czwartek, 19 września 2019

nie żyje TONY MILLS (7 VII 1962 - 18 IX 2019)

Znajomy dopiero co napisał: "Cześć. Strach od jakiegoś czasu zaglądać na Twojego bloga, zbyt często przypomina stronę z nekrologami w analogowej gazecie... ".
W minioną środę 18 IX pożegnaliśmy Tony'ego Millsa - m.in. wokalistę TNT, Shy oraz China Blue.
Być może nie tak dociekliwemu sympatykowi rocka postać Millsa wyda się mniej istotna, ale proszę tak nawet nie myśleć. Tony ma spore zasługi i nie jest żadnym no-name'em. Zaśpiewał na trzech albumach norweskiej heavy formacji TNT, a także przed kilkoma laty wystąpił na ich przepięknym koncercie, z racji jubileuszu 30-lecia działalności. Wówczas na jednej scenie pojawili się również pozostali dwaj wokaliści: Tony Harnell oraz Dag Ingebrigtsen. Zespołowi towarzyszyła orkiestra symfoniczna z rodzinnego Trondheim, całość sfilmowano, jak też z czasem opublikowano na płytach CD i DVD. Polecam cały występ, jednak ze szczególnym naciskiem na finałowe "Seven Seas". Poruszający moment, zapierający dech. Kompozycję wokalnie inicjuje właśnie Tony Mills. Niewiarygodne w jakiej był formie, a tymczasem proszę, upłynęło od tamtego show siedem lat i nie ma z nami człowieka. Kolejnego fantastycznego człowieka.
Tony był wokalistą w brytyjskiej grupie Shy. Grupie, którą z jego poczynań lubię najbardziej. Myślę, że to właśnie jej nasz bohater był szczególnie pisany. Jednocześnie jestem przekonany, iż prezentowałem niegdyś nagrania tej formacji, choć musiało być to bardzo dawno temu. Podobnie jak również jedyną płytę kompletnie niedocenionych China Blue (nie mylić z China lub China Sky). W China Blue obok Millsa urzędowało jeszcze pięciu innych muzyków, wśród których uznany gitarzysta Josh Ramos oraz równie markowy Eric Ragno, będący instrumentalistą klawiszowym. Ok, nie jest to być może aż tak dobra rzecz, jak przynajmniej kilka płyt Shy, ale takie "Take Me As I Am" już teraz mam ochotę nastawić w najbliższą niedzielę Szanownym Państwu.
Tony Mills dysponował bardzo przyjemnym głosem, nawet jeśli ten nie rwał przysłowiowych parkietów. Jak na heavy rock, miał raczej delikatną, jakby nieco romantyczną barwę. Coś, czym dysponują jego byli już konkurenci: Tony O'Hora bądź Rob Moratti. Dla mnie duża klasa. Wiosną opublikował najnowszą solową płytę. Muszę do niej dotrzeć.
A oto co na Facebooku napisała żona Artysty:
Z krwawiącym sercem ogłaszam odejście mojego ukochanego męża i najlepszego przyjaciela Tony'ego Millsa. W kwietniu tego roku zdiagnozowano u niego nieuleczalnego raka trzustki. Pomimo tego, Tony wciąż żył na pełnych obrotach, aż po raz ostatni tchnął oddechem w mych ramionach. Chciał żyć, nie bał się śmierci. 
Większość znała go jako wokalistę z zespołów Shy czy TNT, ale też jako artystę solowego oraz sesyjnego. Pozostawił dziedzictwo, które będzie żyło przez wiele pokoleń.
Najbliżsi poznali Tony'ego jako życzliwą osobę, o łagodnej duszy. Był oddanym mężem oraz człowiekiem ceniącym sobie spokojne życie. Kochał zwierzęta i motocykle, a jego poczucie humoru zawsze miało takt. 
Ostatnie lato było w jego życiu najszczęśliwsze. Na koniec każdego dnia wykrzykiwał: "to był kolejny fantastyczny dzień". 
Spędzał dużo czasu w swoim warsztacie naprawiając motocykl. Miał nadzieję pojeździć nim tej jesieni. 
Wieczorem przed śmiercią wyszeptał: "Miałem dobre życie. Miałem DOBRE życie. Jestem jedynie nieco wkurzony motocyklem".
Dzięki Ci Tony za wszystko. Rozpędź się i gnaj do świata lepszego...







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





wtorek, 17 września 2019

nie żyje RIC OCASEK (23 III 1944 - 15 IX 2019)

Zmarł Ric Ocasek. I tą kolejną przykrą wiadomością przychodzi dzielić mi się z Szanownym Państwem. Jeszcze nie zdołałem odżałować Eddiego Moneya, a tymczasem...
Chyba nie muszę udowadniać, ile gość znaczył dla muzyki, dla rocka, dla mnie. Wystarczy tylko sięgnąć do archiwum audycji Nawiedzonego Studia.
Mam od tych wszystkich ostatnich wydarzeń we łbie taki kołowrotek, że nawet nie wiem, od czego teraz zacząć.
Ric w The Cars był niemal wszystkim - kompozytorem, napędzającym gitarzystą, a i też wiodącym głosem. I co podkreślę: charakterystycznym, jedynym i niepowtarzalnym. I tylko ironią losu, iż najbardziej rozpoznawalną w Polsce piosenkę "Drive", zaśpiewał akurat (także już nieżyjący) Benjamin Orr. Jednak większość popełnionych dóbr (jakieś 60-70 procent) dźwigał swym sumieniem Ric Ocasek. Pod jego wodzą prowadzeni The Cars grali pełnego niespożytej energii rocka, niekiedy lżejszego pop rocka, jednak zawsze w domyśle podszytego nową falą, a wyrastającego ze źródeł punkowych. Kapitalna, jedyna w swoim rodzaju muzyka, a głosu Rica Ocaska nie da się pomylić nawet, gdyby nas torturując zmuszano do zmiany zeznań.
W ostatnich latach niewiele Go było. Miałem nadzieję na nową muzykę, jednak kontakt z lubianym Ocaskiem ograniczał się tylko do słuchania starszych płyt. Ostatni album The Cars "Move Like This" ukazał się przed ośmioma laty, zaś solowy "Nexterday" to już niemal prehistoria. Nie słyszałem, by Muzyk ostatnio poważnie chorował (choć z oświadczenia rodziny wynika, że jednak coś tam było), tak więc wieść o jego nagłej i z przyczyn naturalnych śmierci, w zasadzie sugeruje jego w miarę niezłe w ostatnim czasie funkcjonowanie. Można zatem łudzić się, iż choć nie dostarczał od lat nowych nagrań, jednak coś tam komponował i chował do szuflady. Wiadomo, nie czas teraz nad tym rozprawiać, ale chyba każdy sympatyk Ocaska pragnie od wczoraj znaleźć choćby najmniejsze światełko w tym mrocznym tunelu. Jeśli więc istnieją jakieś nagrania, nie zginą, w końcu je usłyszymy. Tu raczej wypada żałować, że Ocaska nie ma już wśród nas, tym samym muszę wykreślić jego nazwisko z listy koncertowych marzeń.
Wczoraj odwiedziło mnie moje pachole Tomcio. Posłuchaliśmy trochę muzyki. On zaproponował m.in. nowe nagranie hip-hopowca Posta Malone, a popełnione w duecie z Ozzym Osbournem, ja zaś spróbowałem przykuć młodzieńca uwagę na moim ukochanym fragmencie płyty The Cars "Candy-O", na który składa się połączony w jedno zbitek trzech nagrań: "Double Life" / "Shoo Be Doo" / "Candy-O". I zdaje się oczarowałem nim mego Guziaczka. Nie znał. Daddy, jakie to fajne. Dlaczego nigdy dotąd nigdzie się na to nie nadziałem? - zapytał. Oj ryjcio Ty moje ukochane, bo takiej muzyki internet nie podpowiada, a moje pokolenie starych pryczków ma ją we krwi. Bo moi rówieśnicy kochają te nuty i znają na pamięć płyty, pokroju "Candy-O" czy multiplatynowe "Heartbeat City". Po wspomnianym "Candy-O", nastawiłem mej latorośli kilka przebojów wyjętych z markowego składaka "Greatest Hits". Nie znał zaśpiewanego przez Orra "Drive", ale zaskoczył przy "Just What I Needed" - Daddy, a to już gdzieś słyszałem. Poleciłem, by sobie jeszcze w domku odpalił na jakimś wyprutym z przyzwoitości strumieniu "Since You're Gone", "Let's Go" czy "Touch And Go". Niech najpierw dziecię pozna podstawy, a później chwyci za pełne albumy. Wiem, że na końcu drogi i tak młodziak kupi te płyty, i ostatecznie postawi je na domowej półce. Ma już tak po swoim staruszku. Jeśli podoba mu się muzyka, musi ją fizycznie posiąść. Chwasta bym nie wychował. Syncio lubi punka, lubi hardcore, w ogóle najchętniej przytula takie proste i hałaśliwe granie, dlatego słuchając The Cars stwierdził, że oni z jednej strony wyrastają z punkowych korzeni, ale jednocześnie musieli też dać podwaliny pod grunt wielu dzisiejszych nowofalowo-post- lub pop/punkowych kapel, które dzielnie kontynuują serwowanie prostego rocka. Co za teoria, no proszę. Młodzież dobrze dedukuje. Jeśli więc ten tekst niechcący przeczyta jakiś o nieposkromionych emocjach młodziak sądzę, że być może natchnie go on do posłuchania nagrań Samochodziarzy. Nie ma ich wiele, więc żadna z tego mozolna przeprawa. Posłuchajcie. Rówieśników wapniaków zachęcać nie muszę.
A tak swoją drogą, rzadko zaglądam lubianym artystom do ich metryk. Nie interesuje mnie, czy któryś z nich liczy dwadzieścia czy pięćdziesiąt wiosen, dlatego przyznam, zaskoczyło mnie, iż Ric Ocasek miał 75 lat. No dobrze, buźkę być może miał już niemłodą, lecz facio nosił się trendy, dzięki czemu zdjąłbym mu z garbu tak ze dwadzieścia, a nawet trzydzieści lat. W duchu zapewne do końca był osiemnastolatkiem. To było słychać. Fantastyczna postać, naprawdę. Duża po nim strata, kolejna nieoszacowana. Ileż my ich ostatnio ponosimy. Kruszą się moi idole, kruszy się dobro tego świata. A w zamian? Cóż, za utracone złoto, już tylko tombak.
Jeszcze na koniec muszę dodać, że oprócz wspomnianego tryptyku z "Candy-O", uwielbiam z Carsów równie mocno tytułową piosenkę z "Heartbeat City" - zawsze przy niej pokornieję. A najbardziej, przecudowną balladę "I'm Not The One". Uważam ją za jeden z największych cudów mego życia. Tak, bez cienia przesady. To nieporównywalnie piękniejsza i bardziej wzruszająca piosenka od powszechnie wielbionej "Drive". Główną wokalną linię prowadzi tu Ric Ocasek, zaś Benjamin Orr delikatnie dośpiewuje "you know why" - boskie!
Dzięki Ci Ric za wszystkie pozostawione dobra, a teraz brnij do świata lepszego...

P.S. W wydanym oświadczeniu na Facebooku czytamy: Ric wracał do zdrowia po operacji. Nasi dwaj synowie i ja upewniliśmy się, że jest z nim wszystko dobrze, zamówiliśmy więc jedzenie, po czym wspólnie oglądaliśmy telewizję. Gdy w niedzielny poranek przyniosłam mu kawę znalazłam go wciąż śpiącego. Przyłożyłam dłoń do policzka, by go obudzić. Wówczas zdałam sobie sprawę, że Ric tej nocy odszedł. Jako rodzina i przyjaciele jesteśmy kompletnie zdruzgotani jego przedwczesną śmiercią, jednocześnie pragnęlibyśmy o uszanowanie prywatności i pozwolenie opłakiwania Rica z dala od błysków fleszy.





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






poniedziałek, 16 września 2019

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 15- na 16 września 2019 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli 15- na poniedziałek 16 września 2019 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Janek Mojżeszewicz
prowadzenie: Andrzej Masłowski







SWEET - "The Singles A & B Sides" - (1995) - kompilacja. Sweet świetni na rozgrzewkę. A już takie "Love Is Like Oxygen" szczególnie. To jeden z tych moich najulubieńszych hitów tamtych lat. Grzechy młodości, grzechy niewstydliwe. Obie wczoraj zaserwowane piosenki pochodzą z jednego singla - strona A i B. Dokładnie wg takiej myśli opracowano niegdyś tę 2-płytową składankę. Najlepszą z wszystkich jakie wydano. Już samo "Love Is Like Oxygen" w innych Sweet'owych zestawach występuje niezwykle rzadko, podobnie jak sporo innych nagromadzonych tu kawałków. No i co ważne, Sweet byli takim zespołem, że nie wystarczyło uzbierać kompletu albumów, albowiem większość przebojów grupa emitowała głównie na singlach. Każdemu sympatykowi Sweet polecam właśnie ten konkretny zestaw przebojów, plus nieprzebojów z drugich stron singli.
- Love Is Like Oxygen - {singiel 1977}
- Cover Girl - {strona B singla "Love Is Like Oxygen", 1977}

NAZARETH - "Rock'n'Roll Telephone" - (2014) - ostatnia płyta Nazareth na jakiej zaśpiewał Dan McCafferty. Nie tak potężna, jak "Razamanaz", Loud'n'Proud" czy szczególnie kapitalna "Hair Of The Dog", jednak tytułowe nagranie, bombowe. 18 października pojawi się solowe dzieło McCafferty'ego. Płyta o ściskającym serce tytule: "Last Testament".
- Rock'n'Roll Telephone

NAZARETH - "No Jive" - (1991) - nie lubią tej płyty zespołowi entuzjaści, a jeszcze bardziej wszelkiej maści krytycy - czytaj: znawcy sztuki. A tak po prawdzie, najczęściej zwyczajne prasowe gryzipióry, które jakimś cudem drapnęły wygodną posadkę w jakiejś ważnej redakcji. Ok, ja również jestem świadom niższości tej płyty wobec wielu innych, z reguły doskonalszych, a jednak Nazareth nawet w słabszej formie potrafili nieźle przypier***. Zarówno rockerem ("Tell Me That You Love Me") jak i balladą ("Every Time It Rains").
- Every Time It Rains
- Tell Me That You Love Me

BLACK STAR RIDERS - "Another State Of Grace" - (2019) - świetny album! Przynajmniej tak się wydaje na pierwszy rzut ucha. Wszystko tu się klei, zazębia, pasuje. Żadnych urwisk czy wybojów. Niezwykły zespół. Gdy zaczynali, w teoretycznie mocniejszej obsadzie, bywało tylko miło/milutko, jednak z każdą kolejną chwilą wskakiwali na coraz wyższe obroty. Aż wraz z kolejnymi personalnymi roszadami, z gwiazdorskiej obsady pozostał już tylko Scott Gorham - bowiem Ricky Warwick, choć wporzo, jeszcze gwiazd nie sięga. Karuzela rozkręciła się na dobre. Co tam karuzela, to już rollercoaster.
- Tonight The Moonlight Let Me Down
- Another State Of Grace
- What Will It Take? - {gościnnie zaśpiewała córka Meat Loafa, PEARL ADAY}

MILLENIUM - "The Best Of... And More" - (2004) - kompilacja. Sporo tu unikatów spoza oficjalnych albumów. O grupie właśnie przypomniałem sobie, gdy spod literki "m" wyciągałem inną płytę, która akurat zakotwiczyła tuż obok. Ależ to była dobra grupa, muszę jej pograć trochę więcej.
- On And On - {MSG cover} - śpiew JORN LANDE, organy DON AIREY, gitara RALPH SANTOLLA
- Love Is Like Oxygen - {Sweet cover} - śpiew JORN LANDE, organy DON AIREY, gitara RALPH SANTOLLA

ALLIANCE - "Fire And Grace" - (2019) - przywiozłem ten kompakt z Berlina. Drgnęło mi serce, gdy znalazłem go w tamtejszym Saturnie. U nas nikt tego nie dystrybuuje, więc szansa już tylko w "dobrych sklepach muzycznych". Hasłem tym niegdyś puszyli się niemal wszyscy nasi wydawcy, kiedy nachalnie za sprawą reklamowych spotów zmuszali rodzime sklepy do zakupów swoich produktów. Obecnie nikt już tego sloganu nie używa, bowiem dobrych sklepów z płytami u nas niet. Obecnie nikomu nie zależy już na promocji nośników, ponieważ nikt ich nie kupuje. No, prawie nikt.
- Uncertain

SONATA ARCTICA - "Talviyö" - (2019) - momentami bardzo dobra płyta Finów, pomimo iż pojawia się na niej także kilka trochę słabszych momentów. Może i dobrze, że całość od razu nie powala i wymaga dłuższej obserwacji. Na pewno nie znudzi się po tygodniu.
- Who Failed The Most
- Whirlwind
- Cold

THE MISSION - "Masque" - (1992) - dziwne, radiowy odtwarzacz zbuntował się na otwierającym album "Never Again", a u mnie chodzi bez zarzutu. Widać te profesjonalne sprzęty są za bardzo doskonałe. Tak perfekcyjne, że nawet penetrują obszary spoza własnych kompetencji. A mój domowy CD-Player chwyta wszystko. Od zawsze.
- Sticks And Stones
- Like A Child Again

=============================
=============================


EDDIE MONEY
(21 III 1949 - 13 IX 2019)

kącik poświęcony Artyście




EDDIE MONEY - "Sound Of Money - Greatest Hits" - (1989) - niby tylko składanka, a słucha się jej niczym doskonałej, z jednej sesji płyty. To pokazuje dobitnie, iż Eddie był Artystą o wysokich umiejętnościach, nigdy nie zaniżając poziomu.
- Walk On Water - {oryginalnie na LP "Nothing To Lose", 1988}
- Take Me Home Tonight / (Be My Baby) - {oryginalnie na LP "Can't Hold Back", 1986}

EDDIE MONEY - "No Control" - (1982) - w mojej opinii jedna z najlepszych płyt Mahoneya (prawdziwe nazwisko). W ostatnich dniach posłuchałem wszystkich jego albumów - oczywiście tych z domowej płytoteki - i uświadomiłem sobie, iż ten facet realizował tylko świetne albumy, bądź jeszcze lepsze. I jakże smutno, że dzisiejszy dzień przyniósł kolejną niechcianą wieść; zmarł Ric Ocasek z The Cars Szanowni Państwo. Poświęcę mu osobny tekst.
- Shakin'
- Runnin' Away
- Think I'm In Love
- Hard Life


=============================
=============================


RED BOX - "Chase The Setting Sun" - (2019) - przyjemna ta nowa płyta Brytyjczyków - z jednym Polakiem w składzie (Michałem Kirmuciem - ex-dziennikarzem "Teraz Rocka", a co do muzykowania: gitarzystą Collage, a i dawnym perkusistą prog-rockowych Talath Dirnen. Zespołu, na którego koncercie byłem w 1994 roku w warszawskiej Stodole, gdy ci rozgrzewali Ulysses, a gwiazdą wieczoru stali Pendragon). Niech nikt na "Chase The Setting Sun" nie poszukuje kolejnych "Chenko" lub "For America", bowiem Red Box to już dzisiaj tyciu inny zespół. Co prawda, nadal przewodzi mu Simon Toulson-Clarke, podobnie jak też piosenki, które wyrastają z etnicznych inspiracji, a jednak muzyka wydaje się dojrzalsza, i tylko trochę szkoda, iż pozbawiona dawnej ejtisowej radości. Płyta do wielokrotnego posłuchania, a tym bardziej polubienia.
- Ho Ho!
- 99 Stars

PHIL OCHS - "The Early Years" - (2000) - płyta podarek prosto z Kaszub. Pan Sebastian nie wierzył, że mi się spodoba, i że zaprezentuję z niej w N.S. cokolwiek. Panie Sebastianie, lubię tych wszystkich buntowników/rewolucjonistów, serio, nawet jeśli prezentuję ich nad wyraz okazjonalnie.
- Pleasures Of The Harbor

NEIL YOUNG - "Landing On Water" - (1986) - ja też jestem buntownikiem. Lubię chodzić pod prąd, a jeszcze bardziej ucierać nochala wszystkim poprawnym politycznie nudziarzom. Ta płyta Neila Younga okazała się doskonałym powodem, bym nadał kolejnego ukropu. Już widzę, jak ściskało w gardłach te wszystkie konserwy, dla których Neil Young to tylko "Harvest", "Ragged Glory" lub CSNY "Deja Vu". Album "Landing On Water" świetny, co nie podlega dyskusji. Ale jego nowoczesny aranż to i tak pikuś w porównaniu z takim "Trans". Tamtego "elektroniczność" zazwyczaj doprowadzała "fanów" Younga do szału. A ja zawsze radośnie zacierałem dłonie, gdy im krew buzowała, a ciśnienie rozrywało. Przydałoby się, by Neil Young nagrał jeszcze płytę stylistycznie pod Journey lub Foreigner. Miałbym lubianego Artystę w lubianej otoczce, a dla przeciwwagi w krótkim czasie nastąpiłaby niekontrolowana mnogość zejść. I pomyśleć tylko, że wszystko z powodu sztuki oraz artystycznej wolności. 
- Weight Of The World
- Violent Side
- Touch The Night
- People On The Street

JOHN MELLENCAMP - "Whenever We Wanted" - (1991) - świetny album, choć niestety z głupiego okresu. Wtedy wszyscy zachwycali się napierdalanką z Seattle, zaś będący w super formie Mellencamp nagrał czadowo-gitarową płytę dla najbardziej potrzebujących prostego konkretnego rocka. Do pełnej palety melodyjnych nut muzyk dopisał kąśliwe, spostrzegawcze oraz refleksyjne teksty, jak m.in. ten do "Love And Happiness" - czyniąc z tego albumowego otwieracza ekspresyjny, antywojenny protest rock/song
- Love And Happiness

PAT BENATAR - "In The Heat Of The Night" - (1979) - debiut Amerykanki o polskich korzeniach. Lubię babę od zawsze, nawet jeśli tego po moich audycjach nie słychać. Wczoraj z jej płytowego debiutu, na którego obszarze kompozycje z własnego podwórka oraz covery. Wybrałem covery, ponieważ czasu do końca programu pozostało niewiele. Poczułem jednak pewien niedosyt z uwagi na brak możliwości zapodania "My Clone Sleeps Alone" oraz "We Live For Love". Że o przeróbce Sweet "Now You Don't" już sobie tylko pomarzę.
- I Need A Lover - {John Mellencamp cover}
- If You Think You Know How To Love Me - {Smokie cover}
- In The Heat Of The Night - {Smokie cover}
- Don't Let It Show - {The Alan Parsons Project cover}

PAT BENATAR - "Wide Awake In Dreamland" - (1988) - do poduszki łagodniejsze lico Patrycji Andrzejewski (bo tak należy zapisywać jej nazwisko). Piosenka o miłości, by lepiej się śniło..
- One Love






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





niedziela, 15 września 2019

dzień radiowy

Dziś dzień radiowy. Przygotowałem sporo różnorodnej muzyki. Każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Najbardziej uprzywilejowanym jednak jestem ja, ponieważ już teraz wiem, że wszystkie cztery godziny będą wspaniałe - przynajmniej dla mnie. Oczywiście, jeśli nic nie zakłóci ich pozytywnego przebiegu.
Zestawiałem tę audycję przez wszystkie chwile kończącego się tygodnia. Wszystko w zeszycie zapisane, podkolorowane, zakreślone, czasy nagrań odmierzone, słowem: perfekt. Oby tylko dopisali Słuchacze, czyli sens całej tej mozolnej roboty.
Schlebiające, gdy co któryś sms przypomina o nadchodzących płytowych premierach. Andrzeju, mam nadzieję, że pamiętałeś... - pojawia się na ekranie smartfona. Oznacza to, że Słuchaczom zależy, że chcą posłuchać na moim FM czegoś, co ich kręci. Czego wyczekują i z jakiego powodu przebierają nogami. Fakt, nie jestem kącikiem spełniania marzeń i raczej niczego narzucić sobie nie pozwalam, ale niekiedy takowe akcenty autentycznie bywają budujące. Nawet, jeśli nie lubię ujawniać audycyjnej setlisty przed jej niedzielnym zaktualizowaniem.
Nawiedzone Studio czeka na wiele nowych płyt, lecz najbardziej na będącego swego rodzaju postscriptum, a podobno wydanego już wiosną Eddiego Moneya "Brand New Day", jak też na:
Keane "Cause And Effect" (20 IX)
Michael Schenker Fest "Revelation" (20 IX)
Beth Hart "War In My Mind" (27 IX)
Cigarettes After Sex "Cry" (25 X)
Pretty Maids "Undress Your Madness" (8 XI)
Angel "Risen" (4 X)
Eloy "The Vision, The Sword And The Pyre - Pt. II" (27 IX)
IQ "Resistance" (27 IX)
Work Of Art "Exhibits" (8 XI)
Axe "Final Offering" (20 IX)
Tom Keifer Band "Rise" (już w sprzedaży)
Tygers Of Pan Tang "Ritual" (22 XI)
Michael Sweet "Ten" (11 X)
The Cult "Sonic Temple 30" - 30-lecie mojego ulubionego albumu The Cult - uwaga!, aż 5 płyt, taka wersja nam się szykuje
Chris Rea "One Fine Day" oraz reedycje kilku jego klasycznych albumów
Robert Tepper "Better Than The Rest" (27 IX)
The Ferrymen "A New Evil" (11 X)
i wiele innych....
To tylko część nadchodzącej oferty. Oby zdrowia i zasobów na to wszystko starczyło. Ale jest jeszcze premiera najważniejsza - 27 września The Beatles "Abbey Road" - z racji 50-lecia albumu - ten ukazał się 26 września 1969 roku. Wokół wydarzenia odbędzie się również ciekawa otoczka, którą przygotował najlepszy archiwista grupy, Mark Lewisohn. Człowiek, który gromadzi materiały o Wielkiej Czwórce od czterdziestu lat, a który w swych przepastnych zbiorach skrywa mnóstwo bardzo intymnych artefaktów.
Lewisohn spotka się z sympatykami grupy, zaprezentuje im rzadkie nagrania Beatlesów, plus równie unikatowe zdjęcia, filmy, wyjaśni rolę albumu w kontekście współczesnego rynku muzycznego, w tym również udostępni nagraną rozmowę Paula McCartneya, George'a Harrisona i Johna Lennona na temat kolejnej płyty. Podobno w owej dyskusji pomiędzy wierszami ujawniają się historyczne fakty, iż powyższa trójka miała na nowy album komponować po cztery piosenki, zaś Ringo Starr tylko - bądź aż - dwie. W tych materiałach coraz bardziej indywidualny Lennon stawia, by od tej chwili nie podpisywać wspólnych nagrań z McCartneyem, jako Lennon/McCartney, a każde z osobna. Bo był to już ten okres, kiedy Beatlesi twórczo działali razem, lecz od zewnątrz się rozpadali. I w zasadzie był to rok ich destrukcji, pomimo iż jeszcze wykrztusili resztką sił świetne "Let It Be". Album, który ukazał się, gdy w zasadzie było już po wszystkim.
Czekam na ciekawe dodatki do podstawowej setlisty "Abbey Road". W sensie, znane nagrania w wersjach demo, inne ich podejścia, itd...
Do usłyszenia o 22-giej...







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




sobota, 14 września 2019

nie żyje EDDIE MONEY (21 III 1949 - 13 IX 2019)

Od wczoraj słucham Eddiego Moneya, jeszcze bardziej podziwiając jego talent. Słucham z nutką refleksji, nawet tych jego pełnych werwy i optymizmu piosenek, ponieważ Eddie zmarł, Drodzy Państwo. I zrobiło się przykro jak jasna cholera.
Eddie miał fantastyczny głos. Zachrypnięty i rockowy. Taki rodem z jakiegoś warsztatu, gdzie nosi się brudny kombinezon, usmarowany olejem i towotem.
Jego twórczość radowała mnie przez większość życia, więc Artysta tym szczególniej bliski. Tak, wiem, wiem że to, co piszę, nie ma większego znaczenia. Szczególnie w czasach, w których rządzi szeroko zakrojony konsumpcjonizm i pogoń za forsą. Bo kogo obchodzi jakiś Eddoie Money, skoro trzeba galopem na nadchodzącą jesień kupić buty i resztę odpowiedniego odzienia. Kto zapuka do drzwi sztuki, jeśli lodówka i szafy nieprzepełnione. Kogo obchodzi Eddie Money? Mnie obchodzi.
Eddie zmarł wczoraj w swoim domu w Los Angeles. Zmarł po krótkiej, lecz ohydnej chorobie. W sierpniu udał się na rutynowe badania, po których zdiagnozowano u niego raka krtani - niestety już w bardzo zaawansowanym stadium. To dlatego niedawno odwołał lipcową trasę koncertową, a w sklepach nie pojawiła się gorąco przeze mnie wyczekiwana płyta "Brand New Day". Szukałem jej nawet w Berlinie - bezskutecznie.
Był to jeden z tych wokalnych mocarzy, którego miałem nadzieję kiedyś ujrzeć na scenie. Nawet, jeśli wiem, że w moim kraju mało kogo grzeje taka muzyka. Wieść o śmierci Eddiego ogłosiłem wczoraj wieczorem na Facebooku, dostając bodaj pięć czy sześć polubień - w sensie ikonkę "przykro mi". Po reszcie moich znajomków wieść o jego zakończonym żywocie po prostu spłynęła. Kto to jest ten Eddie Money? Kolejny podstarzały cizio, którym jara się tylko Masłowski. Otóż nie. Bo to kapitalny muzyk, wielki gwiazdor lat osiemdziesiątych, który dobre płyty serwował już pod koniec lat siedemdziesiątych. W czasach, gdy u nas słuchano jedynie disco, glam rocka i oczywiście Pink Floyd oraz Led Zeppelin.
Kilka razy spróbowałem zarazić Słuchaczy N.S. paroma wybitnymi piosenkami Moneya, ale nic z tego - nie chwyciło. W tym roku poszła w eter jedna piosenka w marcu, a także trzy w maju. Miałem nadzieję wkrótce posłuchać z Szanownym Państwem jego najnowszych kawałków, ale wciąż musimy czekać.
Eddie z domu nazywał się Mahoney, jednak ze względu na mało przystępne w showbusinessie nazwisko, zmienił je na Money - i chwyciło. Jestem przekonany, że wszyscy znamy wiele jego piosenek, choć nie zawsze je dopasujemy do nazwiska ich posiadacza. Melodie wpadają w ucho, a ich twórców nie zawsze przyswajamy. Jednak Eddiego dużo pokazywano w MTV, zaś wiele piosenek stanowiło też za ozdobą niejednego komercyjnego amerykańskiego filmu, pożeranego przez masy w kinach. Nie będą wymieniać tytułów tych piosenek, pozostawię to w gestii najbardziej zainteresowanych tematem, którzy po przeczytaniu tego tekstu zechcą na własną rękę zgłębić ich piękne tajniki.
Eddie bardzo dużo palił, co nawet da się dostrzec na okładkach jego płyt. Mistrzunio lubił fotografować się z ćmiczkiem w dłoni, a przecież w dawniejszych czasach nie gardził również narkotykami, z których jakoś wyszedł.
Bardzo lubię kilka jego płyt. Szczególnie "No Control" i "Can't Hold Back", ale na każdej znajduję coś dla siebie. Paul Stanley z Kiss, dla przykładu ceni "jedynkę", czyli po prostu "Eddie Money". Jasne, przecież to także super album. Jest na nim m.in. wytrawny cover Smokeya Robinsona "You've Really Got A Hold On Me", plus cała masa innych ekstra piosenek. Piekielnie melodyjnych, bogato zaaranżowanych i co najważniejsze, zaśpiewanych TYM GŁOSEM.
Gdybym był odpowiedzialnym za muzykę w jakiejś radiowej rozgłośni, na pewno urządziłbym tydzień poświęcony twórczości tego Pana. I ludzie pokochaliby jego piosenki. Bo w ludzi trzeba wierzyć. Ci często mają dobry gust, tylko trzeba go uruchomić. A jak tego dokonać, jeśli po obszarach muzyki w pasmach FM często dyktują warunki nieudacznicy? Zawsze powtarzam, dajcie mi jakieś FM, a zrobię najlepsze radio - i nie tylko na warunki polskie. Wiem wiem, artystycznie byłoby na medal, lecz zapewne zdecydowanie nie mieściłoby się w słupkach zapotrzebowań czuwającej nad zyskami jakiejś kolejnej zachłannej korporacji. To właśnie jedna z tych obrzydliwości naszego świata.
Dziękuję Ci Eddie, dziękuję, że byłeś. Dziękuję, że tak wiele dobrego zaśpiewałeś. Byłeś klawym gościem, prawdziwym rock'n'rollowcem i mam wobec Ciebie ogromny ładunek szacunku. A teraz brnij do świata lepszego...







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 12 września 2019

drzewo

Nie byłem na wrocławskim, ani też na chwilę późniejszym berlińskim (w znajomym Bi Nuu Club) koncercie Wayne'a Husseya, bo nie wszystko zawsze można mieć. Ale zapewniam, uwielbiam faceta - szczególnie za najwcześniejsze dokonania. W ramach zadośćuczynienia, w najbliższą niedzielę nastawimy sobie jakiś kompakt The Mission, i na pewno nie będzie to żadna z powszechnie poważanych pierwszych czterech płyt - gdyż zakładam, iż te wszyscy znają na pamięć.
18 października do sprzedaży trafi trzeci solowy album byłego frontmana Nazareth, Dana McCafferty'ego. Płyta nazywać się będzie "Last Testament" (trochę zadrżałem, tak jakoś to brzmi), a na pierwszy singiel - jednocześnie teledysk - wybrano balladę "Tell Me". Piękna, emocjonalna piosenka, o pełnym brzmieniu. Balsam na me zbolałe serce, szczególnie po ostatniej słabej płycie Nazareth, z jeszcze mniej do grupy pasującym wokalistą Carlem Sentance'em.
A propos "Tell Me", Dan McCafferty już niegdyś wyśpiewał te słowa, w tytule Nazareth'owskiego kawałka "Tell Me That You Love Me" ("Powiedz, że mnie kochasz"). Było to w 1991 roku na albumie "No Jive". Tyle, że dla przeciwwagi, tamta piosenka była rytmicznie czadowa, przy czym równie piekielnie melodyjna. Dla miłośników ballad tej szkockiej formacji, lśniło tam "Every Time It Rains". Wspaniały kawałek, choć nigdy nie zdobył uznania, jak "Love Hurts" czy "Dream On". Żadna z obu wspomnianych kompozycji albumu "No Jive" nie stała się nawet mniejszym przebojem, jak zresztą cały tamten album, który przepadł na listach, a na domiar wszystkiego nieźle mu dołożyli wszyscy krytycy.

Coraz krótsze dni. Już o wpół do ósmej nastaje prawdziwy wieczór. W powietrzu czuć zapach jesieni, a jeszcze na dobitkę przed mym oknem wycięli drzewo. Stało odkąd pamiętam. Było listne, soczyste i bujne, ale ktoś ważny stwierdził, by wyciąć, więc przysłali z rana kilku drących gęby robotników, a ci pozbierali się z nim w godzinę. Po co pielęgnować, po co podleczyć (o ile w ogóle było chore), najlepiej ściąć i okolicę oszpecić. Na szczęście zaoszczędzono rosnącego nieopodal orzecha. A ten już sypnął pierwszym plonem. Kasztany też nieźle podrosły. Właśnie zakończono koszenie trawy. Teraz kolejne dopiero wiosną. Ech...
Koniec lata zmienił także ramówkę w tv. Powróciły te nasze telenowele, plus różne tureckie czy rosyjskie tasiemce. No właśnie, zapanował trend na rosyjskie seriale. Ciekawe, czy u nich też szał na polskie? Przyznaję, barwa języka rosyjskiego nie działa na mnie dobrze, choć nie uważam się za rusofoba. Mimo wszystko, muzyki naszych wschodnich sąsiadów też jakoś nie potrafię. Chyba pozostał uraz z czasów szkolnych, kiedy zmuszano nas wszystkich do miłości do radzieckich braci i sióstr, a my w podzięce pragnęliśmy Breżniewowi przyłożyć kopa w zad.
Seriale, telenowele, paradokumenty, plus pseudo-muzyczna rozrywka, to wszystko powróciło w miejsce letnich kinowych powtórek. Mnie ostatnio szczególnie kręciło kino oldschoolowe. Z nieukrywaną radością w ostatnich dwóch miesiącach wyłapywałem przeróżne kultowe filmy. Tego lata chyba najwięcej było tych z lat osiemdziesiątych, jak: "Żyć i umrzeć w L.A", "Nieoczekiwana zmiana miejsc", "Gliniarz z Beverly Hills", "Commando", "Jak to się robi w Chicago", czy nieco nowsza produkcja, jaką świetny "Maverick". Ale przede wszystkim: "Ucieczka z Nowego Jorku", na którą dwukrotnie zanurzyłem głowę w szklanym ekranie. Pomimo upływu tylu lat, to wciąż niezły film. I widać, że z czasów, kiedy nie przesadzano z pirotechniką i sztucznymi komputerowymi efektami. To wszystko powoduje, że ogląda się go dużo lepiej niż większość współczesnych nadprodukcji. Snake Plisken - kurcze, jak mi ten gość niegdyś imponował. Dzisiaj widzę w tym facecie zwykłego Kurta Russella, lecz wtedy... Wtedy miałem szesnaście lat, więc Kurt Russell to był ktoś z innego świata, a jednocześnie prawdziwy twardziel z dużego ekranu. Takiego z kina Bałtyk. Tam to dopiero się oglądało. W tamtych latach Kino Wilda było naj naj najlepsze i największe, lecz ja zawsze znakomicie czułem się właśnie w Bałtyku. A ta kultowa, o blond włosach Pani bileterka, wciąż żyje i ma się dobrze. Obecnie jest już siwiuteńka i mieszka na moim osiedlu. Często widuję ją spacerującą z mężem. Nigdy nie odważyłem się podejść, zagadać, bo nie wiem, co miałbym powiedzieć? Może po prostu, że znam ją od bardzo dawna? Poczekam, aż nabiorę odwagi. Ta Pani przedzierała moje bilety, gdy byłem jeszcze smarkaczem i nie załapywałem się na filmy od osiemnastu, a mając piętnaście, wchodziłem na te od szesnastu, tylko z uwagi na posiadaną odpowiednią posturę i wzrost.
Wracając do "Ucieczki z Nowego Jorku"... nie zapomnę, jaki klimat wywoływał we mnie uchwycony tam meliniarski i w nocnej poświacie nowojorski Manhattan, z którego władze tamtego miasta uczyniły więzienie dla najgorszych mętów. Nie panowały tam żadne zasady. Wszystko regulowała siła i przynależność do odpowiednich środowisk. Pamiętacie Księcia, zagranego przez Isaaca Hayesa? No właśnie, ja też zapomniałem, że był nim Hayes. Na szczęście powtórka filmu pootwierała zamknięte szufladki mej pamięci. Również kompletnie nie pamiętałem, że prezydenta, na którego uwolnienie wyruszył Snake Plisken, zagrał Donald Pleasence. Brytyjczyk, którego aktorsko niemal całkowicie wessała Ameryka. Ten facet chwilę wcześniej pojawił się w niedawno przypominanym przeze mnie muzycznym filmie "Orkiestra klubu samotnych serc sierżanta Pieprza", ale też kilka lat wcześniej w "Columbo", w odcinku "Koneser win". Świetnym, co muszę zaznaczyć. Zagrał w nim znawcę win i niestety mordercę. Ale takiego, że nawet w końcowej scenie ostatnią lampkę wina wypił z nim sam porucznik.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




środa, 11 września 2019

PETER FRAMPTON BAND - "All Blues" - (2019) -








PETER FRAMPTON BAND
"All Blues"
(UMe, UNIVERSAL MUSIC GROUP)

****1/2





"Zawsze lubiłem grać bluesa" - oznajmił niedawno Peter Frampton. Potwierdził to również nieodległymi, a w temacie utrzymanymi występami u boku Steve'a Millera oraz najnowszą płytą "All Blues".
Muzyk ostatnio trochę choruje; pozwala mu to co prawda nagrywać płyty, lecz nie bardzo puszcza oko ku licznym podczas tournee koncertom. A jednak, co sam maestro obwieścił, odbędzie się pożegnalna trasa, bo przecież nie może być inaczej. Mistrzowie kończą na scenie, nie w ogródku, z konewką przy kwiatkach.
Frampton płytą "All Blues" wylał miód na moje serce, lecz przede wszystkim zdefiniował swoje korzenie, a i zdaje się zatęsknił za czasami, kiedy ze Steve'em Marriottem i pozostałymi kolegami napędzali machinę o nazwie Humble Pie. Na krawędzi dekad 60/70's przeuroczo podając bluesa na rockowo, niekiedy w hard-, innym razem w folk-psychodelicznym tonie.
Matka natura obdarowała Framptona talentem, wyobraźnią oraz sporą wrażliwością, czemu najnowszy album także dowodzi. A matka natura to przecież najokrutniejsza krewna, która nie oszczędza i nie chowa za parawanem. Albo coś znaczysz, albo ...
Stylizowana pod lata 60-te okładka "All Blues" to coś, co na półce z płytami dobrze będzie korespondować z klasycznymi dziełami tamtej dekady, m.in. Muddy'ego Watersa, B.B. Kinga, czy nawet z najsłynniejszą kopertą w świecie jazzu, jaką "Kind Of Blue" Milesa Davisa.
Dominuje tu czarny blues, choć Frampton oraz jego band (plus jeszcze zaproszeni goście) dolepiają mu białą rockową twarz. A dzieje się tak już na samym początku, za sprawą porywającego "I Just Want To Make Love To You" - z nieźle wycinającym na harmonijce Kimem Wilsonem z teksańskich The Fabulous Thunderbirds. Numeru Williego Dixona, spopularyzowanego przez Muddy'ego Watersa, lecz z największą ikrą zagranego w latach siedemdziesiątych przez zamerykanizowanych Brytyjczyków z Foghat - czyste szaleństwo!. Jeśli dotąd nie macie na półce płyty "Foghat Live", polecam czym prędzej nadrobić utracony czas. Ten zacny kawałek bluesa Frampton zagrał odpowiednio i równie mocarnie, lecz jednocześnie sporo wolniej od niewyżytych Foghat. Co nie oznacza, że mniej ekspresyjnie. Świetny początek dla tego albumu, który po chwili dzielnie kontynuuje "She Caught The Caty" - rzecz z rep. Taj Mahala. Szeroka widownia zapewne skojarzy tę melodię z filmem "Blues Brothers". Zresztą, ponoć John Belushi miał na jego punkcie totalnego bzika, więc niech choćby tylko ten fakt posłuży za
rekomendację. Na tym etapie płyty Frampton pozwala sobie na bluesowe odjazdy, nawet w stylu wczesnych Free czy Led Zeppelin, i czyni to nad wyraz przekonująco. Jednak stać go na jeszcze więcej, o czym przekonamy się już niebawem. Bo oto stricte blues rockowe wymiatanie zostaje chwilowo przerwane, a to za sprawą kołyszącej instrumentalnej ballady "Georgia On My Mind" - numeru przynależnego Ray'owi Charlesowi. Tutaj Frampton daje niepohamowany popis umiejętności, przy okazji wystawiając sobie świadectwo najwyższej jakości. Na kolejnym ruszcie ląduje zaś jeszcze jedna kompozycja z objęć Williego Dixona - "You Can't Judge A Book By The Cover". Mamy tu funk-rockowy groove, który Framptonowi przecież nieobcy. Wystarczy przyjrzeć się niektórym fragmentom jego solowych płyt, choćby "Where I Should Be" czy "I'm On You", a będziemy w domu.
Wiele jeszcze wydarzy się na tej porywającej płycie, choć znam takich, którzy twierdzą, iż w bluesie nie dzieje się zupełnie nic. Cóż, do tej muzyki po prostu trzeba dojrzeć. Ot cała filozofia.
Tytułowe "All Blues" to kolejne po "Georgia On My Mind" instrumentalne cacko. Zagrane delikatnie i z dużą wrażliwością oraz przy gościnnym udziale gitarzysty Larry'ego Carltona. Blisko 7 minut swingującego walca w okowach jazz/bluesa, z uduchowionymi akordami fortepianu, którymi zmysłowo błądzi Rob Arthur. Równie namiętnie, choć już przy użyciu strun głosowych, jak zarówno ponownie obfitego na tej płycie rockowego feelingu, Frampton przedstawia cover B.B. Kinga "The Thrill Is Gone". Przy tej okazji wspomaga go słabo u nas rozpoznawalny Sonny Landreth. Muzyk specjalizujący się w gitarowym graniu techniką slide, który w swej obfitej karierze stawał u boku Erica Claptona, Joe Satrianiego czy Marka Knopflera. Kolejny mocny akcent tej nieodkrywczej, acz chwilami olśniewającej płyty, której nieopisaną resztę pozostawiam już Szanownym Państwu do indywidualnego rozpatrzenia.







Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"