sobota, 10 grudnia 2016

o Kasie Chorych w "Blue Note", o Gregu Lake'u też słówko...

Czuję ogólne zasmucenie śmiercią Grega Lake'a. Przyszła tak niespodziewanie, jak niedawny samobójczy akt Keitha Emersona. W krótkim czasie posypała się ferajna, a jeszcze niedawno łudziłem się na ich powrót.
Emerson, Lake & Palmer są jednym z tych zespołów, którego płyty zawsze trzymam w zasięgu wzroku. I słucham dość często, choć nie zawsze o tym głoszę, a jeszcze rzadziej prezentuję w Nawiedzonym.
Wczoraj kolega z pewnej krytykowanej przeze mnie rozgłośni, zapytał: "Andrzej, masz jakieś koncertowe płyty ELP?". Wymieniłem siedem, z czego trzy dwupłytowe. Facet zgłupiał, że można mieć aż tyle samych koncertówek jednego wykonawcy. No mam, i co na to poradzę. Zapytał, czy bym mu nie przegrał "Live in Poland"?, ponieważ na sobotę planuje audycję i chętnie by coś zagrał. Podłączyłem w nocy nagrywarkę, by tę jedną płytę skopiować. Bo jak by to rzekł Krzysztof Kowalewski: "kumpel jest dla mnie kumpel, lekko nikt nie ma".
Tak mnie facet natchnął, że i ja nastawiłem w czterech ścianach wspomnianą "Live in Poland". Lubię ten katowicki koncert. Może trochę mniej od legendarnego "Welcome Back...", ale lubię. Poza tym, nie byłem w 1997 w Katowicach. Głupek ze mnie. Przegapiłem coś ważnego, ale nie tylko ja sam. Z przeczytanej w epoce recenzji zapamiętałem, iż wielu innych uczyniło podobnie. Ponoć nie było frekwencyjnego szału. Może dlatego, ponieważ muzyka ELP wymaga nieco większej uwagi. Na pewno nie jest to plumpkanina, przy której można sobie wrąbać ciasteczko, popijając kawusią, w towarzystwie gadatliwego towarzystwa. Znam takich ludzi, z gatunku: "przycisz tę muzykę, bo nie można rozmawiać". Tak, jakby oni mieli coś wielce niesamowitego do powiedzenia. Zawsze powtarzam, przez co stopniała w mym życiu znacząco liczba tzw. "przyjaciół", że rzadko ludzie mawiają o sprawach na tyle istotnych, by warto je uznać za cenniejsze od muzyki.
Mój kolega/przyjaciel Peter, z którym wczorajszy wieczór spędziłem w Blue Nocie na koncercie Kasy Chorych powiedział, że ma znajomego, który słucha Nawiedzonego Studia, i który nawet zgadza się ze mną światopoglądowo, lecz muzycznie już by polemizował. I bardzo dobrze. Wyobraźcie sobie Państwo, że wszyscy lubimy to samo. Nuda, i jeszcze raz nuda. Różnorodność powoduje koloryt i ciekawość świata. Co z tego, że dla mnie moja muzyka jest najlepsza na świecie, skoro dla kogoś innego może być to reggae, techno lub Kult - a wszystkiego tego nie znoszę. Ale i też na szczęście nie słucham.
A propos Kasy Chorych... Od początku byłem świadom, że wezmę udział w wydarzeniu niecodziennym. W pożegnalnym koncercie zespołu, który na scenie od około czterdziestu lat. I którego trochę słuchałem w czasach licealnych.
Niemal na samym wstępie Jarosław Tioskow (wokalista i gitarzysta) zapowiedział, że będzie to koncert wyjątkowy. Złożony tylko z samych przebojów. A więc występ, jakiego dotąd nie było. Jak powiedział, tak się stało. I ruszyli na dwie gitary, bas, bębny i harmonijkę. Z kwadransową przerwą gdzieś pośrodku. Za to z podwójnym bisem. Miło było posłuchać: "Biały Blues", "Blues Bez Pieniędzy", "Przed Nami Drzwi Zamknięte", "Blues Chorego", "Szalona Baśka", Marleyowskie "No Woman No Cry" i wiele wiele innych...
Fajny koncert i zarazem miłe spotkanie z legendą. Nawet jeśli z dawnego składu tylko wspomniany Jarosław Tioskow oraz gitarzysta Włodzimierz Dudek. Bardzo dobrze wycinał harmonijkarz, i zarazem nasz ziomek Michał Kielak, jak też jazz-bluesowy basista Krzysztof Wołoszyn oraz wyglądający niczym Chris Slade, perkusista Mirosław Wiechnik.
Płyty na dziś: Kasa Chorych "Blues Córek Naszych" oraz Ryszard Skiba Skibiński "1951-1983". Obie w zasadzie należy potraktować jako płyty zespołowe. Muzyka bliska sobie, poza tym otaczający ją muzycy, także. Pierwsza z nich, to kompilacja - udana, druga zaś jest studyjną solówką przedwcześnie zmarłego Skiby. Za jej albumowy tytuł stanowi klamra lat żywota Skiby, z kolei na samej płycie cały Wifon'owski winyl oraz dodatki zespołowe. Stąd też dopisek na okładce "Kasa Chorych".













Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







piątek, 9 grudnia 2016

Miś na miarę naszych możliwości

Na Poczcie Polskiej bywam często. Co tam, jestem stałym bywalcem. Wcale nawet nie z racji szczególnej do niej sympatii, a zwykłego wygodnictwa. Poza tym, wiele usług Poczta trzyma monopolistycznie, więc obrażać się, w razie gdyby, nie sposób.
Stojąc w ogonkach niejednokrotnie z nudów rozglądam się po pomieszczeniach poszczególnych placówek, i co nieco zauważam. Ostatnio zwróciła mą uwagę szeroko wyeksponowana literatura. Jedyna słuszna i nawet nieprzyćmiewająca pozostałej, albowiem pozostałej przecież nie ma. Wczoraj dla przykładu, w jednym z najczęściej odwiedzanych punktów, spostrzegłem priorytetowo wyeksponowaną książkę wybitnego propagandzisty prawicowego, a raczej cnoty polskiego patriotyzmu - Cezarego Gmyza. Ową knigę zatytułowano "Co nam Gmyz zgotował". Główny bohater już na samej okładce szczyci się pichceniem z Andrzejem Dudą, Pawłem Kukizem, Antonim Macierewiczem i jeszcze kimś, kogo przepraszam, że racji szwankującej w mym wieku pamięci pominąłem. I pomyślmy tylko, jakie to specjały mogą nam powyższe autorytety zgotować. Zapewne o podwyższonym ryzyku wylądowania na polu sraczki. Gdyby Cezary Gmyz przyrządzał tę literaturę właśnie teraz, mógłby zaprosić jeszcze jeden autorytet moralno-etyczny - Stanisława Piotrowicza. Zapewne znalazłyby się osoby gotowe spróbować spod jego wideł więziennej zasmażki, na poczet gdyby za bardzo się próbowali stawiać.
Przydałby się jeszcze minister środowiska, pan Szyszko, który od wczoraj staje samozwańczym ekologiem. Oczywiście dopóki go nie wykopią.
Ale nie rezygnujmy z oferty Poczty Polskiej... Ta zaniechała "z nieprzymuszonej woli" znaczków na rzecz 25-lecia WOŚP-u, w zamian puszczając oko do światowych filatelistów znaczkiem na 25-lecie Radia Maryja.
To nie wszystko. Od ubiegłego roku w stałej sprzedaży leżakuje pokaźna seria książek i broszurek korpulentnych zakonnic, które serwują wszelakie przepisy na ciasta, bigosy, kapuchy, grzyby, i wszystko, co daje nam matka natura w połączeniu z ich błyskotliwą pracą rączek. Zapewne Poczta Polska zrezygnowała z ewentualnej marży, wszak nie bierze się pieniędzy od potrzebujących. Książki ulokowano przy każdym stanowisku, w każdej placówce, więc nie sposób przejść ich nie zauważając. Do kolekcji można sobie również dokupić kalendarze - z tymi samymi bohaterkami. Podpowiem może jeszcze, tak od siebie, od serca, że na okoliczność przejścia w emerytalny stan spoczynku kardynała Dziwisza, przydałaby się jakaś okolicznościowa księga do nabożeństw. Książeczki już są, czas na księgi. Czas na dobrą zmianę. Myślę, że wybrany na miejsce kard. Dziwisza łódzki metropolita Marek Jędraszewski zadba o szczegóły, na które kardynał Dziwisz nie znalazł czasu w swym zapracowanym życiu.
Jest jeszcze jedna godna polecenia pozycja, którą z szacunku zostawiłem na deser. Także nie do przeoczenia, jednak gdyby ktoś czasem z pośpiechu nie dostrzegł, zarekomenduję - Jarosław Kaczyński "Porozumienie przeciw monowładzy" - z dopiskiem "z dziejów PC". Lektura godna prezentu pod choinkę dla wszelakich sługusów obecnej monowładzy. Słowo "mono", jak widać, od dawna zarezerwowane dla pana Kaczyńskiego. Dzielenie się nie leży w jego naturze. Chyba, że opłatkiem z niepodskakującymi biskupami.
Po deserze pora jeszcze dopić kawę, a przy niej dobrze poczytać, co przynoszą wybitne artykuły piór całego zespołu współtworzącego ogromnie poczytną Gazetę Polską. Ta, nawet na torturowanej przeze mnie Poczcie, doczekała się swojej zakładki, wraz z konkurencyjnym "Faktem". Wszystkie pozostałe dzienniki dzielnie rozłożone na lekko "ponadpodłogowej" półeczce. By czasem zbolałemu w krzyżach emerytowi nie przyszło zbyt nisko upadać.
Oczko mu się odlepiło - temu Misiu
"Gazeta Polska" szczyci się 25-tysięcznym nakładem, co w skali ogólnokrajowej po prostu elektryzuje. Oczywiście cały nakład "musi" się sprzedać. O zwrotach mogą tylko myśleć jej konkurenci. Jacy tam konkurenci, skoro mówimy o poziomie niedostępnym nikomu. Niedawno opisywane Radio "Merkury" prenumeruje Gazetę Polską, o czym wiem nie tylko ja. O Gazecie Wyborczej przyzwoitość dziennikarzy przy Berwińskiego nakazuje hasło pokoju i przyjaźni "persona non grata". Jak powszechnie wiadomo, podobnie sprawa nosi się względem rządowych placówek radia, telewizji, całej batalii urzędów, itd., itd....
Chętnie rzucę okiem na najnowsze, jeszcze niewydrukowane szkolne podręczniki. Poczytam o zamazanych do tej pory kartach "prawdziwej" historii. O najprawdziwszych bohaterach oraz narodowych zdrajcach. Wreszcie, o autorytetach na miarę dzisiejszych możliwości. Bo "to jest miś na miarę naszych możliwości - i to nie jest nasze ostatnie słowo!".






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 8 grudnia 2016

Nie żyje GREG LAKE (10.XI.1947 - 7.XII.2016)

Wczesnym popołudniem dowiedziałem się o śmierci Grega Lake'a. I kompletnie nie wiem, co napisać. O tym, co wie każdy z nas, jakby nie widzę sensu, a o tym, co czuję... też chyba nie bardzo potrafię.
Gdy jeszcze byłem młodym człowiekiem bywało, że nachodziły mnie refleksje. Czasem zastanawiałem się, co będzie, gdy się zestarzeję, a moi idoli zaczną mnie wyprzedzać w wyścigu do krainy wieczystej. Odsuwałem jednak szybko takie myśli, tłumacząc: ale kiedy to będzie? I choć na szczęście wielu z nich nadal trzymam przy sobie, to każdego roku nie brakuje pożegnań. Zawsze smutnych, choć pośród nich bywają te jeszcze szczególniejsze. I dzisiaj właśnie jest taki dzień - szczególniejszy. Bo choć Greg Lake odszedł wczoraj, to ja dowiedziałem się jakby przed chwilą. I jest mi przykro.
Napisać - wspaniały wokalista i basista, czy wielka postać dla rocka, byłoby zbyt proste. Poza tym, zostawmy zasługi, sukcesy... mnie najbardziej interesuje rola, jaką Greg Lake odegrał w całym moim życiu. Jak kształtowały mą osobowość, czy muzyczną wrażliwość, piosenki przez Niego zaśpiewane, a raczej wyśpiewane. Pragnę, aby słowo "wyśpiewane", nosiło moc zdobycia góry najwyższej. Greg nie tylko posiadał cudowną barwę głosu, ale potrafił nią dokonywać rewolucyjnych przemian w ludzkich duszach. I był wiarygodny. Bez względu na to, czy śpiewał do szaleńczych organów Keitha Emersona, czy do melotronu Iana McDonalda, bądź przesterowanej gitary Roberta Frippa. Z każdej z powierzonych ról wychodził zwycięsko.
Greg Lake, to wokalista i Artysta z półki absolutnie najwyższej. Matka natura nie dostarcza już dzisiaj TAK śpiewających ludzi. Nawet jeśli każdy rok podsuwa wielu wspaniałych wokalistów i wokalistek. Jego ciepła i silna barwa pochodzi z tej samej oktawowej rodziny, co gardła Johna Wettona, Phila Collinsa czy Jona Andersona. Chociaż wiadomym stoi fakt, że każda z owych postaci, to w zasadzie kompletnie inna muzyczna para kaloszy. Nie chodzi tu zresztą o stosowanie porównań wobec Artystów oryginalnych i przy tym nieporównywalnych.
Z muzyką tria Emerson Lake & Palmer zetknąłem się pod koniec lat siedemdziesiątych, jako ówczesny nastolatek. Mniej więcej, będąc 13/14-letnim smarkaczem. Nie bardzo z początku potrafiąc odnaleźć się w niełatwej przecież twórczości tego suma sumarum genialnego tercetu. Tercetu, z którego w dodatku po niedawnej samobójczej śmierci Keitha Emersona ostał się już tylko Carl Palmer.
Gdy z czasem załapałem klimat szaleńczych organowych eskapad, torpedujących bębnów, których emocje studził TEN głos - ciepły, niczym rozgrzany kominek w stołowym pokoju, to dostałem bzika na punkcie ELP. Polubiłem nawet powszechnie znienawidzoną (absolutnie niesłusznie!!!) "Love Beach". Jak i wszystkie późniejsze. Co tam... przecież wydana w 1986 roku płyta pod szyldem ELP, ale już z Cozym Powellem (też już nieżyjącym, który pojawił się wówczas zastępując Carla Palmera), należy przecież do moich życiówek. Tak samo, jak otwierająca lata dziewięćdziesiąte od deski do deski kapitalna "Black Moon". O pardon, przecież to już był rok 1992. Narzekali wszyscy, że się Lake'owi głos złamał, postarzał, a ja uwielbiałem, słysząc w nim pięknie śpiewającego i doświadczonego życiem oraz jego trudami faceta.
Podobnie mógłbym napisać o genialnej "jedynce" King Crimson, jak i o sporych fragmentach "Posejdonowej" następnej, ale i również o wspaniałych dwóch pierwszych solowych albumach, z których szczególnie wielbię "Manoeuvres". Wówczas z Lake'iem występował gitarzysta Gary Moore - kolejna wielka postać, której już nie ma.
A ja głupi czekałem na kolejny nowy album, podpisany na okładce wytłuszczoną czcionką: "Greg Lake". Myśląc, że wkrótce nadejdzie.
Dla ludzi wierzących śmierć nie jest końcem wszystkiego, dla mnie jednak tak. Tylko w poezji czy piosenkach lubię i wierzę w moce stwórcze. Tracąc najbliższych, tracimy ich bezpowrotnie. Osobiście wcale nie pragnę lepszego świata, bowiem to tu, na tej Ziemi, mam przyjaciół, ludzi których kocham, nie obchodzą mnie żadne liturgie, święte księgi, zapewnienia... Patrząc na obrzydliwości tego świata trudno uwierzyć w dobro nad nim zawieszone.
Jako oficjalną informację o śmierci podano, że Greg Lake zmarł po długiej walce z nowotworem.
Dzięki Greg, że byłeś, że miałem przyjemność pokochać Twój Głos, Twoją Muzykę... a teraz brnij do oby istniejącego świata lepszego.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




środa, 7 grudnia 2016

pragnę wiedzieć, czym jest miłość...


Na Facebookowym profilu Foreigner, grupa zamieściła okładkę albumu "Agent Provocateur", plus informację, że oto 7 grudnia, 33 lata temu, ukazał się ten oto album, zawierający wielki przebój "I Want To Know What Love Is". Panowie, nie 33, a 32 - tak gwoli ścisłości. Sukcesu gratuluję, za piękną muzykę ogromne dzięki!
"Piątka" Foreigner jest jedną z moich ukochanych w ich długim, lecz skromnym dorobku. Jako fan rocka stawiam na "jedynkę", zatytułowaną po prostu "Foreigner", ale jako sympatyk melodyjnego grania klękam przed "IV" oraz jubilatką "Agent Provocateur". Zaś, co do piosenki "I Want To Know What Love Is", nie mam pojęcia, ile razy jej w życiu posłuchałem. Potrzebowałbym do tego miary w hektolitrach. Wydatnie pomogła mi w tym moja Siostrzyczka Ela, która mocno się podkochiwała w osiedlowym koledze, w kółko karmiąc złamane serce tymi pięcioma minutami. Na szczęście nie niszcząc samej płyty, a czyniąc to z własnego radiomagnetofonu Grundig. Płytę zarżnąłem ja sam, bez niczyjej pomocy. Jako 19-latek nie posiadałem jeszcze ekstra sprzętu, a i też nie przykładałem wagi co do jakości igieł, książkowych nacisków gramofonowego ramienia, samej techniki odkurzania czy też mycia płyt. Dzisiaj też mam to w głębokim poważaniu, ale przynajmniej staram się zachowywać należyty szacunek wobec ciężkich płytowych zdobyczy. Poza tym, gdybym każdą płytę przed jej odtworzeniem musiał pieczołowicie umyć, a później poddać długiemu procesowi suszenia, no i mycia ponownego, to by mi przeszła ochota na jej posłuchanie. Dlatego podziwiam autentycznych pedantów świrusów, którym się chce. Gdy przychodzi mi ochota na posłuchanie płyty, to po prostu wyciągam ją z półki i rozpoczynam słuchanie. Taki już jestem. Inna sprawa, że nie mam zaświnionych płyt. A nawet jeśli takową zakupię, to wyczyszczę od ręki.
Na zdjęciach domowy wysłużony przez lata album, a także to samo z dużo później zakupionego CD, jak również oryginalny winylowy singiel "I Want To Know What Love Is". Wszystko wiekowe, co widać.
Album solidnie wyeksploatowany, choć ciągle daje radę. Niedawno widziałem w Berlinie jego reedycję na grubym winylu, ale to już nie to samo, co pierworodny egzemplarz. Dlatego nawet nie myślę o jego wymianie na ładniejszy. Pozbyłbym się wspomnień i dawnych odcisków paluchów - nie tylko własnych, ale i mojej Siostrzyczki. A to najcenniejsze.
Z innego kwiatkowego płatka.... Również w środę siódmego grudnia Mike Oldfield oficjalnie poinformował fanów na Facebooku o nadchodzącym albumie "Return To Ommadawn". Jego premiera przypadnie na drugą połowę stycznia roku nadchodzącego. "Nawiedzone Studio" dzięki nieocenionemu Oskarowi Pendykowi informowało już o tym fakcie w sierpniu. Posłuchaliśmy nawet z tej racji pierwszej części suity "Ommadawn" z 1975 roku.
Osobiście żywię nadzieję, że po ewentualnym sukcesie "Return To Ommadawn" nie odechce się Oldfieldowi piosenek. Po ostatniej fantastycznej "Man On The Rocks" nabrałem ochoty na kontynuowanie przygody z wokalistą Luke Spillerem.
Piosenka na dziś: Nie mogło być innej - Foreigner "I Want To Know What Love Is". Jedna z najlepszych ballad i zarazem piosenek o miłości, jakie miałem przyjemność poznać. Kompozycja gitarzysty Micka Jonesa, w nad wyraz namiętny sposób zaśpiewana przez Lou Gramma, plus towarzyszący mu gospelowy chór: "... pragnę wiedzieć, czym jest miłość, i chcę byś mi ją pokazała...". 5-minutowa słodycz, która powinna przypaść do gustu chyba wszystkim. Zakochanym, porzuconym czy wciąż poszukującym. Bez względu na muzyczne preferencje. To piosenka ponad podziałami na fanów rocka czy sympatyków zwyczajnych piosenek. Dobra na każde ucho i serce do muzyki. Nie można nie znać, nie wyobrażam sobie przynajmniej nie polubić.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





wtorek, 6 grudnia 2016

czarno na białym

Myślałem, że to już koniec katalogu wydawniczego, a tu jeszcze wczoraj wleciało kilka płyt. Syty ten rok, nie pamiętam od dawna podobnego. Ponoć od przybytku głowa nie boli. Tak mawiają. Czy ja wiem...
Chyba największy w tym kraju fan twórczości Arjena Lucassena (m.in. Ayreon, Star One,...) - Marek Przewoźny - sprezentował mi wczoraj z racji niedawnych imienin płytę swego pupila. Świeżo wznowioną "Strange Hobby". Jeszcze do niedawna był to spory rarytas. Niedostępny i bardzo drogi. Być może z racji niekomercyjnego zabiegu, jakiego dokonał 20 lat jej autor - wspomniany Arjen Anthony Lucassen. Wydając płytę, nie pod swoim nazwiskiem lub jakąkolwiek nazwą, a pod znakiem zapytania. Proszę sobie wyobrazić... w rubryce "wykonawca", stało zapisane: "?". Artyści bywają dziwaczni. Widać Arjen także do nich należy. A raczej należał. I to też niekoniecznie, wszak to autentycznie bardzo normalny, sympatyczny i z poczuciem humoru facet.
Spoglądam na listę kompozycji zawartych na "Strange Hobby". A tam same przeróbki, m.in. z repertuaru Pink Floyd, The Beatles, Status Quo, The Kinks, Boba Dylana i wielu innych. W tym, piosenka "Boris The Spider" grupy The Who, której przecież w niedzielę posłuchaliśmy w oryginalnej wersji. Oooo, no to miałem nosa. Niektórzy, by powiedzieli: czuja. Jak zwał, tak zwał, wiadomo w czym rzecz. Na płycie kompozycje z lat 60-tych. Czyli z epoki dzieci kwiatów. A więc: beat, psychodelia, flower power, flower pop/rock, i tym podobne cuda.
No proszę, a dopiero jeden ze Słuchaczy wykazał zaskoczenie, iż z racji imienin nikt nie podarował mi żadnej płyty. Oto właśnie jest!
Ludzie myślą, że wszystko mam. Gdyby tak było, nie kupowałbym płyt, a czynię to nadal.
6 grudnia rocznicą śmierci Roya Orbisona. Już dwudziestą ósmą. Roy urodził się w 1936 roku, a więc jak moi Rodzice. Celowo napisałem "Rodzice" z dużej litery. Jestem z tych, dla których "Mama" i "Tata", zawsze z dużej litery. Nie wyobrażam sobie inaczej. Nawet, gdyby mistrzowie Bralczyk lub Miodek próbowali przywołać mnie do porządku.
Gdyby Roy Orbison żył, miałby 80 lat. Szkoda, że nie doczekał jednego ze swoich najbardziej spektakularnych sukcesów, jaki osiągnęła płyta "Mystery Girl". Ta niestety ukazała się dopiero w lutym 1989 roku. Tak została proceduralnie zaplanowana, a Artyście nie przyszło ucieszyć się z list przebojów. Artystycznie okazała się tworem genialnym. Zasługa w tym również wielu gości, m.in. Jeffa Lynne'a, George'a Harrisona, Bono czy Toma Petty'ego i jego zespołowych kolegów. Uwielbiam ją w całości, nie tylko przebojowe "You Got It", "California Blue" czy "She's A Mystery To Me".
Przeczytałem wywiad z wyrzuconym z Radia Merkury Mariuszem Kwaśniewskim. Rzetelnym i sympatycznym dziennikarzem, którego "dobra zmiana" potraktowała we właściwym dla siebie stylu. Znam Mariusza od dawna i sercem ręczę, że to porządny chłopina, któremu mało kto w radiowej profesji może na lokalnym rynku dorównać. Dobra zmiana przeminie i prostactwo odejdzie w zapomnienie. Wierzę w to. A przyzwoici dziennikarze powrócą do swych ról. Buta i arogancja obecnego obozu weźmie się wreszcie za uczciwą robotę - na dostępnym dla siebie poziomie.
W światku mediów szeroko komentuje się atmosferę w radiowej "Trójce", jak też o lokalnym "Merkurym", i uwierzcie Państwo, że jest mało sympatycznie. W samym Merkurym widnieje spora liczba ludzi czujących postrach. "Dobra zmiana" ich oszczędziła, lecz wolność zredukowano do przysłowiowej mordy w kubeł. Znam kilku ludzi tyrających dla "dobrej zmiany", którzy przyznają mi rację, ale nie zrobią tego głośno, bojąc się o własne dupsko. Oczywiście wśród nich są także typowi tchórze, lizusy i karierowicze włazidupy, którzy zakopią dumę i honor, w zamian za ciepłą posadkę i przyjemnych kilka dodatkowych liczb do comiesięcznej pensji.
Są to sprawy, o których staram się Szanownym Państwu nie zawracać głowy, oszczędzając na co dzień szczegółowej pikanterii. Zapewniam, że słuchając ot tak zwyczajnie radyjka, często nie zastanawiamy się, co tam tkwi w jego kuluarach. Przeważnie nie dostrzegamy istoty choróbska, a miłą powierzchowność. Ostatnio kilku Słuchaczy Merkurego zwróciło się do mnie, ponieważ zauważyli tam pewnego rodzaju napięcie. Inna sprawa, że co rusz słyszę deklaracje o zaprzestaniu nastawiania tego padalca, któremu słuchalność mocno spada.
Weźmy na ruszt szacowną "Trójkę", która po cięciach, zwolnieniach i kompletnym roztrojeniu dobrego smaku i atmosfery, wzbudza u jej zwolenników ogromny niepokój. Taki, który prowadzi do pikiet, internetowych namów do bojkotu, itd... Przecież nawet apolityczny Marek Niedźwiecki jest zdegustowany atmosferą, w jakiej przychodzi mu pracować. Że nie wspomnę o Wojciechu Mannie, wyrzuconej Magdzie Jethon i jeszcze wielu rzetelnych dziennikarzach.
W niedzielę obejrzałem rozmowę Bogdana Rymanowskiego z Prezydentem Andrzejem Dudą. Przykro stwierdzić, ale Andrzej Duda nie dorósł do roli głowy państwa, natomiast znakomicie nadawałby się na rzecznika Jarosława Kaczyńskiego. Z kolei dzisiejszy materiał w "Czarno na białym" o Stanisławie Piotrowiczu - byłym prokuratorze i PRL-owskim sprzedawczyku, ale przede wszystkim o zwykłym komuchu, który obecnie cynicznie rżnie patriotę, podczas gdy niegdyś wystawiał nakazy prokuratorskie przeciwko działaczom opozycyjnym. To dopiero trzeba być cwaniakiem, by w każdym systemie się ustawić. I takim ludziom sprzyja dzisiejszy obóz władzy. A przecież poprzednikom właśnie to zarzucały te wszystkie Błaszczaki, Kempy, Ziobry i inne zakały.
Pan Piotrowicz został w dzisiejszym dokumencie ośmieszony i sprowadzony do absolutnego zera. Cały ten PiS, to zresztą jedno wielkie łajno. "Wielkie nic, skrzętnie uzbierane, wielkie nic, choć z pozoru coś, wychodzone, wybiegane, piękne dno. Wielkie nic, w tobie zakochane, puste jak oczu twoich blask. Tyle z tego, tyle z tego w końcu masz..." - jak to śpiewał przed laty nieżyjący już Romuald Czystaw.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







poniedziałek, 5 grudnia 2016

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 4 grudnia 2016 - Radio "Afera", Poznań 98,6 FM









"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 4 grudnia 2016 r. - godz.22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski






TRIUMPH - "Surveillance" - (1987) -
- Headed For Nowhere

TRIUMPH - "Just A Game" - (1979) -
- Just A Game

METALLICA - "Hardwired... To Self Destruct" - (2016) -
- Atlas, Rise!

SONATA ARCTICA - "The Ninth Hour" - (2016) -
- Close To An Animal
- We Are What We Are

FREEDOM CALL - "Master Of Light" - (2016) -
- Cradle Of Angels

HARDLINE - "Human Nature" - (2016) -
- Human Nature

RIK EMMETT & RESolution 9 - "RES9" - (2016) -
- Human Race - {feat. ALEX LIFESON}
- I Sing - {feat. JAMES LaBRIE}
- The Ghost Of Shadow Town

URIAH HEEP - "Firefly" - (1976) - 40-lecie albumu
- The Hanging Tree
- Been Away Too Long
- Sympathy

GENESIS - "Wind And Wuthering" - (1976) - 40-lecie albumu
- Blood On The Rooftops

SMOKIE - "Bright Lights & Back Alleys" - (1977 / reedycja 2016) -
- Alone In A Cell - {utwór dodatkowy, spoza albumu}

EAGLES - "Hotel California" - (1976) - 40-lecie albumu
- Hotel California
- Wasted Time

KLAN - "Mrowisko" - (1971) - 
- Pejzaż z Pustych Ram
- Taniec Głodnego
- Epidemia Euforii
- Sen

DAVID BOWIE - "Hunky Dory" - (1971) - 45-lecie albumu
- Changes
- Life On Mars?

BADFINGER - "Straight Up" - (1971) - 45-lecie albumu
- Name Of The Game
- Day After Day

JEAN-MICHEL JARRE - "Oxygene" - (1976) - 40-lecie albumu
- Oxygene (Part VI)

JEAN-MICHEL JARRE - "Oxygene 3" - (2016) -
- Oxygene (Part 16)
- Oxygene (Part 17)

SNOWY WHITE - "Released" - (2016) -
- The Blues Talking

KARIBOW - "Holophinium" - (2016) -
- Quantum Leap

THE WHO - "A Quick One" - (1966) - 50-lecie albumu
- Boris The Spider
- I Need You
- Heat Wave

FM - "Indiscreet 30" - (2016) -
- Let Love Be The Leader - {utwór dodatkowy}

===============================
===============================


 "NOCNIK"....
.... pierwsze trzy nagrania z kompaktów Tomka Ziółkowskiego....po czym komputer do białego rana....


Rozpoczął RYAN ADAMS z kawałkiem "Wish You Were Here" (album "Rock'n'Roll" z 2003 roku)....

....po czym MICHAEL BOLTON w piosence "When I'm Back On My Feet Again" z albumu "Soul Provider" (1989)....

....a następnie BUDKA SUFLERA w kapitalnym numerze "Synowie Chin" z płyty "Giganci Tańczą" z 1986 roku....

....później już automat do białego rana....



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




imieninowa puszeczka od mojego Szanownego Pana Realizatora....
....a tutaj ta sama, tyle że na tle starej Aferowej tablicy



niedziela, 4 grudnia 2016

JEAN-MICHEL JARRE - "Oxygene 3" - (2016) -







JEAN-MICHEL JARRE 
"Oxygene 3"

(COLUMBIA / SONY MUSIC)
****




Najbardziej uznany "Oxygene" - trzeci album w dorobku J.M.Jarre'a - ukazał się w grudniu 1976 roku. Jego sporo mniej udana kontynuacja "Oxygene 7-13" dwadzieścia jeden lat później. Tymczasem z racji upamiętnienia 40-lecia pierwotnego "Oxygene" (zarazem jednego z moich ulubionych elektronicznych albumów) Jarre postanowił poszerzyć temat, tym samym spinając klamrą w całość zamkniętą od teraz trylogię. Muzyk spróbował uchwycić dawny klimat dzięki dobrodziejstwom współczesnych instrumentów oraz możliwości technologicznych.
Okładka "Oxygene 3" - autorstwa Michela Grangera (tego od "Oxygene" oraz "Equinoxe") - także przedstawia niemal identyczny obraz, co ta z części pierwszej. To samo kolorystyczne tło, rozdartą ziemską kulę, pozostającą w nienaruszonym kształcie, z jedynie przesuniętą w jej ryzach ludzką czaszką.
"Oxygene" jak na 1976 rok brzmiało nowatorsko, by nie rzec - rewolucyjnie. Jarre do osiągnięcia celu wykorzystał ówczesne syntezatory analogowe, choć znalazł się także jeden cyfrowy, plus pokaźny zestaw instrumentów elektronicznych, dzięki którym maestro zastosował również liczną skalę efektów. Rezultat okazał się niesamowity. Zarówno pod względem brzmieniowym, ale także muzycznym. Dzięki zmysłowości kompozytorskiej i perfekcyjnej własnoręcznej produkcji, powstało dzieło barwne, poruszające, pełne finezji i fantazji zarazem. Bogate melodycznie oraz ciekawie zaaranżowane. Zresztą, bardzo podobny efekt Jarre uzyskał na następnym albumie "Equinoxe", czego nie osiągnął już nigdy później. Pomimo, iż wiele kolejnych dzieł przysporzyło mu jeszcze większe grono sympatyków oraz ogólnoświatowy rozgłos.
Odnoszę wrażenie, że ten ceniony nie tylko przeze mnie muzyk, bardzo próbuje odnaleźć się w dzisiejszym muzycznym świecie. W ostatnim czasie wykreował wiele projektów, o czym także przekonują chociażby dwa ostatnie albumy, o wspólnym tytule "Electronica" - nagrane przy dorodnym udziale artystów, w dodatku z bardzo bogatego wachlarza stylistycznego. Najnowszy "Oxygene 3" stanowi za chęć do sentymentalnej podróży wstecz, ale i udowodnienia samemu sobie, że nadal potrafię.
Tym dziełem Jarre próbuje uchwycić nastrój części pierwszej (na którą składały się de facto części od 1 do 6), co nawet brzmieniowo, jak na 40-letni odstęp czasu, bywa bliskie. Nowym kompozycjom, co prawda troszkę brakuje dawnego uroku, jak też nie znajdziemy w nich przebojowości rodem z "Part II" lub "Part IV", a jednak nie jest źle. Płyty słucha się z nieukrywaną przyjemnością.
Odnajdziemy tu ponadto troszkę motywów zaczerpniętych i ewidentnie nawiązujących do klasycznej płyty z 1976 roku. Proszę posłuchać chociażby finałowej "Part 20", koniecznie w konfrontacji z legendarną "Part VI". Tego typu efektów, zagrywek, zabiegów... Jarre poupychał na "Oxygene 3" niemało. Skoro jednak o tym mowa... uważam, że wcale nie gorzej przed laty uczynił mocno krytykowany Mike Oldfield na drugiej części "Dzwonów Rurowych". Stworzył wówczas dzieło mocno podobne do wielbionego powszechnie klasyka z 1973 roku, a jednak inne. W jego przypadku można było mówić nawet o czymś nowym, a jedynie tylko w oparciu o "płytę symbol". U Jarre'a nie do końca tak jest. Tutaj podobieństwa ocierają się o autoplagiat. Pomimo tego, chyba każdy zdaje sobie sprawę, że muzyk uczynił to celowo i inteligentnie zarazem.
Najbardziej polubiłem, blisko 7-minutowe i chyba najciekawsze w zbiorze "Part 16", plus przebojowe "Part 17" oraz wspomniane już 8-minutowe i zdecydowanie nastrojowe "Part 20". Choć, to przecież całościowo stricte nastrojowy album.
"Oxygene 3" zapewne najmocniej uraduje bez reszty oddanych sympatyków Jarre'a. No i dobrze, w końcu z myślą o nich muzyk popełnił tych blisko czterdzieści minut. Inni niech się tradycyjnie czepiają.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"