poniedziałek, 18 czerwca 2018

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 17 czerwca 2018 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 17 czerwca 2018 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski

prowadzenie: Andrzej Masłowski







V/A - "Gloryland - World Cup USA '94" - (1994) -
THE CROWD - Anthem (Olé, Olé, Olé, Olé / Aida)
THE MOODY BLUES - This Is The Moment

EMBRACE - "World At Your Feet" - (2006) -
World At Your Feet

NEW ORDER - "World In Motion" - (1990) -
- World In Motion

V/A - "The Official Album Of The 2002 FIFA World Cup" - (2002) -
VANGELIS (featuring KODO / KIM DUK SOO) - Anthem - The Official Anthem Of The 2002 FIFA World Cup - {orchestral version with choral introduction}

FOREIGNER - "Foreigner With The 21st Century Symphony Orchestra & Chorus" - (2018) -
- Say You Will
- Starrider
- Double Vision

JOHN WAITE - "Rover's Return" - (1987) -
- These Times Are Hard For Lovers

RSO - "Radio Free America" - (2018) -
- Take Me
- Masterpiece
- One Night Of Peace
- Blues Won't Leave Me Alone

PRAYING MANTIS - "Gravity" - (2018) -
- Mantis Anthem

SAXON - "Killing Ground" - (2001) -
- Court Of The Crimson King - {King Crimson cover}

APRIL WINE - "Harder.....Faster" - (1979) -
- 21st Century Schizoid Man - {King Crimson cover}

JAN AKKERMAN - "The Golden Years Of Dutch Pop Music" - (2017) -
- House Of The King - {JAN AKKERMAN, singiel 1973}

ARAGON - "Don't Bring The Rain" - (1990) -
- The Cradle

LUNATIC SOUL - "Under The Fragmented Sky" - (2018) -
- Trials
- The Art Of Repairing

PLENTY - "It Could Be Home" - (2018) -
- As Tears Go By - {Rolling Stones cover}
- Foolish Waking
- Strange Gods

KING CRIMSON - "Lizard" - (1970) -
- Lizard
a) Prince Rupert Awakes
b) Bolero - The Peacock's Tale
c) The Battle Of Glass Tears
    I) Dawn Song
    II) Last Skirmish
    III) Prince Rupert's Lament
d) Big Top

KING CRIMSON - "The Great Deceiver" - (1992) -
CD 1: Things Are Not As They Seem...
recorded at the Palace Theatre, Providence, Rhode Island, United States, 30 June 1974
- Starless

====================================
====================================


JON HISEMAN 
(21.VI.1944 - 12.VI.2018)

kącik poświęcony Artyście




COLOSSEUM - "Those Who Are About To Die Salute You - Morituri Te Salutant" - (1969) -
- Debut
- The Road She Walked Before
- Those About To Die

COLOSSEUM - "Daughter Of Time" - (1970) -
- Time Lament
- Theme For An Imaginary Western

====================================
====================================

CIELO Y TIERRA - "Heaven And Earth" - (1996) -
- La Segunda Oración (remix) - śpiew PEDRO VADHAR & JON ANDERSON






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






niedziela, 17 czerwca 2018

Olé, Olé, Olé...

Tempo meczów Portugalia-Hiszpania, Peru-Dania czy Argentyna-Islandia wzbudziło we mnie duże obawy przed wtorkowym pojedynkiem Polska-Senegal. Ci czarnoskórzy dryblasi nas zabiegają. Bo o ile z ledwością dociągnęliśmy ze słabą Litwą w towarzyskim 4:0, o tyle z lżejszym składem Chile jeszcze dziesięć minut dłuższej, a byłoby po nas. Mam nadzieję, że Adam Nawałka skrywa w rękawie nie lada atut, którego przed Mistrzostwami nie chciał wyłożyć na stół.
Na Mundialu na razie bez niespodzianek, choć żałuję, że Peru nie dało rady Danii, a i Australia wcale nie odstając poziomem od Francji, nie zdobyła nawet punktu.
Komentatorzy (mecze: Chorwacja-Nigeria oraz Peru-Dania) zgodnie jednym głosem; w 79 minucie powiadają, że do końca jest jeszcze sporo czasu, by w okolicach 83 minuty zauważyć, jak niewiele go jeszcze pozostało. Hmmm...
Ale wiecie moi Drodzy Państwo, co mnie zasmuciło? Coś, co być może dzisiaj nikomu już nie jest potrzebne, natomiast ja się do pewnej tradycji przyzwyczaiłem: brak mundialowej płyty. Nie wydano, bo i po co? Kto dzisiaj kupiłby kolekcję futbolowych piosenek na niemodnym kompakcie. Znak czasów. Zanim więc całkowicie zaprzestanie się tłoczenia płyt CD, rozpoczyna się od ograbiania dobrych zwyczajów. No dobrze, usłyszeliśmy Robbiego Williamsa i kogoś tam jeszcze, ale zawsze tych piosenek było ze dwadzieścia i można było ich wszystkich dostąpić na konkretnym si-di. Pozostawała więc pamiątka, a tymczasem proponuje się i upycha na morgi jakieś gry video, okazjonalne albumy, klasery, saszetki, puszki kolekcjonerskie, nalepki, figurki, piórniki, koszulki, kredki, długopisy i licho wie co jeszcze. Aby więc posłuchać The Crowd "Olé, Olé, Olé, Olé, Olé" trzeba sięgać po wykopaliska z amerykańskich mistrzostw z 1994 roku.
Nie wiem, może nie potrafię szukać, jednak uczciwie przetrząsnąłem dział nowości w pobliskim Saturnie i nie znalazłem niczego, co by choć w najskromniejszej formie płytowej utrwalało toczące się piłkarskie igrzyska. Choćby singla, z kim- i z czymkolwiek, byleby było. Kupiłbym nawet wielbionego szumnie Kazika, gdyby tylko poczochraniec coś na tę okoliczność spłodził.
Przygotowałem na dzisiaj mnóstwo wspaniałej muzyki. Jak zawsze starej, młodszej, jak i najmłodszej. Tym samym liczę na Szanownych Państwa obecność. A nawet aktywność, albowiem ponownie zabiorę na Św. Rocha winyle od Pana Tomka z wydawnictwa Atman. Nie trzeba wiele, by stać się ich posiadaczem, jednak gdybyście zechcieli przejrzeć całą ofertę wytwórni, koniecznie polecam katalog na stronie www.atman-music.com.
Słuchajcie Nawiedzonego Studia, dopóki jest. Jak wszyscy, też nie jestem wieczny.
Do usłyszenia o 22-giej na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl


ŚCIŚLE LIMITOWANE


Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






piątek, 15 czerwca 2018

kolejny mail od uczestnika koncertu King Crimson

Jest chwilka pomiędzy meczami, udostępniam więc kolejnego maila od Czytelnika Blogu Nawiedzonego. Echa King Crimson zostaną utrwalone na zawsze, warto więc podzielić się wrażeniami.
Pan Jerzy dał mi zielone światło na udostępnienie prywatnej korespondencji, tak więc bardzo proszę, oto kolejna opinia o poznańskim występie King Crimson:

"Szanowny Panie Andrzeju!
Zanim poczytam inne recenzje - Pana Tomasza właśnie przeczytałem - napiszę kilka słów od siebie.
Bardzo żałuję, ze nie mogłem oglądać i słuchać KC w latach siedemdziesiątych, bo sam za 2 m-ce będę miał dopiero ( ;-) ) 50 lat. Niestety nie widziałem też ich wcześniej, jak się pojawiali w Polsce w zupełnie innym składzie. Zazdroszczę, tego co Pan widział i słyszał. Ale ponieważ chciałem z powyższej okazji sprawić sobie jakieś inne wrażenia i zobaczyć coś "świętego", to była najlepsza okazja. Też mam przeróżne odczucia - dużo materiału, który jednak nie jest mi najbliższy; Jako Jakszyk w tym składzie to też nie to, co powinno się słyszeć; dla mnie muzycznie za mało wybiegów w przeszłość najgłębszą. Ale rozumiem, że Naczelny Dyrygent tworzy na bieżąco i nie może grać tylko muzyki sprzed pół wieku. Natomiast pochwalić Artystów muszę: Mel Collins wygrywał czasem cuda na wszystkich dmuchanych instrumentach, a dla mnie oglądanie 3 zestawów perkusyjnych chwilami było niezwykle ekscytujące. To chyba jednak najsilniejszy punkt przyciągający ucho i wzrok. A już gra Harrisona - poznałem go w P.T. i bardzo cenie jego zdolności. Tu przyćmił moim zdaniem wszystkich. Zresztą owację dostał ogromną po chwili grania solowego. Miałem wrażenie chwilami, że gdyby wyłączyć niepotrzebne czasem "rzeżbienia" Frippa, to sami perkusiści z Levinem też zrobiliby fantastyczny show.  Poza tym - wykonanie Starless... włączyłem w głowie korektor i na innej częstotliwości śpiewał Wetton. Usłyszenie tego na żywo warte było wszelkich momentów mniej przyswajalnych. Zresztą było widać jak na sam koniec 2 części publiczność się zerwała z miejsc z długą owacją.
Koncert długi (3 godziny z 20 minutową przerwą) - dla zagorzałych fanów zapewne doskonały. Dla mnie i tak pozostanie z powyższych względów niezapomniany.
Miałem napisać coś jeszcze o niedzielnej audycji (dobrego) ale może potem.
Pozdrawiam
Jerzy Ochocki"

Dziękuję pięknie Panie Jerzy.

Następny wpis wypadałoby poświęcić  odbywającemu się Mundialowi, no chyba, że zalejecie mnie Drodzy Państwo kolejnymi spostrzeżeniami "pokoncertowymi".






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







stara prawda głosi...

Stara prawda głosi, że najwięcej wiedzą ci, którzy czegoś nie doświadczyli. Dobrze przecież wiemy Drodzy Państwo, że o rodzinie, o wychowaniu dzieci i o naszej szczęśliwości, najwięcej wiedzą księża kamraci, a na futbolu zna się każdy Polak.
W swoim czasie przez około dwa lata pracowałem jako biurokrata w pewnej Spółdzielni Niewidomych. Mieliśmy tam taką specyficzną kierowniczkę, która czasem bywała obiektem obstrzału ze strony ludzi z działu produkcji. Byli to głównie niewidomi i pech chciał, że dawali kobiecie popalić. Czasem wręcz do boleści wątroby. Kobieta z czasem wyzbyła się wobec nich współczucia i jakiejkolwiek empatii. Fakt faktem, że skurczybyki wiedzieli i "widzieli" absolutnie wszystko, nawet to, czego nasz "zalatany" biurokratyczny dział nie dostrzegał. W gniewie na powyższych inwalidów Pani Iwona zawsze mnie wyczulała: "panie Andrzeju, niech pan uważa, bo choć ślepoki, widzą więcej niż się panu wydaje". Wiem, że nieładnie tak nawet pomyśleć, lecz w wielu przypadkach naprawdę tak było. Tym samym przepraszam za mocny ton, lecz ja tylko pozwoliłem sobie dokleić cytat.
Jako, że byłem jedynie zwykłym "specjalistą do tzw. spraw", nie miałem z nikim starć, jednak kierownikom na zebraniach obrywało się od rządzących firmą, a tym samym poszkodowanym przez los. No cóż, taka firma, taka jej specyfika, dlatego i ja nie wyobrażałem sobie dotrwać w niej emerytury.
Przejdźmy do sedna... nie byłem więc na King Crimson. Nie zobaczyłem, nie posłuchałem, natomiast wszystko wiem. Poruszyłem stołem, a nożyce się odezwały. Na dodatek wczoraj zacytowany Pan Tomek H. ośmielił się napisać kilka słów, które tylko wzmogły polemiki od wszelakich wniebowziętych. Tylko dlaczego mnie się dostaje? Przecież ja tylko pośredniczę. Jak by to rzekł Kaźmirz Pawlak: ja tylko pociągnął.
Ktoś się oburzył, że nie byłem, jeszcze inny ktoś zwrócił uwagę, że w Warszawie w Kongresowej były dwie perkusje (mnie tylko chodziło o samego Bruforda, który zagrał za trzy perkusje!), a jeszcze ktoś inny wyszedł z Sali Ziemi zachwycony, nie wyrażając zgody na zamieszczenie recenzji u Nawiedzonego nawet anonimowo. I wszystkie opinie oraz zachowania bardzo szanuję, bo przecież wywodzimy się z tej samej muzycznej rodziny. Dlatego trzymajmy się. Sprzeczajmy, brońmy swego, jednak nie miejmy za złe, że to, co dla jednego olśniewające, dla drugiego bywa zwykłą kichą. Różnimy się i jest to na swój sposób piękne. Niegdyś z kolegami dokonywałem testów w tematach naszych ulubionych płyt. Polegało to na tym, że każdy miał, dajmy na to z takiego Genesis "Invisible Touch", wybrać swoje dwa naj naj naj fragmenty. Przy czym obie strony deklarowały wszech uwielbienie dla całości dzieła. Lecz ok, dwa ulubione, to dwa i już. Każdy zapisywał dwa tytuły na karteczce, po czym na trzy cztery odsłaniamy, i co wychodziło? A to, że na jednej wypisano: "In Too Deep" i "Throwing It All Away", a na drugiej tkwiło: "Tonight, Tonight, Tonight" plus "Domino". A przecież chwilę wcześniej padły zapewnienia, że tak samo uwielbiamy dany album. Niby tak samo, a jednak inaczej.
Przez powyższy przypadek spróbowałem wyjaśnić, jak może na nas działać nazwa "King Crimson". Acha, i jeszcze jedno: jeśli powiadam, że ten cudowny zespół nie fascynuje mnie od płyty "Discipline" wzwyż, to taki jest stan faktyczny. Nie bardzo więc potrzebuję zapewnień, że tkwię w błędzie, i że muszę koniecznie naprawić swoje złe myślenie. Tym bardziej, że wiem co czuję i nikt tego nie może wiedzieć lepiej. Na dobitkę dodam, że pomimo mego malkontenctwa nadal kupuję płyty Roberta Frippa & Co., nawet jeśli nie wszystkie. W chałupie trzymam na półce wszystkie dzieła studyjne, czasem nawet spoza objęć nazwy King Crimson, do tego pieszczę sporo koncertów z okresu 69/74, choć nie brzydzą mnie koncerty z mniej lubianym składem, czyli z Adrianem Belew czy nawet z Bogu ducha winnym Jakszykiem. Należę wszak do tej grupy ludzi, która nigdy nie krytykuje bezpodstawnie. Zawsze posłucham zanim się opowiem po którejś ze stron. Nie jestem z tych, którzy biadolą na Phila Collinsa, a nie znają "...And Then There Were Three". Choć to zły przykład, albowiem mowa o płycie genialnej !!!
Dostałem kolejnego karmazynowego maila. Tomek Szmajter o wczorajszym koncercie King Crimson napisał:
"Wczorajszy koncert KCR nieprawdopodobny, zdaniem zatwardziałych fanów powinien znaleźć się na płycie. Islands - magiczne, zamiast partii trąbki pięknie rozegrany saksofon Collinsa,  uwielbiam takie podmiany. Jakszyk rzeczywiście wokalnie najmniej interesujący ze wszystkich wokalistów KCr w dziejach, ale co zrobisz? Nic nie zrobisz 😉 Niesamowite bombardowanie dźwiękami w miksie "Radical Action II" i "Level Five", Collins w Schizofreniku dosłownie wypluwał płuca - zaangażowanie 110%. Z perkusistów ciut chyba odstawał Jeremy Stacey, ale to wrażenie subiektywne, bo jednak jakby nie był dobry, to nie grałby tu już trzeci sezon. Mastelotto to coś pomiędzy Bonhamem (uderzenie) i Jamie Muirem (przeszkadzajki, gadżety, blachy i Bóg wie co jeszcze). Harrison - finezja godna Bruforda plus lekkość i melodyjność gry (i mega solówka w Schizofreniku😨). Zgranie całej  trójki bajeczne. Tak więc NIE - King Crimson NIE skończył się na Red, ten zespół tam się dopiero zdefiniował, a ewentualny koniec nastąpi z odejściem Mistrza Roberta... A to, że koncert obył się bez zbędnych podziękowań i zapowiedzi - po co? When we have nothing to say, it's better to say nothing - jak mawia Mistrz. Na koncert przychodzimy dla Muzyki! W Dolinie Charlotty na Dylanie też tego nie było, a magię w powietrzu można było kroić nożem. Wczoraj tak samo i nie jest to tylko moje zdanie. Tyle na razie - możesz cytować z nazwiskiem 😉. Jak mawiała nasza Noblistka - "Życie czasami bywa znośne" :)
PS. Ale granie Epitaph i In the Court... mogliby już  sobie naprawdę odpuścić..."
Bardzo pięknie dziękuję Tomkowi. Gdyby ktoś pomyślał, że Tomek po uszy tkwi tylko w barwach purpury, to oto dowód, że tym razem dał się przefarbować na karmazyn.
Prawdopodobnie będzie jeszcze jedna recenzja, tylko czekam na zgodę Autora na jej udostępnienie. Proszę piszcie Kochani, śmiało śmiało...






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




czwartek, 14 czerwca 2018

karmazynowy Poznań a początek Mundialu

W związku z Mundialem w Rosji proszę się ze mną kontaktować tylko w sprawach pilnych - zawiesiłem na drzwiach gabinetu. Slogan Coca Coli Zero na najbliższy miesiąc powinien głosić: zero cukru, zero kalorii, zero marudzenia w trakcie meczów. Zaczyna się święto futbolu. A jako lubiący boiskową kopaninkę mam zamiar prześledzić wszystko, obejrzeć co się da, choć bez znaczącego uszczerbku dla muzyki - wszak ta najważniejsza.
Nie bardzo wiem, jak było wczoraj na King Crimson, otrzymałem tylko jedną recenzję. Napisał ją Pan Tomasz, który zgodził się na jej umieszczenie na mym blogu, choć własne nazwisko poprosił o okrojenie do rozmiarów podejrzanego. A zatem, oto co Pan Tomek H. mi podesłał:
"Dzień dobry. Wczoraj dostąpiłem zaszczytu obejrzenia i wysłuchania King Crimson w Sali Ziemi MTP. I pewnie paru osobom podskoczy ciśnienie, kiedy to powiem, ale odebrałem ten koncert ambiwalentnie.
Na wokalu Jakko Jakszyk. Niestety, nie popisał się w żadnym utworze swoim wokalem. Strasznie przeszkadzał w np. "Islands", moim zdaniem zabił ten utwór. Odkładając na bok jego zdolności, to i samo podejście zespołu, a może raczej Frippa do ludzi, którzy wydali swoje pieniądze. Ani "dzień dobry", ani "do widzenia". Weszli, zagrali, zeszli.
Muzyka oczywiście piękna. Repertuar wolę starszy, gdyż osobiście uważam, że King Crimson skończyło się na "Red". Ale mimo wszystko, nie narzekałem, gdyż zobaczenie Levina w utworach napisanych "pod niego" było dobre. Z pozytywnych akcentów to z pewnością "Mazurek Dąbrowskiego" zagrany przez sekcję dętą (proszę mi wybaczyć, nie znam nazwisk wszystkich muzyków KC) oraz wykrzyczenie "Podoba mi się!" przez Jakszyka pod koniec pierwszego setu.
Osobiście uważam, ze trzy perkusje to straszna popelina. Sztuka dla sztuki. No i sam Fripp. Widać, że to on pociąga za sznurki i każdy boi się wychylić, bo Fripp pogrozi palcem. Objawia się to po jego miejscu na scenie. Na samym tyle, pod kątem, by widzieć każdego. I chyba z Panem Frippem już się nie spotkamy.

Za to mały suwenir - podwójna epka. Jeszcze nie słuchałem. Zobaczymy jak to gra".



Pierwsze odczucia Pana Tomka, niczym pierwsze koty za płoty. Ciekawe, czy ktoś jeszcze coś dorzuci?
A co do owych trzech perkusji... nie wiem, nie miałem przyjemności zetknąć się z czymś takim do tej pory, niemniej pamiętam moje pierwsze spotkanie z King Crimson w latach 90-tych, w warszawskiej Sali Kongresowej. Wówczas za zestawem perkusyjnym zasiadł Bill Bruford, i zagrał na jednej, a niczym za trzy perkusje. Widać William - vide Bill - był tak dobry, że obecnie muszą go nadganiać trzej instrumentaliści. Oczywiście żartuję, piszę to z uśmiechem, bez cienia drwiny. Maestro Fripp ma swoje wizje, więc gdy trzeba będzie postawi na scenie kwartet bębniarzy, siedmiu wiolonczelistów i poznański chłopięcy chór archidiecezjalny p/d arcybiskupa Paetza.
Przyklasnę jednak Panu Tomkowi H., albowiem mnie także kompletnie nie kręcą obecni King Crimson, nawet jeśli pewnym stoją ich potężne umiejętności, a poszczególne nazwiska jeszcze bardziej elektryzują. Jednak wiadomo: ujrzeć Roberta Frippa (nawet niekulturalnego), Tony'ego Levina czy Mela Collinsa (tego jeszcze nie miałem okazji), to zawsze duża frajda.
King Crimson z najbardziej magicznego okresu 1969-1974 są już nie do odtworzenia, więc trzeba się nacieszyć Jako Jakszykiem, zamiast Johnem Wettonem, Gregiem Lake'iem czy Bozem Burrellem.
Czekam na dalsze wrażenia od Szanownych Państwa. Serio, ciekaw jestem...







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





środa, 13 czerwca 2018

PRAYING MANTIS "Gravity" (2018) / BONFIRE "Temple Of Lies" (2018) / PERFECT PLAN "All Rise" (2018)







PRAYING MANTIS
"Gravity"
(FRONTIERS)

****




BONFIRE
"Temple Of Lies"
(AFM RECORDS)

****1/2



PERFECT PLAN
"All Rise"
(FRONTIERS)

***3/4





Można w różnych aspektach zamartwiać się nad losami świata, jak drżeć w nim o pokój lub o środowisko, jednak o kondycję szeroko pojętego heavy rocka proszę spać spokojnie.
Poniższe trzy albumy godnie reprezentują obecny stan rzeczy, pomimo iż stanowią jedynie za skrawek bogatych złóż. Przed nami przekrój pokoleniowy: legendarni przedstawiciele nurtu NWOBHM - grupa Praying Mantis, ejtisowi Bonfire oraz szwedzcy debiutanci, formacja Perfect Plan.

Na początek brytyjskie Modliszki, czyli Praying Mantis. Zespół zainicjowany już w 1974 roku, jednak z racji późno wydanego debiutu "Time Tells No Lies" (1981), wpisujący się w ten sam metalowy nurt, co Iron Maiden, Saxon czy Def Leppard. Inna sprawa, iż po wydanym pierwograju grupa zamilkła na ponad dekadę, a jej późniejszej popularności dyskretnie dopomogli - poza górującymi braćmi Troy - eks-muzycy Iron Maiden (Paul Di'Anno, Dennis Stratton oraz Clive Burr). Grupa jednak musiała sobie radzić za sprawą muzyki, nie nazwisk, a jak widać: ostatnie lata wyjątkowo im służą. 
Z całej fali NWOBHM, Praying Mantis byli najlżej grającą machiną, choć od pewnego czasu ów fakt ulega dostrzegalnym przemianom. Najnowsza płyta "Gravity" także stoi tego dobitnym przykładem, pomimo iż nie przebija repertuarową ofertą moich dwóch faworytów: "Nowhere To Hide" oraz "Forever In Time". Tak, jak też obecny, bardzo fajny wokalista John "Jaycee" Cuijpers stoi w mym osobistym rankingu oczko niżej od "romantycznego" Tony'ego O'Hory. Warto odnotować, iż Tony ostatnio zakotwiczył nawet w legendarnych Sweet. Ale ale... o płycie "Gravity" da się rozprawiać jedynie w dobrym tonie. Już po inicjującym "Keep It Alive" wiemy, że nie spotka nas tutaj nic złego. Jaycee zmienia wokalne rejestry, niczym kameleon barwy, niekiedy nawet dostrajając gardło pod struny Grahama Bonneta. Z kolei towarzysze Jayceego kolektywnie wokalizują unisono, dodając całości odpowiedniego smaczku. Kolejny w albumowym zestawie "Mantis Anthem" rozpoczynają podniosłe klawisze, które stanowią za interludium do stonowanej zwrotki, po której za sprawą refrenu rodzi się prawdziwy hymn - jak by nie spojrzeć: tytuł zobowiązuje. Czyżby po latach upragniony "utwór wizytówka"? Po tym fragmencie pojawiają się jak najbardziej klasyczni Praying Mantis. Ładni, grzeczni, można by rzec: mięciutcy - z typowi ejtisowymi klawiszami i równie delikatnymi gitarami. No proszę, trzy pierwsze albumowe akcenty, i jak jest różnorodnie. I tak już będzie po albumowy kres, choć po drodze natrafimy na numery solidne i zaledwie poprawne, co: "Final Destination" lub "Foreign Affair", ale też rewelacyjne, jak: "39 Years", "Destiny In Motion" czy tytułowe "Gravity".
Brawo dla niezmordowanych braci Troy, którzy od zawsze wszystko trzymają w ryzach, a przecież tylekroć podrzucano im kłody. 
No i ponownie okazała okładka pędzla Rodneya Matthewsa. Jak widać, nie tylko Magnum mają u Mistrza oczko.

Niemieccy Bonfire teoretycznie niczym nie zaskoczą, poza najważniejszym: z płyty na płytę zwyżkującą formą. A ta zrodziła się wraz z odejściem wypalonego Clausa Lessmanna, któremu opuszczenie dawnych kolegów również wyszło na dobre. Czego dowodem odnowa w niezłych Phantom 5.
Obecny wokalista Bonfire - Alexx Stahl (znany z Masters Of Disguise oraz Roxxcalibur), wlał w ekipę gitarzysty Hansa Zillera wiele świeżej krwi. A nawet dźwignął pomału dogorywający okręt na pełne morze. Poprzednia płyta pod jego wokalnym przywództwem "Byte The Bullet" okazała się jednym z najlepszych dzieł grupy w ich ponad trzydziestoletniej karierze. Najświeższa "Temple Of Lies" robi zaś jeszcze jeden krok do przodu. Jako przedsmak dowiedzie nam tego wstępny dwuset, w postaci interludium "In The Beginning", z którego w konsekwencji wyłania się porywające "Temple Of Lies". Na gruncie melodyjnego, czytaj: łagodniejszego heavy metalu, utwór brzmi jak hołd dla Judas Priest'owego "Painkiller".
Królewskie otwarcie, rozwijające czerwony dywan przed kolejnymi kompozycjami. Już widzę, jak podczas koncertów fani w jego rytm zarzucają grzywami. Po nim wyłania się coś jeszcze lepszego: absolutny klejnot, w postaci "On The Wings Of An Angel". Niewiarygodne, że jeszcze nie tak dawno temu spisywałem zespół na straty. Cóż za powrót. Bonfire ponownie rozdają karty, choć jeszcze kilka niedawnych lat temu schodzili do poziomu pisania gazetowych nekrologów. 
Kto pamięta ich odległy już longplay "Point Plank"? Ten wyprodukowany przez prawdziwego magika od pokrętełek Michaela Wagenera? Mieliśmy na nim taki genialny kawałek Desmonda Childa "The Price Of Loving You". No właśnie, "On The Wings Of An Angel" wydaje się równie okazały. I obawiam się, że nie jest to ostatnie słowo. Wiem, powinienem zachować przynajmniej odrobinę recenzenckiego chłodu, lecz nie potrafię wyzbyć się pragmatycznego spojrzenia i uczciwej oceny. Słuchamy dalej... mięsiste i wyskandowane "Stand Or Fall" ocknie w grobie niejednego denata, a ja byłbym muzycznym barbarzyńcą, gdybym także nie dostrzegł piękna ballady "Comin' Home". Muzycy wiedzieli, że ta na nas podziała, albowiem jeszcze jedno, tym razem jej akustyczne i nieco dłuższe oblicze, pojawia się jeszcze później, już po zakończeniu podstawowej tracklisty. Na tym jednak nie koniec, przecież niemniej udanymi melodiami mogą poszczycić się rockersy "Love The Way You Hate Me" oraz "Crazy Over You".
Granie pelne wrażeń. Takie na długie lata. Na zawsze.

Na koniec pozostawiłem skandynawski debiut, choć opatrzony logo dobrze nam znanej włoskiej wytwórni. Melodyjna kraina właśnie wzbogaciła się o kolejny klawy zespół. Jego uczestnicy nie są młodzieniaszkami, a jednak proszę ich nazwisk nie szukać pośród dotychczasowych uznanych bandów. Coś jednak czuję, że za czas jakiś inne zespoły będzie się porównywać do omawianych Szwedów. Ktoś pomyśli: niemożliwe, przecież w takim graniu nie ma się obecnie szans zabrzmieć
oryginalnie, wszystko przecież dawno już było. Błąd, proszę tak nawet nie myśleć. Perfect Plan są charakterni, nawet jeśli faktycznie opływają stylową melodic/hard rockową sylwetką - z wyraźnymi wpływami Foreigner, Giant, Europe, bądź Journey. Sporym nadużyciem byłoby podporządkowanie ich twórczości którejkolwiek z powyższych ekip. I co z tego, że Kent Hilli czasem nasuwa skojarzenia z wczesnym Lou Grammem, a innymi razy wydobywa z siebie pełną skalę a'la Steve Perry. Przecież wszystkie te porównania spełzną na niczym wobec tego autentycznie oryginalnego wokalisty, o którego głos środowisko melodyjnego rocka właśnie się wzbogaca.
Ci, którzy pomyślą, że płyta zapewne rozpoczyna się najlepszym kawałkiem, a później to już typowe klepu klepu, szybko oberwą po łapskach swej niewiary. Po całkiem zgrabnym "Bad City Woman" następuje lawina wybornych piosenek. Takie "In And Out Of Love" nie tylko nosi tytułowe skojarzenie z jednym z pierwszych hitów Bon Jovi, lecz obnaża melodię równie chwytliwą, co jednak kompletnie inną. Proszę dać wiarę mym zapewnieniom, iż spotka nas tu sporo wspaniałego grania, od którego długo się nie odkleimy. Aż boli, że takie bandy nie stoją obecnie na frontowych zestawieniach festiwalowych, ale kto wie, być może jeszcze kiedyś.... Posłuchajmy i wyobraźmy sobie piosenki: "Stone Cold Lover", "Too Late", "Never Surrender", "1985" na radiowych falach FM. Co prawda brutalne realia ograbią nas z powszechnego dostępu do tej muzyki, lecz by nam żadna nie umknęła, po to nadal produkuje się płyty.
No i jak tu przy takich nutach z sercem śledzić poczynania tych naszych cierpiętniczych opolskich uczestników? Mnie do tego zasłużonego amfiteatru nawet końmi nie zaciągniecie.








Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





wtorek, 12 czerwca 2018

nie żyje JON HISEMAN (21.VI.1944 - 12.VI.2018)

Podczas, gdy wszystkie oczy świata zwrócone są na przed chwilą zakończone spotkanie Donalda Trumpa z Kim Dzong Unem, my rozprawiamy spokojnie o muzyce. Świat muzyki jest bezpieczny, przychylny i nie wymaga denuklearyzacji. Jednak i tutaj bywają wieści złe, jak choćby ta dzisiejsza o
śmierci Jona Hisemana - perkusisty Colosseum. Wspaniałego muzyka, jednego z najlepszych bębniarzy wszech czasów. To niepowetowana strata. A dopiero co ukazała się płyta Colosseum "Heroes", tyle, że nie pod nazwą zespołową, a jako JCM. Obok Hisemana, wystąpili na niej Clem Clempson oraz Mark Clarke. Czyli takie pół-Colosseum. Nie prezentowałem jej jeszcze, ale na pewno stanie się to niebawem.
O Hisemanie można napisać wiele, jednak najlepiej go po prostu posłuchać. Na płytach Colosseum, Colosseum II, czy też z krótko istniejącą grupą Tempest, którą przypominałem przed kilkoma miesiącami.
Może głupio to zabrzmi, ale jakieś trzy/cztery tygodnie temu naszło mnie przed jedną z audycji: a może przypomnę wczesnych Colosseum? Coś jednak odwróciło mą uwagę, w ich miejsce zaprezentowałem coś innego, a poczciwych Colosseum odłożyłem na jakąś ewentualną inną okoliczność. No tak, z tym, że nie przypuszczałem, że będzie ona właśnie taką.
Właśnie jestem w robocie, nie bardzo mam czas, odłóżmy może tę pisaninę na bok, natomiast na najbliższą niedzielę obiecuję w Nawiedzonym Studio dużo dobrego Colosseum, i oczywiście mistrzowskiej gry Jona Hisemana.
Dzięki Jon, że byłeś, dzięki za tyle pozostawionych nam dóbr, a teraz brnij do świata lepszego...


P.S. do wczorajszego wywodu o opolskim festiwalu... otóż, jeszcze wczorajszym późnym wieczorem na opolskich deskach rządziła scena alternatywna... Apteka dała prawdziwego czadu, przy okazji jeden z utworów dedykując zamordowanemu Robertowi Brylewskiemu. Załapałem się dosłownie na ledwie trzy ostatnie utwory, ale było warto.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"