czwartek, 25 sierpnia 2016

siedemdziesiąt siedemdziesiąt a siedem pięćdziesiąt jeden

Przydarzyła mi się z rana dziwna sytuacja. Po wejściu do roboty zorientowałem się, że nie mam niczego do picia. Z koszyczka wyciągnąłem dychę i popędziłem do pobliskiej Żabki. Ostatnio ją wyremontowano, zmieniła się też obsługa, co zapewne mogło mieć znaczenie dla dalszych losów sprawy. Wyciągnąłem z lodówki drugą z brzegu litrową butelkę Pepsi Max, ponieważ pierwsza jeszcze zbyt ciepła - widać właśnie dołożyli (tylko dlaczego nie wgłąb). Lubię Pepsi Max, a poza tym trafiłem na promocyjną cenę na wszystkie jednolitrówki: 2,49 złotych.
Stawiam butlę przy kasie, płacę, coś tam mi pani wydaje, a że zaspany jestem potwornie, chowam bez namysłu do kieszeni, i wracam do roboty. Ale coś mi po przetarciu zaspanych oczu nie pasuje. Sięgam do kieszeni, i.... wyciągam banknot pięćdziesięciozłotowy, do tego wprasowaną w niego dwudziestozłotówkę, plus siedemdziesiąt groszy bilonu. Jak ja to zrobiłem, że w ogóle w ramach reszty zabrałem banknoty, tego wyjaśnić nie potrafię. Lecz co to w ogóle za reszta? Ani nie pasuje do stu złotych, ni nawet do ewentualnych banknotów osiemdziesięcio-złotowych, gdyby tylko takowe istniały. Przez chwilę diabełek podpowiada: masz na płytę. Z drugiej zaś odzywa się sumienie: oddaj. Aaaa,
Przez chwilę ta kupa szmalu naprawdę była moja :-)
poszedłem. Przy kasie ta sama pani i kilka osób w kolejce. Nie mając czasu, aż wszystkich obsłuży, mówię jak jest. Na twarzy przerażenie, po czym wzrok kasjerki, plus jej asystującej koleżanki, rozrzucił się po wszystkich zakątkach sklepu. Włącznie ze szpeknięciem na krajobraz zaokienny. Musiałem się zastrzec, że nie wkręcam, i w ogóle - nie mam złych zamiarów. Nie wyłudzam na wnuczka, nie rżnę cyganki, która oferuje sto, a zabiera dwieście, i w ten deseń. Zaproponowałem, że oddam naddatek, a poproszę o moje siedem pięćdziesiąt jeden, i znikam. Z podarowaniem grosika na szczęście. Pani asystentka oszołomiona nietypową sytuacją, postanowiła zajrzeć na zaplecze, do zapisu sklepowej kamery. Poszła i coś długo nie wraca. Pięć minut, siedem, dziesięć.... Myślę, cholerka, a jeśli ta kamera rejestruje po swojemu, to może lepiej w nogi. Zaraz przyjadą gliny i się zacznie. Sprawczyni całego zamieszania zachowywała absolutne milczenie, grobową minę, i nawet nie próbowała się wdawać ze mną w "niepotrzebną" dyskusję. Zacząłem pomału żałować. Naszło mnie, że teraz to dopiero zaczną się kłopoty, a ja tu Bogu ducha winien. W końcu, po mniej więcej kwadransie, wychodzi z zaplecza pani operatorka i oznajmia: "no faktycznie". I tyle. Na co do głosu automatycznie doszła sama winowajczyni: "bardzo panu dziękuję". Tyle, i aż tyle. Ulga. Dopiero w tym momencie mogłem odzyskać należne siedem pięćdziesiąt.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






środa, 24 sierpnia 2016

BIFFY CLYRO - "Ellipsis" - (2016) -







BIFFY CLYRO
"Ellipsis"
(14TH FLOOR RECORDS) 
***1/3


Szkotów z Biffy Clyro nadal zalicza się do zespołów młodszego pokolenia, choć muzycy właśnie przed chwilą wydali siódmą już płytę. Osobiście mam z tym dużo mniejszy problem, albowiem losy zespołu śledzę zaledwie od 2009 roku, czyli od nad wyraz udanej całościowo, a zarazem piątej w dorobku "Only Revolutions". Jej artystyczną konsekwencją była 2-płytowa "Opposites", a zespół zaproponował kolejną porcję szorstko-gitarowych melodyjnych piosenek, choć na próżno było tym razem szukać następców "God & Satan", bądź "Many Of Horror". Dlatego ciekaw byłem, co Biffy Clyro zaproponują na kolejnym dziele, do którego nie wystruga już świeżych okładkowych pomysłów rewelacyjny, lecz zmarły niedawno projektant Storm Thorgerson - ten od choćby dzieł względem Pink Floyd. Tak więc, wraz z nową epoką szat graficznych, rozpoczyna się kolejna zespołowa era. Czy jednak szczególnie zauważalna? No właśnie. Na najnowszym "Ellipsis" otrzymujemy dokładnie takich Biffy Clyro, jakich już dobrze znamy. To wciąż wpadające w ucho piosenki, i choć czasem nieco połamane rytmicznie, nadal oznaczające się prostotą przekazu. Gitarowe, energetyczne, często o garażowym charakterze, ale zarazem efektownie wyprodukowane, przez co z lekka zmiękczone. Świetnie nadają się do rockowych radiostacji, a i nie przeszkadzają grupie stać w centrum zainteresowania na przeróżnego rodzaju festiwalach rockowych, porywając tłumy do aktywnej zabawy. Ich tematyka także celnie trafia w sedno zainteresowań i problemów młodszego oraz wczesno-średniego pokolenia.
"Ellipsis" warto sprawić sobie w wersji deluxe. Ta edycja zawiera dwie dodatkowe piosenki, w tym jedną rewelacyjną - "Don't, Won't, Can't". Jeszcze takiego szlagieru chyba nigdy grupa nie nagrała. Jeśli ta piosenka nie zyska miana przeboju, oznaczać to będzie, że świat kompletnie zidiociał. Refrenowe "łooo-ooo-ooo" aż podrywa do szaleńczej zabawy. Ten podrasowany gitarowo-klawiszową sekcją i na pół reggae rytmem, po prostu kołysze i huśta bezwładnym przy tym ciałem ("....myślisz, że z twej szklanki się przelewa, a tak po prawdzie jest ona całkowicie sucha...."). Bez tej kompozycji całość ogromnie traci. Bo już o drugim dodatku "In The Name Of The Wee Man" niczego niesamowitego powiedzieć się nie da. Jednak i ta piosenka również nieźle się broni. Nieco połamana rytmicznie w zwrotce, podlana mocnymi akordami gitary, w refrenie eksploduje witalną melodią. Trzeba podkreślić, że w kilku fragmentach utwór bywa poddany niemal hard/core'owej mocy, co spodoba się entuzjastom szaleńczego pogo. Zacząłem od dodatków, ale tak naprawdę najważniejszych dla sprawy wydaje się przecież jedenaście pierwszych piosenek. Otwierający całość "Wolves Of Winter" ("....cuchniesz radosnym alleluja, a kąpiesz się w grzechu...") nie do końca mnie przekonuje, nawet jeśli grupa zachowuje w nim swoisty dla siebie klimat. Ponownie połamaniec rytmiczny w części zwrotkowej, by w refrenie poderwać ewentualny koncertowy tłum, a jednak coś tu się ze sobą nie zazębia. Dużo efektowniej prezentuje się następny "Friends And Enemies", ale ten także niczym należycie nie chłosta. Naszły mnie obawy, skąd ten zespołowy entuzjazm i przechwalstwa Simona Neila i jego kompanów, że oto "nagraliśmy najlepszy album". Takimi słowy Biffy Clyro reklamowali "Ellipsis" na chwilę przed jego oficjalną premierą. Tak po prawdzie, jeszcze nigdy nie spotkałem artysty, który powiedziałby, że niestety nagrał typowego przeciętniaka.
Płyta nabiera nieco rumieńców wraz z dwoma kolejnymi kompozycjami. Fajny "Animal Style" ("...pożrę cię żywcem, wszak jestem tylko pieprzonym zwierzakiem...") trochę przypomniał dobre czasy "Only Revolutions". Nareszcie fajna melodia, plus typowa dla nich agresywność. Całość z zębem i pazurem. Tuż po chwili ładniutka balladka "Re-Arrange" ("...nigdy nie uszkodzę twego serca, a jedynie wszystkie jego części poskładam w nierozerwalną całość..."). Zawsze taką przynajmniej jedną muszą mieć. I dobrze, bo akurat z tą trafili w sam środek tarczy. Choć inna ballada "Medicine", też ładniutka. Niestety żadnego wrażenia nie wywierają: "Howl" oraz "Herex". Ot, poprawne granie, ale tylko tyle da się o nich powiedzieć.
Wyróżniłbym za to jeszcze ostatni w podstawowym secie "People" ("...jestem człowiekiem, który nigdy nie powinien kochać..."). Nieszybki i z ładnym gitarowo-fortepianowym podkładem. Podobnie jak żywszy i zarazem z predyspozycją ultra-przebojową "Flammable". Polecam również opartą na klawiszowym podkładzie uroczą piosenkę "Small Wishes". Sprawia ona wrażenie raczej spłodzonej na uboczu, z myślą o drugiej stronie do któregoś z singli, a jednak doskonale wkomponowała się w całość, stanowiąc za miłą chwilę wytchnienia po porcji mocniejszych akordów.
"Ellipsis" w niczym nie zaskoczy sympatyków Biffy Clyro. Na szczęście zarówno na "in minus", jak i niestety na "in plus". Grupa zrealizowała przyzwoity album, lecz gdy się bardzo w swoim czasie polubiło "Only Revolutions", to jednak nastaje rozczarowanie.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






zaćmienie

Zaproponowałem dzisiaj Państwu trzy znakomite płyty ze stajni Frontiers Records - jeden wpis wstecz. Proszę nie zważać na ilość gwiazdek. Gradacja nie ma znaczenia, liczy się przecież sama świetna muzyka. To, co dla mnie na cztery, dla kogoś może być przecież na pięć.
Przy okazji grupy Cruzh, muszę pogratulować sokolego oka, a raczej ucha, Słuchaczce Violi. To ona pierwsza dostrzegła w piosence "Straight From My Heart" delikatne nawiązanie do klasyka The Moodies "Question". Otrzymałem od niej porannego sms-owego rebusa, którego nie chwaląc się od ręki rozszyfrowałem. Ale tu muszę przyznać, że choć słuchałem tego kawałka wielokroć, nie wpadłem na to pierwszy. Teraz zaś wydaje się to takie oczywiste. Nachodzi mnie przy tej okazji scena z filmu "Wielki Szu", gdy Szu pokazuje taksówkarzowi Jurkowi na kartach marychę. Czyli perfekcyjne znaczenie kart. I to, co z pierwszej chwili dla Pana Jerzego jest niezauważalne, po chwili staje się oczywiste. Cytując: "jakie to teraz wszystko wyraźne".
Człowiek miewa zaćmienia, nawet jeśli te dotyczą spraw klarownych. Czy nie zdarzało się Państwu być testowanym i przy znanej melodii zapomnieć jej tytułu, bądź wykonawcy? Tu muszę się "pochwalić" zdarzeniem, jakie przytrafiło mi się dobrych kilkanaście lat temu. Otóż, pewnego razu przesiadywałem ze znajomymi w typowym pubie, popijając przymusowe piwsko, którego nie ukrywam: po prostu nie lubię. Jak już, to ewentualnie sprofanowane z czerwonym soczkiem. I to na zasadzie: im go więcej, tym lepiej. Czytaj: tym słodziej. Nie znoszę tej powszechnie wielbionej goryczki z pianką. Brzuszysko po ziemię, a głowa trzeźwa. Lubię zdecydowane i wyraziste trunki. Lecz nie o pijaństwie być miało. Otóż w owej knajpie grała sobie w tle muzyczka. Niezła, z tego co pamiętam. I to był jedyny plus tamtej morderczej nasiadówy. W pewnej chwili rozpoczęła emisję rzecz dobrze wszystkim znana, którą pod nosem nuciłem, by nawet w kulminacyjnym fragmencie dać po garach, niczym prawdziwy jej bębniarz. No i gryzł wewnętrzny głos sumienia: "no dalej....,no przypomnij sobie....", a tu nic. Piosenka pomału dochodzi kresu, aż wreszcie, w pewnej chwili: eureka!!! - "Stairway To Heaven". To tak, jakby człowiek zapomniał nagle podstawowej tabliczki mnożenia. Kilkuminutowe zaćmienie.
Jestem przekonany, że tego rodzaju wpadki miewa każdy, a że tylko głupio się do nich przyznać, to też chwalimy się sukcesami. Porażki tuszujemy, niczym najskrytsze marzenia. Facebook to takie miejsce, które to najdobitniej odzwierciedla. Dlatego na zapytanie: "co słychać, jak leci, jak zdrówko?" z reguły odpowiadamy: "dziękuję, bardzo dobrze". Najzwyczajniej mówimy to, co pytający chce usłyszeć. Bo kogo bowiem zainteresuje stan faktyczny?
Piosenka na dziś: Biffy Clyro "Don't, Won't, Can't". To numer z limitowanej edycji najnowszego longplaya "Ellipsis". Szlagier, że hej! Ten szkocki tercet od zawsze jest nastawiony na piosenki, lecz na takie bardziej szorstkie, przybrudzone i trafiające do młodszego pokolenia. A jednak ta kompozycja powinna przypaść do gustu chyba każdemu. Bez względu na ewentualne bycie fanem rocka, czy też nie. Wystarczy ją tylko dzieciakom podłożyć pod jakąś popularną komputerową grę, a oszaleją.
Życzę miłego wieczoru.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





CRUZH "Cruzh" (2016) / KING COMPANY "One For The Road" (2016) / PALACE "Master Of The Universe" (2016)








CRUZH
"Cruzh"
(FRONTIERS)
***3/4


KING COMPANY
"One For The Road"
(FRONTIERS)
***2/3


PALACE
"Master Of The Universe"
(FRONTIERS)
****




Lubię wytwórnię Frontiers. Nawet jeśli nie zawsze trafia w mój gust.
Frontiers są zaledwie jednym z wielu nieźle funkcjonujących labeli, obok Escape Music, AOR Heaven czy Rock Candy Records, którzy propagują hard rocka/heavy/soft metal w tradycyjnym tonie lat 70/80-tych. A jednak ta włoska stajnia kierowana przez niezmordowanego Serafino Perugino (założyciel jak i "notoryczny" producent) wyróżnia się na tle innych. Bogactwem, różnorodnością i otwartością na młodych twórców, wyciągając przy tym nierzadko dłoń do dawnych i zapomnianych.
Właśnie na rynek trafiły trzy debiutanckie płyty twórców skandynawskich (o ile Finlandię do tej grupy państw także zaliczymy).
Na pierwszy rzut niech pójdzie szwedzki tercet Cruzh. Tworzą go wokalista i klawiszowiec Tony Andersson oraz gitarzysta Anton Joensson i basista Dennis Butabi Borg. Choć to nie wszyscy, albowiem podstawowych muzyków wspomaga jeszcze kilku ludzi sesyjnie, a pośród nich: perkusista Louisian Boltner oraz pianista Erik Wiss. Wszak w podstawowym line-upie nikt takowymi instrumentami nie dysponuje. Nie są to na tyle ładne chłopaki, by dziewczęta ich buźki zawieszały na przyłóżkowych makatkach, jak niegdyś Jona Bon Joviego, Joey Tempesta czy Sebastiana Bacha, niemniej Cruzh grają jakby powstali właśnie w tamtej epoce. Zresztą oficjalnie przyznając się do wpływów Def Leppard, Toto, FM, Winger, Firehouse, bądź wczesnego Bryana Adamsa. W moim odczuciu szczególnie im najbliżej do tych pierwszych. Proszę to sprawdzić w balladzie "Anything For You", jak też w niezbyt ciężkich i przebojowych "First Cruzh", "Survive", "Stay", bądź dynamicznych "Hard To Get" oraz "Set Me Free". Jednak nie te piosenki uważam za najlepsze. Na stadiony świata polecam nośne melodie z otwierającego całość "In N' Out Of Love", bądź absolutnej bomby, jaką jest trzecia kompozycja w albumowej kolejności "Aim For The Head" - cudo!
Także swoistą wisienką na torcie stoi finałowa i zarazem aż 7,5-minutowa ballada "Straight From My Heart". No dobrze, być może i nieco słodziutka, lecz dająca się zapamiętać i pokołysać sercem, do czego także sam tytuł zobowiązuje. Jest w niej taki kilkunastosekundowy fragment, będący niemal plagiatem piosenki "Question" grupy The Moody Blues. Niech zatem wszelacy art-rockowcy go nie pominą.
Bardzo ładna płyta. Polukrowany hard roczek - bez wątpienia. Ale czy to musi oznaczać zarzut?

Kolejny album zatytułowany "One For The Road" reprezentuje fińska formacja King Company. Proszę tylko spojrzeć na okładkę. Ta uwodzicielska kobietka, plus nieopodal korodujący trupi samochodowy wrak, pokazują jej niecne zamiary. I taką też muzykę zapisano na tejże srebrzystej płytce - na winylu niestety nie wydano.
Wystarczy tylko rzucić uchem już na sam początek albumu, by spostrzec, iż śpiewający Pasi Rantanen ewidentnie nasłuchał się zachrypniętych gardeł, a'la: Axl Rose, David Coverdale, Kelly Keeling czy James Christian. A jednak King Company nie grają pod nutę Guns N'Roses. Ta piątka dżentelmenów tworzy bardzo fajne hard rockowe klawiszowo-gitarowe piosenki. Polubią je zapewne entuzjaści przebojowego ducha lat 80-tych, od m.in. takich płyt, jak "jedynka" Skid Row, czy dwóch pierwszych dzieł Winger, jak i jedynej płyty, mocno zresztą niedocenianej grupy Walk On Fire "Blind Faith", a także Whitesnake'owych superprodukcji z "1987" i "Slip Of The Tongue" - i kto wie, czy nawet nie na samym czele.
Całości słucha się z dużą przyjemnością, choć pierwsza albumowa część jawi się okazalej. Począwszy od otwierającego tytułowego "One For The Road", poprzez chwytliwy, wręcz radiowy "Shining", zadziorny "Coming Back To Life", po drapieżną balladę "No Man's Land" (tytuł tej piosenki, to przy okazji pierwsza nazwa grupy). Niczego nie ujmując usadowionemu w centrum albumu kąśliwemu "Farewell", jak też nieco motorycznemu "One Heart" (już czuję jakby to zaśpiewał Ronnie James Dio), czy przejmującej balladzie "Cast Away".

Za trzecią płytą "Master Of The Universe" stoi kolejny melodyjny hard rockowy band. Ten pochodzący ze Szwecji kwartet założył wokalista i gitarzysta Michael Palace - stąd też nazwa grupy. I gdyby nie współczesna mnogość tatuaży na ciele basisty Soufiana Ma' Aouiego, to cały grupowy wizerunek mocno przybliża ich do zespołów sprzed trzech dekad. A więc mamy do czynienia z kolejnymi fascynatami lat osiemdziesiątych. I z kolejnym klawiszowo-gitarowym graniem nastawionym na wyeksponowane chóralne refreny. Jedynie wyczuwalna współczesna produkcja (Michael Palace, plus Daniel Flores - ten od choćby Find Me) zdradza czas realizacji dzieła, ponieważ same kompozycje niosą się niczym soft-metalowy relikt z przeszłości.
Warto przy tym odnotować, że choć Palace reprezentują muzycy młodego pokolenia, to ci mają na koncie już bujną przeszłość. Niektórzy zdążyli wspomagać na koncertach, jak i w studio, wielu wykonawców, w tym m.in: Find Me, Harem Scarem, Toby'ego Hitchcocka czy Adrenaline Rush.
Kolejna płyta wchodząca w nogi i duszę. Trudno nie pokochać przynajmniej takich: "Master Of The Universe", "Matter In Hand" czy choćby "Cool Runnin' ". Tego typu kawałki żargonem sympatyków rocka określa się mianem "killer". Proszę dać wiarę: cała ta płyta jest autentycznie świetna!

Wszystkie trzy powyższe pozycje, powinny stać się obowiązkową lekturą dla wszelakich zapaleńców soft/hair/hard rocka. But seriously!





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






poniedziałek, 22 sierpnia 2016

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 21 sierpnia 2016 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM






"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 21 sierpnia 2016 r. - godz.22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski






AC/DC - "Blow Up Your Video" - (1988) -
- That's The Way I Wanna Rock'n'Roll
- Two's Up

MOGG/WAY - "Edge Of The World" - (1997) -
- Change Brings A Change

CINDERELLA - "Night Songs" - (1986) - 30-lecie albumu
- Shake Me
- Nobody's Fool
- Somebody Save Me

BON JOVI - "Slippery When Wet" - (1986) - 30-lecie albumu
- Let It Rock
- You Give Love A Bad Name
- Livin' On A Prayer
- I'd Die For You

KING COMPANY - "One For The Road" - (2016) -
- Shining

CRUZH - "Cruzh" - (2016) -
- Aim For The Head

EUROPE - "Out Of This World" - (1988) -
- Tomorrow

AEROSMITH - "Aerosmith" - (1973) -
- Dream On

POISON - "Look What The Cat Dragged In" - (1986) - 30-lecie albumu
- Cry Tough
- I Want Action
- I Won't Forget You

KRACKED EARTH - "Splash" - (2012) -
- Never Walk Away

STEVE HOWE - "The Grand Scheme Of Things" - (1993) -
- Passing Phase

ROBERT PLANT - "Manic Nirvana" - (1990) -
- Watching You
- Anniversary

JOHN PAUL JONES - music from the film "Scream For Help" - (1985) -
- Bad Child - {śpiew JOHN PAUL JONES}
- Christie - {śpiew JON ANDERSON}

STYX - "Styx" - (1972) -
- What Has Come Between Us

STYX - "Styx II" - (1973) -
- Lady
- A Day

DARE - "Sacred Ground" - (2016) -
- All Our Brass Was Gold
- You Carried Me

BEAR'S DEN - "Red Earth & Pouring Rain" - (2016) -
- Auld Wives

MIKE OLDFIELD - "Ommadawn" - (1975) -
- Ommadawn (Part One)

MIKE OLDFIELD - "Man On The Rocks" - (2014) -
- Man On The Rocks

DEMON - "The Plague" - (1983) -
- Nowhere To Run
- Fever In The City
- Blackheath
- Blackheath Intro

MAGNUM - "The Eleventh Hour!" - (1983) -
- Breakdown






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







niedziela, 21 sierpnia 2016

Mierzyn

Wybraliśmy się wczoraj z Żonką do Mierzyna. Na zaproszenie. W tak ciepłą słoneczną sobotę... - dlaczego nie! Osiemdziesiąt kilometrów poszło w godzinkę. Jedyny feler, to paskudne ciężarówki. Nie brak ich, pomimo równoległej autostrady na Świecko. Tirowcy oszczędzają, rozpychając się w ciasnocie dla osobówek.
A sam Mierzyn? Bez zmian. Tam czas zatrzymał się w epoce gierkowskiej. Ma to swój urok, o ile ktoś ma ochotę powspominać stare dawne chwile. Popękane chodniki, drogi z "sześcianowej" mozaiki, zapuszczone świetlice, nieczynne kompleksy barowe, a i te współczesne niektóre sklepiki lub gastronomie, też pordzewiałe. Pomimo niedoskonałości wielu ludzi wykupiło zaniedbane domki na własność i po przywróceniu im życia spędzają miło czas. Z kolei, powstałe na dawnych gruzach wczasowe ośrodki oferują usługi całoroczne - podobno chętnych nie brakuje.
Fajnie mienią się barwami klimaty dawne z niewieloma współczesnymi, plus bogactwa natury, których czas nie tyka. I nie rani. Piękne jezioro, nieprzemierzony las.... I choć cywilizacja wdarła się niemal wszędzie, nie brakuje miejsc ustronnych, dzikich, skrywanych przed ludzkimi rękoma.
Szkoda tylko, że automat z najlepszymi lodami nieczynny. Kilka lat temu ta sama maszyna wydalała przepyszne truskawkowe i jagodowe - do wyboru. To samo pudło, w tym samym miejscu, tym razem z przyklejoną kartką: "nieczynne".
Niestety usługi kulinarne na poziomie dostosowanym do wszech panującej zabudowy. Przypalona zapiekanka za dziewięć złotych, a zestaw bladych frytek z niedopieszczonym kebabem i obowiązkową obrzydliwą surówką, za prawie dwadzieścia. Pod tym względem nadmorskie jadłodajnie biją Mierzyn na głowę. Warto więc zabrać ze sobą kucharza i doliczyć ewentualne usługi do ogólnych wakacyjnych wydatków.
Mimo narzekań, podobało mi się. Przez moment powróciły wspomnienia dawnych wakacji. Moje pokolenie zrozumie, co mam na myśli.
Pierwszy raz w Mierzynie postawiłem stopy w 1984. Jednak z tamtego ośrodka nie pozostało już nic. No, może za wyjątkiem dojazdowej drogi. Wówczas kolegi Tata załatwił nam (ówczesnym 18/19-latkom) domek w ośrodku wczasowym z własnego zakładu pracy. Mieliśmy tylko nie narobić wstydu. Poza tym, dobrze się bawić. Bawiliśmy się, a jakże!. Przez bite dwa tygodnie. Na poziomie, gdyby ktoś przez chwilę miał obawy.
Jednak "na poziomie", nie oznaczało jednej czy drugiej całkowicie nieprzespanej nocy. Nawet takiej, że.... Za płotem było pole namiotowe, a w jednym z nich cztery niewiasty (po równo - sprawiedliwie), więc można było zamienić domek z wygodami na namiot. Przynajmniej na jedną noc. I jak to, w czteroosobowym namiocie w ósemkę? A jaki to problem? W 1982 na zlocie hipisów w Częstochowie daliśmy radę w podobnej czwórce dwunastoosobową ekipą. Boże, jak ja tego pragnę!
Dzisiejsze niebo, plus z rana walący deszcz podkreśliły, jakie to szczęście dostąpiło nas nad wczorajszym słonecznym jeziorem.
Szkoda, że wakacje dobiegają kresu, a i lato pomału zamyka swe wrota, choć jak wiemy, wcale w tym roku do końca drzwi przecież nie otworzyło. Jesień już czai się za rogiem i łapska zaciera. Z tym swoim głupim uśmieszkiem: "na pewno się nie spóźnię, nigdy tego nie robię". "Opróżnię drzewa z liści, niczym PiS państwową kasę na pięćset plus" - dodając z uśmieszkiem. I tu nachodzą mnie słowa piosenki Pani Zdzisławy Sośnickiej: "...żegnaj lato na rok, stoi jesień za mgłą, czekamy wszyscy tu, pamiętaj, żeby wrócić znów...".

P.S. Koleżanka "postraszyła:", że kolejny weekend z szansą na piękną aurę. Hmmm...., a może by tak jeszcze raz?


P.S.2  Do naszego grona dokleił się 2-letni kundelek "Ochłap". Z Wałbrzycha chłopina przyjechał. Sympatyczna właścicielka tego do niedawna schroniskowego stworzenia, nie miała na przeszkodzie, by podkarmić tego delikatnego psiaka plackiem z wiśnią oraz na deser iberyjskim salami. Dobrze, że poczciwina trafił do normalnej rodziny. Zazna zasłużonych uciech życia.

Ochłap takimi ślipiami upraszał o kolejne kęsy







Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





Sypie się, ale się trzyma

Parking
....i jego nawierzchnia
ciąg dalszy
wyjazd z parkingu w stronę Centrum ośrodka
to samo, tyle że widziane oczyma ze strony przeciwnej
dochodząc do plaży
już za chwilę...

 
za plecami jeziora ławeczka, murek, a potem las


schody nad jezioro, a raczej w dół jeziora
wypożyczalnia skuterów, rowerów,....





piątek, 19 sierpnia 2016

nocka historyczna

Ze środy na czwartek oglądałem mecz w ręczną Polaków z Chorwatami. Nie planowałem, ale tak wyszło, iż zasnąć pomimo wykończenia, jakoś nie mogłem. Pomyślałem; popatrzę chwilę i z nudów padnę. A tu horror. Nasi się tak rozkręcili, że po wyrównanej walce łeb w łeb odskoczyli Chorwatom na cztery gole, by na początku drugiej połowy wszystko stracić. Znów rozpoczęła się walka punkt za punkt. Chorwaci podbudowani mieli ochotę nas zadeptać. No i strach mnie ogarnął, bo nawet skuteczny Karol Bielecki przez chwilkę popadł w niemoc. Na szczęście w decydujących dziesięciu minutach chłopacy nie dali się złamać. Uzyskali minimalną przewagę, z którą dotrwali do końca. Kończąc mecz nawet z trzema golami na górkę. I jak tu po czymś takim spokojnie przyłożyć głowę do poduchy?
Rozbawili mnie panowie sprawozdawcy, którzy jak na trzecią w nocy wykazali się dużą energią oraz swoistym poczuciem humoru. Jeden z nich zaproponował, by obudzić wszystkich sąsiadów i uświadomić im: jak to właśnie historycznie dzieje się w Rio. Potraktowałem wskazówkę serio i nawet przez chwilę naszła mnie ochota, by podskoczyć do mojej "ulubionej" sąsiadki piętro niżej. Pomyślałem: jest okazja, by zawrzeć przymierze. Jednak wyobraźnia podsunęła taki oto dymek: dzyn dzyn...wrota się pomału rozsuwają, a w ich lufciku staje pognieciona od poduchy twarz pani Basi, której z uśmiechem na mej głupiej gębie oznajmiam: "ogląda pani? nie?!!!, to proszę koniecznie, bo nasi grają świetnie i za chwilkę Polska wejdzie do półfinału w szczypiorniaku". No i w tej oto chwili nasunęła się dymkowa riposta: "czyś ty sąsiad na łeb upadł? Poj***ało cię!!! Ja się k**** muszę wyspać, bo taka zjeb*** jestem, a ty mi tu pierd**** o jakimś meczu!!!".
Dobrze, że człowiek ma wyobraźnię. Bo gdybym postąpił jak panowie relacjonujący nakazali, to już dzisiaj pani Basia "dzień dobry" niekoniecznie by odburknęła. I tu mi się nasuwają słowa piosenki Shakin' Dudi: "....ty za swe uczynki sięgniesz nieba bram, innych za te grzechy nie zaproszą tam - zastanów się, co robisz....".
A tak z innej beczki...  Wychodzę z domu, i nie wierzę: bezchmurne niebo, słońce, przyjemne powietrze pieści ciało. Cóż to, natura się pomyliła i oddała trochę lata. Ciekawe komu tym razem podebrała?
Z beczki jeszcze kolejnej; równo 53 lata temu urodził się wokalista Europe - Joey Tempest, z kolei zaś 77 lat temu perkusista Cream - Ginger Baker, a 71 lat temu Ian Gillan - głos Deep Purple - i przecież nie tylko. No i jeszcze dołożę, iż 65 lat temu na świat przyszedł John Deacon - basista Queen. Sporo, prawda? Cóż za muzyczny dzień.
Piosenka na dziś: Robert Plant "Watching You". Rytualne bębny, rozmyte gitary, no i ten pełen namiętności GŁOS. Perła z mało docenianego albumu "Manic Nirvana". Być może i nawet dalekiego od doskonałości, ale przecież suma sumarum udanego. Co po genialnym, choć mocno popowym "Now And Zen", wcale nie musiało być tak oczywiste.
Życzę Państwu przyjemnego weekendu! Nie napiszę "życzę miłego dnia", albowiem nie znoszę tego zwrotu - od zawsze, i nie wiem dlaczego?





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"