niedziela, 21 stycznia 2018

inna klawiatura

Dopinam ostatnie takty do naszego wieczorno-nocnego spotkania. Moja skruszała blogowa aktywność wynika z braku komputera. Chwilowo korzystam z wielkiego laptopa mojej Mamy, która z dobrego serca użyczyła swej machiny na czas naprawy mojego sympatycznego mikrusa. Niby klawiatura qwerty wszędzie taka sama, a jednak moje palce zupełnie na rauszu. Ilość głupot w nią wbijanych zmusza do bezustannych korekt. Nie wyobrażam sobie jutrzejszego przepisywania audycyjnej setlisty. Proszę się jej spodziewać raczej przy podwieczorku, a nie jak dotąd, w porze przedobiedniej.
W środę dostałem nowych Magnum. Zarówno na winylu, jak i CD, tak więc miałem nieco czasu, by zżyć się z najnowszą muzyką Tony'ego Clarkina - zespołowego kompozytora, producenta i gitarzysty w jednym ciele. Dostąpiłem zaszczytu przedpremierowego rozfoliowania "Lost On The Road To Eternity". Tyle mogę uchylić względem dzisiejszego Nawiedzonego Studia. Reszta ujawni się na żywo, już ze Studia przy Rocha. Czekają nas czterogodzinne rockowe tortury. Żadnych ecie pecie. No, może za wyjątkiem jednej, tylko na półrockowej, całkiem fajnej płyty.
Do usłyszenia o 22-giej na 98,6 FM Poznań... w jedynej w Poznaniu słusznej audycji...






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




piątek, 19 stycznia 2018

TEN YEARS AFTER - "A Sting In The Tale" - (2017) -









TEN YEARS AFTER
"A Sting In The Tale"
(TEN YEARS AFTER self release)

***





Troszkę żałowałem, gdy grupę opuszczał charyzmatyczny basista Leo Lyons. Nie tylko sprawny muzyk, ceniony producent, ale też prawdziwe sceniczne zwierzę. Pod wątpliwość nasuwało to zarazem sens dalszego funkcjonowania Ten Years After, tym bardziej, że od dawna brakowało w składzie również najszybszego niegdyś - m.in. za sprawą szaleńczego "I'm Going Home" - gitarzysty świata, Alvina Lee. Inna sprawa, że ten zmarły przed kilkoma laty Muzyk, od dawna nie współtworzył już z odstawionymi na bocznicę kolegami. W miejsce wspomnianego Lyonsa, z biegu wszedł legendarny Colin Hodgkinson - ostoja wczesnych Whitesnake, ale też współpracownik Alexisa Kornera, tak więc...
Do niedawna wypełniający misję Alvina Lee, wokalista i gitarzysta Joe Gooch, choć poprawnie czynił swą powinność, to jednak za jego kadencji z najlepszego Ten Years After nie pozostało za wiele. Dobrze więc, iż w jego miejsce w 2014 roku wskoczył (także szerzej dotąd nieznany) pełen zapału - na pół Włoch, pół Anglik - Marcus Bonfanti. Oprócz śpiewu i gry na gitarze, sprawdza się również jako niezły harmonijkarz, a wyglądem nasuwa przywiązanie do epoki Dzieci Kwiatów, z której to grupa się przecież wywodzi. Bardziej dociekliwi powinni nawet Bonafantiego posłuchać w trzech kompozycjach (w tytułowym "Magnetized", "You Belong To You" oraz balladzie "Ghost Of Love") na ostatnim dotąd dziele popowych i niegdyś potężnie popularnych Johnny Hates Jazz. Ich płyta "Magnetized", co prawda do polskiej dystrybucji od czterech lat się nie wdarła, jednak jako jej sympatyk, słowem zaręczam.
Ten Years After na "A Sting In The Tale" niczym nas nie zaskoczą. Nie porwą dawnymi gitarowymi galopadami, nie zagrają też ponad seniorskie możliwości, ale że wciąż wiele potrafią, udowodnił nie tylko niedawny poznański koncert, poniższa płyta także.
Zespół nie próbuje mierzyć się z nadprodukcją, a w tekstach otumaniać werteryzmem, lecz twardo stąpa po ziemi. Tym samym serwuje szeroko zakrojonego blues rocka, jak przystało na muzyków, którzy wiedzą do czego służy gitara, bas, organy oraz perkusja. I choć nie znalazłem tutaj kuzynów "I'm Going Home", "Love Like A Man" czy "Hear Me Calling", to z radością wpadłem w decybelowe objęcia: "Land Of The Vandals", "Suranne Suranne", "Two Lost Souls", "Last Night Of The Bottle" czy "Silverspoon Lady". Na tej urozmaiconej płycie, chyba każdy znajdzie coś dla siebie. Bo i dostojnego powolnego bluesa "Up In Smoke", balladę "Stoned Alone", również na pół walec/pół grom "Iron Horse", bądź przyprawiony szlachetnymi Hammondami "Retired Hurt".
Bonfanti rozruszał Ten Years After, nie tylko jako muzykant, ale też albumowy producent, zarazem stając się w całej tej machinie ważnym trybem.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






środa, 17 stycznia 2018

YES - "Topographic Drama - Live Across America" - (2017) -








YES
"Topographic Drama - Live Across America"
(RHINO RECORDS)

**





Od kilku ostatnich lat panowie z Yes konsekwentnie reanimują podczas koncertów swe klasyczne dzieła lat siedemdziesiątych. Do tej pory na płytach opublikowali rejestracje występów z brytyjskiego Bristolu - pełne wersje albumów "Going For The One" i "The Yes Album", a także z arizońskiej Mesy, gdzie zaprezentowali w całości "Close To The Edge" oraz "Fragile". Na tym jednak nie koniec. Pomimo niedawnej śmierci zespołowego filaru - w osobie basisty Chrisa Squire'a - grupa nie straciła impetu, szybko w jego miejsce wstawiając pamiętnego z dwóch Yes'owskich płyt: beznadziejnej "Open Your Eyes" oraz znacznie ciekawszej "The Ladder", także śpiewającego basistę Billy'ego Sherwooda. Machina więc działa bez zadyszki, i nic to, że w jej składzie z prawdziwego Yes ostali się już tylko gitarzysta Steve Howe oraz perkusista Alan White. Można by jeszcze pochylić się nad klawiszowcem Geoffreyem Downesem - znanym przede wszystkim z Anderson'owskiej "Dramy" i wzmożonej aktywności lat ostatnich, lecz jego postać chyba na zawsze wpisała się jednak w zasługi Asii.
Yes ambitnie i nieco pospiesznie realizują się ostatnio pod szyldem starego zespołowego logo Rogera Deana, zupełnie jakby się bali wkrótce je utracić na rzecz obozu Jona Andersona, Ricka Wakemana oraz Trevora Rabina. Być może w oczy zajrzał strach, szczególnie po niedawno uzyskanych prawach powyższej trójki do poruszania się nazwą Yes, choć na razie jeszcze bez możliwości przyswojenia oryginalnego logotypu.
Tytuł najnowszego wydawnictwa "Topographic Drama - Live Across America" wiele wyjaśnia. Po pierwsze, otrzymujemy nagrania z różnych miejsc Stanów Zjednoczonych z lutego 2017 roku, po drugie: tym razem do głosu doszły albumy "Drama" (z bardzo popularnym u nas utworem "Into The Lens") oraz "Tales From Topographic Oceans". Z tym, że o ile "Dramę" zaprezentowano w pełnej okazałości, o tyle z Topograficznych Oceanów pojawiają się jedynie dwie z czterech suit, tj: "The Revealing Science Of God" oraz "Ritual", plus element z suitowej topograficznej układanki "The Ancient", w postaci "Leaves Of Green". Aby nie było zbyt krótko, oba kompakty wzbogacono o zagrane podczas tej samej trasy najstarsze i zarazem szczególnie lubiane przez zespołowych sympatyków kompozycje: "And You And I", "Heart Of The Sunrise", "Roundabout" oraz "Starship Trooper".
Można nawet docenić pomysł prezentowania dawnych albumów na żywo, jednak nie bardzo przychylam się do napinającego głosowe struny Jona Davisona - w przeszłości stojącego na czele karykaturalnie podszywającej się pod Yes formacji Glass Hammer. Muzyk przesadnie stara się wcielić w drugiego Jona Andersona, pręży więc Amerykanin muskuły, podczas gdy ten jego falsecik wypłowiały jakiś. O ile poprzedni wokalista Benoit David  (znany z LP "Far From Here") miał w a'la Andersonowskim naśladownictwie sporo wdzięku, o tyle Jon Davison nasuwa skojarzenia z szefem prowincjonalnego kościelnego chóru zbitego z parafialnych gospodyń i ich panoczków. Słucha się tego okropnie, choć przyznaję, że w samej warstwie muzycznej, trudno się do czegokolwiek przyczepić. Sądzę ponadto, iż każdy sympatyk tego zasłużonego dla prog/rocka zespołu, i tak będzie sięgać po pierwowzory - niepodważalne i najpiękniejsze.
Gdyby nie barwna charakterystyczna gitarowa gra Steve'a Howe'a, pozostałą piątkę muzykantów należałoby umieścić w dziale: kolejny Yes tribute band. Czekam zatem niecierpliwie za przejęciem od lat lubianego znaku firmowego "Yes" przez Andersona i spółkę, nawet jeśli z repertuaru znikną takie "And You And I", bądź "Ritual", a w ich miejscu zagoszczą przebojowe "cyferki" lub "wielki generator".







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 15 stycznia 2018

nie żyje DOLORES O'RIORDAN (6.IX.1971 - 15.I.2018)

Nie żyje Dolores O'Riordan. Dowiedziałem się w porze kolacyjnej. Miało już dzisiaj nie być takich wieści. W ogóle myślałem, że styczniowy limit wyczerpał się w pierwszych dwóch posylwestrowych tygodniach.
Taka młoda dziewczyna, co się do cholery stało? Oficjalnie nie podano, choć snuje się teorie wokół zaburzeń afektywnych dwubiegunowych, które Artystkę niegdyś dotknęły. Nie interesuje mnie przyczyna, raczej mam żal do tego, co karty tasuje.
Zawsze bywam z Państwem szczery, nie inaczej będzie więc tym razem. Lubię/łem Dolores, choć zaślepionym maniakiem Cranberries nigdy nie byłem. Kiedy grupa zaczynała, ja byłem na etapie Pendragonów, Marillionów i tym podobnych prog/rockowych formacji. Dokopywałem się do przeróżnych dziwactw w obrębie gatunku, nie zawsze dostrzegając walory wielu młodych wówczas atakujących wykonawców, którzy grali po prostu fajnego prostego piosenkowego rocka. Zupełnie przeoczyłem pierwszą płytę Żurawinek, choć dostrzegłem jej wschód oraz prasową przychylność. Pewnego razu znienacka pojawiło się "Zombie" i wszyscy oszaleli. Pójdę dalej, "Zombie", to przecież początki mego radiowania. Wszystkie po medialnym fachu koleżanki, a i także radiowi koledzy, słuchali tej piosenki po kres ludzkich możliwości. Z początku nienawidziłem tego kawałka, a jeszcze bardziej irytowało mnie, tak circa o dekadę młodsze bractwo, które w stosunku do tej piosenki nie miało umiaru. Gdziekolwiek byłem, wszędzie "Zombie" i "Zombie". W knajpie, w radio przy Rocha, czy w konkurencyjnej, lecz też memu sercu bliskiej rozgłośni przy Dożynkowej, do tego w radiowych odbiornikach poznańskich taksówek, którymi wówczas poruszałem się niemal każdego dnia (tak było, sic!), do tego nie było zwyczajnej prywatki, by Dolores nie zaśpiewała "Zombie". A wszystko to chyba specjalnie dla mnie. Miałem dość i jeszcze raz dość. Najlepsze, że gdy wreszcie po kilku latach polubiłem zupełnie bezwiednie tę piosenkę, wszyscy dawniejsi jej entuzjaści słuchali już zupełnie czego innego, a na kolejną emisję "Zombie" reagowali z obrzydzeniem, w rodzaju: oj, wyłącz to, nie mogę już tego słuchać. Dodam jeszcze, iż w epoce szarpnąłem się na cały album "No Need To Argue", który wydał mi się całkiem przyjemny, lecz nie na tyle, by postawić go na półce obok Pendragon, Genesis czy Rush. Cranberries rzucili na mnie klątwę, która w konsekwencji pozwoliła mi niemal kompletnie przejść obojętnie przy kolejnej ich płycie "To The Faithful Departed". Nawet mój radiowy guru Tomek Beksiński docenił twórców "Zombie", podczas gdy ja nadal byłem na nich głuchy, jak pień.
Przełom nastąpił w 1999 roku za sprawą czwartego długograja "Bury The Hatchet". Była to ostatnia prosta skrywanego w sercu Radia Fan, a ja wciąż wierzyłem w jego uratowanie przed szponami łapczywych medialnych hien, które tylko zacierały ręce przed wykupem naszego pasma. Niestety ostatecznie nas/mnie pokonując. Zakochałem się w "Bury The Hatchet", i to na zabój. Słuchałem tej płyty nieprzerwanie. Nawet kilku znajomych wyraziło zaniepokojenie mym entuzjazmem, często kąśliwie doszukując się we mnie słomianych zachwytów, a to z uwagi na towarzyszącą dziełu piękną a'la Pink Floyd'owską albumową okładkę. Fakt, jej autorem Storm Thorgerson, ale nie o szatę sprawa się rozbijała, a o treść. Dolores też przecież zaśpiewała jak nigdy dotąd. Kompletnie odmieniona, niby ten sam głos, lecz jakże inaczej nim władała. Zrobiło się mniej mrocznie, w zamian spora doza entuzjazmu, zupełnie jakby Dolores wiedziała, że mój szczęśliwy nastrój należy podlać odpowiednią lekkością kompozycyjną i na przestrzał śliczną melodyką. Całość zaowocowała piosenkami, które niosły się same. Niemal z lekkością piórka na wietrze, mieniąc się wszystkimi możliwymi barwami. Chwytającymi za serce balladami, jak i arcy-porywającymi kawałkami rockowymi. Powstała płyta doskonała, wręcz genialna! Czternaście piosenek i czternaście nieskazitelnych. Począwszy od utrzymanej w uroczo leniwym średnim tempie "Animal Instinct", gdzie solowa gitara nawet przypominała bas Petera Hooka za czasów "Sub Culture" - a więc wspominanych we wcześniejszym dzisiejszym tekście "Blue Monday" New Order'ów. Po tak królewskim otwarciu ruszyła do boju pełna witalnej energii "Loud And Clear" - ze słyszalnymi dęciakami, których w obsadzie przecież nie było. Jako trzecie, kąśliwe w zwrotce, a zatrzymujące krew w żyłach przy refrenie "Promises". Po prostu czysta eksplozja! Każda melodia genialna, a Dolores najlepsza na świecie. I choć z "Promises" uczyniono światowy przebój, to jeszcze lepsze w tej materii w moim odczuciu na albumowym rewersie "Delilah". O kurcze, prawdziwy czad. Mocne, wręcz charczące gitary, plus Dolores wypluwająca płuca. O melodii nawet nie wspomnę, bo to rzecz z gatunku: raz po razie. Na płycie było też pełne polotu "Desperate Andy", gdzie Dolores nawet jodłowała. Ale "Bury The Hatchet", to też kilka ballad, z absolutną "petardą" na czele, jaką stoi rozpruwająca serce "Fee Fi Fo", ale też do szpiku poruszająca "Shattered". Można by o nich, jak i całej tej płycie, napisać przynajmniej pracę magisterską, zamiast o jakiś silnikach lub innych inżynieryjnych nudziarstwach. Po tej płycie stałem się kopniętym wariatem na punkcie Dolores i jej kompanów, choć wcześniejsze płyty nadal mi niespecjalnie smakowały. Gdy więc dwa lata później zapowiedziano następczynię "Bury...", czekałem niecierpliwie. Tym bardziej, że "Wake Up And Smell The Coffee" zdobiła równie finezyjna okładka - ponownie autorstwa Storma Thorgersona. Niestety, nic nie dzieje się dwa razy. Płyta okazała się ledwie przyzwoita, a tym samym rozczarowała na całej linii. Po tygodniu słuchania postawiłem na półce, pozwalając kurzowi na jej obleganie. I tak spoczywa w bezruchu do teraz.
Wkrótce Cranberries pożegnali się na zawsze, Dolores niedługo potem nagrała dwie zgrabne solowe płyty, by po upływie dekady cały band ogłosił triumfalny powrót. W dniu premiery poleciałem do sklepu po ich nowiuśkie "Roses". Fajna płyta, polubiłem od razu. Może inna, może niedoskonała, może już nie tak młodzieńca, ale fajna. Słuchałem i prezentowałem w Aferze, lecz nikt nie podzielał mego entuzjazmu. Cóż, nie było tam nowego "Zombie", nie było też lekkości caluśkiej "Bury The Hatchet", ale to nadal byli dobrzy Cranberries. I kiedy już myślałem, że znowu się rozpadli, wiosną ub.roku wydali unplugged'ową płytę, której z nieznanych mi powodów, jakoś nie kupiłem. Jeszcze w minionym grudniu, będąc w Saturnie, wziąłem album do ręki, ale jednak po chwili odstawiłem do przydzielonej mu przegródki. Coś nie miałem natchnienia, ni duchowej potrzeby. Teraz pewnie pobiegnę i jednak kupię. Coś czuję, że wówczas nie miałem nosa.
Przykro jest pogodzić się z tak smutną nowiną. Właśnie naciskam "play" przy "Bury The Hatchet", zaczynam słuchać, zaczynam wspominać.... Ach, jak cudownie wciąż brzmi ta płyta. No tak, przecież pięciogwiazdkowy koniak nie miał prawa wywietrzyć.
Dziękuję Ci pięknie Dolores za wszystkie muzyczne skarby tu pozostawione, a teraz brnij do świata lepszego...






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





Blue Monday

Dzisiaj Blue Monday. Każdy trzeci poniedziałek Nowego Roku jest ponoć tym najbardziej depresyjnym, tak wbito do kalendarza, więc nie ma co dyskutować. Następny taki dzień już 21 stycznia 2019 r. Nie mam pojęcia, czy dzisiejszy poniedziałek najsmutniejszy, ale na pewno najzimniejszy. Na szczęście śnieg oszczędził Poznań, jeszcze by tego cholerstwa brakowało. Mamy połowę stycznia, niebawem krótki luty, po czym przedwiośnie, no i danie główne: wiosna. Czekam więc z niecierpliwością, a później niech już się czas ślimaczy. I niech sobie nawet gadają, że im z tego powodu smutno, smutniejszo, najsmutniejszo...
New Order nagrali w 1983 roku taki niekrótki kawałek "Blue Monday". Przebój, że hej. Nawet wydany u nas dzięki litościwemu Tonpressowi, w formie małej płytki. Stało się to dwa lata po światowej premierze, w dodatku na 33 1/3-obrotach na minutę, co w przypadku 7-calowych singli zdecydowanie bywało rzadkością. No, ale tych siedem minut nie upchnięto by na jednej szczupłej stronie, gdyby zechcieć koniecznie piosenkę wytłoczyć na płytce małoformatowej. Na Wyspach "Blue Monday" trzaśnięto na dwunastocalówce, przez co grała jak żyleta. U nas praktycznie nie tłoczono maxi singli, choć bywały wyjątki. Do New Order dorobiliśmy własną okładkę, i tak powstał rarytas, za którego Brytyjczycy niegdyś nawet płacili 10 funciorów.
Pamiętam rozczarowanie sympatyków tego niemal dyskotekowego szlagieru, albowiem większość z nich, miała nadzieję znaleźć go na wydanym niemal równocześnie albumie "Power, Corruption And Lies". I ja też ręce zacierałem. Po latach jednak w pełni rozumiem ekipę Bernarda Sumnera i Petera Hooka, "Blue Monday" kompletnie charakterem nie pasowałoby do tamtego longplaya. Do następnego "Low Life", tym bardziej. I choć uwielbiam "Blue Monday", to gdyby ten numer pojawił się na którejkolwiek z powyższych płyt, tylko by je popsuł. Szczególnie obłędną "Low Life" - absolutny no.1 w dorobku Anglików. Tamtego długograja także wydano u nas na oficjalnie nabytej licencji. Ktoś w tym Tonpressie musiał ich lubić. W ogóle byliśmy z powyższego powodu we Wschodniej Europie odmienni. Bo gdy komunistyczna bieda chciała udobruchać swoje narody, to za ciężką walutę serwowano takim Bułgarom, Rosjanom czy Czechom, licencje komercyjnych gigantów, jak: Chris DeBurgh, Pink Floyd, AC/DC, Jennifer Rush, Alan Parsons Project, The Moody Blues czy Whitney Houston, a u nas Tonpress szarpał się na New Order, Joy Division, Nico lub The Smiths. A taki Pronit, dla kolejnego przykładu, wytłoczył nikomu prawie (nawet wówczas) nieznanych Tuxedomoon. Byliśmy niezależni i ambitni do szpiku kości. W innych krajach chciano jednak zarabiać na twardą walutę, więc taki Balkanton dotłaczał tytuł za tytułem wielbionych masowo Modern Talking, C.C.Catch, bądź Blue System, a u nas ambitnie ukomercyjniano niezależnych, buntowników czy nowofalowców. I bardzo dobrze! Chyba krajowi decydenci zdawali sobie sprawę, że na chałturę w końcu nadejdzie czas. Mieli nosa. Machinę rozruszały początkowo winyle prekursorów disco/dance-polowych, jak: Bolter czy Top One, a teraz na czarnym krążku (Boże, jak ja nie cierpię określenia "krążek" !!!) wytłoczył się szansonistyczny i nadpobudliwie popularny błazen Zenon Martyniuk. I jeszcze sobie ponumerował cały nakład, a pierwszych pięć egzemplarzy nieskromnie trzasnął na portale aukcyjne. No i co, nie kupią? Kupią, i to jeszcze będzie się bezguście i szpan licytować. Jeden musi drugiemu udowodnić swą wyższość. Ostatnio lubiany znajomy opowiadał, jak to jeden z kolei jego znajomych zapragnął na organizowaną przez siebie imprezę zakontraktować występ jednego z tych syf-polowych "artystów". Tak, jakby nie mógł szarpnąć się za podobny żłob na nieobciachowy Perfect, Lady Pank lub nawet Patrycję Markowską - jeśli już musi mieć taki "live"-ik dla draki. Okazało się, że ci przymilarscy łuputupu zabawiacze, mają terminy obsadzone na rok z góry, a za godzinę występu życzą sobie 40-50 kawałków - i to za godzinę dreptania po parkiecie. A ci mniej rozchwytywani, minimum 10 patoli. I co, nie dadzą? Dadzą, wszak idiotów nie brakuje. Szczególnie, gdy chce się być trendy, niekoniecznie mając we łbie poukładane. Oooo, i gdy sobie o nich pomyślę, to faktycznie dzisiaj Blue Monday stoi jak byk. .





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 14 stycznia 2018 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 14 stycznia 2018 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski






ASIA - "Aura" - (2000) -
- Wherever You Are
- Ready To Go Home

LANA LANE - "Lady Macbeth" - (2005) -
- Someone To Believe

GPS - "Window To The Soul" - (2006) -
- New Jerusalem

PHIL LANZON - "If You Think I'm Crazy" - (2017) -
- Carolin - {śpiew ANDY CAINE}
- Forest - {śpiew PHIL LANZON}

CODE RED - "Incendiary" - (2017) -
- My Hollywood Ending

=================================
=================================

kącik poświęcony Eddiemu "Fast" Clarke'owi - ex-gitarzyście MOTÖRHEAD
(5.X.1950 - 10.I.2018)




MOTÖRHEAD - "Iron Fist" - (1982) -
- Iron Fist

FASTWAY - "Bad Bad Girls" - (1990) -
- I've Had Enough

MOTÖRHEAD - "Ace Of Spades" - (1980) -
- (We Are) The Road Crew
- Jailbait
- The Chase Is Better Than The Catch

==================================
==================================

FRANCE GALL - "Ella Elle L'a" - (1987) - 12" MAXI SINGLE
- Ella Elle L'a

CHAMPLIN / WILLIAMS / FRIESTEDT - "CWF" - (2015) -
- Aria
- Carry On

CHICAGO - "Chicago 19" - (1988) -
- I Don't Wanna Live Without Your Love - {śpiew BILL CHAMPLIN}

LINDA RONSTADT - " Winter Light" - (1993) -
- Heartbeats Accelerating
- Winter Light

MYLENE FARMER - "Les Mots" - (2001) -
- Désenchantée - {oryginalnie na albumie "L'Autre..." - 1991}

RAY THOMAS -"Hopes, Wishes & Dreams" - (1976) -
- We Need Love

THE MOODY BLUES - "Seventh Sojourn" - (1972) -
- Isn't Life Strange - {śpiew JOHN LODGE & JUSTIN HAYWARD}

THE MOODY BLUES - "In Search Of The Lost Chord" - (1968) -
- Legend Of A Mind - {śpiew RAY THOMAS}

THE MOODY BLUES - "Strange Times" - (1999) -
- Sooner Or Later (Walkin' On Air) - {śpiew JOHN LODGE & RAY THOMAS}
- My Little Lovely - {śpiew RAY THOMAS}
- Nothing Changes - {melorecytacja GRAEME EDGE}

JUSTIN HAYWARD - "Classic Blue" - (1989) -
- MacArthur Park - {Richard Harris cover}

SPACE - "Magic Fly" - (1977) -
- Magic Fly

DONNA SUMMER - "Endless Summer - Donna Summer's Greatest Hits" - (1994) -
- MacArthur Park - {singiel z 1978 r.} - {Richard Harris cover / kompozycja Jimmy Webb}

BEGGARS OPERA - "Pathfinder" - (1972) -
- Hobo
- MacArthur Park - {Richard Harris cover}

TEN YEARS AFTER - "A Sting In The Tale" - (2017) -
- Land Of The Vandals
- Iron Horse

JOHNNY HATES JAZZ - "Magnetized" - (2013) - na albumie w trzech kompozycjach na gitarze zagrał MARCUS BONFANTI - obecny wokalista i gitarzysta TEN YEARS AFTER
- Magnetized
- Ghost Of Love

STEVE KILBEY & MARTIN KENNEDY - "Glow And Fade" - (2017) -
- Levitate

===========================================
===========================================




"NOCNIK" - czyli "NAWIEDZONE STUDIO DOGRYWKA"

Tym razem tylko jedno nagranie z kompaktu Tomka Ziółkowskiego, za to ponad 20-minutowa suita....



BUDKA SUFLERA - "Cień Wielkiej Góry Live" - (2013) -
- Szalony Koń

===========================================
===========================================



Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





niedziela, 14 stycznia 2018

noce w białej poświacie

Ray Thomas
Z soboty na niedzielę urządziłem sobie noc w białej poświacie z The Moody Blues. Na ruszt poszedł występ z londyńskiego Royal Albert Hall, zarejestrowany 1 maja 2000 roku. A więc z trasy promującej album "Strange Times" - przedostatni studyjny, albowiem jak dotąd ostatnim odległy już kolędowo-pastorałkowy "December" z 2003 roku.
DVD "Hall Of Fame - Live From The Royal Albert Hall" można również przeżyć w formie audio, z tak samo zatytułowanej, i tak samo niedługiej płyty. Niedługiej, lecz wspomniane DVD mierzy dokładnie tyle samo.
Wspaniały koncert z udziałem orkiestry, no i przede wszystkim ze zmarłym ostatnio Rayem Thomasem. W ogóle jest to ostatnia szansa pogapienia się na tego muzyka. I proszę koniecznie tego nie zaniedbać. Piosenka "Legend Of A Mind" w jego objęciach należy do królowych tamtego wieczoru. Oczywiście na pierwszym planie występu cudowny Justin Hayward, któremu ramię w ramię asystuje John Lodge, ale stojący tylko troszkę na uboczu Ray Thomas, przykuje uwagę każdego zespołowego entuzjasty. Ray miał przepięknie romantyczny głos, ale przecież Justin i John, także. Wszystkich ich kocham, ale teraz po śmierci Raya jakoś mocniej przykuwam uwagę właśnie na Nim.
Ray na deskach londyńskich wygląda kulturalnie. Ta jego atłasowa koszula, te eleganckie spodnie, do tego ładnie przyczesana fryzurka... Justin, jak to Justin, w rozpiętej koszuli z kołnierzykiem i spodniami na kant, Graeme'a niewiele widać za jego bębnami, za to John wygląda jak prawdziwa gwiazda rocka. Nie opiszę w detalach, tym samym wyłudzę Państwa Szanownych ciekawość, byście SE zobaczyli. W ogóle SE zobaczcie ten wspaniały występ.
po lewej Ray Thomas, w bieli Justin Hayward, w głębi John Lodge
Weekend z The Moodies trwa. Właśnie oglądam ich amerykański show z greckiego Teatru w Los Angeles. Jest letni wieczór 11 czerwca 2005 roku i w grupie nie gra już Ray Thomas. I choć nie jest jeszcze śmiertelnie chory, to już wykazuje pozbawienie sił, by z dawnymi kolegami stanąć w jednym rzędzie. Aby ta duża scena nie wyglądała pustawo, mamy kilku pomagierów: klawiszowca, drugiego perkusistę, panią z flecikiem i gitarą.... Musiało być z rozmachem, przecież Moodies świętowali swe 40-lecie, choć tym razem zagrali bez orkiestry. Ludzie bawią się dobrze, choć na wcześniejszym londyńskim show, wręcz szaleli. Przez te pięć lat panowie postarzeli się tylko troszeczkę i nadal wyglądali rześko.
Co jawi plusem "Lovely Too See You Live"? Ano jest dłużej, znaczy: więcej. I nadal cudownie, chociaż na minus: wyraźny brak Raya. Mam te DVD od dawna, a dopiero teraz oglądam po raz pierwszy. Właśnie zaczynają "I Know You're Out There Somewhere", a tu patrzę, że za kolejne trzy utwory pojawi się "Your Wildest Dreams" - młodszy jej brat - i na swój sposób kopia. Choć z tą kopią, to raczej na odwrót.
W kolejce na kolejny seans oczekuje "A Night At Red Rocks" - z Orkiestrą z Kolorado. Od niedawna mam na DVD (w sensie kilka lat), za to na VHS od zawsze. Raz kiedyś obejrzałem, dawno dawno temu, więc już kompletnie nie pamiętam, jest zatem okazja. Tu mamy do czynienia ze starszą epoką, a konkretnie koncertem z 1992 roku, czyli zaraz po krytykowanej, a jak najbardziej pięknej płycie "Keys Of The Kingdom". Krytykowanej, w sensie przez Tomka Beksińskiego. Nikt inny nie miałby do tego prawa, On w drodze wyjątku tak. Nosferatu kochał starych Moodies, tych sprzed czasów Patricka Moraza, gdy zamiast syntezatorów, subtelnie walił po melotronie Mike Pinder. Beksia zawsze rozumiałem i to się nie zmieni. Co u Mike'a Pindera? Coś nam zacichł... Podobno z branży nie wypadł, lecz nagraniowo leń do potęgi n-tej.
Dzisiaj tylko popołudniówka z The Moody Blues, ale kolejne DVD odtworzę już na pewno w którąś z najbliższy nocy.
Posłuchamy sobie w dzisiejszym Nawiedzonym czegoś z ich udziałem, a co !!!






Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"