środa, 28 września 2022

odszedł Joe Bussard

Odszedł Joe Bussard (i jak mój Tata, trzydziesty szósty rocznik), jeden z najwybitniejszych zbieraczy starych płyt. Tak starych, że wręcz antycznych. Był maniakalnym zbieraczem szelaków, tych na najszybsze obroty (78 RPM). Miał ich minimum kilkanaście tysięcy, a przecież nie rezygnował z singli czy dwunastocalowych albumów. Kolekcję Bussarda, tę szelakową, uznaje się za jedną z najcenniejszych na świecie.
Niekwestionowany czempion, zarażający swoimi płytami tuziny ludzi, czy to poprzez osobiste spotkania, bądź prowadzonymi od lat radiowymi audycjami.
Gromadził różną muzykę, choć najbardziej fascynowały go blues, jazz, country i gospel. Rzecz jasna wykonawcy amerykańscy, najchętniej lata 30/40/50-te. I coś mi się zdaje, nie był zakręcony na punkcie Elvisa bądź Buddy'ego Holly'ego. W kwestii artystów od tej właśnie epoki wzwyż, Joe bywał powściągliwy.
Jego zbiór był tak obszerny, jak jego ukochana Ameryka. Tym samym potężne terytorialne możliwości wobec nieograniczonego kupowania. Wszędzie. Nie tylko sklepy czy renomowani dostawcy, albowiem Joe objeżdżał nawet zapyziałe, trudne do zlokalizowania peryferyjne kąty, z których wydobywał prawdziwe zabytki/skarby. I jego też zasługą, że w wiele nagrań, z niekiedy kompletnie niedostępnych, zapomnianych płyt, które odnalazł/uratował, pchnął nowe życie.
Wspaniała postać, absolutnie ginący gatunek kolekcjonerstwa. Ukłony dla Ciebie Joe.

a.m.



wtorek, 27 września 2022

III Memoriał Jona Lorda, 14 X w Warszawie

Jakoś ostatnio organista Ani Rusowicz Łukasz Jakubowski podesłał mi info w temacie nadchodzącego III Memoriału Jona Lorda. Z chęcią się tematem z Szanownym Państwem podzielę. Być może nawet kogoś zachęcę.
Memoriał, który tym razem nosi także podtytuł: "Tribute to Deep Purple & Rainbow", odbędzie się 14 października br. w Terminalu Kultury Gocław w Warszawie. Wystąpi tam rzecz jasna wspomniany Łukasz Jakubowicz oraz paru równie podjaranych muzyką faciów, w tym przybywający w gościnę, były wokalista Rainbow, Dougie White, ponadto inny, wcześniejszy członek ekipy Ritchiego Blackmore'a, Tony Carey. Wyborny instrumentalista klawiszowy (także dobry wokalista), którego osobiście cenię również za szereg płyt solowych - utrzymanych w duchu AOR - co też z nasączonego klimatem Pink Floyd zespołu Planet P. Project. Szczególnie dobra płyta "Pink World". Będąca nawet bardziej w duchu Rogera Watersa, niż komitywy Pink Floyd. Tony Carey wystąpi u nas po raz pierwszy. Okazja niesamowita, warto.
Będą też nasi, jak choćby gitarzysta Perfectu Jacek Krzaklewski, co też wokalista Turbo Tomasz Struszczyk. Impreza zapowiada się ekscytująco.

a.m.

poniedziałek, 26 września 2022

odwołany Waters plus schyłkowa faza Ligi Narodów

Argumenty od zawsze prowokującego Rogera Watersa dowodzą, że inaczej pojmuje on wojnę w Ukrainie, w tym także kwestie zawarcia ugód w Ługańsku i Donbasie, niż my tutaj nad Wartą. Niestety tego powodem odwołane zostały zaplanowane na przyszły rok występy Artysty w krakowskiej Tauron Arenie.
Na Watersa ostatnio spływa coraz większa fala nienawiści. Jego wypowiedzi odczytywane są prokremlowsko, a ja nie chciałbym, by została zburzona legenda tak bliskiego mi muzyka.

Liga Narodów: Anglia-Niemcy 3:3 / Węgry-Włochy 0:2. -- Anglikom na przełamanie polecam San Marino, ale i tak na Mundialu uważam będzie to kompletnie inna, dużo groźniejsza drużyna.
Brawo Włosi! Zawsze Wam kibicuję, Węgrom nigdy. Niestety nie potrafię niektórych ekip odczytywać poza politycznie. Bardzo nie lubię tej na trybunach nachalnej plagi czarnych koszul, o naziolskim usposobieniu. Dopóki w Orbanowskiej 'demokracji' nie nastąpi zmiana narracji, a najlepiej wymiana władzy, będę ten kraj afrontować.
Ach, no i brawo Polacy. Tercet Kiwior - Lewandowski - Świderski przedstawili świadectwo umiejętności z czerwonym paskiem. I chyba po raz pierwszy tak dobry Wojciech Szczęsny. W meczu z Walią wyrosła mu trzecia noga, niczym ząb mądrości. W rezultacie zobaczyłem w nim nie w ciemię bitego bramkarza. Oby takim, gdy będziemy w potrzasku, nie zawahał się być w Katarze.

a.m.

cass county

Zerknąłem do starszych zapisków. Po coś. Wyskoczyło między innymi, że wczoraj Dona Henleya album "Cass County" obchodził 7-lecie. To wciąż jego najświeższy solo album, pomimo iż trochę z okolic dawna, nawet bardzo dawna, ale to nie ostatnie słowo. W dwa tysiące dwudziestym (z materiałem o dwa lata wcześniejszym) Henley zaistniał na znakomitym podwójnym live Eagles "Live From The Forum MMXVIII". Prezentowałem go tuż po długiej pauzie związanej z pandemią i nie zapominam, jak mi tamten wieczór smakował.
"Cass County" naszpikowane gośćmi, głównie gwiazdami bluegrass i country, jednak załapał się tu nawet Mick Jagger. Poza nim, bardziej spodziewani Merle Haggard, Trisha Yearwood, Alison Krauss itp. spadkobiercy amerykańskich korzeni. To najbardziej country'owy album Henleya. Nie powinno dziwić, bowiem od dawna mistrzunio miał na niego ochotę.
Najbardziej lubię, trochę wyłamujące się z takiego twardego do country śpiewnika spoiwa, nastrojowe "Take A Picture Of This" - bo każdy z nas ma w klaserze jedno czy drugie zdjęcie z okresu, kiedy: "rządziliśmy światem, zatrzymaliśmy czas, wiedzieliśmy wszystko, byliśmy właścicielami tego miasta". Jedyny z albumu singiel. Tym razem wydawcy z dobrym nosem. Dla mnie również numero uno całego zbioru.
Don Henley zawsze był moim ulubionym głosem Eagles. Tyciu nawet przeważał nad cudownym Glennem Freyem. Proszę się jednak nie obawiać, kocham ich obu. Jak matka, po równo każdego. Chociaż wiecie, jak jest, kiedy przychodzi zadeklarować tę 'sprawiedliwą' wobec wszystkich dzieci miłość, a światełko w sercu zawsze dla kogoś minimalnie jaśniejsze. Nie da się tak uczciwie. Ja też kochałem wszystkie moje psie samiczki. Łącznie cztery. Ale nigdy nikogo tak nie kochałem, jak obecnej Zuleczki. Najbardziej na świecie.
Nie wiem, jaka przyszłość Eagles. Jedno, co wiemy, że z uczestnictwa w grupie zrezygnował syn zmarłego niedawno Glenna Freya, Deacon. Nie podcięło to jednak grupie skrzydeł. Wciąż są, grają, koncertują, mają się nieźle. Trasa "Hotel California 2022" niezagrożona. Eagles działają w kwartecie: Don Henley, Timothy B. Schmit, Vince Gill oraz Joe Walsh. I obym kiedyś dostąpił tego jednego z największych marzeń. 

a.m.


najlepiej sprzedające się nośniki w Stanach


Oto wizualizacja najlepiej sprzedających się nośników w USA. Nie wiem, czy to prawda, nie mam jak zweryfikować. W Europie oraz Japonii podobno kompakty wciąż górą, a tu okazuje się, że w Stanach... Moja Siostrzyczka z Chicago niedawno robiła ze mną płytowe zakupy poprzez wideo rozmowę, i w największym tamtejszym sklepie dominowały na półkach kompakty, no ale to tylko jeden sklep. 

a.m.

Bonzo

To już 42 lata, jak nie ma Johna Bonhama. Konkretnie, na wczoraj przypadło. Polecam jego 'bębnonadę' w "Moby Dick". Czyste złoto. Rzecz z czasów, kiedy perkusiści lubili takie do utraty tchu solówki. Wersja "Moby Dick" z drugiego LP Led Zeppelin jedynie łaskocze, tutaj miażdży. Nawet Plant zapowiada: "John Bonham, Moby Dick!". Ponad dwanaście minut, z których większość w jego objęciach. Bez podpórek, absolutnie żadnego ukrytego za kotarą mnożnika dźwięków i rytmów. Prawdziwy zwierz. Potężne płuco Led Zeppelin. Bonzo muskularnie, z charakterem, w zasadzie lepiej mu pod pałeczki i stopy nie podchodzić. Miał nie tylko polot i fantazję, ale był też po krew, pot i łzy zaangażowany.
"Piosenka Pozostała Taka Sama" to także jeden z dowodów na niesłychaną popularność albumów koncertowych tamtych lat. Szczególnie wtedy fani rocka uwielbiali takie solówkowe odjazdy. Nigdy później nie przeżywało się ich równie mocno. Może dlatego, że wszyscy pragnęliśmy takich koncertów. Poza fabrycznie zainstalowanym w człowieku zmysłem wyobraźni, nie szło tego nigdzie podejrzeć. Ucho wyłapywało, przekazywało, gdzie trzeba, a potem się działo.
Bonzo odszedł w chwili, kiedy akurat zacząłem załapywać, w czym rzecz. I gdy dosłownie po chwili dojrzałem do podziwiania jego talentu, był już legendą. Taką, którą wiedziałem, że już nigdy się na żywo nie sztachnę.

a.m.


sobota, 24 września 2022

close to the edge / 50 lat

Wrzesień dla Yes to przede wszystkim "Close To The Edge". W tym roku upływa 50 lat. A więc pięćdziesiąt takich wrześni. Wspaniała płyta. Dla wielu najlepsza. Ze starego Yes też najbardziej ją lubię. Fascynujący kwintet, jedyny taki, po prostu wyjątkowy. Nikt nie spróbował wezwać ich na pojedynek.
Gitarowe umiejętności plus wyobraźnia Steve'a Howe'a właśnie tutaj eksplodowały. Wszystko potrafiący Bill Bruford tym razem zagrał w ekipie rocka progresywnego, a ja często go słyszę na jazzowo. I nic nie koliduje. Wakeman po królewsku, jak zawsze. Wytwornie. Co trzeba, precyzyjnie, innymi razy maestro odlatuje, jak choćby w "Siberian Khatru" - do spółki z Chrisem Squirem i Steve'em Howe'em. Wszyscy robią niezły dym. A na deser, śpiew Jona Andersona. Krystaliczny, młodzieńczy, pełen werwy, jakby zza światów. Ależ to była ekipa.
U tamtych Yes zawsze słyszałem pewną niedającą się określić prehistoryczność. Świat nieznany, niewiarygodny, niemożliwy, nawet jeśli niekiedy przytaczany archeologicznymi znaleziskami. Nieźle pomagały tej muzyce baśniowe okładki Rogera Deana. Chociaż tym razem, z owej baśniowości otrzymaliśmy jedynie logo oraz stylizowany tego liternictwem albumowy tytuł. No oczywiście, niesamowita 'topograficzna' grafika była również, lecz ukryto ją we wnętrzu albumu. Należało płytę kupić, dopiero po jej rozlakowaniu oczom stawała część dalsza możliwości plastycznych Rogera Deana. Na awersie obwoluty jedynie wspomniane napisy oraz różnej maści odcienie zielonego - od wręcz czarnego, po dążenie do czystości barwy. W muzyce sporo poszukiwań, skomplikowanych emocji, innych od pirotechniki Hendrixa lub klasycyzowania Emersona, oraz często nieoczywistych, nie z tego świata wybornych melodii. Tytułowa suita obłędna, ze szczególnym wskazaniem na jej finisz, opatrzony tytułem "Seasons Of Man". No i niesamowity Steve Howe, który tu aż topi struny swojej gitary. W ogóle jest gorąco. Uważajcie, bo wypali Wam dziurę w macie gramofonowego talerza. Podobnie fascynuje pierwsze ze strony B "And You And I". Chyba najbardziej przebojowy fragment dzieła, a później nierzadki bywalec koncertowych desek. No i na koniec, najkrótsze "Siberian Khatru". Ale zdaje się już o nim wspomniałem.
Płyta obowiązek, rzecz z muzyką pif paf.

4 miejsce u UK / 3 lokata w US / na singlu "And You And I"

a.m.


piątek, 23 września 2022

big generator / 35 lat

21 września 1987 r. ukazało się Yes "Big Generator". Od dwóch dni możemy świętować 35-lecie albumu. Kontrowersyjnego, co zaznaczę. Ja jednak lubię, więc nie widzę problemu. Ale dość już opisywania płyt. Za dużo tego ostatnio. Na dzisiaj tylko walory estetyczne. Muzykę pozostawiam najbardziej spragnionym.

- 17 miejsce w UK / 15 miejsce w US
- na singlach: "Love Will Find A Way" oraz "Rhythm Of Love"
- radiostacje amerykańskie dodatkowo lubiły pograć: "Shoot High Aim Low" oraz "Final Eyes". Dziwi w tym gronie brak tytułowego "Big Generator". Osobiście bardzo lubię. 

a.m.


























ruina

Okładki płytowe z recyklingu. Choćby tego przykładem najnowsi winylowi Stratovarius. Są z nami od lat, jednak opakowań 'ratujących' planetę ostatnio jakby więcej. Wszystkich nas częstują tymi 'szlachetnymi' pobudkami, w dodatku za niemałe pieniądze. Ale co tam, najważniejsze być trendy. Bo ratowanie świata już nie tylko w łapskach modnisi, owa zmasowana strategia zapanowała zbiorowo. Ciekawe, czy taka okładka niebawem też się rozpadnie w drobny mak, jak np. reklamowe siateczki Media Markt. Włożyłem do szafy, zapomniałem, wyjmuję po roku, góra dwóch, i co? - rozkruszyło się paskudztwo. Bez elektroluksu ni rusz. Rękoma nie do pozbierania. Nawet te drobinki łamią się na kolejne drobinki. Powymyślali przyjazne torby, by ratować świat, a nie pomyśleli o zaśmiecaniu naszych domów, chodników, nawet włazów kanałowych, ale przede wszystkim zwolnili ludzi od samodzielnego myślenia. Spójrzmy, co się porobiło. Z nami. Ci wszyscy weganie, ekolodzy, behawioryści od zwierząt lub ludzkich zachowań, wszelacy specjaliści od jakichkolwiek wymyślonych i wmówionych nam dewiacji, a jeszcze te wszystkie sekty od zdrowego odżywiania. Patrzę, i zamiast oczekiwanego bezpieczeństwa czy porządku, widzę totalny rozpiździaj. Segregujcie te śmieci, segregujcie grzecznie według zaleceń, i tak nie unikniecie stale zwiększających się za ich wywóz opłat. Bo zawsze Wam wmówią, że inni nie segregowali, więc musimy wszyscy razem ponieść koszty. To kolejny biznes, nie żadna o nic troska.
A co do wspomnianego rozpiździaju, najdobitniej jawi się on w moim Poznaniu. Co myśmy z tego miasta uczynili. Niekończące remonty i rewitalizacje zohydziły stolicę Wielkopolski nie tylko mnie. Nikt tu nie przyjeżdża. Turyści odwiedzają Gdańsk, Wrocław, Kraków czy Warszawę, a w Poznaniu nie uświadczymy nawet koncertu kogoś światowego, ponieważ ktoś globalnie utalentowany mógłby się tylko potknąć i coś sobie uszkodzić.
Wiem, że prace remontowe mają służyć udogodnieniem, a nawet upiększeniom, tylko dlaczego od wielu lat ten Poznań non stop taki brzydki? Jedno zakopią, drugie rozkopią. Gdy to drugie się wreszcie zakończy, to już jest pierwsze do poprawki. Niekończąca się historia. Odwieczne kopaniny, wiertary, kurz i błoto.
Aż strach przejść się Starym Rynkiem, Głogowską, Wierzbięcicami, Św. Marcinem, Gwarną czy Fredry. Wszystko ohyda. Połowa lokali usługowo-handlowych pusta, szyby brudne, futryny rdzewiejące, przed posesjami nasiurane. Kamienicznicy żyłują ceny, bo niby Centrum, atrakcja więc. A tu nikt nie tworzy fajnych sklepów lub nowych gastronomicznych miejscówek widząc, że inni w tej branży nie dają rady i swoje biznesy właśnie zamykają. W ścisłym Centrum jako tako ratuje się hipsterska gastronomia, albowiem modne towarzystwo nie wie, co z dupskami począć, więc snuje się z miejsca na miejsce, tu dziabnie kawusię, tam modną tartę, a tu jeszcze piwko za osiemnaście złotych, no bo skoro tyle kosztuje, to na pewno pochodzi od fajowego undergroundowego wujka Władka, a wujek Władek nie mnoży go na taśmie, tylko co najwyżej zdrowo się do niego dosikuje.
Urządziliśmy ten Poznań, nie ma co. Przespacerować się po nim, to dopiero hardcore. Nawdychałem się ostatnio spalin od tych wszystkich koparko-spychaczy, a i nasłuchałem robolskiej gwary. Swojsko, nigdzie tyle wrażeń. Stwórzmy na tego podstawie nową jakość. Być może totalna demolka będzie właśnie tym czymś. Jest szansa, że jacyś hipsterzy załapią i popchną dobre o tym syfie słowo w świat.
Obco mi tutaj. Nie od teraz, trwa to już trochę. Ale jest mi obco w moim mieście. Wiem wiem, zaraz ruszą na mnie: zestarzałeś się Andy. Zapewne, nie przeczę. Bo ci młodzi ludzie też nie z mojej bajki. Pierdolą od rzeczy językiem, którego kompletnie nie chwytam, a wokół rozciąga się architektoniczna ruina. Jeśli więc Poznań, to najlepiej w okolicach jego rogatek. Najładniej na obrzeżach. Tam, gdzie deweloperzy powypieprzali ludzi z ich ogródków/działeczek, czyli z miejsc, które sercem umiłowali, by po nich całość zabetonować wypasionymi atanerami. Do nabycia za kredyt całego waszego życia.

I tak szpekam sobie właśnie na fragment grafiki ostatnich Stratovarius. Wykonawstwo klasa. Piękno brzydoty, a i duże skojarzenie z miastem tak mi przecież wciąż bliskim. Moje to miasto. Niechby się rozwijało na moich warunkach, a byłoby piękniej.
"Survive" to jedna z okładek roku. W sensie, strona B całego projektu, w mojej ocenie atrakcyjniejsza od ostatecznie też niezłej strony A. Oczywiście mówię o polu projektu graficznego, nie o muzyce. Na tę być może przyjdzie jeszcze czas. Wciąż się namyślam. 

a.m.


czwartek, 22 września 2022

zremiksowane animals

Lubię "Animals". Nie tak, jak "Dark Side Of The Moon" czy "The Wall", ale lubię. Ucieszyłem się więc z nowego remiksu, dokonanego przez zaprzyjaźnionego z grupą Jamesa Guthriego. Wieloletniego technika i inżyniera studia nagrań, co też mocno odpowiedzialnego za wiele istotnych czynników na rzecz PinkFloyd'owych "The Wall", "The Final Cut" czy "A Momentary Lapse Of Reason", ale również ku solowym dokonaniam Davida Gilmoura ("About Face"), Rogera Watersa ("Amused To Death"), jak również ostatecznego miksu "Broken China" u Ricka Wrighta. Co prawda, nówka remiks "Animals" ma już cztery lata, ale dopiero teraz można mu się uważniej przyjrzeć. Uspokajam, nic nie jest do góry nogami, wciąż płytę rozpoznaję, niewiele mnie nawet zaskakuje, jedynie poza kosmetycznie podrasowanym brzmieniem i uwypukleniem paru wcześniej przyciemnionych szczegółów. Niektóre z nich zawsze umykały pod zgrzytami wysłużonych winyli, więc teraz, zamiast kupowania kolejnej rowkowej edycji, tradycyjnie przystaję na wygodniejszy i niekonfliktowy kompakt. Dajcie wiarę, zagra on równie okay za kolejnych czterdzieści pięć lat, bo zdaje się tyle ten album świętował na początku tego roku. A ja wciąż mam w pamięci pierwszy z nim kontakt. U kolegi, takiego, który miał na punkcie Floydów niepohamowanego bzika, co powodowało, że ekscytował się tą muzyką od zmierzchu po świt. Jak wiemy, nocą wszystko słychać lepiej. Świat jest przyjaźniejszy, uśpiony, zawieszony. Oczywiście nie mówimy o podejrzanych parkach, gdzie w krzakach czai się zło.
"Animals" anno domini 2018, z zaznaczeniem: release 2022. Inna okładka, pomimo iż wciąż widzimy Battersea Power Station z oboma kominami, pomiędzy którymi unosi się do dzisiaj wykorzystywana na koncertach, czy to Watersa, czy wszelakich tribute bandów świnia, ale wreszcie naszym oczom ukazały się jakby liczniejsze przy Battersea rozjazdy kolejowe, no i wszystko w okowach angielskiego, pochmurnego wieczoru. Niby wszystko podobnie, na swój sposób nawet to samo, a jednak inne ujęcie, inne barwy - zdecydowanie metaliczne, ostrość, wykadrowanie, no i współczesna atmosfera.
Dobrze będzie "Animals" przerobić ponownie, ponieważ to wciąż aktualna muzyka, również w niesionych treściach. I pod względem liryki sądzę, że na aktualności nigdy nie straci. Album puszcza oko do Orwellowskiego "Folwarku Zwierzęcego", gdzie różne warstwy społeczeństwa podporządkowano pasującym do ich natury zwierzętom. Biedne zwierzaki, jakże często obwiniamy ich żywot naszymi podłościami, lecz wiadomo, że za ich przyczynkiem wchodzimy jedynie w obręby merytoryczne, a zwierzaki nadal pozostają cudownymi istotami. Nieporównanie lepszymi od nas. Uczciwymi i szlachetnymi, do czego rasa ludzka nie dociąga. Mamy więc psy, świnie oraz jedną owcę. To one nas reprezentują. Zawsze negatywnie. Bywają chciwe, bezwzględne, wątpliwe moralnie, niebezpieczne oraz okrutne. Wyjątkiem krótki do płyty wstęp oraz jej zwieńczenie, czyli tematy opatrzone tytułami "Pigs On The Wing" - w częściach jeden i dwa. I te w sumie trzy minuty stanowią za wyznanie miłosne Rogera Watersa do jego ówczesnej, 'świeżutkiej' żonki, Carolyne. Pobrali się rok wcześniej. Tak na marginesie, para przetrwała do 1992 roku, czyli do epoki "Amused To Death".
Poza tym, cały istotny środek - dwa długasy oraz jeden w rozmiarach kolos. Pomimo, iż do rozmiarów dajmy na to, takiego "Thick As A Brick", się nie umywa. A tym 'kolosem', 17-minutowe "Dogs" - rzecz o ludziach egoistach, zawistnikach i ogólnym braku poszanowania osobnikach, wykorzystujących ludzi ufnych i zarazem naiwnych do osiągnięcia własnego sukcesu. Na szczęście oliwa zawsze sprawiedliwa, tak też każdy z nich, z czasem stanie się ofiarą wznieconych przez siebie krętactw i skończy na dnie.
Tymi krótszymi, to 11-minutowe "Pigs" (Three Different Ones) - mamy tu ludzi o ograniczonym polu myślenia. Krótkowzrocznych i często tego powodem niebezpiecznych. I jeszcze numer "Sheep" - bo każdą owcę da się ugrzecznić, dać jej skrawek pola, trawę i ogłupić fałszywym spokojem, jednak zawsze może nadejść chwila, być może nawet czas rewolucji, kiedy te owce staną przeciwko oprawcom. W tym albumowym przypadku: świniom oraz psom. Nie wszystko da się przewidzieć i nie każdego zmanipulować.
I takie oto kwestie przyodziano w spodziewane PinkFloyd'owskie, zawsze rozpoznawalne nuty. Przy czym, nie będę, bo i zamiarem moim nie było rozbieranie na muzyczne części każdej z Animalsowych kompozycji, wszak myślę, że wszyscy doskonale je znamy. A jeśli nie, to do roboty!

a.m.


środa, 21 września 2022

strangers in the night

Na początku miesiąca ogarnęła nas informacja o przebytym zawale serca u Phila Mogga. Zdrowiej chłopie, miej się dobrze, wszystkiego najlepszego! Z tej okazji na dzisiaj najlepsi UFO. Koncertowe "Strangers In The Night". Wycinek z amerykańskiej trasy 1978 roku, a w zespole ostatnie chwile Michaela Schenkera, żegnającego się z fanami, jednocześnie w domyśle pada zaproszenie do nowego rozdziału, czym już za chwilę MSG.
Doskonały, dosłownie bezbłędny live. Rzecz do postawienia na półce obok innych koncertowych potęg, w rodzaju Genesis "Seconds Out", Thin Lizzy "Live And Dangerous" czy Motörhead "No Sleep 'Til Hammersmith". Choć każdy z owych lajfów z przeróżnych parafii.
Podobno "Strangers In The Night" mogło być jeszcze lepsze. Tak po latach stwierdził Schenker. Uważał, że na album nie dostarczono najlepszych momentów, przez co nie jest on reprezentatywny wobec tamtych wydarzeń. Cóż za oświadczenie. Ścinające z nóg, szczególnie, jeśli od zawsze jest się przekonanym o jego doskonałości. Albumu umacniającego mnie w sile metalu i rock'n'rolla. Dzieła, które od zawsze uważam za kolos. Ale na tym nie koniec. Dość przykrą niespodzianką okazało się też oszustwo ujawnione dopiero w ostatnich latach, kiedy dowiedziałem się, iż "Mother Mary" oraz "This Kids" wcale nie są na żywo. Ponoć nagrano je w studio, a w ramach dorzutki do całego zestawu spreparowano oklaski, i faktycznie, nigdy nie wpadłbym na hochsztaplerkę, tak doskonale oba w całość wmieszano i zmiksowano. Wolałbym jednak takich rzeczy nie wiedzieć, burzą one mą baśniową naiwność, z którą chciałbym położyć się do grobu. Ale niepierwszy to ujawniony kant i pewnie nieostatni. Pamiętam, jak przed laty uciąłem sobie pogawędkę z pewnym gitarzystą-sidemanem, który to człowiek uświadomił mnie o kulisach swojej roboty - dla kogo i za kogo nagrywał dane gitarowe partie, po czym otrzymywał tylko solidną jednorazową zapłatę, bez możliwości ubiegania o tantiemy, a na wkrótce wydawanych płytach widniało nie jego nazwisko, jako faktycznego sprawcy, lecz członka zespołu lub solowego wykonawcy. Musimy mieć świadomość, że tam, gdzie nasz pupil wymięka, wchodzi alfa i omega 'sesyjniak', który usuwa ewentualne paprochy, biorąc na siebie 'niemożliwe' do wykonania, czyli każde za trudne kwestie. A nasi idole naprawdę bywa, że nie dają rady. Lubimy ich, wierzymy w niezawodność, często w doskonałość, jednak ci nierzadko bywają tylko ładnymi buźkami. Tak też tam, gdzie nie doskoczą, najmuje się muzyków o możliwościach trampolin.
Wracając do "Strangers In The Night"... do teraz mam dreszcze, gdy słyszę tuż na wstępie zapowiedź wejścia na scenę UFO, po czym muzycy bez chwili namysłu ładują "Natural Thing", i od ręki gorąc atmosfera. Zresztą, cała pierwsza strona (z czterech dostępnych, bowiem to 2 LP) jest tak obłędna, że nie ma kiedy wziąć oddechu. Następujące po sobie "Out In The Street", "Only You Can Rock Me" oraz "Doctor Doctor" (doktorze, zabałaganiło się w mym życiu, kiedy podeszła ona i skradła mi serce) biorą w siłę koncertową magię i biją pierwowzory znane z płyt studyjnych. Muzycy grają jak natchnieni, ale i publika pompuje niesamowitą energię. Cudowne chwile, gdy podczas chicagowskiego występu, w numerze "Lights Out", gdzie Moggowi tekst nakazuje śpiewać: "lights out, lights out in London", w jednej z chwil z ust wymyka się: "lights out, lights out Chicago". Cóż za wrzawa! Podziękowanie od napierającej na tę muzykę ławicy ludzi. Och, jak dobrze było tam wówczas być. Przeżyć na własnej skórze te konkretne wykonania "Love To Love", "Rock Bottom" czy "Too Hot To Handle". Ich czar, to jak rzucić okiem na świat z kosmosu.
Do dzisiaj zachowałem pierwsze amerykańskie kompaktowe tłoczenie, błędnie zindeksowane. Nie zgadza się podział pomiędzy numerami jeden i dwa, ale drobnostka to, i tyle. Uważać muszą jedynie radiowcy, chcący bezbłędnie płytę zarzucić w eter. W domu tylko zauważymy, że coś się z czasem na liczniku nie zgadza, ale muzyka już jak najbardziej.
Nie można nie znać, nie wyobrażam sobie być fanem rocka i odrzucić coś tak niesamowitego. Ten opublikowany w 1979 roku live to świątynia wykwintnego mocnego grania.

P.S. Pierwszy po trudach zdobyty winylowy egzemplarz skradziono mi w Wawrzynku. Dla 14-latka był to nie lada cios. Zdaje się, że nawet popłynęły łzy.

a.m.


wtorek, 20 września 2022

49

Wcześniej coś jesień zawitała. Niby planowo, a jednak wcześniej. I w kaloryferach już grzeją. Najważniejsze, że buty kupione. Nie było łatwo. Przysłali rozmiar 48, bo do niedawna działał, ale chyba mi się noga rozklepała. Za ciasne. Musiałem odesłać. Na szczęście w magazynie mieli jedne 49-tki. Co prawda w innym kolorze, ale nie ma co wybrzydzać. Cieszę się, że w ogóle te buty dostałem. Internetowo, rzecz jasna. Na sklepowych półkach jedynie malutkie 42 i 43, czasem 44, do najpotężniejszych 46. Tylko takie rozmiary. Mówią, że męskie. A ja na siłownię nie wbijam i tak jakoś pod 49 urosło. Stopa a'la Loch Ness, choć wiem, że bywają lepsi.
W Radio Fan miałem kolegę z rozmiarem 50 i widywałem go jedynie w adidasach. O upragnionych szczurkach mógł tylko pomarzyć. Żal chłopa, bo ja też lubię szczurki, i tak coś sobie przypominam, że ostatnią parę dostąpiłem jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Bo i też dawno się pogodziłem, że w przypadku butów, to ja ich szukam, nie one mnie. W obuwniczym nie mogę sobie jak każdy zdrowy chłop powybrzydzać, tylko każdą wizytę rozpoczynam pytaniem: czy macie na mnie cokolwiek? I nie jest to scena z przesłuchania na komisariacie.

a.m.

music

Wspaniały repertuarowo, co też produkcyjnie wsparty Alanem Parsonsem debiut Johna Milesa. Niedziwne, że na tym współpraca obu panów się nie skończyła. Wkrótce w podzięce kilka chwil Miles podarował Parsonsowi na jego debiut'albumie "Tales Of Mystery And Imagination". I to też płyta majestat.
Co znajdziemy na "Rebel"? Na jakże stykowej pod charyzmę Alana Parsonsa płycie. Przede wszystkim rozchwytywaną w minionej epoce piosenkę "Music" - z uczuciowym pianinem, niekiedy smukłymi smyczkami oraz z jakże typową dla rodzącego się stylu Parsonsa orkiestracją (na tym polu jego dobry kumpel Andrew Powell). Wystarczy zestawić te elementy z nieco jego późniejszymi "Damned If I Do", instrumentalnym "Lucifer" bądź "Games People Play", a wszystko stanie się jasne.
Pod koniec albumu otrzymujemy raz jeszcze "Music", lecz już jako repryzę. Odpowiednio przyciętą, taki w sumie paproszek, idealny pod całego dzieła kodę. Ta oto klamra mogłaby zasugerować obcowanie z concept'albumem, jednak nie, nie tym razem.
Tak się w losach Johna Milesa ułożyło, iż "Music" to jego najbardziej rozpoznawalna piosenka. Solowa oczywiście, albowiem, gdyby dorzucić współpracę tego niedawno zmarłego piosenkarza na polu współpracy z The Alan Parsons Project, obowiązkowo należałoby uzupełnić kwestię o jeszcze jeden tytuł: "La Sagrada Familia".
Nikt takich piosenek, jak "Music", obecnie nie komponuje. Choćby nie wiem, co. Nawet ci twórcy, którzy przed trzydziestoma-/czterdziestoma laty lekką ręką nawijali podobne struny na szpule pięciolinii. Obecna ich większość wygrzewa stopy w ciepłych bamboszach, opartych o płozy sfatygowanych bujanych foteli, dzieląc się dawnymi wspomnieniami i licznymi zasługami wnukom, wątło jednak tematem zainteresowanych.
Jednak LP "Rebel" to nie tylko "Music". Cała płyta fascynuje zręcznym repertuarem, rześką formą głosu Milesa, co też Parsons'owym rozmachem. Pomimo, iż inżynier dźwięku wobec "Dark Side Of The Moon", de facto niczego tu nie zagrał, a jedynie zdominował produkcję. I co ważne, zaraczkował się stylem, który gdzieś za dwa/trzy lata stanie się powszechnie rozpoznawalny. Oto więc jedna z chwil dokumentujących ukonstytuowanie ustawień fabrycznych Parsonsa.
Wspaniałe czasy dla muzyki, co też godne upamiętnienia drobne radości całej ekipy biorącej się za "Rebel". Zarówno ukłony dla Parsonsa, Milesa, co też wszystkich tego drugiego zespołowych kolegów. Cała wspólnota po skręt kiszek zaangażowana. Czuć to w każdej nucie, zrodzonej sylabie, wdechu i zaśpiewie, pociągniętym smyczku czy szarpniętej gitarze. Płynna, szczera w emocjach indukcja. Tutaj talent i pasja wzięły się za łby. Ale co równie istotne, wyszła z tego indywidualna muzyka, nie żadna sieć czy korporacja. Bo, choć ostatecznie w brzmieniu Parsons dzieło zdominował, to nawet na ciut nie zniszczył kompozytorskiego talentu Milesa. A ten trzy utwory spłodził w pojedynkę, dzieląc pozostałe dwie/trzecie płytowego terytorium z zespołowym basistą Bobem Marshallem.
Spójrzmy na słowo wstępne do "Music": "muzyka stała się moją pierwszą miłością i będzie też ostatnią". To również jedna z wytycznych mego życia. Miał więc o czym Miles śpiewać. I dajcie wiarę, wystarczyło argumentów na całą resztę. To ważne, ponieważ, gdyby mu ich zabrakło, musiałby ciągnąć la la la...
Kolejne ujmujące momenty płyty wbiły się pomiędzy finisz strony A, a początek drugiej odsłony - rock'musicalowe numery "You Have It All" oraz tytułowe "Rebel". Rozmach, dramaturgia, plus dbałość o melodie. Ten ostatni czynnik szczególnie doceniam, albowiem mocno uleciał muzyce w ostatnim czasie. Aktualnie karmi się nasze ucho zmasowanym pokractwem, za czego lans odpowiedzialne wszystkie chciwe na łatwy hajs, gigantyczne Warnery, Sony czy Universale. Niszczące sztukę wielkoludy, które zanim stały się chciwe, paradoksalnie sztuce sprzyjały.
Wracając do "Rebel". Wielbiciele magicznej różdżki Alana Parsonsa docenią zapewne wbite pod jego styl ballady: opartą o saksofon i elektryczne piano "Lady Of My Life" oraz na pół wolniznę, a na pół granat "When You Lose Someone So Young". Jako wielbiciel musicalu, pragnę jeszcze zwrócić uwagę Szanownych Państwa na szczególnie dobre "Pull The Damn Thing Down". Rzecz naturalnie połączoną z kodą do "Music", gdzie John Miles zaśpiewał niczym Roger Daltrey. A co wiemy, wokalista The Who również miewał słabość do konwencji rodem z Broadwayu.
Piękna, spointowana wysoką jakością płyta. Wiem wiem, dzisiaj to zapadły kąt muzyka, ze złom artystami, ale w nosie mam jej teraźniejszych konkurentów. No może za wyjątkiem ostatniej płyty, tak często dziś przywoływanego Alana Parsonsa - "From The New World" - rzeczywiście w trzech/czwartych przecudownej.
Żałuję, że "Rebel" wciąż me podniebienie straszy na trzeszcząco. Nie wiem, jak to możliwe, że dotąd nie wyrwałem tak dobrej muzyki na CD. Ale z drugiej strony, jak dobrze mieć tyle przed sobą.

a.m.


poniedziałek, 19 września 2022

odeszła Irene Papas

Dopiero się dowiedziałem. Nic nie szkodzi. Tych parę dni obsuwy to przecież kruszynka wobec kosmicznego bezmiaru.
14 września zmarła greczynka Irene Papas. Przede wszystkim Aktorka (m.in. "Działa Nawarony", choć z uwagi na swego rodzaju 'posągową', nad wyraz interesującą urodę, niekiedy obarczana rolami mitologicznymi), jednakże w bliższym mi świecie, świecie muzyki, najwyższej próby śpiewaczka.
Chyba każdy z nas ma na półce wspólne jej dzieła z Vangelisem - "Odes" oraz "Rapsodies" - i jeszcze pod fakt poddam zaistnienie jej głosu w tyciu fragmencie sporo wcześniejszego "666" u częściowo Vangelis'owego Aphrodite's Child. Dawne dzieje, jednak muzyka jak najbardziej warta zmumifikowania.
Nawiedzonego Studia praktycznie nie ma, musicie więc Mili Państwo dosłuchać na własną rękę śpiewu Irene w domowym zaciszu.
Ukłony, Irene!

a.m.

niedziela, 18 września 2022

gospodarz w gościnie

niedziela, 18 września 2022. Warta - Lech
Stadion przy ul. Bułgarskiej 17 w Poznaniu. Podobno Warta u siebie, a Kolejorz na wyjeździe.

Liczę, że na przyszłość Warta oszczędzi sobie statusu gospodarza w miejscu, gdzie zawsze bywa gościem.


Dziękuję za uwagę.

a.m. 


bad reputation

Wrzesień 1977. A więc to już 45 lat.
Na okładce jedynie ich trójka: Brian Downey, Scott Gorham i Phil Lynott. Ale jest jeszcze szansa, by zobaczyć całą czwórkę, trzeba tylko zajrzeć na rewers okładki. I zguba się znajduje. Brakujący Brian Robertson wraz z kolegami, wszyscy raczej w dobrym nastroju. Dlaczego tak? Otóż Brian Robertson nie chciał zaistnieć na okładce, ponieważ nie czuł się już członkiem Thin Lizzy, choć na "Bad Reputation" zagrał jeszcze w trzech utworach. Na następnym albumie - "Black Rose" - zastąpi go Gary Moore. Nie na długo, ale równie udanie. Ten trzyosobowy skład dobrze koresponduje z podziękowaniami, jakie maleńkim drukiem Thin Lizzy ślą dla Rush. Też przecież trójki niezłych wymiataczy, choć z tyciu innej bajki. Ale też, w ogóle cud, że pomimo licznych w obozie Lizzy perturbacji, ta płyta wyszła tak wspaniale.
"Bad Reputation" to wraz z "Jailbreak" oraz "Johnny The Fox" jeden z moich albumowych pupilów tych cudownych Irlandczyków. No oczywiście, nie zapominając o genialnym koncercie "Live And Dangerous". Pomimo, iż koncerty rządzą się innymi prawami.
Kawał roboty odstawił Tony Visconti. Wyjątkowo wrażliwy i dopinający wszystko w szczegółach producent, czujący tę muzykę, dlatego pozostał jeszcze z ekipą do "Black Rose".
Tylko jeden singiel - "Dancing In The Moonlight (It's Caught Me In The Spotlight)", a wrażenie, jakby była ich co najmniej połowa albumu. Bo wszyscy wielbiciele grupy traktują jako single, tytułowe "Bad Reputation", co również "Soldier Of Fortune", "Southbound" i "Killer Without A Cause". Dla mnie dodatkową lutą obowiązkowo jeszcze "That Woman's Gonna Break Your Heart". Utwór, którym nigdy nie potrafiłem się nasycić. Lubię go szczególnie, i z tego, co wiem, niewielu w mym życiu próbowało znaleźć otwór, z którego wypływa mój zachwyt. Ale nie narzekam, dobrze mieć coś tylko swojego, wręcz idiolektycznego. Nastąpiło tu wspólne gitarowanie Gorhama z Robertsonem. Jedyny taki na albumie akcent. I od razu takie coś!
Posłuchajcie Downeya, jak szarżuje, a potem wali w bębny w tytułowym "Bad Reputation", albo, jak Lynott wypluwa serce we wspomnianym przed chwilą "That Woman's Gonna Break Your Heart", co też melodii, nastroju oraz od poczęcia ikonicznej linii basu w "Dancing In The Moonlight" (tu dodatkowo świetny Supertramp'owy John Helliwell na saksofonie) , a przecież jeszcze po królewsku Scott Gorham solówkuje w "Soldier Of Fortune" i "Southbound", zaś Brian Robertson generuje niesłychanie boskiego zadziora w "Killer Without A Cause". I nie wchodziłbym mu w drogę - zmiata! Momentem wytchnienia, eleganckie "Downtown Sundown". Znowu nieoceniony Gorham. Zagrał, że...!
Wyciągnięte z półki najulubieńszych. Lecz w sferę autoemocji dziś głębiej wchodził nie będę. Za rekomendację niech posłuży Caleb Followill, muzyk Kings Of Leon, który też to uwielbia. 

a.m.



sobota, 17 września 2022

a song for all seasons

W okresie 1977/78 na Wyspach wzbierało na punku i nowej fali, a Renaissance wciąż grali swojego coraz bardziej niemodnego, orkiestrowego rocka. Tak pachnącego naftaliną, jak we wczesnej podstawówce nauka o Chopinie. Pamiętam te nudy. Dziewięcio-/dziesięciolatek kompletnie nie potrzebuje takiej muzyki (chyba, że najdzie go geniusz), więc pojmuję tych wszystkich na mydło odstrzelonych irokezów, co czuli słysząc "Day Of The Dreamer" lub "Closer Than Yesterday". To musiało być niczym wyczekiwanie na upragniony dzwonek po nudnych czterdziestu pięciu minutach lekcji systemu pruskiego, wysiedzianej na baczność w zawsze niewygodnej ławce.
Kiedy i jak posłuchać "A Song For All Seasons" podpowiada okładka. Niekoniecznie albumowy tytuł. Spójrzmy: jesienna plucha, płaszcz, szal, kapelusz, niebo zaciągnięte sinizną. Ale muzyka wręcz przeciwnie - cudowna. Od razu mi cieplej. Od początkowego "Opening Out" wiadomo, że nie spotka nas tu żadna brzydka niespodzianka. Króluje urodzony pod estradę, duży głos Annie Haslam, są też wszystkie potrzebne wobec symfonicznego rocka składniki. Z tym, że ich wykorzystanie różni się od tego, co usłyszymy na płytach Yes, ELP bądź Gentle Giant. W tym przypadku nacisk położono na nastrój, nie salta.
Sporo delikatnej gitary, najchętniej akustycznej oraz pianina - zupełnie jak na tych najwcześniejszych płytach Renaissance. W wokalną paradę wobec Annie bywa, że wchodzi basisto-gitarzysta Jon Camp. Och, jak lubię słuchać tego jego 'akademickiego' głosu. Jest przeuroczy, o ile wypada zastosować takie odniesienie. Cóż za niesamowita, na schyłek strony A kompozycja "Kindness (At The End)". Czuć ją widokiem upragnionej latarni. Camp skomponował to piękne coś na własne potrzeby. I słusznie, o sobie też trzeba pomyśleć.
Na stronie B bez zmian. Wciąż dużo Annie, jej potężnego, a kiedy trzeba: wyciszonego śpiewania, gdzieniegdzie wspomaganego orkiestrowymi filharmonikami i oczywiście codziennymi wspólnikami 'zbrodni', czyli rock'sekcją Renaissance. W "Northern Lights" robi się nieco filmowo, pomimo iż przecież do tego celu wykorzystano otwieracz z B, kompozycję "Back Home Once Again". Ale chyba wszyscy czekaliśmy na finalne 11 minut, czym tytułowe "A Song For All Seasons". Mini suita, fakt, będąca jedynie mini możliwościami grupy, gdy tylko wspomnimy taką "Scheherezadę", lecz i tak całość rozwija się na pełen ekran.
I pomyśleć, że Renaissance mają w katalogu parę wyżej wycenianych płyt, typu "Scheherazade And Other Stories" lub "Turn Of The Cards". Że koniecznie dorzucę jeszcze "Illusion", niekiedy aspirujące do terminu 'dzieło'. Rzecz sprzed okresu Annie i genialnym "Face Of Yesterday". Kawał muzyki. Gdyby świat zechciał się w nią wsłuchać, stałby się lepszym, z rozsupłanymi sznurami nienawiści, a konflikty oraz wojny dotyczyłyby jedynie literatury dawnej.
A za oknem jesień ...

a.m.


piątek, 16 września 2022

just one more thing

Eric Cantona, kiedyś charakterny gracz, przy tym potężny, silny i o sporych umiejętnościach. Nie mieli z nim łatwo rywale, co też sędziowie. Oglądanie go na boisku było prawdziwą przyjemnością. Dla mnie szczególnie, ponieważ w ogóle lubię przeróżnych niesfornych, takich nieuporządkowanych wobec reguł. Dlatego moimi piłkarskimi pupilami żadni tam Ronaldo czy Messi, a prędzej mąciwody, typu Gennaro Gattuso lub tenisowy rozrabiaka/awanturnik John McEnroe.
Podoba mi się apel Cantony o bojkot piłkarskich mistrzostw w Katarze. I nawet nie z powodu zarzucania Katarowi braku futbolowych tradycji, czy nietypowego wobec Mundialu kalendarium, a z racji niewolniczego i odartego z godności ludzkiej przygotowania gospodarzy całej tej imprezy. Popatrzmy, ilu ludzi potraktowano niewolniczo i jak wielu z nich zginęło podczas prac budowlanych, nie tylko samych stadionów - ponoć tysiące. Wszystko umiejętnie zatuszowane, tak, by napływ reklam oraz kibiców sprzyjały 'dobrej' listopadowo-grudniowej zabawie.
I choć najprawdopodobniej ja sam nie powstrzymam się od kibicowania, ogromnie szanuję podejście Cantony. I tu przyhamujmy, ciekawostka, otóż ten niedawny jeszcze wirtuoz piłki zadeklarował, iż zamiast oglądać katarowy Mundial, w tym czasie ma zamiar obejrzeć wszystkie odcinki Columbo (a propos, dzisiaj urodziny Petera Falka) - a jest ich prawie siedemdziesiąt - ponieważ dawno nie miał okazji. Teraz się wytwarza. Tak trzymać Panie Cantona!

a.m.

 


czwartek, 15 września 2022

odszedł David Andersson

Z przykrością wczoraj przyjąłem wieść o śmierci Davida Anderssona - muzyka Soilwork oraz The Night Flight Orchestra. Szczególnie bliski mi ten drugi zespół. David, obok lidera - Björna Strida, był jego drugą centralną postacią. Instrumentalnie spełniał się na polu gitary oraz instrumentów klawiszowych, ale był jeszcze kompozytorem oraz tekściarzem.
W wydanym przez zespół oświadczeniu przeczytałem:
"Dobranoc słodki doktorku. Wszyscy mamy nadzieję, że wreszcie zaznałeś spokoju. Będziemy za to Tobą bardzo tęsknić. Byłeś jedynym w swoim rodzaju genialnym muzykiem. Niestety alkohol oraz choroba psychiczna zabrały nam Ciebie. To bardzo boli.
W tym dniu rodzinie Davida Anderssona składamy najszczersze kondolencje. Jego muzyka będzie żyła wiecznie. Dziękujemy za wszystkie niezapomniane chwile. Do zobaczenia po drugiej stronie". --
podpisani poszczególni członkowie The Night Flight Orchestra.
Muzyk nie dożył nawet pięćdziesiątki, nie powącha też niebawem planowanego, a w sporej mierze spiętego nowego albumu, w którego tworzenie także miał wkład, jak zresztą we wszystkie wcześniejsze.
Nie udało mi się do tej pory zawitać na występ Orkiestry Nocnego Lotu, choć jeden raz było całkiem blisko. Kiedyś wierzę marzenie się spełni, jednak Davida Anderssona wstawię pomiędzy jego kolegów na scenie już tylko za sprawą wyobraźni, albowiem dla mnie On wciąż z nimi jest.
Fantastyczna postać, jestem potężnie wdzięczny Davidowi za kawał tak bliskiej mi muzyki.
Żegnaj Panie Andersson, ukłony od Nawiedzonego Studia!

a.m.

 

środa, 14 września 2022

multiple flash

Zmarłego przed dwoma laty Pete'a Carra każdy z nas ma na przynajmniej kilku płytach (choćby Roda Stewarta czy Arta Garfunkela...), jednak najpewniej jego talent zgłębić na solowym polu, gdzie żaden, nawet najlepszy głos, nie przyćmi jego fascynującej gitary. Ewidentnie inspirowanej freejazz/bluesmanami, z przechyłem na dokonania Roya Buchanana, Jeffa Becka, Ry Coodera czy nawet Rory'ego Gallaghera, który w oferowanym przez siebie blues rocku niecodziennie odlatywał. To ta sama szkoła, z której chochlami czerpał też Gary Moore, oficjalnie oddany zresztą talentowi Roya Buchanana, a gdzieś pomiędzy nasz dzisiejszy bohater Pete Carr. Raczej średnich lotów wokalista, czego o umiejętnościach gitarowych powiedzieć nie sposób. Te tylko najwspanialsze.
Na dzisiaj drugi solo album Carra - "Multiple Flash", i jednocześnie ostatni. Spójrzmy na okładkę. Dla jej projektu warto zachować winyl, choć nadal będę dążyć do postawienia na półce niekonfliktowego kompaktu. Nośnika beztrzaskowego i stresogennego zarazem.
Carr to przede wszystkim sideman, co także członek Muscle Shoals, ale też bez pardonu wkroczył niegdyś w członkostwo Hourglass braci Allmanów - Duane'a oraz Gregga. Mało tego, miał nawet szansę na Allman Brothers Band, ale nie wiedzieć czemu, zrezygnował. A może wysiudał go Dickey Betts?
"Multiple Flash" pod względem repertuarowym nie jest na równo wypoziomowaną płytą, za to w każdym utworze usłyszymy faceta, który cieszy się grą, ma swoje brzmienie, charakter oraz wiedzę w temcie gitary, jakiej nie znajdzie żaden wymoczek w byle jajku-niespodziance.
Na przytoczonym longu otrzymujemy kilka autentycznie fascynujących chwil, jak dajmy na to, zestawione jeden po drugim instrumentale: żywiołowe jazz/funk/blues'rockowe "Canadian Sunset" oraz tylko momentami tyciu wolniejsze "The Southern Cross". W pierwszym Butch Leadford używa bezprogowego basu, czyli wchodzi na poziom gry ciałem i duszą, bez spod firanki podpatrywania. W drugim bosko poużywał sobie, niekiedy nawet na freejazzowo, klawiszowiec Randy McCornick. I to jest znaczna część drugiej strony płyty, a co na pierwszej? Polecam otwierające, leniwe, GaryMoore'owo/RoyBuchananowe "Someday We Will". Instrumentalna ballada. Byłby z niej niezły podkład filmowy, dajmy na to, na podobieństwo czegoś w duchu 'novotelowej' sceny z 'Wielkiego Szu'. No, ale ja tak ciągle powołuję się na polskie filmy, szczególnie te starsze, albowiem idąc głosem Nikosia, polski mam żołądek, a zagraniczne mi szkodzi. No, może poza muzyką. Ta akurat, gdy nie polska, pieszczotliwie balsamuje me zmysły.
Wymieniłem więc same instrumentale, a przecież płyta skrywa też trochę śpiewu. Nie jest on jednak nazbyt istotny, więc odnotujmy jego fakt, acz się nim nie zaprzątajmy.
Gdyby nie kilka wytrawnych ślizgów po gryfie oraz saksofonowe solo w "Take Away The Wheels", ogólnie można uznać za szkodę czasu dla tego funk'roczka, podobnie, jak nie bardzo odnajduję się w tytułowym instrumentalu "Multiple Flash", gdzie Carrowi raczej chodziło o pokaz akrobatyki, wymuszeniu na odbiorcy bioderkowych serpentyn, zamiast pokarmu dla duszy. Wieńczące stronę A "Rings Of Saturn", przy dwóch powyższych, to coś całkiem całkiem i ogólnie może być. Bo skoro o finałach mowa, polecam ten ze strony B. Niczym tort weselny okazały, z ogromem wiwatujących sztucznych ogni. Właśnie wjeżdża. Warto było w brzuchu zostawić na niego trochę miejsca. 9-minutowy cover "Knockin' On Heaven's Door". Oj błędem, jeśli ktoś zignoruje. Bo kto wie, być może właśnie delektujemy się najlepszą wersją tej uznanej od mych smarkatych lat piosenki, której gitary, brzmienia, atmosfery oraz włożonego uczucia nie powstydziłby się sam Dylan, co i Clapton, Slash oraz wszyscy inni, którzy w swym żywocie przyssali tę koszulę do ciała. Pete Carr z szacunkiem dla pierwowzoru, ale też niezwykle wyważenie, bez pochłaniania cennego czasu tu pośpiewał, ledwie tyle, co pod rozmiar buta, by nie uwierało bądź wylatało. Najważniejsza cała w instrumentach reszta, należąca do objęć kilku rozgrzanych i nieopanowanych w emocjach rock'dżentelmenów, którzy scoverowali ten numer, jak nikt dotąd, nikt później. I to się nazywa inwencja oraz chęć udowodnienia wartości. Celem przyjęcia orderów wszyscy wystąp!

a.m.


HEATHER NOVA "Other Shores" (2022)

 


HEATHER NOVA
"Other Shores"
(Odyssey Music Network)


Nie jest rockowo. Jest delikatnie i oszczędnie. Tym razem Heather Nova na surowo i intymnie, w sobie tylko wymyślonych aksamitnych wersjach klasycznych piosenek Stinga, Neila Younga, Journey, Johna Lennona i jeszcze paru innych wykonawców. Piosenkach odartych z dawnych aranżacji, niemal do szkieletu. Zabrała się za wszystko od początku, zostawiła nuty i słowa, lecz za ich przyczynkiem zrealizowała znane nam wszystkim melodie na modłę filigranową, głównie na gitarę akustyczną, wiolonczelę i oczywiście głos. I choć z natury dźwigam rockowe ucho, do tego lubię pełne brzmienie, tym razem nieźle posłużył mi krystaliczny ton tego albumu. Bo oto obcujemy z męskimi piosenkami, w których interpretacje odważnie wkroczyła dziewczyna. I wyszło zupełnie inaczej, niż po spojrzeniu na listę repertuaru podpowiedziałaby nam wyobraźnia. Bo i takiego "Never Gonna Give You Up" - Ricka Astleya, nie rozpoznałbym nawet z latarką. Posłuchajcie, co zrobiła z numerem Buzzcocks "Ever Fallen In Love" - genialne!
Heather nigdy do tej pory nie zrealizowała się w podobnym tonie, pomimo iż nieraz padały podpowiedzi, nawet autosugestie, gdy okazjonalnie chwytała przecież za "The Ship Song" Nicka Cave'a czy "Starman" Davida Bowiego, choćby. Ale teraz sypnęło z kufra, kiedy na jednej płycie doszło do aż trzynastu fascynujących interpretacji, z których ta urodzona na Bermudach Brytyjka utka niejeden zapierających dech występ. Jeden z nich niebawem w Warszawie. I oby - nie jak w listopadzie dwa tysiące jedenastego - tym razem dowaliła frekwencja.

a.m.

tracklista:
1. "Waiting For A Girl Like You" (Foreigner cover)
2. "Jealous Guy" (John Lennon cover)
3. "Stayin' Alive" (Bee Gees cover)
4. "Fireproof" (The National cover)
5. "Never Gonna Give You Up" (Rick Astley cover)
6. "Don't Stop Believin' " (Journey cover)
7. "Here Comes Your Man" (The Pixies cover)
8. "Fragile" (Sting cover)
9. "Like A Hurricane" (Neil Young cover)
10. "Cold Little Heart" (Michael Kiwanuka cover)
11. "Ever Fallen In Love" (Buzzcocks cover)
12. "Message Personnel" (Francoise Hardy cover)
13. "Sailing" (Rod Stewart cover)

poniedziałek, 12 września 2022

Heather dojechała

Znowu perfekcyjny, błyskawiczny Amazon. Nowiuśka Heather Nova zamówiona w czwartek późnym wieczorem, po czym od razu informacja: w piątek wysyłka. I tylko z uwagi na weekend, 'dopiero' w poniedziałek u mnie. Właśnie dotarła. Zgodnie z obietnicą. O proszę, i nie potrzeba żadnych PayPal czy innych labiryntów.
Płyta jeszcze zafoliowana, a w moim programie najwcześniej w pierwszą niedzielę października. Musiałem jednak Szanownym Państwu wspomnieć, bo mnie radością szaleńczą roznosi.
Na "Other Shores", co wiemy już od pierwszego o tej płycie newsu, same covery, a już niebawem przekonam się, jak ta niesamowita dziewczyna je wykonuje. Tytuły hitów Stinga, Journey, Foreigner, Johna Lennona, Bee Gees czy Neila Younga, rozpalają wyobraźnię. Wkrótce szepnę słówko, jak wyszło.

a.m.

dramatyczne końcówki

Lubię być donosicielem dobrych wieści. I tylko taki rodzaj donosicielstwa mnie interesuje. Bo oto Drodzy Państwo, w kilku wydaniach N.S. posłuchaliśmy albumu Nestor "Kids In A Ghost Town", który wiem, że się spodobał, lecz nie wszystkim udało się go zdobyć. Dotąd w grę wchodził jedynie import, z długim oczekiwaniem i za niemałe pieniądze. Ale już od 30 września płytę dystrybuować będzie nasz Mystic Production. Cena 66 złotych. Zachęcam do zakupów. Bezpośrednio u źródła. Nie dajcie się nabrać zawsze przeginającemu Empikowi. Cena u Mystic, biorąc pod uwagę inflację, całkiem okay. Spójrzmy na ceny masła, cukru czy ciemnego chleba z nasionami, w który zaopatruję mego schorowanego Tatę. Mały bochenek kosztuje 9 złotych. Kula lodów cassate w moim osiedlowym spożywczaku wyceniana jest na 16 złotych. W zasadzie każde drobne, podręczne zakupy, podchodzą pod stówę, tak więc 66 złotych za wspaniałą muzykę na pewno nikogo nie rozczaruje.

Mojego serdecznego kolegę okradziono w jego własnej firmie. W głupim miejscu trzymał portfel z dużą ilością gotówki, którą ciężko uzbierał na czynsz, i wyobraźcie sobie, okradł go klient. Ale nie ma kamer, nie ma śladów, brak dowodów. Trzy tysiące siedemset złotych rozpuściło się w kwasie chciwości pewnego bydlaka. Tak się przejąłem, że nie mogłem zasnąć. Dorwałbym drania i skuł mu mordę. Przepraszam za ton, w jakim to oznajmiam, ale czuję potężne wzburzenie.

Sukcesy polskich sportowców cieszą - siatkarze plus Iga - jednak mnie najbardziej zabolał nieuznany, a autentycznie piękny gol Milika w doliczonym czasie gry. Byłby hitem włoskiej kolejki, ale przede wszystkim jakże ważnym na trzy dwa dla Juve. Zamiast szampana, całe zajście skończyło się dla Arka czerwoną kartką. I uwierzcie lub nie, kluczowa akcja meczu, właśnie wykonywany rzut rożny, i jeszcze przed jego egzekucją nachodzi mnie myśl: zaraz Milik trzaśnie gola, czuję to. I trzasnął! Aż złożyłem dłonie. No, ale jednak gol nieuznany. Szkoda. Byłby piękny polski akcent w Turynie. Tym bardziej, że dla przeciwnej Salernitany budę huknął też Krzysiu Piątek. Skończyło się dwa dwa, a Juve wciąż daleko od peletonu Serie A.
Żal Kolejorza, bo i w Szczecinie też głupia końcówka, owocująca niepotrzebną stratą gola. Do zgarnięcia pełnej puli zabrakło niemal dopięcia rozporka. Nie wolno tracić koncentracji nawet na ułamek. No, ale piękno futbolu właśnie żywi się drobnymi błędami. Gdy jesteśmy już myślami w szatni, a przeciwnik wzbiera na koncentracji i wierze w osiągnięcie celu, trzeba kontrolować wydarzenia pod własną bramką niczym ochronę przed śmierciodajnym karabinem. Dramatyczne końcówki, po których jednych radość, drugich łzy - oto sól piłki. I to też czyni futbol tak pięknym. Żadna, powtarzam: żadna inna dyscyplina sportu, nie jest równie fascynująca. Amen.

a.m.


niedziela, 11 września 2022

Pan bluesowy na moim FM

Dzisiaj druga 'niemożliwa' niedziela z czterech nam nadanych. Jeszcze trochę. To 'tylko' cały wrzesień.
Ja osobiście wieczór mam zagospodarowany. Będzie on niestety z dala od radioodbiornika, ale o czym dobrze wiecie, mnie akurat słuchanie wszelakich audycji nigdy nie kręciło.
Nawiedzone Studio poprowadzi Krzysztof Ranus. Z jego obietnic wnioskuję, że będziecie Drodzy Państwo zadowoleni. Tym bardziej, iż w mijającym tygodniu urodziny obchodził Ryszard Riedel. Myślę, jest szansa na dawny Dżem.
Przekazałem Krzyśkowi moje pole, ponieważ uważam go za najlepszego zastępcę dla tej audycji. Polecam!

a.m.

in one eye and out the other

Bracia bliźniacy Ernie i Earl Cate'owie, jako Cate Bros. Obecnie duet zapomniany, w Polsce nawet nie zaistniały, w Stanach niegdyś wielkie coś. Ale amerykańskie tandemy nigdy nam nie leżały. Nie miały brania u potomków Piastów i Jagiellonów. No, może poza Simonem & Garfunkelem i jeszcze panami Hallem & Oatesem - i to też ze trzy/cztery numery na krzyż. I tu mógłbym nieźle nawyliczać, ale za przykład weźmy, iż w tej materii śpiewania ominęli nas, choćby Seals & Crofts bądź Sanford-Townsend Band. I tylko żal, że nikt takiego muzykowania w Polszy nie promował, nie zechciał nawet przetestować.
Cate Bros. pierwsze płyty nagrali dla małej wytwórni, ale szybko wyszarpnęli kontrakt od Asylum Records (dla tej firmy, gdzie w latach 70's nagrywali Eagles), pod których egidą późniejsze, jak i te płyty, pojawiły się na półkach niemal całego świata. I oto właśnie jedna z nich - "In One Eye And Out The Other" /1976/ - dzieło z wysokiej jakości rock/soulem, a więc gatunkiem raczej zarezerwowanym dla czarnych, jednak nie po raz pierwszy przepuszczonym przez białe gardło.
W latach siedemdziesiątych Cate Bros. dopięli cztery albumy, w latach osiemdziesiątych nic, a powrót w nowych czasach nie wyzwolił u młodszego odbiorcy należytego zainteresowania. W ten sposób legenda braci Cate wciąż sięga odległej dekady 70's, ale nie wolno zapomnieć.
Album "In One Eye And Out The Other" namaszcza się również gigantycznymi sidemanami. Spójrzmy, jakie nazwiska: David Foster, Steve Cropper, Jim Horn bądź Michael Baird. Nie przelewki, sami mocarze.
Ernie śpiewa fantastycznie, zaś Earl cuduje gitarą przeróżne rytmy, generując chwytliwe akordy i melodie, często sprawnie solówkując. Weźmy dla przykładu numer tytułowy - maestria!
Na całości rozciąga się dużo dobrego. Nie sposób tyłka oderwać z fotela. Weźmy na poczet mych zapewnień otwierające "Start All Over Again" - cóż za cudowny refren, a i błyskotliwy Foster w grze na organach. Wiele się dzieje.
Przykuwa też ciepła ballada "Music Making Machine" - z elektrycznym pianem, dwoma gitarami - akustykiem oraz nieco pod Eagles elektrykiem - do tego osadzone w końcówce skrzypce. Tylko w tym numerze je zastosowano i od razu buchnęło melancholią.
Pasujące jak ulał do Blues Brothers "Travelin' Man" wyróżnia praca na dwa klawinety plus dwie trąbki, a i ogólny rozrywkowy charakter.
Na deser pozostawiam wisienkę na torcie, czym swingujące "Where Can We Go". Coś kapitalnego! Gramofon rozkołysał się w tego rytm, aż drzewa na mym osiedlu liśćmi zawiwatowały. Tak dobre, że koniecznie nastawię raz jeszcze.
Płyta na dzisiaj i za sto lat. 

a.m.



piątek, 9 września 2022

change no change

Elliot Easton to o nieco Roxette-/wczesno-Pretenders'owym wyglądzie gitarzysta The Cars, z jedynym solo albumem na koncie. Rok wydania 1985, a więc nie stykowe, a umowne dwanaście miesięcy po szałowym "Heartbeat City". Mógł Easton sobie pozwolić. Wreszcie oddech, presja wielkiego dzieła zeszła, The Cars płytą z "Drive" wbili na trzecie miejsce Billboardu, nadszedł więc czas na skok w bok. I oto "Change No Change" - fajna płyta, acz powiedzmy od razu, bez odpowiedników "Since You're Gone", "Just What I Needed", "I'm Not The One", "Why Can't I Have You" bądź "Drive". No, ale Easton przecież też ich nie komponował, bo i od zawsze stronił od nawijania tuż po kluczu wiolinowym. Nie rwał się za partytury, a zdecydowanie za wycinanie na gitarze, w czym zresztą bywał bezbłędny. A tymczasem popróbował sztuki komponowania wraz z Julesem Shearem - trochę niespełnionym talentem od epizodycznych, niezłych hitów dla Alison Moyet czy Cyndi Lauper.
Na "Change No Change" niekiedy znajdziemy symulacje The Cars, jednak nie o tak potężnej sile rażenia. Za prawdziwe smaczki robią tu przeróżne po strunach harce Eastona, zarówno na 6-, jak i 12-strunowej gitarze, ponadto syntezatorze gitarowym, basie, nawet elektrycznym sitarze. No i poznajemy jego głos. W The Cars nie było okazji, wszak muzyk bywał tam jedynie chórzystą, a pierwsze wokalne skrzypce należały do Rica Ocaska plus w drobniejszym stopniu Benjamina Orra.
Produkcyjnie też niezła robota. W tej nie zawsze docenianej dziedzinie Stephen Hague (od m.in. OMD i Pet Shop Boys) oraz Jon Mathias - wtedy gość z innej bajki, od choćby paru płyt Manowar.
Strzelista, jak na me ucho ballada "Wide Awake", z pięknym gitarowym solo. Otrzymujemy ją na absolutnym finiszu. Rzecz warta grzechu. Lecz dla jasności, nie jest to płyta z przytulańcami, resztę wypełniają zgrabne, melodyjne, pop/rockowe, niekiedy r'n'rollowe kawałki. Najlepszymi: "Tools Of Your Labor", "(Wearing Down) Like A Wheel", "The Hard Way" oraz, jakby trochę pod nutę 60's, "Shayla".
Wśród podziękowań, gdzieś na rewersie okładki, pada nazwisko Roya Thomasa Bakera - wczesnego producenta The Cars, ale słusznie skojarzymy go również z Queen. Baker wyszedł Eastonowi inicjatywą nagrania tego solo albumu, acz jego rola na tym się skończyła.
Nic wielkiego, ale posłuchać warto. Fani The Cars obowiązkowo.

P.S. Na labelu błędnie zapisano tytuł, jako "Change To Change".

a.m.


emeryt

Na ogólne dobre samopoczucie wybrałem się do fryzjera. A konkretnie, fryzjerki. Pani szefująca nożyczkami, w regularnie przeze mnie odwiedzanym gabinecie, tym razem zaskoczyła innym fartuchem. Zniknął z pola widzenia dotychczasowy, reklamujący firmę Scharzkopf, i trochę dziwne uczucie, bo się przyzwyczaiłem. Atmosfera tradycyjnie przyjemna - radio nastawione, ładnie wypachnione, nawet rzut okiem przez szybę zakładu dostarcza nieco drzewnej zieleni. Siedzę więc sobie beztrosko, daję się raz po raz sprayem z wody popsikać, tu i ówdzie podstrzyc, gdzieś na karku podmaszynkować, a najfajniej, gdy kobiece dłonie bałaganią w mych włosach. Pani fryzjerka nieźle cieniuje, z reguły pamięta o naddatkach na brwiach, ale zawsze w domu poprawiam baczki. Te tradycyjnie wychodzą na nie, czyli nie, jak lubię. No i, jak to na fryzjerskim fotelu, gadka-szmatka. O filmie, muzyce i kosmosie nie, nawet nie zdecydowanie, co wiem od pierwszej wizyty, ale wszystko inne może być. Czas na fotelu upływa raczej miło, z każdą chwilą włosy ciemnieją, większość tych srebrzystych już pod stopami, zatem dzieje się dobrze. I tak do momentu zapłaty, kiedy już mam wychodzić, lecz ciągle jest tyle do pogadania. Nadchodzi wreszcie czas, gdy ostatecznie chwytam klamkę w dłoń, za chwilę planując znaleźć się po drugiej stronie drzwi, a tu raptem, w nawiązaniu do finału jednego z tematów, na odchodne z ust pani fryzjerki pada zapytanie, i przyznam, zmieniające dotychczasowe o sobie myślenie: "czy pan jest na emeryturze?". Cios. Zdecydowany, prawy sierpowy, znienacka. Nie zdążyłem wziąć w gardę. I choć raczej nie bywam przewrażliwiony w kwestii ujawniania ilość przebytych lat, jak z reguły należy w tej materii stosować delikatność wobec pań, to najzwyczajniej tego dnia nie spodziewałem się. Przed oczyma stanął mi tytuł Dżem'owego albumu "Dzień, w którym pękło niebo", i wiecie co, Drodzy Państwo, zaraz po powrocie do domu popatrzyłem w lustro - faktycznie, tu jeden zagniot, tu kilka innych, jakieś szramy, zmarchy, przebarwienia, ogólnie twarz zniszczona, umęczona, wyraźnie nie nowa. Na nic więc jedna czy druga przykrywka, że tu niby jakieś odmładzające przetarte dżinsy, luzackie t-shrty, w dźwiękach rock'n'roll, w sercu i umyśle wciąż chłopak, czy inne tam wymówki. Andy, stary dziad z ciebie, przyjmij, pogódź się. Pierwszy poważny symptom twego zdziadzienia ujawniono właśnie wczoraj w zakładzie kosmetyczno-fryzjerskim, na którego najnormalniej Andy powinien ustrzelić focha, jednak prawdę należy przyjąć z godnością. Zapamiętajmy datę: 8 września 2022. Od tego dnia rozpoczynam jesień życia.

a.m.


czwartek, 8 września 2022

skrucha

Chciałbym jak najszybciej zakończyć sprawę z moim zawieszeniem w radio. Napisałem właśnie do wszystkich Aferowiczów przeprosiny. Oczekiwano ich ode mnie, ale ja też się do nich poczułem. Co prawda, były one wynikiem wcześniejszego urażenia mojej, nie zawsze skromnej osoby, ale okay, zostawmy to.
Nie ukrywam, że do zażegnania sprawy, w dużym stopniu właśnie Państwo się przyczyniliście. Wasza zachęta bezcenna. W zasadzie winny Wam jestem podziękowania, co niniejszym czynię.
W licznej korespondencji 'nadziałem' się na wiele wspaniałych i mądrych treści, których chyba potrzebowałem. Dobrze poczuć, co myślą inni. I choć wolę polegać na sobie, to pewnie w tym konkretnym przypadku daleko bym nie zaszedł.
Pragnę się z Wami jeszcze nie raz, nie dwa usłyszeć, mam całą masę świetnej muzyki, a w ostatnich dniach napłynęło dodatkowo nieco gorąc'nowości, które z przyczyn wiadomych musimy sobie odłożyć. Oczywiście byłoby cudownie, gdyby mi karę czterech absencyjnych niedziel skrócono (jedna już za nami), być może na zasadzie więziennej - za dobre sprawowanie. Nigdy nie traćmy nadziei. W wiele warto wierzyć, a w naprawialność świata oraz ludzi, szczególnie. Popatrzcie na mnie. Po niestosownym tekście z 22 sierpnia br. (już usuniętym), wyszedłem na buraka, a teraz posypuję głowę popiołem - bo niekiedy i tak trzeba. Spokojnie, nie mięknę, blog nie zmieni charakteru, gęby zatkać też sobie nie pozwolę, ale pejoratywnie o radio już nigdy. Tak umówiłem się z paroma na wyższym szczeblu ludźmi. Mało tego, dopiąłem też deklarację, że nie będzie już kolejnej wpadki. A jeśli się przydarzy (a pewnie się przydarzy), po prostu wylatuję. Bez żadnych zawiasów, ciaćkania się, itd... I nawet nie, że pozwolę się wyrzucić, a wyrzucę się sam. Macie to u mnie. Oczywiście tym samym zarzucam na siebie sieć, albowiem od tego momentu stawiam się w czubie stawki mych wszystkich anty, do jak najszybszego potknięcia. Cóż, ryzyk fizyk, trochę hazard, trochę igranie z ogniem, no ale ja lubię dreszczyk emocji, a kiedyś nawet pokerowy hazard oraz na mocną skalę kupony totalizatora.
A z tym zamocowanym w nieco powyższym nawiasie, że "pewnie się przydarzy", to tylko niewinne nawiązanie do przygód Gangu Olsena. Nie wiem, czy pamiętacie, ale w jednym z epizodów, Yvonne rozsiewa ogrom zarzutów swemu 'chlebodajnemu' gangowi, co myśli o tym czy tamtym, i gdzieś pomiędzy wierszami, w temacie ustalania kolejnego skoku, zaznacza Egonowi, Benny'emu i Kjeldowi, notoryczne ich nieudacznictwa, i gdzieś w słowotoku pada z jej ust: "bo, jeśli coś znowu pójdzie nie tak, a na pewno pójdzie...". Oby to 'na pewno', w moim przypadku jednak nie zafunkcjonowało.
Państwa Szanownych, urażonych ostatnimi z mojego pola wydarzeniami również przepraszam, choć nikt z Was dotąd oficjalnej skargi na mnie nie położył. No, może poza Basią, która w jednej kwestii postanowiła się ze mną nie zgodzić. W innych nie wiem, ale jej milczenie uznaję za aprobatę. Pozdrawiam Cię Basia! Cieszę się, że jesteś w otoczeniu ludzi, o których zawsze myślę tylko ciepło, jak najcieplej. I wierzę, że to wyczuwasz.
Ostatnim punktem dzisiejszego zebrania: pokora wobec świata. Nic z tego, nadal zamierzam dopierniczać, kiedy trzeba być kąśliwym i niepodporządkowanym wobec nieakceptowalnych nowotworów współczesnego świata. Świata, który choć czasem rzeczywiście bywa piękny, nierzadko jednak rozczarowuje.
Niecierpliwie czekam na powrót do Nawiedzonego Studia. To będzie piękny dzień. Zaraz po audycji chlapnę sobie jednego głębszego. A potem poniedziałkowa rozpiska, zdjęcia ...

a.m.