poniedziałek, 18 stycznia 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 17 na 18 stycznia 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań






 

"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 17 na 18 stycznia 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

 

 


ROYAL HUNT "Dystopia" (2020) -
- The Art Of Dying



UNRULY CHILD "Our Glass House" (2020)
- Everyone Loves You When You're Dead
- Underwater



STAN BUSH "Dare To Dream" (2020)
- A Dream Of Love
- Live And Breathe



ALCATRAZZ "Dangerous Games" (1986)
- It's My Life - {The Animals cover}



GREAT WHITE "Hooked" (1991)
- Can't Shake It - {The Angels cover}
- Desert Moon



THE STRUTS "Strange Days" (2020)
- I Hate How Much I Want You - {with PHIL COLLEN & JOE ELLIOTT}
- Wild Child - {with TOM MORELLO}



MIKE OLDFIELD "Man On The Rocks" (2014)
- Man On The Rocks



CHRIS DE BURGH "This Way Up" (1994)
- Up Here In Heaven
- You Are The Reason
- Love's Got A Hold On Me
- The Snows Of New York



JOE SATRIANI "Shapeshifting" (2020)
- All For Love
- Teardrops



BECK, BOGERT & APPICE "Beck, Bogert & Appice" (1973)
- Superstition - {Stevie Wonder cover} - {wokal TIM BOGERT}
- Sweet Sweet Surrender - {wokal CARMINE APPICE}



VANILLA FUDGE "Vanilla Fudge" (1967)
- People Get Ready - {Curtis Mayfield cover}



ROD STEWART "Foolish Behaviour" (1980)
- She Won't Dance With Me



WOOLLY WOLSTENHOLME "Songs From The Black Box" (1994)
- Has To Be A Reason
- Deceivers All
- American Excess - {album "Maestoso", 1980}



LIQUID TENSION EXPERIMENT "Liquid Tension Experiment" (1998)
- Osmosis
- Kindred Spirits



EXPLORERS CLUB "Age Of Impact" (1998)
- Impact 2 - Fading Fast - {wokal MATT BRADLEY}
- Impact 4 - Time Enough - {wokal D.C. COOPER}



ROSWELL SIX "Terra Incognita: Beyond The Horizon" (2009)
- The Call Of The Sea - {wokal MICHAEL SADLER, LANA LANE, JOHN PAYNE}
- Beyond The Horizon - {wokal MICHAEL SADLER}



DREAM THEATER "Distance Over Time" (2019)
- Out Of Reach




Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 


niedziela, 17 stycznia 2021

sobota, 16 stycznia 2021

STAN BUSH "Dare To Dream" (2020)



 

 

 

STAN BUSH
"Dare To Dream"
(CARGO RECORDS)

*****

 

 

Ten 67-letni Florydczyk to moje oczko w głowie, a i obiektywnym okiem prawdziwy buldożer wśród melodic-rock/AOR'owców. I jeśli tak się czuje, jak wygląda, długie życie przed nim.
Stan Bush nie jest artystą poszukującym, on już dawno się zdefiniował, teraz jedynie czyni swą powinność. Użytkuje więc zapisanym w genach talentem, by od kilku dekad tworzyć najlepsze pop/rockowe melodie, na które inni tylko wybijają żyły. Uprawiane od lat melodic-rockowe nuty chrupie niczym harcerz chrust, przy tym niegroźna mu żadna konkurencja - wszak konkurencji brak. Poza tym, mistrzunio w swoim śpiewniku skrywa przynajmniej kilka wieczystych i powszechnie lubianych hitów, jak "The Touch", "Never Surrender" bądź "Dare", a na międzynarodowej arenie nawet przyprawił statusu killera wszech miar mocarnemu "Fight To Survive" - oczku w głowie topowemu w latach osiemdziesiątych filmowi "Krwawy Sport". I tak sobie to wszystko jeszcze pan Stasiek sprytnie wymyślił, by jedynie nieliczni szczęśliwcy posiedli w płytowych kolekcjach ten olśniewający, choć naznaczony potem, krwią i walką numer. Nie znajdziemy go na żadnej z regularnych płyt opatrzonych identyfikatorem "Stana Busha", bo nawet wszelakie kompilacje omijają go zgodnym łukiem. Natomiast wydana w chuderlawym nakładzie oryginalna ścieżka dźwiękowa jest dzisiaj wartym krocie rarytasem.
Stan Bush jest systematycznym, odpowiedzialnym za swe muzyczne postępki facetem, dzięki czemu co trzy/cztery lata możemy polegać na jego kolejnej wysokooktanowej porcji liryków i nut. A te bez wyjątku prezentują przywiązanie do radia epoki ejtis, kiedy z podobnym zapałem czarowali konkurenci z Journey, Foreigner, Survivor czy REO Speedwagon.

Wobec wszystkich powyższych faktów spieszę zatem puścić w obieg, iż najnowszy długograj naszego bohatera jest rewelacyjny! A kto pomimo mych zapewnień nieprzekonany, niech po kres swych dni sztacha się puzonami braci Golców. W tym miejscu, przede wszystkim słowa uznania dla Holgera Fatha - za produkcję, inżynierię dźwięku oraz za wieloinstrumentalność (gitary, bas oraz instrumenty klawiszowe). Prawdziwy alfa i omega, bez którego zapału nawet tak udanym piosenkom zagroziłby status outtake'ów. I jak dobrze, że wciąż nie brakuje w wydawniczej branży zapaleńców, którym niestraszne ryzyko inwestowania właśnie w tak niemodną twórczość. Wytwórnia Cargo Records jest kolejnym puzzlem na mapie przyjaznego uszom witalnego rocka, która nie boi się nieprzychylnych wobec dzisiejszej fonografii zagrożeń, podobnie jak działalność innych szaleńców, z Frontiers Records, Rock Candy Records lub Melodic Rock Records. Brawo, idźmy tą drogą.
Jedenaście piosenek, za których fasadą pozornej zwyczajności, kryje się wielka pasja twórcy, a i bije blask. I proszę znaleźć przynajmniej jedną kulejącą lub od macochy. Wiem, że każdy żurnalista marzy, by miło artyście przyłożyć, bo i jakież uznanie w oczach czytelników znajdzie chłosta wymierzona wobec cenionego piosenkarza. Ale niestety, nic tego. Nie tym razem. Nie będzie baru mlecznego na ceracie, bowiem każdy z jedenastu zainstalowanych tu songów wślizguje się do mej głowy i na długo w niej pozostaje. I zupełnie bez znaczenia, czy mowa o temperamentnych "True Believer", "Born To Fight" lub "Heat Of Attack", czy balladzie z power'owym refrenem "The Times Of Your Life", bądź spod kliszy stylowych ballad "Live And Breathe" lub "Home". Galowy repertuar, nie żadne ckliwe heartbreakersy, gdyby kogoś naszło takie przypuszczenie. Bo i Stan Bush to pełen dynamitu facio, nie żadna lilia, a jednocześnie ktoś, kto ma podręcznikowo nacentrowane ucho do tworzenia przebojów. Dlatego, zarówno ta płyta, jak niemal każda poprzednia, robią wrażenie następujących po sobie zestawów, dla których polecam ustalić jeden tytuł - "The Best Of" - a później już tylko do dopisku "volume", dostawiać kolejne cyferki.
"Dare To Dream" to absolutnie upojna i definiująca rangę melodic-rocka rzecz, której w Empikach raczej nie szukajcie.


A.M.


piątek, 15 stycznia 2021

THE STRUTS "Strange Days" (2020)



 

 

 

THE STRUTS
"Strange Days"
(INTERSCOPE)

****1/2

 

 

Kto wie, gdyby Luke Spiller nie zaśpiewał u Mike'a Oldfielda na albumie "Man On The Rocks", kariera jego The Struts być może rozwijałaby się ostrożniej. Chociaż, chociaż... przecież w tamtym czasie ta z Derby ekipa otwierała nawet stadionowe show Rolling Stonesów. Zatem już w okresie płytowego debiutu ("Everybody Wants") nie były z nich żadne żółtodzioby, ani materiał na typowych one hit wonder.
Najnowszy długograj, tych pełnych optymizmu angielskich glamrockowców, został sporządzony dokładnie podług tej samej receptury, co dwa wcześniejsze, a jedynie tylko jego powstawanie przebiegło w intensywnie dziarskich okolicznościach - ledwie dziesięciodniowa sesja. I właśnie tę kwestię wyjaśnia intro do ultraprzebojowego "I Hate How Much I Want You", gdzie nawet gościnnie zabawili Joe Elliott oraz Phil Collen. I podobnie, jak zaproszonych tu muzyków z Def Leppard, nie zabrakło w gościnie u The Struts jeszcze paru innych znakomitości. Bo już w otwierającym, a jednocześnie tytułowym "Strange Days", Spillerowi asystuje Robbie Williams. Utwór zmyłka, ponieważ na przewidzianej do dobrej zabawy r'n'rollowej płycie, na samym otwarciu staje ballada - prawdziwa iskierka pociechy wobec klimatu świata izolacji oraz zwątpienia. Szybko jednak okaże się, że cały ten album stoi ekscytującą podróżą dla ognistego, kolorowego i pełnego sex appealu szaleństwa. Wychodzi na to, iż całe "Strange Days" skrojono celem zapobiegania depresjom, jak i ucieczce spod noża ograniczeń oraz wszelakim klaustrofobiom. Natomiast kawałek "Strange Days" rzuca sugestię odsuwania smutków na bok  - ... gdy się potkniesz wstań, nastaw swą ulubioną piosenkę i zaśpiewaj na głos. Po czym weź głęboki oddech, a zanim się zorientujesz, zaczniesz się uśmiechać...".
Luke (facet o urodzie młodego Freddiego Mercury'ego) wszedł do świata muzyki jako kilkulatek, a wszystkiemu winien album Michaela Jacksona "Off The Wall". Z czasem Luke'a dopadli jeszcze Queen czy Led Zeppelin, chwilę później do grona faworytów doszlusowali Def Leppard, a w dalszym toku nawet The Darkness. I tak też koktajl wszystkich tych fascynacji usłyszymy właśnie na tej płycie. Zatem do dalszej zabawy naprzód marsz. Bo i w dalszym toku objawi się też kąśliwie zapodany cover Kiss "Do You Love Me" - zaśpiewany przez wokalnego przywódcę The Struts z ekspresją Rogera Daltreya, zaś towarzysząca sekcja niemal wzorcowo dopięła przymiarkę brzmienia pod glamowych Slade. I podobnego entuzjazmu nie zabraknie w nieco brudniejszym "Wild Child", gdzie metalowe riffy zainstalował Tom Morello - facet od Rage Against The Machine, ale jednocześnie ktoś, kto na niwie rocka potrafił zrozumieć i aranżacyjnie dopiąć niektóre piosenki Bruce'a Springsteena.

Jest też i nieco tanecznie, a przy okazji RollingStones'owo, co dotyczy charakternego i pazurzastego "Cool". Cóż za niesłychana energia. Oczyma wyobraźni pod naporem tego kawałka czuję drżącą stadionową płytę. Gitarowego pod Rolling Stones podłoża nie można także odmówić podrasowanemu wyskandowanym refrenem "All Dressed Up".
Na kolejny smaczek wystawiam pubową balladę "Burn It Down". Tej przyjemnie zmysłowo zawodzącej pod historycznie odległych Mott The Hoople piosence, brakuje jedynie cuchu korzennego piwa oraz świecących glanów.
Luke Spiller jako sympatyk The Strokes nie mógł również nie wykorzystać rozpanoszonej śpiączki koncertowej. No bo skoro wszystkich teraz mamy w swych domostwach pod ręką, dlaczego by nie zatrudnić takiego Alberta Hammonda Juniora - syna, było nie było, bardziej utytułowanego Alberta Hammonda, tego od m.in. "It Never Rains In Southern California". Junior zręcznie zharmonizował gitarę wraz ze Struts'owym etatowcem Adamem Slackiem, pomimo iż jego występ wydaje się tu raczej bardziej symbolicznym, niż zmieniającym losy prostej, acz chwytliwej melodii.
Wreszcie, jak najbardziej trzeba z uwagą zacumować uchem w finale płyty. Sprawa dotyczy zróżnicowanego "Am I Talking To The Champagne (Or Talking To You)". Pod naporem, tego z początku utrzymanego w stricte bluesowej tonacji kawałka, z każdą chwilą jednak nabierającego atmosfery zabawy, pod koniec nieźle jazzującego, aż poszło mi w biodra sześć minut przyjemnego rozbujania. Jakże pozytywna klamra dla tej rock-wyluzowanej płyty.
"Strange Days" usłano nutami, którymi aż pragnie się zneutralizować zaduch szarzyzny, jaki w ostatnich miesiącach stanął naszym cieniem.

 

A.M.


środa, 13 stycznia 2021

śnieżnie

Jeden ze Słuchaczy (poprosił o anonimowość) zapytał: "panie Andrzeju, czy za tyle lat aktywności w mediach przyznano panu jakieś wyróżnienie?". - Ależ oczywiście, na dwudziestą rocznicę Nawiedzonego Studia kilku radiowych kolegów przygotowało stylowy tort. Zapozował on nawet do zdjęcia. Jak tylko znajdę, przy okazji dorzucę. Jeszcze dodam, tamtego dnia było mi przeogromnie miło.
Zapewne tortów byłoby więcej, gdybym tylko nie był takim wybrykiem natury, a raczej człowiekiem opanowanym, ważącym słowa i opowiadającym o heavy metalu z podobną guzdralską gracją, co wyedukowana pod radiowy fach warszawska śmietanka. Wylewanie przy mikrofonie uczuć nie przystoi naturze radiowca. Trzeba się powściągać, podobnie jak oddech, czkanie i sapanie. Dawno też zauważyłem, iż najlepszymi radiowymi paplami bywają ci, którzy w temacie AC/DC bądź Iron Maiden używają nobliwego języka, w stylu Dostojewskiego, a na śniadaniowe herbatki przy mikrofonie biorą pretendentów do mistrzów mowy polskiej. Aha, i żeby nie było, to ostatnie szczególnie pochwalam. Przy okazji gratulacje dla ubiegłorocznego triumfatora, bardzo przeze mnie cenionego Tomasza Raczka. 

Właśnie tworzę kolejne Nawiedzone. Zeszyt od zapisków pęka w szwach. Tej niedzieli powinno być inaczej - co nie oznacza lepiej. Ale sprawa się szykuje, nabiera szlifów, kolorów. I jeśli licho mnie nie weźmie, jak zawsze dotrę na czas.

Kilka osób wyraziło zaniepokojenie, jak to możliwe, że w moim Top 21 za 2020 rok zabrakło Bruce'a Springsteena "Letter To You". Nie da się ukryć. Zabrakło nie tylko jego, bo i jeszcze wielu innych niezłych płyt. Pewnym przekorem losu, z jednej strony fatalny miniony rok, przewrotnie okazał się bardzo owocnym fonograficznie, tak też przy podsumowaniach trzeba było zrezygnować nie tylko z Bossa. Nigdy na syto zastawionym przyjęciu nie pomieścimy wszystkiego na jednym talerzu. 

Sypnęło śniegiem. Ale nie ma tego złego... Smutek jednych, radością Zuleczki. Mój ogonowy merdaczek daje w śniegu płetwonurki, a jeszcze obwąchuje bałwany, których na moim osiedlu zatrzęsienie. Cała dzieciarnia oszalała - ludzie, zwierzaki. Miło popatrzeć. Nawet na naszym z Mundi późnowieczornym spacerze mamuśki i tatuśkowie ciągnęli jeszcze sanie ze swymi pociechami, bo przecież nigdy nie wiadomo, na ile tego białego szaleństwa starczy. W takich chwilach zapominam o mojej alergii na zimę. Skoro nareszcie pojawiło się coś, co daje ludziom radość.


A.M.


wtorek, 12 stycznia 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 10 na 11 stycznia 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań

 




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 10 na 11 stycznia 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

 

 


DEF LEPPARD "Hysteria" (1987) - to już 30 lat odkąd nie ma z nami Steve'a Clarka - gitarzysty pierwszych czterech albumów Def Leppard, ale i pozostawiającego w spadku połowę kompozycji na wydanej po jego śmierci "Adrenalize". Alkohol i leki przedwcześnie zabrały nam tę lubianą postać, dlatego nasza w tym broszka, by pozostała pamięć. Słuchanie jego gitarowych przeplatanek było jedną z największych przyjemności, jakich w muzycznym życiu doświadczyłem. Kto do tej pory jeszcze się nie załapał, tym szybciej w kałamarze. "Hysteria" odniosło gigantyczny sukces. W samych USA zgarnęło Status Diamentu plus dodatkową podwójną Platynę, a przecież reszta globu również dała radę. Jest tutaj słońce Kalifornii, pomimo iż całość zrealizowano na Starym Lądzie.
- Don't Shoot Shotgun


DEF LEPPARD "High 'N' Dry" (1981)
- wspominanie Steve'a Clarka ciąg dalszy. Tym razem z drugiego longplaya "High 'N' Dry". W tym czasie Def Lepps nie byli jeszcze światową potęgą. Mamy tu do czynienia z epoką New Wave Of British Heavy Metal, a więc z istotnym punktem wyjścia. Bardzo lubię tę płytę, podobnie jak każdą z okresu 1980-87. Choć każdą inaczej.
- Bringin' On The Heartbreak
- Switch 625 (instrumental)

W.E.T. "W.E.T." (2009)
- "W", "E" oraz "T" są pierwszymi literami nazw zespołów, z których wywodzi się trójka muzyków tworząca ten bardzo fajny kolektyw. Niebawem nowy album. Jego tytuł "Retransmission". Premierę wyznaczono na 22 stycznia, ale już wiadomo, że w naszym kraju nastąpi mikroskopijny poślizg. Połączenie skandynawskiej rock-sekcji (muzycy Eclipse oraz Work Of Art) z amerykańskim wokalistą Jeffem Scottem Soto (m.in. Axel Rudi Pell, Eyes, Sons Of Apollo, Takara czy Yngwie Malmsteen) zatrybiło od początku i wszystkie do tej pory wydane albumy (trzy studyjne oraz koncertowy) świetne, więc nawet nie zakładam rozczarowania najnowszym. Na "W.E.T." przemierzamy też ostatnie chwile z gitarzystą - ale i basistą oraz klawiszowcem - Marcelem Jacobem (tutaj w roli gościa), który dosłownie chwilę później popełnił samobójstwo. Zupełnie zapomniałem o tym wspomnieć w audycji, na szczęście blog daje możliwość rehabilitacji.
- If I Fall

TALISMAN "Talisman" (1989)
- kapitalny debiut Szwedów ze śpiewającym Amerykaninem Jeffem Scottem Soto. No właśnie, ponownie Soto. Ależ głos, prawda? Dawno na moim fm nie było tej konkretnej muzyki, a w czasach winogradzkiego Radia Fan bardzo ją lubiliśmy. Sprowadzałem tego wydanego w 1993 roku japończyka za ogromne pieniądze. Zresztą, w tamtych latach nawet nie było tańszej alternatywy. Na początku kompaktowej ery wiele upragnionych tytułów ukazywało się ślamazarnie. Jedynie Japonia zawsze miała wszystko. I tak pozostało do teraz. To jedyny kraj na świecie, gdzie udział nośników w rynku muzycznym stanowi zdecydowaną większość. Słusznie. Ja też kolekcjonuję płyty, nie pliki.
- Standin' On Fire
- I'll Be Waiting

GREAT WHITE "Let It Rock" (1996)
- jakże ja kocham te kalifornijskie rekinie szczęki. Bo i też "great white" to jak najbardziej Biały Żarłacz, nie żadna wielka biel, gdyby czasem dosłownie zechcieć zinterpretować zestaw tych słów. Na sobotnim rock'n'roll party, na talerzu gramofonu przemiennie lądowały The Beatles "Revolver", SBB "Welcome", Bruce Springsteen "The River", i sporo innych klasyków, aż w pewnym momencie kolega zainstalował Great White "Once Bitten". A więc coś, za co sprzedałbym Diabłu duszę. Mój kamrat "Once Bitten" posiada na europejskim winylu, ja zaś tego przeciwieństwem na amerykańskim. Różnica? Diametralna. Cała strona B to kompletnie inna bajka, na korzyść Ameryki. I to bezwzględnie. Zaczynam rozumieć, dlaczego mój zachwyt zawsze napotykał na wyważone emocje posiadaczy mniej dopieszczonej edycji przeznaczonej dla Starego Kontynentu. O Belzebubku, nigdy nie zapomną pewnej soboty i widoku, tuż po dojściu do okna, gdy akurat podjechał czerwony maluch, taki dawny pocztowy kurier, dostarczający paczki zawsze w soboty - w tym rzecz jasna od mojej Sisterki. Znak rozpoznawczy - tabliczka "Łączność". Moje pokolenie od razu załapie, w czym rzecz. No i wysiada kurier, wyjmuje z tylnego siedzenia dużą kwadratową pakę, z napisem "ostrożnie płyty". Wow! nadchodzi nowa porcja szczęścia. W tym momencie już skaczę po sufit, ale zachowuję zimną krew, by na dzwonek do drzwi udać zaskoczonego. Lubię czasem przyaktorzyć. Ręce mi się trzęsły niczym doktorowi Kołkowi, gdy ten otrzymał przydział mieszkania do bloku przy Alternatywy 4. Przede mną jeszcze najbardziej emocjonujące chwile unboxingu, aż oczom ukazują się same nowizny. Wszystkie z nalepkami chicagowskiego sklepu "Rolling Stone" - albumy: Metallica "Master Of Puppets", Iron Maiden "Seventh Son Of A Seventh Son", Def Leppard "Hysteria" oraz Great White "Once Bitten". A resztą niech Szanownym Państwu dopowie wyobraźnia.
- Where Is The Love
- Hand On The Trigger

GARY MOORE "Wild Frontier" (1987)
- 6 lutego wybije równe 10 lat odkąd nie ma go z nami. Nie chciałem czekać do tej daty, dlatego przyspieszyłem kącik upamiętniający tego fantastycznego Irlandczyka z północnej części Zielonej Krainy. W obroty poszło szalenie przeze mnie lubiane, celtycko-hardrockowe "Wild Frontier". Album, na którym Gary Moore z niesamowitym wyczuciem połączył irish folk z hardrockiem, ssąc jego urok nie tylko ku balladom "Johnny Boy" czy "Crying In The Shadows", co też dla instrumentalnej perły "The Loner", ale głównie wobec całej podmetalizowanej reszty. Powstała doskonała muzyka, z jednej strony jakże odległa od jazzrockowego flirtu Moore'a w Colosseum II, za to niemal przyłóż do serca wobec Thin Lizzy. "Wild Frontier" to jednak najbardziej nierówna pod względem poziomu głośności zrealizowana płyta w jego dorobku. Dźwiękowa inżynieria to prawdziwa sinusoidalność. Nawet zremasterowane CD brzmi okropnie. Praktycznie bez zmian w stosunku do starszej edycji. Nie słychać żadnej poprawy. Czekam, aż ktoś kiedyś wyrówna zachwiane poziomy, ale też niczego nie przesteruje. Tylko błagam, oby nie Steven Wilson. Jego produkcje zawsze dodają dźwięki i instrumenty dotąd nieobecne. Słuchanie później wielbionych płyt to prawdziwa konsternacja. Nic nie zgadza się z tym, co do tej pory zapamiętaliśmy. Nawet jeśli za geniusza w tym fachu mają go tacy Ian Anderson bądź Robert Fripp.
- Thunder Rising
- Crying In The Shadows - {utwór dodatkowy, tylko na CD}

ROYAL HUNT "Dystopia" (2020)
- premiera 18 grudnia 2020, a dojechało dopiero przed chwilą. Prezent imieninowy od Żonki i Syncia, zamówiony jeszcze przed Andrzejkami - gdzieś w okolicach Katarzyny. Wyczekiwane, upragnione, nareszcie jest. Może nawet i dobrze, że z lekkim poślizgiem, wszak w grudniu nowości nie brakowało, a teraz styczniowa posucha, "Dystopia" wydaje się jak znalazł. Najnowsze dzieło Duńczyków (z amerykańskim wokalistą D.C. Cooperem) czarujące. I żywię nadzieję, że Nawiedzeni będą podobnego zdania. Koncept album oparty na dystopicznej powieści (stąd tytuł albumu) Raya Bradbury'ego "451 Stopni Fahrenheita". Bije tu przestrogą wobec czarnej wizji świata.
- Inception °F451
- Burn
- I Used To Walk Alone
- Snake Eyes
- Midway (Intermission II)

GARY MOORE "Back On The Streets" (1978)
- tym razem Gary Moore w asyście swojego byłego szefa z Thin Lizzy, Phila Lynotta. Tytuł, w zasadzie powinien wyjaśnić atmosferę piosenki jeszcze przed jej posłuchaniem. Istnieją trzy wersje - instrumentalna, ze śpiewem Gary'ego Moore'a oraz ta zaprezentowana w niedzielę, z wokalem Phila. I myślę, że najlepsza. Ale jeśli zajdzie potrzeba, z chęcią przy innej okazji zaoferuję dwie pozostałe. Ogólnie bardzo fajna płyta, tyle, że jeszcze daleka od skonkretyzowanego hard rocka bądź bluesa (są tego tylko przebłyski), co było głównym narzędziem pracy Moore'a w latach późniejszych. Natomiast zainstalowane tu trzy jazzrockowe instrumentale, jak najbardziej powinny przypaść do gustu sympatykom Colosseum II, w których zresztą nasz bohater w tamtym czasie urzędował. 
- Spanish Guitar {PHIL LYNOTT vocal} - utwór dodatkowy, spoza albumu / singiel 1979

THIN LIZZY "Black Rose (A Rock Legend)" (1979) - nie tak wystrzałowy album, co petardy "Jailbreak" lub "Johnny The Fox", jednak ogromnie go lubię. I kto wie, czy nawet na jego plus nie przemawia właśnie znikoma ilość przebojów. Bowiem cała jego nieprzebojowa reszta uzmysławia, jaki to był fantastyczny, na równym poziomie zespół. Przed tygodniem "obchodziliśmy" 35-rocznicę śmierci Phila Lynotta - cudownego Irlandczyka z północy kraju, który niestety żył nazbyt rozrywkowo, przez co totalnie wyniszczyły go alkohol i narkotyki. Poza tym przeuroczy (nawet jeśli w Thin Lizzy despota) człowiek, który przeżył niespełna 37 lat. Należy do grona bohaterów mojego unitarnego etapu fascynacji muzyką, ze znaczącym wpływem na cały ciąg dalszy.
- Waiting For An Alibi
- Sarah
- Got To Give It Up

HUEY LEWIS AND THE NEWS "Weather" (2020)
- harmonijkę Huey Lewisa usłyszymy m.in. w balladzie Thin Lizzy "Sarah", ale u wczesnego Bruce'a Hornsby'ego i nie tylko. Jednak jego na co dzień uprawiany swingujący rock'n'roll, podlany bluesem i soulem jest chyba najpozytywniejszą muzyką na obszarze pop rocka. Zalecam ją wszystkim mrukom, markotom czy innym mizantropom. Na "Weather" otrzymujemy ledwie siedem nagrań. Płyta krótka, choć ochrzczona mianem longplaya. Nie starczyło sił na więcej, bowiem Huey'owi zaczęło ostro szwankować niedosłyszenie. Ratowanie zdrowia stanęło więc priorytetem, Artysta został zmuszony do odstawienia hałasu, i choć zadeklarował nawet wycofanie z życia estradowego, ja jednak wierzę w dobre zakończenie.
- While We're Young
- Pretty Girls Everywhere - {Eugene Church & The Fellows cover}

MARK KNOPFLER "Boom, Like That" (2004)
- naszło mnie na okazanie tęsknoty za latem. A jak to wyrazić, jak nie poprzez muzykę. Stanęło więc na "Summer Of Love". A, że to jednocześnie świetne maxi byłego DireStraits'owca, poszło w całości. Jak widzę, nikt nie ma pretensji. Przy okazji dobrze było wspomnieć niedawny gdańsko-sopocki koncert. To był bardzo ciepły kolorowy dzień, z kolekcją lubianych nut.
- Boom, Like That
- Summer Of Love {sesja do albumu "Shangri-La"}
- Who's Your Baby Now {live at Massey Hall, Toronto}

PETER FRAMPTON "Frampton Comes Alive!" (1976)
- przed kilkoma dniami stuknęło 45 lat od amerykańskiej premiery tego podwójnego w oryginale winylu. Brytyjska premiera nastąpiła dopiero miesiąc później, pomimo iż Frampton to przecież właśnie Brytyjczyk, ale jednak kompletnie wchłonięty przez Amerykę. Ciekawe, czy on sam jeszcze pamięta, jak niegdyś wymiatał w Humble Pie? Przez dziesięć tygodni 1 miejsce w dwusetce Billboardu. Takie są fakty tej fantastycznie sprzedanej płyty. Nie żadnych wyświetleń na You Tube czy innych nic niewartych pierdów. Po prostu, kilkanaście milionów ludzi (w tym osiem w Stanach) wyłożyło ze swoich portfeli pełne stawki na zakup tego koncertowego szaleństwa, zarejestrowanego na dwóch czarnych płytach. Co ciekawe, szaleństwo przyszło nagle, bowiem jeszcze chwilę wcześniej solowe płyty Framptona sprzedawały się jedynie tak sobie. Zabrakło w niedzielę czasu na RollingStones'owski cover "Jumpin' Jack Flash", ale świat jeszcze nie dobiegł końca.
- Show Me The Way
- Baby, I Love Your Way

PAUL McCARTNEY "McCartney III" (2020)
- fajny ten nowy McCartney. Coraz lepszy, z każdym dniem. Dołożyłem mocy radiowym głośnikom podczas "Slidin ' ". Ale zagrało! Tak, zdecydowanie tego trzeba słuchać głośno. Podoba mi się ta garażowa, niedopieszczona produkcja. A z drugiej strony skrywająca pewne smaczki, dające wyłapać się jedynie przy podkręceniu gałek. Myślę, że Macca jest otwarty na nowe brzmienia. Słucha młodziaków, a ci inspirują go tak, jak on niegdys ich. To zdrowe. I tylko zerknijmy jeszcze na fakty; przeciętny polski 78-latek ledwie daje radę po poranne bułki, a tu ex-Beatles, w takim "Slidin' " rwie tynki.
- Slidin'

BLOODY HEELS "Ignite The Sky" (2020)
- drugi długograj nieznanych mi dotąd Litwinów. Hard'metalowy kwartet kipiący od wybuchowych riffów, z wokalistą Vickym While'em, niejednokrotnie wspinającym się na niedostępne dla wielu rejestry. Zaserwowane "Silhouette", oprócz odpowiedniej dramaturgii, skrywa też głębokie szarpnięcia wiolonczeli w wydaniu Emy Daugaviete'y. Jej gra trafnie podkreśla nastrój kompozycji, którą osadzono w wirze samotności. Całej płycie do perfekcji być może jeszcze trochę, jednak warto zapamiętać nazwę Bloody Heels. Będą z nich ludzie.
- Silhouette

GRAND SLAM "Hit The Ground" (2019)
- grupa założona przez Phila Lynotta wkrótce po rozwiązaniu Thin Lizzy. Za jego życia nie załapała się nawet na wydanie jednej płyty, lecz na pocieszenie była garstka koncertów. Wszystko skończyło się po około dwóch latach. Śmierć Lynotta dała kres tej fajnie zapowiadającej się przygodzie. "Hit The Ground" to już współczesna produkcja, jednak ze starymi numerami. Kilka z nich dobrze znamy, jak przedstawione w Nawiedzonym "Military Man" czy "Dedication". Szkoda tylko, że w grupie nie ma obecnie nikogo z dawnych gigantów - Briana Downeya, Johna Sykesa czy Magnum'owskiego Marka Stanwaya.
- Military Man
- Dedication

KINGDOM COME "Bad Image" (1993)
- Robert Plant ich nienawidził. Ale oczywiście tylko z początku, gdy zbyt zuchwale podszywali się pod Led Zeppelin. Sądzę, że po pięciu latach od utrzymanego w takim właśnie tonie albumowego debiutu, o grupie dowodzonej przez niemieckiego Lenny'ego Wolfa, pamiętało coraz mniej osób. I tak też topniały pełne nadziei płytowe kontrakty, kurczyły się nakłady płyt, muzyka też ewoluowała - niekoniecznie w lepsze rewiry. Każda z pierwszych pięciu płyt Kingdom Come jest fajna lub bardzo fajna, a debiut wręcz genialny, natomiast po albumie "Twilight Cruiser" zazwyczaj jest już źle, bardzo źle lub niekiedy fatalnie. Ze smutkiem na bieżąco obserwowałem artystyczny upadek lubianej formacji, odruchowo kupując każdą z jej kolejnych płyt, w nadziei lepszych dni. Te nigdy nie nastąpiły, dlatego przychodzi mi jedynie wspominać dobre czasy. Do takich bezapelacyjnie należy czwarty długograj "Bad Image". Kto ma na półce, zna tego wartość, a ci, którzy przestali słuchać Kingdom Come po "In Your Face", w ciemno zjadą wszystko, co późniejsze, ponieważ międzynarodowa dziennikarska brać jest bezlitosna, a zbyt wielu ludzi zamiast posłuchać, ulega sugestiom.
- Passion Departed
- Glove Of Stone

MOTT THE HOOPLE "All The Young Dudes" (1972)
- dawno nie było "Konfrontacji". Na moim nocnym fm, w dziale tym kompozycja Davida Bowiego (to już 5 lat, jak odszedł), którą ten podarował Ianowi Hunterowi oraz jego kompanom z Mott The Hoople. Glamrockowy manifest, który stał się wizytówką Motts, i chyba nawet jej sprawca nie wykazywał później żadnej zazdrości, skoro nawet na swoich koncertach sięgał po nią sporadycznie.
- All The Young Dudes

BRUCE DICKINSON "Tattooed Millionaire" (1990)
- być może nie jest to przesadnie udana interpretacja tej powszechnie cenionej piosenki, jednak głos Bruce'a Bruce'a (tak Dickinson podpisywał się w Samson, czyli przed losem na loterii, jakim okazał się wślizg do Iron Maiden) zawsze mi smakuje. Ostatnio także trochę zatęskniłem do jego solowego debiutu, tak też sprytnie poszukałem pretekstu do wklejenia albumowej okładki na bloga.
- All The Young Dudes - {Mott The Hoople cover, kompozycja David Bowie)

KHYMERA "Master Of Illusions" (2020)
- na dobranoc super porywająca melodia z ostatniej Khymery. Płyty ogólnie takiej sobie, jednak skrywającej kilka prześlicznych paproszków. No i piosenka "Paradise" to właśnie takie przecudowne coś, jakże dodające skrzydeł w tych dziwnych czasach, w jakich przyszło nam żyć. Jednak musimy docenić, historycznie czasach najlepszych. Maseczki to przecież nic w porównaniu z ostrzałami, schronami, łapankami czy obozami. I ja to doceniam. Do usłyszenia ...
- Paradise


 

Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"