piątek, 15 grudnia 2017

po "night session"

Pozostając przez moment w okowach mej poradni zdrowotnej, muszę o czymś napisać. Taka zabawna sytuacja z minionego czwartku... otóż tamtego dnia przyszło stawić mi się w poradni chirurgicznej do "zastępczego" doktorka, u którego zresztą tydzień wcześniej też miałem sposobność. Pan postawny, z brzuszkiem, wyglądem nieco przypominając Freda Flinstone'a, a barwą głosu aktora Jakuba Wieczorka. Popatrzył na mą zbolałą nogę, chwilę później zerknął do kartoteki, zasugerował Panu opatrunkowemu nałożenie jakiejś specjalnej maści, zabandażowanie, po czym ponownie zanurzył się w ekranie monitora, by coś tam jeszcze dopisać. Dodam tylko, że choć jegomość od razu wzbudził we mnie pewien rodzaj sympatii, to do najgadatliwszych nie należał. Jednak po chwili zawieszenia nad moim losem wreszcie z siebie wykrztusił: "cukrzyca, kurwa cukrzyca, to kurew jedna", i tu nastąpiła około dziesięciosekundowa spacja, po czym ponownie ruszył: "kurwa, ja chyba też mam, muszę się przebadać, ale kurwa dopiero po nowym roku, nie chcę się kurwa na święta dołować". Troszkę zaniepokoił mnie fakt, że pan doktor leczy i pomaga innym, a sam o siebie jakby mniej zatroskany. Jednak rozumiem faceta, zawsze łatwiej doradza się innym. Poza tym, najgorszy jest ten pierwszy raz. Porobić badania i wziąć się za siebie. Później to już luz blues. Tabletki i mnóstwo "przyjacielskich" dobrych rad, o których każdy wie, lecz dla przyzwoitości wysłuchać należy.
No dobrze, dość trucia o zdrowiu i naszej przeuroczej służbie zdrowia. Proszę powyższą anegdotkę potraktować jako suplement do wczorajszego wywodu.
Mamy piątek, a więc jesteśmy na dwa dni przed kolejną edycją Nawiedzonego Studia, będąc tym samym pięć dni po poprzedniej night session, a tu... od środka kończącego się pomału tygodnia przychodzą pochwały za zaprezentowanych Dionne Warwick i Gino Vannelliego. Ot, obudzili się. Lepiej późno, niż... Zapewne niektórzy Nawiedzeni właśnie zdążyli odsłuchać nagraną audycję. Miło, milutko. Przy okazji dziękuję za dobre słowa o mych faworytach. Co prawda, wolałbym być słuchanym na żywo, nie z taśmy, jednak rozumiem, że większość przyzwoitych obywateli do roboty wstaje właśnie w nocy. No bo zrywanie się z ciepłego wyrka o szóstej nad ranem jest zwyczajnym znęcaniem się. Szczególnie w takim grudniu, w którym zimno, chlapowato, i w ogóle ponuro. Nie każdy bowiem trwa w luksusie - niczym Masłowski - pospania do dziesiątej, a czasem nawet kwadrans dłużej. Ale ale, ostatnie dwa poniedziałkowe poranki też miałem ciężkie. Pobudka o ósmej, ledwie po czterech godzinach snu. Bo ja Szanowni Państwo po każdej audycji ląduję w chałupie przed trzecią, po czym zabieram się za dobranocki sms-owe, ponieważ moi Nawiedzeni zamiast się ze mną pożegnać o wpół do drugiej, to ruszają z sms-owym impetem pięć po-, gdy już się pakuję, a jeszcze trzeba po sobie w studio posprzątać, by poranna zmiana nie miała Masłowskiemu za złe, że w komputerze pomieszał, słuchawek do gniazdek nie podłączył, nie pogasił świateł, okiennic nie domknął, itd... Już kiedyś delikatnie zasugerowałem, by może te nasze uprzejmości tyciu wcześniej, ale nie mam daru przekonywania. No dobrze, zamiast się cieszyć, to ja tu narzekam. A przecież szalenie miło jest otrzymywać taką korespondencję.
Prowadzący nie czuje się odosobnionym punktem na radiowej nocnej mapie. Dlatego piszcie Kochani, a ja grzecznie będę odpisywać, nawet o trzeciej po północy, a czasem jeszcze później. Ach, zapomniałem dodać, iż po odpisaniu na sms-y (maile dopiero poniedziałek/wtorek) zabieram się za okładki. Zanim płyty powędrują na półkę trzeba ustrzelić ich fotki, by poniedziałkowa audycyjna rozpiska wyglądała przyzwoicie.
Na tę chwilę w odtwarzaczu Dionne Warwick. I nie na winylowo, a z 3-kompaktowego zbioru, zdecydowanie starszych i jeszcze starszych przebojów. Trzeba też przyznać: miała (ta już blisko osiemdziesięcioletnia Pani) głos!







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 14 grudnia 2017

muzyka = pole ugodowe

Wielkimi krokami zbliżamy się do końca roku. W dawnych latach o tej porze namawiałem Słuchaczy do udziału w plebiscycie na album roku, teraz jedynie zachęcam do podsumowań i dzielenia się listą swoich faworytów. Lubię poznawać gusta Czytelników i Słuchaczy, dzięki nim często się inspiruję.
Będzie mi bardzo przyjemnie, gdy za jakiś niedługi czas zaczną pojawiać się na mojej mailowej skrzynce zestawienia od Szanownych Państwa.
Po długiej przerwie nastawiłem płytę "Arkansas Traveller" - amerykańskiej folk-rockowej songwriterki Michelle Shocked. Nigdy nie była u nas gwiazdą, ale ta płyta chyba trochę rodakom przypadła do gustu. Akurat ta, i żadna inna.
Michelle tworzy do dzisiaj, choć nie znam jej nowych nagrań. Na "Arkansas Traveller" była artystką pełną gębą. Z jednej strony typowa dziewczyna z sąsiedztwa, z drugiej zaś dama o aktorskim zacięciu. Sztuką nie lada wydaje się połączyć teatralno-musicalowe inklinacje z ranczerską prostotą, a dla niej to bułka z masłem. O jej światopoglądach, religii i orientacji seksualnej lepiej nie rozprawiać, bo nasze pięćdziesiąt procent narodu nigdy nie zapomni. Muzyka, jeszcze raz muzyka, to jak na razie wciąż pole ugodowe.
Noga wciąż się goi. Powoli, powoli... I szybciej nie będzie - przynajmniej tak twierdzi prowadzący mnie Pan Doktor Nauk Medycznych. Poczekam, nie mam wyjścia. Cukrzyca niestety nie pomaga, wszystko spowalniając, dlatego Złotka Wy moje: pilnujcie się przed tą paskudną chorobą. Chorobą, która nie boli, ale skutecznie sieje spustoszenie. W czasach obecnych cukrzyca jest chorobą cywilizacyjną, jak nowotwory, których ze sto lat temu prawie nie było. Choć oczywiście bywały inne dolegliwości, bo jak świat światem zawsze coś nam dolegało. Przecież musi być jakiś pretekst do zejścia.
Zostało mi jeszcze kilka dni na antybiotyku, po czym diabelstwo pójdzie w odstawkę, ale będą jeszcze maści, kompresy, bandaże...Oby na letni morski piach girsko było sprawne. No i kiedy ja się wreszcie napiję ulubionej złocistej?
Wracając do cukrzycy... wielu ludzi choruje, lecz spory ich procent w ogóle nie ma o tym pojęcia. Sprawa także dotyczy zwierząt, których norma cukru jest podobna jak u człowieka. Dla przykładu: u człowieka do 100 jednostek jest wszystko w porządku, a od 120 to już cukrzyca. U psiaków norma dopuszcza podobno dwadzieścia jednostek więcej. A piszę o tym, ponieważ psinka jednego ze Słuchaczy Nawiedzonego Studia, ostatnio dużo piła i piła, więc zaniepokojony właściciel zabrał stwora do kliniki, a tam z badań wyszło jej ok.700 jednostek !!! Psinka w ciągu kilku dni dostała zaćmy i oślepła. Zasmuciłem się, bowiem zwierzaki kocham ponad wszelką rasę ludzką. Muszę w porę zadbać o moją Zuleczką. Ona ma niestety taki apetyt, jak jej pan.
Gdy przed rokiem znalazłem się na SOR-rze, przywieziono mężczyznę z racji innej dolegliwości od cukrzycy, jednak lekarka zapytała pacjenta: "od kiedy choruje pan na cukrzycę?", na co jegomość: "nie choruję". Zdziwił się, gdy pani doktor poinformowała o wyniku. Człowiek miał ponad pięćset na liczniku, i dalej by stąpał po ziemi w niewiedzy, gdyby nie tamto zdarzenie.
Nie chcę umoralniać jak jakiś dewot, ale polecam przebadać się każdemu.
Dawno nie było "muzyki na dziś". Niech nam radośnie śpiewa i przygrywa na gitarze wspomniana Michelle Shocked. Z chęcią pograłbym Babę w Nawiedzonym, ale to raczej muzyka na biały słoneczny dzień, niż zimne niedzielno-poniedziałkowe wieczoro-noce.





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



środa, 13 grudnia 2017

UFO - "The Salentino Cuts" - (2017) -









UFO
"The Salentino Cuts"
(CLEOPATRA RECORDS)

****




Gdy jako młodzieniec - za sprawą wydanego u nas w 1979 r. Tonpress'owskiego singla "Shoot Shoot" / "Doctor Doctor" - poznałem Brytyjczyków z UFO pomyślałem: czyżby wszystkie tytuły ich nagrań powielały jedną myśl w dwóch identycznych słowach?. Wkrótce na jednej z płytowych giełd zdobyłem ich genialną koncertówkę "Strangers In The Night", która w tej kwestii raz na zawsze zweryfikowała me naiwne przypuszczenia. Przy okazji w szybkim trybie również dostrzegłem wielkość ekipy, której wokalnie przewodził Phil Mogg, a na gitarze wycinał bezbłędny Michael Schenker. Ten drugi, właśnie ową trasą koncertową żegnał się z grupą na zawsze. Jednak późniejszy tok wydarzeń dowiódł, że na szczęście absencja potrwała tylko kilkanaście lat. Schenker powrócił w 1994 roku i nagrał (początkowo tylko z myślą o rynku japońskim) z dawnymi kolegami nad wyraz udaną płytę "Walk On Water" - w Europie jej premiera nastąpiła dopiero w 1995 r. Szkoda jednak, że na kolejnej, a wydanej sześć lat później "Covenant", było już słabiutko, a na kolejnej "Sharks" chyba jeszcze gorzej. W konsekwencji Schenker rozstał się po kilku raczej mizernych latach z szyldem UFO, na szczęście nie burząc zespołowej legendy. Obecnie muzyk realizuje się solo, bądź z własnym zespołem, koncertując i nagrywając dla dawnych fanów, gdzieś na uboczu wielkich scen.
Dla mnie UFO od zarania dziejów byli zespołem z tej samej półki, co Led Zeppelin, Nazareth, Deep Purple, Uriah Heep, bądź Black Sabbath. Zresztą, w tamtych czasach fani rocka wszystkie wywołane przeze mnie do tablicy nazwy wymieniali jednym tchem. Dopiero wraz z upływem kolejnych dekad znacznie osłabła pozycja takich Nazareth czy właśnie omawianych UFO. Przyznam, że i ja do tego dołożyłem cegiełkę, albowiem od dłuższego czasu nie drżą mi już ręce na wieść o ich najnowszych poczynaniach. Ukazujące się co kilka lat albumy kupuję raczej z szacunku i pewnego przyzwyczajenia, nie znajdując już na nich dawnej magii. Prawdą jest, iż nie oferują one repertuaru na miarę klasycznych dzieł, typu: "Phenomenon", "Force It", "Lights Out" czy "No Heavy Petting", że o "Strangers In The Night" nie wspomnę, albowiem ten wydaje się poza wszelką konkurencją. Rzecz to niedościgniona, a zarazem jeden z koncertowych albumów wszech czasów. Można, a nawet należy postawić go na półce tuż obok: Thin Lizzy "Live And Dangerous", Genesis "Seconds Out", Deep Purple "Made In Japan", Allman Brothers Band "At Fillmore East", Yes "Yessongs", Jethro Tull "Bursting Out" czy Supertramp "Paris".
Spójrzmy jednak na okładkę najnowszego "The Salentino Cuts". Zdobi ją jukebox, czyli szafa grająca, z której głównie korzystano w klubach i barach na przełomie lat 50/60-tych, a i jeszcze nierzadko w kolejnej dekadzie. Za przykładowe dziesięć centów można było wybrać ulubiony kawałek, który maszyna odtworzyła z siedmio-calowej płytki, i właśnie w dużej mierze na takim sprzęcie nasi bohaterowie kształtowali znaczną część muzycznej wrażliwości. Teraz postanowili wspomnieniami powrócić do tamtych chwil i spróbować za sprawą własnego talentu nagrać szczególnie lubiane kawałki. Z dwoma wyjątkami, wszak znalazły się tutaj również tematy nowsze, jak: "Honey Bee" - niedawno zmarłego Toma Petty'ego, bądź "River Of Deceit" - krótkotrwałej formacji Mad Season, której wokalistą był także nieżyjący już muzyk Alice In Chains, Layne Staley. Dobór pozostałych kompozycji ewidentnie jednak zdradza przywiązanie do muzyki przełomu 60/70's.
Na albumowy początek powędrowało porywające Yardbirds'owskie "Heartful Of Soul". Trzeba przyznać: kapitalna wersja, tak więc otwarcie królewskie. Później ani kapkę gorzej, albowiem interpretacja "Break On Through (To The Other Side)" - z rep. The Doors - równie okazała. Słychać, że panowie Mogg-Moore-Parker-Raymond-DeLuca świetnie się bawią. Organista Paul Raymond wcale nie odstaje tu od Raya Manzarka, a i pozostała ferajna spisuje się nienagannie. I jest ostrzej, niż w oryginale z 1967 roku.
Wyraźnie przypadła mi do gustu wersja piosenki Billa Withersa "Ain't No Sunshine" - znana także z osławionej rodzimej interpretacji Budki Suflera, jako "Sen o Dolinie". Mogg całość zaśpiewał z "drapieżną czułością" szlachetnego Otisa Reddinga, a jego koledzy w tło wpletli zbitek symfoniczno-bluesowy - prawdziwa bomba kaloryczna! Równie kąśliwie muzycy podeszli do "Honey Bee" - numeru Toma Petty'ego, pomimo iż przecież w oryginale piosenka też nie należy do pieszczotliwych.
Ogromne dzięki składam ekipie Phila Mogga za przełożenie na grunt hard'n'heavy fantastycznej folk-rockowej piosenki "Paper In Fire" - z repertuaru Johna Mellencampa. I w tym przypadku można mówić o ognistej przeróbce utworu, który w oryginale także swój ładunek ma. Być może na podstawie tej piosenki, dotychczasowi ignoranci talentu Johna Mellencampa nareszcie sięgną po inne jego nagrania.
Omawiana płyta zdecydowanie nosi czadowy charakter i nie ma tu miejsca na rzewne pieśni. Bo oto takie "Rock Candy" - z repertuaru grupy Montrose - klasowego wirtuoza Ronniego Montrose'a, albo równie mocne, a oparte na bluesie, hard rockowe granie w "Mississippi Queen" - z kompozytorskich objęć Woodstock'owej legendy Mountain - muszą rockowym uszom dostarczyć sporo frajdy. W obu tych fragmentach UFO sowicie dołożyli do przysłowiowego pieca. Tym samym nie chcąc pozostać dłużnymi wobec swych inspiratorów. W podobnym tonie można (i należy!) rozsiewać peany względem wszystkich pozostałych przeróbek, do których Brytyjczycy rzetelnie się przyłożyli. To muzyka, której należy z szacunkiem posłuchać głośno i jeszcze głośniej, i niech nikt nie ośmieli się jej przyciszać. Takie: "Too Rolling Stoned" (Robina Trowera), "Just Got Paid" (ZZ Top), "The Pusher" (grupy Steppenwolf) oraz finalizującego "It's My Life" - niemałego niegdyś przeboju The Animals - wypada posłuchać z decybelowym szacunkiem.
UFO po raz pierwszy w swej długiej historii pozwolili sobie na nagranie coverowego albumu. Pomysł znakomity, wykonanie jeszcze lepsze, i tylko pytanie: dlaczego tak długo z tym zwlekali?







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




to już trzydzieści sześć lat

Trzynasty dzień grudnia 1981 roku, był pokryty śniegiem, lodowatą zmarzliną i spowity zimnem. W niedzielny poranek - jak w każdą niedzielę - udałem się do kultowego Wawrzynka, ale tym razem giełda płyt się nie odbyła. I jeszcze przez pewien czas był taki stan rzeczy. Bo jak kilku wówczas na nią przybyłych poinformowano: giełdy nie będzie do odwołania. Tu wtrącę, iż w drodze do- jak i z Wawrzynka, nie spotkałem ani jednego milicjanta, żołnierza lub czołgu. Wszystko później zobaczyłem w telewizji, która to telewizja o każdej pełnej godzinie emitowała z odtworzenia nocne wystąpienie Jaruzelskiego. Generał Armii w czytanym z kartki tekście zaznaczał: "...mówię to z ciężkim sercem...", na co mój Tata z wściekłością nawet zareagował: "a ty w ogóle masz serce?". Złość podchodziła do gardła. Wówczas zasztyletowałbym cały tamten system, a największą radość sprawiłoby mi wymazanie z mapy sąsiedniego bratniego narodu radzieckiego. I choć nie skrywam w sobie długodystansowych pokładów nienawiści, tamtego dnia powystrzelałbym drani.
Od tamtych wydarzeń upłynęło długich 36 lat. To szmat czasu. Wiele się wydarzyło. Skończył się komunizm, Polska zasiliła NATO, jesteśmy w Unii Europejskiej, i wciąż jeszcze żyjemy w wolnym kraju. Pod warunkiem, że obecna władza, która ma chrapę na autorytaryzm, tego nie spieprzy. Dlatego mądrze i konsekwentnie korzystajmy z wolności i nie pozwólmy się z niej ograbić - za żadnych obietnic i pieniędzy garście. Bo jak mawiał Władysław Bartoszewski: warto być przyzwoitym. Lecz przyzwoitość wynosi się z domu i z rozumu. Przyzwoitość, to też wybaczanie. Choć wiem, że nie ma nic gorszego od ugodzenia Polaka. Ten ci bracie nigdy nie zapomni. Wszczynaj wojny ze wszystkimi, tylko nie z Polakami. Ten będzie krzywdy pamiętać po wsze czasy. Tym samym zapominając o krzywdach, które sam wyrządził. Dlatego znowu dzisiaj pójdą pod dom nieżyjącego Generała, znowu zapalą świece, znowu go przeklną, w myślach, słowach i uczynkach zeszmacą, po czym na deser zasiądą w kościelnych ławach, i wyartykułują: "...jako i my odpuszczamy naszym winowajcom...".







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




wtorek, 12 grudnia 2017

SCORPIONS - "Born To Touch Your Feelings - Best Of Rock Ballads" - (2017) -









SCORPIONS
"Born To Touch Your Feelings - Best Of Rock Ballads"
(SONY MUSIC)

***1/2






Do tej pory Scorpionsi nigdy nie zdobyli się na idealną kompilację ballad. Wydane w złotym okresie "Gold Ballads" było ledwie 5-utworowym mini albumem, który już choćby z tej racji, nie mógł zaspokoić apetytów. Nieco później spróbowano połączyć ballady z mocniejszym zespołowym obliczem ("Best Of Rockers'n'Ballads"), lecz i ten pomysł co najwyżej połechtał podniebienia. Wreszcie na początku lat dziewięćdziesiątych pojawił się chyba najbardziej konkretny zestaw, opatrzony tytułem "Still Loving You". Niestety i on, choć udany, nie zawierał kompletu ballad. Cóż, i wydanej właśnie kompilacji "Born To Touch Your Feelings - Best Of Rock Ballads" również daleko do ideału. Inna sprawa, że w przypadku tej płodnej grupy, nie da się zamknąć tematu w jednej skromnej płycie.
Na "Born To Touch..." nie brak uznanych heartbreakersów, a jednak da się zauważyć uszczerbek związany z pominięciem wielu pereł, jak: "Fly To The Rainbow", "Far Away", "Believe In Love", "Destin", "Daddy's Girl", "White Dove" czy "You And I". I choć sama tracklista z początku może uradować, to jednak, gdy przyjrzymy się płycie uważniej, dostrzeżemy kilka pułapek. Dla przykładu: "Send Me An Angel" nie jest powszechnie lubianą wersją znaną z albumu "Crazy World", a jedynie jej współczesnym akustycznym wcieleniem. Osławione za sprawą pierestrojkowych wschodnio-europejskich przemian "Wind Of Change", także nie pochodzi ze wspomnianego "Crazy World", a z niedawnego "Comeblack" - albumu zawierającego kilka coverów oraz również kilka współczesnych wersji ściśle wyselekcjonowanych przebojów. Podobnie sprawa ma się względem wielbionej u nas pieśni "Still Loving You". Tytułowe "Born To Touch Your Feelings" także nie ma niczego wspólnego z pierwowzorem zapisanym na longplayu "Taken By Force", albowiem w powyższą sympatyczną całość wmieszano młodziutką jego wersję - z akustycznego występu dla MTV. Identyczny zabieg dotyczy piosenki "When You Came Into My Life". Na szczęście wydawca, jak i sam zespół, nie wszystko zechcieli udziwnić, dzięki czemu w oryginałach możemy posłuchać: "Holiday", "When The Smoke Is Going Down", "Always Somewhere", jak i najpiękniejszej w całej balladowej historii Skorpionów "Lady Starlight" - wszystkie cztery w zremasterowanych wersjach z 2015 r.
Zbyt mocno nie kombinowano również z piosenkami epoki współczesnej, typu: "Gypsy Life" lub "The Best Is Yet To Come", choć takie "House Of Cards" czy "Eye Of The Storm" podano w skróconych wersjach singlowych, co akurat nawet można uznać za ciekawostkę in plus - pod warunkiem, że jedyne ich słuszne oblicza posiadamy już na pełnowymiarowych albumach.
Miło, że wreszcie na tego typu wydawnictwie pojawiła się piosenka "Lonely Nights". Ta pochodząca z bardzo niedocenianej płyty "Face The Heat" kompozycja, trafiła tu dzięki wokaliście Klausowi Meinemu, który mając do niej szczególną sympatię, postanowił ją sam od siebie przypomnieć. Niedawno na portalu Facebook Artysta obiecał, że choćby się waliło/paliło, ten kawałek musi pojawić się obowiązkowo na tej płycie. I słowa dotrzymał.
Za główną atrakcję stanowią tu dwie ostatnie piosenki. A są nimi: premierowe i zdecydowanie krótkawe - każda ledwie nieco ponad 3-minutowa - utwory: "Melrose Avenue" oraz "Always Be With You". Niestety niespecjalnie wgniatające w fotel - z niewielkim wskazaniem na malutki plusik względem tej drugiej. Tkwię w przekonaniu, iż szybko zapomnimy o tych dwóch najnowszych balladkach. Żadna z nich nie zasługuje na certyfikat wieczystego przeboju.
"Born To Touch..." potraktujmy jako kolejną niedoskonałą próbę stworzenia balladowej kompilacji, a także jako dodatek do trwającej właśnie światowej trasy "Crazy World Tour", która niedawno na moment zakotwiczyła w sopocko/gdańskiej Ergo Arenie, a niebawem przypomni się u nas w dalszym jej trybie - konkretnie w lipcu przyszłego roku w Łodzi. O sukces omówionej składanki jestem całkowicie spokojny, wszak już same tytuły nagrań potrafią zelektryzować.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 11 grudnia 2017

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 10 grudnia 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 10 grudnia 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski







W.A.S.P. - "The Last Command" - (1985) -
- Wild Child

W.A.S.P. - "W.A.S.P." - (1984) -
- Animal (Fuck Like A Beast) - oryginalnie na singlu w 1984 r.
- I Wanna Be Somebody

HALFORD - "Winter Songs" - (2009) -
- Winter Song
- Christmas For Everyone
- Oh Holy Night

UFO - "The Salentino Cuts" - (2017) -
- Heartful Of Soul - {The Yardbirds cover}
- Break On Through - {The Doors cover}
- Ain't No Sunshine - {Bill Withers cover}
- Honey Bee - {Tom Petty cover}

SCORPIONS - "Born To Touch Your Feelings - Best Of Rock Ballads" - (2017) -
- Always Somewhere (2015 remaster) - oryginalnie na LP "Lovedrive" w 1979 r.

CHRIS NORMAN - "Don't Knock The Rock" - (2017) -
- Don't Knock The Rock
- Crawling Up The Wall
- Sun In Rising
- Losing You

STAN BUSH - "Change The World" - (2017) -
- The Secret

JOHN LENNON - "Imagine" - (1971 / na CD 1999) - singiel CD
- Imagine - {with The Flux Fiddlers}

JOHN LENNON - "Anthology" - (1998) -
z CD 1 "Ascot":
- Working Class Hero
- Love
- Oh My Love

JIMMY NAIL - "Big River" - (1995) -
- Love - {John Lennon cover}

U2 - "Songs Of Experience" - (2017) -
- You're The Best Thing About Me
- Get Out Of Your Own Way

EAGLES - "Hotel California" - (1976 / reedycja 2017) -
z CD 2: live
- One Of These Nights
- Hotel California

LOS COLOGNES - "The Wave" - (2017) -
- Man Over Bored

GINO VANNELLI - "Big Dreamers Never Sleep" - (1987) -
- In The Name Of Money
- Time Out
- Wild Horses
- Something Tells Me

ANIA RUSOWICZ i GOŚCIE - "RetroNarodzenie" - (2016) -
- Cicho Cichuteńko - {gościnnie MARTYNA JAKUBOWICZ}

DIONNE WARWICK - "Reservations For Two" - (1987) -
- Love Power - {duet with JEFFREY OSBORNE}
- Close Enough
- In A World Such As This
- Another Chance To Love

GIANT - "Last Of The Runaways" - (1989) -
- I'm A Believer
- Hold Back The Night

HELLOISE - "Fata Morgana" - (2001) -
- Wasted Time

JEFF LYNNE'S ELO - "Wembley Or Bust" - (2017) -
- When I Was A Boy






Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




sobota, 9 grudnia 2017

Lennon

Pamiętałem o kolejnej rocznicy mordu na Johnie Lennonie. Zawsze pamiętam. Data "8 grudnia" jest we mnie wrośnięta, niczym każdy z dwudziestu paznokci. Cały wczorajszy wieczór spędziłem z jego piosenkami. A nie napisałem choćby słówka, ponieważ uczynili to za mnie wszyscy inni.
John Lennon zasługuje na pamięć, zarówno dzień przed, jak też dzień po, podobnie jak w styczniu, w lutym i każdej innej chwili. Słuchałem więc, czytałem wspominki, nie skupiając uwagi na jednej konkretnej płycie, a jedynie na lubianym od lat podwójnym zestawie, nazwijmy to: przebojów - "Working Class Hero - The Definitive Lennon". Jutro jednak posłuchamy kilku poza-albumowych rarytasów - z pewnego 4-płytowego i blisko 20-letniego boxu. Już teraz wszystkich Szanownych Państwa zachęcam najmocniej.
Odnoszę wrażenie, że już kiedyś wspominałem tamten feralny grudniowy dzień, nie ma więc sensu przepisywać raz już uzewnętrznionych wspomnień, jednak słówko jedno dorzucę. Otóż, byłem wówczas świeżo-upieczonym piętnastolatkiem, który bardzo przeżył wiadomość o śmierci wielkiego Beatlesa. I autentycznie tkwiłem w przekonaniu, że świat się zaraz zawali. Poczułem grozę, jakby przed chwilą jakieś imperium wystrzeliło bombę atomową i za moment wszystko miało się skończyć. Niewiarygodne tylko, że w mojej szkole żaden nauczyciel o morderstwie na Lennonie choćby słowem nie szepnął. Dałbym głowę pod topór, że będziemy Go opłakiwać, śpiewać niektóre piosenki, wspominać zasługi... a tu niestety, nauczyciele w ogóle nie poczuli podniosłości chwili, i każdy z nich, bez wyjątku, przeszedł do odgórnego toku zajęć. Rozczarowanie ich postawą, to lekko powiedziane. Na dobitkę jeszcze dodam, iż wielu moich rówieśników, także zupełnie nie ruszyło nic a nic. Dopiero na giełdach płytowych dało się odczuć poruszenie. Ludzie dyskutowali, niektórzy nie kryli bólu, a jeszcze inni momentalnie wyczuli koniunkturę i naprędce zaczęli masowo zwozić z Zachodu świeżutkie wówczas "Double Fantasy". Co nie było przecież zadaniem łatwym, albowiem początkowo wytwórnie nie nadążały nad dotłaczaniem albumu, o czym nawet łaskawie informowała u nas ówczesna reżimowa telewizja.
Samo "Double Fantasy" jest udane w co drugiej piosence. Nie idzie słuchać tych pisków Yoko Ono. Przepraszam Cię John, ale artystycznie tej Twojej Yoko jakoś nigdy nie znosiłem. Choć to już dzisiaj płyta "pomnik". Symbol czegoś, co było ostatnim artystycznym wyrazem jednego z największych twórców w dziejach muzyki.
Zaprzestałem po ćwierć wieku kupowania magazynu "Teraz Rock", a właśnie od kogoś usłyszałem, że w najnowszym numerze omówiono album "Walls And Bridges". Chyba jednak ulegnę pokusie i nabędę najnowszy numer odrzuconego rockowego magazynu. Lubię tę płytę, choć jest bardzo nierówna. Jest tam taka poruszająca ballada "Bless You". Okraszona ciepłą leniwą jazz-funkującą sekcją. Piosenka, którą aż się pragnie zapętlić.
Mam w domu winyl "Walls And Bridges". Reedycję Zjednoczonego Królestwa. Kupiłem ją kilkanaście lat temu, gdy była nowiuśką, wręcz gorącą na półce. Kosztowała niemało, ale czy to ważne? Mam tylu znajomych dusigroszów, to choć niech mnie nigdy na płyty forsy nie będzie żal. Załatwił mi ją pewien importer płytowy, który ssał forsę z wdziękiem pijawki, ale potrafił zdobyć wszystko. Dzięki niemu mam pokaźnie wypełnione półki płytowymi skarbami.
Owego winyla wydano z pieczołowitą dbałością o szczegóły pierwowzoru. Mało tego, masę wytłoczono w gramaturze 180, jako audiophile pressing. W tamtych latach nie było to tak powszechnym zjawiskiem, jak obecnie.
Chylę skruszenie czoła zdając sobie sprawę, iż nigdy przenigdy nie zaprezentowałem "Walls And Bridges" w moim Nawiedzonym Studio, i niestety nie uczynię tego też jutro - za dużo zaplanowanych nowości, w tym kilku troszkę zaległych. Poszukam jednak okienka w jednym z najbliższych tygodni.






Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"