środa, 28 września 2016

krzaczki

Za namową Szanownych Państwa, a i kilku Facebookowiczów, nastawiłem w miniony poniedziałek w komputerze "Trójkę". Przewidziano w niej wieczór poświęcony Tomkowi Beksińskiemu. Mieli wypowiadać się znajomi, przyjaciele, a także twórcy i aktorzy "Ostatniej Rodziny". Na "deser" zaś przewidziano wyemitowanie ostatniej audycji Nosferatu z nocy 11- na 12-ego grudnia 1999 roku. Uruchomiłem w komputerze radiowy odbiornik, gdy u gospodyni Anny Gacek wypowiadał się Wiesław Weiss. Przyłożyłem uszu na dobrych kilkadziesiąt minut. Więcej zaś spodziewałem się po rozmowie z bohaterami "Ostatniej Rodziny", jak i po samych pytaniach od publiczności. Sam miałbym z rękawa co najmniej z tuzin, natomiast publiczność zgromadzona w studio mocno rozczarowała. Jedna Pani nawet nie mogła się nadziwić Zosi Beksińskiej, jak ta mogła wytrzymać z dwoma takimi chłopami w domu. No faktycznie, intrygujący wniosek w całej tej historii.
Audycji Tomkowej nie posłuchałem. Nie muszę, znam na pamięć. Mogę jej posłuchać w dowolnej chwili. Od kilkunastu lat posiadam zarchiwizowaną na czterech płytach CD, nawet z efektowną kolorową okładką, którą ktoś w stosownym czasie dorobił.
Rozczytuję się w książce Wiesława Weissa. Dobre ma autor pióro, co wiadomo nie od dziś. Całość została wzbogacona o ciekawe anegdoty. O historie serio rodem, jak i całkiem zabawne. Popłakałem się ze śmiechu z tego, co Beksiu z Gajewskim wymyślali na improwizowane scenki podczas zajęć z języka rosyjskiego. Że jako smaczek zasugeruję jeszcze genialny wykręt w szkole średniej ze znienawidzonego WF-u. Też się wykręcałem, gdy w grę wchodziła koszykówka, albo biegi. Choć to oczywiście tylko sympatyczne wtręty do bogatego duchowo życia Tomka. Zakupcie Państwo tę knigę - polecam! Przynajmniej na podstawie tego, co już za mną. A dopiero się rozkręcam. Czytam powoli i ze zrozumieniem. Tak, jak lubię, i jak potrafię. Czasem cofając się do co ciekawszych fragmentów, przerabiając je po raz kolejny. To jeden z powodów, przez który nigdy nie potrafiłem połykać książek i czytać na wyścigi. No i tak jak Nosferatu, nigdy nie czytywałem czegoś, co mnie nie interesowało. Odpuszczając w życiu większość nudnych szkolnych lektur. Beksiu też nienawidził "Chłopów" i "Nad Niemnem". Porządna chłopina.
Nie wiem czy Państwo zauważyliście, ale od kilku dni mamy jesień. Do wczoraj nawet Złotą, dzisiaj już bardzo Polską.
Czuję lekkie podekscytowanie, do Afery dotarł gramofon. Już od teraz można tworzyć audycje z prawdziwych winylowych płyt. Nie muszę ich przegrywać. To świetna wiadomość. Do tej pory nie opłacało się przegrywać całego albumu w celu zaprezentowania z niego na przykład tylko jednej piosenki. Wybierałem zatem te, z których na nadanie w eter zasługiwały przynajmniej trzy lub cztery.
Mój Szanowny realizator Tomek trochę przestraszony. Nie dziwię się, Tomek to typowy kompakciarz, ale pojmie całą tę zabawę szybciej, niż mu się wydaje. Nie zdziwię się, jeśli niebawem sam zakupi gramofon i zacznie zbierać winyle. Bo kto raz wpadnie w te sidła.... I to jest właśnie "dobra zmiana". Bez pustych deklaracji, zawalania ekonomicznie gospodarki czy naginania zasad demokracji. W Aferze z gramofonu ucieszy się przynajmniej jeszcze kilka innych osób, o czym jestem głęboko przekonany.
Przeskakując z kwiatka na kwiatek.... muszę się Państwu pochwalić, iż od poniedziałku jestem już szczęśliwym posiadaczem własnego egzemplarza najnowszego albumu Raya Wilsona. Niestety także z autografem, ale co tam.... i tak się cieszę. Pięknie dziękuję darczyńcy, który zapragnął pozostać anonimowym. W najbliższą niedzielę nastawimy sobie jakiś fragment - z już mojego CD. Ciekawe, czy zagra inaczej?
Przyjechała ponadto przesyłka z Japonii. Ależ niespodzianka! Nie nie, słówka przed niedzielą nie szepnę. Posłuchamy wspólnie, to się wyjaśni. Tymczasem - tajemnica.
Jak dawno już nie kupiłem żadnego "Japońca". Z tymi "krzaczkami", co powszechnie zwie się obi. I jak się ten papierek "obi" przez nieumyślność wyrzuci, to płyta znacznie traci na wartości. Tak więc proszę tego nigdy nie robić. Osobiście kolekcjonuję te krzaczki, choć mam w zbiorze kilka Japońców bez tychże, no ale są to płyty z tzw. drugiej ręki. Czyli od właściwych sprawców tych niechybnych czynów.
Piosenka na dziś.... a raczej suita: Procol Harum "In Held 'Twas And I" - w genialnej koncertowej wersji z albumu nagranego z Orkiestrą Symfoniczną z Edmonton pod koniec 1971 roku. Niech będzie to mój ukłon w stronę Beksia, który uwielbiał właśnie tę wersję ponad wszystkie inne. Rzeczywiście nieporównanie lepszą od chwilkę wcześniejszej studyjnej. Tomek Beksiński uważał "In Held 'Twas And I" za jeden z utworów życia, a więc wszelkiego rodzaju inne próby zachęcenia Państwa do jej posłuchania, byłyby wręcz nietaktowne.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






poniedziałek, 26 września 2016

postscriptum do sobotniego wpisu o "Ostatniej rodzinie"

Moim stosunkiem do "Ostatniej rodziny" wywołałem u niektórych z Państwa poruszenie. Znaleźli się nawet obrońcy filmu, pomimo iż jeszcze go nie zobaczyli. Padło nawet zapytanie w kwestii Tomka: "a skąd wiesz jaki on był?". Oczywiście tak stawiając sprawę można obalić wszystko. Bo nikt przecież na "setkę" tego nie wie. Nie ma z kim już teraz nawet porozmawiać, skonsultować. Wszyscy Beksińscy spoczywają na wieczność, a przecież znajomym, przyjaciołom, fanom czy fanatykom, nikt nie uwierzy. Na nic argumenty, że się więcej wie, odczuwa, niż przeciętny zielony Kowalski. Bo skoro tak przedstawiono każdą z postaci w książce, w filmie, to tak być musiało, koniec kropka. A tak właśnie tworzy się złe mity, nieprawdziwe historie. Na tej podstawie, że ktoś coś zapisał, więc musi być prawdą, można rozpisywać nowe rozdziały. Zupełnie niczym nowe podręczniki do historii, które wejdą wraz z nową reformą edukacji. Już o to postara się pani Zalewska, by w historii współczesnej Smoleńsk zajął "szczytujące" miejsce, a Lechowi Wałęsie odebrano wszystko, co osiągnął dla naszej demokracji. Paradoksalnie to ta demokracja próbuje mu zabrać jego zasłużoną dumę, zdobycze, dobrą twarz. A więc postacią Tomka (o którym wiadomo, że nie tylko jest ten film - dla jasności) można manipulować w dowolne, bowiem on sam niczego już dzisiaj nie skoryguje. Szkoda wielka, że film nie powstał w oparciu o ludzi rzetelnych (i niesprawiedliwy przynajmniej "ten" jeden portret pióra Pani Grzebałkowskiej), a o prostotę środków i zasłyszane "fakty" od tych mało przychylnych, bądź po prostu obojętnych na jego wrażliwość. A przecież nie potrzeba wiele, by wymazać sensacyjne kadry z filmu Jana P. Matuszyńskiego. Każdy prawdziwy entuzjasta Beksia nigdy nie doświadczył go takim, jak wykreowali filmowi twórcy. Nawet przy niewielkim wysiłku proszę odpalić youtube.com i obejrzeć powszechne materiały. Czy tam zobaczą Państwo Dawida Ogrodnika, który czka, często się zająkuje, nie potrafi płynnie skonstruować zdania, a w domu dewastuje meble i samą rodzinę?. Koszmar jakiś. I jeszcze znajduję jednego z drugim, próbujących bronić "Ostatniej rodziny". Za chwilę padną argumenty za obsypanie filmu nagrodami, więc musi być zatem super!, że o wciskaniu samych aktorów w złote ramy nie wspomnę. To, że Andrzej Seweryn zagrał świetnie, nie kwestionuję. Nawet odegranego przez niego Zdzisława, też takim zawsze widziałem. Bardzo podobała mi się Zosia Beksińska, w objętej roli przez Aleksandrę Konieczną, lecz Dawid Ogrodnik za bardzo chciał być Tomkiem, a dobra muza nad nim nie czuwała. A i sam scenariusz jakby dla jego roli był po kilku głębszych. Tomek był cholerykiem, ale wyrażał złość o wiele delikatniej, niż zobaczycie to Państwo w filmie. Nawet jeśli ileś tam razy roztrzaskał to i owo. Bo przecież gołąbkiem nie był. Kto zresztą z nas jest? Nie znam.
Jestem zmęczony byciem adwokatem Nosferatu. Sam zresztą wbiłem się w tę togę, lecz uczyniłem to w obronie człowieka, którego zupełnie inaczej widziałem, czytałem i słyszałem. Ale i także za sprawą niemałej liczby relacji od osób mu bliskich, bądź bliskich jeszcze bardziej. Dlatego wypraszam sobie ewentualne polemiki od łowców sensacji, bądź odwiecznych sprawców oczerniania i wpierdalania się brudnymi buciorami w czyjeś życie. Nie zawsze udane czy szczęśliwe.
Dziękuję za uwagę.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 25 września 2016 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM






"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 25 września 2016 r. - godz.22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski






MARILLION - "F.E.A.R." - F*** For Everyone And Run - (2016) -
- White Paper
- The New Kings
a) Fuck Everyone And Run
b) Russia's Locked Doors
c) A Scary Sky
d) Why Is Nothing Ever True?

RAY WILSON - "Makes Me Think Of Home" - (2016) -
- Makes Me Think Of Home
- The Spirit

RAVENEYE - "Nova" - (2016) -
- Eternity

SOPHIE ELLIS-BEXTOR - "Familia" - (2016) -
- Unrequited
- Don't Shy Away

ULTRAVOX - "Lament" - (1984) -
- Dancing With Tears In My Eyes

YAZOO - "Upstairs At Eric's" - (1982) -
- Don't Go

THE MOODY BLUES - "Nights In White Satin" - (1967) - singiel CD, na podstawie winylowego pierwowzoru
- Nights In White Satin

BUDGIE - "Never Turn Your Back On A Friend" - (1973) -
- Parents

THIS MORTAL COIL - "It'll End In Tears" - (1984) -
- Song To The Siren - {Tim Buckley cover} - śpiew ELIZABETH FRASER

TIM BUCKLEY - "Tim Buckley" - (1966) -
- Wings

THE MISSION - "Gods Own Medicine" - (1986) -
- Love Me To Death

KEANE - "Hopes And Fears" - (2004) -
- This Is The Last Time
- Can't Stop Now

KING CRIMSON - "Vrooom" - (1994) -
- One Time

NO-MAN - "Wherever There Is Light" - (2009) -
- Wherever There Is Light

NO-MAN - "Wild Opera" - (1996) -
- Taste My Dream

MESH - "Looking Skyward" - (2016) -
- Before This World Ends
- Two+1
- Tactile

DAVID SYLVIAN - "Everything And Nothing" - (2000) -
- Ride
- I Surrender

NICK CAVE & THE BAD SEEDS - "Skeleton Tree" - (2016) -
- I Need You
- Distant Sky - {duet with ELSE TORP}

THE PINEAPPLE THIEF - "Your Wilderness" - (2016) -
- Tear You Up

NEW MODEL ARMY - "Winter" - (2016) -
- After Something

MEAT LOAF - "Braver Than We Are" - (2016) -
- More - {The Sisters Of Mercy cover}


===========================
===========================

... z kolei w początkowej fazie "Nocnika" Tomek Ziółkowski zaproponował Państwu:

Jako pierwszy w zaśpiewał Krzysztof Cugowski....
....piosenkę "W Obcym Mieście" - pierwszą na jego ostatnim albumie "Przebudzenie" z 2015 r.
Jako drugi zagościł Ray Wilson....
....w otwierającym najnowszy album "Makes Me Think Of Home" nagraniu "They Never Should Have Sent You Roses".
Jako trzecia wybrzmiała Nina Simone w piosence "My Baby Just Caves For Me"
....później to już komputer do białego rana, i jak widać, z repertuarem nawet całkiem całkiem....







Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







sobota, 24 września 2016

przedpremierowo "Ostatnia Rodzina"

Na film "Ostatnia Rodzina" czekałem chyba jak każdy - miesiącami. Odliczając nerwowo ostatnie tygodnie do premiery, w końcu już tylko same dni, godziny... Niepostrzeżenie znalazłem niedawno na Facebooku recenzję tego filmu, autorstwa Wiesława Weissa. W zasadzie nie była to recenzja, a raczej lincz. Nad nią. Po przeczytaniu pomyślałem: wierzę. No i co teraz? Tyle wyczekiwania, pokładanych nadziei, wreszcie marzeń o godnym obrazie losów rodziny Beksińskich. Ze szczególnym wskazaniem na Tomka, którego jestem wielbicielem, i najprawdopodobniej nic i nikt tego nie zmieni.
Chyba jako jeden z nielicznych byłem (i nadal jestem) zniesmaczony książką Magdaleny Grzebałkowskiej "Beksińscy - portret podwójny". Autorka przedstawiła Tomka jako chama, furiata, szaleńca. Nakreśliła sylwetkę takiego Tomka, jakiego nigdy nie widziałem i nie słyszałem. Irytowało mnie zatem zafascynowanie tym wydawnictwem, które niestety większość niewtajemniczonych czytelników potraktowało sensacyjnie. Pani Grzebałkowska na pewno nie była miłośniczką Tomka, tak więc lekką ręką, i na zimno, postanowiła go sportretować na podstawie pozyskanych materiałów, które sobie przeanalizowała w potrzebnym do tego czasie. Wykoślawiła postać mojego ulubionego radiowca wszech czasów, ukazując go w krzywym zwierciadle.
Mój egzemplarz Portretu Podwójnego pożyczyłem wielu ludziom, i niestety większość z nich wyraziła ogólny zachwyt. Problem jednak polegał na tym, iż żadna z tych osób nie była emocjonalnie zaangażowana w samego Tomka. Nie słuchali audycji, nie czytali felietonów, recenzji... Beksiu był zatem
dla nich postacią obojętną, którą "szanowali" za sprawą zasłużonych filmowych tłumaczeń. Bowiem przynajmniej za ich sprawą nie mogli myśleć inaczej. Pod tym względem wszystkie media przez lata wyrobiły o nim należyty obraz. Niestety wszystko inne pozostawiając w sferze dziwactwa, a nawet ułomności. Myślę, że raz na zawsze wyjaśniłem osobisty zarzut względem słabej i taniej sensacji, jaką popełniła Pani Grzebałkowska.
Ręce opadły po przeczytaniu wspomnianej recenzji pióra Wiesława Weissa. Człowieka, któremu jakoś o wiele bardziej ufam, niż pani, której przyszedł ot po prostu apetyt na wzięcie się za życiorys dwojga wspaniałych, aczkolwiek różnych osobowości.
Kilka dni temu otrzymałem od Wydawnictwa "In Rock", a za pośrednictwem dobrego znajomego Bogumiła, najnowszą książkę Wiesława Weissa "Tomek Beksiński - portret prawdziwy". I ta sama recenzja filmu Jana.P. Matuszyńskiego "Ostatnia rodzina", została zamieszczona również we wstępie do niej. Książka obszerna i dopiero przede mną.
Wiem, że nie powinienem niczego narzucać, ponieważ każdy ma prawo do własnej oceny, jednak skoro film wypacza sylwetkę Tomka Beksińskiego, odczuwam potrzebę odbicia piłeczki. W imię obrony właściwego portretu, jak i zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości.
Dotarliśmy dzisiaj z Małżonką na seans przedpremierowy. Do sieciowego Cinema City w poznańskiej Plazie, gdzie zorganizowano łącznie dwa takie seanse. Pierwszy wczoraj, drugi dzisiaj - oba o godz. 19-tej. Mogłem film obejrzeć już wczoraj, jednak dowiedziałem się o nim na zaledwie pół godziny przed projekcją, mając już inne plany. Zakomunikowała o tym fakcie pani bileterka, i to w momencie, w którym zapragnąłem dokonać rezerwacji na najbliższy piątek 30 września. Czyli na oficjalny dzień premiery. Los jednak sprawił, że udało się już dzisiaj.
Do kina wchodziłem obciążony niepozbawioną chłost recenzją Pana Weissa. Z jednej strony z chęcią obejrzenia wyczekiwanego filmu, lecz i w poczuciu strachu, jak i pełni obaw o czekającym nieuchronnym rozczarowaniu. I w tym miejscu przytoczę Państwu słowa Wiesława Weissa. Znanego dziennikarza, w tym: pisarza, felietonisty, encyklopedysty, wreszcie: muzycznego obieżyświata:
"SŁÓW KILKA O FILMIE "OSTATNIA RODZINA"
Tomek Beksiński w ostatnim mailu, jaki napisał w życiu, 24 grudnia 1999 roku, przywołał słowa bohatera pięknego westernu Sama Peckinpaha, Cable’a Hogue’a, który twierdził, że umieranie nie jest tak straszne, jak obawa przed tym, co powiedzą o człowieku po jego śmierci.
W tym samym liście, adresowanym do przyjaciela, George’a Sliwy, Tomek dodał: "NIE pozwolę, żeby jakiś skurwiel ukradł choćby cząstkę mnie i wykorzystał, zaśmiewając się, przeciwko mnie".
Tomek odszedł i oczywiście nie może już na nic nie pozwolić. Odeszli także jego rodzice i oni również nie mogą protestować, kiedy ktoś bezcześci jego grób. Żyje jednak dalsza rodzina, żyją przyjaciele i przyjaciółki, koledzy i koleżanki, a także nadal liczni wielbiciele i wielbicielki Tomkowych audycji i Tomkowych tłumaczeń. Mam nadzieję, że zabiorą głos po obejrzeniu filmu "Ostatnia rodzina". Ja zabieram go już teraz, bo skoro go widziałem, czułbym się parszywie, gdybym milczał.
Powiem tak: znałem Tomka dwadzieścia lat, ale nigdy nie widziałem takiego Tomka, jakiego pokazali scenarzysta Robert Bolesto, reżyser Jan P. Matuszyński i aktor Dawid Ogrodnik. NIGDY! Tomek nie wyrzucał telewizorów przez okno, nie rozwalał szafek kuchennych, nie rozbijał butelek o ściany. Tomek nie bił nikogo pejczem i sam nie był przez nikogo bity pejczem. Tomek nie był żałosnym samotnikiem skazanym tylko na rodziców i przypadkowe panny, których nie potrafił zadowolić. Tomek nie był człowiekiem jednowymiarowym, którego można zagrać na jednej nucie. Tomek nie był świrem i półgłówkiem, a taką postać WYMYŚLILI panowie Bolesto, Matuszyński i Ogrodnik i nazwali ją Tomasz Beksiński. Bo co? Bo jeśli ktoś nie żyje, można wszystko? Można wskoczyć na jego grób i wykonać na nim taniec huculski z przytupem?
Ile pychy i podłości trzeba mieć w sobie, żeby tak wykrzywić czyjś obraz i zaprezentować go światu! Ile pogardy dla osób, które tego kogoś znały, lubiły, kochały!
Tak, wiem, pan Bolesto powie, że niektóre dialogi wykorzystane w filmie wziął z taśm rodziny Beksińskich. Że to prawdziwe rozmowy. Nie przeczę. Jest w Ostatniej rodzinie dyskusja Tomka z rodzicami, która odbyła się naprawdę. Ale dyskusja ta została przez scenarzystę wyrwana z kontekstu i przesunięta w czasie. Zmanipulowana! W rzeczywistości odbyła się 20 lutego 1983 roku, kiedy Tomek po trzech pierwszych audycjach w Trójce – a było to spełnienie jego marzeń – został z tej Trójki właściwie spławiony (wrócił do niej po kilku miesiącach). I z tego ciosu, być może największego, jakiego doświadczył do tamtej pory, zwierzał się rodzicom. Owszem, wykrzykiwał, że ma wszystkiego dość i że ma wszystko gdzieś, ale cała ta przykra rozmowa jest jedynie świadectwem stanu ducha potwornie zawiedzionego dwudziestoczterolatka w konkretnej chwili. A nie czymś w rodzaju credo życiowego Tomasza Beksińskiego, bo wyrwana z kontekstu, pozbawiona wstępnej części na temat zakończenia współpracy z Trójką, i przesunięta w lata późniejsze taką funkcję ma w filmie pełnić!
Poznałem Dawida Ogrodnika, kiedy pracował nad Ostatnią rodziną. Opowiadał mi ciekawie, jak zbierał informacje o Tomku. A w pewnej chwili zaczął nienachalnie go podgrywać, co było naprawdę wzruszające. Zapewniał, że film pokaże go uczciwie. Kłamał. Film nie pokazał go uczciwie. Także dlatego, że Dawid Ogrodnik nie zagrał w nim Tomka. Nawet nie próbował w jakiś sposób zniuansować swojego bohatera. W najbardziej prymitywny sposób go zmałpował. Przerysował jego gesty, tworząc żałosną karykaturę. Gdyby to była komedia w stylu „Borata”, w porządku! Ale zdaje się, że nie o komedię chodziło, prawda?
Ktoś powie: Tomek był przecież cholerykiem. Wybuchał. Wściekał się. Owszem, ale naprawdę nie wybuchał w tak malowniczy sposób. I nie składał się z prawie samych wybuchów – jak w filmie "Ostatnia rodzina". Był delikatnym, subtelnym, wrażliwym człowiekiem. Ale żeby pokazać delikatnego, subtelnego, wrażliwego człowieka, trzeba samemu mieć w sobie choć odrobinę wrażliwości.
Ostatnia rodzina to nieuczciwy, nikczemny film. I nawet jeśli zbierze wyłącznie entuzjastyczne recenzje oraz otrzyma nagrody na wszystkich festiwalach świata, nie wspominając o Oscarze, pozostanie nieuczciwym, nikczemnym filmem. Niestety.
Wiesław Weiss
==========================
Niestety muszę się zgodzić z powyższym linczem. Ktoś powie: a co ty masz do powiedzenia? A mam Drodzy Państwo, mam. Tomek Beksiński odegrał w moim życiu rolę niebagatelną. Kto wie, gdyby nie on, być może nigdy nie zamarzyłbym o byciu radiowcem. Ponadto czuję się upoważniony, albowiem przeczytałem chyba zdecydowaną większość (a raczej wszystko!), co Tomek napisał, jak też posłuchałem równie sporo, co słowem przyozdobił. Uważam, że wywarł wielki wpływ na kształtowanie mego muzycznego gustu, jak też otworzył drzwi do krainy wrażliwości. Cenię tego faceta, jak mało kogo na tym cholernym świecie, by nie rzec - kocham. 
Miałem również wielki zaszczyt poznać go osobiście. Nawet jeśli moja osoba nie odegrała najmniejszego znaczenia dla losów jego samego. Dla mnie jednak były to bardzo ważne epizody. Jako posiadacz prywatnego numeru telefonu (zdobytego podstępnie) pozwoliłem sobie nawet w połowie lat 90-tych na dwie pół godzinne pogawędki. I proszę uwierzyć, że nawet przez chwilę nie poczułem jakiegokolwiek niesmaku płynącego z drugiej strony słuchawki. Rozmowa przebiegała w miłej atmosferze, a gdy z grzeczności próbowałem ją zakończyć, Pan Tomek zasugerował jej kontynuację. Nie zauważyłem najmniejszego nietaktu, a już tym bardziej chamstwa czy nieprzyzwoitości. Nie padło nawet jedno niecenzuralne słowo, które przecież paść w swobodnej pogawędce mogło. To nie wszystko, poznałem w życiu przynajmniej kilku ludzi, którzy znali Beksia (bo tak go sobie zawsze nazywam) dobrze lub bardzo dobrze. Niektórzy byli z nim nawet na stopie przyjacielskiej, i żaden z nich nie potwierdziłby jego obrazu z filmu Jana P. Matuszyńskiego. Dlatego będę bronić dobrego imienia tego wspaniałego w moich oczach człowieka.
W filmie trudno znaleźć choćby jedną scenę z odtwarzającym jego postać, Dawidem Ogrodnikiem, w której Tomek by czegoś nie roztrzaskał, kogoś nie obraził, bądź się nie zachował wulgarnie. Od pewnego momentu bałem się już oglądać dalej wszelakich scen Tomkowych. By po raz kolejny nie rozbiło się szkło lub szafki kuchenne roztrzaskały w drobny mak. Przeciętny, niezorientowany widz odbierze Beksia jako niezrównoważonego psychicznie osobnika. Bałem się tylko, by ktokolwiek z opuszczających salę kinową nie spróbował przy mnie źle wypowiedzieć się na jego temat. Trudno byłoby mi się chyba powstrzymać.
Dawid Ogrodnik napracował się, to widać, lecz niestety daleko mu do wiarygodności. Kiepsko odtworzył Tomka jako radiowca. Beksiu się nie jąkał, nie stosował nadmiernej ilości pauz, nie grymasił twarzą, niczym gość niezrównoważony psychicznie. Wreszcie, nie był posiadaczem zespołu nadpobudliwości psychoruchowej. A takiego Tomka pokazali twórcy tego filmu. Gdy ja osobiście rozmawiałem z Nosferatu w cztery oczy, to ten stał spokojnie, ładnie mówił, wyraźnie akcentował, i jakoś nie widziałem w nim żadnego frustrata, oszołoma, niezrównoważonego pajaca, który jest wyjątkowo obskurny dla całego otoczenia. A już jakoś szczególniej dla wszystkich mu najbliższych.
Film mimo wszystko polecam obejrzeć. Nie po to jednak, by go pokochać, a tym bardziej we wszystko uwierzyć. To historia, bądź co bądź, oparta na faktach. Inna sprawa, że niewiarygodnie oddanych.
Najsmutniejszym wydaje się fakt, że my wszyscy kiedyś odejdziemy, a ten film pozostanie. I niestety źle będzie rysować obraz Tomka. Co do Zdzisława i Zofii, to nie wiem, nie potrafię ocenić, ponieważ nie czuję zaangażowania i kompetencji.  
Smutny film. Dla wielu ludzi okaże się w dodatku mało przystępny. Współczesny widz zdaje się być przyzwyczajony do zgoła odmiennego kina. Żywego, spektakularnego, kolorowego, efektownego. "Ostatnia rodzina" nosi na barkach ciężar tragicznych losów rodziny Beksińskich, i tak też stara się je przekazać. Inną kwestią wydaje się sama wiarygodność przynajmniej ich części.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 22 września 2016

na Dzikim Zachodzie

Zaskoczył mnie Tomek Ziółkowski (mój Szanowny realizator - gdyby dotąd ktoś jeszcze tej postaci nie dostrzegł) przynosząc w niedzielę do radia najnowszą płytkę Raya Wilsona "Makes Me Think Of Home". Niby w tym nic dziwnego, koniec końców chłopak SE kupił, to i ma, co w tym zaskakującego? No, ale żeby na miesiąc przed premierą. Otóż tak tak. I nawet wiedziałem, że tak można, lecz nie zamówiłem, a Tomek nie zwlekał. Miałem lekką nadzieję otrzymać promo wersję, lecz się nie udało, także jednak też SE zakupię. Ray Wilson niestety nie słucha Nawiedzonego Studia, więc nie wie, że byłoby miło.... Motyla noga, wręcz wypadałoby. Mam nadzieję, że przynajmniej Ray nie odżywia się samym szczawiem, sałatą, cieciorką i kukurydzą do kompletu.
Nie wiem czy Państwo wiecie, ale jeśli zamówicie to nowe cacko u samego Artysty, to On nawet w nagrodę pobazgra je po frontowej stronie. I podobno większość nabywców nawet się z tego cieszy. To się nazywa: autograf. Znam kilku takich onanistów, dla których to ważniejsze od całej reszty. Na szczęście Ray Wilson zaznacza się w miejscu niekolidującym z ważniejszą fakturą obrazka. Jedynie cierpi na tym górna część (czytaj ta dalsza wgłąb widoczku) porannego i zachmurzonego jeziorka.
Czasem z Tomkiem ingerujemy w radiowy "Nocnik". Nie chcemy rozdrażniać ewentualnych niedosypialskich, którym po pięknym Nawiedzonym Studio przyszłoby od razu zmierzyć się ze Strachami, co to na nich kładziemy Lachę, Kultami, Luxtorpedami, bądź F**** Drinkersami, i tym podobnymi oryginałami. Warto zatem posłuchać "naszego" Nocniczka z niedzieli na poniedziałek, przynajmniej przez pierwsze pół godziny. Co prawda Budki Suflera Państwu nie nastawimy, albowiem w bazie ni nawet jednego utworu, a my własnych płyt jakoś nikomu też nie powierzymy. Mimo wszystko, z bogatego zasobu katalogowego da się przecież wykroić nieco perełek i przesunąć na przynajmniej pierwsze pół godziny, tuż po zakończonym Nawiedzonym.
Tomek cichaczem, nic wcześniej się nie chwaląc, poczekał aż skończy się "moje" i błyskawicznie odpalił "swoje". Z płytki Raya poleciał punkt druga piąty numer. Blisko 8-minutowy i tytułowy zarazem "Makes Me Think Of Home". Zrobił wrażenie - i chyba nie tylko na mnie. Zauważyło go jeszcze przynajmniej kilku Słuchaczy. A jeden z nich nawet poprosił o przesłanie pozdrowień dla Pana Sterownika Ziółkowskiego - co niniejszym czynię. Na szczęście Pan Sterownik dodatkowo zlitował się nad zrozpaczonym Nawiedzonym, proponując mu wypożyczenie płytki Raya na cały długi i po części jeszcze letni tydzień. Szybko zapakowałem efektownego digibooka do torby, by się czasem oferent nie rozmyślił. Teraz zaś codziennie płytki słucham, i cieszę się, że to CD, gdyż winyl byłby nieco zmęczony. I jak by go później oddać?
Nie jest to płyta aż tak piękna, jak kilka osób zdało się wcześniej Nawiedzonemu zasugerować, jednak kilka piosenek rzeczywiście bardzo bardzo... Wspomniana już tytułowa, plus "The Next Life", "Anyone Out There", a i "Worship The Sun" - wszystkie niczego sobie. Jednak to, co najładniejsze, Ray pozostawił na sam koniec. "The Spirit" - to jest to !!!  Ledwie 3 minuty i 43 sekundy, ale gdy ją sobie nastawię, muszę od razu dobrych pięć razy z rzędu. Pogodnie niesie się ta piosnka. Lekko, swobodnie, gitarowo-przyjemnie. Ray zwrotkę śpiewa niemal ogniskowo, refren zaś wyśpiewuje gwiżdżąc. A słowa do niej brną konno: "...pragnąłbym odjechać w stronę zachodzącego słońca - niczym kowboj. Po prostu zniknąć na Dzikim Zachodzie". Kupię SE, tylko muszę poczekać do oficjalnej premiery, a ta dopiero na początku października. Lecz przynajmniej bez bazgraniny będzie - na naprawdę ładnej okładce.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






wtorek, 20 września 2016

CHINA SKY - "China Sky II" - (2015) -






CHINA SKY
"China Sky II"
(ESCAPE)
*****



Ta pochodząca z Florydy formacja wydała debiutancką płytę w 1988 roku, by dosłownie dwa miesiące później zamilknąć na dobre. Z upadłego tercetu na niezłą fuchę załapał się jedynie gitarzysta Bobby Ingram, którego zatrudnili boogie-southern-rockowcy z Molly Hatchet, natomiast ślad po dwóch czołowych postaciach - wokaliście i gitarzyście Ronym Perrym oraz basiście Richardzie Smith'sie - w zasadzie całkowicie zanikł. Tak, jak i po świetnej płycie "China Sky". I wcale nie tylko za sprawą jej genialnego zakończenia, w postaci "The Last Romantic Warrior" - z ewidentnym nawiązaniem do szlagieru Derek And The Dominos "Layla", gdzie Bobby Ingram zagrał na gitarze, niczym przyjaciel Lucyfera.
Grupa na szczęście niedawno reaktywowała się. Tym razem już jako kwintet. Lecz bez wspomnianego uciekiniera Ingrama. W jego miejscu pojawił się inny, także sprawny gitarzysta Steve Wheeler, który dobił do panów Rona Perry'ego i Richarda Smitha - wskrzesicieli zespołu i członków oryginalnego
składu. Dodatkowo za instrumentami klawiszowymi zasiadł Tim McGowan, natomiast za bębnami były członek Molly Hatchet, Bruce Crump. Niestety tego ostatniego świat muzyki pożegnał we wrześniu roku ubiegłego. Na szczęście oprócz zrealizowanego albumu zdążono także nakręcić wideoklip do otwierającego go utworu "One Life". Można w nim podziwiać cały band. W tym także i samego Crumpa. Fabuła klipu nawiązuje do powrotu China Sky. Wokalista Ron Perry wychodzi z domu, by przemierzyć pieszo długą wędrówkę do Hollywood. Pokonując setki kilometrów dróg, autostrad, gór i lasów, dociera wreszcie do oczekujących na niego zespołowych kompanów, których kamera w trakcie piosenki stale wychwytuje pomiędzy wierszami. Wreszcie razem stają w nagraniowym studio na jednej scenie. Sama kompozycja zaś, choć prosta w swej konstrukcji, oparta na schemacie zwrotka-refren....solo...refren, jest tak fantastyczna, że już teraz może śmiało kandydować do utworu roku. Pomimo, iż pochodzi z roku ubiegłego. Natomiast Ron Perry zaśpiewał w niej dosłownie powalająco. Na dzień dzisiejszy powinni mu się kłaniać w pas panowie David Coverdale, James Christian, Kelly Keeling czy Jeff Scott Soto. Co ten facet robił przez te ponad ćwierć wieku? Co za marnotrawstwo tak cudownego gardła i talentu. Proszę uwierzyć, takie śpiewanie Perry'ego rządzi na całej tej fantastycznej płycie. W "One Life" maestro podkreśla, iż dostajemy tylko jedno życie, a że nie ma żadnej powtórki, nie wolno w nim niczego zmarnować. Po trzech i pół minucie następuje ballada "The Road Not Taken". Taka z gatunku: od szeptu, po eksplozję. O tym, że nie zaznasz szczęścia, jeśli nie znajdziesz prawdziwego domu. Następnym przystankiem jest kolejny chwytliwy, dynamiczny i super przebojowy numer "You're Not Alone". W tym pełnym entuzjazmu albumowym fragmencie Perry uchyla szczęścia z udanego związku ze swoją żoną. Podobny entuzjazm przejawia kolejny na tymże longplayu "I Believe In You". Gdyby ktoś czasem pomyślał, że teraz powinna płyta siąść, bo już za dużo dobrego na raz, to jest w błędzie. Ta nieco ponad trzykwadransowa kompilacja nowiuśkiego materiału mądrze chwieje nastrojami. Czasem bywa refleksyjnie, by po chwili porządnie rozbujać odbiorcą. Pięknie też prezentują się pozostałe ballady, jak "I Wish I Could Fly" - z podniosłym refrenem i bombową, choć niestety zbyt krótką gitarową solówką, a także chyba najwspanialsza ze wszystkich "The Richest Man In The World"
("...jestem najbogatszym człowiekiem na ziemi, ponieważ mam Ciebie..."). Tę piosenkę mogliby zaśpiewać Elton John, Freddie Mercury lub nawet Ray Charles. Stawiam wszak, iż w najlepszym razie uczyniliby to góra na równi z Ronem Perrym. Powinno się ją wykładać na zajęciach z wokalistyki. Inną sprawą jeszcze jest sama muzyczna do niej oprawa. Klejnot.
Sympatykom mocniejszego przyłożenia i potupania nogą, by stropom zbyt łatwo nie było, polecam jeszcze takie: "The Darkness", "I'm A Survivor", bądź "Enemy". Co będziemy się zresztą zabawiać w rozbiórkę na części pierwsze. Tego kapitalnego albumu słucha się dosłownie jednym tchem. To przecież urodzaj nad urodzajami. Majstersztyk. Pięciu dżentelmenów, którzy niczego udowadniać już nie muszą, wszak wyrośli z maślanego wieku, a i muchy spod nosa wymietli. Wiedzą co, i jak grać. Po profesorsku nastroili gitary, ze smakiem zagrane zostały partie klawiszowe, do tego wszystkiego skomponowali rewelacyjne melodie, no i jeszcze TEN GŁOS! Ron Perry - cóż za niesamowita postać. Proszę posłuchać, jak ten facet śpiewa w takim "I'm A Survivor". Przekładając to na język futbolu - niczym zwycięzca finału Ligi Mistrzów.
Nie będzie już lepszego albumu w tym gatunku w pomału kończącym się roku. Oczywiście nadal warto mieć nadzieje, słuchać, poszukiwać.... ale nie będzie. Takie historyczne chwile nie tworzą się na poczekaniu. Nie każdy też miesiąc czy cały rok nam to gwarantuje.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






księgarnia na Boninie

Wejściowe białe drzwi nie były kiedyś tak klasowe.
Trwa ostatni tydzień lata. Od najbliższego piątku jesień. Termiczna już. Zapuściłem najnowszą Sophie Ellis-Bextor - od razu zrobiło się cieplej. Zaś na boiskowe pola winogradzkie zjechało wesołe miasteczko. Jak co roku o tej porze. Gdy robi się chłodniej, i gdy truskawki ustępują miejsca grzybom, a słońce chmurnym obłokom.
W niedzielne popołudnie wyruszyłem szlakiem wspomnień. Dotarłem na dawny Bonin. Osiedlowy usługowo-handlowy pawilon stoi nienaruszenie. Nawet ładniej, bo jakiś taki odnowiony. Szkoda, że wszystko z racji niedzieli zamknięte. Wszedłbym do środka, zobaczyć dawne schody prowadzące do księgarni na pięterku. Księgarni już nie ma, to wiem, lecz schody powinny przetrwać. Na dole wszystko po staremu. Po lewej mięsny, po prawej samoobsługowy spożywczak. Jedynie firmy się pozmieniały. "Chata Polska" - tego w latach 70-tych nie było, choć z tym też różnie bywa. Ile razy kupuję jakiś produkt, na którym zapisane, że firma istnieje od np. 1929 roku, a ja coś nie pamiętam jej z czasów młodości. Przodują w tym wszelakiego rodzaju browary. Dajmy na to: piwo Leżajsk od 1525 roku. Ciekawe, czy w owym szesnastym wieku w składach stawiono beczki z nalepkami "Leżajsk"? Inną sprawą, jaki był smak tego diabelstwa. Że o bąbelkach nie wspomnę.
Na tyłach budynku. Po prawej ku górze, to było właśnie tam.
Na Boninie w księgarni pracowała bardzo cierpliwa ekspedientka. Tłoku tam nigdy nie było, ale robota ciężka. W osiedlowych księgarniach bywało mniej atrakcyjnie, niż w Centrum miasta. Należało hasło "nie ma" mieć opanowane do perfekcji, a przy tym polecać towar gorszego sortu - jako pełnowartościowy. Choć i na tych mocno przebranych półkach dało się znaleźć czasem coś ciekawego. W samych książkach nie wiem, nie powiem, ponieważ nigdy ich nie połykałem, ale w płytach.... Pamiętam jak leżakowały niektóre fajne tytuły, których krajowe oficyny wytłoczyły z nadwyżką. Gospodarka planowana przeważnie źle liczyła. Wszyscy poszukiwali "samochodowej" Abby (trzeci album - wydany u nas na licencji), to za nic nie starczało, za to mocno popularnego Africa Simone (tego od "Ramaya") aż pękało w szwach. Wytłoczono go dla podwójnej nacji Polaków, natomiast po Abbie tylko opadał kurz. Byłem w Arenie na koncercie Africa Simone. Pierwszym w moim życiu. Zabrał mnie wspomniany niedawno Fredziu ze swoim Tatą. Udało się, bo miała pójść z Fredziem jeszcze jego Mama, lecz w ostatniej chwili się rozchorowała. Bilet nie mógł przepaść, więc Fredek zbiegł z siódmego piętra w śliskich laczkach, bym czym prędzej zarzucił odzienie i zabrał się z nimi. Kurcze, ale było fajnie. Africowi zrobiono nawet wybieg. Światowo, że hej!. Takie cuda miewali później U2, ale Afric Simone był przed nimi.
Tak więc, w mojej księgarence płyta Africa Simone poleżała nieco dłużej, niż w tej najlepszej muzycznej im.K.Szymanowskiego, mieszczącej się na rogu 27 Grudnia a Lampego (dzisiejsza Gwarna). Bez wystawania w kolejce kupowałem licencyjnych Atomic Rooster, Procol Harum czy Rare Bird. A także koncertówkę, plus genialny "Blue Breeze" holenderskich Livin' Blues. Jak też singla Queen z najlepszą piosenką wszech czasów "Bohemian Rhapsody". Z kolei mój kolega Leszek dorwał bez problemu "Kamienie" Breakoutów, których wówczas jeszcze nie pojmowałem. Ale już chwilę później finałowa "Modlitwa" położyła mnie na łopatki. To właśnie tam kupiłem niedawno przypomniane w Nawiedzonym Studio Czerwone Gitary "Port Piratów", oraz całą rzeszę piosenkarzy i piosenkarek, których słuchałem namiętnie. Do tego jeszcze dochodziły single, pocztówki dźwiękowe.... Choć tych ostatnich, zatrzęsienie stało w dawnym MPiK-u (stara nazwa Empiku) u zbiegu ulic Ratajczaka a 27 Grudnia - po skosie na prawo od dzisiejszego Empiku, tego przy Placu Wolności.
Stan miejsca na połowę września 2016 r.
Sięgając wstecz do pożółkłych kartek wspomnień zaznaczę Państwu, iż modnych dzisiaj na winylowych nośnikach Novi Singers, jak późniejszych numerów serii "Polish Jazz" (za którymi wszyscy się dzisiaj zabijają) dawało radę zdobywać za grosze. Często przeceniano takie płyty z 65 złotych na 20 lub nawet 15. A gdy w tej cenie nie znaleziono nabywców, to lądowały jako dodatki do loterii książkowych na corocznych kiermaszach pierwszomajowych. Sięgnijcie Państwo po okładki dawno zapomnianych nagrań. Na pewno posiadacie je gdzieś w swoich szpargałach. Na niejednej okładce dostrzeżecie stempelek o treści: "cena zniżona 15 zł", albo "loteria książkowa". Podczas, gdy te same płyty Dżambli, Polish Jazzu, bądź Budki Suflera z przesadzonym nakładem "Przechodniem Byłem Między Wami", dzisiaj już trzeba odkupić za grubszą forsę. Pod tym względem pozmieniało się.
Historia bonińskiej księgarni jest tak długa, jak moje spędzone tam dzieciństwo. Najlepsze. Bo czy mogło być piękniej, skoro vis a vis owego pawilonu, tuż po prawej stało boisko szkolne, a po lewej harcówka - z jeszcze fajniejszym boiskiem. Mniejszym, ale chyba wszyscy je bardziej lubiliśmy. I trudniej było się na nie załapać. Motorniczowie obrywali po tramwajowych szoferkach, gdy szły
walki o górne piłki, a te przelatywały przez płot prosto na nich. Nigdy też nie starczało chętnych do przeskakiwania go po odzyskanie futbolówki. A ileż to razy po zakończonym meczu, bądź w jego przerwie, biegałem do księgarenki po jakiś nowy kawałek na dźwiękowej pocztówce...





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"