wtorek, 22 sierpnia 2017

ACCEPT - The Rise Of Chaos" - (2017) -









ACCEPT 
"The Rise Of Chaos"
(NUCLEAR BLAST) 
***



Gdy niezainteresowanego powrotem do macierzy boskiego przyjemniaczka Udo Dirkschneidera, przy comebackowej płycie Acceptów "Blood Of The Nations", zastąpił fajny wydzierus Mark Tornillo, chyba niewielu żałowało przymusowej podmianki. Raz, że płyta kapitalna, a dwa: nowy wokalista doskonale wkomponował się w zespołowe ramy. Następne dwie płyty ("Stalingrad" oraz "Blind Rage") tylko to potwierdziły. Z kolei, wydany na początku tego roku podwójny album koncertowy "Restless And Live", dobitnie
udowodnił, iż Tornillo bez najmniejszego trudu radzi sobie również z antycznym zespołowym repertuarem. I w tym miejscu muszę zahaczyć o niedawny polski koncert Accept. Bo choć na niego nie dotarłem, zabolało mnie, że tak kultowy i wspaniały band, musi dzisiaj ustępować pola zupełnie dla mnie niepojęcie słabszemu Sabatonowi, który pełnił rolę gwiazdy wieczoru. Powołam się w takim układzie na jeden z najsłynniejszych w Polsce utworów Sabaton - o bitwie nad Wizną - iż dla mnie Accept vs Sabaton, to jak czterdzieści do jednego. Niestety najnowsza płyta "The Rise Of Chaos" jednak tego nie potwierdza. Tym razem jest tylko rzetelnie. Panowie spletli dzieło rzeczowe, konkretne i poprawne, lecz na tym się kończą moje wylewności. Nie znajdziemy tu pośród dziesięciu kompozycji przynajmniej jednej szczególnie wyróżniającej. I wcale nie mam na myśli kolejnej ewentualnej transkrypcji jakiegokolwiek monstera muzyki klasycznej, bądź czegoś w podobnym tonie. Na poziom grania i brzmienia zupełnie nie wpłynęły także dwa przetasowania kadrowe, tj. w miejsce Stefana Schwarzmanna wszedł bębniarz Christopher Williams, a za Hermana Franka nowy gitarzysta Uwe Lulis. Obaj grają perfekcyjnie, z odpowiednim szlifem i ciężkością, więc raczej pragnę rzetelnie dostrzec, iż "The Rise Of Chaos" zawiera dziesięć jak najprzytomniej skrzypliwych kawałków, o walących się stropach i wszech panoszącym ogniu, lecz wcale nie takim chaosie, jak obiecuje albumowy tytuł.
Zaczyna się obiecująco - przebojowym "Die By The Sword", który w fazie wstępnej nawet wzbudza lekkie skojarzenia z klasycznym "Metal Heart", jednak już kolejne dwa: "Hole In My Head" oraz "The Rise Of Chaos", poprowadzą odbiorcę jedynie po poprawnym gruncie zespołowego stylu. Na zasadzie: zadziorna szorstka zwrotna i wyskandowany refren, lecz bez przebojowości rodem z dawnych "Midnight Mover", "Fast As A Shark" czy "Restless And Wild". Ale kolejny w zestawie "Koolaid", naprawdę znakomity. Dla mnie nawet z pełnią przekonania numer jeden. A co później? No cóż, w zasadzie nadal przyjemnie, z rasowymi refrenami w "Analog Man", "Worlds Colliding" czy "Carry The Weight", nawet jeśli zdamy sobie sprawę, iż za kilka lat wszyscy o nich zapomnimy.
Nie da się wiecznie nagrywać arcydzieł, czasem trzeba przysiąść na mieliźnie, by wzbić się ponownie z radością i poczuć smak latania. Wierzę, że Acceptom uda się to już niebawem.







Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")


INGLORIOUS - "Inglorious II" - (2017) -







INGLORIOUS
"Inglorious II"
(FRONTIERS RECORDS)
***





Współczesny hard rock kojarzy się głównie ze Skandynawią, Niemcami, bądź nawet Włochami, jednak z brytyjskimi Wyspami zdecydowanie mniej, pomimo iż to przecież jego kolebka. A jednak angielscy Inglorious próbują przynajmniej mikroskopijnie przywołać dawną chwałę takim graniem dla tego regionu świata.
Zaledwie w rok po debiucie serwują stosownie zatytułowaną "Inglorious II", proponując podobną porcję muzyki - inspirowaną dokonaniami Deep Purple, Whitesnake, Led Zeppelin, Aerosmith czy nawet Bad Company. Muzycy Inglorious powołują się zarazem na powyższe wartości, a sam wokalista Nathan James może się jednocześnie poszczycić owocną współpracą u boku Uliego John Rotha - dawnego, a przy tym także kapitalnego gitarzysty Scorpions.
Nathan w wywiadach podkreśla fascynacje głosami Davida Coverdale'a czy Glenna Hughesa, co da się odczuć niemal na każdym skrawku "Inglorious II".
Mamy tu do czynienia z rzemiosłem próby najwyższej, choć pozbawionym epokowych kompozycji. Niestety, z tak mało zapamiętywalnym repertuarem, grupa troszkę skazuje się na rolę wieczystego rozgrzewacza. Pomimo braku błyskotliwych kompozycji trudno przyczepić się do fajnego selektywnego brzmienia, autentycznie dobrego wokalisty oraz profesjonalnego podejścia całej ekipy.
Szkoda, że niektóre utwory nabierają fajnego rozpędu, lecz niestety w oczekiwanym rozwinięciu niespodziewanie bledną. Przykładem trochę nudne, za to mocno inspirowane soulowo-hard rockowym okresem Deep Purple "Hell Or High Water", bądź a'la archeo-Whitesnake'owe "Change Is Coming" czy soul-metalowe, i wyraźnie zaśpiewane pod Glenna Hughesa "Making Me Pay". Nawet odpowiednio wzmocniona bluesująco-country'ująca ballada "Faraway" jest bardziej nastawiona, jakim to Nathan James jest współczesnym Glennem Hughesem, niż na jej melodyczną długowieczność. Troszkę szkoda tak sprawnego zespołu, by ten tylko poprawnie czynił swą powinność. Dzisiaj trzeba mierzyć w docelowe wyżyny.
Na pewno drzemie potencjał w tej piątce nieco już podstarzałych młodzieńców, co na szczęście przyjemnie nakreślają rasowe hard rockery, typu: "I Don't Need Your Loving", "No Good For You" oraz nieco bardziej namiętne "Tell Me Why". Poproszę kilka tego typu jeszcze lepiej podrasowanych błyskotek na kolejnych dwóch/trzech albumach, a będą z nich ludzie.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





AMORPHIS - Poznań, klub "u Bazyla", 21.08.2017

Bardzo długo nie chwytałem za Amorphis. Przełom nastąpił w 2009 roku, kiedy to polecił mi grupę pewien dobry znajomy. Akurat nowością była fantastyczna "Skyforger", którą zanim sobie kupiłem, najpierw posłuchałem z użyczonego egzemplarza. I od samego początku wiedziałem, że decydując się na zakup limitowanej edycji tej płyty, łyknę egzemplarz uszkodzony. A konkretnie: z fragmentarycznie wyciętymi pojedynczymi ścieżkami w kompozycjach "My Sun" oraz tytułowym "Skyforger". Ponoć pudełkowa edycja (okrojona o jeden numer) grała bez zarzutu. Zakochałem się w albumie po uszy, choć niekoniecznie miałem ochotę pójść za ciosem i brać się za ich wcześniejsze dokonania. Poza tym dostałem ostrzeżenie, że starsze płyty wcale nie muszą wywołać we mnie podobnie entuzjastycznych reakcji. I w ten oto sposób do dzisiaj nie liznąłem Amorphis sprzed "Silent Waters".
Pamiętam jak wyczekiwałem kolejnej po "Skyforger" płyty "The Beginning Of Times". Z początku czułem lekkie rozczarowanie, jednak z czasem pokochałem ją chyba najbardziej. Choć dla jasności, ostatnia jak dotąd "Under The Red Cloud", też przecież niczego sobie. W dodatku dzieło to, jest dobitnym przykładem, że nie wolno wypuszczać z rąk edycji limitowanych. Nie wyobrażam sobie zostać ograbionym o dwa finałowe dodatki: "Come The Spring" oraz "Winter's Sleep".
Ale my tu gadu gadu, a przecież wczoraj w klubie "u Bazyla" można było się Finom przyjrzeć z bliska, no i posłuchać śpiewająco-ryczącego Tomiego Joutsena. Kurdupel z niego, choć dźwiga w sobie głos, niczym Conan. Tomi władał fajnym, takim nieco wikingowym mikrofonem, a on sam to jedna wielka energia. Facet daje z siebie sto procent, a gdyby mógł, to by najchętniej wyskoczył z siebie i stanął obok.
W zasadzie pozostała piątka kompanów skazana została tylko na odegranie swego, albowiem całą uwagę komasował na sobie Tomi. A przecież pięknie tworzyły się folk-metalowe struktury za sprawą gitar i klawiszy. No tak, ale lider może być tylko jeden. Zaskakujące, że Tomi lubi sobie więcej pogrowlingować, niż pośpiewać czystym - notabene wspaniałym - głosem. Troszkę szkoda, bo choć jego growling naprawdę bardzo lubię, to jednak czysty wokal ma dużo fajniejszy. Gdy się jednak śpiewa dwutorowo, w dodatku z takim zaangażowaniem, to nie dziwmy się, że już po circa pięciu kwadransach było po sprawie. W tym zawarty także jeden trzy-utworowy bis, i tyle. O kolejny nawet nie było szans uprosić, bowiem błyskawicznie wypuszczona sugestywna taśma, pozbawiła nadziei na ewentualne dalsze losy Amorphis na poznańskiej scenie. Zespół jeszcze z niej nie zszedł, a ludzie już w tył zwrot, światła do boju, i do widzenia - po koncercie. Pięknie było. Co ja mam Państwu powiedzieć? Opowiadać o czymś, czego się samemu nie przeżyło, to jak wytłumaczyć smak najpyszniejszej potrawy.
Posłuchać na żywca "Under The Red Blood", "Bad Blood", "Sacrifice" i jeszcze kilkunastu innych petard, było fajnym i niezapomnianym przeżyciem.
Nie daje mi tylko spokoju wyciągnięcie na ten koncert kolegi/przyjaciela Petera. Biedaczysko bardzo lubi rocka, a nawet niektóre odmiany heavy, jednak Amorphis mogli być dla niego nazbyt ekstremalni. Miałem, i mam, pewien wyrzut sumienia, pomimo zapewnień z jego strony, że naprawdę było fajowo.
Odpuściliśmy supportujących krajan z Warmii - o stosownej nazwie Varmia. Ponoć niesłusznie. Dookoła padały zapewnienia, że chłopacy pokazali klasę. Na usprawiedliwienie zarzucę hak na Petera, który po dzień wcześniejszej długiej leśnej wyprawie, był totalnie wykończony. I to on mnie ubłagał, by nie zmuszać do wielogodzinnego dreptania w miejscu. Rozumiem faceta, wszak oboje jesteśmy już zdrowo po pięćdziesiątce. To i tak cud, że my takie stare ramole, wciąż chadzamy na koncerty heavymetalowe, podczas gdy nasi rówieśnicy z reguły grzeją pantofle, bądź po prostu nimi są.

P.S. Amorphis rozpoczęli o 20.50, a ponoć Varmia już o 19.30.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




poniedziałek, 21 sierpnia 2017

do kości

Rozruszaliśmy z Tomkiem pod sam koniec towarzystwo Nawiedzonych. Najpierw za sprawą jednej z piosenek płyty "Testify" ("I Can't Stop Loving You"), by wraz z początkiem "Nocnika" poszło w eter "The Whole Of The Moon". Pomału trzeba było się zbierać, a tu chciało się jeszcze słuchać i słuchać. Ale na tym przecież nie koniec. Dotarcie do domu zajmuje kwadransik, ale trzeba jeszcze opustoszyć torbę i zapakować wszystko do roboty, a i jeszcze pstryknąć okładki płyt oraz odstawić kompakty na swe miejsca. Położyłem się o czwartej, pobudka o dziesiątej - nic przyjemnego.
Ludzie często wytykają: "ty Maseł masz dobrze, śpisz do dziesiątej...", tylko nigdy nie zapytają: a o której się kładziesz? Cóż, z reguły nigdy przed drugą, a przeważnie sporo później. Chyba, że dopadnie mnie choroba, albo jakieś przesilenie.
Z przyjemnością słucham najnowszego Stevena Wilsona. Jeszcze niczego nie recenzuję - zbyt wcześnie - niemniej żaden z tego pop. Stefek powołał się na kilka lubianych piosenkowych płyt epoki 80's, i od razu wielu pomyślało, że "To The Bone" będzie drugim "The Colour Of Spring" lub "Hounds Of Love". Skądże. W moich uszach nawet nie wychwyciłem ewidentnych nawiązań. No tak, bo inspiracje, a nawiązania, to zupełnie dwa osobne szlaki.
Płyta jest tak świeża, że upłynie przynajmniej kilka dni zanim się z nią zżyję. Cudowny jest "Pariah". Prawdziwy klejnot, no i ta Ninet Tayeb. Co za głos, cóż za nim władanie. Kolejna zjawiskowa postać, umówmy się na szeroko rozumianej scenie pop. Tyle, że takiego popu dzisiejsze radiostacje nie grają. Przynajmniej te z dziennego pasma, bo nocne rządzą się na szczęście innymi prawami. Choć też nie wszędzie.
Kolejne cacuszko, to zabarwione skrzypcami i harmonijką "Refuge". Do tego jeszcze również zagrany wczoraj finałowy "Song Of Unborn". Długi, 6-minutowy. A my się później dziwimy, że w mediach nie gra się tego typu piosenek. Taki długas nie ma szans w żadnym eremefie czy innej zetce. Przecież zabiłoby to kilkanaście reklam, po czym szef zatłukłby takiego didżeja. Wylot z roboty, więc nikt nie zaryzykuje.
Wracając do "To The Bone"... podoba mi się także "Song Of I". Kolejny mieszany duet. Tym razem z jazzową szwajcarską Artystką Sophie Hunger. I tu się nasuwa zapytanie: co łączy Sophie Hunger ze wspomnianą nieco wyżej Ninet Tayeb? Oczywiście poza osobą Stevena Wilsona. Otóż, obie dziołszki mają po 34 lata. Młode skowronki. Pięknie śpiewają i do tego wyglądają.
Gdyby ktoś zapragnął czegoś żywszego, to proszę bardzo: "Permanating". Tutaj podłożyć głos Rolanda Orzabala i faktycznie mamy Tears For Fears.
Na pewno "To The Bone" to dobra płyta, albo nawet jeszcze lepsza. Poczekajmy, okaże się za czas jakiś.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 20 sierpnia 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań







"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 20 sierpnia 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski






ROBERT PLANT - "Now And Zen" - (1988) -
- Heaven Knows
- Tall Cool One
- Helen Of Troy

AMORPHIS - "The Beginning Of Times" - (2011) -
- You I Need
- Escape

AMORPHIS - "Skyforger" - (2003) -
- From Earth I Rose
- From The Heaven Of My Heart

ALICE COOPER - "Paranormal" - (2017) -
- The Sound Of A

BLUE ÖYSTER CULT - "Heaven Forbid" - (1998) -
- Damaged
- Live For Me

THE CULT - "Beyond Good And Evil" - (2001) -
- My Bridges Burn

KRYPTONITE - "Kryptonite" - (2017) -
- Chasing Fire

DEEP PURPLE - "Johnny's Band" - (2017) - MAXI CD
- Johnny's Band - {album version}

FREDDIE MERCURY & MONTSERRAT CABALLE - "Barcelona" - (1988) -
- Barcelona
- La Japonaise
- How Can I Go On

GENESIS - "We Can't Dance" - (1991) -
- Since I Lost You

OST - "Rush" - (1992) -
ERIC CLAPTON - Tears In Heaven

ELVIS PRESLEY - "Artist Of The Century" - (1999) - kompilacyjny box
- If I Can Dream - {singiel, 1968}
- You Don't Have To Say You Love Me - {album "That's The Way It Is". 1970}

DANNY MIRROR - "Danny Mirror" - (1977) -
- I Remember Elvis Presley

COLDPLAY - "Kaleidoscope" - EP - (2017) -
- All I Can Think About Is You
- Something Just Like This (Tokyo Remix)

STEVEN WILSON - "To The Bone" - (2017) -
- Pariah - {duet with NINET TAYEB}
- Refuge
- Song Of Unborn

PORCUPINE TREE - "Waiting" - (1996) - MAXI CD
- Waiting (Phase 1)
- Waiting (Phase 2)

PORCUPINE TREE - "Stars Die" - (1995) - MAXI CD
- Stars Die

PORCUPINE TREE - "Recordings" - (2001) -
- Even Less - {pełna wersja, połączone Part 1 z Part 2, a więc wersje: albumowa + singlowa}

PHIL COLLINS - "Testify" - (2002 / reedycja 2016) -
- Testify
- This Love This Heart
- Can't Stop Loving You - {Leo Sayer cover}

OST - "Rush" - (1992) -
ERIC CLAPTON - Kristen And Jim


=============================================
=============================================



"NOCNIK"

pierwsze trzy nagrania nocnego pasma z kompaktów Tomka Ziółkowskiego....


THE WATERBOYS - "This Is The Sea" - (1985) - reedycja 2004
- The Whole Of The Moon 

U2 - "The Joshua Tree" - (1987) - reedycja 2017
- Running To Stand Still

PASSENGERS - "Original Soundtrack 1" - (1995) -
- Miss Sarajevo 
 


===============================================
===============================================


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




sobota, 19 sierpnia 2017

gust i maniery

Nie znam Barcelony, nigdy nie byłem. Powiadają, że piękne miasto. Na pewno, choć od przedwczoraj dużo smutniejsze i mocno zastraszone.
Dzisiejsi terroryści nie potrzebują broni palnej, bomb czy samolotów, wystarczy furgonetka z rupieciarni i niepusty bak paliwa. Łatwiej się organizują, a ich fanatycy w imię sprawy godzą się na śmierć samobójczą.
Dla jasności, zamachu w Hiszpanii dokonali terroryści, nie uchodźcy. Uchodźcy sami uciekają przed terrorystami, a ich kolor skóry nie ma żadnego znaczenia. Weźmy przykład z nazistów, którzy byli białasami, a zatem czy każdy białas był nazistą? Niestety niektóre ultraprawicowe środowiska podgrzewają złą atmosferę i sieją nienawiść, która ucztą dla "niedomyślących".
Żyjemy w czasach, w których prostactwo dorwało się do mównic, dodatkowo sprzyjając środowiskom kibolskim i tym pseudonarodowościowym frajerom w koszulkach Polski Walczącej, żołnierzy wyklętych czy Dywizjonu 303 - o których znaczeniu przeważnie nie mają najmniejszej wiedzy. Swą pseudo patriotyczno-kościelną narracją bez konsekwencji podgrzewają gar nienawiści. Nie wolno się na to złapać.
Weekend trwa w najlepsze, choć chmurzyska słońce spłoszyło. Nacieszmy ciało kończącym się latem, nawet jeśli tak wielu ludziom dało ono w ostatnich dniach w kość.
Najmocniej zapraszam na jutrzejsze Nawiedzone Studio. Mogę obiecać, że dam z siebie sto procent. Nie znajdziecie Drodzy Państwo lepszej muzyki z niedzieli na poniedziałek gdziekolwiek. Jestem o los najlepszej poznańskiej audycji całkowicie spokojny. Szczególnie po muzycznej ofercie telewizyjnych stacji, nocnych (i nie tylko nocnych) pasm radiowych, jak i sączących się dźwięków w jakichkolwiek kurortach. I niech mi tylko ktoś zarzuci bycie komercyjnym, gdy niekiedy nastawiam płyty z muzyką pop. Pop w Nawiedzonym Studio zawsze z najwyższej półki, a teraz gdy wielu moich rodaków w durnym tempie podskakuje przy discopolowych kaszlakach jestem przekonany, że my Nawiedzeni mamy po prostu świetny gust i dobre maniery.
Do usłyszenia.... niedziela na 98,6 FM Poznań, o 22-giej....





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





środa, 16 sierpnia 2017

i remember Elvis Presley

W nocnym paśmie stacji National Geographic wyemitowano całkiem świeży dokument o Czesławie Niemenie, pt. "Sen o Warszawie". Szkoda tylko, że ten circa 2-godzinny film stale przerywano reklamami. Wiadomo: ekonomia, ale o tak później porze można było tego nam wszystkim oszczędzić.
Cała masa ciekawych archiwalnych materiałów, popartych opowieściami ludzi z branży, ale także członków rodziny Niemena. Można się było dowiedzieć, jak to dawny film Marka Piwowskiego "Sukces" manipulował sylwetką Artysty na jego niekorzyść, ponadto o teoretycznie powszechnie znanej historii niespełnionej miłości do włoskiej gwiazdy estrady Faridy (która także zdobyła uznanie u nas), no i oczywiście o paśmie artystycznych sukcesów w kraju i za jego granicami.
Kto nie widział, niech przyczai się na ewentualną powtórkę. Na szczęście te wszystkie dokumentalne stacje nie mają w swych szpargałach menisku wypukłego, więc po wielokroć emitują co ciekawsze materiały.
Zajrzałem do kalendarium. Przed 30 laty sierpień był obfity. Po niedawno świętowanej "Hysteria" Def Leppard, światło dzienne ujrzały wówczas, choćby: Aerosmith "Permanent Vacation", The Jesus And Mary Chain "Darklands", Michael Jackson "Bad" czy Midnight Oil "Diesel And Dust". Same dobre i bardzo dobre płyty. W sierpniu 1997 roku nie było już tak różowo, choć zależy, co kto lubi. Niemniej koncertówka Fleetwood Mac "The Dance", to było coś. A skoro weszliśmy na terytorium albumów koncertowych, to z kolei w sierpniu 1977 ukazał się najlepszy album "Live" - troszkę już popularnością przyćmionej grupy Foghat. No i proszę, tylko na podstawie takich wspomnień można by kroić najlepsze audycje.
Dzisiaj 40 lat od śmierci Elvisa Presleya. Pamiętam ten dzień. Chyba nawet doskonale, choć miałem niespełna 12 lat. Byłem u mojego najlepszego kolegi w bloku, i to u niego w telewizji o tym powiedziano. Od razu pomyślałem, że musiał to być ktoś ważny, skoro ochrzczono go mianem "Króla". Wkrótce już miałem jedną, drugą i trzecią pocztówkę dźwiękową, a później jedną i drugą dużą płytę. Szybko poznałem największe przeboje Elvisa. W tamtych czasach ludzi nie było stać na kolekcjonowanie pełnego dorobku Artysty, więc zazwyczaj kupowali składanki. A ja robiłem od najmłodszego interesy, zamieniając się z niektórymi kompanami na ich płyty z kolekcji rodziców. Wymieniałem się za ciężko zdobyczne żołnierzyki, bądź pocztowe znaczki. Moich kumpli najczęściej interesowały tego typu pierdoły, z których ja szybko wyrastałam. Nie było mi żal resorowców, żołnierzyków czy nafaszerowanych klaserów, a im jakoś uchodziło na sucho podkradanie starym cennych zachodnich płyt Toma Jonesa, Engelberta Humperdincka czy wspomnianego Elvisa Presleya. Przygarniałem je zatem, niczym niegdyś Violetta Villas zwierzaki.
O Elvisie, a raczej o moich przygodach z jego twórczością, mógłbym napisać wiele, ale teraz mi się nie chce, ponieważ jestem na wznoszącej fali zasłuchiwania się Philem Collinsem. Przyjdzie taki czas, że się rozpiszę. Być może na pięćdziesiątkę jego śmierci, albo setkę narodzin - o ile sam tego czasu dożyję. Ale mogę Państwu napisać, że ogromnie lubiłem taką piosenkę "I Remember Elvis Presley", którą śpiewał tajemniczy D.Mirror. Bo tak jego nazwisko zapisano na tonpressowskiej pocztówce dźwiękowej. Przez lata nie wiedziałem, co to za facet. Dopiero niedawno ktoś mnie oświecił, że owe "D." to "Danny". No to już wiem. Internet mi podpowiedział, że gość w ogóle nagrywał w klimacie Króla. A głosem dysponował naprawdę fajnie Elvisowym. Mało tego, on nawet nagrał w swoim czasie płytę z własnymi interpretacjami przebojów Presleya.
Gdy piszę te słowa wskakuje mi pewien kadr pamięci, w którym widzę siebie, jak raz za razem słucham "I Remember Elvis Presley". Mój stary monofoniczny gramofon, z ramieniem kolosem, wiele przeżył. Kochałem ten numer. Mam go w chałupie do dzisiaj. Na tej samej oryginalnej i mocno wysłużonej pocztówce. Niestety w Aferze nie do zaprezentowania. Nie miałbym sumienia na radiowym gramofonie zapodać rypiącej igłę, monofoniczną papierową płytę. Mam na szczęście już od pewnego czasu dużą, wydaną przez EMI, właśnie w owym 1977 roku. Chyba ją sobie zaraz zapuszczę (wiem, nieradiowe określenie), ale najpierw musi dobić do końca ub.roczny remaster "Face Value".






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")