piątek, 30 czerwca 2023

Rodowicz

Nie ma o czym pisać, czego byście Drodzy Państwo nie wiedzieli. Przekonuję się każdego dnia. W jakiej kwestii kogo nie zagadam, wszyscy Maję znają i kochają. Skończyły się czasy radiowych bożyszczy, anektujących skarby, penetrujących niedostępne terytoria jakże gremialnie wyczekiwanymi nowościami lub rarytasami, a później zalane potem zachwytu twarze złaknionego tłumu. Ta część cywilizacji już dawno za nami.
Zdobyłem ostatnio trochę poszukiwanej muzyki, i tej nowej, co i trudno dostępnej, i co popróbowałem wzbudzić u tego czy tamtego zachwyt, zewsząd dopadło mnie ogólne 'znam, mam, słyszałem, wiem'. Dlatego na dzisiaj będzie inaczej. Liczę, że przynajmniej kogoś wkurzę. Niech nie zawiodą progrockowi ortodoksi, na nich w takich sytuacjach często można liczyć.

Zanim Maryla Rodowicz stała się nieśmiertelna, a potem zagościła w każdej lodówce, niegdyś należała do wykonawczyń młodzieżowych. Uwierzcie, były takie czasy. Po jej albumy wyciągali dłonie licealiści, studenci, wcale nie nasi rodzice. Fakt, mowa o prehistorii, wszak pozwoliłem sobie otworzyć klaser na jednej ze stron lat siedemdziesiątych, kiedy i ja, jako młodzian dwunasto-, może trzynastoletni, odwiedziłem pobliską osiedlową księgarnię, całkiem a propos nieźle zaopatrzoną. Na jej półkach widniały licencje Atomic Rooster, Rare Bird czy Procol Harum, a z naszych potrafili zaskoczyć SBB czy pamiętni Breakout z najaktualniejszym wówczas albumem "Kamienie". Ten ostatni tytuł, trzymam w umyśle tym szczególniej, iż na mych oczach zgarnął go z półki - za sześćdziesiąt pięć tamtejszych złotych - mój ówczesny dobry, a nieżyjący od ponad roku kumpel. Do dzisiaj nie zapomnę pierwszej emisji "Modlitwy" i tytułowych "Kamieni". Czerwony z czarnymi wtrętami gramofon Mister Hit, i działo się!
W tej właśnie księgarni, po której - poza wspomnieniami - nie pozostał obecnie najmniejszy ślad (cały teren przygarnęła spółdzielnia mieszkaniowa), bywałem regularnym gościem, inicjując, a potem każdego dnia pogłębiając swój gust na wszystkie gatunki rocka oraz estradowe piosenki. Nie było więc dla mnie żadnym wstydem jednego dnia fundnąć sobie singla Queen "Bohemian Rhapsody", a innego wyskoczyć po długolitrażową Panią Marylę. Wszystkiego chciało się dotknąć, a Maryla Rodowicz wcale nie wyglądała na jarmarkową. To jeszcze nie te czasy, z pióropuszami i bębnami na grzbiecie. Jej będące w modzie "Sing-Sing", brzmiało gałgańsko, w stosunku do obecnego wizerunku Artystki, wręcz zwodniczo. Dlaczego miałem nie zaufać? Na tenże longplay, niezłe teksty sprawiła Agnieszka Osiecka, a do muzyki dopisywali się nawet Wojciech Karolak, Seweryn Krajewski czy Jan Ptaszyn Wróblewski. Tytuły też zachęcały. Podobały mi się czcionki układające się w: "Moja Mama Jest Przy Forsie", "Domowa Czarownica" czy "Damą Być". Ostatni song to szlagier, nie mówcie, że nie pamiętacie. Wiadomo, może nie rangi "Małgośki" czy "Jadą Wozy Kolorowe", ale też nie od macochy.
Po co ja to wszystko? A bo porządkując Mamy kąty, nie tylko Jej, ale i te po Tacie, natknąłem się na gromadkę starych winyli. Jak się okazało, nie wszystkie należą do Mamy, pomimo iż Mamunia uzurpuje sobie do nich własność. Przyzwyczaiła się, więc nie oddam, to moje i niech tak zostanie. Kiedyś wetknąłem pomiędzy Mamuni kolekcję kilka swoich historycznych, a dziś już nieużytkowanych tytułów, i tam widać im przytulnie. No więc, czego ja tam nie znalazłem; dwa kupione w latach osiemdziesiątych albumy Julia Iglesiasa, debiut Pod Budą, historycznych "Gondolierów" Ireny Jarockiej (jedna z dwóch płyt, od których wszystko się zaczęło), dwa solo Krawczyka i Trubadurów Znowu Razem - z osławionym "Rysunkiem Na Szkle" ("... na którym nie ma już mnie"). Teraz zatem, bez dodatkowych zapewnień uwierzycie, kupowałem wszystko. I w tej niemałej stercie, znalazłem też "Sing-Sing". W całkiem przyzwoitym stanie. Pal licho sama płyta, o te często umiałem zadbać, lecz okładka, jakże na glanc. A przecież, z cienkiego papieru, na dodatek ewenement tamtych czasów, w wydaniu gatefold i z płytą o ostrej krawędzi, jak najbardziej predysponującej do uszkodzeń giętkich kopert, wszelakich przetarć i przebić.
Popatrzyłem tak jednym, potem drugim okiem na całość, powrócił wór wspomnień, od razu do łepetyny wskoczyło niemało zakurzonych znakiem czasu kadrów. Bez tego konkretnego egzemplarza, nie śmiałbym ich dostąpić. Bo tak to działa. Przynajmniej na mnie.
Odwagi na posłuchanie wciąż brak, bo i myślę sobie, że niektóre wspomnienia powinny pozostać tylko wspomnieniami.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


poniedziałek, 26 czerwca 2023

"NAWIEDZONE STUDIO" - program z 25 czerwca 2023 / Radio na 98,6 FM Poznań

 







"NAWIEDZONE STUDIO"
wydanie z 25 czerwca 2023
(
z niedzieli na poniedziałek, start godz. 22.00, a potem najlepsze granie w eterze do 2-giej w nocy)
 
98,6 FM Poznań oraz w sieci
realizacja i
prowadzenie: a.m.

 

Letnie rozleniwienie, a może nieco mniej czasu nie daje rozpisać się o poniższej plejliście. Zresztą, po co? Cały sens Nawiedzonego Studia i tak tkwi we wspólnie spędzanej na żywo porze.
Mamy wakacje, a więc przy odbiornikach będzie nas od teraz mniej. Szkoda, albowiem za tydzień i dwa, aż pięciogodzinne spotkania. Za Krzyśka Ranusa godzinna porcja bluesa plus moje kilkuhektarowe pole. Doczekać się nie mogę. Ale i ja pewnej niedzieli od mikrofonu nawieję, a być może w ten wakacyjny czas wyjdą tych niedziel ze dwie. Marzymy z Mundim o morzu. Oboje je kochamy.
Wiekuiste dzięki za komentowanie audycji. Co prawda, nie uruchamiam czatu, jednak sprawnie działają i swą misję pełnią smsy, messengery i whatsappy. Gadanina przez telefon nie i jeszcze raz nie. W trakcie emisji nie odbieram tym bardziej i to się nigdy nie zmieni. Zdarza się, że zapomnę w studio odłożyć słuchawkę z widełek i zaraz ktoś dzwoni. Niech dzwoniący wezmą pod uwagę, iż na pogaduszki nie ma czasu. A już szczególnie, kiedy jestem na fonii, a tu dryn dryn. Nie odbiorę, nie ma sensu próbować. Nawet poza radiem nie lubię odbierać telefonów. Mam tak od dawna. Dlatego spotkanie przy szklaneczce tak, bajdurzenie do słuchawki nie. Zaproście Andy'ego, chętnie sobie z Wami chlapnę. Do siebie nie zaproponuję, ponieważ musi być pewien lufcik niedopowiedzenia.
Planuję napisać kilka słów o słuchanych wczoraj New England oraz Ianie Lloydzie, a może nawet powszechnie rozpoznawalnym Tommym Shawie, jednak uczynię to pod konkretnymi hasłami, by w gąszczu tytułów nie przepadło.
Słońca, gorącego lata, orzeźwiającej wody na morzach, oceanach i jeziorach Państwu Szanownym życzę! A jeśli ktoś lubi góry, to w lodowatych potokach znajdzie najkonkretniejsze orzeźwienie. W 'Janosiku' zawsze te górskie strumyki rozbudzały we mnie żądzę na upalny czas.
Do usłyszenia ...

 

LUKATHER "Bridges" (2023)
- Someone
- Take My Love

DAVID PAICH "Forgotten Toys" (2022)
- First Time

PENDRAGON "North Star" (2023) -- premiera!
- North Star
Part I: A Boy And His Dog
Part II: As Dead As A Dodo
Part III: Phoenician Skies

PRIDE OF LIONS "Dream Higher" (2023)
- Another Life
- Driving And Dreaming

SAVATAGE "Gutter Ballet" (1989)
- When The Crowds Are Gone
- The Unholy

ANGEL "Once Upon A Time" (2023) -- premiera!
- The Torch
- Once Upon A Time An Angel And A Devil Fell In Love (And It Did Not End Well)
- Without You

SCORPIONS "Lovedrive" (1979)
- Another Piece Of Meat
- Can't Get Enough

THE DEFIANTS "Drive" (2023) -- premiera!
- Go Big Or Go Home
- Miracle

DESMOND CHILD & ROUGE "Runners In The Night" (1979)
- A Feelin' Like This
- My Heart's On Fire

TOMMY SHAW "Girls With Guns" (1984)
- Lonely School
- Heads Up
- Kiss Me Hello

IAN LLOYD "Goose Bumps" (1979)
- She Broke Your Heart
- Love Sealer
- First Heartbreak
- Time Of The Season - {The Zombies cover}
- Love Is A Ship

NEW ENGLAND "New England" (1979)
- Hello, Hello, Hello
- Don't Ever Wanna Lose Ya
- Alone Tonight

APRIL WINE "Walking Through Fire" (1985)
- Wanted Dead Or Alive - {Arc Angel cover}
- Love Has Remembered Me

ARC ANGEL "Arcangel" (1983)
- Used To Think I'd Never Fall In Love

CREYE "III Weightless" (2023)
- Stay



"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 


sobota, 24 czerwca 2023

po dniu ojca

Na wczorajszy Dzień Ojca wiele niespodzianek. Nie wiem, która na początek, może więc zacznę od tortu, chociaż ten akurat wyczekiwał na finiszowym etapie.
Lubię z najbliższymi przy wspólnym stole spotkania, pomimo iż po raz pierwszy zabrakło przy nim mojego Taty. Tradycyjnie otrzymałby dobrą butelkę i chlapnelibyśmy sobie po jednym. Ale wieczór trwał i miejsce w wigilijnym domyśle zawsze dla Niego będzie.
Kulminacją uroczystości tatusiowego święta pierwszy dzień trzydniowych obchodów Dni Obornik, a na deser plenerowy koncert Krzysztofa Cugowskiego z Zespołem Mistrzów. Który to już raz? Znowu Tomek Ziółkowski wywęszył występ swojego idola i nie szło odmówić. W czterech chłopa wbiliśmy na festiwal foodtrucków, w którego sercu wielka scena, a o dwudziestej czterdzieści ruszyło. W zasadzie bez niespodzianek, Krzysztof Cugowski od dawna ma ustalony repertuar i trzyma się jego niczym danej Diabłu obietnicy. Jak zawsze na dobry wieczór: "znowu w życiu mi nie wyszło..." - i niech znajdzie ktoś z nas koncert byłego singera Budki, który wystartowałby od czegoś innego. "Sen O Dolinie" to trochę jak "wierzę w ojca...". A potem czego dusza zapragnie, za wyjątkiem 'tanga' i 'balu'. Bo Pan Krzysztof fakt, często występuje na piknikach, lecz piknikowania nie uprawia. Cały występ jak najbardziej okay, acz jednego od dawna przełknąć nie potrafię: kiepskiego image Zespołu Mistrzów. Panowie nieźle grają, jednak nie wyglądają. Szczególnie całkiem rockowy gitarzysta Jacek Królik, którego wizerunek wymaga totalnej przebudowy. Z obecnym pasuje do jakiś De Mono, nie do "Jest Taki Samotny Dom". Ów niezezłomowany killer, zawsze u schyłku występów ekipy Cugowskiego przyprawia o mrówki.
Najlepsze momenty? - ostatnie przed bisem "Jest Taki Samotny Dom", wyśpiewane ze stołka "Martwe Morze" oraz "Wieża Babel", do tego dorzucę "Młode Lwy" oraz odwiecznego mego faworyta, w postaci "Memu Miastu Na Do Widzenia". Z kilkoma jednak zastrzeżeniami; odkąd Quidam, do "Jest Taki Samotny Dom" wpletli skrzypce, niemal wymagająco, jednak nadaremnie wypatruję ich u Pana Budkowego podczas jego wystąpień. Pomyślcie bractwo muzyczne, bo byłoby po sprawie i już nikt nie zrobiłby tego lepiej. Inna sprawa, że Alibabki to także dla tej piosenki mus, więc może dałoby się przygarnąć ze dwie/trzy nie gorzej śpiewające dziewczyny? Nawet, jeśli byłoby to ekonomicznym nagięciem. Drugi brak pełni satysfakcji wynika z niespecjalnie heavy gitarowania wobec "Memu Miastu Na Do Widzenia". Każdy kto kocha oryginał, musiał wczoraj do niego zatęsknić. I by nie było, Jacek Królik to zacny gitarzysta, zweryfikowany zresztą w dwóch improwizacjach, w których wylegitymizował się szerokim spektrum umiejętności, jednak jego brzmienie jak dla mnie nazbyt uniwersalne: takie polskie! - bez krzty ego, a w muzyce trzeba je mieć. Dlatego w Polsce do dzisiaj nie mamy drugiego Micka Marsa, Steve'a Vaia czy Vitto Bratty. Ci konkretni panowie, nie tylko co trzeba dograją, ale też dowyglądają.

I jeszcze z innej beczki. Od Syncia w prezencie dwa na lipiec bilety na Hollywood Vampires do Charlotty. Na organizowany przez niego w ubiegłym roku live Alice'a Coopera załapać się nie udało, więc teraz w rekompensacie pogapię się jeszcze na Joe Perry'ego, Johnny'ego Deppa i Tommy'ego Henriksena. No bo liczę tego ostatniego też popodziwiać.
Na tym niespodzianek nie koniec, 'młodzieniec' załatwił ojcu jeszcze pewne upragnione CD. Przyjechało ze Stanów. Zdaje się tylko tam na razie wydane, pozwólcie jednak, iż pozostawię je w tajemnicy do naszego radiowego spotkania. 

a.m. 


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




środa, 21 czerwca 2023

gwiazda północy

Nastało lato. Nie wiem, jak mi ta wiosna przeleciała. Na jesienne lata wszystko dzieje się coraz szybciej. Nie zdążyłem się nią nacieszyć, być może dlatego, że i w ogóle późno przyszła.
Przesłuchałem nowych Pendragon. Wczoraj dotarli. Szkoda, że tej muzyki tak niewiele, nawet nie dwa kwadranse. Mini album "North Star", acz w cenie maxi. Na razie tylko na CD. Co na to ortodoksyjni winylarze?
Dwa utwory, w tym tytułowa, trzyczęściowa, prawie 18-minutowa suita. Uczepiona pod nią 'gwiazda północy', to jak twierdzi Nick Barrett ciało niebieskie, od tysięcy lat będące życzliwym przewodnikiem ludzkości.
"North Star" okazuje się najbardziej wyciszonymi Pendragon. W tak delikatnym odcieniu jeszcze ich nie mieliśmy. Czarująco. Anatomia tej muzyki zasługuje na nabożny szacunek. Prawdopodobieństwo, że ktoś stanie z ekipą Nicka Barretta do artystycznej rywalizacji, to jak złapanie błyskawicy do butelki.
Jest tylko jedna szkoda. Jedna jedyna. Odczuwam pewien niedosyt, iż maestro Barrett tak niewiele solówkuje. Mimo wszystko, miejcie czuja na finiszu tytułowego "North Star", tj. w części "Phoenician Skies". Niby kruszynka, a jednak zawsze coś. Ostatnie dwie minuty to kartka z kalendarza i palec na "The Window Of Life" lub "The World".
Sześciominutowe "Fall Away" układa się w nieco rozciągnięte intro, z subtelnym flamenco, rozmarzonym nastrojem całości oraz chórem, jedynie żal, że ta księga domyka się w chwili, kiedy chciałoby się wezbrać.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


poniedziałek, 19 czerwca 2023

"NAWIEDZONE STUDIO" - program z 18 czerwca 2023 / Radio na 98,6 FM Poznań









"NAWIEDZONE STUDIO"
wydanie z 18 czerwca 2023
(
z niedzieli na poniedziałek, start godz. 22.00, a potem najlepsze granie w eterze do 2-giej w nocy)
 
98,6 FM Poznań oraz w sieci
realizacja i
prowadzenie: a.m.

 

ATOMIC ROOSTER "Death Walks Behind You" (1970) -- koncert w poznańskim "2Progi" świetny, pomimo frekwencyjnego niedoboru. Gdzie ci fani rocka? Czyżby tylko kręciły ich wysokopółkowe i stadionowe ramsztajny, jutu i redhoci? Nie warto przeoczać tych mniejszych, często zapomnianych, a tworzących historię rocka artystów, do których Atomic Rooster bez wątpienia należą. Poza tym, nasza 'Muza', w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym, wydała Atomikom składankowego winyla, więc choćby już tylko z tej racji, iż dużo go sprzedano, cząstka tych ludzi powinna stawić się na parkiecie byłego kasyna, również byłego Hotelu Polonez. Kurde blade, wkurza mnie trochę, że entuzjaści rocka nierzadko olewają koncerty artystów, którymi nie da się zaimponować na Insta bądź Fejsie. A przecież, nie ma nic w życiu piękniejszego, jak chodzenie pod wiatr. To właśnie taka postawa gwarantuje inność, integralne emocje, poznawanie świata od zaułków, nie tylko powszechnie dostępnych galerii.
- Tomorrow Night

ATOMIC ROOSTER "In Hearing Of Atomic Rooster" (1971) -- album z wokalnej epoki Pete'a Frencha, którego w miniony piątek mieliśmy w Poznaniu na wyciągnięcie dłoni. Dla mnie podniecający fakt obcowania z kimś, kogo podziwiam od nastolatka.
- Break The Ice

HOUSTON "IV" (2021) -- jako, że oto przed nami niemal boski AOR album, tym przyjemniej zaanonsować mi kolejne dzieło szwedzkich Houston, które do handlu trafi już 14 lipca. Tym razem covery. Ale nie takie oczywiste, a często zagubione klejnoty tego gatunku według gustu Hanka Erixa i jego kompanów. Tytuł "Relaunch III" i od razu wiemy, iż to trzecia konfrontacja Houston z numerami obcego autorstwa. Ta seria płyt nie zabliźnia się z osobno numerowanymi albumami tej formacji, które dostarczają materiał premierowy, jak wczorajsze "Houston IV".
- She Is The Night

FRANKE & THE KNOCKOUTS "Makin' The Point" (1984) -- na nadchodzących Houston ma pojawić się przeróbka "Outrageous", piosenki, którą mamy właśnie na tej płycie, a autorstwa Franke'a Previte'a - lidera formacji oraz jego kolegów. Ale, że ta niedawno gościła na moim paśmie, tak też spróbowałem podostrzyć Szanownych Państwa apetyt innym diamentem z tej ostatecznie obłędnej płyty, którą powinien znać każdy, niekoniecznie tylko koneser gatunku. Przypomnę, Franke Previte to nie byle kto, jest choćby współautorem potężnego hitu do "Dirty Dancing", piosenki otwierającej cały soundtrack: "(I've Had) The Time Of My Life", zaśpiewanej przez Billa Medleya do spółki z Jennifer Warnes, co także "Hungry Eyes" Erica Carmena. Oba cacka to w dużej mierze jego sprawka, więc nie ma żartów. Franke & The Knockouts to żadne słabiaki, gdyby komuś przyszło tak o nich pomyśleć. Niekiedy widuję podobne reakcje na tego typu przyblakłych sławą wykonawców. Niedobre takie kategoryzowanie, a często się z nim spotykam w mediach społecznościowych. Potem dziwią się, że niczego nie znają. No pewnie, jeśli dla kogoś sympatia do rocka wyraża się poprzez słuchanie Antyradia lub tym podobnych ściem, nie dziwmy się, iż większość z nich zamyka się w obrębie Metallik, Pidżam Porno, Kultów, Nirwan, fufajtersów, itd... Zluzujcie z tych korporacyjnych FM, muzyki jest na niejeden ocean, a takie radiostacje opierają się tylko o badania rynkowe i zależy im jedynie na reklamodawcach. Nie ma w tym krzty misji ani miłości do rocka. -- Jako smaczek wobec Franke & The Knockouts, dorzucę jeszcze do ich ogródka takie nazwisko, jak Tico Torres. Mamy go tutaj, a przecież już za chwilę dobił do Bon Jovi.
- So Cool (Nobody's Fool)

PRIDE OF LIONS "Dream Higher" (2023) -- premiera! -- najnowsze dzieło 'stada dumnych lwów' bez zaskoczeń, ale to taka formacja, która gwarancją jakości "Q". Silny, masywny śpiew Toby'ego Hitchcocka, plus lekkość kompozytorska ex-Survivor'owego Jima Peterika, to wartość najwyższa. Pride Of Lions są tak dobrzy, iż do otwarcia szampana jeszcze tylko jedno okrążenie z trzema płotkami po drodze. Chwała latom osiemdziesiątym wypływa z tego aktywnego wulkanu energii i dopracowania aranżacyjnego w każdym szczególe. Mogę tego słuchać, skakać, a jeszcze ręce ku górze. Bo to taka muzyka. Choć bywają także zapierające dech power ballady, jak wczoraj zaprezentowana "My Destiny" - widok z góry najwyższej. Zupełnie niczym nasi z okładki bohaterowie, na tle zachodzącego Słońca, a gdzieś w oddali wyłania się z chmury kontur lwiego profilu. Fajny pomysł, lubię takie smaczki.
- Dream Higher
- My Destiny

AT THE MOVIES "Movie Hits Of The 80's (The Soundtrack Of Your Life - Vol. 1)" (bez wytwórni 2020 / dla wytwórni 2022) -- Tina Turner in memoriam -- dobrze znamy tę płytę, prezentowałem ją, gdy był jej premierowy czas. Na wczoraj, spod gardła PrettyMaids'owego Ronniego Atkinsa, kapitalny wydzier do melodii z filmowego 'Mad Maxa'. Na całej płycie wokalnie przewodzi Björn Strid, jednak ten jeden numer oddał w usta Ronniego, bo nikt lepiej by Tiny nie zaśpiewał.
- We Don't Need Another Hero (Thunderdome) - {Tina Turner cover}

AC/DC "Back In Black" (1980) -- duża frajda tak bez żadnej okazji zagrać kilka minut z jednej z najukochańszych płyt życia. Ile ja się tego nasłuchałem, niepoliczalne. Przeżywałem, no i kim przy tej muzyce nie byłem. Najczęściej Brianem Johnsonem, ale i pobębniłem także, że o ślizgach po gryfie nie wspomnę. I było to w czasach, kiedy nie miałem świadomości, iż taka muzyka może osiągnąć tak niewiarygodną sprzedaż - około pięćdziesiąt milionów nośników, co czyni album drugim lub trzecim w dziejach fonografii.
- Back In Black

MICHAEL BOLTON "The Hunger" (1987) -- 14 lipca ukaże się jego nowa płyta. Tytuł "Spark Of Light". Podobno Bolton powraca do najlepszości. Oj, aż poczułem przyjemne dreszcze. Teraz tylko zależy, co uważamy u niego za najlepsze. Bo ja stawiam na lata 83-89 i wydane w tym okresie cztery albumy: "Michael Bolton", "Everybody's Crazy", wczoraj zaprezentowane we fragmentach "The Hunger" oraz genialnie, na Status Diamentu sprzedane "Soul Provider". Mało kto kojarzący głównie Boltona z potężnych ballad wie, iż ten facet przez wiele lat uprawiał AOR/melodyjnego rocka, skupiając przy sobie muzyków z Journey (Neala Schona, Randy'ego Jacksona czy Jonathana Caina), bądź gitarzystę Bruce'a Kulicka, albo uprawiającego wokale w tle Joe Lynn Turnera. Tak tak, to nie żart. I właśnie wtedy Bolton realizował kapitalne albumy. Jeśli ktoś nadal ich nie zna, niech wyobrazi sobie 'ten' głos plus klawiszowo-gitarowe tempa w duchu Journey, Survivor czy REO Speedwagon. Rewelacja! I o tym nie napiszą Państwu żadne terazrocki czy metalhammery. Dlatego szkoda forsy na tę drukowaną makulaturę. I na ludzi, którzy z rocka czynią izbę nadęcia. Mam do pozbycia się całe roczniki Tylko i Teraz Rocka, do okolic roku, góra dwóch lat wstecz. Czekam na oferty, na serio chcę odciążyć mą muzyczną norę, bo już się nie mieszczę. Zostawię sobie pierwsze lata tego pisma, kiedy jeszcze piórem władał Tomasz 'Nosferatu' Beksiński. Nadal go kocham i tylko dobrze o Nim myślę, i to się raczej nie zmieni. Reszta to szkoda czasu.
- Take A Look At My Face
- The Hunger
- You're All That I Need

LUKATHER "Bridges" (2023) -- premiera! -- niedawno Steve Lukather zagroził, że nie będzie więcej nagrywać pod szyldem Toto, może więc dlatego jego nowiuśkie "Bridges", głosem utęsknienia brzmi jak najlepsze Toto. Serio, tak dobrej płyty dawno nie było. I u nich, i u niego. Tylko osiem kawałków, z czego jeszcze krótszy total time: ledwie dwa kwadranse plus pięć minut na wypukłość menisku. Teoretycznie "Bridges" mogłoby nosić się statusem mini albumu, jednak czasy się zmieniają i obecnie coraz częściej artyści powracają do epoki Paula Anki, Elvisa Presleya czy Roya Orbisona, kiedy długograje zazwyczaj nie przekraczały granicy trzydziestu minut. To dobrze, a nawet dobrze bardzo. Zamiast przesytu, panują nutki niedojedzeń, dzięki czemu lepiej muzykę poznajemy, zaprzyjaźniamy się z nią. W zasadzie "Bridges" to jeszcze Toto z innego powodu, nie tylko muzycznego, co od ręki uchyla inicjujące całość "Far From Over" (bombowe funkowe akordy, no i, cóż za melodia!), trzymające po finałową balladę "I'll Never Know". Na razie w top dziesiątce piosenek roku. Otóż, grają tu także muzycy, których nazwiska opierają się o Toto: perkusista Simon Phillips, klawiszowiec David Paich czy wokalista Joseph Williams. Na tym nie koniec, pośród kompozytorów, panowie Randy Goodrum czy Stan Lynch. Także znamy ich z tej grupy. Pierwszy z nich, nosi się odpowiedzialnością za genialne "I'll Be Over You", z najlepszego "Fahrenheit". -- Lukather posiadł umiejętność łączenia chwytliwych melodii z prog/jazz/blues-rockowymi akordami, a przy tym ma wyobraźnię i dar do niesamowitego solówkowania. Wszystkie te cechy panują tu bez żadnych reglamentacji.
- Far From Over
- I'll Never Know

EXTREME "Six" (2023) -- płytę omówiliśmy już przed tygodniem, dlatego na wczoraj finałowa rock ballada plus wyluzowany, nieco żartobliwy kawałek "Beautiful Girls", stojący celebracją piękna kobiet. A jeszcze moment, kiedy Nuno Bettencourt puszcza oczko ku Brianowi Mayowi. Przez chwilę otrzymujemy wypisz wymaluj Queen, jak z kuriera wyciętych.
- Here's To The Losers
- Beautiful Girls

BLUE ÖYSTER CULT "The Symbol Remains" (2020) -- dużo na wczoraj Bi Ou Si, albowiem radosna wieść; Frontiers Records nabyli prawa do wydania całego zestawu koncertów, jakie BÖC odbyli we wrześniu minionego roku w Nowym Jorku z racji 50-lecia grupy. Były to trzy z rzędu wyprzedane występy, na których grupa zaprezentowała w całości pierwsze trzy albumy. To znaczy, na każdym show z osobna po jednym, plus wybrane przeboje, dlatego trzeba było być na każdym. Wspaniale będzie zatem ujrzeć na kompaktach wszystkie te parady, bo niewątpliwie mowa o swego rodzaju uroczystościach.
- Tainted Blood

BLUE ÖYSTER CULT "Fire Of Unknown Origin" (1981) -- kocham ten album, mało tego, uważam za jeden z czterech naj naj naj, w równej linii wraz z "Agents Of Fortune", "Spectres" oraz "Imaginos". I choć ten ostatni powiewa zamczyskiem Barona Von Frankensteina, o tyle "Fire Of Unknown Origin" wydaje się równie rytualny, gotycki, co i pełnym niepokojów i zaklęć dziełem. Już po okładce wiemy, że będzie diabolicznie. Oczywiście to nadal rock / hard rock, jednak na którego skrzydłach frunie przerażenie. Słucha się z gęsią skórką. Idealne granie na po północy, i tak też je zastosowałem.
- Burnin' For You
- Veteran Of The Psychic Wars
- Sole Survivor
- Vengeance (The Pact)

JUDAS PRIEST "Turbo" (1986) -- zagrane z edycji na 30-lecie albumu, a zatem odpowiedni tytuł: "Turbo 30" (2017) -- Ostatnio na moim FM 'diamenty i rdza', rzecz z repertuaru Joan Baez, która w ustach Dżudasów przekonuje mnie od mniej więcej 1978 roku, bo chyba wtedy poznałem całe "Sin After Sin". Nie spuszczam nogi z gazu i oto kolejne turbo doładowanie, zaje... fajna! płyta "Turbo", i w nosie mam, że komuś przeszkadzają syntezatory. Jeśli tak, niech zdezynfekuje się jakąś zdrową sałatką w vege restaurant, a my słuchajmy i wznośmy kielichy in the air. -- "Turbo" to jeden z albumowych topów grupy, acz fakt, jestem na punkcie Judas Priest totalnie zbzikowany i do płyty "Painkiller" kocham wszystko z pominięciem rozsądku. Pamiętam, jak na "Turbo" jechano. Że klawisze plus metal, równa się zbrodnia. Tak wszem i wobec głoszono. Obraza majestatu, albowiem w tym samym czasie elektroniki nie pożałowali też Iron Maiden, tworząc cudowne "Somewhere In Time", a dwa lata później najlepsze "Seventh Son Of A Seventh Son". Dla mnie najefektowniejsze wobec tej muzyki czasy. Metal był tak blisko popu, niemal na wyciągnięcie ręki masowego odbiorcy, a przy tym nadal kopał tyłki. I album "Turbo" doskonałym tego przykładem. Ostatecznie dobrze, że nie jest dwupłytowy, jak stało w założeniu. Tych dziewięć numerów idealnie układa się jeden po drugim, aż po "Reckless", które, ech niesamowita sprawa, miało dobić soundtracku "Top Gun", lecz Dżudasi nie uwierzyli w sukces filmu, a jednocześnie nie mieli zamiaru stracić takiej perełki z setlisty "Turbo". Wyobraźmy sobie "Reckless" obok nagrań Kenny'ego Logginsa, Steve'a Stevensa/Harolda Fatermeyera, Loverboy, Berlin czy zmarłego niedawno Larry'ego Greene'a. Ten niecodziennej urody soundtrack, byłby o jeszcze jeden koralik lepszy.
- Turbo Lover
- Hot For Love
- Reckless

STARSHIP "Love Among The Cannibals" (1989) -- Andy ciągnie temat Starship, i ktoś powie: temu jak się coś uczepi, to końca nie widać. Jest w tym ziarno prawdy. Niemniej duża przyjemność powracać do tej muzyki. Do beztroskich czasów, kiedy rządziły tylko porywające melodie, kiedy nikt nie obrzydzał nut rapem, kiedy dobry gust był podstawą egzystencji. I kiedy, choćby taki "Wild Again", lśniło na "Coctail", na kolejnym w tamtych latach zajebistym soundtracku. A spójrzcie tylko na obecne tracklisty. Jeśli nie mamy do czynienia ze ścieżką dźwiękową jakiegoś Jamesa Newtona Howarda lub Hansa Zimmera, to w sferze piosenek dziewięćdziesiąt procent rapu. Syf malaria. Z utęsknieniem wyczekuję dnia, kiedy jeden odważny sprowadzi wszystkich raperów do parteru, porozdaje miotły i niech zamiatają, co nabrudzili.
- It's Not Enough
- Wild Again

THE DOOBIE BROTHERS "Brotherhood" (1991) -- album o oczko, a może nawet dwa, słabszy od wcześniejszego "Cycles", lecz na tamtym Doobies mieli wyjątkową wenę. Nie do zatamowania. Tutaj jednak też kilka niezłych piosenek i wczoraj myślę udało się to trochę udowodnić. A już zupełnie inną kwestią, iż "Brotherehood" strasznie wkurzyło swym brakiem sukcesu włodarzy Capitol, którzy bez narady u pobliskiego ksindza zerwali z grupą kontrakt i od tego momentu listy przebojów też wypięły się na nich na dobre. My 'Nawiedzeni' wiemy jednak, jak wspaniałym albumem "Liberte". Dzieło sprzed dwóch lat.
- Dangerous
- Our Love
- Showdown
- Rollin' On

38 SPECIAL "Flashback" (1987) -- kompilacja -- wzięła mnie ochota, by zapodać w eter jedną z kompozytorskich możliwości Jima Peterika, okazjonalnie współpracującego z tymi lekkimi southern'rockowcami. Czas trochę mnie zaszachował, bo tych kawałków miało być tyciu więcej, ale cóż, czas, czas, jeszcze raz czas.
- Hold On Loosely - {oryginalnie na albumie "Wild-Eyed Southern Boys" /1981/}

DON BARNES "Ride The Storm" (2017) -- materiał z 1989 roku, niewydany jednak w przynależnej mu epoce. Kapitalny album wokalisty 38 Special, nagrany z klasowymi muzykami. Dla przykładu, we wczoraj zaprezentowanych kompozycjach, m.in. ekipa z Toto: na basie Mike Porcaro, a na perkusji jego brat Jeff. Przepadam za tą płytą (w zestawie są nawet dwie) i pamiętam, jak trudno było mi ją zdobyć. Walka o tę zdobycz, z automatu podwyższa jej doniosłość.
- Ride The Storm
- Looking For You

WINGER "Seven" (2023) -- do poduszki ponad siedem minut z najnowszych Winger. Finałowy numer, i z tego co już mi napisano, mocny akcent na tygdniową rozłąkę. Miło, milutko, zawsze dobrze trzasnąć wisienką na tak mozolnie sporządzanym torcie.
- It All Comes Back Around



"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

Rozbiórka hotelu robotniczego obok Jowisza na Dojeździe. Kawał historii i sentyment. Zniknie bezpowrotnie.




sobota, 17 czerwca 2023

Atomic Rooster, klub "2Progi", Poznań, piątek 16 czerwca 2023

Niełatwo było wczoraj wieczorem zaparkować w okolicach dawnego Hotelu Polonez, w którego murach obecnie mieści się klub "2Progi". To tam koncert Atomic Rooster. Wszystko zawalone przez entuzjastów Donalda Tuska, którzy tłumnie zebrali się na jego wiecu na i przy Placu Wolności. Do wyborów niewiele, nieudolnie rządząca banda pętaków trzęsie gaciami. I słusznie, już po nich. Rozliczymy was gnidy i powsadzamy do pierdla. Taki los każdego, kto wyciąga rękę na Konstytucję, kto przyczynia się do łamania praw kobiet, kto brudzi łapska ustalaniem ohydnych zasad doprowadzających nawet do ich śmierci. Wszyscy traficie pod przysłowiowy mur i nie znajdzie się żaden przyzwoity adwokat, który skołuje Temidę na ślepy tor. Bando krzywdzących Polskę oprychów, won!
Znaleźliśmy na szczęście z Pejterem jedno jedyne miejsce do zaparkowania naszego Mitsubishi, gdzieś przy Solnej, na jakimś o tej godzinie nieaktywnym już przez dozór parkingu. Lekkie spóźnienie na całkiem przyjemny support, polski prog rock o nazwie The Poks. Ich wokalista, z lekka przypominał styl śpiewania Marcina Rozenka, trochę przyblakłego obecnie sławą byłego lidera Atmosphere.
Punkt dwudziesta, no prawie punkt, na scenie Koguty. Piątka gości o słusznym wyglądzie, a co szybko stało się faktem, również graniu oraz brzmieniu. Ustanowieni w prawie Pete French oraz Steve Bolton stojący magnesem dla Atomic Rooster, a jednak jeszcze ten ich organista, dzielnie pełniący 'zastępstwo' za wieki temu zmarłego Vincenta Crane'a - rewelacja! Jeszcze nie nauczyłem się jego nazwiska, a już go lubię, jak gdyby tu grał od zawsze. Ma chłopina polot i zacne brzmienie, niczym jaki koryfeusz przebiera po tych czarno-białych patyczkach i bawi się przy tym świetnie.
Niewielu nas było, może setka, może tyciu więcej, nieważne, na cóż to liczyć. Jedyna nadzieja, że organizator tak sporządził umowę, że nie przyjdzie mu do interesu dopłacać. Bo inaczej dupa zbita i już nigdy nie sprowadzi podobnej atrakcji. Jednak my, którzy dotarliśmy, chyba nie mogliśmy narzekać na dobre sobie poskakanie lub pokręcenie biodrami. Atomiki podrywali, nikogo nie pozostawiając w pozycji bierności. Ależ historia muzyki zadziała się wczoraj na naszych oczach w tym trochę zaniedbanym obecnie miejscu, gdzie już u wejścia na jednych z drzwi pajęczyna z walniętego szkła.
To teraz tylko uważnie popatrzcie, jakie tytuły: "Death Walks Behind You", "Break The Ice", "Breakthrough" (to było na samiuśki koniec), "Tomorrow Night", "The Price", "Black Snake", "Sleeping For Years", "Decision/Indecision" czy "I Can't Take No More". Mało? To po więcej trzeba było sobie wlecieć. Znakomity koncert, bez dwóch zdań. I już teraz zazdroszczę dzisiejszemu Lublinowi, a jutro Piekarom Śląskim. Zbierajcie tam ekipy i wbijajcie, nie pożałujecie choćby chwili. Dobrej zabawy!

a.m. 


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




w środku Pete French, wciąż niezwykle sprawny w głosie frontman

pierwszy od lewej to Steve Bolton. Facio z trochę BillyIdol'owym irokezem, o nieco łobuzerskim wyglądzie, np. kibica z kotła ultrasów drugoligowego Charlton. O tak, to by mi do niego pasowało.






wtorek, 13 czerwca 2023

toczy się ...

Porucznik Columbo zapytany, jakie do tej pory prowadził najciekawsze śledztwo?, odpowiedział: najciekawsze zawsze jest to, nad którym się obecnie pracuje. Podobnie z moimi audycjami, najbardziej fascynujące jest ich przygotowywanie. Reszta to już tylko historia.
Siedzę nad nadchodzącą niedzielą, zestawiam kompakty, idzie lekko i przyjemne. Doszło trochę nowej muzyki, a przecież nawet niewydawniczym latem, też jej nie zabraknie.
Przypominam o piątkowym koncercie Atomic Rooster - klub "2Progi" - w dawnym hotelu Polonez, wejście tam, gdzie było kasyno. Wbijajcie Drodzy Państwo - koniecznie!

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"