sobota, 18 listopada 2017

nie żyje MALCOLM YOUNG (6.I.1953 - 18.XI.2017)

Ciężkie chwile musi przeżywać Angus Young. W ciągu czterech tygodni stracił dwóch braci. Pod koniec października George'a, a dzisiaj Malcolma. I choć wszyscy od trzech lat wiedzieliśmy o jego chorobie, to jednak wiadomość o jego śmierci druzgocąca. 
Świat rocka opuścił kolejny bliski memu sercu muzyk, który był ze mną od zawsze, tak samo jak Lemmy, David Bowie, Greg Lake czy John Wetton - że powołam się tylko na kilka ostatnich wielkich strat.
Miałem szczęście poznać AC/DC jako czternastolatek, gdy na świat przyszła genialna "Highway To Hell". I właśnie pierwszy od lewej na okładce owego albumu, spoglądający z posępną miną w obiektyw, to Malcolm. Zresztą, poza Bonem Scottem, nikt tam się przecież nie uśmiechał. Na dobitkę należy zauważyć, iż pół roku po ukazaniu się tego albumu, Bon zmarł.
Malcolma w ekipie Kangurów zabrakło tylko na ostatniej płycie "Rock Or Bust". Muzyk nie był w stanie brać udziału w sesjach, gdyż w tamtym czasie przeszedł udar, po czym zapadł w demencję, i wszystkich nas entuzjastów AC/DC mocno to w swoim czasie zabolało. Nie wiem, co jeszcze mam Szanownym Państwu napisać?, przecież i tak wszyscy wszystko wiemy. Może niemal na koniec wtrącę jeszcze, że pełnych polotu oraz niesłychanej energii gitarowych riffów Malcolma nasłuchałem się w życiu po wyczerpania kres, więc śmiało mogę uznać Go za jednego z mych gitarowych bogów.
Szepnę w niedzielę słówko o zmarłym Malcolmie, na pewno posłuchamy też starego poczciwego AC/DC, choć na chwilę obecną jeszcze nie wiem z której płyty.
Miałem zamiar napisać dzisiaj o wielu zupełnie innych sprawach - wszak się nazbierało - ale niech poczekają, widać tak być miało.
W niedzielę zaczynam godzinę wcześniej, tak więc w zastępstwie poRanus'ujemy. Do usłyszenia o 21.00 na 98,6 FM Poznań....






Andrzej Masłowski

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 16 listopada 2017

THIS WINTER MACHINE - "The Man Who Never Was" - (2017) -









THIS WINTER MACHINE
"The Man Who Never Was"
(FESTIVAL MUSIC)

*****



 

Piłkarskiej reprezentacji San Marino - gdy tylko dochodziło do konfrontacji z Polakami - zawsze wytykano amatorstwo. A to, że jeden z tamtych piłkarzy był listonoszem, inny piekarzem, a jeszcze kolejny kucharzem. Nigdy nie traktowano futbolistów z tamtego mikroskopijnego państwa poważnie, dopóki w ważnym dla nas meczu nie strzelili nam gola, a tym samym napędzili niezłego strachu. Z Brytyjczyków z This Winter Machine drwić jednak nie radzę, albowiem na dzień dzisiejszy nie mamy w Polsce tak pięknego art-rockowego zespołu, choć ten także tworzą jak najbardziej amatorzy. Jeden z muzyków jest szklarzem, inny zootechnikiem, a jeszcze inny specem od handlu nieruchomościami.
A omawiany właśnie "The Man Who Never Was" jest ich fonograficznym debiutem, pomimo iż płyta za nic w świecie nie stwarza wrażenia typowej niedopracowanej "jedynki". Przeciwnie: brzmi klarownie, przestrzennie i profesjonalnie - jakby wyszła ze studiów Charismy lub Virgin. W chwili, w której piszę te słowa, grupa już zapowiedziała kolejny album na początek przyszłego roku.
Spójrzmy na malowniczą, choć smutnawą nieco okładkę, na której zamarznięta angielska budka telefoniczna, w której znajduje się coś enigmatycznego, ponadto odchodzący od niej jeden z jeźdźców apokalipsy, plus nawiązujący do Genesis'owskiego "Foxtrot" lis, a także przelatująca nad całym zdarzeniem biała sowa. W nieco dalszej perspektywie jeszcze kilka surowych drzew oraz jeszcze surowiej towarzyszący wszystkiemu krajobraz - z niebem, które zamiast chmur posiada jakieś tryby, zębatki, i tym podobne mechanizmy. Cała ta sceneria odzwierciedla albumowe teksty o spustoszeniu, alienacji, kryzysie tożsamości oraz zobojętniałym świecie. Jednak samej muzyce daleko do depresyjnego nastroju, całość raczej jawi się baśniowo i korzysta z najdogodniejszych wzorców rocka progresywnego. Jednym tchem można zarzucić nazwami, pokroju: Marillion, IQ, Genesis, Pendragon, For Absent Friends, a nawet późniejszych i już nieco lżejszych Rush. Tej ostatniej grupy niemal wszyscy członkowie This Winter Machine są absolutnymi miłośnikami. Przejrzałem sobie zespołowy profil, na którym aż roi się od ulubionych płyt Kanadyjczyków. Padają tam konkretne tytuły, jak: "Moving Pictures", "Hold Your Fire", "Grace Under Pressure" czy "Power Windows". Do fascynacji muzyką Rush panowie muzykanci w osobach: Wynter-Jevon-Numan-Priestly-Murray dorzucają jeszcze nazwy: Marillion, Ultravox, Iron Maiden, Fleetwood Mac, Davida Sylviana, Queen, Aerosmith, Dream Theater czy nawet Van Halen. Oczywiście fascynacje fascynacjami, te stanowią jedynie za inspiracje, nie stricte naśladownictwo. I choć można w twórczości naszych nowych bohaterów doszukać się mikroskopijnych nawiązań do Rush czy Dream Theater, to jednak mocniej za serca niech się chwycą przede wszystkim wszelacy Marillion'owcy czy Genesis'owcy. To dla nich zostało sporządzonych tych pięć przebogatych strukturalnie i melodycznie kompozycji. Zagranych delikatnie, z sercem, i ani trochę w duchu Dream Theater'owskich techno-metalowych popisów. Co już się staje wiadomym wraz z inicjującą całość 16-minutową, czteroczęściową i tytułową suitą "The Man Who Never Was". Wspaniale zilustrowaną historią człowieka, który nie odnajduje samego siebie. Kogoś, kto próbuje wskoczyć do fotografii z własnym wizerunkiem, choć dla niego samego sprawa staje się niewykonalna.
Proszę zwrócić uwagę na wokalistę, nazywa się Al Wynter i śpiewa z takim przejęciem, jakby świat jutro miał dobiec końca. Uwielbiam ten rodzaj emocji i tę nieuchwytną ekspresyjność. Oczywiście jak najbardziej doceniając pozostałą klawiszowo-gitarowo-perkusyjną sekcję - grającą z identycznym przejęciem i maestrią.
Nie ma nad czym deliberować Szanowni Państwo, oto jesteśmy świadkami narodzin kapitalnego zespołu, na którego koncerty niebawem będziemy walić drzwiami i oknami. Zespołu, któremu potrzeba jeszcze tylko na podobnym poziomie dwóch, może trzech płyt, plus odpowiedniej medialnej "nagonki".
Druga kompozycja, zatytułowana "The Wheel", trwa już jedynie 9 i pół minuty, lecz w kończącym się 2017 roku nie słyszałem równie okazałej. A liczyłem na wiele, bowiem wiele obiecywano - nawet na rodzimym podwórku. Wychwalani Believe z najnowszym albumem "Seven Widows" w moim sercu jedynie poprawni, a eksportowy Mariusz Duda ze swoim Lunatic Soul, choć bez wątpienia zaserwował wiele przejmujących nut, bo i okoliczności ostatnich wydarzeń wpłynęły na taki stan rzeczy, to jednak płyta "Fractured" zaledwie udana - zamiast obiecywanej niezwykłości. A tu proszę, taka niespodzianka. I to w momencie, gdy już katalog wydawniczy pomału domknięty. W me dłonie niedawno wpadł ten oto mocno spóźniony debiut, który nawet dobrze się stało, iż nie dotarł na letni premierowy czas, ponieważ właśnie teraz smakuje wyśmienicie.
Można by tę płytę rozebrać na części pierwsze i skrupulatnie opisać pozostałe trzy kompozycje, tj. instrumentalną kołysankę, o stosownym tytule "Lullaby (Interrupted)" oraz dwie finalizujące całość mini suitki: "After Tomorrow Comes" oraz "Fractured", jednak żadne słowa nie przeleją na papier wartości w nutach tu zawartych.
Powyżej pozwoliłem sobie powołać się na wiele sprawdzonych muzycznych firm. Moją intencją nie było jednak porównywanie This Winter Machine do którejkolwiek z nich. To tylko niewinne sugestie, aby nakreślić baśń, w jakiej się znaleźliśmy. Przecież Brytyjczycy z This Winter Machine mogliby także snuć do mnie pretensje, gdybym spróbował odebrać im prawo do wyraźnie zarysowanej artystycznej suwerenności.







Andrzej Masłowski


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




wtorek, 14 listopada 2017

BRYAN ADAMS - "Ultimate" - (2017) -









BRYAN ADAMS 
"Ultimate"
(POLYDOR)

*****





Ktoś zapyta, po co kolejna kompilacja, skoro poprzednia 2-płytowa "Anthology" w zasadzie w stu procentach wyczerpała temat? Przede wszystkim, upłynęło długich dwanaście lat - a to w muzyce jedno pokolenie, po drugie: do bogatego dorobku Adamsa od tamtego czasu dobiły jeszcze trzy studyjne albumy. W tym rewelacyjny "Get Up", za którego odpowiedzialność producencką wziął wówczas na siebie rozchwytywany niegdyś Jeff Lynne. I tu muszę wtrącić, iż liderowi E.L.O. należy się szczególny szacunek, albowiem w owym 2015 roku przyłożył się niezwykle do nowego dzieła lubianego u nas Kanadyjczyka, tym samym mocno zaniedbując wydane niemal w tym samym czasie własne. Zaserwowana pod szyldem Jeff Lynne's ELO płyta "Alone In The Universe" okazała się średniakiem, choć lider kultowych Elektryków obiecywał cudo. Niestety niemal cały świat nie poznał się także na nowych piosenkach z "Get Up", co ogólnie zaowocowało średnią jego sprzedażą, pomimo początkowych wysokich notowań na listach przebojów. Doszło zatem do paradoksu, iż maestro Adams - będący w super formie - musi teraz
powstać z kolan. Najlepszym rozwiązaniem ponowne skompilowanie najlepszych piosenek, plus dorzucenie na zachętę czegoś premierowego. Tego typu zabiegi z reguły się sprawdzają, tak też Bryan Adams splótł z nadwornym kompozytorem, a i odwiecznym kompanem Jimem Vallancem dwie celujące melodie, tj: dynamiczną "Ultimate Love" oraz klasową balladę "Please Stay". Obie powinny teraz nadawać ton wierzchołkom list przebojów, jednak to, co w takiej muzyce bywało pewniakiem ze trzy dekady temu, obecnie nie gwarantuje niczego. Do nich dobiło nieźle wyselekcjonowanych dziewiętnaście mniejszych (jak "Go Down Rockin' ") oraz większych przebojów (w zasadzie wszystkie pozostałe). Tę drugą grupę reprezentują m.in: "Heaven", "All For Love", "Can't Stop This Thing We Started", "(Everything I Do) I Do It For You", "When You're Gone", ""Please Forgive Me", "Summer Of '69" and many many more..... Oczywiście płyta obfituje w przeboje powstałe na przestrzeni blisko czterech dekad działalności, więc jeśli komuś
wystarczy się tylko na nich skoncentrować, to oczywiście poniższy zestaw spełni wszystkie oczekiwania. Ja jednak nie wyobrażam sobie tak pobieżnego potraktowania tematu. No bo jak zostać zadeklarowanym sympatykiem tak klasowego Artysty, jeśli na domowej półce z płytami zabraknie: "Reckless", "Waking Up The Neighbours" czy choćby ostatniego "Get Up. Takie "Ultimate" powinno się jedynie dokupić w ramach ciekawostki, której wartość podbijają dwie wspomniane nowe piosenki.
Kompilacja na swój sposób z gatunku obowiązkowych, ale o następną podobną upomnę się nie wcześniej jak za dwie i pół dekady.






Andrzej Masłowski


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






SNOWY WHITE AND THE WHITE FLAMES - "Reunited..." - (2017) -








SNOWY WHITE AND THE WHITE FLAMES
"Reunited..."
(SNOWY WHITE RECORDS)

***1/2




Snowy White należy do grona muzyków, którzy swą wielkość skrywają w cieniu innych. Jest on sprawcą nie tylko przepięknej ballady "Bird Of Paradise", której melodia oraz gitarowa partia zatykają do dzisiaj, ale stoi też postacią uznaną i odpowiedzialną za wiele sukcesów Rogera Watersa, Pink Floyd, Petera Greena, bądź nieistniejących Thin Lizzy. Miałem okazję dwukrotnie podziwiać jego talent na żywo. Mniej więcej przed 1,5 dekady w Warszawie podczas koncertu Rogera Watersa oraz kilka lat później w pewnym poznańskim jazzowym klubie, gdzie muzyk zaprezentował swą maestrię w repertuarze blues-rockowym.
Ostatnio sprawca "Rajskiego Ptaka" w krótkim czasie zrealizował dwa bardzo bliźniacze albumy. W ubiegłym roku było nim "Released", a tymczasem trafia w nasze ręce jego dopełnienie "Reunited...". Pomimo, iż poprzednie dzieło Snowy podpisał tylko własnym nazwiskiem, a tym razem już kolektywnie ze swoją ekipą White Flames. Przeczytałem niedawno jego wypowiedź, w której wyraził radość z tego, co obecnie tworzy. Jak to ujął: współtworzenie z przyjaciółmi sprawia, że znajduję się w sercu oazy. Pięknie, prawda? I proszę dać wiarę, iż muzyka płynąca z "Reunited..." też na takie słowa zasługuje. Sporo tu nastrojowego, wręcz uduchowionego blues rocka, zagranego z lekkością wijącego po wietrze piórka, w wielu miejscach również podlanego jazzem, jak choćby w instrumentalnym "Long Time No C.", albo w niesamowitej pianistycznej partii Maxa Middletona w kompozycji "I've Heard It All Before".
Moim faworytem klejnot-ballada "Where Will You Belong". Delikatny głos Snowy'ego i jeszcze subtelniejsza jego gitarowa gra wywołują najprzyjemniejsze dreszcze. Rzecz dla stęsknionych bluesowaniem na PinkFloyd'owską nutę, w czym Snowy White od zawsze deptał po piętach Davidowi Gilmourowi. Za sprawą tej kompozycji dotrzemy do wrót muzycznej ekstazy. Szkoda, że czegoś podobnego już na tej płycie nie znajdziemy, choć znajdziemy wiele. Z naciskiem na sześcio- i półminutowy leniwy balladowy blues "Headful Of Blues", który jest kompozycją, jaką nie pogardziliby Joe Bonamassa, Walter Trout czy nawet gigantyczny John Mayall. Nie mniejszą albumową ozdobą wydaje się finałowy, blisko 12-minutowy "Time To Start Living". Z początku powolny i w znacznym stopniu akustyczny, jednak z czasem nabierający pewnego nerwu. Być może momentami wdziera się w jego szeregi nieco chaosu, ale chyba troszkę o to chodziło, by słuchaczem pod koniec albumu wstrząsnąć. Na pewno nikt nie przyśnie.
Reasumując, na "Reunited..." otrzymujemy trzy instrumentale, tj: z grającym na kongach Richardem Baileyem "Rest Full", wspomniane jazzujące "Long Time No C." oraz beztekstową bluesową balladę "Emptyhanded", plus całą masę dłuższych i krótszych bluesowych piosenek, które w pełni powinny zaspokoić oczekiwania sympatyków tego jak najbardziej cały czas wielkiego Artysty.






Andrzej Masłowski


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





beee vs bleee

Mecze z Urugwajem i Meksykiem jasno obnażyły naszą "siłę". Gdy naszej drużynie zabraknie trzech/czterech podstawowych zawodników: słabo, oj słabo. W pierwszym spotkaniu zagraliśmy kadrą B, Urugwaj też kadrą B, no i wynik taki "beee". Z Meksykiem kadrowo podobnie, lecz w tym przypadku rezultat to już jedno wielkie "bleee". Szkoda czasu, choć go patriotycznie poświęciłem.
Echa sobotnich niepodległościowych marszów nie milkną. Aż strach pomyśleć o setnej rocznicy. Zastanawiam się: po co przyzwoici ludzie w ogóle wychodzą w te pochody? Przecież konfrontacja z tymi narodowościowo-nacjonalistycznymi prymitywami, na których twarzach rysuje się głęboko posunięta nienawiść, może tylko zaowocować problemami. Oczywiście nie namawiam do tchórzostwa, ale z takimi głąbami trudno o merytoryczność. Prawdziwym patriotyzmem będzie pokonanie ich rozumem. Po kolei, najpierw wybory samorządowe i władza w empatyczne ręce szeroko zarysowanej przyzwoitości, po czym powrót do normalności w Sejmie, a później ustawy i konsekwentna delegalizacja wszelakich środowisk zła.
Ostatnio pożegnaliśmy Alinę Janowską oraz Janusza Kłosińskiego. Jakże różne aktorskie osobowości. Alina Janowska pełna ciepła i empatii osoba, którą zawsze będę kojarzyć z "Wojną Domową", z kolei Janusza Kłosińskiego wielbiąc za rolę dyrektora Wardowskiego w "Czterdziestolatku". A to, że był komuchem i poparł Stan Wojenny wybaczyłem mu już dawno. Już tak mam - potrafię.
W niedzielę zawitam do Afery na 21-szą. Bluesowe zastępstwo zawsze (dla mnie) bardzo przyjemne. Sięgnę po kompakty, na które w Nawiedzonym nie zawsze znajduję miejsce. Także, już teraz najmocniej zapraszam.







Andrzej Masłowski


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







poniedziałek, 13 listopada 2017

ROBERT PLANT - "Carry Fire" - (2017) -








ROBERT PLANT
"Carry Fire"
(NONESUCH RECORDS) 

***




Nie każdy legendarny rockowy śpiewak potrafi dobierać repertuar do swoich aktualnych możliwości wokalnych, ale na pewno sprawa nie dotyka Roberta Planta. Postaci, o której napisano wszystko, a wyartykułowanych za jego sprawką nagrań wysłuchano jeszcze więcej.
Druga przygoda Pana Roberta z grupą Sensational Space Shifters nabiera rozmachu, choć przewrotnie kompozycje z najnowszego "Carry Fire" identyfikują się niespiesznym tempem, wysublimowaną nastrojowością i zdecydowanym ukłonem w stronę folk-orientalizująco-afrykańskich rytmów i melodii. Można ubolewać, że już nigdy na scenie nie zobaczymy go z rozpiętym torsem, w rozchełstanej koszuli, lecz ten etap nasz maestro już dawno ma za sobą. A że niczego od dawien dawna udowadniać nie musi, to też odczuwa artystyczne spełnienie w tym, co tworzy od niekrótkiego przecież czasu. Do tego celu pozyskał wielu klasowych grajków, którzy wraz z nim komponują nie tylko na gitarowo, ale też z wydatną pomocą choćby wiolonczeli - w tym celu (w trzech kompozycjach) Albańczyk Redi Hasa, jak też
skrzypiec oraz altówki - za co odpowiedzialny Seth Lakeman, a nawet wciąż smakowicie śpiewającej, i gościnnie tu występującej Chrissie Hynde - z wciąż aktywnych The Pretenders - co dokonało się w zdecydowanie zabrudzonej i sprzężonej pieśni "Bluebirds Over The Mountain" - zarazem coveru Ersela Hickeya, a spopularyzowanego dekadę później przez Beach Boys'ów. Tak się składa, że ten wschodnio-psychodeliczny fragment wyraźnie ociera się o Led Zeppelin'owskie legowisko. Podobny rockowy zadzior dopadnie nas jeszcze w surowym "Bones Of Saints", bądź w blues-psychodelicznym "Keep It Hid".
Najnowszej płyty Planta słucha się przyjemnie i satysfakcjonująco, ale jak na artystę takiego kalibru przystało, nie mogło się również obyć bez wyjątkowych piosenek, takich zapadających w nas na dobre, co dopadło mnie za sprawą "Season's Song" oraz "Dance With You Tonight". Nalegam do ich posłuchania, choć wieczystej sławy im nie wróżę. Obie jednak składają się na albumowe dziewięć minut rozkoszy, za które dozgonne dzięki.







Andrzej Masłowski


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 12 listopada 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań






"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 12 listopada 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Szymon Dopierała
prowadzenie: Andrzej Masłowski








MOSTLY AUTUMN - "At The Grand Opera House" - (2004) -
- The Gap Is Too Wide

MOSTLY AUTUMN - "Live In The USA" - (2003) -
- The Spirit Of Autumn Past

SLEEPING ROMANCE - "Alba" - (2017) -
- Alba

BEAST IN BLACK - "Berserker" - (2017) -
- Blind And Frozen
- Ghost In The Rain

BATTLE BEAST - "Bringer Of Pain" - (2017) -
- King For A Day

CAMEL - "Moonmadness" - (1976 / reedycja 2009) -
CD 2 - The London Hammersmith Odeon Concert - 14th April 1976
- Song Within A Song

WOBBLER - "From Silence To Somewhere" - (2017) -
- Fermented Hours

THIS WINTER MACHINE - "The Man Who Never Was" - (2017) -
- Lullaby (Interrupted)
- After Tomorrow Comes

PORCUPINE TREE - "The Sky Moves Sideways" - (1995) -
- The Moon Touches Your Shoulder

OSI - "Office Of Strategic Influence" - (2003) -
- ShutDOWN - {śpiew STEVEN WILSON}

REVOLUTION SAINTS - "Light In The Dark" - (2017) -
- Don't Surrender

KANSAS - "Leftoverture: Live And Beyond" - (2017) -
- Carry On Wayward Son
- The Wall

RICHIE SAMBORA - "Aftermath Of The Lowdown" - (2012) -
- Seven Years Gone

MESSAGE - "Outside Looking In" - (2000) -
- Secrets In The Night

RUSH - "Different Stages" - (1998) -
CD 3 - recorded on February 20, 1978 in London at the Hammersmith Odeon
- Xanadu

THE MOODY BLUES - "Days Of Future Passed" - (1967) - 50-lecie albumu
- The Day Begins
- Dawn: Dawn Is A Feeling
- The Morning: Another Morning

QUEENSRŸCHE - "Operation: Mindcrime" - (1988) -
- The Needle Lies
- I Don't Believe In Love
- Waiting For 22 (instrumental)
- My Empty Room
- Eyes Of A Stranger

LIKE WENDY - "The Storm Inside" - (1998) -
- Birth

MARC ALMOND - "Shadows And Reflections" - (2017) -
- Not For Me - {Bobby Darin cover}






Andrzej Masłowski


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



dorobiłem się mema