poniedziałek, 31 sierpnia 2015

MOTÖRHEAD - "Bad Magic" - (2015) -




MOTÖRHEAD
"Bad Magic" - (UDR GmbH) -
****

Na ten rok przypada 40-rocznica Motorhead, co zresztą z wielką dumą przypomina nam rzymska XXXX z okładki najnowszego longplaya "Bad Magic". To już 22 album, a ja pamiętam, zupełnie jakby to było wczoraj, moje pierwsze emocje po wysłuchaniu świeżutkiego "Ace Of Spades", a chwilę później genialnego koncertu "No Sleep 'Til Hammersmith" - podsumowującego pierwszy okres działalności. Fakt, późniejsze albumy już nigdy nie wywarły na mnie równie wielkiego wrażenia, lecz mimo wszystko zawsze lubiłem posłuchać nowych kawałków Lemmy'ego i jego kompanów. Bo nikt tak nie gra na basie jak Lemmy. To chyba jedyny taki przypadek na świecie, gdzie ktoś na czterech strunach zasuwa z taką energią, pasją i zaciętością, że niech się schowa większość pseudometalowych chucherków. Lubię ten jego mocno zużyty głos, jedyne i swoiste poczucie humoru, swobodny stosunek do życia, a nawet tego odwiecznego pryszcza - "zdobiącego" lewy policzek. Przywykłem nawet do nieśmiertelności Lemmy'ego, przez co jego ostatnim zdrowotnym kłopotom wciąż trudno dać mi wiarę - wszak Lemmy od zawsze wydawał się być niezniszczalnym. Niech zatem to wszystko najlepiej podsumują słowa cytujące Beatlesowskiego klasyka, a przy okazji wieńczące albumową książeczkę: "tomorrow never knows", z dopiskiem: "why not?".
"Bad Magic" jest płytą kolektywną, nietworzoną na dystans, co ostatnio w dobie komputeryzacji bywa zjawiskiem powszechnym. Przez co albumy pozostają wyprutymi z emocji, odartymi z autentyczności, nie mając w sobie ładunku świeżości, a przecież bez tego rock'n'roll po prostu nie istnieje.
O to wszystko, poza Lemmym, Philem Campbellem i Mikkey'im Dee, zadbał ponownie klasowy producent Cameron Webb, którego znamy już choćby z poprzedniego albumu "Aftershock", jak i wcześniejszych "The World Is Yours" czy "Motorizer".
"Bad Magic" jest tak dobra, jaka tylko maksymalnie być mogła. Lemmy zawsze daje z siebie sto procent. To kwestia tylko naszego indywidualnego podejścia, które jego dzieło ocenimy wysoko, a które jeszcze wyżej. Dla mnie to wspaniała płyta, która zawiera wszystko, co w najlepszy sposób charakteryzuje Motorhead. Energię, entuzjazm, moc, chwytliwe melodie oraz sporą rozmaitość, jak na ten wydawać by się mogło - schematyczny rodzaj bezkompromisowego łojenia. Właśnie - łojenie - to chyba najwłaściwsze określenie sztuki uprawianej przez tych trzech Panów.
13 utworów i tylko nieco ponad 40 minut grania, praktycznie bez wytchnienia. Od 3-minutowej torpedy "Victory Or Die" (zwycięstwo albo śmierć), która zdecydowanie niesie w sobie pokłady ładunku rodem z "Ace Of Spades", "Bomber" lub "No Class", aż po świetną przeróbką Rolling Stones'owego klasyka "Sympathy For The Devil" - gdzie gitarzysta Phil Campbell zagrał nawet na pianinie, a w słynnych chórkach "uu-uu-uu-uu" zaśpiewał między innymi były perkusista The Cult i Guns N'Roses - Matt Sorum. I choć całej płyty słucha się z dużą przyjemnością, to polecam zwrócić uwagę na kilka smaczków, jak choćby na bardzo fajne gitarowe solo w "The Devil" - autorstwa zaproszonego na tę okazję Briana Maya - gitarzystę Queen. Bądź też na super chwytliwy "Teach Them How To Bleed", którego ostatnich 20 sekund zdobi przyjemny spowolniony bluesowy akcent, by chwilę później nastała obłędna ballada "Till The End" - przywołująca ducha albumu "1916". Lemmy z urokiem typowym dla siebie zwraca się w niej do życiowych mądrali, jakich chyba każdy z nas ma zawsze pod ręką, z mniej więcej takim oto przekazem: "....posłuchaj no przyjacielu, nie mów mi co mam robić, sam siebie znam najlepiej i nie potrzebuję żadnych dobrych rad....". Po czym płyta powraca do właściwego metalurgicznego tempa, za sprawą "Tell Me Who To Kill". Motorhead grają tu jak za czasów "Bomber" czy "Overkill". Surowo i z dużym ładunkiem decybeli, zupełnie jakby im z garbu czasu zdjęto tych czterdzieści zawodowych lat.
Proszę jeszcze koniecznie nie przegapić ciężkiego, masywnego i demonicznego "Choking On Your Screams". Lemmy'emu blisko tu do Carla McCoya z Fields Of The Nephilim. Choć raczej odwrotnie, to przecież McCoy niegdyś przeniósł Lemmy'ego wzorce do własnej gotycko-progresywnej twórczości.
Warto ponadto zwrócić uwagę na genialne linie basu w "When The Sky Comes Looking For You" (te burzliwe wejścia są niesamowite) i porywające tuż obok gitarowe zagrywki Phila Campbella. 
To tylko kilka "piosenek", lecz proszę również posłuchać uważnie wszystkich pozostałych - z tej bardzo udanej płyty. Kolejnej na bardzo wysokim poziomie, a przy okazji w nadziei na jeszcze wiele innych.....




Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co muzyce najpiękniejsze"






"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 30 sierpnia 2015 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM




"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 30 sierpnia 2015 r.

RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl

realizacja: Krzysztof Piechota
prowadzenie: Andrzej Masłowski




MAGNUM - "Escape From The Shadow Garden - Live 2014" - (2015) -
- Kingdom Of Madness

ROYAL HUNT - "Devil's Dozen" - (2015) -
- May You Never (Walk Alone)

MOTÖRHEAD - "Bad Magic" - (2015) -
- Victory Or Die
- The Devil - {solo gitarowe BRIAN MAY}
- Till The End

SCORPIONS - "Savage Amusement" - (1988) -
- Don't Stop At The Top

SYMPHONY X - "Underworld" - (2015) -
- Without You

PRAYING MANTIS - "Legacy" - (2015) -
- All I See
- Fight For Your Honour
- The One

===================================
===================================

STEVIE RAY VAUGHAN
27 sierpnia br. upłynęła 25 rocznica tragicznej śmierci Artysty
(3.X.1954 - 27.VIII.1990) 





STEVIE RAY VAUGHAN and DOUBLE TROUBLE - "SRV" - (2000) - BOX 3 CD + DVD
- Lookin' Out The Window
- Willie The Wimp
oba utwory z Mann Music Center, Philadelphia, Pennsylvania 1987

DAVID BOWIE - "Let's Dance" - (1983) -
- China Girl - {na gitarze STEVIE RAY VAUGHAN}

JENNIFER WARNES - "Famous Blue Raincout" - (1987) -
- First We Take Manhattan - {na gitarach STEVIE RAY VAUGHAN i ROBBEN FORD}

DON JOHNSON - "Heartbeat" - (1986) -
- Heartache Away - {na gitarze STEVIE RAY VAUGHAN}
- Love Roulette - {na gitarze STEVIE RAY VAUGHAN}

====================================
====================================

ERIC CLAPTON - "August" - (1986) -
- Hold On
- Behind The Mask
- Grand Illusion

ROGER WATERS - "Amused To Death" - (1992 / reedycja 2015) -
- Perfect Sense, Part I
- Perfect Sense, Part II
- The Bravery Of Being Out Of Range

GRAHAM NASH - "Songs Of Beginners" - (1971) -
- Military Madness

HAWKWIND - "Electric Tepee" - (1992) -
- Blue Shift
- Death Of War

KRAFTWERK - "Computer World" - (1981) -
- Computer World
- Pocket Calculator
- Computer World 2
- Computer Love

COLDPLAY - "X&Y" - (2005) -
- Talk

JEAN-MICHEL JARRE - "Jarre-Live" - (1989) -
- Rendez-Vous IV

PHIL COLLINS - "12" ers" - (1987) -
- Take Me Home







Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co muzyce najpiękniejsze"


 



 

sobota, 29 sierpnia 2015

Radio Merkury - audycja Radio Yesterday - lato z płytą koncertową - LOMBARD "Live!" (1983)





Lato z płytą koncertową w audycji "Radio Yesterday" - Radio "Merkury" 100,9 FM

29 sierpnia 2015 godz. 12.00 - 13.00

prowadzenie: 
Mariusz Kwaśniewski

gościnnie:
Andrzej Masłowski


LOMBARD - "Live!" - (1983) - oryginalnie SAVITOR, numer katalogowy SVT 002 / reedycja KOCH 1999
- Sala Filharmonii Szczecińskiej, 21 listopada 1982 r.
Małgorzata Ostrowska - śpiew
Grzegorz Stróżniak - śpiew, instrumenty klawiszowe 
Piotr Zander - gitara
Zbigniew Foryś - bas
Przemysław Pahl - perkusja


zagraliśmy:
1. NASZ OSTATNI TANIEC
2. ZNOWU RADIO
3. BYE, BYE JIMI
4. SŁOWA CHORE OD SŁÓW
5. SPÓŹNIONA RADOŚĆ
6. PRZEŻYJ TO SAM




 
Andrzej Masłowski
 
 
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co muzyce najpiękniejsze"



piątek, 28 sierpnia 2015

kres letniego koncertowania

Rano dotarłem na nagranie ostatniej "letniej płyty koncertowej". Po niemal kompletnie nieprzespanej nocy, ale czasem tak bywa. Myślę, że i tak poszło nieźle. Tym bardziej gorąco polecam - to ostatnia okazja.
Mariusz Kwaśniewski podobno mnie nie wyrzuca, a nawet na przyszłość jakąś małą niespodziankę trzyma w zanadrzu. Jednak sam jeszcze niewiele wiem, a więc....
Ujawniłem w stosownym czasie naszą pierwszą letnią płytę przed jej wyemitowaniem, uczynię tak też i przy ostatniej - będzie nią Lombard "Live!". Słynny pierwszy koncert grupy ze szczecińskiej Filharmonii, z końca 1982 roku. Poleci w całości! I niech mi ktoś powie, że w dzisiejszym radio nie można.
Wychodząc ze studia udało mi się uścisnąć dłoń wchodzącego tam właśnie Piotra Niewiarowskiego - menadżera Lombardu, którego notabene możemy właśnie zobaczyć na rewersie okładki wspomnianej płyty "Live!". Mariusz z Panem Piotrem właśnie zabierał się za przeprowadzenie wywiadu, który ostatecznie zostanie wyemitowany w jutrzejszym "Radio Yesterday" Radia "Merkury". A dojdzie do tego jeszcze grubo przed 12-tą, zanim zostanie przedstawiony koncert z samej płyty. Polecam Państwa uwadze, nie zapomnijcie nastawić odbiorników, najlepiej na całą audycję, która zawsze w każdą sobotę od 10-tej do 13-tej. Będzie mi bardzo miło.
A w niedzielę oczywiście "Nawiedzone Studio" w poznańskiej "Aferze" - pełne smakowitej muzyki i niechybionych nut.
Do usłyszenia!










Andrzej Masłowski
 
 
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co muzyce najpiękniejsze"
 
 

 

czwartek, 27 sierpnia 2015

ROGER WATERS - "Amused To Death" - (1992 / reedycja 2015) -





ROGER WATERS
"Amused To Death" - (COLUMBIA RECORDS) -
*****


Nad każdą płytą Roger Waters pracował intensywnie i długo, lecz nad "Amused To Death" trwało to niemal pięć lat. Tak po prawdzie, cały koncept i pierwszy jego zarys pojawiły się już w czasach "Radio K.A.O.S.". Waters w tamtym okresie w sposób szczególnie uważny obserwował przemiany zachodzące w świecie. Analizując je doszedł do wniosku, iż w dobie końca dwudziestego wieku jeszcze przed nastaniem drugiego dominatora w postaci internetu, największy wpływ na człowieka wywierała sama telewizja. Ta, dla zysku skłonna była uczynić niemal wszystko, nie zważając na ewentualne późniejsze konsekwencje. Świat telewizyjnych mediów, który w pełni potrafi zawładnąć nami, sterując naszymi instynktami, wyłączając często samodzielne myślenie. Stąd też sugestywna okładka z małpą-gorylem, wpatrującą się w monitor telewizora, spoglądającą na wydarzenia, choć w zasadzie ich kompletnie nie rozumiejąc. Pod pokrywą bezmyślnego w tym przypadku ssaka, Waters w przenośni ukrył niemal każdego z nas. A więc istotę obserwującą, lecz nie pojmującą większości dzisiejszych problemów oraz brudów otaczającego nas świata. W szczególności wojen, co do których muzyk zawsze miał stosunek szczególny, a to z uwagi na utratę Ojca w trakcie działań II Wojny Światowej. Do czego zresztą wielokrotnie odnosił się w swojej twórczości.
Okładkę najnowszego wcielenia "Amused To Death" zdobi podobna przenośnia, tyle iż na siedzeniu przed dużym ekranem telewizora zamiast małpy, zasiadł tym razem młody człowiek. Nasz nowy bohater także jest biernym obserwatorem. I choć od premiery dzieła upłynęło blisko ćwierć wieku (oryginalnie w 1992 roku) , to jego przekaz pozostaje wciąż aktualny. Co szata graficzna właśnie symbolizuje. Jest niby inaczej, lecz pod pokrywą nic się w zasadzie nie zmienia.
Nie dziwię się Watersowi w jego rozczarowaniu, bowiem album choć bardzo Floydowski nie zdobył tak wielkiego uznania na jakie nasz maestro na pewno liczył, a które to wiele wcześniejszych płyt zespołowych osiągnęło przecież bez większego problemu. Nieco tylko ponad milionowa sprzedaż musiała kogoś tak ambitnego zaboleć. I właśnie chyba między innymi także i z tego powodu dzieło to powraca raz jeszcze. W zmienionej okładce i nowym miksie, dokonanym przez zasłużonego Jamesa Guthriego. Dzięki temu przynosząc również kilka kosmetycznych zmian. Na szczęście nie burzących "rytmu" całości. Wielka robota dokonana niegdyś przez Patricka Leonarda (słynnego speca od Madonny) została nienaruszona. A pomimo tego nowy wizerunek płyty może teraz wyjść jej tylko na dobre. Całość brzmi perfekcyjnie, idealnie komponując się z brzmieniem wielu współczesnych produkcji. Te słowa piszę w oparciu o płytę kompaktową, bowiem co potrafi podwójny winyl, na razie pozostawiam tylko w sferze wyobraźni.
"Amused To Death" jest dziełem bardzo floydowskim, choć nagranym bez udziału dawnych kolegów, za to z pełną paletą fantastycznych gości. Pojawia się tu choćby genialny gitarzysta Jeff Beck, którego możemy podziwiać w otwierających całość kompozycjach "The Ballad Of Bill Hubbard" oraz "What God Wants, Part 1", a także w kilku zamykających album. Ponadto w trzech nagraniach mamy tu również gitarzystę Toto, Steve'a Lukathera. Do tego, wybornego perkusistę Jeffa Porcaro (także muzyka Toto) - dosłownie w ostatnich dniach jego życia. Są też i śpiewający Rita Coolidge jak i Don Henley (wokalista i perkusista Eagles), plus jeszcze wielu wielu innych .....
Kilka z zawartych tu utworów na stałe weszło do żelaznego repertuaru koncertowego, lecz najlepiej wszystkie sprawdzają się jako całościowy album.
Kompozycje takie jak: "Perfect Sense" (koniecznie obie jego części), tuż za nimi niemal floydowski "The Bravery Of Being Out Of Range", przebojowy i zarazem singlowy "What God Wants, Part I" , do tego koniecznie obłędna jego część trzecia, vide "What God Wants, Part III", ponadto będący życiową przestrogą "Three Wishes", czy też przedfinałowy i podniosły "It's A Miracle" - traktujący o zwykłej ludzkiej chciwości. O tym, że wielu ludzi pod pretekstem bycia artystami, tak naprawdę próbuje tylko zbić kapitał. Jest to aluzja do odwiecznego artystycznego wroga Rogera Watersa - Andrew Lloyda Webbera. Waters przez lata wtykał w niego szpilki, uświadamiając często przeróżnym specom od muzyki, iż ci tak naprawdę mają do czynienia tylko z szansonistą. Przekładając to na nasze podwórko - z typowym Dyzmą. "It's A Miracle", to Pink Floyd najczystszej krwi. Mógłby stanowić za ozdobę dzieła utrzymanego w klimacie "The Wall" lub "The Final Cut" i stać się zespołowym klasykiem po wsze czasy. Jednak poprzez tylko solowe dzieło utwór nie był w stanie dotrzeć do tak potężnej widowni, jak ta Floydowska. To wszystko jest zbiorem niewiarygodnie splecionych nut.
Nie można jeszcze pominąć finałowego i tytułowego "Amused To Death". Powolnego, nastrojowego, a niekiedy zdecydowanie podniosłego. O końcu nas, jako całej ludzkości. Do czego i tak przecież zmierzamy. Arcydzieło!




Andrzej Masłowski
 
 
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co muzyce najpiękniejsze"





wtorek, 25 sierpnia 2015

TIM BOWNESS - "Stupid Things That Mean The World" - (2015) -





TIM BOWNESS
"Stupid Things That Mean The World" - (InsideOut Music) -
***2/3


Szybko Tim Bowness uporał się z nową płytą. Zaledwie w rok po wydaniu "Abandoned Dancehall Dreams" przygotował kolejny premierowy materiał. Jednak przed poprzednim dziełem artysta miał sporą przerwę w swej solowej działalności, koncentrując się głównie na przeróżnych projektach, z których co prawda najbardziej znanym wydaje się być No-Man (współtworzony wraz ze Stevenem Wilsonem z Porcupine Tree), ale najowocniej wyszło mu z psychodeliczno-progresywnymi Nosound, bądź z jak na razie tylko jednorazowymi, za doskonałymi Memories Of Machines.
Bowness dysponuje niezwykłym głosem o hipnotycznej mocy, dzięki czemu on sam doskonale sprawdza się na przeróżnych płaszczyznach. Do tego może poszczycić się współpracą z muzykami najwyższych lotów, chociażby z takich grup jak: King Crimson, Pineapple Thief czy Porcupine Tree.
Na najnowszym "Stupid...." pojawiło się jedenaście zróżnicowanych kompozycji, czasem subtelnych, delikatnych, wręcz kameralnych, a innymi razy dość odważnych, nie stroniących od poszukiwań i eksperymentów. Bowness dobrze czuje się w objęciach elektroniki, jak i przesterowanych gitar, ponadto potrafi swym śpiewem ukoić, a czasem też i solidnie szarpnąć. Przekonał się o jego możliwościach dawno temu sam maestro Robert Fripp, a następnie wyznaczonym tropem posmakowali talentu Bownessa także inni. Przykładem najnowszego dzieła mogą być kolejni ciekawi goście w osobach: Phila Manzanery, Petera Hammilla, bądź kolejne spotkania z Brucem Soordem i Colinem Edwinem. Choć największego smaku dodają podszyte smutkiem skrzypce Anny Phoebe. Proszę posłuchać jak tej niesamowitej Brytyjki (choć Matka jest Niemką, a Ojciec Greko-Irlandczykiem) natchniona gra w "Sing To Me" genialnie współgra z tym niezwykłym spokojem Tima Bownessa. To jeden z takich momentów, dla których często kupujemy całe płyty. Jednak takowych mamy tutaj nieco więcej, jak choćby następny w albumowej kolejności "Where You've Always Been" - z gościnnie grającym na gitarze oraz instrumentach klawiszowych Philem Manzanerą (muzykiem Roxy Music, ale i także współpracującego z Davidem Gilmourem). Niewiele się z pozoru tutaj dzieje, a jednak płynący niczym spokojny strumyk klawiszowo-gitarowy dialog, plus smyczkowa imitacja, doskonale pasują do rozmarzonego i nieco odrealnionego śpiewu Bownessa.
Za kolejną perełkę należy uznać środkowy fragment płyty, w postaci nagrania "Press Reset". To kąsek dla fanów tajemniczych No-Man. Schowana mocno w głębi elektronika i próbująca się przebić perkusja towarzyszą Bownessowi w spacerowym niespiesznym tempie, by znienacka gdzieś pod sam koniec eksplodować. Świetne!
I choć powyższe trzy piosenki wydają się bezcenne, należy jeszcze koniecznie dostrzec swoistość uroku 3-minutowej subtelnej "All These Escapes", a nawet nieco monotonnego "Know That You Were Loved" - z ładną partią gitarową, podszytą gdzieniegdzie szlachetnym melotronem.
Szkoda tylko, że całość nie trzyma równego wysokiego poziomu, albowiem zdarzają się także nagrania mniej ciekawe, jednak fakt ten tylko nieznacznie obniża i tak wysoki poziom całości.

P.S. Limitowana 2-płytowa wersja zawiera dodatkowo cztery remiksy do piosenek z powyższego albumu. Często dość odmiennych od pierwowzorów, a bywa, że inaczej zatytułowanych, jak dla przykładu nagranie tytułowe, które w nowej ambientowo-akustycznej szacie ochrzczono jako "I Still Miss You".

P.S.2. Artysta w najbliższą sobotę wystąpi na progowym festiwalu "Ino-Rock" w Inowrocławiu, na którym główną atrakcją będzie Fish, świętujący 30-lecie "Misplaced Childhood". Ponadto zagrają Motorpsycho oraz polscy State Urge i Millenium.




Andrzej Masłowski
 
 
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co muzyce najpiękniejsze"


Być autentycznym + świetna recenzja 40-letniego "Born To Run" Bruce'a Springsteena

The Special One, czyli Jose Mourinho, został niegdyś poproszony podczas jakiegoś meczu o poczęstowanie gumą do żucia. Mourinho odmówił, argumentując, że ma odliczone. Ktoś pomyśli - sknera, a ja go rozumiem. Podobno podczas całego spotkania ten zużywa równe dwa opakowania - i ani jednej mniej, czy więcej. To jest jak miarka i musi się zgadzać. I ja też tak mam. Jeśli mam ochotę na całą czekoladę, to nie lubię wokół gości. Ubytek choćby jednej kostki nie daje pełni satysfakcji. Podobno takowe charakterne typy bywają prawdziwymi zwycięzcami - gdzieś ostatnio przeczytałem. I coś w tym jest, bo ja nigdy nie lubiłem przegrywać. Nie godzę się na porażki i od razu pragnę żądzą rewanżu. Jako futbolista nie należałem być może do wirtuozów, ale zawsze byłem ambitny, gryzłem trawę i grałem do ostatniego gwizdka. Dlatego w drużynie mnie chciano, bo nie odpuszczałem, a nawet gdy już wyzbyty sił ledwo dobiegałem do celu, to w oczach miałem dużo wiary. I tego oczekuję od innych. Nie tylko w sporcie, ale w każdej uprawianej zawodowo dziedzinie. Być może w konsekwencji bywa to także wynikiem mego trudnego charakteru, ale fuszerstwa nie znoszę. Dla mnie piłkarz musi grać na pełnych obrotach przez bite 90 minut, no chyba, że trener za niego postanowi inaczej. Z kolei, pani w spożywczaku ma obowiązek nosić na twarzy przynajmniej wyreżyserowaną miłą powierzchowność, tak aby mi później zakupione u niej chleb z kiełbasą należycie w domu smakowały. I to samo tyczy wszystkich dziedzin życia, w takim samym stopniu jak autorów audycji, którzy swą ulubioną muzykę winni serwować z własnych płyt - nie z komputera!. I basta! Bo inaczej wszystko to jeden wielki pic na wodę. Wściekam się zatem i nie toleruję, gdy gość mówi do słuchaczy, że prezentowany utwór znajduje się jako trzeci na płycie, a płyty przed jego nosem coś nie widać, za to dziub wpatrzony jest w ekran monitora. Muzyka bezczelnie wali z empetrójek, a on rżnie cwaniaka, że niby to z prawdziwej płyty. Rżnie nie tylko ważniaka z siebie, ale i ze swoich słuchaczy, z których rżnie idiotów. A mnie się to bardzo nie podoba. W życiu trzeba być autentycznym. Niestety jednak ci autentyczni dostają najczęściej po nosie, a te drobne żałosne cwaniaczki jakoś z reguły pną się wzwyż. Dlatego w mojej radiostacji, którą niegdyś pragnąłbym założyć, nigdy dla takich nie będzie miejsca. I będzie to najlepsze radio na świecie.
Zastanawiacie się Państwo, po co ja to wszystko? Otóż, czytuję regularnie przeróżne relacje, spostrzeżenia czy recenzje, i nikt do tej pory tak fajnie i trafnie zarazem nie opisał płyty "Born To Run" Bruce'a Springsteena. Wielu mądralińskich będzie przepisywać po swoich starszych kolegach dawno już przeczytaną literaturę, jeszcze inni będą encyklopedycznie zanudzać faktami, które i tak każdy dobrze zna, a sztuką jest napisać tak od siebie. By tego dokonać, trzeba umieć poczuć klimat, uważnie się wsłuchać, i to nie jeden raz na odczepnego na kolanie, lecz pokochać lub znienawidzić pełnymi piersiami.
Andrzej z Zielonej Wyspy napisał dzisiaj na swoim facebookowym profilu o jednym z najsłynniejszych dzieł Bossa. Napisał trafnie, pięknie i interesująco. Pomyślałem - szkoda takiego tekstu tylko na FB. Niewielu go tam doceni, ponieważ Facebook jest miejscem dla chwalipiętów powracających z zagranicznych wakacji, albo wklejaczy nikomu niepotrzebnych pierdół.
Za zgodą Pana Andrzeja poniżej najwspanialsza recenzja "Born To Run" jaką on sam popełnił, a ja w życiu z lepszą przyjemności nie miałem:
z kolekcji naszego "wyspiarskiego" Pana Andrzeja

"Gdyby mnie ktoś zapytał o moje wyobrażenie o Ameryce, odpowiedziałbym jednym zdaniem: Ameryka to „Born To Run” Bruce’a Springsteena. Ta genialna płyta miała swoją premierę dokładnie czterdzieści lat temu. Minęły cztery dekady, a nadal wzrusza i zachwyca. Jest tak wielka, jak wielkie są marzenia ludzi wędrujących na zachód, przejmująca niczym kości bielejące na prerii, prosta jak pierwsza miłość, pełna tęsknoty za przestrzenią i wolnością. Wystarczy ją nastawić i zamknąć oczy, by zobaczyć Forda Mustanga goniącego za zachodzącym słońcem, przydrożne bary, gdzie zmęczone kelnerki marzą o księciu z bajki, weteranów powracających z Wietnamu, zakochane dzieciaki w drodze na bal maturalny, robotników pijących piwo w tanich knajpach, ludzi o twarzach pooranych troskami, spędzających bezsenne noce nad stertami rachunków. Przy odrobinie wyobraźni da się nawet poczuć unoszący się w powietrzu zapach smażonych hamburgerów, kukurydzy ociekającej masłem, naleśników i syropu klonowego. Usłyszeć śmiech dzieci, szum zraszaczy do trawy, wycie syreny policyjnej, szepty modlitw odmawianych przed zaśnięciem...
Jeśli kiedykolwiek jakiemuś artyście udało się zamknąć ducha narodu w 40 minutach muzyki, dokonał tego niewątpliwie Bruce Springsteen na albumie „Born To Run”.
...I to solo na saksofonie Clarence’a Clemonsa w „Jungleland”! Jeśli z czymś je porównać, to chyba jedynie z tym, co zrobiła Clare Torry w „The Great Gig in the Sky” Pink Floyd. Obłęd!!!"

To się nazywa prawdziwe dziennikarstwo. Nikt już dzisiaj tak nie pisuje o  muzyce. Sztuka to wielka, bo jak Państwo zapewne zauważyliście, o samej muzyce de facto Pan Andrzej nie napisał zbyt wiele, a człowiek słyszy wszystkie dobiegające z niej nuty.. Brawo! To się nazywa godne uczczenie albumu, który właśnie ukończył 40 lat.




Andrzej Masłowski
 

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co muzyce najpiękniejsze"