poniedziałek, 19 lutego 2018

potrójny kiler

Obawiałem się frekwencji podczas wczorajszo-dzisiejszego Nawiedzonego, ale na podstawie Facebookowych polubień widzę, że nic nie ubyło, niestety też nie przybyło - constans. Znaczy: perfekt. Koncert Stevena Wilsona pochłonął całą Salę Ziemi, został wyprzedany już dawno temu, ale nikogo mi nie podebrał. Wśród uczestników wydarzenia widać, nie było Słuchaczy audycji z najlepszą muzyką. Warto więc było pograć na maksimum możliwości, co zresztą uczyniłbym nawet, gdyby przy odbiorniku nudził się jeden słuchacz.
Odpuściłem występ Stefka, ponieważ widziałem Artystę dobrych pięć, może nawet siedem razy. Zarówno solo, jak też z nieaktywnymi od lat Porcupine Tree, także... Inna sprawa, że na pewno za chwilę spotkam kogoś, kto podpyta: byłeś?, nie?, żałuj, to był najlepszy koncert Wilsona. Hmmm... zdążyłem się przyzwyczaić, że zawsze bywam na tych mniej udanych.
Ja jednak czekam na Magnum. Przede wszystkim, tylko i wyłącznie. Podniecenia szczyt zbliża się wielkimi krokami. Jeszcze tylko ponad półtora miesiąca, i.... i na scenie Tony Clarkin, Bob Catley, plus reszta kompanii. Kto jeszcze nie ma biletu, czym prędzej start do bileterii, bo później będzie płacz i zgrzytanie zębów. Tego nie można przegapić!
Na szczęście w ostatnich dniach nie opuścił nas żaden artysta, więc wczorajsza audycja potoczyła się normalnym trybem, bez zapalania świeczek. I dobrze, niech już tak pozostanie.
Dzisiaj 48-urodziny obchodzi Joacim Cans - wokalista HammerFall - wszystkiego let the hammerfall Mistrzu! 70-tkę obchodzi Tony Iommi - miej się dobrze wielbiony Poczciwoto!, 54 lata kończy gitarzysta Whitesnake czy Revolution Saints, Doug Aldrich - zdrówka i weny!, 55 lat Seal - też wszystkiego naj naj naj!, 78 lat Smokey Robinson - tego Tobie, co wszystkim do tej pory, Mistrzu!. I na pewno jeszcze kogoś pominąłem. Sypnęło więc laurkami, niczym konfetti. Niech się naszym art-pupilom tylko dobrze dzieje!.
I jeszcze na koniec, taka ciekawostka... bo właśnie sobie przypomniałem... otóż, po tekście wspominającym katowicki koncert Genesis ze stycznia 1998 roku, rozmówiłem się w tym temacie z Czytelnikiem Markiem, który tamtego dnia, jako bardzo młody człowiek, także podążał do stolicy Górnego Śląska pociągiem, by posłuchać na żywo swoich ulubieńców - którymi obok niepokonanych Ayreon, podobno są do dzisiaj. Wówczas chyba się jeszcze z Markiem nie znaliśmy, więc możliwa wersja, że ze sobą podczas koncertu sąsiadowaliśmy, a być może nawet dzieliliśmy wspólny wagonowy korytarz, ale dopiero po latach wymieniliśmy się wrażeniami. Nie o samym koncercie tym razem będzie, a o... otóż Mareczek rozbawił mnie opowiedzianą historią, przy okazji przypominając, co wówczas było kasowym kinowym hitem. Rodzice Marka nie chcieli takiego małolata puścić w świat samego, tak więc poświęcił się jego Tata, który wybrał się wówczas z synem do Katowic, a że samym koncertem nie był zainteresowany, wybrał opcję przeczekania wydarzenia w jednym z katowickich kin. Kupił więc trzy bilety na trzy następujące po sobie seanse robiącego wówczas furorę pierwszego "Kilera". Że też mu przepona nie siadła. Ojczulek klasa. I to też jest swego rodzaju rock'n'roll. 






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 18 lutego 2018 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań






"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 18 lutego 2018 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski







SAXON - "Thunderbolt" - (2018) -
- Nosferatu (The Vampire's Waltz)
- They Played Rock And Roll

MAGNUM - "Lost On The Road To Eternity" - (2018) -
- Lost On The Road To Eternity - {featuring TOBIAS SAMMET}

AMMUNITION - "Ammunition" - (2018) -
- Freedom Finder
- Bad Bones

SHAKRA - "Snakes & Ladders" - (2017) -
- Cassandra's Curse
- Open Water
- The End Of Days

SAXON - "Destiny" - (1988) -
- Ride Like The Wind - {Christopher Cross cover}

BOULEVARD - "IV: Luminescence" - (2017) -
- Laugh Or Cry

FM - "Indiscreet" - (1986 / reedycja 2012) -
z dodatkowego dysku:
- Let Love Be The Leader (extended remix) - nagranie z 1987 r.

TOTO - "40 Trips Around The Sun" - (2018) -
- Alone - {newly recorded}
- Spanish Sea - {newly recorded} - kompozycja powstała już w 1984 r.

RICK SPRINGFIELD - "The Snake King" - (2018) -
- In The Land Of The Blind
- The Devil That You Know

URIAH HEEP - "On The Rebound - A Very 'Eavy 40th Anniversary Collection" - (2010) -
- You Are The Only One - {previously unreleased} - "Wake The Sleeper" sessions, 2008

CHRISTOPHER CROSS - "The Definitive Christopher Cross" - (2001) -
- Ride Like The Wind - {oryginalnie na LP "Christopher Cross", 1979}

CHRISTOPHER CROSS - "Take Me As I Am" - (2017) -
- Haila
- Take Me As I Am
- Old Days
- River Of Tears

===================================
===================================

kącik: "Szanujmy wspomnienia, czyli cudze chwalicie swego nie znacie"


METRUM - "Zielony Dach" - (2018) -
nagrania z 1977 roku
- Mówię Do Ciebie
- Zimowy Spacer Boba
- Droga Do Domu
- Wesoły Mrówkojad
- Zielony Dach

===================================
===================================

OLETA ADAMS - "Evolution" - (1993) -
- Hold Me For A While

CHAMPLIN, WILLIAMS, FRIESTEDT - "CWF" - (2015) -
- After The Love Has Gone - {Earth, Wind & Fire cover}

CHICAGO - "Chicago XI" - (1977) -
- Policeman - {śpiew ROBERT LAMM}
- Take Me Back To Chicago - {śpiew ROBERT LAMM}
- Prelude (Little One) - {śpiew TERRY KATH}
- Little One - {śpiew TERRY KATH}

BAD COMPANY - "Fame And Fortune" - (1986) -
- This Love
- Long Walk
- If I'm Sleeping

BAD COMPANY - "Dangerous Age" - (1988) -
- No Smoke Without A Fire
- Something About You






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




niedziela, 18 lutego 2018

SAXON - "Thunderbolt" - (2018) -








SAXON
"Thunderbolt"
(SILVER LIVING)

***3/4





Saxon od zawsze grają swoje, i za to im chwała. Odnoszę nawet wrażenie, że im dłużej, tym ostrzej. Niech sympatycy w Polsce osławionego "Broken Heroes" nie czynią sobie nadziei, ekipa Biffa Byforda nie ma zamiaru splatać ładnych melodyjek pod przebojowe listy, nawet jeśli militaria, wojny, czy ich przegrani lub bohaterowie, od lat przemykają w zespołowych lirycznych warstwach piosenek. Brytyjczykom należy się szacunek za nie bycie trendy, za niepołakomienia o ekstra zyski oraz słomianą sławę. Grupa i tak posiada potężne grono zagorzałych wielbicieli, nie potrzebując przypadkowego audytorium, które ukłoniłoby się tylko na moment - z powodu jakiejś balladki. Inną kwestią, iż Saxon od dawna nie realizują już przebojowych dzieł, na miarę "Wheels Of Steel", "Innocence Is No Excuse", bądź "Denim And Leather". Zapomnijmy o tamtych czasach, albowiem zacni przedstawiciele NWOBHM tkwią w innym miejscu. Tak więc, na bok wspomnienia, pora na muskularność i rozżarzone tempa.
Wydany niedawno "Thunderbolt" (Biff sugeruje, iż zainspirowany bogami greckiej mitologii), co prawda w niczym nie przewyższa wciąż świeżych "Sacrifice" (2013) czy "Battering Ram" (2015), ale potrafi pójść z nimi ramię w ramię, przyjemnie pieszcząc uszy bombastycznymi melodiami.
Pierwszą, tuż po 1,5-minutowym intro "Olympus Rising", mamy na samym wstępie, to tytułowe "Thunderbolt" - w którym Biff powoła się na Homerowską Odyseję, Posejdona, Zeusa, bogów z Olimpu, plus nieco piorunów i płaczu niebios. Mocny numer, idealny na początek płyty, a kto wie... może i któregoś z najbliższych koncertów?. Jest charakterystyczny zadzior, dobre proste riffy, utrwalająca się melodia - czego chcieć więcej? Tak ostro, a czasem jeszcze ostrzej, bywa w "Speed Merchants", "A Wizards Tale", bądź w "Sniper". Ale nie zabraknie nam podrasowanego Saxon, które puszcza oko do entuzjastów okresu pomiędzy "Wheels Of Steel" a "Forever Free". Mam na myśli, co prawda też charakterne i niepozwalające się ograbić współczesnej produkcji, lecz lżej i melodyjniej się niosące: "The Secret Of Flight" ("...człowiek zawsze spoglądał w niebo marząc, by pewnego dnia ku niemu się wzbić, niczym orzeł brnący poza wzroku zasięg, poszukując sekretu, sekretu lotu..."), "Roadie's Song", "Sons Of Odin" czy "They Played Rock And Roll". Ten ostatni (jak zresztą cały album)  zadedykowano zmarłemu liderowi Motörhead, Lemmy'emu Kilmisterowi ("...był rok 1979, gdy wzniósł się bombowiec, grali rock'n'rolla nie śpiąc, bo trasa trwała do upadłego... Adrenalina, skóra, pot, decybele miażdżące twój mózg i zasypianie w blasku słonecznych promieni... Bas jak grzmot, bębny ze stali, wściekłe gitary...").
Jest też taki numer "Predator" ("... naturalnie poczęci zabójcy, których nigdy nie brakowało, szkolą się od urodzenia, doskonalą umiejętności, nie mają wątpliwości, by zabijać..."), w którym gościnnie zaśpiewał, a raczej zagrowlingował Johan Hegg - wokalista Amon Amarth. Kolejna mocna rzecz. Zupełnie tak piszę, jakby tu nie było tylko samych rzeczy mocnych i mocniejszych.
No i jeszcze taki podszyty organami smaczek "Nosferatu (The Vampire's Waltz)". Utwór podany na kompakcie w dwóch wersjach (na LP tylko w jednej). Pierwszej - o pełnym rozmachu, oraz drugiej - tak zwanej: surowej. Ciekaw jestem, co by na ten kawał żelaza powiedział swoim Słuchaczom Jego Wampiryczność Nosferatu Tomasz Beksiński? - ("... zło zakrada się w ciemności, a w powietrzu unosi zapach śmierci, samotna dusza powraca do domu, mając poczucie, że nie jest sama...").
Na części koncertowej trasy, Saxon będą dzielić scenę z Magnum, szkoda, że akurat nie 8 kwietnia w Bydgoszczy.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




Wszystkie pieniądze świata

Wybrałem się na najnowszy film Ridleya Scotta, pomimo iż jego osławiony "Gladiator" wynudził mnie w swoim czasie niemiłosiernie. Jednak "Wszystkie pieniądze świata" to kompletnie inne kino, w dodatku oparte na autentycznym wydarzeniu. O tym, czym są pieniądze, co dla niektórych ludzi znaczą, i co potrafią z nimi samymi zrobić. Mafia, porwanie, przemoc, brutalizm, plus walka o życie.
Porwanie wnuka najbogatszemu człowiekowi świata, dla którego uratowanie mu życia warte tyle, co ewentualny kolejny dobry interes zbity na przekręcie fiskusa. Bogacz nie ma ochoty płacić. Matczyne łzy i ranga sprawy nie robią wrażenia na człowieku, który jakże by inaczej, bezustannie deklaruje miłość do młodzieńca. Twierdzi jednak, że gdyby miał dwadzieścia czworo wnucząt, znalazło by się dwadzieścia cztery powodów, by zechciano go ograbić. Nie może więc się ugiąć. Na nic błagania matki, cierpienia chłopaka... nawet podesłane jako dowód obcięte ucho, nie robią na obrzydliwie bogatym starcu wrażenia. Rzecz więc o tym, jak zdobywana fortuna stoi ponad ludzkie uczucia, ponad ludzkie życie.
Mocne kino, rozkręcające się powoli, którego dramaturgia mknie od zwykłej sensacji, aż po prawdziwy thriller. Film może z początku wydawać się nieco przydługawy, a nawet pretendować do rozwlekłego tasiemca, z czasem jednak nabiera tempa, by w części finalnej przerodzić się w zaciśnięte pięści, a którego happy end pozostawia gorzki smak.
Scena obcinania młodzieńcowi ucha, naprawdę bardzo mocna. Przyznam, że z wrażenia sam się za własne chwyciłem.
Szkoda tylko, że do kina przychodzi tyle ludzkich świń. Przepraszam jednocześnie poczciwe urocze zwierzaczki, które nie zasługują na porównanie do istot, które z kina robią istny syf. Ciekawe, czy w swoich domach paskudzą równie efektownie podczas oglądania filmu w telewizorze? Trudno policzyć stanowiska z porozrzucanym popcornem i pozostawionymi butelkami po napojach, ale w niektórych miejscach zastanawiałem się, czy bydło powylewało niedopitą colę, czy po prostu się zeszczało.
Obok mnie usiadł jakiś nienażarty wychudzony dupek, który z początku mlaskał, siorbał i szeleszczał papierkiem, wyjmując co kilka sekund po jednym kawałku chrupka. Już planowałem wysłać mu słowną reprymendę, ale jakby wyczuł zagrożenie, i dosłownie w tym momencie przestał żreć. Pod koniec filmu prymityw nie mógł doczekać napisów, więc co chwilę sprawdzał czas w swojej prehistorycznej komórce, albowiem obsługa smartfonu, to dla jego mózgu nadal nieosiągalny pułap. Przewidywalnie więc, po przywróceniu na sali świateł, bez chwili refleksji wstał i wyszedł, pozostawiając po sobie jebniętą na ziemię butelkę po półlitrowej coli. Bo na cholerę przynajmniej było pozostawić ją w krzesełkowym koszyczku. Aż chciałoby się takiemu durniowi wbić czip debilizmu do ucha, wszak jasno widać, że przed chwilą obejrzana historia nie wywołała w nim żadnej refleksji, ni ludzkich odruchów.
Stać mnie na zwrócenie uwagi, nawet osiłkowi przewyższającemu mnie wzrostem i masą (co łatwym nie jest), więc lepiej nie drażnić rekina. Pamiętam, jak w swoim czasie, w kinie Rialto degustowałem pewien niełatwy film z Meryl Streep (bodaj "Godziny"), a jacyś młodzieńcy bezustannie żarli chwilę wcześniej zakupionego McDonalda... do pewnego momentu dawałem im szansę, aż w pewnej chwili dosłownie ryknąłem mało wyszukanie: albo dalej żrecie i wypierdalacie z kina, albo koniec chlewu i wczuwamy się w film. Cisza jak makiem zasiał. I tak trzymać.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






piątek, 16 lutego 2018

STARBLIND - "Never Seen Again" - (2017) -










STARBLIND
"Never Seen Again"
(PURE STEEL RECORDS)

***





Poniższym szwedzkim kwintetem powinni się czym prędzej zainteresować najzagorzalsi sympatycy Iron Maiden. Słucham właśnie ich najnowszego trzeciego albumu "Never Seen Again", i nie przychodzą mi żadne inne skojarzenia. Oczywiście można powołać się przy tej okazji na innych dostarczycieli mocnych wrażeń nurtu NWOBHM, lecz na usta ciśnie się tylko jedna wcześniej przywołana ekipa.
Muzycy Starblind są przesiąknięci do ostatniej nitki twórczością (głównie okresu lat osiemdziesiątych) Żelaznej Dziewicy, i co ciekawe: w ich przypadku także po drugim albumie nastąpiła zmiana na fotelu wokalisty. Widać, historia lubi o sobie przypomnieć. Pan nazywa się Marcus Sannefjord Olkerud, liczy sobie 26 lat, i niestety nie ma tak barwnego głosu, co Bruce Dickinson, lecz oktawową skalą możliwości nie pozwala się zepchnąć do defensywy. Jego koledzy grają z polotem (na dwie gitary. pomimo iż Maideni od półtorej dekady kroją na trzy!), kombinatorsko, melodyjnie, czasem aż do bólu bliźniaczo-maidenowsko, choć do brzmienia basu Steve'a Harrisa, Danielowi Tilbergowi brakuje całej Drogi Mlecznej.
Starblind jak do tej pory nie spłodzili jeszcze wiekopomnych nut, na miarę "22 Acacia Avenue", "The Number Of The Beast", "Run To The Hills" czy "The Trooper", ale wszystko przed nimi. Nawet jeśli od razu wiadomo, iż matka natura nie obdarzyła Skandynawów żyłką kompozytorską pokroju Dickinsona/Smitha/Harrisa/Gersa i Murraya. Warto jednak dać im szansę, może kiedyś, kto wie...
Przydałaby się również bardziej rasowa produkcja. Nie stawiam nieosiągalnej zapory na miarę Martina Bircha, ale dzisiejszy fan dyskretnego szczęku blach bywa jeszcze bardziej wymagający, niż w czasach "The Number Of The Beast", a omawiane "Never Seen Again" nawet przez moment nie zagraża pod tym względem swemu o ponad trzy- i pół dekady starszemu bratu.
Nie oczekujmy też godnych następców wielowątkowych "Powerslave", "Rime Of The Ancient Mariner" czy "Hallowed Be Thy Name", choć przyjemnie rozbudowane "Eternally Bound" oraz "The Last Stand", naprawdę wyborne. Pozostałą część repertuaru z "Never Seen Again" wypełniają niewymuszone miotacze, z których głowic tylko czerpać nektary.
Na przebojowe branie mogą liczyć "The Shadow Out Of Time" lub "Pride And Glory", a już takie "The Everlasting Dream Of Light", to wypisz wymaluj kombinacja Iron Maiden'owskich "The Clairvoyant" oraz "Caught Somewhere In Time". Tym samym skoncentrowałem Szanownych Państwa uwagę na ledwie połowie albumu, a przed nami jeszcze drugie tyle. Tkwię w przekonaniu, iż każdy fan Maidens doszuka się na przeróżnych etapach omówionego dzieła własnych porównań - jakby nie było - względem najlepszej metalowej orkiestry wszech czasów. Życzę dobrego odbioru, nawet jeśli nowych lądów nikt tu nie odkryje.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





"Smoleńsk"

Przedwczoraj zmarł Antoni Krauze - reżyser, scenarzysta, człowiek o bogatym filmowym dorobku, ale też autor kontrowersyjnego i jednokierunkowego dzieła "Smoleńsk". Od początku nie planowałem dokładać cegiełki do jego wspomożenia, choć korciło mnie obejrzenie i wyrobienie własnego zdania. Do wczoraj o filmie słyszałem bardzo wiele, i bardzo wiele złego, nie ma więc jak przekonać się na własne oczy. Stwierdziłem, że lepszej okazji nie będzie, lecz aby nie zanieczyszczać domowej płytoteki świadomie skorzystałem z serwisu You Tube. Serwis film posiada - w całości. I chyba legalnie, skoro nikt go do tej pory nie skasował. Zapewniono pod pierwszym kadrem, że całość będzie dobrej jakości, co akurat prawdą nie jest, ale lepszej przecież nie potrzeba.
Nie spodziewałem się wybornej obsady, ani też niezwykłej produkcji. Tym bardziej, że nikt przyzwoity nie chciał dołożyć się do realizacji tego filmu, a i też najlepsi aktorzy odmówili udziału w najwcześniejszej fazie planów.
Reżyser Krauze podparł się więc tymi, którzy pozostali, a którym nie przeszkodził fakt udziału w tym z góry nakreślonym propagandowym dziele, zupełnie jak w 1941 roku innej sporej części wyklętych naszych rodaków, którzy wspomogli III Rzeszę w realizacji pokrytego hańbą "Powrotu do ojczyzny". Należy przy tym dodać, że dużą część scenariusza do "Smoleńska" popełnił Marcin Wolski - postać całkowicie wyblakła z dawnego poczucia humoru oraz trzeźwej oceny realiów. Zatem, już sama filmowa lista płac wskazywać mogła na tendencyjność, do której nikt nie odmówiłby nawet artystycznego prawa, gdyby nie fakt popełnienia czynu za nasze pieniądze. Wszak darczyńcy nie zrzucili się na jego realizację wystarczająco, przez co (oficjalnych) kilkanaście milionów złotych poszło z państwowego budżetu.
Realizowany przez mniej więcej trzy lata "Smoleńsk" trafił do kin przed dwoma laty, nie wywołując entuzjastycznych reakcji, ani w konsekwencji zupełnie na siebie nie zarabiając.
Jedną z głównych ról kreuje w nim niejaka Beata Fido - wcielająca się w dziennikarkę, której zadaniem na planie było sparodiowanie Katarzyny Kolendy Zaleskiej. Postanowiłem przyjrzeć się uważniej odtwórczyni znaczącej roli, więc zajrzałem do jej filmografii. I to mi bardzo wiele wyjaśniło, dlaczego do tej/tamtej pory pani-miernota nigdy nie otrzymała żadnej znaczącej roli. Kamera jej nie szuka, nie lubi, albowiem charakteryzuje ją sztuczność, niewyrazistość, aktorka snuje się przez cały film, niczym zahibernowana maska. Fido nie potrafi się uśmiechać, ni nawet wyrażać przerażenia, jest sztuczna, niczym miłość z prezerwatywą.
Sam film też niczego nie wyjaśnia, a jedynie nieudolnie oskarża, bo o sugestiach nawet nie ma mowy. To wymagałoby wyższego pułapu. Obraz nie wyraża również empatii względem rodzin ofiar. Widz może ponadto wyłowić, że premier polskiego rządu, zamiast współczucia i zaangażowania, wybiera się na narty w góry. Ani słowa o tchórzostwie obalonego niedawno ministra oraz o osławionym obiedzie ludzi, którzy obecnie szczują i podgrzewają na tych, którzy wówczas autentycznie gasili ogień.
Starałem się obejrzeć film w miarę obiektywnym okiem (choć to trudne), licząc na podobną neutralność od jego twórców. Z każdym kadrem czułem coraz większe zażenowanie. Nie tylko z powodu stronniczości, ale przede wszystkim z uwagi na samą realizację i grę aktorską. Czegoś tak kiepskiego nie widziałem chyba nigdy. Oczywiście nie jestem w tym względzie autorytetem, ponieważ w ogóle niewiele oglądam, ale na kilku filmach jednak troszkę się znam.
Film nie dostarcza argumentów, zarazem też nie porusza wyobraźni. Jest jednym wielkim brakiem wszystkiego.
Ze "Smoleńska" wyszedł jeden wielki druzgocący obraz nieudacznictwa. Szkoda jedynie odpowiedzialnego za całość Antoniego Krauzego, który na swej ostatniej prostej wymazał się z listy zasłużonych dla polskiego kina. Natomiast wszystkich aktorów, którzy za sprawą tego gniota spróbowali świadomie zafałszować obraz świeżej historii Polski, powinno się skazać na infamię.
Niedawno, gdzieś w okolicach połowy stycznia, w często odwiedzanym Saturnie, uzgadniałem z panem z obsługi realizację płyt, gdy rozmowę przerwał młody człowiek: "czy dostanę na DVD Smoleńsk?". Już chciałem mu nawet wskazać miejsce, w którym ogromny stos płyt leżakuje nieprzerwanie, ale pan z obsługi zarzucił okiem do systemu komputerowego, odrzekłszy: "nie, niestety nie ma". Oszołomiony młodzieniec skinął głową i poszedł dalej penetrować filmowe regały, ja natomiast postanowiłem temat podtrzymać, dopytując: jak to nie ma?, przecież jeszcze kilka dni temu widziałem cały stos, ze dwadzieścia egzemplarzy. No więc jak to, sprzedaliście?  Usłyszałem coś w rodzaju: ten film w ogóle się nie sprzedaje. Stale nam go przysyłają z możliwością zwrotu, więc po upływie terminu zwracamy, a oni przy kolejnej dostawie ponownie podrzucają cały karton. No cóż, młody człowiek najwyraźniej z wytęsknionym zakupem źle się wstrzelił. Może dla niego to pewna przestroga, a nawet dobry omen. Być może dzięki niedoborowi filmu na półce, sam poruszy wodzą wyobraźni, której "Smoleńsk" nie posiada.







Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




środa, 14 lutego 2018

stówka w pięć minut i bez napinki

Czasem słyszę narzekalskich, że jakie te winyle drogie. Po pierwsze: wcale nie drogie, tylko stać cię bratku, albo nie, po drugie: nie moja wina, że za nowego longa trzeba wysupłać z sakiewki circa 20-25 euro, a ty zamiast nośnikowej muzyki wolisz nowy krawat. Jeśli nie dajesz rady, zmień profesję i zacznij zarabiać. Ja zarabiam na płyty, na koncerty już nie, więc z tych drugich świadomie rezygnuję, ale nadal uważam się za szczęśliwego człowieka.
Kilka tygodni temu odwiedził mnie w chałupie fachowiec elektryk. Powodem wezwania zbuntowany kontakt w ścianie. Przyjechał więc następnego dnia dżentelmen w wyświechtanej katanie. "Bry, gdzie usterka?" - poszło na wejściu. Jeszcze mu nie wyjaśniłem, już wiedział. Prorok? Spuściłem fachurę z oka na trzy/cztery minuty, tak więc stawiam, że zagościł u mnie minut pięć. Nooo, może siedem, ale na pewno nie dziesięć. Gdy poprosiłem o łagodny wymiar kary, pan bez chwili namysłu chlasnął dwa słówka: sto złotych. Nawet mu głos nie zadrżał. To jest dopiero coś. Czysta robótka, w ciepełku, z prądem, lecz bez napinki.
I pomyśleć, że w płytowych second-handach, sto złotych niejednokrotnie trzeba dać za jakiegoś first pressa, a dwie setki to już za wypasa. Cóż, a to przecież wartość kwadransa roboty dla gościa po zawodówce.
Mojej Żoneczce czasem zwracam uwagę na niską wartość tych jakże przydrogich płyt. Szczególnie po każdych sprawunkach, kiedy to przy kasie pani kasjerka zawoła od nas: dwieście siedem złotych i trzydzieści dziewięć groszy. Wówczas tłumaczę mojej Mundi, że za tę forsę częstokroć można kupić ze dwie unikatowe świetne płyty. Z kawałem historii, często czterdziestoletniej, w bardzo przyzwoitym stanie oraz muzyką, która nie zwiędnie jak kwiat w wazonie, jak też nie przemieli bezpowrotnie układ pokarmowy. Ten koszyk sprawunków jest materialną wartością płyty lub płyt, które pamiętają nasz socjalizm, mur berliński, pierestrojkę, stan wojenny, jak też zapach kwiatów 1979 lub 1986 roku.
Będąc niedawno w Avenidzie zajrzałem do Saturna. Zawsze odwiedzam wielkopowierzchniowe składy płytowe, jeśli tylko trafię do odpowiedniego molocha. Omijam galerie, w których nie mogę sobie pogrzebać w płytach. Na co mi butiki? Wszak modnymi szmatkami niedoborów w urodzie i tak nie zatuszuję. To tłumaczy, dlaczego do teraz moja noga nie przekroczyła progów Galerii Malta czy nadpobudliwie rozrośniętej Posnanii. Ale wróćmy do Saturna w Avenidzie... już dawno spostrzegłem, że jego ekipa jedynie wykonuje powierzone obowiązki, natomiast serca do płyt oraz kolekcjonerów nie mają za grosz. Bo oto znalazłem na półkach dwa interesujące mnie tytuły, a na każdym z nich cena walnięta prosto na stickerze. Wyjaśnię niezorientowanym, że sticker, to taki papierek z ważnym dla połykacza muzyki tekstem, którą nakleja się na froncie okładki, celem zachęty do zawartości albumu. Dzięki niej, często dowiemy się, jaką znaną piosenkę zawiera dany album, albo np. o unikatowości trzymanego w dłoni wydawnictwa. Każdy zbieracz płyt lubi tego typu gadżety, więc po zerwaniu folii, także odlepia owe naklejki i przylepia na kompaktowe pudełko lub winylowy karton. Niestety po walnięciu niemałej i w konsekwencji trudnej do odklejenia cenowej metki centralnie na tegoż stickera, niszczymy go bezpowrotnie. Tu mowa o tych metkach z systemem zabezpieczającym przed kradzieżami. Wyjaśniłem więc pani przy kasie problem, po czym pani spojrzała na mnie jak należy, czyli jak na świra, na końcu obiecując zająć się sprawą, tj. przekazać uwagę kolegom z działu "muzyka i film". Gdy podziękowałem za transakcję, pani zapewniająco raz jeszcze - już tak sama z siebie - zapewniła, że na pewno przekaże komu trzeba.
Wczoraj mieliśmy Dzień Radiowca. Nie obchodziłem go hucznie, choć mam do niego większe prawo, niż jakiś byle klepu klepu didżej.

P.S. Ach, zapomniałbym, dzisiaj Walentynki - przesyłam więc wszystkim całuski i dwie rybie łuski. 







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"