piątek, 20 października 2017

Dziękuję za siedem lat. Blog Nawiedzonego zawiesza działalność

Szanowni Czytelnicy,
z dniem 20 października 2017 r. zawieszam działalność bloga. Może tylko na czas jakiś, a może... Nad wieloma innymi kwestiami nadal myślę...
Fajnie służyło mi to miejsce przez bitych siedem lat, jednak w wyniku splotu niektórych wydarzeń nie czuję w nim swobody twórczej.
Być może za czas jakiś spotkamy się pod inną postacią, w innym miejscu....
Bardzo dziękuję, że byliście. Przez cały ten czas otrzymywałem od Was słowa sympatii, niechęci, jak też wsparcia. Nie obywało się bez pochwał i rózg - jak to w życiu. Tych ostatnich, wiadomo: najwięcej. Bywałem ogniskiem zapalnym, ale zawsze działałem w zgodzie z sumieniem i w moim przekonaniu: dziennikarską etyką. Szczerość ma sens.
Nadal będę rozprawiać o muzyce. O nowych i starych płytach, jednak na jakiś czas teksty zamknę w szufladzie. Niektóre recenzje - niestety z racji objętości pisma trochę przycięte - pojawiać się będą w ogólnopolskim Audio Video, z którym współpracuję od blisko dwudziestu lat. To, co uznam za bloggersko najciekawsze, być może z czasem również opublikuję na innej witrynie. Selekcjonując teksty, nikomu nie czyniąc krzywdy. Nic niewłaściwego nie powinno do mojej łodzi przylgnąć. Uklepać jednak też się nie pozwolę. Taki już jestem, taką mam naturę. Gdy mam poczucie słuszności, nie dam sobie miecza wyrwać.
Dzisiejszy świat pozbawia indywidualności. Dostrzegam to nie tylko ja. Z Facebooka możliwe, że też zniknę, bądź mocno go ograniczę - do grona najbliższych znajomych.
Powinienem słowem epilogu trzasnąć coś bardzo mądrego, lecz w obecnej chwili po prostu nie jestem w stanie. Zawsze w takich sytuacjach zazdrościłem polotu innym. Jakiś fajnych niesamowitych przemyśleń i lekkiego pióra. Moje outro nie pozostawi niezapomnianej myśli, ale dla równowagi, też nikogo nie ugodzi.
Wszystko zmienia się w jednej chwili. W życiu przecież tak właśnie bywa. Jedno wydarzenie potrafi pobudzić ciąg nie zawsze przychylnych kolejnych. W jednej chwili stajemy się szczęśliwcami, innym razem całość się wali.
Żałuję cholerka, bo tyloma jeszcze wydarzeniami pragnąłem się podzielić.
Decyzja jest spontaniczna, nieprzemyślana, i być może będę jej żałować. Czuję się inwigilowany, więc nie może być inaczej.
W tym ostatnim bloggerskim czynie uruchamiam nieaktywną dotąd opcję komentowania. Co kto zechce, można sobie ulżyć i nawrzucać. Jest okazja, innej nie będzie. Poza tym, ja już i tak nie planuję tutaj zaglądać.


Niech żyje rock'n'roll !!!


Andrzej Masłowski





czwartek, 19 października 2017

SCORPIONS z nowym albumem i koncertem w Polsce

na razie tylko 44% okładki
Niedawni wrocławscy goście - Brother Firetribe - będą supportować Scorpions podczas jednego koncertu na ich trasie w Helsinkach, a stanie się to 27 listopada br. Miło dostrzec, iż występ grupy zaplanowany podczas brytyjskiego Planet Rockstock Festival na 2 grudnia br. został wyprzedany.
O Brother Firetribe nie będę się już więcej rozwodzić, chciałem w zasadzie za ich pośrednictwem szepnąć słówko o Scorpionsach. Otóż na dzień 24 listopada br. Sony Music zapowiedziało kompilację "Born To Touch Your Feelings - Best Of Rock Ballads". Będzie ona zawierać piętnaście ballad/przebojów oraz dwie premierowe - w podobnym tonie utrzymane piosenki.
Podobno im więcej w mediach społecznościowych pojawi się hasztagów #BornToTouchYourFeelings, tym szybciej Scorpionsi opublikują w sieci okładkę do nadchodzącej składanki. Całkiem ciekawa forma promocji, choć ja osobiście bez problemu przeżyję szybko brnący miesiąc i nie zatęsknię za okładką przed 24 listopada.
Scorpionsi także odwiedzą nasz kraj, niestety bez udziału Brother Firetribe. U nas gigantów supportować będzie (kabaret)metalowa formacja Nocny Kochanek. Koncert odbędzie się 1 grudnia br. w sopocko-gdańskiej Ergo Arenie. Najtańsze bilety w cenie 195 złotych, najdroższe VIP-owskie po ok.700 złotych.






Andrzej Masłowski



wtorek, 17 października 2017

CHRIS REA - "Road Songs For Lovers" - (2017) -








CHRIS REA
"Road Songs For Lovers"
(NAVYBECK / BMG)
****




Na początku nowego tysiąclecia zdiagnozowano u Chrisa Rei kilka poważnych chorób, w tym wydawać by się mogło nieuleczalnego raka trzustki. W konsekwencji osłabienia organizmu przyplątało się jeszcze kilka innych dolegliwości. Artysta był na krawędzi życia i śmierci, a jednak jakimś niewyobrażalnym cudem udało mu się pozbierać. Trudno się dziwić, że po takim bagażu doświadczeń zaczął doceniać uroki życia, które wcześniej bywały uśpione.
Muzyk być może nie nagrywa już albumów w jakimś zawrotnym tempie, ale lenistwem też nie da się go oczernić. Niedawno ogłosił, że jego nowa płyta w dużym stopniu będzie powrotem do zwyczajnych piosenek. Takich, jakie serwował w epoce 80/90's. I myślę, że słowa dotrzymał, choć nie uciekł też od lubianego bluesa, któremu zaczął mocniej sprzyjać, tak od płyty "Stony Road". Co tu dużo deliberować, najnowsze dzieło "Road Songs For Lovers" jest takie, jakie być powinno. Skupia prawie same ballady - sprawdzone i poczciwe. O różnych odcieniach, tempach, ale ballady. Bywają co prawda wyjątki, jak żywsze i podszyte bluesem "The Road Ahead", nieco rhythm'n'bluesujące i przyprawione dialogiem gitarowym "Rock My Soul", funk/soul'ujące "Moving On", bądź prowadzone żywszym tempem tytułowe "Road Songs For Lovers". I właśnie ta ostatnia piosenka należy do wyróżniających. Słychać w niej akordeon, choć tego przecież tu nie ma.
Niejedyna kompozycja, w której instrumenty klawiszowe Neila Drinkwatera zmysłowo imitują tamten instrument, tworząc tym samym przyjemny archiwalny kawiarniany paryski klimat. Proszę przyjrzeć się dobrze znanej delikatnej gitarze Rei. Słyszą ją taką, jak za czasów cudownych płyt "Wired To The Moon", "Shamrock Diaries", bądź bardzo u nas popularnej "On The Beach". Na takiego Pana Krzyśka czekałem, za takim tęskniłem najbardziej. Na szczęście, nie jedyna to tak udana kompozycja. Napotkamy ich nieco. Ze szczególnym naciskiem na absolutny klejnot "Angel Of Love". Ależ przecudnej urody ballada. Nie wyobrażam sobie, by jej nie dostrzec. Pianino, plus TA gitara, i znowu słychać akordeon. Nieważne, że jego akordy tak naprawdę wybijają keyboardy. Nie trzeba o tym wiedzieć, szczególnie gdy się zamknie oczy.
Następująca po niej - także ballada - "Breaking Point", również czarująca, choć z racji oczywistych, już nie o takiej sile rażenia. Gdyby komuś jednak przypadł do gustu widmo akordeon, w niej też go znajdzie. Ależ uczuciowo śpiewa Chris Rea - jego gitara przecież także. Podobną atmosferę potrafi w swej twórczości przywoływać jeszcze tylko David Gilmour. Że też obaj panowie nigdy nie stanęli w studio ramię w ramię... O pardon, nie licząc kompozycji "Stone" - na jedynej płycie grupy The Law. Ale to było w roku 1991, i obawiam się, że nawet sam śpiewający wówczas Paul Rodgers o tym nie pamięta.
Gdy odpłyniemy w balladowym nastroju i zapragniemy więcej, to bardzo proszę, jeszcze: "Beautiful", "Nothing Left Behind" lub "Two Lost Souls".
Jest też jeden kawałek nie dla mnie stworzony - 6-minutowy "Money". Powolny, ślimaczy, toporny, niemal ociężały blues. Nazbyt monotonny, którego jako jedynego nie czuję.
Na deser pozostawiłem jeszcze 6,5-minutowy "Last Train". Rozpoczyna go odgłos parowozu, po czym rusza lokomotywa, zupełnie jak u Tuwima powoli i ospale, by w konsekwencji nabrać rumieńców, jak na ostatni pociąg przystało. Gdzieś pod koniec para buch i keyboard brzmi niczym dęta orkiestra. Tak dobre, że aż chce się od początku. Jak całą tę bardzo udaną i pełni wrażliwości płytę.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")







poniedziałek, 16 października 2017

TRAVELIN JACK - "Commencing Countdown" - (2017) - / - DIRTY THRILLS "Heavy Living" - (2017) -




TRAVELIN JACK
"Commencing Countdown"
(STEAMHAMMER)

***2/3




DIRTY THRILLS
"Heavy Living"
(FRONTIERS)

***




Moda na retro rock trwa w najlepsze. Nowi przedstawiciele archeo brzmień mnożą się w zawrotnym tempie. Ciężko zjawisko upilnować, by czegoś ciekawego nie przeoczyć. Historia współczesna udowadnia jednak, że wcale nie ci najbardziej wypromowani grają najlepiej. Jak do tej pory nic nie przebiło ubiegłorocznego genialnego debiutu szwedzkich Svartanatt. A to, że tamta maszyna wciąż nie dotarła na szczyt list przebojów, jest nie do pojęcia. W tej branży po prostu trzeba mieć dużo szczęścia, albo wwikłać się w korzystne układy, sama sztuka i idee dopiero na drugim miejscu.
Niedawno polecałem bardzo ciekawą norweską formację Pristine - z krwistowłosą Heidi Solheim, a tymczasem do boju wyruszyła kolejna koedukacyjna rockowa bateria z Niemiec - Travelin Jack. Ten berliński kwartet także może poszczycić się fajną wokalistką, niejaką Alią Spaceface. Już jej "kosmiczny" przydomek sugeruje nawrót o całą wstecz. To prawdziwi podróżnicy czasu i przestrzeni. Podlani bluesem hard-rockowi hippisi, mocno bazujący na dokonaniach Led Zeppelin, Cream, Jefferson Airplane, bądź Free, choć oni sami deklarują największe przywiązanie do Rush, Scorpions, Thin Lizzy oraz Deep Purple. Nieważne nazwy, nieważne etykietki, proszę posłuchać ich
TRAVELIN JACK
najnowszego, drugiego już w dorobku longplaya "Commencing Countdown". Od pierwszego nagrania "Land Of The River" uśmiechną się buźki wszelakich konsumentów klasycznego rocka. Znajdziemy w nim nawet zapożyczenia z Led Zeppelin'owskiego "Immigrant Song". Później też bywa zacnie. Proszę przyłożyć przysłowiowego ucha do takich "Galactic Blue", "Fire", "Keep On Running" lub nawiedzonej blues-psychodelicznej ballady "What Have I Done".
Bodaj David Bowie niegdyś szepnął przy kosmicznym Ziggym Starduście: nie mam pojęcia, dokąd zmierzam, jednak zapewniam, że nie będzie nudno. Niech te słowa posłużą za dobrą wróżbę dla Travelin Jack.
Kolejnym wartym grzechu współczesnym retro-tworem jawi się kwartet Dirty Thrills. Ta debiutująca brytyjska ekipa fajnie łączy klasycznego hard rocka z bluesem, rock'n'rollem oraz psychodelią. A więc podobnie, jak wcześniej opisani Travelin Jack. Mimo wszystko nie zestawiałbym obu tych formacji w równym rzędzie. Bo choć Alia Spaceface z Travelin Jack dysponuje solidnie naoliwionym gardłem, to śpiewający w Dirty Thrills Louis James zdmuchnie na raz tysiąc świec. Facet ma śpiewanie we krwi, bowiem jego ojciec Nicky James w latach sześćdziesiątych pełnił rolę wokalisty u słynnych The Moody Blues. Inna sprawa, że było to jeszcze na grubo przed Justinem Haywardem i Johnem Lodgem, a tym samym przed oficjalnym zespołowym płytowym debiutem. Dlatego Nicky'ego nikt prawie nie pamięta, natomiast jego syn może to zmienić. Louis James musiał się nasłuchać płyt z głosami Paula Rodgersa, Roberta Planta czy Glenna Hughesa. Słychać tego echa w każdej fazie albumu "Heavy Living". Nie będę jednak nikogo czarować, że oto wyrósł nam kolejny bożyszcze, bowiem do tego jeszcze Louisowi potrzeba nieco skrzynek whisky i nieprzespanych rozkosznych nocy.
DIRTY THRILLS
O Dirty Thrills można by rzec, iż ci są kolejnym modnym młodym retro-rockowym zespołem, lecz musimy zdać sobie sprawę, że "niemodność" uprawianej przez nich muzyki bardziej przydaje im wiarygodności, niż drwalowi udawanie miłośnika środowiska. Muzycy są oddani sprawie, a przy ich kompozycjach chce się poszaleć. Energia, pasja, plus łącząca ich przyjaźń, tworzą interakcję, z której wydobywa się pozytywna lawa.
Warto pochwalić gitarzystę Jacka Fawdry'ego, który nie ma litości dla ukochanego instrumentu. Pozostali kompani też uderzają mocno i hałaśliwie. Z wszystkimi składnikami, które usatysfakcjonują korzennych rockowych pożeraczy.
Na dobry początek może nastawmy z tej płyty "No Resolve", "Go Slow" oraz nastrojowe "Lonely Soul". Dobicie do nich pozostałych kawałków jest już tylko kwestią czasu.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




"kultowi"

Czuję się przyjemnie ogłuszony. Od rana w kółko kręcą się Brother Firetribe. Dzisiaj z drugiego długograja "Heart Full Of Fire". Jezu, co za muzyka !!! Jak ci ludzie mogli nawalić i olać TAKI KONCERT !!! Chyba społeczeństwo jest przygłuchawe, nie ja.
Obserwuję sobie muzyczne wklejki Facebokowe i czasem przeraża mnie brak entuzjazmu. Większość ludzi słucha muzyki do pochlastania. Nic, tylko rózgi i ascetyzm. Przecież rock'n'roll jest przepiękny. Parafrazując słowa Krzysztofa Kowalewskiego z kultowego "Misia": rock'n'roll jest najważniejszą ze sztuk. Choć przywołany Jan Hochwander mógłby się ze mną nie zgodzić.
Tomek Ziółkowski całkowicie mnie załamał. Gdy zabrałem jego nocnikowe kompakty do zbiorowego zdjęcia, przyjrzałem się innemu opakowaniu albumu "Heart Full Of Fire", i dostrzegłem bonusowy utwór !!! Myślałem, że mi serce pęknie. Nie wiedziałem, że to, co sprzedawali podczas koncertu, jest edycją wznowieniową. Nie wziąłem tam do ręki, bo gdybym tak uczynił, kupiłbym bez chwili namysłu. A tu teraz w Poznaniu, po czasie, Tomek mnie zaszachował. Ojej, i teraz jestem ograbiony o piosenkę "Two Hearts". Najgorsze, że w tej mojej pięknej, acz kompletnie niemelodyjno-rockowej Polsce, nigdzie teraz tej płyty nie dostanę. Zajeżdżam więc wypożyczony od Tomka kompakt do czerwoności. Kręci się już po raz czwarty. A co, podniszczę mu płytę, to może już jej nie zechce :-)
Wspaniała jest ta piosenka "Two Hearts". Na razie ją sobie przekopiuję, ale już wszczynam poszukiwania oryginału. Znając życie, mnie się nie uda - jak Tomkowi - za śmieszne cztery dyszki, tylko wiadomo, Masłowski czegoś poszukuje, to od razu cena siedemdziesiąt lub jeszcze mniej ekologicznie. Musiałem to Szanownym Państwu napisać, ponieważ nikogo innego tym nie zainteresuję.
Wracając po audycji do domu omawialiśmy z Tomkiem wrocławski koncert. Tomek też zachwycony. No i okazało się, że wcale mój realizator nie zakupił jednej płyty, a trzy. Łajza jedna dopiero się pochwaliła wczoraj. Szkoda, bo gdyby trochę wcześniej, nie skomlałbym teraz z racji uszczerbku w domowym zbiorze wspomnianego brakującego kawałka.
Tomek zwrócił uwagę na reakcję Pekka Heino, gdy ten wszedł na scenę i ujrzał te "nieprzebrane tłumy", wypowiedziawszy coś dwuznacznego, co można było odebrać na zasadzie: Polska, co jest do cholery? Gdzie się podzialiście? !!! Zapewne znowu wszędzie koncert wyprzedany, tylko my nawaliliśmy. A dlaczego?, ponieważ u nas ludzi karmi się syfiastymi Kultami, Luxtorpedami czy Strachami, na których ja kładę Lachę. Widziałem gdzieś kilka dni temu zdjęcie autobusu komunikacji miejskiej, bodaj ZTM-u warszawskiego, z ogromną reklamą nowej płyty Strachów Lachów. A my się później dziwimy, że jesteśmy odizolowani od prawdziwej muzyki. Dystrybutorzy opakują gówno w złoty papierek i wcisną, że to świetne. Szkoda, że tak wielu sympatykom rocka nie chce się szukać głębiej.
A Ty też marnujesz życie na słuchanie Kultu i Lachów-Strachów?
Nie ma jednego numeru Teraz Rocka, by nie pierdnęli o Kulcie. Zakolesiowane towarzystwo. A później wynikają z tego takie sytuacje, jak ta sprzed niedawnych kilku lat, gdy na antenie wypowiedziałem prawdę czasu, prawdę ekranu, czym dla mnie jest ekipa Kazimierza Staszewskiego, aż zadzwoniła jakaś oburzona małolata, i dosłownie złością rzygnęła do słuchawki: proszę pana, Kult to nasze dobro narodowe. Za takie dobro dziękuję serdecznie. Zabierajcie, jeszcze dopłacę.
Podobno koncerty Lebowskich i Procol Harum bardzo udane. Tak ptaszki ćwierkają. Na Procol Harum też podobno frekwencyjne puchy. Lecz czego oczekiwać, skoro w polskiej świadomości istnieje tylko "A Whiter Shade Of Pale". Nawet nie słuchając żadnej rozgłośni zaryzykuję, że te niczego innego nie prezentują, ponieważ nie posiadają żadnego innego kawałka w komputerowej bazie. Wiem wiem, znam się na tym. Tyram w tym od zawsze, więc wiem co gówniażerka podaje w eter. Mają te swoje elektro wstrząsy czy wszelakie inne hip hop/funky/electro/reggae. Siedzi takie bezguście i nauczają nas muzyki. Gówno o niej mając pojęcie. Powinni się edukować u Masłowskiego, który by ich zasypał tysiącami wspaniałych i jeszcze wspanialszych płyt.
Pierwsza edukacja melodii już teraz. Kto nie ma na płycie, dzisiaj wyjątkowo niech SE znajdzie na jakimś Spotyfajfusie czy innym okradającym artystów draństwie Deezerze, i SE odpali na full regulator trzy szczególnie przeze mnie rekomendowane kawałki Brother Firetribe - z albumu "Heart Full Of Fire". A mianowicie: "Who Will You Run To Now?", "Out Of My Head" oraz nowy dla mnie "Two Hearts". Dorzuciłbym jeszcze obowiązkowe "I Am Rock", jednak z racji wczorajszej radiowej prezentacji, potraktujmy go wyjątkowo ulgowo, czytaj: nieprzymusowo. Życzę przyjemnego szaleństwa, a jeśli kogoś nie ruszą te nuty nic a nic, to znaczy, że wszystko na straty i niech czym prędzej powraca do "zaangażowanej twórczości" tych naszych kultowych cierpiętników.
Dziękuję za uwagę.

P.S. Ci, którzy nie dotarli na Brother Firetribe, będę mieli niebawem okazję na rehabilitację, albowiem grupa będzie supportem na koncertowej trasie Scorpionsów. Nie wiem tylko czy dotrą do Polski.... Maybe yes, maybe no, maybe baby i don't know....






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





nie kopiujemy - artystów kochamy, więc ich płyty kupujemy



"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 15 października 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań + "BLUES RANUS" (zastępstwo)





"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 15 października 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski








BROTHER FIRETRIBE - "Diamond In The Firepit" - (2014) -
- For Better Or For Worse

BROTHER FIRETRIBE - "Sunbound" - (2017) -
- Shock

BROTHER FIRETRIBE - "Heart Full Of Fire" - (2008) -
- I Am Rock

DRIVE, SHE SAID - "Pedal To The Metal" - (2016) -
- In 'R Blood
- Writing On The Wall

REVOLUTION SAINTS - "Light In The Dark" - (2017) -
- Freedom
- I Wouldn't Change A Thing

MÖTLEY CRÜE - "Too Fast For Love" - (1981) -
- Piece Of The Action

KEE OF HEARTS - "Kee Of Hearts" - (2017) -
- The Storm

PROCOL HARUM - "Novum" - (2017) -
- Last Chance Motel
- Soldier

DRIVE, SHE SAID - "Drive, She Said" - (1989) -
- Hard Way Home
- Don't You Know - {Touch cover}
- Maybe It's Love

BROTHER FIRETRIBE - "Sunbound" - (2017) -
- Don't Cry For Yesterday - {tylko na winylu oraz na japońskiej edycji kompaktowej}

ROBIN BECK - "Love Is Coming" - (2017) -
- In These Eyes
- On The Bright Side

ROBIN BECK - "Trouble Or Nothing" - (1989) -
- Hide Your Heart - {Kiss cover}
- Hold Back The Night - {kompozycja Alice Cooper / Desmond Child}

HOUSE OF LORDS - "Sahara" - (1990) -
- Can't Find My Way Home - {Blind Faith cover}

BELIEVE - "VII Widows" - (2017) -
- VII

LUNATIC SOUL - "Fractured" - (2017) -
- Crumbling Teeth And The Owl Eyes
- Red Light Escape
- A Thousand Shards Of Heaven

ELF - "Elf" - (1972) -
- Dixie Lee Junction

ELF - "Carolina County Ball" - (1974) -
- Rainbow

ELF - "Trying To Burn The Sun" - (1975) -
- Wonderworld

TOM PETTY & THE HEARTBREAKERS - "The Last DJ" - (2002) -
- The Last DJ
- Like A Diamond

TOM PETTY & THE HEARTBREAKERS - "Into The Great Wide Open" - (1991) -
- Two Gunslingers
- All Or Nothin'
- Out In The Cold

LED ZEPPELIN - "Led Zeppelin" - (1969) -
- Babe I'm Gonna Leave You

=================================
=================================



 "NOCNIK"

pierwszych pięć nagrań nocnego pasma z kompaktów Tomka Ziółkowskiego....




BROTHER FIRETRIBE - "Heart Full Of Fire" - (2008) -
- Two Hearts

BROTHER FIRETRIBE - "Diamond In The Firepit" - (2014) -
- Far Away From Love

BROTHER FIRETRIBE - "Sunbound" - (2017) -
- Indelible Heroes

BUDKA SUFLERA - "Cień Wielkiej Góry Live" - (2013) -
- Lubię Ten Stary Obraz

DAVID GILMOUR - "Live At Pompeii" - (2017) -
- Comfortably Numb


=================================
=================================



"BLUES RANUS" - zastępstwo  
 
niedziela 15 października 2017
godz. 21.00 - 22.00

    
realizacja: Agnieszka Krzyżaniak
prowadzenie: Andrzej Masłowski






STEVE WINWOOD - "Greatest Hits Live" - (2017) -
- Glad
- Roll With It

TOM PETTY AND THE HEARTBREAKERS - "Mojo" - (2010) -
- Let Yourself Go
- Don't Pull Me Over

TRAVELIN JACK - "Commencing Countdown" - (2017) -
- Galactic Blue

DIRTY THRILLS - "Heavy Living" - (2017) -
- No Resolve

KENNY WAYNE SHEPHERD BAND - "Lay It On Down" - (2017) -
- Diamonds & Gold
- Louisiana Rain

CHRIS REA - "Road Songs For Lovers" - (2017) -
- Last Train

TOM PETTY AND THE HEARTBREAKERS - "Hypnotic Eye" - (2014) -
- Burnt Out Town - {z uwagi na brak czasu tylko fragment}



=================================
=================================



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")



Miałem wczoraj gościa
Jesień może być piękna. Warunkiem takie widoki oraz plus dwadzieścia - jak wczoraj




niedziela, 15 października 2017

Blog Nawiedzonego na FB profilu Brother Firetribe

Moja relacja z niedawnego wrocławskiego koncertu Brother Firetribe trafiła na Facebookowy profil zespołu. A ja się zastanawiałem, skąd tylko w dniu dzisiejszym kilka tysięcy wyświetleń dla tego wpisu. Z czego ponad pięćdziesiąt procent tylko z samej Finlandii !!!
Chyba pęknę z dumy.








Przy okazji dołączę jeszcze laurkę oraz czekoladę, jaką w piątek 13 października otrzymałem od Łukasza Mińczykowskiego. Dziękuję pięknie Łukaszowi, jak też za wszystkie inne życzenia!






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")



pomaluj mój świat

Moda na bieganie trwa. Nieustające duractwo wszelakich maratonów od lat na dobre zadomowiło się także i u nas. Paraliżuje się więc miasto, by pokaźna grupa naiwniaków mogła poprawiać swoje nikomu niepotrzebne życiowe rekordy, przy okazji łudząc się, że dzięki nim dożyją setki. Oczywiście nikt ich nie uświadamia, że nadwyrężają stawy, kości, serce, i że człowiek został tak a nie inaczej zaprogramowany. Proces starzenia u każdego sprawiedliwy. Fakt, też z biegiem, ale natury. 
Sens biegania wydawał mi się tylko za piłką. Nożną - co należy podkreślić. Na inne dyscypliny szkoda czasu. I to też dopóty, dopóki pewnego dnia, gdzieś po zarysowanej trzydziestce, omal nie skonałem. Dlatego śmieszą mnie te wszystkie ledwo dychające wychudzone wyłysiałe szczapy. Przy okazji trzymam kciuki, by z tej racji nie było kolejnej tradycyjnej corocznej ofiary.
U mnie też dzisiaj pięciogodzinny maraton. Na szczęście muzyczny. Myślę, że z przyjemną zadyszką.
Zapraszam już od 21-szej. Z lekkim dreszczykiem zaprezentuję blues rocka przez bitą godzinkę, żywiąc nadzieję, iż nie zawiodę Słuchaczy Krzysztofa, bo o kolejne cztery, jestem już całkowicie spokojny.
Pogoda cudowna, pojadę więc do zmarłego przed tygodniem Wuja na cmentarz (pogrzeb odbył się w dniu mego wyjazdu do Wrocławia), wcześniej jak zawsze świetny obiad (Żoneczka nigdy nie zawodzi), a do tego jakiś jeden czy drugi spacer. Zuleczka już pomerduje ogonem. No i muzyka. Bez niej czarno-biało, smutno i monofonicznie. "Więc chodź, pomaluj mój świat, na żółto i na niebiesko....niech świat mój się zarumieni, niech mi zalśni w pełnym słońcu, kolorami całej ziemi...." - śpiewała niegdyś Elżbieta Dmoch z nieczynną już grupą Dwa Plus Jeden. Pokolorujmy też my.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")






piątek, 13 października 2017

BROTHER FIRETRIBE (plus support SHIRAZ LANE) - czwartek 12.X.2017, klub Firlej, Wrocław

Klub Firlej
Dawno pogodziłem się z faktem życia w kraju, w którym muzyka nie należy do ważniejszych ludzkich potrzeb. Tym samym opisywanie wczorajszego wrocławskiego koncertu nieznanych u nas szerzej fińskich Brother Firetribe może okazać się czynnością w ogóle nikomu niepotrzebną. Mimo wszystko postanowiłem sprawę upamiętnić. Będę sobie czytać i wracać wspomnieniami na ewentualnej emeryturze, o ile jej dostąpię.
Czekałem na to wydarzenie od kilku dobrych miesięcy, samemu nie wierząc, że się ziści. Byłem przekonany, że impreza zostanie odwołana, no bo kto by u nas ośmielił się tracić czas na niemodnie grający jakiś tam melodyjno-hardrockowy zespolik. A to, że jednak tak się nie stało należy rozpatrywać w kategoriach odrzańskiego cudu historii współczesnej. Przecież bilety nie schodziły od samego początku, i wiadomym było, że cała ta impreza nie ma prawa na siebie zarobić. Nie pomogło nawet usilne podnoszenie rangi sugestią, że na gitarze poczaruje sam Emppu Vuorinen - obecny muzyk Nightwish. Zespół nie nazywa się "Nightwish", no to won! Nie znamy, to nie chcemy. Tak to sobie wyobrażam. Na co komu taki koncert, skoro później pośród Facebookowej społeczności nie zrobi on na nikim żadnego wrażenia.
Pekka Heino i kompania
No to sobie tradycyjnie ponarzekałem, a teraz do faktów. Było nas czterech, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał cel - parafrazując słowa znanej rockowej pieśni. Szymon, Piotrek, Tomek i ja, wybraliśmy się w podróż nowiuśką siedmioosobową (choć niestety nie moją) Mazdą. Takim wozem, który zmiata z drogi wszystko, co napotka. Dlatego niestraszne wielokilometrowe zatory czy inne przeszkody, wszak wszystko pokonaliśmy z lekkością baletnic wijących się do łabędzich nut Piotra Czajkowskiego. Plusem też dodatkowe posiadanie w aucie nawigacji, dającej niezwykły przywilej, który pozwala człowiekowi na konsumpcję McDonaldowej buły, zamiast w równym czasie błądzenia po obszernym, choć zarazem pięknym Wrocławiu. Pomimo tego do klubu "Firlej" wpadliśmy z lekką zadyszką, spóźniając się dobry kwadrans na supportujących Shiraz Lane. Notabene także Finów, choć uprawiających nieco bardziej rock'n'roll/glamową twórczość. Ci młodzi chłopacy ewidentnie zainspirowani hair metalową sceną lat osiemdziesiątych, łączą melodykę i niegrzeczność Mötley Crüe i Guns N'Roses. Fajne granie, choć w ich przypadku wciąż będące jeszcze w powijakach.
Doszło też do niecodziennej i troszkę zawstydzającej mnie sytuacji. Gdzieś pod koniec występu nowicjuszy, chwyciłem za telefon, by po prostu napisać Żoneczce, że oto dotarliśmy cało i zdrowo, a tu znienacka zagląda mi w ekran zespołowy gitarzysta. To taki moment, w którym ma się ochotę zapaść pod ziemię.
Shiraz Lane na scenie porządzili przez pół godziny, pozostawiając dobre wrażenie.
Półgodzinna przerwa pozwoliła nawet w "tłumie" dostrzec kilku znajomków, którzy z równym podnieceniem wyczekiwali gwiazdy wieczoru. My z Peterem wykorzystaliśmy okienko i ustrzeliliśmy sobie drinka Johnny Walker & cola. Choć tak po prawdzie, musiałem go nam obu samodzielnie przyrządzić. Młody barman nie dość, że nie potrafił zlokalizować właściwej butelczyny, a gdy już odniósł upragniony sukces, to whisky zaserwował do gorzałkowych kieliszków. Nie mówiąc już o puszce Coca Coli, którą gdzieś po drodze zapodział. Udało mi się jednak doprosić dwóch plastikowych kubków i przyrządzić wymarzony koktajl. Tak, by ten nie stracił walorów estetyczno-smakowych. Zresztą w odwiedzonym McDonaldzie także powitał nas chyba już nigdzie niefunkcjonujący archaiczny system rozdzielnictwa. Tam jeszcze nie dotarły monitory. Niczym w skansenie padały zapytania: "kto zamawiał zestaw McRoyal?", no itp. Dziwne, przecież Wrocław wydaje się zauważalnie większą osadą od mego ukochanego Poznania.
machina uruchomiona
Do końca wszyscy mieliśmy nadzieję, że jeszcze nieco ludzi przybędzie. Niestety, wszyscy do tej pory zgromadzeni stanowili za widowni siłę. Według mnie mogło być trzydzieści, może czterdzieści osób, jednak Tomek Ziółkowski naliczył blisko siedemdziesiąt duszyczek. Gdzie on dostrzegł te tłumy?. Kilka rzędów spragnionych przy scenie, później już solidne prześwity, by od mniej więcej jednej trzeciej sali, aż po stanowiska realizatorskie, w pas kłaniały się bezlitosne pustki.
Brother Firetribe zapowiedziani na godzinę 20.15, na scenę wkroczyli punktualnie. Pekka Heino z kolegami nie dali po sobie poznać frekwencyjnej porażki, a wręcz stadionowo podrywali przybyłych do zabawy. Ruszyli z impetem od kawałków z najnowszej "Sunbound", by w całym przedstawieniu zahaczyć o każdą z dotychczasowych czterech płyt. Nie będę zanudzać, że zabrzmieli świetnie, zagrali jeszcze lepiej, a ja sobie poszalałem, jakbym dopiero świętował osiemnaste urodziny. Właśnie dzisiaj stuknęły mi pięćdziesiąt dwie wiosny. Cieszę się tym bardziej, że me zwapniałe kości spisały się wczoraj na medal.
Przeżyłem jeden z koncertów życia. Tak tak, w niewielkim, acz sympatycznym Firleju, w którym moi kompani chyba także poczuli jego niezwykłość. Po koncercie podszedł do mnie wcześniej napotkany Rafał z Rokietnicy, i delikatnie, acz retorycznie zapytał: "i co?", nie zdążyłem jeszcze odpowiedzieć zamierzonego: "zajebiście", by Rafał bez chwili zwłoki dodał: "co za koncert!". I niech jego spostrzeżenie posłuży za recenzję.
Był jeden minus. Bardzo krótki występ. Godzinka, ni mniej, ni więcej. Licząc z pakietem jedno-utworowego bisu, w postaci "I Am Rock". Lepszej piosenki być nie mogło. Przecież to pierwszy kawałek Fajertrajbów, w którym się zakochałem w 2008 roku, gdy poznałem z lekkim opóźnieniem ich kapitalną drugą płytę "Heart Full Of Fire".
stoisko firmowe obu grup
Przed "I Am Rock" Finowie zaprezentowali jeszcze: "Heart Full Of Fire", "Heart Of The Matter", "Taste Of A Champion", "Runaways", "Give Me Tonight", "Indelible Heroes", jak też moje pupilkowe "For Better Or For Worse" i "Shock", i oczywiście kilka innych.
Po koncercie kilku jego uczestników ponarzekało w upragnionej toalecie na zbyt krótki show, dla mnie jednak satysfakcja pełną gębą. Zagrali niemal wszystko, o czym marzyłem. Zupełnie bez znaczenia jeden lub dwa kawałki więcej. I tak nie zmieniłoby to mojego osądu. Rewelacja !!!
Szybko dotarliśmy do swych domostw. Najgorzej miał Szymon, któremu przyszło wszystkich odstawić pod dom, a któremu tak przy okazji również ogromnie dziękuję za udzieloną drobną pożyczkę. Dzięki niej zafundowałem sobie winylową podwójną wersję "Sunbound" - z dodatkowym, pozakompaktowym utworem. Kątem oka podejrzałem także Tomka, który również się szarpnął na "Sunbound" - tyle, że już w wersji kompaktowej. Tomek jest zatwardziałym i nieuleczalnym kompakciarzem.
nie mogłem odpuścić
Na stoisku firmowym obu grup Shiraz Lane / Brother Firetribe mnóstwo ubiorów, gadżetów oraz wydawnictw płytowych. W tym cała dyskografia Brother Firetribe. I uwaga! - kompakty w cenie zaledwie czterdziestu złotych za egzemplarz. Kurcze, a ja niedawnych kilka miesięcy temu najnowszy "Sunbound" sprowadzałem za jeszcze raz taką kwotę. Wszystko po to, byśmy mogli tej muzyki w Nawiedzonym posłuchać jak najszybciej.
Wczorajszy dzień sprawił mi ogromnie dużo radości i pozostawił upragnione po wsze czasy znamię. Mam nadzieję, że moi towarzysze też się nie zawiedli. Wszystkim im, ślę ukłony. 


pełna dyskografia Brother Firetribe



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")



BROTHER FIRETRIBE

stoisko z gadżetami obu zespołów
winyl BROTHER FIRETRIBE

trzynasty kawałek nie występuje w wersji kompaktowej

SHIRAZ LANE już do samego dołu....