czwartek, 19 stycznia 2017

srokaci, cnotki, róże i spluwy

Styczeń 1988 - koncerty po Niemczech Zachodnich
Na Facebook'owym profilu grupy Mötley Crüe pojawił się zabytkowy koncertowy plakat sprzed równo 29 lat. Obwieszczał o najbliższych koncertach. Z łezką w oku Motlejki robili za gwiazdę wszystkich wieczorów, a na przegryzkę poszli Pretty Maids oraz Guns N'Roses. I ja te czasy pamiętam, lecz dla młodszych fanów hard'n'heavy rzecz wyda się niewiarygodna. No bo jak, na pożarcie Gunsi, i to w tuż po wydaniu najlepszej "Appetite For Destruction"? Ano tak. Pamiętajmy, że choć pełnometrażowy debiut wydano w 1987 roku, to laury za niego nadeszły ze sporym opóźnieniem. Świat załapał w czym rzecz mniej więcej dopiero w rok po albumowej premierze. W Polsce także zaprezentowano go w radio ze sporym poślizgiem. Akurat w latach 1987/1988 nieco nadsłuchiwałem wybranych audycji, więc ręczę archiwalnymi wspomnieniami z jeszcze prężnej pamięci. Lubiłem raz po raz posłuchać "Metalowych Tortur" (redaktor Roman Rogowiecki) oraz "Muzyki Młodych" (redaktor Marek Gaszyński), i właśnie w jednym z wydań tej drugiej usłyszałem "Apetyt na Destrukcję". Ścięło z wrażenia, że słowami nie opiszę. To była ożywcza świeża krew. Gunsi zagrali jak podmetalizowani Rolling Stonesi, mając w sobie także szczyptę Aerosmith. Choć Aerosmith akurat powrócili po detoksie z kapitalną płytą "Permanent Vacation". Do dzisiaj obie uważam za jedne z najlepszych w tamtych czasach.
Kolejność na powyższym plakacie niech dzisiaj nikogo nie oburza, albowiem pojawiająca się "środkowa" atrakcja Pretty Maids, to wówczas naprawdę było coś! Obecnie Duńczycy obijają się po obrzeżach drugiej ligi popularności (choć grają ekstraklasowo), jednak 1988 roku byli świeżo po wydaniu kapitalnej płyty "Future World", z którą nawet startowali na podbój Ameryki. Sztuka się co prawda nie do końca udała, ale odmówić prawa do sukcesu nie sposób. Tym bardziej, że w latach 70-tych nasz Krzysztof Krawczyk także uzurpował sobie prawo do podobnego szczęścia. Wyruszył nawet w tym celu na profesjonalne sesje nagraniowe dla wytwórni RCA, z czego koniec końców wydano płytę, jednak nikt tam jej nie chciał. U nas chyba także, bowiem wkrótce wydana na licencji pamiętam, że tylko zbierała kurz ze sklepowych wystawek. Pomyśleć, że w 1984 podczas "Rock Arena", Pretty Maids zagrali nawet w Poznaniu, a ja głupi zafascynowałem się grupą dopiero troszkę później.
A co do billboardowej gwiazdy - Mötley Crüe - to był ich złoty czas. Grupa promowała album "Girls, Girls, Girls". Świetny, choć ustępujący wcześniejszemu, wręcz genialnemu "Theatre Of Pain". Co prawda nie potwierdzą tego żadne wykresy, statystyki, a i większość zespołowych fanów, dlatego proszę polegać na sprawnym uchu druha Masłowskiego.
Bardzo żałuję "bezpowrotności " tamtych czasów. Cudownych, co podkreślam stanowczo. Bo tacy dzisiejsi Gunsi zupełnie mnie nie kręcą. Po tylu zmarnowanych latach niby powrócili niemal w oryginalnym składzie, ale... Zapewne polski koncert okaże się niezłym widowiskiem, ja jednak wolałbym ich zweryfikować przez pryzmat możliwości nowych kompozycji. Szczególnie mając w pamięci wyczyny Slasha z Myles Goodwynem - nędza. Projekt bazujący jedynie na marce uznanego gitarzysty, poza tym nic, co chciałoby się pokochać. Axl zaś przez ćwierć wieku nie pokazał dosłownie niczego, a ten jego Guns N'Roses "Chinese Democracy" - lepiej zapomnieć. Nie przekreślam nowych losów grupy, bo kto wie, może teraz.... Choć "może" przecież bywa długie i szerokie, i pisze się przez "er zet".






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 16 stycznia 2017

Majka

Kiedyś miałem taką Słuchaczkę Majkę. Ale było to naprawdę kiedyś, het het het... Gdzieś w sercu lat dziewięćdziesiątych. Majka wówczas należała do ścisłego grona tych najbardziej oddanych. Była taką osobą, o której się myślało, pod którą czasem ustawiałem playlistę, którą nieraz cytowałem, i z której zdaniem liczyłem się śmiertelnie poważnie. Było minęło. Dziś pozostały wspomnienia. Szkoda, że tylko one, ale są to naprawdę dobre wspomnienia. I jeszcze mnóstwo ręcznie napisanych listów. Długich, wielostronicowych. Nie tylko traktujących o samych audycjach, prowadzonych w tamtych latach na antenach Radia Winogrady (a późniejszego Radia Fan) oraz Radia Afera. W listach też sporo o niej samej. Majka jako trzynastolatka chciała wykrzyczeć cały świat. Dziewczyna zbuntowana, a przy tym szalenie inteligentna, mądra i wrażliwa. Wręcz z wszystkimi tymi cechami, jak na tak młodą osobę, że aż niepojęte.
Dziś dotarła wiadomość: Majka właśnie ukończyła trzydzieści dwa lata. I to ja się widzę ostro posypałem, gdyż ona wygląda świetnie. W moich oczach cały czas jawi się dziewczęciem, a nie tam żadną już dojrzałą kobietą. Kobietą, która zapewne za chwilę założy rodzinę i wpuści się w wir szarej codzienności. Chociaż nie, każde dziewczę, ale nie Majka. Ona taka zwariowana, wszędzie jej pełno. Trudno Majkę wyobrazić sobie jako bobasową karmicielkę. Ale ale ale, kiedy ty Masłowski ostatni raz widziałeś Majkę? Dzisiaj, na zdjęciu. Choć w realu, to już gorzej. Kilka lat temu? Hmmm..., raczej dobrych kilkanaście, panie Masłowski. Nie odejmuj sobie. Stary piernik jesteś, tylko te dziewczyny ciągle piękne i młode.
Majka, jak to kobieta, serce oddała jednemu, później skaleczone powierzyła opiece innemu, i tak poleciał przy tym czas. Przestała słuchać Nawiedzonego Studia, co przyznaję z bólem. No, ale od Nawiedzonego odchodzą wszystkie przedstawicielki płci pięknej, gdy tylko w życiu im się poszczęści. No i dobrze, taka kolej rzeczy. I o ile o niektórych ludziach da się zapomnieć, zresztą im o mnie także, to o Majce nie sposób. Trudno wyrzucić z pamięci kogoś, kto przez kilka dobrych lat niemal każdego tygodnia podrzucał przez pana listowego kolejną kopertę ze zgrabnie złożonymi kartkami, które czytałem po kilka razy. I wszystkie je zachowałem. Od czego zeszyty radiowe.
To co, trzydzieści dwie wiosny powiadasz Majko?. Stara baba z Ciebie, i tyle :-) Nie nie, żartuję, dla mnie nadal jesteś sympatycznym i pełnym uroku dziewczęciem, do którego tak po prawdzie powinienem zwracać się "proszę pani". Tyle, że nie potrafię.
Wszystkiego najlepszego! Niech na Twojej drodze pojawiają się tylko dobrzy ludzie, a zdrowie i szczęście dopisuje...

P.S. Tekst powstał z wewnętrznej potrzeby. Bez uczucia wstydu, nieśmiałości czy jakichkolwiek obaw. Majka na szczęście tego nie przeczyta. Ona od lat podąża własnymi ścieżkami.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 15 stycznia 2017 - Radio "Afera", Poznań 98,6 FM





"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 15 stycznia 2017 - godz.22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski





ACCEPT - "Restless And Live - Blind Rage - Live In Europe 2015" - (2017) -
- Fast As A Shark
- Metal Heart

FREEDOM CALL - "Master Of Light" - (2016) -
- Metal Is For Everyone
- A World Beyond

HAMMERFALL - "Built To Last" - (2016) -
- Hammer High

SVARTANATT - "Svartanatt" - (2016) -
- Thunderbirds Whispering Wind

GENESIS - "... And Then There Were Three ..." - (1978) -
- Follow You Follow Me

FAITH NO MORE - "The Real Thing" - (1989 / reedycja 2015) -
- Zombie Eaters
- Sweet Emotion - {Kerrang" Flexi Disc} - utwór dodatkowy

CHINA SKY - "China Sky II" - (2015) -
- The Road Not Taken
- You're Not Taken

KINGS OF LEON - "Walls" - (2016) -
- Over

BEAR'S DEN - "Red Earth & Pouring Rain" - (2016) -
- Red Earth & Pouring Rain
- Emeralds

SOPHIE ELLIS-BEXTOR - "Familia" - (2016) -
- Here Comes The Rapture

BRITTA PHILLIPS - "Luck Or Magic" - (2016) -
- Landslide - {Fleetwood Mac cover}

FLEETWOOD MAC - "Fleetwood Mac" - (1975) -
- Landslide
- I'm So Afraid

FLEETWOOD MAC - "Time" - (1995) -
- These Strange Times

WHITE LIES - "Friends" - (2016) -
- Is My Love Enough?

THE JAYHAWKS - "Paging Mr. Proust" - (2016) -
- Lovers Of The Sun

DARE - "Sacred Ground" - (2016) -
- Days Of Summer
- Along The Heather

DAVID BOWIE - "Scary Monsters" - (1980) -
- Scary Monsters (And Super Creeps)

HAZEL O'CONNOR - "Cover Plus" - (1981) -
- (Cover Plus) We're All Grown Up
- Hanging Around

MAGNUM - "Goodnight L.A." - (1990) -
- Only A Memory
- Reckless Man
- Matter Of Survival

KBC BAND - "KBC Band" - (1986) -
- It's Not You, It's Not Me
- Hold Me
- America

STARSHIP - "Greatest Hits (Ten Years And Change 1979-1991)" - (1991) - kompilacja
- Nothing's Gonna Stop Us Now - {oryginalnie na LP "No Protection" - 1987} - Albert Hammond cover

ALBERT HAMMOND - "In Symphony" - (2016) -
- Nothing's Gonna Stop Us Now

SMOKIE - "Uncovered" - (2000) -
- It Never Rains In Southern California - {Albert Hammond cover}


===================================
===================================

"NOCNIK"....

....a w Nocniku niespodziewany podwójny dublet. Na szczęście albumowy, nie piosenkowy. Z Tomkiem nie umawiamy się na muzykę, każdy swoją rzepkę skrobie. Jakie było moje zdziwienie, gdy przed drugą w nocy spostrzegłem na stole realizatorskim trzy kompakty, a wśród nich Kings Of Leon oraz Dare - z których prezentowałem kilka nagrań dosłownie chwilę wcześniej. Trzecim CD okazał się Ray Wilson, i dobrze, dopiero byłaby heca, gdy jeszcze to się powieliło. Tomek zaproponował jednak inny zestaw piosenek, przez co Nocnik rozpoczął się atrakcyjnie...

...oto co nastąpiło:


Rozpoczęli KINGS OF LEON "Muchacho" ze świetnego albumu "Walls". Zaraz po nich ostatni DARE w jednej z najładniejszych ubiegłorocznych piosenek "Every Time We Say Goodbye" - z płyty "Sacred Ground". Kompaktowy Nocnik zakończył RAY WILSON piosenką "Tennessee Mountains", i także z albumu wydanego w roku 2016, zatytułowanego "Makes Me Think Of Home". Później do białego rana muzykę dobierał automat, a my z Tomkiem zasunęliśmy okiennice, wyłączyliśmy we wszystkich czterech pomieszczeniach światła, przyciszyliśmy sprzęt, i do domciu...



===================================
===================================


Okładki w towarzystwie radiowego zeszytu.
Dwa albumy dzielące rok różnicy, których wspólnym mianownikiem okazali się producent oraz grafik.
KBC Band kręcą się...

Pracując nad audycją
Wśród patronów medialnych przy WOŚP-ie (m.in. Telewizja WTK czy Gazeta Wyborcza) znalazło się także Radio Afera





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 12 stycznia 2017

mój "TOP DWADZIEŚCIA 2016"

TOP DWADZIEŚCIA 2016, zamiast TOP TWENTY 2016. Polski my naród, polska krew, więc pomimo zagranicznych płyt, rozmawiajmy do czorta językiem naszych matek i ojców. Ale zaraz zaraz, "top" też nie nasze. Hmmm....
W dawnych latach łatwiej przychodziły mi zestawiania. A teraz stale coś zmieniam i zmieniam, i nadal nie czuję satysfakcji. Mógłbym tak się bawić w nieskończoność, a lista każdego dnia wyglądałaby inaczej. Kiedyś wreszcie trzeba powiedzieć - dość!. Zostawiam, niech się wali i pali.
Wiem, że powinienem pójść śladem topowych płyt, bowiem te moje, to jakieś takie dziwne. Mało kogo zainteresują. Co to w ogóle jest, to zestawienie? A gdzie Metallica, Archive, Korn, Red Hot Chili Peppers, Sabaton, Sting, Green Day...? Przecież tego słucha świat, a nie jakieś tam nawiedzone wynalazki.
Poobrażają się znowu tylko, ponieważ w zestawieniu żadnej polszczyzny. Gdzie ten patriotyzm? No, ale skoro nawet Kult nazwali swoją płytę "Wstyd", to po co mnie ich sprawdzać? Wiem wiem, przecież w 2016 tradycyjnie jeszcze przywaliły Luxtorpeda, Acid Drinkers czy Coma - jak każdego roku. Wszak bez nich nie poradziliby sobie naczelni rockowi dziennikarze tego kraju. Tylko ja jakoś daję radę. Muszę. Beze mnie tylko Lao Che, Kazik i te Strachy, co to na nich kładę Lachę.
Jako człowiek wyzwolony, kierujący się nosem, wyczuciem, darem boskim, czyli gustem, a przede wszystkim własnym zdaniem lubię, gdy stoi na moim. Już taki jestem. Od zawsze. Nigdy nie biegnę z nurtem rzeki. Tak było, jest, i będzie. Poza tym, jako radiowiec bezczelnie nie słucham radia, a tylko samych płyt. I to jak prawdziwy świr - w całości. Dlatego nie męczą mnie przeboje, ale też nie daję ich sobie narzucić. Gdy ludzie donoszą, że na topowej liście wszech czasów króluje Dire Straits "Brothers In Arms" czy Queen "Bohemian Rhapsody", to mówię: świetnie - ponieważ to genialne piosenki. Które kocham, i które nigdy się nie zdewaluują. Na szczęście sam ich nie zarzynam. Jeśli mam ochotę posłuchać Eagles "Hotel California" dziesięć razy z rzędu, to nastawiam płytę i słucham dziesięć razy. Bądź tyle, na ile przyjdzie ochota. Prawdopodobnie, gdybym słuchał radia i musiał mieć z tym genialnym kawałkiem do czynienia, tak co drugi dzień, zapewne bym oszalał. Dzięki niesłuchaniu list przebojów oraz wszelakich komputerowych radiostacji, czuję się wolny, jak ptak.
Wracając do zestawienia... cóż ja mogę Szanownym Państwu napisać? Przecież wszystko wiecie. Słuchając Nawiedzonego Studia znacie mój gust i wszystkie poniższe albumy. Jeśli jednak ktoś nie słucha, to i tak za nic nie zainteresuje się moimi wylewnościami.
Dziwny był ten 2016. Z jednej strony udany artystycznie, z drugiej zaś pełen pożegnań.
Skupiając się na samych płytowych wydawnictwach, po dokonaniu wielu roszad, po przemyśleniach i analizach, tak mi wyszło:

1. SOPHIE ELLIS BEXTOR "Familia"- mało oryginalny wybór, jak na No.1, a jednak urzekająca płyta - z przepięknymi piosenkami. Sprokurowanymi przez Artystkę, którą przed laty uważałem za uosobienie chłamu. Ludzie się zmieniają. Sophie także. To już od dawna nie jest piosenkareczka z łomotliwymi podkładami, którą chętnie pomiędzy reklamy wrzucają wszelakie Eski, i tym podobne. Sophie dojrzała, wypiękniała, i to także słychać. Myślałem, że nie dorówna poprzedniej "Wanderlust". Uwielbiam tak się mylić. Do zobaczenia 8 marca w Warszawie.

2. CHINA SKY "China Sky II" - odkrycie tego roku!, choć to przecież album z 2015. I co z tego, przecież to bez znaczenia. Ta muzyka tak samo zabrzmi za pięć czy dziesięć lat. Poza tym, jakoś nie zauważyłem, by ktokolwiek dostrzegł ten album w stosownym dla niego czasie. Proszę posłuchać wokalisty - co za głos! Facet zwie się Ron Perry. Zapamiętajmy jego nazwisko. Żaden krajowy rockowy fanzin jeszcze się na nim nie poznał. Być może wynika to z dystrybucyjnego braku albumu w naszym pięknym kraju? Stawiam jednak, iż ci nasi dziennikarze bywają ostro leniwi i najchętniej recenzują podstawione gratisy pod nos. Nie każdy jest Markiem Niedźwieckim, kupującym płyty w Sydney, Amsterdamie czy Nowym Jorku - za własne ciężko zarobione pieniądze. Szacunek Panie Marku!

3. SVARTANATT "Svartanatt" - rewelacyjny debiut, który tak samo, jak China Sky, szerokim łukiem ominął krajowe boiska. Płyta, o którą trzeba się postarać. A warto! W polskich sklepach nie występuje, a prasa tradycyjnie z tego powodu obojętna i milczy jak po śmierci organisty. Nareszcie grupa, której fascynacje epoką 60/70's nie drażnią. Wszystko naturalne, w klimacie, ze świetnymi kompozycjami i niedrażniącym sztucznym retro brzmieniem. Płyta nie do oderwania. Się ma, się słucha, się pragnie żyć.

4. LEONARD COHEN "You Want It Darker" - Smutna, dostojna, pełna pokory rozliczeniowa płyta. Gdyby nie śmierć Artysty prawdopodobnie nie poznałbym tego dzieła, ponieważ od pewnego czasu nie angażowałem się już w jego twórczość. Niestety, tym samym stałem się kolejną ofiarą kupującą album pośmiertny. Coś, co krytykuję u innych, tym razem dopadło i mnie. Dobrze ci tak niedowiarku Masłowski.

5. CHRIS ISAAK "First Comes The Night" - tak, jak "China Sky II", to także płyta z 2015 roku, ale tak naprawdę u nas pojawiła się w styczniu 2016, a więc... Chris Isaak nie nagrywa odkrywczych rzeczy. Tkwi w lubianych przez siebie klimatach epoki 50/60's. W retro piosenkach o miłości, bazujących na rock'n'rollowych patentach, a i słodkich (heartbreakersach) łamaczach serc. Ma ku temu odpowiednią fryzurę, głos, zapał - i jest w tym genialny. Na nowej płycie jest przynajmniej kilka killerów. Piosenek tak pięknych, że tylko głuchol przejdzie wobec nich niewzruszony.

6. WHITE LIES "Friends" - Co oni tu robią?! Taki tam zespolik dla z lekka wyrośniętych licealistek, które pomału szykują się na podbój akademików. Już nie wieszają nad łóżkiem plakatów Justina Biebera, ale do jazzu jeszcze droga daleka. Panowie z White Lies już nie najmłodsi, ale do ramolstwa czasu sporo, za to wiedzą o czym śpiewają i mają elektorat. To nic, że cała płyta pachnie latami osiemdziesiątymi. Znaczy, najbardziej romantyczną z wszystkich dekad. A że młodych chwytają te rytmy, to dobrze świadczy o nieprzemijalności Ultravox, Roxy Music, Joy Division i wielu innych wykonawców, na których "Kłamstewka" się wzorują. Nad wyraz udana płyta. Dopiero przy czwartym podejściu ujawnili pełnię talentu. O ile dla krytyków czwarta płyta musi być kiepska, o tyle dla słuchających uważniej, "Friends" okaże się poezją smaku.

7. HAMMERFALL "Built To Last" - niektórzy powiedzą, że "młotki" grają wciąż to samo. A co mają grać? Rap, reggae, a może psychodeliczne ska lub undergroundowe disco? Skoro wolno nie zmieniać się Rolling Stonesom, Iron Maidenom czy przez cały żywot Motorheadom, to po kiego czorta niepokoić złośliwościami grupę Joacima Cansa. Dla mnie "Built To Last" jest jedną z najlepszych płyt w karierze Szwedów. Panowie zrealizowali dzieło według tradycyjnej receptury dla heavy-rycerskiego łomotu. Ze świetnymi melodiami, jeszcze lepszymi refrenami, i co nie tylko. A malkontenci na drzewo prostować banany.

8. SONATA ARCTICA "The Ninth Hour" - kolejny metalurgiczny produkt, i to zespołu latami przeze mnie lekceważonego. Być może z powodu pierwszych dwóch płyt, które w stosownym czasie odrzuciłem. Finowie od tamtego czasu bardzo się wyrobili. Już nie tylko chodzi o podrasowany styl czy ilość decybeli, a o same kompozycje. Ciekawe czy dla Ministerstwa Kultury, to już sztuka, czy tradycyjnie zwyczajny łomot?

9. DARE "Sacred Ground"- kolejna "taka sama" płyta Dare, ale jakże świetnie się tego słucha. Najbardziej szantowo-folkowa odmiana hard rocka, gdzie "hard" występuje tylko w domyśle. Oto przykład rocka, który może przypaść do gustu wszystkim rozmarzonym duszyczkom. Bogato zaaranżowana i podana muzyka, z pieszczotliwym, lekko zachrypniętym głosem Darrena Whartona i cudownymi partiami gitarowymi - z przywróconym do zespołu Vinnym Burnsem.

10. OKTA LOGUE "Diamonds And Despair" - trzeci album Niemców, choć dla mnie będący dopiero początkiem przygody. Ci młodzi chłopacy na współczesny grunt przenieśli dawną psychodelię. Ubierając ją w piosenkowe stroje, choć czasem uciekając też w dłuższe improwizowane formy. Niedawny berliński koncert tylko to potwierdził. Wróżę im międzynarodowy sukces, bo o naszych zachodnich sąsiadów byłbym spokojny - tam Okta Logue grają do pełnych sal.

11. DAVID BOWIE "Blackstar" - pierwsza premiera 2016 roku. W piątek płyta, a zaraz w poniedziałek z samego rana wieść o wczorajszej śmierci Artysty. Tak było. Paskudna niespodzianka, taki suplement do radosnej premiery albumu. Od tej pory "Blackstar" nabrało odmiennego znaczenia. Zapewne w innych okolicznościach byłby to po prostu dobry album. Jednak zaistniała sytuacja, połączona z mroczną aurą tekstów oraz samej muzyki, uczyniły z całości coś więcej, niż tylko rodzaj życiowego rozliczenia i pożegnania. Płyta niesie sporo powątpiewań w sens życia i ewentualność w to, co później.

12. BRITTA PHILLIPS "Luck Or Magic" - o tej długostażowej Artystce, lecz w zasadzie debiutującej pod banderą autorską, napisałem już kilka dni temu, więc nie widzę sensu ponownie. Świetna dziewczyna, pomimo iż zdecydowanie już po pięćdziesiątce. Tak śpiewa, jak pięknie wygląda. Lecz żaden z niej cukierek, a prawdziwa dama. Jej głos, w połączeniu z repertuarem (własnym + nieco coverów), stanowi za zgrabny monolit. Nie usłyszycie Drodzy Państwo Britty na listach przebojów. I tylko z powodu, że nie jest szaloną osiemnastką, którą wypatrzyłby jakiś koncernowy skaut. Dla smakoszy gatunku.

13. FREEDOM CALL "Master Of Light"- kolejni metale. Długowłosi rycerze z wywalonymi torsami, tatuażami i mieczami w dłoniach. Spece od hymnów. Czasem przypominają Manowar, choć w żaden sposób obie te formacje nie wchodzą sobie w drogę. Otwierający album numer "Metal Is For Everyone", gdy już nastawię, to muszę posłuchać z dziesięć razy. Uzależnia. Podobnie, jak: "Cradle Of Angels", "Emerald Skies" czy "Riders In The Sky".

14. KINGS OF LEON "Walls" - siódma płyta w dorobku wnuków dziadka Leona. Dla fanów oraz słuchających z należytym szacunkiem, nie będzie to ot zwyczajny kolejny zestaw piosenek, a ciąg udanych kompozycji, stanowiących za świetnie splecioną całość. Większość gryzipiórów już ich nie słucha, ci zakończyli przygodę na "Only By The Night". Teraz już wolą młodszych. Najlepiej debiutantów, by się nazywało, jacy z nich koneserzy, odkrywcy, znawcy. Też się koło mnie takowi kręcą. Miernoty jedne. "Over" i "Muchacho" należą do piosenek ro(c)ku.

15. BEAR'S DEN "Red Earth & Pouring Rain" - tegoroczne odkrycie. Nie moje. I co z tego, skoro przede mną chyba nikt tego nie zagrał. Z Brittą Phillips, też byłbym pierwszy, gdyby nie uparta przypadłość o niegraniu z przegrywek. I to się na pewno nie zmieni. O Bear's Den w swoim czasie rozpisałem się na blogu. Polecam sprawdzić.

16. THE RIDES "Pierced Arrow" - ich drugi album. A przecież trudno udźwignąć syndrom "dwójki". Spokojnie, jest jeszcze lepiej, niż na debiucie. Wiadomo, "znawcy" ponownie będą polemizować. Blues rock z najwyższej półki, zagrany przez trzech gigantów. Mieszanych przedstawicieli różnych pokoleń, lecz jednego koloru skóry. Kupiłem nieco bluesowych płyt w minionym roku, ale tej nikt nie przebił.

17. WICKMAN ROAD "After The Rain"- melodic rockowy debiut, jakich wiele, ale Ci Skandynawowie mają pewien niespotykany urok. Potrafią z szablonowej muzyki uczynić coś więcej. Dbając o różnorodność, przy tym mając w swoich szeregach bardzo fajnego wokalistę. Świetnie się tego słucha. Do tańca i do różańca.

18. TRAVIS "Everything At Once" - chyba nikt poza mną nie postawiłby na Travis. Ich czas już dawno minął. Teraz tylko nagrywają dla najbardziej oddanych i cierpliwych. Angielska prasa kompletnie ma ich w nosie. Naszej też nie wypada się wyłamywać. Nowi Travis bez słuchania są słabi, i góra na trzy gwiazdki, ale ja naprawdę uważnie tego posłuchałem. Raz, drugi, trzeci....dziesiąty...piętnasty... i cholernie polubiłem. Poza jedną piosenką, wszystko. Zgadzam się, poprzednia płyta średnia, natomiast najnowsza - wspaniała. O tym jednak Szanowni Państwo wiemy tylko my.

19. NEW MODEL ARMY "Winter" - nie od razu polubiłem. Z początku ledwie jeden/dwa kawałki, za to później doszły kolejne dwa, po czym utknąłem w miejscu. Jednak wraz z nadchodzącym poznańskim koncertem, z dnia na dzień chłonąłem nuta po nucie, aż wreszcie zatrybiłem. Koncert też zrobił swoje. Bardzo udani ci najnowsi Nju Modele, tylko trzeba chcieć rozbroić każdą bombę w tej zimowej scenerii.

20. ALBERT HAMMOND "In Symphony" oraz FM "Indiscreet 30" - dwie płyty ex-equo. Różne, różniste. Albert Hammond w nowych wersjach archeo-przebojów. W dodatku z orkiestrą i chórami. Płyta odmładzająca, wbrew logice, że jak z orkiestrą, to nudy na pudy. Natomiast FM w odświeżonej wersji najlepszej ich płyty w karierze - "Indiscreet". Powinna znaleźć się na pierwszym miejscu całego tego notowania, gdyby nie fakt, że istnieje tyciu lepszy pierwowzór, a tamtemu laury przypadły już trzydzieści lat temu. "

Zastanawiam się, czy o kimś nie zapomniałem, bo to, że na pewno czegoś nie dostrzegłem, nie odkryłem, więcej niż pewne. Okaże się w lutym, w marcu, albo jeszcze później...
Przy doborze repertuaru nie kierowałem się rozsądkiem, a zwyczajną sympatią do konkretnego tytułu. Kompletnie nie obchodzi mnie, co powinienem, a co by wypadało. Zawsze chadzam własnymi ścieżkami, nie popadając w żadne układy, układziki. Nie zależy mi na opiniach tzw. branżowców. Tak po prawdzie, mam je kompletnie w nosie. Ponadto, nie analizuję innych zestawień. Nie stanowią dla mnie wyznacznika prawdy. Tym bardziej, iż większość podsumowujących topów zwyczajnie jest z czymś powiązana. Czytaj: interesami. Ta firma dystrybuuje takie płyty, robi takie koncerty, to stawia na pewne grono artystów, którzy muszą być wysoko, by się przez cały czas sprzedawało. Jak w starym komunistycznym dowcipie, gdy pani w klasie pyta Jasia: "kto jest najwspanialszym człowiekiem w dziejach ludzkości?", na co Jasiu: "Lenin, proszę pani". "Dobrze Jasiu, siadaj - piątka" - odpowiada nauczycielka. Po czym mocno zmieszany Jasio zasiada w ławce, spogląda na piórnik, na którym widnieje fotografia jego idola, i rzecze do niej: "sorry Winetou, business is business".






Andrzej Masłowski

RADIO "AFERA" na 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę (z niedzieli na poniedziałek) pomiędzy godz. 22.00 a 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





wtorek, 10 stycznia 2017

THE JAYHAWKS - "Paging Mr. Proust" - (2016) -







THE JAYHAWKS
"Paging Mr. Proust"

(THIRTY TIGERS)
***2/3




Niegdyś bardzo lubiłem The Jayhawks, jednak swoją edukację związaną z ich twórczością zakończyłem w niewytłumaczalny sposób na albumie "Sound Of Lies". A ten ukazał się dwadzieścia lat temu. Kolejnych losów grupy nie śledziłem, i prawdę powiedziawszy, kompletnie zapomniałem o jej istnieniu.
Podczas niedawnego pobytu w Berlinie znalazłem w dziale niekomercyjnego rocka ich najnowsze dzieło, więc postanowiłem sprawdzić, co w trawie piszczy. Na spory plus przemówił dobór trzech producentów/fachowców, a wśród nich nawet Petera Bucka z R.E.M, który tutaj wystąpił też w roli muzyka. Pomyślałem, że gdy tacy ludzie biorą się za konsolowe suwaki, to nie może być źle.
The Jayhawks niewiele się zmienili. Nawet personalnie skład grupy w zasadzie bez zmian. Muzycznie także nie jest jednoznacznie i przewidywalnie. Grupę zawsze cechowała różnorodność, nawet jeśli repertuar obracał się w kręgu alternatywy, podlanej akcentami country/folku. Jedyna zauważalna zmiana, to wymiana szlachetnych organów na rzecz syntezatorów, ale ten instrument nie stanowi przecież głównego motoru napędowego. Liczą się gitary, harmonie wokalne, ciekawe melodie zeskrobane z wielobarwnej Ameryki, która w muzyce Jayhawks raczej przybiera barwy jesienno-zimowe.
Album rozpoczyna powiewna i lekka w odbiorze piosenka "Quiet Corners & Empty Spaces". Z refrenem skradzionym epoce 60's. Autentycznie śliczny twór. Zapewne znajdą się w Stanach rozgłośnie, które uczynią z niego wieczysty hit. Nie można było lepiej ustawić początku płyty, jednak każdy znający Jayhawks wie, że coś takiego na pewno w dalszej części się nie powieli. I już dla przykładu taki "Lost The Summer" trąci z lekka psychodelicznymi Beatlesami, choć jeszcze bardziej liverpoolską Czwórkę słychać w nostalgicznym, a wręcz błogim "Lovers Of The Sun". Ależ to ładna piosenka. Kolejna radiowa, i kolejna przywołująca klimat dekady lat sześćdziesiątych. Tyle, że w nowej współczesnej szacie.
Płyta intryguje każdym kolejnym napotkanym fragmentem, ponieważ nic nie przypomina wcześniejszego. Poza wspomnianymi kompozycjami polubiłem tu jeszcze kilka innych. Mam na uwadze urocze ballady: "Isabel's Daughter" oraz "The Devil Is In Her Eyes" - ta ostatnia z harmonijką, przesterowaną gitarą oraz bogatymi dodatkowymi wokalizami, ale też dorzuciłbym pogodnie brnące "Comeback Kids". Nie wykluczając absolutnie niemal wszystkich pozostałych, także udanych kompozycji.
Dobrze, że nadal istnieją i nagrywają takie płyty.

P.S. Niestety nie natrafiłem dotąd na 2-płytową wersję limitowaną, na której oprócz demówek, znalazło się także kilka piosenek, dla których zabrakło miejsca w podstawowej edycji albumu.






Andrzej Masłowski

RADIO "AFERA" na 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę (z niedzieli na poniedziałek) pomiędzy godz. 22.00 a 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






BLACKBERRY SMOKE - "Like An Arrow" - (2016) -






BLACKBERRY SMOKE
"Like An Arrow"

(3 LEGGED RECORDS)
**1/2



Southern-rockowcy z Blackberry Smoke dzielnie kontynuują przygodę z muzyką osadzoną w korzeniach country-bluesa-folk rocka. "Like An Arrow" jest już ich piątą płytą, choć w moich oczach nadal pozostają młodą formacją, która umiejętnie i po swojemu gra muzykę swych muzycznych ojców z Lynyrd Skynyrd, Molly Hatchet, Outlaws czy Allman Brothers Band.
Tym razem "Jeżynki" postanowiły wszystko wziąć w swoje ręce i nie angażować producenta spoza własnego grona. Przypomnę, iż poprzednie dzieło "Holding All The Roses" skroił sam Brendan O'Brien (ten od m.in. Soundgarden czy Bruce'a Springsteena). Charlie Starr i jego brać nie chcieli obcej ingerencji uważając, iż to oni najlepiej wiedzą, jak postąpić z własnymi kompozycjami. Ryzykowne, ale zrozumiałe.
Płytę otwiera z impetem singlowy "Waiting For The Thunder". Znakomity, niemal hard rockowy numer, oparty na chwytliwym i prostym podkładzie. W dodatku z porywającą melodią i fajną, choć zbyt krótką solówką na organach. Po takim wstępie aż prosi się o więcej. Kolejny "Let It Burn" kołysze country-rock'n'rollowo i tempa nie zwalnia. To następuje dopiero wraz z balladą "The Good Life". Ładnie zagraną, jednak w jej przypadku nie mamy do czynienia z żadnym dziełem epokowym. To samo można by rzec o country-bluesowym "What Comes Naturally" - ewidentnie ślącym pokłony pradawnym twórcom gatunku. I tak troszkę siadła nam ta płyta. Zbyt dużo nastrojowych
ballad/piosenek, a za mało ładunku z piekła rodem, który grupie najlepiej służy. Przelatują trochę bez echa "Running Through Time", nieco przybrudzony i zarazem tytułowy "Like An Arrow", podobnie też mało porywający "Ought To Know". Słowem, zaczęło już trochę powiewać nudą, której również nie zabrakło w drugiej części poprzedniego albumu. Aż wreszcie jest! - piękna kompozycja w postaci ballady "Sunrise In Texas". Typowa dla południa Stanów. Snująca się powoli, bez pośpiechu, niczym leniwie wznoszące słońce Teksasu. Piosenka nabierająca mocy z każdą kolejną nutą. I co ważne, z melodią dającą i chcącą się zapamiętać. Troszkę trzeba było na taki smakołyk poczekać, ale było warto. Od tej chwili do końca albumu pozostały jeszcze cztery utwory, ale tylko jedna godna większej uwagi. Pomijając okropną funkującą "Believe You Me" oraz troszkę nudnawą balladę "Ain't Gonna Wait" - nawet z wtrętami mandoliny. Mowa o budzącej nie tylko słowne skojarzenia "Workin' For A Workin' Man". To zapewne hołd dla Lynyrd Skynyrd i ich klasycznych "Workin' For MCA" oraz "Simple Man". Nareszcie dobry solidny rockowy kawałek. Dlaczego Blackberrysi tak mało nagrywają tego typu rzeczy?!!! Przecież właśnie taka muzyka wychodzi im najlepiej.
Na koniec jeszcze smaczek dla fanów grupy The Allman Brothers Band. Kompozycja "Free On The Wing" - zwracająca na siebie przede wszystkim uwagę obecnością samego Gregga Allmana. Człowieka idola i muzyczną inspirację wszystkich Blackberrysów. Jest to w zasadzie balladka z gatunku "może być", ale gór nie przenosi. Najważniejsze jednak, że spełniło się jedno z artystycznych marzeń całego zespołu.
Najwidoczniej zupełnie czego innego oczekuję po Blackberry Smoke, albowiem już nie pierwszy raz poczułem niedosyt. Mimo wszystko jestem pełen wiary, iż ten naprawdę dobry zespół wciąż najlepsze ma przed sobą.






Andrzej Masłowski

RADIO "AFERA" na 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę (z niedzieli na poniedziałek) pomiędzy godz. 22.00 a 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






KBC Band

KBC Band - coś podobnego mogło powstać tylko w latach osiemdziesiątych. W szczytowo melodyjnej dekadzie z wszystkich dostępnych, a i zarazem najbardziej tandetnej, jak śmie twierdzić zdecydowana większość. Przecież według ortodoksów rocka nie było tam czego szukać.
Z żalem stwierdzam, iż nigdy nie potrafiłem kurczowo trzymać się pewniaków, czytaj: gigantów rocka, co w konsekwencji zaowocowało także sympatyzowaniem z kiczem. I to wciąż narasta. Przepraszam, nic na to nie poradzę.
Bardzo szybko w swym żywocie poznałem Zeppów, Sabbatów, Lynyrdów czy innych tam Doorsów, no i teraz w wieku już mocno dojrzałym nie potrafię wkładać w tamtą muzykę tyle zapału, ile serca otrzymałem od powyższych w czasach muzycznej inicjacji. I jeszcze jedno, zawsze byłem melodykiem ze skłonnościami do przepychu formy, przez co do teraz kręcą mną różnej maści smakowite aranżacje, bogactwo środków, itp. błyskotki. Słowem, im bardziej tandetnie i po amerykańsku, tym lepiej. Nie oznacza to, iż nie lubię trzasnąć sobie drinka ramię w ramię z Joy Division, z wczesnymi King Crimson, jedynką Velvet Underground, bądź klasycznymi albumami Davida Bowiego. Ale tych niestety także w swoim czasie nasłuchałem się do woli. Dzisiaj nie potrafię posłuchać "Ziggy'ego Stardusta" z takimi wypiekami na twarzy, jak było to możliwe czterdzieści lat temu. Zazdroszczę tym, którzy dopiero teraz zanurzają się w tej rzece. Wszystko przed nimi. Niestety, ja już mam za sobą pierwsze kontakty z najlepszymi płytami tego świata. Ogromnie żałuję, chciałbym je wszystkie poznawać na nowo, ciesząc się z każdego nowego zakupu. A później rozkręcać sprzęt na cały regulator i biegać po pokoju jak opętany, wchodząc w skórę wokalnych bóstw (typu: Phil Mogg, Brian Johnson, David Coverdale, Ian Gillan, Robert Plant, Phil Collins, Phil Lynott, itd... itd...), a też nierzadko wijąc się po ścianach z kątomierzem imitującym gitarę. Bywałem już Angusem Youngiem, Mannym Charltonem, Eddiem Van Halenem, a gdy sił w płucach zabrakło, to także statecznym i dostojnym Tonym Iommim.
Cieszę się, gdy potrafię coś fajnego odkryć. Na szczęście to nadal możliwe. Pomyślałem właśnie, że zamiast pisać przetarte slogany, też zaproponuję moim Czytelnikom coś nie tak oczywistego. O czym mają prawo nie wiedzieć. Bowiem większości fajnych rzeczy w dzisiejszym radio nie usłyszymy. Nawet moje "Nawiedzone Studio" bywa pełne zaległości.
Z powyższego jasno wynika pragnienie do podsunięcia Państwu na dzisiaj jakiegoś kolejnego chłamu. To prawda, stąd to całe kaznodziejskie wprowadzenie.
KBC Band - mówi to panu coś? - zapytałby Kiepski Ferdynand. A wpatrzony w niego durnymi ślipiami Boczek, odparłby: "panie, nie obrażaj pan, dobre".
Myślę, że poza najbardziej zagorzałymi wyznawcami AOR'owego grania, powyższa nazwa może co najwyżej wzbudzać skojarzenia z KGB. Dlatego warto słówko o tej krótkotrwałej formacji i ich jedynej płycie. Z dobrego szlachetnego rocznika - 1986. Na winach się nie znam (trudno przełknąć te sfermentowane paskudztwa) , ale na płytach chyba jednak troszkę tak, więc proszę dać wiarę, że dla muzyki plastikowej, nachalnie melodyjnej i pozbawionej ambitnej aury, był to rok szczytujący. Nawet jeśli będą się znawcy gatunku spierać, że wcale nie ten, a tamten, bądź jeszcze inny.
Wspomnianych KBC Band założyło trzech członków dawnego psychodelicznego Jefferson Airplane - nieżyjący już gitarzysta i wokalista Paul Kantner, wokalista i gitarzysta Marty Balin oraz basista Jack Casady. Do tej świętej trójcy dobiło jeszcze czterech (a nawet w pewnym sensie - pięciu) innych muzyków, a pośród nich gitarzysta Mark "Slick" Aguilar - w późniejszych latach podpora odrodzonych Jefferson Starship.
Wystartowali mocno. Jeszcze w tym samym 1986 roku z płyty wykrojono singla "It's Not You, It's Not Me", który wdrapał się nawet do pierwszej dziesiątki Billboardu, a szefostwo Aristy tylko zacierało dłonie w nadziei na spektakularny sukces tego całego przedsięwzięcia. Tym bardziej, że wydany na początku 1987 roku drugi singiel "America", osiągnął niemal podobne notowania. Obie piosenki nie dość, że chwytliwe, to jeszcze podpisane bardzo znaczącymi i uznanymi dla dziejów rocka nazwiskami. Single jednak, jak szybko się na listy wspięły, tak też z hukiem zleciały, a całemu albumowi już nie wiodło się najlepiej. W szczytowym momencie uplasował się w ósmej dziesiątce Billboardu, i kto wie, być może gdyby w grupie pośpiewała Grace Slick, to losy samej płyty, jak i dalszych całego zespołu, potoczyłyby się przyjaźniej. Niestety Grace w tamtym czasie była mocno zajęta. Chwilę wcześniej z Mickey Thomasem i resztą paczki z popowych Starship, wydała bestsellerową płytę "Knee Deep In The Hoopla", a w interesującym nas 1986 roku trwały już pierwsze prace do ich drugiego longplaya "No Protection", który w konsekwencji odniósł podobnie spory sukces. Poza tym Artystka zobowiązała się jeszcze umową współpracy z innymi muzykami, m.in. z Kennym Logginsem. Zatem, jeśli świat miał skoncentrować uwagę na kimś z dawnego obozu Jefferson Airplane/Starship, to raczej na "skróconych" Starship, niż mało mówiącej nazwie KBC Band. A szkoda, bo płyta naprawdę udana i pomimo upływu ponad trzech dekad, nadal się broni. Partiami wokalnymi przywołuje post-hipisowskich Jefferson Starship, a melodiami, lekkością i syntezatorowo-gitarową oprawą w niczym nie ustępuje samym Starship. Choć gwoli rzetelności należy dostrzec w repertuarze grupy brak power hitów, na miarę: "We Built This City", "Nothing's Gonna Stop Us Now" czy "Sara". Niech jednak słodką tajemnicą pozostanie brak popularności niektórych wspaniałych piosenek , typu: "Dream Motorcycle" lub "Sayonara".
Grupa ponoć nawet trochę koncertowała, a na niektórych występach wspomagała ją sama Grace Slick, jednak na niewiele to się zdało. W 1987 roku już było po sprawie, a rok później reaktywowali się Jefferson Starship, którzy tym wydarzeniem szybko przyćmili epizodyczne KBC Band.
Płytę polecam wszelakim melodykom, AOR'owym maniakom, jak też tolerancyjnym entuzjastom powabniejszego lica niegdyś ambitnych rockmanów z Jefferson Airplane. Pozostała część rockowego bractwa niech się oczywiście koniecznie nadal kurczowo trzyma sprzężeń, fuzów, nieuchwytnych solówek, perkusyjnych torped, a i upoconych torsów swych wokalnych bóstw.






Andrzej Masłowski

RADIO "AFERA" na 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę (z niedzieli na poniedziałek) pomiędzy godz. 22.00 a 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"