czwartek, 27 lipca 2017

fotka z Gruzji


Znajomy, a pewien pisarz, wybrał się z rodzinką na wakacyjny podbój Gruzji. W konsekwencji podesłał mailowo górską fotkę z pozdrowieniami, plus foto-reklamówkę pewnego sklepu muzycznego, jaki tam napotkał. Okazuje się, że sylwetka Steve'a Jonesa nie tylko mnie patronuje. Zastanawiam się, czy może w takim układzie jest gdzieś jakakolwiek audycja, którą każdego tygodnia rozpoczyna "Sierra Quemada" Steve'a Hacketta?
Do urlopu pozostało kilka dni. Tęsknię za morzem coraz bardziej. Muszę tylko jeszcze dokupić kilka butelek whisky, by było piękniej. Ostatnio dużo popijam. Może nawet zbyt dużo. Kto wie. Ale co tam, gdy spoglądam wokół, z butelczyną najlepiej.
Dziś 30-lecie obchodzą cztery świetne płyty: Triumph "Surveillance", Dead Can Dance "Within The Realm Of A Dying Sun", 10,000 Maniacs "In My Tribe" oraz Starship "No Protection". Wszystkie znakomite, choć kompletnie od siebie różne. Wyłapałem przez przypadek. Siła internetu. Choć przecież dużo lepiej bywało bez niego. Wszyscy byliśmy inni - pokorniejsi i wrażliwsi. Teraz tylu mądrali, że się tylko panoszą.
Muzyka na dziś: Lebowski z płyty "Lebowski plays Lebowski". Wróciłem do niej po kilku tygodniach. Dobrze się stało.
Nie znoszę formy: "miłego dnia", więc dla Szanownych Państwa: "wszystkiego dobrego".


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





wtorek, 25 lipca 2017

STYX - "The Mission" - (2017) -









STYX
"The Mission"

(UMe, czyli UNIVERSAL MUSIC ENTERPRISES)
****




Gdy jako czternastolatek zdobyłem na winylu świeżutką "Cornerstone" zrozumiałem, że mam do czynienia z zespołem nieprzeciętnym, a przecież nadal żyłem w nieświadomości istnienia wcześniejszego "The Grand Illusion" - w zasadzie najbardziej cenionego dzieła Styx. I zapewne po dzień dzisiejszy nim jest, ja jednak największym sentymentem darzę pierwsze oczarowanie - za sprawą owego "Cornerstone". To, jeśli nawet niedoskonałe, w sercu po kres dni. Nigdy nie wymażę z dawnych kart pierwszego kontaktu z finalizującą stronę A, na pół harcerską balladą "Boat On The River", czy innych przebojowych równie wspaniałych piosenek, w rodzaju: "Babe", "Why Me" lub "Borrowed Time". Oczywiście chwilę później już musiałem poznać całą resztę dorobku tej niecodziennej prog rockowej formacji. No i co z tego, że amerykański prog, to zupełnie inna bajka, niż te wszystkie nasze staro-kontynentalne Emersony, Yesy czy PinkFloydy. Pamiętam wzgardy i wszelakie złośliwe przytyczki, gdy tylko ktoś ujawnił sympatie względem zzaoceanicznego rocka, że wspomnę nazwy: Styx, Boston, Starcastle, April Wine, Triumph lub Journey. Jakakolwiek by to odmiana rocka nie była, zawsze musiało się jej dostać. Na szczęście w nosie miałem postękiwania tych wszystkich "znawców", obierając własny kurs, dzięki czemu nie ominęło mnie tyle dobrego. Chociaż na najnowszy twór Styx, też już dzisiaj spoglądam zupełnie inaczej. Sam się przecież mocno zestarzałem, i choć bym pragnął, nie jestem w stanie wykrzesać z siebie młodzieńczych, niczym nieskażonych emocji. Te pozostawiam nowym odkrywcom.
Szkoda, że już w zespole nie ma Dennisa DeYounga. I choć wiadomy to fakt od dawien dawna, jakoś trudno się z nim pogodzić. Na szczęście nadal ładnie śpiewa jego były konkurent Tommy Shaw, a i całkiem dobrze wkomponował się w zespołowe ramy Larry Gowan, którego pamiętam jeszcze w czasach pre-Styx'owych, gdy nagrywał piękne płyty w asyście Jona Andersona, Tony'ego Levina czy Alexa Leifsona. Tak tak, warto się nimi zainteresować, gdyby niechcący uszły czyjejś uwadze. Warto również słówko o samym Larrym (vide Lawrence'sie) Gowanie. Ten urodzony w Szkocji kanadyjski muzyk, osiadł już dawno temu w Stanach Zjednoczonych, co także w dużej mierze ułatwiło wysunąć jego talent. Zanim stał się pełnoprawnym członkiem Styx pełnił rolę supportu przed występami swoich obecnych zespołowych kolegów. Mniej więcej dwadzieścia lat temu Tommy Shaw dostrzegł jego cenne pokłady i chwilę później zaprosił do współpracy, a gdy Dennis DeYoung postanowił działać na własną rękę, Larry'ego oficjalnie wciągnięto do line-upu.
Styx długo się nie odzywali. Co prawda okazjonalnie koncertowali, jednak płytowo zawiesili korki na haku za sprawą płyty "Big Bang Theory" w 2005 roku. I to też nie była zwyczajna płyta, a usłana samymi coverami. Gdyby zatem poszukać tej naprawdę ostatniej, z materiałem w pełni premierowym, to staje na "Cyclorama" z 2003 roku. A to przecież też żadne arcydzieło. Tak naprawdę za ostatnią udaną płytę wypada uznać "Edge Of The Century". Wydaną, uwaga! - 27 lat temu. Dlatego na wieść o nadchodzącej "The Mission" przebierałem z ciekawości stopami. I oto jest, czternasty studyjniak w karierze. Konceptualny, opowiadający historię misji na Marsie. Choć to, jakby ważne najmniej. Kogo by zainteresował ów temat, gdyby muzyka nosiła szczerb na przedzie. Na szczęście płyta klasowa. Dobrze, niech będzie, nie ma szans z "Cornerstone", "Paradise Theater" czy "The Grand Illusion", ale to wreszcie tacy Styx, jakich lubię. Pełni zwrotów akcji, ładnych melodii, "tych" niezwykłych chóralnych wokaliz, plus syntezatorowego brzmienia - z nostalgią przywołującego okres 70/80's - czyli najlepszego dla dziejów muzyki. Przynajmniej wedle mojej skromnej opinii.
Na pierwszy singiel wybrano rockowy, a czasem nawet szaleńczo rozpędzony i króciutki zarazem "Gone Gone Gone", którego walor można jeszcze bardziej docenić, gdy posłuchamy go z inicjującą całość uwerturą. Fajną ma tę chrypkę Larry Gowan. No i brawo dla Tommy'ego Shawa, że pozwolił młodszemu koledze zainicjować wokalnie ten album. Później już obaj śpiewają przemiennie - no, może jedynie za wyjątkiem piosenki "Trouble At The Big Show" - w której przypomina się gitarzysta i od zawsze okazjonalny śpiewak James Young. I właśnie po tym fragmencie proszę dobrze nastroić uszu - trzy kolejne piosenki, doprawdy kapitalne. Tryptyk rozpoczyna podszyta organami i syntezatorem ballada "Locomotive" (tu wypada jeszcze podkreślić doskonałe partie chóralne oraz niemal obłędne, choć niestety zbyt przykrótkawe gitarowe solo), po czym kolejny klejnot "Radio Silence" (z podobnymi walorami i także zaśpiewany przez Tommy'ego), a na jego koniec wokalny duet Gowana i Shawa w "The Greater Good". To też ballada. Podniosła i malownicza, podszyta gitarą, pianinem, organami i także chwytającym za serce solem gitarowym. Już tylko dla tego fragmentu warto otworzyć przez lata uśpione zmysły. I choć już nie znajdziemy na "The Mission" równie porywającego kwadransa, nadal będziemy obcować z płytą zapierającą dech. Lecz pozostałą resztę pozostawię już uwadze Państwu Szanownym.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




poniedziałek, 24 lipca 2017

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 23 lipca 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań







"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 23 lipca 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Szymon Dopierała
prowadzenie: Andrzej Masłowski






AXE - "The Crown" - (2000) -
- Torturous Game

JUDAS PRIEST - "Screaming For Vengeance" - (1982) - 35-lecie albumu
- Screaming For Vengeance
- You've Got Another Thing Coming
- Fever

JORN - "Life On Death Road" - (2017) -
- Dreamwalker

STEELHEART - "Steelheart" - (1990) -
- Love Ain't Easy
- Can't Stop Me Lovin' You

RIVERDOGS - "California" - (2017) -
- American Dream

QUIET RIOT - "Condition Critical" - (1984) -
- Condition Critical

QUIET RIOT - "Metal Health" - (1983) -
- Cum On Feel The Noize - {Slade cover}
- Thunderbird - {dedykowany Randy'emu Rhoadsowi}

OZZY OSBOURNE - "Blizzard Of Ozz" - (1980) -
- I Don't Know

BLVD. - "Blvd." - (1988) -
- In The Twilight
- Missing Persons

ICEHOUSE - "In Concert" - (2015) -
- Hey, Little Girl
- Electric Blue
- Man Of Colours - {główny wokal MICHAEL PAYNTER + dodatkowo IVA DAVIES}
- Don't Believe Anymore
- Great Southern Land

SANTANA - "Santana IV" - (2016) -
- Anywhere You Want To Go
- Sueños

SANTANA - "Abraxas" - (1970) -
- Black Magic Woman / Gypsy Queen - {Fleetwood Mac cover / Gabor Szabo cover}
- Oye Como Va - {Tito Puente cover}

SANTANA - "Inner Secrets" - (1978) -
- Life Is A Lady / Holiday
- The Facts Of Love

KAYAK - "Eyewitness" - (1981) -
- Ruthless Queen

MOSTLY AUTUMN - "Sight Of Day" - (2017) -
- Hammerdown

PRISTINE - "Ninja" - (2017) -
- Ocean - {utwór dodatkowy}

KAYAK - "Merlin" - (1981) -
- The Sword In The Stone
- The King's Enchanter
- Niniane (Lady Of The Lake)

PETER PANKAS JANE - "Live At Rockpalast - Bonn 2004" - (2017) -
- Hangman

V/A - "MTM Ballads Volume 2" - (1999) -
HARLAN CAGE - Making My Way Back To You - (oryginalnie na albumie "Forbidden Colors")






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




Tak było w sobotę 22 lipca 2017
jak wyżej


niedziela, 23 lipca 2017

JORN - "Life On Death Road" - (2017) -








JORN
"Life On The Road"
(FRONTIERS RECORDS)
***




Jorn Lande jest właścicielem niezłego głosu. Niegdyś nawet wróżono mu sporą karierę, która jednak stanęła na poziomie rozpoznawalności. Miał być drugim Davidem Coverdalem, a niektórzy wznosili go nawet na poziom Ronniego Jamesa Dio. Niestety Jorn nie bardzo znalazł receptę na władanie tak gardłowym atrybutem, a przecież próbował w tuzinie przeróżnych projektów, m.in w Ark, Masterplan, Beyond Twilight czy Allen/Lande. Ten ostatni, akurat okazał się jednym z najlepszych, o ile nie naj naj naj, co wydaje się po równi zasługą innego dobrego głosu, jakim dysponuje Russell Allen - ostatnio mocno poturbowany w wypadku, w którym zginął na miejscu jego zespołowy kompan z Adrenaline Mob - basista David Zablidowsky.
W roku ubiegłym grupa Jorna Landego opublikowała bardzo fajną płytę "Heavy Rock Radio", na której zaprezentowała same przeróbki. Wśród nich m.in. covery Eagles, Dio czy Iron Maiden, ale także zawierająca pozarockowy repertuar (przyrządzony jednak na metalową modłę), choćby z dawnych objęć Fridy czy Kate Bush. Podobały mi się tamtejsze gitary Tronda Holtera (muzyka Wig Wam), który do tematu podszedł solidnie, bez usilnych fajerwerków, co tylko całości wyszło in plus. Tym razem za gitarę chwycił równie doświadczony Alex Beyrodt (przywódca Voodoo Circle), który przyłożył do pieca, że aż zatrzęsło. Tylko co z tego, skoro Jorn nie ma "tej" ręki kompozytorskiej. W niczym także nie jest w stanie pomóc wzięty (szczególnie ostatnio) Alessandro Del Vecchio, jeśli przypada mu jedynie rola kompozytora pomocniczego.
Jorn wniebogłosy szarpie gardłem, gdyby ktokolwiek dotąd jeszcze nie dostrzegł jego walorów, i na tym sprawa się kończy - wszak z kompozytorską mocą kiepsko. Nie tylko zresztą z nią, albowiem cała sekcja, choć tnie równo, niestety zapomina, że samym hałasem dzieł się nie czyni. I "Life On Death Road" mocno na to cierpi.
Płyta się nawet nieźle zaczyna. Pierwsze dwa numery, w tym ponad 7-minutowy tytułowy "Life On Death Road" oraz o blisko dwie minuty krótszy "Hammered To The Cross (The Business)", troszkę pobudzają zmysły i wyostrzają apetyt. Niestety później już słabiutko. Mierne melodie kompletnie nie przykuwają uwagi, a takie gitarowe rzeźbienie (czasem podszyte klawiszem), w dużo jaśniejszym sznycie, to ja mam u wczesnych Dio, Whitesnake czy Rainbow.
Gwoli sprawiedliwości, należy tu jednak dostrzec jeszcze wspaniałą majestatyczną balladę "Dreamwalker", plus inną, taką na pół palącą w przełyku "The Optimist". Przy czym ta druga zasługuje na miano poprawnej. Do wybitności droga kręta.
Szkoda fajnego pomysłu i autobiograficznego wątku z piosenki "Man Of The 80's" - przyprawionego zbrodniczo średnią melodią. Gdy się lirycznie wkracza na teren młodzieńczych wspomnień, choćby względem Marilyn Monroe czy Jamesa Deana, przywołując zarówno pamięć berlińskiego Muru oraz smaku dawnych marzeń, to trzeba coś takiego opatrzyć porażającymi nutami. W tej materii odsyłam do ponad trzydziestoletniego metalowego hymnu "Stars" - jednorazowego charytatywnego tworu Hear'n'Aid - diabelskiego dzieciątka Ronniego Dio.
Cóż... nadal będę wypatrywać Jorn'owskiego dzieła życia, pomimo brutalnie upływającego czasu.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






dziś super rarytas z Australii

Dlaczego warto posłuchać dzisiejszego Nawiedzonego Studia? Bowiem nigdzie w ten wakacyjny czas nikt nie zagra niczego lepszego. Ot, cała filozofia. Ale ale ale... ale na dobitkę mam w rękawie dodatkowy atut, którego nikt nie wyszarpnie, a jest nim pewien podwójny album wydany jedynie w Australii, i śmiem twierdzić, że nikt go wcześniej z prawdziwych płyt w kraju nie zaprezentował. Sporo tam piosenek do koniecznego posłuchania, ale jedna TAKA, że już doczekać się nie mogę. I jeszcze jedno, nie usłyszycie mili Państwo głosu Zbigniewa Ziobry, ni Jarosława Kaczyńskiego. Nie potrafiłbym nikomu popsuć tak pięknej nadchodzącej wieczoro-nocy. Zresztą te kryminalne typy niebawem ugrzęzną w pierdlu - trzymam kciuki!
Dzisiaj za sterami konsolety Szymon Dopierała. Będziemy popijać Pepsi Colę i obżerać się czekoladą - to Szymkowi obiecałem. On taki łasuch, jak ja. Tyle, że mnie nie przystoi wsuwać w trakcie działań wielbionego szaleństwa za dużo. Później się czka, a to bardzo nieładnie i lekceważące względem słuchacza.
Zapraszam o 22.00 na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl...
...będzie wspaniale, obiecuję!





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"













piątek, 21 lipca 2017

a karawana brnie

Nie było wczoraj nastroju o muzyce, mordy wy moje mordeczki zdradzieckie - bo tak powinniśmy się do siebie zwracać Szanowni Państwo. Atmosfera ostatnich dni wzbudza niepokój. Przyzwoitość zatrzasnęła drzwi na cztery spusty. Polityczni bandyci zawłaszczają nasze wolne Państwo, co nie wszyscy dostrzegają.
Celebrowanie 70-tki Carlosa Santany zbiega się z informacją o śmierci wokalisty Linkin Park - Chestera Benningtona. Szkoda chłopiny. Zawsze przy tego typu zdarzeniach zastanawiam się, czy samobójca wie, że nim jest, tylko czyha na odpowiedni moment, a może jedynie zła chwila go takim czyni. Gdy pomyślę o Keithie Emersonie, Bradzie Delpie czy Woollym Wolstenholmie.... Wszyscy muzycznie spełnieni, a jednak było coś, co nie czyniło z nich szczęściarzy.
Przyznam, że do wczoraj nie pamiętałem nazwiska lidera Linkin Park, choć w swoim czasie naprawdę postarałem się posmakować muzyki tego ogromnie popularnego zespołu. Mój Syn Tomek ma nawet kilka płyt, ale do mnie twórczość tego bandu nigdy nie przemawiała. Wiem jednak, że fani Linkin Park stają teraz przed ciężkimi dniami. Szczerze współczuję.
70-urodziny Carlosa Santany przez powyższą wieść troszkę zeszły na drugi plan. W Nawiedzonym na pewno szepnę muzyczne słówko o mistrzowskim latynowskim rocku, który muzyk uprawia od pięciu dekad. Bardzo lubię jego pierwsze cztery płyty, choć pomiędzy "Caravanserai" a wcześniejszymi trzema, stoi mur stylistyczny. Cenię również kilka późniejszych płyt z lat 70/80-tych, choć miewam kłopot z wieloma ostatnimi. Wyjątkiem udana "Santana "IV", którą się muzyk zrehabilitował po słabiznach, typu: "Corazon" czy kompletnie nędznymi coverami na "Guitar Heaven".
Muzyka na dziś: Santana "Caravanserai". Fantastyczny album. Niemal w całości instrumentalny. Tylko z niewieloma wokalnymi wtrętami Gregga Roliego, Rico Reyesa czy samego Carlosa. Odskoczyli tutaj w stronę jazzu, a ja przecież nie słucham jazzu. Bywają wyjątki, oto jeden z nich. Niezwykle smakowicie podany jazz w rockowej oprawie, pełen pięknych motywów, melodii i niepowtarzalnego nastroju. Szkoda, że w tym tonie grupa nie nagrała więcej podobnych rzeczy. Owszem, był epizod z Johnem McLaughlinem i wiele równie pięknej muzyki na "Welcome" czy "Borboletta", lecz to już były nieco inne płyty. Ano właśnie, bo choć Santana "babrał" się w jednym słusznym sosie, to zawsze czymś zaskakiwał. Poszukiwał, szedł do przodu, nawet jeśli nie wszyscy to akceptowali. Dlatego bardzo fajne płyty, w rodzaju: "Inner Secrets", "Beyond Appearances" czy "Marathon", mają tak niewielu entuzjastów. Choć pamiętam za szczeniaka, jak wielokrotnie widywałem okładkę "Inner Secrets" w lokalnym Wawrzynku. I teraz nie wiadomo, czy tylu ją kupowało, czy tyluż samo próbowało się kamlota pozbyć. Było trochę takich płyt, których nikt nie chciał, i kto wie, czy to nie jedna z nich.
Wracając do "Caravanserai"... mówimy o bardzo nieradiowej płycie. Czyli takiej, której należy posłuchać w całości. Wyrywanie z niej strzępów w celu prezentacji, po prostu zabija jej czar. A dzisiaj nie prezentuje się całych płyt. Nie dlatego, że nie można, bo jak najbardziej tak, lecz kto by wysiedział przy odbiorniku jednym ciągiem czterdzieści minut czegoś, co na każdym strumieniowym portalu bez najmniejszej łaski. Poza tym, prezenter lubi pogadać o muzyce, którą kocha. Do takowych ja także należę.
Życzę przyjemnego wolnego czasu i do niedzielnego usłyszenia...






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




środa, 19 lipca 2017

"letnie pojednanie"

Gorące polityczne lato. Zarówno w Sejmie, jak i pod nim.
Zaraz zaraz, jak to wczoraj było: "zdradzieckie mordy", "jesteście kanaliami", .... Szeregowy poseł Kaczyński odniósł się do opozycji z typową dla siebie wrażliwością. Wczorajszy parlamentarny dzień był po prostu smutny.
Kogo poseł Kaczyński tak się boi, że przed Sejmem stawia barierki. Opozycja otoczona Strażą Marszałkowską i Policją, jak by byli jakimiś zbrodniarzami. Z kolei przywoływana do ludu jedyna słuszna opcja, boi się do niego wyjść. A to przecież lud, którego nikt nie potrzebował zwozić z całej Polski autokarami. Sami się poczuli.
Panie pośle Cymański, pan zwróci uwagę swemu zwierzchnikowi - panu Kaczyńskiemu, by ludziom mord nie przyprawiał. Pan tak ładnie potrafi się uśmiechnąć, nawet gdy złość się wylewa. Bo przecież PiS w wyborach obiecywało pojednanie. Pamiętam. Nie obiecywało podziału, który to podział mu wyszedł, jak nikomu dotąd.
Jarosław Kaczyński dostaje na mównicy wytrzeszczu oczu i wylewa żółć. Nie trzeba było rozkazywać bratu lądowania w Smoleńsku - naprawdę. Pan Prezydent by żył, żyło by jeszcze pozostałych dziewięćdziesiąt pięć osób. Nie musiał by pan przerzucać niczego na innych. Nie musiała by pana partia ogłupiać narodu. Choć w ponad trzydziestu procentach cel osiągnęliście. Ale nie wszyscy za pięćset złotych dali dupy. Nie wszyscy się skurwili. Ludzie przyzwoici mają dobre serca i myślą.
Dziękuję gorszemu sortowi, jak też wszelakim lewakom i innym zdrajcom, za uczestnictwo w ostatnich protestach. W was (tj. w nas) jedyna nadzieja. Jeśli pękniemy, pozostanie już tylko przymusowe wieszanie portretów braci Kaczyńskich w szkołach, urzędach, plus comiesięczne wiece gloryfikacyjne.



Andrzej Masłowski