy i jakiego cenimy. Lecz już na wstępie przyznam, że "Is This The Life We Really Want?" nie jest moim szczytem marzeń. Choć to przecież bardzo PinkFloydowska płyta. Kto wie, gdyby muzyk nadal tworzył pod banderą tamtej zasłużonej formacji, najprawdopodobniej właśnie takie oblicze, by ona dzisiaj nosiła. Z niewielkim wkładem panów Davida Gilmoura i Nicka Masona, którym pozostałoby przyozdobienie całości niewielkimi wtrętami. I właśnie tych ewentualnych Gilmour'owskich zagrywek bardzo brakuje. W ogóle gitary nie odgrywają tutaj znaczących ról. To zapewne także producencka zasługa Nigela Godricha (tego od Radiohead). Bywają one jedynie narracyjne, i nawet zdolny Jonathan Wilson, którego album "Fanfare" z 2013 roku bardzo mi się podobał, nie zagrał niczego zapadającego na dłużej.
Dla bezgranicznych fanów Artysty płyta ta, i tak z urzędu wejdzie na poziom najwyższy. Ja jednak tęsknie za melodyką spod choćby już wspomnianych skrzydełek "Amused To Death", a i z łezką w oku wspominam możliwości kompozytorskie Watersa, gdy ten potrząsał machiną Pink Floyd.
Nigel Godrich okazał się minimalistą, tak kierując Watersem, by ten wyrażał się bez zbędnych fanfar i staroświeckich naleciałości. Chyba pod tym względem wszystko się udało. "Is This The Life We Really Want?" ma wielką szansę przemówić także do młodszego odbiorcy, który zamiast rozwlekłych solówek gitarowych wybierze smyczki, orkiestracje, efekty. A niektóre z nich nawet pobudzą skojarzenia z płytami "The Wall" lub "The Final Cut", a także "Dark Side Of The Moon" - vide albumowy wstępniak "When We Were Young" - z tykającym zegarem, głosami kilku ludzi... - brakuje pod koniec tylko przeraźliwego krzyku jednego z nich.
Na grubo przed premierą "Is This..." przeczytałem, że możemy spodziewać się zapożyczeń i nawiązań nie tylko z "The Wall", ale też "Animals". Zapewne tak, jednak dla Watersa byłoby to zbyt proste. On zawsze robi kolejny krok, wyrażając się aktualnie nie tylko w warstwie lirycznej, choć do niej przywiązuje znaczenie nadrzędne. Jeśli na moment odstawimy kompozycje sfery damsko-męskich uczuć, to Waters trafnie dostrzega zmiany zachodzące we współczesnym świecie. Tym samym, jako artysta zbuntowany, często złośliwy i zgorzkniały, jak zawsze ciętym językiem rysuje kolejne spostrzeżenia. Na "Amused To Death" podkreślił rolę mediów w otaczającym nas świecie. Co potrafią, jaki mają na nas wpływ, z jaką lekkością nami manipulują... To one stanowią za główną siłą w budowaniu ludzkich światopoglądów. Na najnowszej płycie otrzymujemy w pewnym sensie tego rozwinięcie. Waters ostrzega przed oszołomstwem, uderzając bez pardonu w ludzi pokroju Donalda Trumpa, sugerując problem na szerszą jego skalę. My także przecież mielibyśmy tutaj sporo do powiedzenia. Nie brak też aluzji do działań wojennych, jak też konkretnych odniesień, choćby do martwego dziecka, którego ciało przed dwoma laty wyrzuciło Morze Śródziemne ("The Last Refugee"), a którego zdjęcie obiegło cały świat. W najpiękniejszym i najbardziej muzycznie poruszającym "Picture That", Waters idzie dalej: "...stopy przybite do podłogi, a w samolocie załoga składająca się z szaleńców...". Gdzieś po chwili: "wyobraź sobie własne dziecko, które trzyma palec na spuście...". W tytułowym "Is This The Life We Really Want?" (z wykorzystanym na wstępie głosem Trumpa) padają kolejne mocne słowa: "...strach jest siłą napędową współczesnego świata, strach trzyma nas na smyczy, strach przed ludźmi innych wyznań, innych narodowości, strach, że coś nam zrobią...". Maestro mówi czytelnym językiem, że wytresowano w nas obawy, pobudzono fobie i nietolerancje. "Czy naprawdę pragniemy tak żyć?" - należy odwołać się do albumowego tytułowego zapytania. Wiele mocnych słów, nad którymi czuwa równie niewesoła muzyka. Często posępna i napędzająca ciemne chmury. Można na swój sposób zrozumieć, iż producent, plus główny tego wydarzenia winowajca, nie chcieli "ładnej" muzyczki. Takiej na poklask stadionowych scen, nawet jeśli w konsekwencji paradoksalnie o takowe ta będzie zahaczać.
Trudno wyróżnić tu jakieś pojedyncze fragmenty, zaznaczające swą wyjątkowość, skoro to nierozerwalna 12-utworowa całość. Najwięcej pięknej muzyki dostrzegłem za sprawą "Picture That", lecz nie umniejszam walorów całej singlowej trójcy, tj: "The Last Refugee", "Deja Vu" oraz "Smell The Roses". Do nich dorzucę jeszcze miłosne wyznanie w "The Most Beautiful Girl", plus niepozostający obojętnym finałowy tryptyk, złożony z "Wait For Her", króciutkiego "Oceans Apart" oraz "Part Of Me Died". Ze szczególnym naciskiem na ten pierwszy fragment, w którym Waters powołuje się na inspirację palestyńskim i broniącym praw Palestyńczyków poetą - Mahmoudem Darwishem.
Dłuższe obcowanie z tą płytą być może pozwoli w niedalekiej przyszłości dostrzec nie tylko tekstową mocną stronę.
"Is This The Life We Really Want?" jawi się trochę, niczym wóz przed koniem - teksty mocniejsze od muzyki. Jest udanie, choć z dala od obowiązujących do tej pory euforii.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 19 czerwca 2017

trzy szóstki

Porusz stołem, a nożyce się odezwą - można by rzec. Moje wspominki koncertowe dały podwaliny pod kaskadę pomysłów - z Państwa Szanownych strony. Bardzo się cieszę, ale tak na żądanie - nie da rady. Na żądanie to tylko przystanki autobusowe. I to aż dwa na mojej codziennej drodze do roboty. O czym szczególnie z uporem maniaka przypomina ten cholerny komunikacyjny lektor, którego szczerze nie cierpię. Wielkie dzięki dla kierowców pojazdów, którzy reagują na niego podobnie, maksymalnie delikwenta przyciszając. Wracając jednak do tematu.... lato to chyba niezły czas na przypominanie ważnych koncertów, wszak większość z nich, w sensie dużych plenerowych, odbywa się właśnie na przełomie wiosny i lata. Wczoraj Słuchacz Przemek napomknął o poznańskim Eltonie Johnie (oł dżizes, to już dwadzieścia dwa lata), a mój szanowny realizator Tomek dołożył hasło Bon Jovi (przed czterema laty) w Gdańsku. Na podstawie tylko tych wydarzeń widać, jaki ten czas niemiłosierny.
Z Eltona Johna najbardziej pamiętam początek przedstawienia, ale może notatki rozsuną firankowe story pamięci. Koncert zaplanowany na godzinę 20.00 rozpoczął się o 19.59. Nie zdążyłem jeszcze obejść korony i zejść pod zegarem na boiskową płytę, a tu już Maestro z całym teamem dali po instrumentach. Hmmmm, tylko proszę nie pytać o pierwszy utwór. I don't remember, jestem już starszym panem, który w tym celu musi wieczorem odwiedzić domowy biletowy klaser. Ale sprawdzę, i dam znać. To była trasa "Made in England". Świetna płyta, więc i także dobry przyczynek ku udanemu koncertowemu repertuarowi. Ciekawostką niech będzie cena biletu - 35 zł, co przy ówczesnych cenach kompaktów (nowości ok.45 złotych/szt.) było daniną uczciwą i na każdą kieszeń. Dzisiaj organizatorzy zdzierają maksymalnie, a i artyści pragną wyjść na swoje, skoro ich płyty kiepsko schodzą.
Na trasie Poznań-Świecko, na jednym z przystanków autobusowych przez kilka lat nie zerwano plakatu reklamującego poznański show Eltona. Szkoda, że nie był to czas smartfonów, na pewno na dowód zapewnień ustrzeliłbym fotkę.
Wciąż miga mi przed oczyma Asia z mężem, jakże szczęśliwa po tamtym koncercie. Wówczas jeszcze zdrowa, pełna sił i cudownie uśmiechnięta. Nie wiedziała, że za niedługich kilkanaście lat tak wielu będzie ją opłakiwać. No, może poza mężulkiem, który szybko znalazł nową pocieszycielką i zmajstrował trzeci brzuszek na nową szczęśliwszą drogę życia.
To nie była pierwsza wizyta Eltona Johna w naszym kraju. Artysta dał już u nas kilka koncertów w połowie lat osiemdziesiątych, jednak żaden z nich nie zakotwiczył w Poznaniu. Na trasie stanęły Gdańsk, Katowice i Warszawa. Było to w czasach poprawnej płyty "Breaking Hearts", ale przecież chwilę wcześniej muzyk wydał "Too Low For Zero", a na niej świeciło "I'm Still Standing". Kapitalny numer. To ten z roztańczonym plażowym klipem i okazałymi paniami-szpileczkami. Musiał u nas także z impetem to zaśpiewać. Jego ostatnia ub. roczna "Wonderful Crazy Night" też przecież świetna, ale odnoszę wrażenie, że kompletnie przeszła bez echa. Przynajmniej u nas. Być może docenią ją niebawem uczestnicy lipcowego koncertu w sopockiej Operze Leśnej.
Z kulisów Nawiedzonego Studia wyjawię szanownym Państwu wczorajsze naprawdę nieumyślne trzy szóstki. Otóż... bo mam taki zwyczaj zapisywania numerków piosenek na karteczce. Dzięki temu realizator unika pomyłek i złych zasłyszeń. Bo stoi, jak byk napisane, że teraz gramy "szóstkę". Kawałek się kończy, realizator płyta odkłada na bok i lokuje następną, a na karteczce kreślę kolejną cyfrę lub liczbę. I wczoraj los tak chciał, że pod rząd zagrały trzy szóstki. Na co nie zwróciłbym uwagi, gdyby nie Tomek. "Zobacz Andrew, trzy razy zagrałeś szóstki". I tak: Bryan Ferry "Knockin' On Heaven's Door" - szósty na "Dylanesque", następna szóstka ze "Stranded" Roxy Music - mój ulubiony "A Song For Europe", no i na dobitkę Amanda Lear z szóstym "Blue Tango" - w zestawie "Amanda '98 - Follow Me Back In My Arms". Proszę dać wiarę, nie zaplanowałem tego. Ze mnie po prostu już taki diabeł. Jak też lewak, komunista i złodziej.
Muzyka na dziś: cała płyta Cigarettes After Sex "Cigarettes After Sex". Genialna! Kręci się już czwarty raz. Nie mogę się nasłuchać tego pełnowymiarowego debiutu Amerykanów. Choć ci przecież mają już na koncie płytkę o podobnym tytule - sprzed pięciu lat. Ale tamto wydawnictwo, to tylko cztero-utworowy mini album, nie mający zresztą pokrycia z tracklistą tego longa. Kurcze, ale doznałem szoku, gdy słuchałem go po raz pierwszy. Bo autentycznie nie wiedziałem, a pomyślałem, że śpiewa baba, tylko mi coś do niej nazwisko nie pasowało - Greg Gonzalez. A to dziad, jak z kuriera wycięty. I śpiewa obłędnie. Delikatnie, wrażliwie.... choć nieklimaciarze dokopią, że zniewieściale. Ale co tam nieklimaciarze, kogo oni obchodzą. Na drzewo, banany prostować. Po ślicznej shoegaze'owej płycie powrotnych Slowdive, mamy chyba do czynienia z płytą jeszcze piękniejszą. Ach... ale ten dwa tysiące siedemnasty zaskakujący. Niech trwa, nie zatrzymujmy rozbujanej machiny.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 18 czerwca 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań






"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 18 czerwca 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski






SNAKECHARMER - "Second Skin" - (2017) -
- Where Do We Go From Here
- Punching Above My Weight

STYX and REO SPEEDWAGON - "Arch Allies: Live At Riverport" - (2000) -
CD 1: STYX z koncertu z Riverport Amphitheatre w Maryland Heights, stan Missouri, hrabstwo St.Louis
- Lady

THE NIGHT FLIGHT ORCHESTRA - "Amber Galactic" - (2017) -
- Gemini - {z narracyjnymi wstawkami Kamili Kucharskiej}
- Space Whisperer
- Something Mysterious

RADIATION ROMEOS - "Radiation Romeos" - (2017) -
- Promised Land

HAREM SCAREM - "United" - (2017) -
- One Of Life's Mysteries

GENESIS - "Live - Katowice, PL - 21.06.07" - (2007) - 10-lecie koncertu w Chorzowie
- Duke's Intro (Behind The Lines)
- Turn It On Again
- No Son Of Mine

GENESIS - "Live Over Europe 2007" - (2007) -
- In The Cage
- Cinema Show
- Duke's Travels
- Afterglow
- Firth Of Fifth

BEACH HOUSE - "Bloom" - (2012) -
- Myth

CIGARETTES AFTER SEX - "Cigarettes After Sex" - (2017) -
- Sweet
- Each Time You Fall In Love

SLOWDIVE - "Slowdive" - (2017) -
- Slomo
- Sugar For The Pill

COCTEAU TWINS - "Milk & Kisses" - (1996) -
- Seekers Who Are Lovers

ANATHEMA - "The Optimist" - (2017) -
- The Optimist
- San Francisco

BJØRN RIIS - "Forever Comes To An End" - (2017) -
- Winter

ROXY MUSIC - "Live" - (2003) -
- Avalon
- Jealous Guy - {John Lennon cover}

BRYAN FERRY - "Let's Stick Together" - (1976) -
- Let's Stick Together - {Wilbert Harrison cover}

BRYAN FERRY - "Dylanesque" - (2007) -
- Knockin' On Heaven's Door - {Bob Dylan cover}

ROXY MUSIC - "Stranded" - (1973) -
- A Song For Europe

AMANDA LEAR - "Amanda '98 - Follow Me Back In My Arms" - (1998) -
- Blue Tango
- I'll Miss You (love version)

SLOWDIVE - "Just For A Day" - (1991) -
- Primal

GRANT-LEE PHILLIPS - "Little Moon" - (2009) -
- The Sun Shines On Jupiter


================================== 
==================================



"NOCNIK"

pierwsze trzy nagrania nocnego pasma z kompaktów Tomka Ziółkowskiego....


NIRVANA - "Nirvana" - (2002) -
- You Know You're Right

PENDRAGON - "Masquerade 20" - (2017) -
- Paintbox

BRACIA - "Zmienić Zdarzeń Bieg" - (2014) - Platynowa Edycja
- Po Drugiej Stronie Chmur





================================== 
==================================


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







niedziela, 18 czerwca 2017

10 lat po chorzowskim GENESIS...

Wspominanie koncertów to moja "chwilowa" specjalność. Ostatnio na nich co prawda bywam rzadziej, lecz niegdyś...
Aby wyprzedzić konkurencję pozwoliłem sobie już kilka dni temu wspomnieć za pośrednictwem Facebooka chorzowski (the cinema)show Genesis. Odbył się on 21 czerwca 2007 roku (a więc już za trzy dni dziesięć lat !!!) na ówczesnym Stadionie Narodowym. Od razu uspokoję, na Facebooku nie uchyliłem nawet jednego rąbka tajemnicy. Szkoda mi o czymkolwiek istotnym pisać w miejscu, w którym wiedza się dezaktualizuje po jednym dniu. Nie zostaje praktycznie najmniejszy ślad, albowiem każda wklejka zostaje przykryta kolejną i jeszcze kolejną... Wyszukiwanie wspomnień bywa w zasadzie niemożliwe. Blog natomiast gwarantuje łatwość dostępu za sprawą prostej wyszukiwarki. Poza tym, w tym oto miejscu mam prawdziwych czytelników i słuchaczy, natomiast na FB góra dziesięciu/dwudziestu. I oni, o czym jestem przekonany, także tutaj docierają. Reszta niech się goni. I jeszcze tak z innej, nieco złośliwszej beczki... lubię być pierwszy, więc jeśli do czegoś mam serce, nie pozwolę się wyprzedzić przez internetowych słabeuszy, którzy wcale nie będą za trzy dni z sercem wspominać chorzowskiego koncertu, a po prostu udostępniać jeden po drugim informację przekopiowaną ze strony jakiegoś "utytułowanego" czasopisma lub radiowej stacji. A ja do tamtego genialnego koncertu, niezapomnianego wieczoru, myślami powracam bardzo często, tak więc... Zajrzałem więc do klasera z pamiątkowymi biletami celem odszukania najbardziej mnie interesującego, i oto jest. Nie tylko bilet, ale i nieco słów zapisanych na gorąco zaraz po powrocie. A raczej po odespaniu.
Ponieważ nieco nabazgrałem, zadam sobie trud przepisania:
"Na koncert pojechałem z Sebastianem Kończakiem (Radio Eska). Bilety mieliśmy darmowe (4 sztuki na 2 osoby). Na miejscu tych dwóch nadwyżkowych nie udało się sprzedać, gdyż z racji ulewy i tak na chwilę przed koncertem wpuszczano za darmo. A dotarliśmy dosłownie na styk. Koncert miał się rozpocząć o 20.30, jednak ostatecznie rozpoczął się o 20.45. I gdyby nie to, to o mało byśmy nie zdążyli, pomimo iż z Poznania wyjechaliśmy w okolicach godz. 14-tej. Lało i grzmiało praktycznie przez całą podróż (czyli prawie 300 km). Lało i grzmiało także przez cały koncert, co zresztą świetnie komponowało się z muzyką i kapitalnymi efektami. Tuż po zakończeniu koncertu przestało lać. Ponad 40 tysięcy ludzi, koncert trwał ok. 2,5 godziny. Rewelacyjna forma muzyków. Phil Collins w kapitalnym humorze przywitał publiczność słowami "fucking deszcz" ".
Tyle, i tylko tyle zapisałem, a i tak po upływie dekady myślę, że wciąż sporo pamiętam. Nawet jeśli czas nie jest dobrym zwierzchnikiem pamięci.
W albumie z koncertowymi biletami znalazłem również CD-R z zapisanymi zdjęciami tamtego ulewnego wieczoru. Najprawdopodobniej otrzymałem tę wypałkę od pewnego Marka, wielkiego fana Genesis, lecz nigdzie tego faktu niestety nie odnotowałem. Na pewno od owego Marka posiadam przekopiowany podwójny CD z oryginalnego wydawnictwa "Live - Katowice, PL - 21.06.97" - wydanego przez themusic.com. Do dzisiaj plują sobie w brodę, że tego nie kupiłem, ale niestety w tamtym czasie przeżywałem finansową zapaść, przez to musiałem się obejść smakiem. Po upływie czasu, gdy postanowiłem nareszcie posiąść oryginalny egzemplarz, było już niestety po ptakach. Dzisiaj jestem gotów wyłożyć co należy, niestety nikt nie chce się tego skarbu pozbyć. Dlatego m.in. z tego powodu w dzisiejszym Nawiedzonym mały fragment polskiego koncertu tylko z owej kopii. Wiem wiem, to ujma dla Nawiedzonego Studia, lecz w tym odosobnionym przypadku siła wyższa. Gdy tylko za czas jakiś upoluję oryginalny CD, pochwalę się bezzwłocznie, a na dzisiaj musi wystarczyć hańbiąca mnie przegrywka.
Z kolegą Sebastianem, z którym byłem na kilku wspaniałych koncertach, i które to wypływały z jego inicjatywy, już dzisiaj nie utrzymuję kontaktów. Niestety, też tak bywa. Zachowuję jednak jego dobre serce w pamięci i nigdy nie zapomnę tego, co dla mnie zrobił. Nie tylko przeżyłem z Sebcią ten genialny genesisowski chorzowski deszczowy wieczór (jak i całą podróż), ale też nieco później, i dla przeciwwagi - upalny, lecz także chorzowski show The Police. I jeszcze kilka innych mniejszych kalibrem, ale też nawet piłkarskich meczów. Sebcia był ponadto jednym z moich pupilków/kolegów nieistniejącego od siedemnastu lat Radia Winogrady, a w konsekwencji nieodżałowanego Radia Fan. Być może jeszcze kiedyś nasze koleżeńskie drogi się przetną... kto wie....
Reasumując, 21 dzień czerwca 2007 roku, był jednym z najważniejszych i zarazem najpiękniejszych w mym grubo ponad pięćdziesięcioletnim życiu. Mam także nadzieję, że nie ostatnim. Szkoda, że w ostatnim czasie omijają mnie wielkie sceny. Sam się nie wybieram, bo samotność omijam, a niestety z dostępnych mi kolegów/znajomych nikt mi się na szyję nie rzuca. Taki świat, takie czasy, każdy już tylko myśli o sobie. Tylko mnie nie wolno o kimkolwiek zapomnieć. Dlatego tym bardziej doceniam bezinteresowność i dawną kumpelskość Sebci. Dzięki brachu.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





sobota, 17 czerwca 2017

facet z muszką

Znudziło mi się zbieranie płyt, noszę się z zamiarem wyprzedaży kilkutysięcznej kolekcji - usłyszałem od pewnego sporo młodszego człowieka. Bo mi przeszło, bo już mnie nie kręci... Jak to, i tak za jednym pociągnięciem spustu trzask prask? - zapytałem. Da się tak jednego dnia zerwać z wszystkim, co dotąd kochaliśmy? - zastanawiam się. Pamiętam, jak wiele wiele lat temu, pewnego dnia, gdy dopadła mnie niemoc, i też jakaś taka rezygnacja, coś podobnego oświadczyłem koledze/przyjacielowi. Dodam tylko, że przez moment naprawdę w to wierzyłem. Kolega szybko sprowadził na ziemię, rzekłszy coś w rodzaju: "No i co ty sobie wyobrażasz, że co, że za czas jakiś przyjdę do domu Maseła na wódkę, a w pokoju pustka - bez płyt, bez muzyki - nic, tylko niepokojąca cisza. Tam jakiś kwiatek, gdzie indziej na ścianie tandetna reprodukcja Damy z Łasiczką, szafa z ciuchami....". Szybko oczyma wyobraźni przeniosłem słowa kolegi na realistyczny grunt i od razu mi przeszło. Nigdy już takich myśli nie dopuszczałem do siebie. Spróbowałem na owego jegomościa podobnie podziałać. Zobaczymy, może powróci do żywych. W ogóle zresztą ostatnio napotykam na ciekawe indywidualności. Z innym dżentelmenem powspominaliśmy słynny koncert Rogera Watersa ze świeżo wówczas wyzwolonego i zjednoczonego Berlina. Tyle, że ja się wydarzeniu przyglądałem w telewizji, a facet tam naprawdę był. Inna sprawa, że kompletnie nie pamiętał Van Morrisona, Bryana Adamsa czy Scorpionsów. Tak przeżywał uczestniczenie w wysokim rangą spektaklu, jak też cisnęła go w serce świadomość, że nad wszystkim czuwał jego idol Roger Waters, że co tam inni. Też tak można. Da się to jednak wytłumaczyć. Otóż, w maju 1999 roku otrzymałem zaproszenie na poznański koncert Michaela Kamena. Koncert odbywał się wówczas w ramach Festiwalu Muzyki Filmowej, którego właśnie startowała w grodzie Przemysła pierwsza edycja. Jak wiemy, niestety przegraliśmy ten festiwal, który ostatecznie w następnej edycji powędrował do Warszawy. Trudno się jednak dziwić, skoro niewielkich gabarytów Teatr Wielki przy ul. Fredry, świecił wówczas w jednej trzeciej pustkami. A Michael Kamen - wiadomo - potęga. Jedna z najjaśniejszych gwiazd i autorytetów kompozytorskich, gość od muzyki filmowej, ale i od Pink Floyd - że tak w skrócie. Dążę jednak do tego, że w tamtym czasie na wieść o udziale w tym (jak się okazało) niesamowitym show, wcale nie na Kamena myśl ucieszyłem się najbardziej, a na występ specjalnego gościa. A był nim facet w dobrze skrojonym fraku, w jak zawsze najstaranniej uprasowanej koszuli, którą zdobiła jeszcze bardziej elegancka muszka, a ta swą lekkością przylegała do najsztywniejszego kołnierzyka w okolicy - Bryan Ferry. Zaśpiewał on tylko "Jealous Guy", "Avalon" i "Let's Stick Together", ale byłem przeszczęśliwy, podczas gdy dla wielu zgromadzonych na widowni był to jakiś tam pan nikt, ewentualnie na zasadzie: kojarzę go, tylko nie wiem skąd?
Jako, że w tamtym czasie troszkę w związku z tym wydarzeniem pomagałem w dystrybucji biletów, pani organizatorka zaprosiła mnie pewnego dnia do gabinetu, celem wręczenia zaproszenia. I nikt nie wiedział, że będzie Bryan Ferry, bo to miała być niespodzianka, a ja się dowiedziałem. Nie mogłem się tylko przed nikim wygadać - i się nie wygadałem. To miała być wisienka na torcie, a może i nawet swoisty szok. Ale chyba z dużej chmury mały deszcz. Szok byłby dla mnie, gdybym wcześniej się nie dowiedział.
Czułem zażenowanie nikłą frekwencją. Nie mogło być gorszej na tak obsadzonym koncercie. I choć nigdy wcześniej nie byłem namiętnym wielbicielem Michaela Kamena, to czułem zaszczyt i podziw dla mistrza batuty. Inna sprawa, że z Kamenem zagrali jeszcze, poza samą orkiestrą, nawet utytułowani muzycy rockowi, m.in: perkusista Andy Newmark (ten od Davida Gilmoura, Davida Bowiego czy Johna Lennona), bądź gitarzysta Phil Palmer (znany choćby ze współpracy u boku Erica Claptona, Tiny Turner, Boba Dylana czy Dire Straits). Kamen pomiędzy wierszami wykonał nawet temat do Gwiezdnych Wojen. Niebawem (trzy/cztery lata później) nagle zmarł.
Oj, działo się w maju '99 w moim pięknym Poznaniu. I tylko żal, że odpuściłem występy Chucka Mangione, Vladimira Cosmy i Maurice'a Jarre'a.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 15 czerwca 2017

SLOWDIVE - "Slowdive" - (2017) -










SLOWDIVE
"Slowdive"
(DEAD OCEANS)
****1/2





Powrócili po upływie dwóch dekad w oryginalnym składzie. W tym, w którym zrealizowali dwie pierwsze płyty, z moją ulubioną "Just For A Day" na czele oraz "Souvlaki" - powszechnie uznaną za najlepszą.
Najnowsze, zaledwie czwarte dzieło, zatytułowali po prostu "Slowdive". Zupełnie, jakby zapragnęli rozpocząć historię od początku. A przecież w swej twórczości nawet na moment nie odeszli od wypracowanego stylu. To nadal shoegazowy rock, któremu kształt nadali wcześniejsi Cocteau Twins, a po którym to już później wielu chętnie stąpało. Czy to nie wydaje się niezwykłe, że powrót Slowdive wzbudza obecnie u nas większe zainteresowanie, niż cała pierwotna działalność z okresu 1989-1995? W czasach, kiedy na wyspiarskich rankingach płytowych Slowdive zdobywali należny szacunek, u nas słuchano ich nieśmiało. Pamiętam, gdy emitowałem w swoich audycjach nagrania z pierwszych dwóch płyt, a słuchacze wpadali w błogostan, prosząc o więcej i więcej. U nas radio ich niemal zupełnie nie grało, a do epoki wszech internetu, była jeszcze droga daleka. Dzisiejszy (tj. od 2014 r.) powrót Slowdive nosi się rangą zespołu kultowego, niczym Joy Division, których także w słusznym czasie słuchały u nas jednostki. Chyba dobrze, że tak jest, to daje nadzieję, że każda ciekawa twórczość nigdy nie przepadnie w mgielnych zaroślach.
Ekipa śpiewającego tandemu Neil Halstead - Rachel Goswell, tworzy ten sam niepowtarzalny klimat, co dawniej. Ich wrażliwość, subtelność i delikatność zarazem, gdzieniegdzie podlana nowofalowością, nie tylko przykuwa uwagę, ale w cudowny sposób wprowadza odbiorcę do odrealnionej sennej krainy. Dlatego nie bardzo potrafię sobie wyobrazić ich muzykę w festiwalowej otoczce. Twórczość tej wyjątkowej grupy wymaga skupienia, refleksyjnej oprawy, gdzie jej zatem do rozentuzjazmowanych tłumów.
Całość otwiera "Slomo". Kompozycja marzenie. Z delikatnymi partiami gitar, których subtelność wydaje się błoga i bezpieczna. Zupełnie jak w pełnym barw śnie. No i jeszcze do tego śpiew niesamowitej Rachel Goswell. Ta blisko 7-minutowa piosenka brzmi niczym zagubiony skarb z sesji do "Just For A Day". Tak tak, to jak najbardziej staroświeccy Slowdive. Jednak, aby tak zabrzmieli, czuwał nad nimi większy sztab inżynierów dźwiękowców i ich asystentów, niż liczebność samego bandu.
Na drugi rzut pojawia się troszkę mocniejszy i z lekka podlany nowofalową żarliwością "Star Roving". Jak przystało na zespołowe preferencje, także rozmarzony i tajemniczy. Neil Halstead swą hipnotyzującą głosową barwą idealnie wbił się w nastrój tej całościowo świetnej kompozycji.
I w zasadzie w tym miejscu mógłbym zakończyć analizę, ponieważ pozostałych sześć nagrań nie wyłamuje się z wypracowanej latami konwencji. Jest jednak zbyt wiele smaczków, by pozwolić sobie na ich pominięcie. W "Don't Know Why" Rachel śpiewa w stylu rozpędzonej nieco Elizabeth Fraser, i gdy wydaje się, że już tak będzie do końca, jej temperament studzi Neil, po czym jednak wokalistka Slowdive ponownie podąża zainicjowaną ścieżką lubianych barw. Ależ się tej płyty słucha. Aż strach pomyśleć, że za oknem naprawdę widnieje realistyczny świat. Że znowu w nim ktoś kogoś przeklnie, a gdzieś dalej inny nieszczęśnik bombę podłoży, a tam brat brata nożem dźgnie. Gdyby takiej muzyki starczało dla każdego, być może wszystko wyglądałoby inaczej.
Wreszcie dochodzimy do prawdziwego przeboju - "Sugar For The Pill" - zupełnie nie dziwi mnie, że wybrano go na jednego z dwóch singli. Lecz jeśli komuś w tej materii mało, niech na chwilę zatrzyma się na numerku 6. "No Longer Making Time" - to blisko 6-minutowe piękno z porywającym refrenem, które przy odrobinie szczęścia, być może także spotka przebojowy los. Dla fanów grupy na pewno, ale dobrze by było, gdyby usłyszeli wszyscy.
Troszkę mniej dostrzegłem dla siebie w "Go Get It". Już wiem, chyba nie bardzo służą mi te zgrzytliwe brudne brzmienia. Za to wcześniejszy "Everyone Knows" znowu intryguje. Na pewno za sprawą anielskiej Rachel, ale i fascynujących "szurających" gitar, tworzących własne pozaszablonowe torowiska. No i jeszcze finał... najdłuższy w zestawie 8-minutowy "Falling Ashes". Tylko na dwugłos Rachel i Neila, plus pianino i nienachalna elektronika. Najwolniejszy fragment płyty i zarazem upragniony oddech po kaskadzie emocji.
Nie spodziewałem się płyty po ich powrocie w ogóle. A już szczególnie TAKIEJ. Myślałem, że skończy się na kilku koncertach i wszyscy zapomną o sprawie. Brawo zespołowi fani, bo to wy ich namówiliście do powrotu.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






środa, 14 czerwca 2017

CRAZY LIXX - "Ruff Justice" - (2017) - / BROTHER FIRETRIBE - "Sunbound" - (2017) -









CRAZY LIXX
"Ruff Justice"
(FRONTIERS RECORDS)
*****


BROTHER FIRETRIBE 
"Sunbound"
(SPINEFARM RECORDS)
*****




Niegdyś w glam/hair metalu rządzili niepodzielnie Amerykanie, lecz w ostatnich latach prym wiodą Skandynawowie. Szwedzcy Crazy Lixx są tego także niezbitym dowodem. Ale nie od razu było tak klarownie. Ich wcześniejsze albumy prezentowały się ledwie poprawnie, i prawdę powiedziawszy moja sympatia względem ekipy dowodzonej przez wokalistę i albumowego producenta Danny'ego Rexona, bywała dość umiarkowana. Jednak najnowsza, piąta już w dorobku płyta "Ruff Justice" jest po prostu rewelacyjna. Dlatego z dużym dystansem odnotowałem zobojętniałą recenzję w jednym z krajowych utytułowanych magazynów. Autor tamtego tekstu nie dostrzegł specjalnej wartości tego dzieła, spychając jego znaczenie do jednej z bocznych rubryczek. Pomijam już skromne trzy gwiazdki w pięciostopniowej skali. Nie wziąłem jednak pod uwagę, iż maksymalne noty od zawsze rezerwuje się tam dla Rogera Watersa, a cztero- i półgwiazdkowe z automatu otrzymują ekipy Kazika i Kultu. No cóż, gdyby mnie poproszono o zrecenzowanie albumów Red Hot Chili Peppers lub Korn, na pewno żaden nie przekroczyłby jednej osamotnionej gwiazdki. Na szczęście trzymam się zasady: nie zabieraj głosu, gdy wiatr przeciwległy.
Oczywiście musimy zdać sobie sprawę, że istniejący od około 15 lat Crazy Lixx gór nie przenoszą, a jedynie w barwnym stylu pchają wózek, do którego nuty dużo wcześniej powrzucali Kiss, Angel, Mötley Crue, Skid Row, Winger i jeszcze ze dwa tuziny podobnych gigantów. Kto wie, być może wybornego "Ruff Justice" już nigdy jego winowajcy nie powtórzą, a być może muzykom kiedyś tam odbije i zaczną grać rap? Nigdy nie wiadomo. Oby nie.
Dawno nie słyszałem w rock'n'rollowym metalu tylu porywających melodii, chwytliwych refrenów i rozpierających dech w piersiach zagrywek gitarowych. Być może na ten stan rzeczy przede wszystkim wpłynęła niedawna wymiana obu gitarzystów. Otóż, z pola ustąpili dotychczasowi Edd Liam oraz Andy Zäta, a za wiosła złapali niemal równocześnie pełni świeżej energii i nieopisywalnej pasji: Chrisse Olsson oraz Jens Lundgren. Panowie dobili do składu w roku ubiegłym i wszystko zrewolucjonizowali. Tym samym przewietrzyli pokoje z oparów dotychczasowej niemocy. Fakt, powstała płyta do bólu wtórna, ale paradoksalnie na swój sposób genialna. To, czego już od dawna nie potrafią wobec swych fanów spełnić wielcy inspiratorzy Crazy Lixxów, jak choćby wymieni Mötley Crue czy Winger, czy też inne gatunkowe tuzy, że uczepię się: Ratt, Dokken czy Quiet Riot, to Crazy Lixxom przyszło z lekkością wijącego na wietrze piórka. Chociaż, hmmmm... z tymi Quiet Riot to może jednak się trochę powstrzymam, albowiem za chwilę nowa płyta...  Przekonamy się.
Nie da się nie pokochać kawałków: "XIII", "Walk The Wire", "Shot With A Needle Of Love", "Kiss Of Judas", "Killer", "Hunters Of The Heart", jak również kapitalnej ballady "If It's Love". Czego by tutaj nie wyróżnić, proszę dać wiarę, iż całej płyty słucha się z wypiekami na policzkach. W kategorii glam/hair/hard'n'heavy, być może już niczego lepszego ten rok nie podsunie, dlatego nie wolno tego longplaya przegapić.
Nawet inny rewelacyjny album, jakim jawi się czwarty katalogowy długograj "Sunbound" - fińskich Brother Firetribe, też powinien oddać "Ruff Justice" należny pokłon. A przecież najnowsze wydawnictwo drużyny dowodzonej przez niezłego śpiewaka Pekka Ansio Heino (ex-Leverage) oraz gitarzystę Nightwish, Emppu Vuorinena, także może z dumą przyjąć na mundurową klapę order należnej chwały. Od razu uspokoję wszelakich entuzjastów melodyjnego metalu (a raczej metaliku - wszak żaden z tego łomot), otóż niech nikogo tutaj nie zmyli udział muzyka Nightwish, jego działalność w tamtym zespole nie ma tutaj nic do rzeczy. Dla Vuorinena Brother Firetribe, to przyjemny skok w bok. Niegwarantujący dużych scen, za to dający spełnienie w lubianej dziedzinie sztuki.
Nie usłyszymy żadnego symfoniczno-operowego zawodzenia, albowiem klawiszowo-gitarowi Brother Firetribe grają rytmiczne i piekielnie melodyjne hard'n'heavy. Na każdej z dotychczasowych płyt bez trudu wyławiałem cenne kruszce, choć "Sunbound" pod tym względem chyba najbardziej obrodziło. Być może na pierwszym albumie "False Metal" było jeszcze niewinnie, lecz jeśli ktoś pamięta finał drugiego "Heart Full Of Fire" - za sprawą hymnu "I Am Rock", albo na poprzednim, choć już trzyletnim "Diamond In The Firepit" cacuszko w postaci "For Better Or For Worse", bądź absolutnie klasową przeróbkę hitu Sammy'ego Hagara "Winner Takes It All", doskonale wie, co mam na myśli. Najnowsza "Sunbound" nie tylko sypnęła kolejną masą klasyków, ale też stała się przyczynkiem do koncertowej trasy, która w październiku zahaczy o Polskę.
"Taste Of A Champion", "Phantasmagoria", "Give Me Tonight", "Strangled" czy "Heart Of The Matter", to tylko kilka piosenek, od których zapewne przenigdy nie uwolni się żadna melodyjna duszyczka, a jeśli do powyższych dorzucę jeszcze absolutną perłę, w postaci "Shock", to obawiam się braku łóżek na oddziałach kardiologicznych.
"Sunbound" to bezapelacyjnie najwspanialsza płyta w dorobku tej ogólnie rzecz ujmując świetnej formacji. Do zobaczenia wczesną jesienią we Wrocławiu. Proszę, tylko nie nawalmy.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





wtorek, 13 czerwca 2017

złe duszki

Dawno nie byłem w Saturnie. Tym w City Center. Teraz już w zasadzie to nawet w Avenidzie (jak by nie można było po naszemu: Aleja), bo nazwa City Center się wysłużyła. A raczej źle kojarzona z co rusz opadającym sufitem, więc suma sumarum pomyślano, że lepiej nazwać całość egzotyczniej, a tym samym odciąć się od niechlubnej i nie tak dawnej przeszłości.
Zaklepałem drogą internetową płytę, po którą i tak trza było się udać osobiście, więc była okazja odwiedzić wywalony na ostatnim piętrze, i samiuśkim końcu tego molocha, market. W punkcie odbiorczym oczekiwano tylko Masłowskiego. Gdy zarzuciłem "jestem po zamówioną płytę CD", pani nawet nie dopytywała o godność, bo nic innego już na nikogo nie czekało. Zamiast od razu uiścić należność w kasie i ponownie depnąć butem kilkaset metrów ku wyjściu, postanowiłem rzucić okiem po znacznie uszczuplonym dziale płytowym. Cały alfabet zagraniczny, plus muzyka polska i ewentualne tematyczne działy, mieszczą się obecnie w jednym rzędzie. Mało tych płyt, coraz mniej i mniej, ale i tak zbyt dużo, jak na chmary niekupujących. Tylko jedna w średnim wieku dama przeczesywała kompakty, choć jej koszyk świecił pustkami. Atmosfera stoiska też nie zachęcała do robienia zakupów, a nawet do zagoszczenia przy półkach na choćby dłużej. Z głośników wydobywał się jakiś obrzydliwy rap, i nikt na mój widok nie zapragnął go zastąpić czymkolwiek dającym się posłuchać. W "moim" Pestkowym Saturnie też słuchają podobnych gówien, choć ostatnio bez proszenia dostałem rabat. Czy oni się poumawiali? A może warunkiem przyjęcia do takiej roboty jest zryty łeb, wyzbyty jakichkolwiek objawów dobrego gustu. Sam już nie wiem. Ale kogo oni chcą taką czkawką zarazić? Przecież nie moje pokolenie. A to jedyne pokolenie jeszcze kupujące płyty. Po co więc promować chujowy hip hop czy inne pierdolenie na tle bekających sampli, skoro gówniażerka i tak ma to w nosie, bo rżnie muzę z sieci. Powinni stworzyć osobne stanowisko "muzyczny degustator-podawca", po czym zatrudnić takich ludzi, jak ja, a wówczas nastałaby szansa przywrócenia dobrego gustu w narodzie. My się później dziwimy, skąd u ludzi takie umysłowe pojebstwa, jak słuchanie rapu, wspieranie PiSu lub alergie na wiosenne piękno. Nie dalej, jak dzisiaj, pewien młody jegomość oznajmił, że gdy w firmie podgłośnił radioodbiornik słysząc głos Anny Jantar, to wyrwał się jakiś wrzaskliwy cymbał: "ścisz ten syf, bo zwariuję". Nawet frajer nie zdaje sobie sprawy, że na zwariowanie w jego konkretnym przypadku jest już mocno za późno.
Przepraszam za zbyt dużą ilość nieparlamentarnych określeń, ale lubię artykułować wyraziście i dotkliwie.
Coś wisi w powietrzu. Nie jest normalnie. Nie tylko we mnie wstępuje agresja, gdy dostrzegam to, co złe, ale najgorsze, że wszyscy chodzimy jacyś podminowani. Mało empatii, dobrych duszków, jeszcze mniej przychylnych prądów, a jeszcze ten, jak mu tam... Kaczyński, obwieszcza, że na przyjazd Trumpa, będą u nas tłumy.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"