czwartek, 28 lipca 2016

Chris

Zabrałem do roboty Chrisa Normana "Some Hearts Are Diamonds". To jego drugie dzieło podpisane imiennie, a zarazem moje ukochane. Rzecz jasna nie licząc twórczości samych Smoków - bo ci są bezkonkurencyjni. To moi mentorzy, którzy w swoim czasie wyrobili poczucie dobrego smaku. Dlatego do dzisiaj nie zaprzątam sobie głowy żadnymi bzdetnymi piosneczkami.
Chris Norman od zawsze, i tak już chyba pozostanie, był (i jest!) jednym z najwspanialszych głosów pop/rocka. Do dzisiaj śpiewa fantastycznie, nawet jeśli już nie nagrywa wybitnych płyt. A tych spłodził w przeszłości dostatek, więc już wystarczy. Teraz niech nam żyje w zdrowiu, szczęściu, pomyślności.
Album "Some Hearts Are Diamonds" ("....niektóre serca są diamentami, a niektóre z kamienia...") po raz pierwszy usłyszałem w drugim programie Polskiego Radia. Audycja nazywała się "Wieczór płytowy" i nadawana była w każdą niedzielę, o ile pamiętam o godz. 21.20. Prezentowano w niej po dwa pełne albumy, a raz w miesiącu nawet trzy, plus coś extra. Wówczas kończyła się dopiero w okolicach pierwszej w nocy. To była jedyna audycja, której słuchałem z zaangażowaniem. Raz, że prezentowano w niej pełne albumy (najczęściej nowości), a dwa: ponieważ raz na dwa tygodnie do studia przychodził Tomek Beksiński - najlepszy prezenter wszech czasów. Akurat Beksiu nie zaprezentował wspomnianej płyty Normana, a zdaje się, że Tomasz Szachowski, ale tego drugiego też jako prezentera z czasem polubiłem.
Było to zalegalizowane piractwo na krajową skalę, i nawet ja jemu sprzyjałem. Choć po co lepsze albumy od razu wszczynałem polowanie, bo i tak musiałem mieć prawdziwki. Muchomorów nie zbieram.
Skoro jednak zahaczyłem o Beksia i Chrisa Normana, to niedaleko padło jabłko od jabłoni. Tomek lubił wczesnych Smoków. Pamiętam nawet jak zaprezentował w jednym z wydań "Trójki pod księżycem" piosenkę "I'll Meet You At Midnight". Poza tym, pamiętacie Państwo słynne zdjęcie Nosferatu Beksińskiego w czarnej pelerynie na sanockim cmentarzu z postawionym na jednym z nagrobków rozwartym (okładka) winylem Smokie "The Montreux Album"? Być może nie wszyscy zwrócili na ten fakt uwagę, dla mnie to jednak było COŚ, więc z radością lubię co pewien czas pogapić się na tę fotografię. Zastanawiam się tylko, co mogło mu się podobać na tym albumie. Wszak sporo tam kawałków nie w jego stylu - ale może się mylę. Nigdy Beksiu z otwartością o Smokach nie pisał, nie wypowiadał się. Być może po prostu miał do nich sentyment z uwagi na dawne dyskoteki, w których przecież profesjonalnie didżejował. Gdybym miał obstawić w ciemno, które piosenki z "The Montreux Album" maestro Nosferatu lubił, to wyszłoby mi z dużą dozą prawdopodobieństwa: "Mexican Girl" oraz "For A Few Dollars More". Obie zdobyły największą popularność spośród wszystkich dziesięciu, poza tym powinny ukuć w serduszko ówczesnego 20-letniego wampira. "Mexican Girl" opowiadała o ślicznej meksykance, z którą ewentualne rozstanie mocno by naszego bohatera zabolało, zaś "For A Few Dollars More" skierowane było do wszystkich perfidnie porzuconych. Bo zawsze na świecie pod nogi podchodziły dziewczyny, które dla kilku dolców potrafiły czarująco patrzeć w oczy, a gdy zielonych zabrakło, pokazywały drzwi.
Na "Some Hearts Are Diamonds" Norman także śpiewa o różnych odcieniach miłości, o pożądaniu, o złamanym sercu, jak i tej miłości na sprzedaż (vide "Love For Sale") także. Zapewne nie wszyscy wiedzą, ale aż sześć piosenek skomponował blondas z Modern Talking - Dieter Bohlen. A nawet trzasnął tu i ówdzie po gitarowych strunach. W pozostałych Chrisa wspomógł niezawodny Smokowaty kompan - perkusista Pete Spencer, który także nie raz pojawił się u jego boku na późniejszych albumach. To nie jest recenzja, a jedynie takie w wakacyjnym tonie swobodne wspomnienie, tak więc obędzie się bez szczegółowej albumowej analizy. Ale muszę sobie napisać, że choć kocham tę płytę od dechy do dechy, i posłuchałem jej dziesiątki razy, to do dzisiaj nie potrafię spokojnie usiedzieć przy takich: "Hunters Of The Night", "It's A Tragedy"(tu nawet Bohlen czadzi niesamowite gitarowe solo) czy "Stop At Nothing". Zresztą, w tym ostatnim Norman jest zadziorny, jak lubię najbardziej. Ta jego chrypka czy też gardłowy papier ścierny w samym tylko refrenie....ach!!!
Piosenka na dziś: Chris Norman i cały album "Some Hearts Are Diamonds". Zakładam, że z posłuchaniem problemu nie będzie, bo choć CD od lat niedostępne, to przynajmniej w co drugim domu powinien na półce leżakować bułgarski licencyjny winyl - w swoim czasie u nas rozprowadzany.
Dopisałem do radiowego zeszytu kilka piosenek z głosem Chrisa Normana. Wszystkich pewnie nie posłuchamy, bo czas w radio biegnie szybko, albo jeszcze szybciej, a do zaprezentowania wyszło mi już na ten moment blisko dziewięć/dziesięć godzin, a do dyspozycji są tylko skromne cztery.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"








środa, 27 lipca 2016

wakacyjne fotki

Przepraszam, że na poniższych fotkach nie walają się po talerzach małże, kraby i ośmiornice, a w tle ktoś zapomniał postawić przynajmniej kilka podtrzymywanych respiratorami piramid. Proszę również nie żywić do mnie urazy o jedynie piaszczyste plaże. Wiem, iż powinny być kamieniste, po których zrujnowani turyści skaczą w klapkach, niczym spieprzające żaby przed bocianimi dziobami. Powinienem się jeszcze wytłumaczyć z niewielkiego zasolenia Bałtyku, przez co zwiększa się ryzyko zatonięć, ale na szczęście nadal jeszcze można liczyć na wszech panujący rozumny gatunek homo sapiens, któremu na dno niespieszno.
Życzę miłego oglądania.

zachód słońca z drugiego dnia pobytu
ten sam zachód, tyle że z narastającymi turystami
chmury delikatnie rozciągają się od horyzontu
tak było z kolei pierwszego dnia
na chwilę, zanim stało się ślicznie
no proszę, w okolicach godziny 19-tej, takie też potrafią być plaże

i niech z ukrycia wyjdą wszyscy, którzy mówią o zatłoczonych plażach w upalne popołudnia
a i takie też widoki na wyciągnięcie dłoni
Moja ulubiona lodziarnio-deserownia. Nowe, jeszcze niewypromowane miejsce, a ludzie tłoku dokonują tylko na pewnie usłanym gruncie. Tu były najlepsze lody. Proszę dać wiarę: sprawdziłem większość tego typu kawiarenek. Nie zawsze, gdzie tłoczno, musi być najlepiej.
Od furtki do schodów kilka metrów. Z naszego okna dało się nawet podziwiać grzbiet morza.


Uwielbiam taką "wielkomiejską" atmosferę
luzik popołudniowy
pora tuż poobiednia

nawet w miejskim Centrum da się przysiąść na ławeczce w ciszy
nie wszędzie tłoczno, jak zwykli straszyć
pierwszą partię w kości przegrałem, lecz suma sumarum pokonałem Żonkę w naszych kilkudniowych zawodach :-)
nieopodal w sąsiadujących kurortach urządzano występy
na to chciałem, lecz się nie udało, zwyciężyły inne atrakcje




Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






CASE/LANG/VEIRS - "Case/Lang/Veirs" - (2016) -







CASE/LANG/VEIRS
"Case/Lang/Veirs"
(ANTI-)
****




Amerykańsko-kanadyjski tercet Case/Lang/Veirs (czyli: Neko Case, K.D.Lang oraz Laura Veirs) jest splotem zaawansowanych artystycznie songwritterek, których drogi w końcu musiały się zejść. Tym bardziej, że od lat wszystkie trzy damy uprawiają na jednym kontynencie bliźniaczą twórczość. Warto w końcu było spróbować wspólnych sił i stworzyć coś w symbiozie.
Muzyka płynąca z "Case/Lang/Veirs" urzeka swobodą oraz śpiewną country-jazz-folkową tradycją. Jest bardzo amerykańska, choć w żaden sposób nie kłóci się z europejskim uchem. Tego typu twórczość ma dzisiaj spory poklask, nie tylko pośród odwiecznych miłośników gatunku, lecz trafia także do modnych kręgów hipsterskich. Być może wynika to z rozlewiska ogólnego popytu na wszech akustyczną alternatywę.
Wspaniale śpiewają te w pełni już dojrzałe 40/50-letnie dziewczyny. I nie tylko mam na myśli podstawowe partie, a i również bogate wokalne harmonie. Na męskim gruncie ich odpowiednikami pod tym względem mogą być współcześni Fleet Foxes, albo legendarni Crosby, Stills, Nash & Young, czy nawet duet Simon & Garfunkel. Nie porównując przy tym konkretnej twórczości ich wszystkich.
Okazuje się, że da się poprzez aranżacyjną prostotę i siłę samego przekazu stworzyć coś bardzo ciekawego, ładnego i niebanalnego zarazem. Umiejętnie czerpiąc z przeszłości, tchnąć ducha czasów obecnych. Nie używając niepotrzebnych komputerów, a kładąc nacisk na brzmienie prawdziwych instrumentów, w towarzystwie których najlepiej czuje się zestawienie tych wszystkich głosów. Egzystencjalność, tęsknota, miłość, jak i troska o naturę; współgrają idealnie na tej jednej płycie.
Płytę otwiera rozmarzony i zarazem singlowy "Atomic Number". To takie kobiece Fleet Foxes, z okolic ich pierwszego albumu. Z tym, że jeszcze piękniejsze. Poparte leniwymi, melancholijnymi smyczkami, które wprowadzają pewien błogi nastrój. Można się zadumać przy oknie brnącego przez pustkowia wozu, pozostawiając za sobą wszelkie troski i malowidła natury. Podobnie jak przy "Honey And Smoke czy "Greens Of June"- z cudownymi smyczkami i gitarą akustyczną, na których tle perkusja stosownie wybija należyty rytm.
Kolejnym albumowym mocnym punktem jest "Down I-5" - cóż za pianino!, niemal wyłaniające się ze słodkiej rozkoszy w bezkresnej nocy - podpierając się kilkoma słowami z tekstu piosenki. Równie ślicznie wypada "Song For Judee" - ponownie smyczki, gitara akustyczna, no i to wielobarwne śpiewanie. Tym razem z mocno schowaną w tle K.D.Lang. Ta piosenka jest wyrazem hołdu dla przedwcześnie zmarłej przed czterema dekady folk-rockowej kompozytorki i pieśniarki Judee Sill. Z którą nie tylko sympatyzowały nasze trzy dzisiejsze bohaterki, ale i wspomniani powyżej Fleet Foxes oraz panowie David Crosby, Graham Nash czy Stephen Stills.
Całość zamyka podelektryfikowany folk-country-bluesowy "Georgia Stars". Taki nieco żywszy trzyminutowy wyciąg z albumu, idealnie nadający się do rytualno-koncertowego śpiewania.
To tylko kilka moim zdaniem najładniejszych piosenek z udanej i spójnej całości. Proszę zatem ich wszystkich koniecznie posłuchać z należytą uwagą.
Niby tego typu muzyki obecnie nie brakuje, dookoła porozsiewali się tuzinami podobnie tworzący, często młodzi i ambitni artyści, lecz na tak niezwykły album natrafiłem dopiero przy tej tętniącej świeżością babskiej kolaboracji.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







wtorek, 26 lipca 2016

zabujało

Po wielu latach (podobno aż dziewięciu) spotkałem się z Agnieszką i Skjellem. Parą moich bardzo fajnych polsko-szwedzkich znajomych. Skjell mocno podźwignął się w polskim. Miło go posłuchać. Agnieszka od dawien dawna po szwedzku zasuwa, niczym wyścigowe Lamborgini. Po angielsku i w języku ojczystym także. Jak to dobrze znać języki, ja nigdy nie miałem do nich głowy.
Agnieszce służy skandynawski klimat. Cóż za niesamowity splot, być tak ciepłą osobą, a lubić chłód. Powiedziała, że nigdy nie kochała upałów, a północny klimat jest doskonały. Skjell urodą zdradza nordyckie korzenie, jednak otwartość nosi słowiańską. Fajna z nich para.
Przywieźli Nawiedzonemu Studio w podarku najnowszą płytę Kent "Då Som Nu För Alltid". Zdaje się to jakoś tak pół-biblijnie przetłumaczyć: Wtedy, jak i teraz, i na zawsze. U nas rzecz nie do dostania. I nie wiedzieć dlaczego? Tym bardziej, że jeszcze do niedawna nie było większego problemu z ich poprzednimi tytułami. Być może dlatego, iż Kent nigdy nie zyskali u nas należytej popularności? Pamiętam jak ja sam kilkanaście lat temu także próbowałem lokalnie ich podlansować. Bez skutku. Szkoda, ponieważ anglojęzyczne wersje płyt "Isola" i "Hagnesta Hill", to rzeczy rewelacyjne. Że o następnej szwedzkojęzycznej "Vapen & Ammunition" nie wspomnę, bo to już w ogóle moja ulubienica. Z tym, że "Broń i amunicja" jest nieco bardziej komercyjną twarzą Szwedów, a wcześniejsze dwie mocniej oddziaływały na komórki i duszyczki co wrażliwszych. Były czasy, kiedy to sporo ich muzyki prezentowałem w Radio Afera, jak i nieistniejącym Fan-ie. Czas nadrobić zaległości.
Agnieszka szepnęła: "też lubię Kent", po czym zastrzegła: "ale ta nowa płyta niestety nie jest aż tak
dobra, jak wcześniejsze". Hmmm.... pożyjemy, posłuchamy, zobaczymy - pomyślałem. A zatem, cała nadzieja w moim mocno innym muzycznym guście. To mnie różni od reszty populacji.
Mili poranni goście, i tylko szkoda, że jak zwykle nie udało nam się porządnie nagadać.
Na pamiątkę z krótkich wakacji przywiozłem pokaźny worek morskich kamieni. Żadnych cennych kruszców - ot, zwyczajnych kamlotów. Czerwone, popielate, zielone.... Takie, jakie wygrzebałem z nudów w piachu. Zawsze się w nim bawię. Kopię doły, potem zasypuję, a z kamieni układam jakieś niesprecyzowane mozaiki.... Śmieją się ze mnie. Stary baran, a jak dzieciak. Nic nie potrafię, że na plaży nie lubię czytać książek czy gazet. Co tam, nawet słuchanie muzyki z discmana w tej chmarze ludzi nie daje należytej przyjemności. O zachodzie słońca, to co innego, ale...., ale na te piękne widoki zabierałem Żonkę, no i ten discman....hmmmm.... jak w kaloszach po słońcu.
Żonka zapytała: "a tyś po co tyle kamieni nazwoził, co teraz z nimi zrobisz?".  Posłużą mi jako wypełniacz tła przy fotografowaniu płytowych okładek - odrzekłem. Tak więc, gdyby co, proszę się nie śmiać.
Nudno w tym moim Poznaniu. Trudno się dziwić, kto mógł, ten w kanikułę nawiał. Tyle słońca, żal by przepadło.
W środku nocy dostałem propozycję wyjazdu na dzisiejszy koncert Deep Purple. Szkoda, że musiałem odmówić. Wczoraj w Dolinie Charlotty zagrali Marillion i Mike z Mechanikami. Bardzo ich wszystkich lubię, więc spodobałoby mi się na pewno. Co prawda, Marillion widziałem z siedem czy osiem razy (z Fishem i Hoggym zarówno), a z Mechaników samego Mike'a Rutherforda - i to nawet dwukrotnie, ale grupy Mike + The Mechanics nigdy. Nadal ich lubię, pomimo iż nie śpiewa już tam Paul Carrack oraz z oczywistych względów (zmarły przed laty) Paul Young. Mają taką lekką rękę do ładnych piosenek. Ich pierwsze cztery albumy lubię bardzo bardzo bardzo.... Szczególnie ten czwarty, z tytułowym żebrakiem na plaży złota. Jak to dobrze, że nie ma takich miejsc naprawdę. Ludzie swą chciwością wybraliby cały piasek, gdyby zamiast niego stały porozrzucane złote monety. A ja uwielbiam piasek i kamienie. Forsę pieprzyć, ta szczęścia nie daje, choć wiem, że trzeba ją mieć.
Zabrałem do roboty podwójnego składaka Mike'a Rutherforda i jego Mechaników. 20-letni
zestaw przebojów i rarytasów właśnie pięknie snuje się z głośników. Taka moja rekompensata za niedoszły koncert. Do muzyki dochodzi jeszcze wodza wyobraźni, więc prawie jakbym był.
Piosenka na dziś: Mike + The Mechanics "Too Far Gone". Taka piosenka bez tekstu. Instrumentalna. Ale kopie, jakby miała przejmującą lirykę. O czymś bardzo ważnym. Dopóki nie ukazała się 2-płytowa kompilacja
"Singles 1985-2014", była nie lada rarytasem. Posiadali ją tylko nabywcy maxi singla "Silent Running" - wydanego w połowie lat osiemdziesiątych. Przepiękny kawałek, istny klejnot. Takiego w piachu morskim faktycznie się nie spotka. Brzmi jak zagubiony utwór Genesis, i to z najlepszego okresu 1975-1977. Aż dziw bierze, jak Mike Rutherford nie docenił tej niezwykłej kompozycji i nie podsunął kolegom z Genesis, by ci wpletli na którekolwiek zespołowe dzieło. Bądź w najgorszym wypadku na choćby bardzo fajny debiut Mechaników. Jak tu ślicznie Rutherford zagrał. Od zawsze wiedziałem, że to wrażliwy facet, ale tu mnie zaskoczył. Stefek Hackett zapewne w tym jednym przypadku zagryzł wargi z zazdrości.
Nie znoszę, gdy recenzenci używają formy, że jakiś tam utwór ich buja, bo bujać to się mogą dzieci na drewnianym koniku z zamocowanymi kołkami przy jego wyrzeźbionym łbie. Jednak w przypadku "Too Far Gone" jestem w stanie przecierpieć to nietrafne sformułowanie, i rzec: tak, należycie mną zabujało.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



niedziela, 24 lipca 2016

cztery minuty z sekundami

Jeszcze tylko dzisiaj, by już jutro, późnym popołudniem.... Dlaczego to, co fajne, musi się tak szybko kończyć? Chyba się zmieniam na stare lata. Jeszcze ze dwadzieścia lat temu nie lubiłem na długo uciekać od ukochanego Poznania. Prawdą jest, że w dawniejszych czasach, wyjazdy bywały dwutygodniowe. I strasznie się dłużyły. Nikomu, tylko mnie samemu. Wiedziałem, że Żonka i Syn je uwielbiają, więc udawałem, że ja także. A tak po prawdzie: długie wypady marzą mi się dopiero od niedawnych lat. Teraz, gdy przewrotnie stały się zbyt krótkie. Ach, człowiek się zmienia. Czyżbym z wiekiem zatracił poczucie tęsknoty do domowych stron?
Nad Bałtykiem warunki idealne. Woda fantastyczna, jest bardzo ciepło, ale nie ma mowy o jakiś upałach. Wzorcowo. Wczoraj trzy kąpiele w morzu. Właśnie idę na kolejne... Miło popływać, wbijając się w niewielkie fale. Dziś zdają się być podobne, właśnie ich wypatruję przez okno.
Dzisiejsze Nawiedzone Studio poprowadzi Krzysztof Ranus. Ucieszył się na nie. Zapewne przygotuje dużo dobrego grania. Warto nastawić uszu. W przyszłą niedzielę planuję się spotkać z Państwem osobiście. Mam tyle muzyki, nie mogę się doczekać. Zapewne cztery godziny przelecą, jak dwie. Albo jeszcze szybciej. Gdy się chce tyle zaoferować, te jawią się niczym przyciasnawe koszulki z młodzieńczych lat.
Do poduszki zasłuchuję się płytą podarowaną (na tuż przed wyjazdem) przez "gotyckiego" Krzyśka. Jak to dobrze, że nasze muzyczne gusta bywają znacząco różne. Gdyby nie ten fakt, być może nigdy nie poznalibyśmy grupy Seven. Pamiętacie Państwo? A już pod koniec września Seven wydadzą drugą płytę. Widziałem okładkę. Zespołowe logo pozostało nienaruszone, oby muzyka także. Syndrom drugiego albumu, nie każdy potrafi sobie z nim poradzić. Liczę, że im akurat się uda. Może ta nadzieja wynika z faktu, iż debiut wcale nie był świetny czy wspaniały - tylko dosłownie genialny! A co do nowego nabytku od wspomnianego Krzyśka, to niczego w szczegółach jeszcze nie ujawnię. Wiedząc, iż niektórzy Słuchacze nie wytrzymaliby i rozpoczęli sieciowe poszukiwania, przez co w niedzielę nie byłoby niespodzianki. Mogę tylko szepnąć: to kompletnie nieznana grupa, a w jej szeregach gitarzystą jest pewien uznany metalowiec, z jeszcze bardziej znanej formacji, choć de facto łojenia nie znajdziemy tu ni nuty. Jest jeszcze wiele innych ciekawych postaci, ale niech to wszystko poczeka do naszego wspólnego spotkania.
Piosenka na dziś: Alan Silson "Runaway". Na początku tego roku Sony Music wypuściło reedycje kilku schyłkowych albumów Smokie - jeszcze z Chrisem Normanem, plus pierwsze solowe dzieła Chrisa Normana oraz Alana Silsona - zespołowego gitarzysty. Muzyk ten nigdy nie był przednim śpiewakiem, to też skupiał się jedynie wokół grania i wspomagających wokaliz, które z dawnymi kolegami ze Smokie wychodziły wszystkim chłopakom akurat naprawdę wspaniale. Na płycie "Solitary Bird" (z 2007 roku) Silson jednak zapragnął pokazać się nie tylko jako sprawny, a czasem nawet fantastyczny gitarzysta, lecz także jako wokalny przywódca. Na serio niezły. Nie uciekając przy tym nawet na moment od ukochanej "smokie'owatej" stylistyki, której hołdował przez całe muzyczne życie. Zresztą proszę posłuchać już tylko samego wstępu do tego albumu. Piosenka nazywa się "Closer To The Candle", a gitara akorduje wspomnienia rodem z "Living Next Door To Alice". Nawet Silson, choć śpiewający jakby szeptem, jest tu bliski Chrisa Normana. Z kolei chórki, to typowi Smokie. I tak przyjemnie przenosi nas ta muzyka do dawnej epoki, gdzieniegdzie nawet zaskakując. Stąd też moja dzisiejsza "polecajka". Piosenka "Runaway", to nic innego, jak przeróbka znanego klasyka Del Shannona. Oczywiście, ponad półwiecznego oryginału, nie przebije żadna, nawet najlepsza kopia. Niech nie oznacza to, że nie wolno próbować. A Silson sobie na to pozwolił, i wyszło świetnie. Sporo inaczej, bo i w zmienionym tempie, choć przy zachowaniu należytej melodii, no i z cudowną gitarową solówką (Hackett i Latimer by się nie powstydzili). Proszę sobie wyobrazić, że mamy tu nawet kobiecą melodeklamację po rosyjsku. Sporo zaskoczeń, jak cztery minuty z sekundami.







Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






piątek, 22 lipca 2016

słońca zachód

Nad morzem fantastycznie. Czas biegnie własnym tempem. Niby powoli, błogo, lecz od pobudki do nocnej nasiadówy przelatuje w trymiga. Słońce, przyjemny piasek, woda boska. O dziesiątej rano miała 19 stopni, przy temperaturze powietrza 24. Wcześnie dokonują tych pomiarów, gdy jeszcze śpię. My z ferajną docieramy na plażę nie wcześniej jak o 13-tej. Popływałem do woli. Najpierw raz, potem drugi.... Z kulinarnych rozkoszy, to przede wszystkim kręcone lody. Wczoraj w przeciągu jednej godziny wsunąłem trzy duże porcje! Trochę przez to pocierpiałem, ale były tego warte. W Poznaniu o takie łakomstwo trudniej, a tu wszystko "niestety" na wyciągnięcie wzroku.
Wczorajszy zachód słońca utrwaliłem na powyższej fotce. Romantyczny, choć zbyt wielu amatorów go poszukuje. Już nie ma dzikich plaż...
A propos zachodu słońca.... Otóż wiele lat temu wygraliśmy z Peterem rejs kutrem. Nie tylko my sami, albowiem załapało się jeszcze kilka osób z naszego zacnego grona. Startowaliśmy jeszcze przed zachodem słońca, tak aby ten piękny motyw zobaczyć na otwartym morzu. W pewnym momencie zrobiło się drastycznie chłodno, a fale zaczęły podbijać coraz niebezpieczniej. Kapitan troszkę się zatroskał i postanowił szybciej zawrócić, niż to przewidywał grafik. Zanim jednak.... kilku opowiastek/ciekawostek dostarczył wycieczce pokładowy Bosman - przypominający ojca słynnej zwariowanej Pippi Langstrumpf. Umięśniony, wytatuowany (obowiązkowy ster i kotwica), no i jak na twardziela przystało: zdecydowanie na bosaka. To nic, że następnego dnia Polopirynka, ale na posterunku trza być wzorem twardziela. Ów Bosman wyjawił nam pewną tajemnicę, którą sprawdziłem w następnych latach kilkukrotnie i zawsze było niezmiennie. Kiedy tak wszyscy rozpływaliśmy się nad zachodem słońca, ten w stosownej chwili rzekł: "a teraz patrzcie i liczcie, od momentu w którym słońce dotknie swym obwodem tafli wody, do jego całkowitego schowania upłynie pięć minut". Jak powiedział, tak się stało. Wczoraj zerknąłem na zegarek i nic się od tamtej opowieści nie zmieniło. Są rzeczy, zjawiska, których nie interesują zmieniające się trendy. Dlatego dokładnie w ten sam sposób będą podziwiane przez następne pokolenia.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





środa, 20 lipca 2016

Relacja z koncertu BLACK SABBATH piórem Szymona Gogolewskiego

Poniżej wklejam relację z koncertu Black Sabbath w krakowskiej Tauron Arenie, napisaną przez Słuchacza Szymona Gogolewskiego.
Na przyszłość zachęcam Szanownych Państwa do relacjonowania koncertów. Chętnie tego typu recenzje zamieszczę na blogu. Tym bardziej, iż ja sam bywam na koncertach zdecydowanie zbyt rzadko.



Moja relacja z koncertu Black Sabbath – Tauron Arena w Krakowie 02.07.2016
 
2 lipca br. razem z moim kuzynem, wielbicielem dobrej muzyki, koncertowania i kolekcjonowania płyt (podobnie jak ja) wybraliśmy się w trasę do Krakowa, na koncert Black Sabbath. Dzień nie był fortunny na taki wypad - doskwierający upał (w samochodzie działała klimatyzacja, ale każdy postój na trasie okupiony był kroplami potu na czole) oraz odbywał się mecz Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej między Niemcami a Włochami. No ale cóż - coś się kocha, a coś innego tylko lubi, więc
wybraliśmy koncert.
Początek wyprawy nastąpił równo w południe. Do Krakowa dojechaliśmy około 17:00. Trasa ładna, samochód szybki (wiem, bo mój osobisty), więc można było gnać. Zaparkowaliśmy obok centrum handlowego, gdzie posililiśmy się kawą, a i zakupy muzyczne też zostały dokonane. Nie był to mój pierwszy kontakt z Tauron Areną. 16 grudnia 2014 byłem tam na koncercie Bryana Adamsa. Miałem więc porównanie, co więcej siedziałem prawie w tym samym miejscu - na trzecim piętrze z lewej strony sceny. Istotna
różnica w przypadku obydwu koncertów to nagłośnienie. Nie oznacza to bynajmniej, że Black Sabbath czy Bryan Adams był źle nagłośniony, tylko chodzi o to, że decybele były inne.
Występ Black Sabbath poprzedził zespół Rival Sons. Był to mój pierwszy kontakt z nimi, choć wiem, że kilka płyt na swoim koncie mają. Wokalista dość charyzmatyczny - w skórze, ale bez butów. Z wyglądu taka krzyżówka Jima Morrisona i Michaela Hutchence'a. Muzyka fajna. Tyle i tylko tyle.
Po występie Rival Sons krótka przerwa i punktualnie o 20:40 rozpoczął się show Black Sabbath. Na białym ekranie wyświetlone logo zespołu, pierwsze riffy oraz uderzenia bębnów i ekran spada, a za nim ważna trójka, chociaż faktycznie czwórka: Ozzy Osbourne, Tony Iommi, Geezer Butler a za perkusją Tommy Clufetos (wyglądający jak Zwierzak z Muppet's Show) . Występ był w ramach trasy "The End" w podtytule okrzykniętej, jako: "początek końca, czyli finałowa trasa najwspanialszego zespołu metalowego w dziejach". No...
...i tak, i nie. Ważny zespół to jest na pewno, czy nadal wspaniały... to inna sprawa. Chciałem ich zobaczyć i posłuchać, tak samo jak chciałem zobaczyć i posłuchać Deep Purple, Roxette czy U2. Ozzy Osbourne porusza się jak dziadziuś w domowych pantoflach i widać po nim upływ czasu oraz wiele dni, tygodni czy miesięcy wydartych z pamięci. Co ważne - tydzień wcześniej oglądałem Davida Gilmoura, który jest o 2 lata starszy od Ozzy'ego, a wygląda, mimo siwych włosów, o 10 lat młodziej. Ważne było dla mnie usłyszeć: War Pigs, N.I.B., Iron Man, Children of The Grave czy Paranoid, ale forma wokalisty była lepsza niż większości pensjonariuszu domów starości, ale jednak nie na poziomie rockandrollowca. Co innego Tony - jak zawsze z wielką klasą, zarówno w kontekście ubioru oraz stonowania i powściągliwości scenicznej, a paluchami wymiata, że hej.
W pamięci koncert zapadnie, bo byłem, bo będę mógł potomkom opowiadać, bo rewelacyjny set perkusisty, dający wytchnienie gardłu Ozzy'ego, bo tłumy ludzi i niestety, bo cholernie drogie płyty tourowe (z podpisami 300 zł !!!!) i inne gadżety.
Ale mimo tego wszystkiego było warto, nawet mimo tego, że meczu Krzyżacy kontra Joannici nie widziałem.
 
 
 
Szymon Gogolewski