czwartek, 5 grudnia 2019

JEFF LYNNE'S ELO - "From Out Of Nowhere" - (2019) -










JEFF LYNNE'S ELO
"From Out Of Nowhere"
(BIG TRILBY RECORDS / COLUMBIA / SONY)

**1/2






Jestem szczęśliwym dzieckiem najlepszego wobec muzyki pokolenia. Gdy przyszedłem na świat istnieli jeszcze Beatlesi, a gdy jako młodzieniec wiedziałem już w czym rzecz, na rockowym biegunie nadal działali Led Zeppelin, zaś na stylistycznie przeciwnym mocarna ABBA. Dobrze mieli się Bee Gees, triumfalnie kroczyli Queen, a kolektywnie nadal zwarci Pink Floyd właśnie wykładali na stół wiekopomne "The Wall". Dzieło, które przed chwilą machnęło chorągiewką 40-lecia. A gdzieś pomiędzy wszystkich tych gigantów sukcesami, najlepsze pop-piosenki dostarczał jedyny w swoim rodzaju Jeff Lynne - lider przepastnej machiny Electric Light Orchestra - zespołu, który jak się okazać miało, przez wiele późniejszych lat dyktował warunki listom przebojów.
Tworzone przez Jeffa Lynne'a efektowne piosenki, oprócz nadanego jej autorowi mocą natury charakterystycznego głosu, zawierały czysty rock'n'roll (m.in. w "Hold On Tight", "Rock'n'Roll Is King", "Roll Over Beethoven" czy "Do Ya"), ale i echa wielbionych The Beatles (na poparcie, choćby "Telephone Line", "Showdown", "Shangri-La" czy wyrwane z suity "Concerto For A Rainy Day" - "Big Wheels"), ponadto nierzadko nawiązywały do muzyki klasycznej (w latach 70-tych stosowana przez E.L.O.
mnogość prawdziwych!, nie żadnych komputerowych smyków), niekiedy ocierając się nawet o operę (i tu weźmy na ruszt, było nie było, r'n'rollowe "Rockaria!"). W wielu przypadkach Lynne stosował również ponad dwudziestogłosowe wokalne nakładki, przez co znacznie zmniejszył dystans pomiędzy oratoriami a dyskotekami, do których bardzo chętnie zaglądała tworzona przez niego muzyka. Warto jeszcze nadmienić, iż w aranżacjach, tych z pozoru lekkich, acz bezkompromisowo porywających piosenek, panował istny przepych, i proszę dać wiarę, nikomu to nie przeszkadzało. Electric Light Orchestra byli tak silni, że nie potrzebowali plakatów, by na koncertach zawsze mieć komplet na widowni. Dziś z dawnej chwały nie pozostało zbyt wiele. Chyba, że na plus zaliczymy wciąż rozpoznawalną barwę głosu, w zasadzie całkowicie osamotnionego obecnie szefa Elektrycznego Światła Orkiestry oraz, co by nie mówić, wbudowany w jego kręgosłup, a dziś już jedynie leniwie powiewający wypłowiałą flagą charakterystyczny styl. Gdzieś uszło dawne bogactwo środków, wywietrzał symfoniczny rozmach, a dawniejszy rock'n'rollowy przekaz obecnie smakuje niczym wystygłe kiełbaski na osiedlowym festynie. Niemal bite 33 minuty, które napawają me ciało całkowitą dysforią. A już kompletnie nie pojmuję, dlaczego tak utalentowany kompozytor, instrumentalista, wreszcie producent, tak kiepsko realizuje swoje ostatnie płyty. Sprawa dotyczy również wydanej przed czterema laty "Alone In The Universe" - opublikowanej notabene pod identycznym szyldem "Jeff Lynne's ELO". Brzmią niczym tanie chałupnictwo, a jednocześnie zawierają do bólu przeciętne melodie. Jak to jest, że przed czterema dekady Lynne realizował albumy-giganty, a teraz w XXI wieku, w dobie, gdy ma do dyspozycji wszystkie dobrodziejstwa techniki, zadowala się wyrobnictwem, które na dodatek brzmi jak skrzyżowanie demo, mp3 i podręcznego laptopa. Słucham tego - choć niestety już coraz rzadziej - i wspomnieniami zaciągam się powietrzem z "Out Of The Blue", "A New World Record", krytykowanej w dobie disco - że niby skąpo, albowiem nadto komputerowo przyodzianej - "Discovery", że już o moim sentymencie do "Time" nawet nie wspomnę. Tak Drodzy Państwo, "From Out Of Nowhere" aż prosi się o skrycie twarzy w dłoniach. Całość brzmi jak fucha. Jak płyta Artysty, który wiele potrafi, tylko nie bardzo mu się chce. Bo nawet najładniejszym piosenkom ("Down Came The Rain" oraz "Goin' Out On Me", plus jeszcze od biedy "Time Of Our Life") daleko do magii "Turn To Stone", "All Over The World" czy "Ticket To The Moon". Biję przekonaniem, że zapomnimy o tej płycie równie szybko, co o już zakurzonej, a nadal w miarę nowej "Alone In The Universe".
Jeff Lynne, który słusznie w epoce 70/80's posiadł żądzę bycia najlepszym, i po części stał się prawdziwym Hemmingwayem muzyki, teraz zabrał się za przywrócenie życia nazwie "ELO", czyniąc to niestety w wieku, a i z możliwościami, w którym piłkarze zazwyczaj dorabiają emerytalną trenerką. Może dlatego nowe piosenki Lynne'a przypominają ekipę, która próbuje złożyć rozebrane auto przez wenezuelskich celników. Cóż, wystrzelał się karabinek dawnych możliwości przywódcy E.L.O. Pora w domowym zaciszu zacząć cieszyć się nabytymi w odległych dziejach trofeami, dopóki plakaty reklamujące obecne koncerty nie zaczną przypominać artystycznych klepsydr. Najbardziej smuci fakt, że gdyby tej płycie przyszło zostać tą pożegnalną, to nawet nie znajdziemy tu choćby jednej piosenki, takiej godnej ostatniego walca.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





wtorek, 3 grudnia 2019

COLDPLAY - "Everyday Life" - (2019) -









COLDPLAY
"Everyday Life"
(PARLOPHONE)

***






"Everyday Life" zanurza Coldplay w różnych gatunkach. Ta dwufazowa płyta (pierwsza część zwie się "Sunrise", druga "Sunset") przedstawia ekipę Chrisa Martina chłonną eksperymentów, pomiędzy którymi trafiają się również piosenki o znajomej konstrukcji oraz ładnych liniach melodycznych. Ale od razu postawmy sprawę jasno, wielbiciele trzech pierwszych bezbłędnych albumów będą potrzebowali cierpliwości. Bo choć całość nosi charakter uporządkowany, czytaj: konceptualny, to jednak moje odczucia bliskie były podejrzeń, czy aby nie jest to zbiór utkany z b-side'ów, outtaków oraz innych, z jakiś powodów wcześniej niechcianych ścieżek. A więc trochę takie sierotki zaproszone do wspólnego stołu.
Doceniam poszukiwania (niekiedy widoczne fascynacje Brianem Eno, Paco De Lucią, muzyką francuską, afrykańską czy orientalną) jednak wolałem Coldplay, którego dawniejsze piosenki ze swadą kręciły się na letnich jak i zimowych oponach. Dlatego tęsknię za zespołem, któremu nie marzyły się jeszcze występy stadionowe, a który czarował przekazem, nie opakowaniem.
Najładniejszą piosenką "Daddy". Delikatna ballada, niosąca się niczym płatki śniegu. Chris Martin nie po raz pierwszy w takich chwilach zaszczyca nas kolorytem swej osobowości. W tej samej kategorii spróbuje tu jeszcze dorównać, nasycona smyczkami i ponownie namiętnym śpiewaniem Martina, tytułowe "Everyday Life". Jednak, nie ten albumowy fragment zaskoczy wnikliwych penetratorów dokonań tej nad wyraz popularnej grupy. Wydaje się, że ich uwagę przyciągnie zaskakujące "Arabesque". Rzecz, jakiej Coldplay do tej pory nigdy nie stworzyli. Zrytmizowana oraz opracowana na smyczki, a nawet dęciaki, folk/jazz/popowa piosenka, w której Chris Martin jawi się francuskośpiewnie. Totalny odjazd, który w swym jądrze nabiera nawet bogatej strukturalnie psychodelii. Dla mnie bomba! Lecz "Arabesque" to niejedyne zaskoczenie, choć na pewno największe. Inne otrzymujemy zaraz po inicjującym całość - a ubrane w pogrążone w smutku smyczki - albumowym intro "Sunrise". Kompozycja "Church", która swobodnie i za sprawą kobiecej wokalizy zamierzenie pachnie klimatem Wschodu. A propos
wywołanego do tablicy tytułu "Church", czy zauważyliście, że żyjący w cieniu Boga Martin, coraz częściej się do niego zbliża? - weźmy kompozycje: o nieco katedralnym posmaku "When I Need A Friend" oraz wspomniane tytułowe "Everyday Life" ("... wraz z pierwszym światłem szeroko rozłożę ramiona, Alleluja...).
Znajdziemy tu jeszcze gospelowe "Broken", bluesowe doo-wop "Cry Cry Cry", a nawet wziętą na ruszt brutalność policji w kontekście rasistowskim, co dostarcza "Trouble In Town". Ponadto także troszkę innych tematów, do których niekoniecznie podejdziemy bez asekuracji. Zaś pomiędzy "Sunrise" a "Sunset" potkniemy się o takie kilkuścieżkowe nic, czyli o zawartość kilkusekundowych tracków, począwszy od nr 9 aż po 16, w których cisza, albo bicia dzwonów. Nie jest lekko z tymi nowymi Coldplayami. I pomyśleć, kiedyś dokonywali niemożliwego grając sercem, a dzisiaj tworzą muzykę, z którą jest trochę tak, jak po nudnym meczu: widowisko marne rozstrzygnęły karne.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




poniedziałek, 2 grudnia 2019

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 1 na 2 grudnia 2019 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 1 na 2 grudnia 2019 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Janek Mojżeszewicz
prowadzenie: Andrzej Masłowski








V/A - "Hear 'N Aid" - (1986) - metalowa odpowiedź na "We Are The World". Charytatywna inicjatywa Ronniego Jamesa Dio na rzecz głodujących w Afryce. Pełen żaru song/hymn z udziałem ówczesnej armii gwiazd. W poniższym nawiasie wymieniłem jedynie podstawowych wokalistów, bo gdybym wziął się jeszcze za chórzystów plus instrumentalistów obawiam się, że zleciałoby pół dnia. Fantastyczne siedem minut usadowione na samym początku albumu. Edycja Japan, choć kupiony za ogromne pieniądze w latach 90-tych egzemplarz był z drugiej ręki, a poprzedni właściciel wyrzucił cenne OBI. To taka karteczka z japońskimi hieroglifami, którą posiadacze tych najcenniejszych w światowej fonografii albumowych edycji zawsze ją doczepiają do lewej strony okładki.
- Stars - {śpiew ERIC BLOOM, DAVE MENIKETTI, RONNIE JAMES DIO, ROB HALFORD, KEVIN DuBROW, PAUL SHORTINO, GEOFF TATE oraz DON DOKKEN}

PRETTY MAIDS - "Undress Your Madness" - (2019) - nie ma żartów, tak poważnie zabrałem się za promowanie tego albumu, że liczę na działkę od Ronniego Atkinsa, Kena Hammera oraz ich podopiecznych. I niekoniecznie myślę o kawałku zaniedbanego terenu ogrodzonego siatką, gdzie przyjdzie mi w sezonie podcinać krzewy oraz guzdrać po trawniku z konewką. Taka działeczka i owszem, ale wolę z butelczyną załapać się u kogoś już na gotowe.
- Slavedriver

CORELEONI - "II" - (2019) - spoglądam do radiowych zapisków, i co? Nie ma tygodnia byśmy nie skrobnęli czegoś z tego długograja. Oto kolejne porywające heavy, którego słucham z największą przyjemnością. Niewiele takich płyt, choć z pozoru ogrom. Ale tu obowiązują zasady starej dobrej szkoły. Nie ma więc ucieczek w eksperymenty, w nienaturalne brzmienia, żadne kombinacje czy napinanie pasa. Jest to, co w takiej formule być powinno, czyli zapierające dech melodie, kąśliwe riffy, wybuchowe gitarowe solówki oraz wokal, przy którym lody topnieją. Ojciec chrzestny rodu Coreleoni - Leo Leoni, to prawdziwy Marlon Brando szwajcarskiego hard'n'heavy.
- Love For Money
- Open Fire

ROB HALFORD with FAMILY & FRIENDS - "Celestial" - (2019) - kontynuacja wydanego przed dekadą christmasowego "Halford 3: Winter Songs". Bitą połowę tamtego dzieła uwielbiam, więc ucieszyłem się ze stosownego ciągu dalszego. Jednak tym razem jest już tylko nieźle. A więc nota o oczko niżej. Fajnie, że Halford bywa uduchowionym metal-brutalem, jednak bywają na tej płycie także kłopotliwe dla mnie fragmenty, jak choćby nagranie "The First Noel". Jego atmosfera przywołuje pasterkową w kościelnych ławach nasiadówę, zaś organista zarzuca temat, na który wierni tym samym wersetem odpowiadają, a na dobitkę zewsząd dobiegają nas wyziewy jeszcze nieprzetrawionego karpia oraz odpowiednio znoszonej sałatki. A gdy przywołana pieśń wreszcie dobiega końca zachodzi obawa, że za chwilę mikrofon wyszarpnie ksiądz, i zarzuci: módlmy się... , dorzucając jeszcze przez wszystkich "wielbione": przekażmy sobie znak pokoju. W takiej chwili aż chce się zacytować Ozzy'ego: oh no no, please God help me!
- God Rest Ye Merry Gentlemen
- Away In A Manger
- Morning Star

WARLOCK - "Triumph And Agony" - (1987) - najlepsza płyta Warlocków. Niestety wydana na samym finiszu działalności grupy. Właściwie, dlaczego "niestety"? Przecież Dorotka Pesch dopiero na solowym polu w pełni się rozkręciła. "Triumph And Agony" okazało się zwiastunem jej jeszcze lepszych dni, i tak historia dobrze ma się do chwili obecnej. Doro i jej husarzy odwiedzą nasz kraj 18 listopada przyszłego roku. Przyjadą do warszawskiej Proximy, do której też pragnąłbym dotrzeć.
- All We Are
- Three Minute Warning
- Make Time For Love

DORO - "Doro" - (1990) - drugie albumowe solo Doro, choć powinno być traktowane jako debiut, bowiem "Force Majeure" powstawało jeszcze pod pręgierzem niechcianej już bandery Warlock, Nad albumem producenckie żyły wypruwali: Gene Simmons - najdłuższy ozór w świecie heavy, następnie Tommy Thayer - zespołowy funfel Simmonsa z Kiss, ale nie zapominajmy o wcześniejszych Black 'n' Blue. No i jeszcze Pat Regan - muzyk/producent, mający na "sumieniu" kilka postępków dla Blackmore's Night, Rainbow czy Mr. Big.
- I'll Be Holding On
- Broken

DORO - "The Ballads" - (1998) - dobra kompilacja, choć gdyby przyszło współcześnie zmontować składaka z wszystkich jej dotychczasowych heartbreakersów, Scorpionsi mogliby poczuć skrzypiące stropy. "Children Of The Night" absolutnie topową pieśnią na obszarze "The Ballads", i aż niewiarygodne, że nie znaleziono dla niej miejsca na wydanym równolegle albumie "Angels Never Die".
- Children Of The Night - {B'Side single "Bad Blood" /1993/}

BLACK SABBATH - "Heaven And Hell" - (1980) - ten kawałek, jak i w ogóle cały "Heaven And Hell", to moja najwspanialsza młodość. Słowami nie wyrażę tamtejszych emocji. Kochałem tę muzykę ponad wszystkie ziemskie bogactwa. Proszę posłuchać, jak przecudownie Ronnie zaśpiewał frazę: "in the misty morning, on the edge of time". Jaki miał silny, a jednocześnie delikatny młodzieńczy głos. Oczywiście na pozostałym obszarze płyty Dio rozdzierał płuca niczym ryk lwa nasze portki, i chyba mało kto wówczas płakał po wielbionym do teraz Ozzym. W liceum wszyscy moi muzyczni kumple czcili tę płytę. No chyba, że ktoś zbyt szybko nadział się na pannicę, z którą musiał uprawiać niekończące za rączkę spacerki, a zamiast Black Sabbath słuchać Bajmu.
- Children Of The Sea

APE AMPLITUDE - "Escapes Routes" - (2019) - kolejny podarek od Piotrka "nie tylko maszyny są naszą pasją". A niech Ci Piotr Budda zdrowia nie szczędzi! Kolejne szwaby, których Piotr wprowadza na nasz progrockowy rynek. Ale tak to już jest, jeśli darczyńca tego CD porusza się językiem Goethego z równą swobodą, co gibki pracownik Amazona w okresie przedświątecznym. Rzecz dla wielbicieli Pink Floyd, Pendragon bądź Camel. Beztekstowa twórczość, którą przede wszystkim broni gitara, troszkę pianino oraz pełna uniesień melancholijna aura, doprawiona delikatną symfoniczną otoczką. 80-minutowa rzecz poświęcona dogorywającej naszej planecie, której przysłowiowy gwóźdź do trumny dobijamy każdego dnia. W słowie wstępnym duet Achim Wiertschem-Peter Zahn przyłożyli także Trumpowi, Erdoganowi oraz obojętnościom wobec ludzi, którzy szukają schronienia z dala od wojen oraz bomb porozsiewanych w swoich ojczyznach. Muzyka wydaje się idealnym rodzajem sztuki, za której sprawą autorzy tej płyty próbują dotrzeć do naszej wrażliwości.
- The Coast Of Europe (Chapter 3) - wyciąg z suity "A Long Painful Path"
- Deportation (Chapter 4) - wyciąg z suity "A Long Painful Path"

PHIL LANZON - "48 Seconds" - (2019) - nie mogę zebrać czasu na rzetelne opisanie albumu, ale najważniejsze, że wciąż go słuchamy. Nie kupimy go w naszych MediaMarktach i jeszcze droższych Empikach, acz snuję przekonanie, iż w trakcie lutowego poznańskiego występu Uriah Heep zapewne znajdziemy kompakt na firmowym stoisku grupy. Warto wzmocnić portfele.
- Forty Line

THE PINEAPPLE THIEF - "Hold Our Fire" - (2019) - wycinek z ubiegłorocznej trasy, podczas której grupa promowała ostatni album "Dissolution". Można tylko żałować, że jest tak krótko. A nie sądzę, by "ananasowe" występy bywały aż tak szczupłe. Jeśli już wydawać albumy "live", to niech te zawierają pełną setlistę. Czuję niedosyt, pomimo lubianej muzyki oraz równie efektownego jej wykonania. "Hold Our Fire" zawiera koncertowe odzwierciedlenie "Dissolution", tyle, że z przemieszaną tracklistą oraz jednym ze starszego rocznika rodzynkiem, jakim "3000 Days". Skromnie. 
- Threatening War
- All That You've Got
- Far Below

DAN FOGELBERG - "The Innocent Age" - (1981) - niedawno kupiłem w Berlinie, choć odpowiednikiem na podwójnym LP mogę się szczycić od zawsze. I właśnie z winylowego powodu nigdy nie zaprezentowałem tego materiału na łamach Nawiedzonego Studia. Innemu gramofonowi niż mój nie ufam (tym bardziej radiowemu, który non stop w obrotach), a przegrywać podwójnego i wysłużonego longa na CD, coś nie miałem ochoty. Dan Fogelberg uprawiał zabarwione nutą country folk-ballad-pop-rockowe śpiewanie, w materii czego tylko mogli mu zagrażać tacy Poco lub Eagles. Zresztą, z tych drugich, epizodycznie dźgnęli tu swą obecnością Glenn Frey oraz Don Henley. Bo na "The Innocent Age", w ogóle lista gości imponująca - niemal jak stąd po Archangielsk.
- In The Passage
- Lost In The Sun
- Run For The Roses
- Same Old Lang Syne

GLEN BURTNICK - "Retrospectacle" - (1996) - krótkotrwały Styx'owiec (tylko na dwóch studio albumach), za to mający szczęście zaznaczyć swój talent na jednej z fajniejszych płyt, jaką "Edge Of The Century". To właśnie na niej pojawił się pierwowzór piosenki "Love Is The Ritual", której ponowne wdzięki można podziwiać w początkowej fazie "Retrospectacle". Za sprawą kawałka "Love Is The Ritual" Burtnick wcale nie do końca scoverował Styx, a raczej samego siebie - wszak owa kompozycja to przecież jego postępek.
- Someday
- Love Is The Ritual - {Styx cover}
- Womans Point Of View

SPOOKY TOOTH - "The Mirror" - (1974) - jedyna płyta Anglików bez udziału Mike'a Harrisona, czyli bez postaci absolutnie kluczowej. A jednak udało się na moment znaleźć godnego zastępcę w osobie Mike'a Patto. Tak tak, tego Patto od grupy Patto. Grupy, której obie płyty wyprodukował ceniony w branży Muff Winwood - brat słynniejszego Steve'a. Wśród licznych jego producenckich zasług znajdziemy przede wszystkim debiutanckie dzieło Dire Straits "Dire Straits". Niestety Mike Patto wkrótce ciężko zachorował, w konsekwencji czego przeraźliwie młodo zmarł, zaś Spooky Tooth zamilkli na niemal ćwierć wieku. Później powrócili, nawet z Harrisonem w składzie, ale był to już tylko łabędzi śpiew.
- Fantasy Satisfier
- Kyle
- The Mirror

TEN - "You're In My Heart" - (1997) - EPka do albumu "The Robe", a na niej m.in. wczoraj zaprezentowana, podniosła ballada. Poszło z japońskiego CD. W tamtych latach pierwsze westchnienia do Ten kupowałem na japan-pressingach, ponieważ reszta świata miała na ich twórczość zamknięte uszy. Wydałem na ich płyty oraz na solowe poczynania Gary'ego Hughesa kupę szmalu, lecz zamiast żałować, rozpiera mnie duma.
- You're In My Heart (EP version)

SCORPIONS - "Born To Touch Your Feelings: Best Of Rock Ballads" - (2017) - do poduchy ballada Skorpionów. Z tych mniej utytułowanych wyjątkowo piękna. Zasługująca na izbę pamięci, choć wiadomo, "When The Smoke Is Going Down" czy "Lady Starlight", nie do pokonania.
- Follow Your Heart - {new 2017 version}







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




niedziela, 1 grudnia 2019

Memoriał Jona Lorda, Tatry polskie i słowackie, Black Friday

Wczorajsze imieniny przeleciały w przemiłej atmosferze, a za wszystkie życzenia pełnią serca dziękuję. Otrzymałem kilka butelek plus kilka innych namacalnych radości, a także album o polskich i słowackich Tatrach. Niepotrzebny wydatek, wystarczyłyby tylko polskie.
Zapewne zdziwicie się Kochani, co w domu kogoś, kto woli morze, robią góry? Odpowiedź prosta, ja również uwielbiam Kabaret Moralnego Niepokoju, a ten owej knigi użył niegdyś w świetnym skeczu "Jerzyk dzisiaj nie pije". Okazuje się, że tam zaprezentowany album musiał być jakąś wersją skróconą, albowiem moja wersja waży niemal tramwajową szynę. Nie mówię już o zawartości, przez którą będę się przedzierać tygodniami. Od razu w ruch poszły cytaty, więc długo było wesoło. Jak miło w gronie przyjaciół mieć tak inteligentnych ludzi.
Przed kilkoma laty z moją Mundi byliśmy na Moralnych w naszej Operze, gdy jeszcze ten skecz był absolutną nowością i nie biegał po tv. Na żywo ekipa przeinteligentnego Roberta Górskiego wydaje się duuużo lepsza niż w pociętych telewizyjnych strofach.
Skoro więc zahaczyliśmy o najlepszy polski kabaret dodam, iż jeden z ich nowszych skeczów, pt. "Zebranie rodziców", jest na moim prywatnym topie. W kiepskich chwilach stawia na nogi, jak żaden lek. Ale uwaga! - konieczna wersja z gościnnym udziałem Kabaretu Chyba. Bez wuefisty od nauki pływania dużo tracimy.

W miniony czwartek prosto z angielskiego - dosłownie na moment - wleciałem do "u Bazyla". Szkoda, że był to bardzo zabiegany dzień, z kilkoma obowiązkami, które niestety wykluczały sielankową koncertową aurę. Głupio mi, ponieważ dostałem zaproszenie od samego organisty Ani Rusowicz - Łukasza Jakubowicza. Muzyka i jednocześnie filaru grupy Made in Warsaw. A więc ekipy, która hołduje klimatom purpurowo-tęczowo-wężowym - w kontekście upamiętniającym dokonania zmarłego przed kilkoma laty Jona Lorda. Giganta czarno-białej klawiatury, którego w zasadzie głównie kojarzymy z dokonań w Deep Purple, lecz Lord również urzędował w początkowych Whitesnake oraz w kilku innych wartościowych projektach.
Załapałem się na ledwie pół godziny. Na pierwszy ogień poszło "Highway Star", następnie "Woman From Tokyo", po czym "Child Of Time", no i scoverowane "Hush" - Joe'ego Southa, które to nagranie tak bardzo wbiło się w śpiewnik Deep Purple, że sorry Joe, rzadziej sięgam po Twój uroczy oryginał. Nieźle to wszystko zaśpiewał Janusz Popławski. Oczywiście niczego nie odbierając reszcie sprawnego teamu. Tyle, i tylko tyle. Domyślać się tylko mogę, co było później. Tym bardziej, że za kulisami na swój sceniczny wjazd wyczekiwali Grzegorz Kupczyk, Wojciech Hoffmann oraz jeden z muzyków ziomalskich Rust.
Bardzo przyjemne chwile w lubianym "u Bazyla", ale to oczywiście tylko połechtanie podniebienia.
Piękne dzięki Łukaszowi Jakubowiczowi - za zaproszenie oraz za iście Lord-owską maestrię.

Black Friday niespecjalnie koncentruje się na fonografii, choć w tym roku było nieco okazji w moim MediaMarkt'cie. Z jednej nawet skorzystałem. Otóż, z 79,99 zł na 29,99 zł przeceniono efektowny digibook najnowszej składanki Kylie Minogue. Lubię tę niemłodą już dziewuszkę, a dotąd miałem tylko dwie płyty. Ponad czterdzieści przebojów plus fajny nowy song "New York City" radują jak mało co. Niestety resztę okazji stanowiły płyty, które albo już mam, albo z gatunku: niekoniecznie. Co ciekawsze promocje na poniższych fotkach.


Dziś dzień radiowy. Mam trochę zapisanej w kajecie muzyki, reszta to już czysty żywioł. Zapakuję do nawiedzonej torby materiału na jakieś dziesięć godzin, z których cztery powinny wypaść satysfakcjonująco. Głównie kompakty, choć jest też na podorędziu kilka LP. Winyl to obecnie coraz groźniejsza sprawa. Jego wzrastająca popularność zaczyna zagrażać technologii (a raczej tandetologii) mp3.

==================================




Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 28 listopada 2019

dzisiaj "u Bazyla" tribute dla Jona Lorda

Organista Ani Rusowicz - Łukasz Jakubowicz - zapamiętał moją entuzjastyczną, a napisaną przed kilkoma laty, na tuż po koncercie Ani i jej kolegów relację z Blue Note, i postanowił teraz zaprosić na dzisiejszy koncert "u Bazyla". Obok Łukasza, zagra jeszcze nieco muzyków, a wszystko w hołdzie Jonowi Lordowi oraz wijącej się wokół jego osoby wspaniałej muzyce. Będzie więc purpurowo, wężowo i co nie tylko.
Poniżej oficjalna informacja:


28 listopada w klubie "U Bazyla" w Poznaniu odbędzie się wyjątkowe wydarzenie. Specjalny koncert w hołdzie zmarłemu w 2012 roku Jonowi Lordowi, współzałożycielowi legendarnego zespołu Deep Purple i jednemu z najlepszych klawiszowców w historii muzyki rockowej, zagra zespół Made in Warsaw (gospodarze corocznego Memoriału Jona Lorda)  wraz z gośćmi specjalnymi. Będzie to także rzadka okazja do zobaczenia razem na scenie dwóch muzyków, współpracujących niegdyś w zespole Turbo - Grzegorza Kupczyka i Wojciecha Hoffmanna. Usłyszeć też będzie można reprezentanta młodej sceny rockowej Poznania - Micha Przybylskiego z Rust.

Made in Warsaw - Memoriał Jona Lorda
28 XI 2019
Poznań, U Bazyla
bilety:
30zł (w sklepie Rock Long Luck)
35zł (online w sieci Ticketos)
40zł (w dniu koncertu na bramce)




Zapraszam w imieniu Łukasza Jakubowicza oraz własnym!




Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







poniedziałek, 25 listopada 2019

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 24 na 25 listopada 2019 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań + zastępstwo w "BLUES RANUS"




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, 24/25 listopada 2019 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Majka Chaczyńska
prowadzenie: Andrzej Masłowski







THE HOLLYWOOD VAMPIRES - "Rise" - (2019) - w sierpniu przyszłego roku przyjadą do Doliny Charlotty. Trafia się niesamowita okazja, by nareszcie Alicji Cooper spojrzeć w oczy. Do tej pory nie miałem szczęścia, więc może po genialnym koncertowo roku 2019, 2020 nie będzie gorszy.
- People Who Died - {The Jim Carroll Band cover} - śpiew JOHNNY DEPP

AXXIS - "Back To The Kingdom" - (2000) - nadal nie mam najnowszej re-recorded kompilacji Axxis "Best Of EMI Years", ale jestem bardzo cierpliwy. Wczorajszego "Only God Knows" na nowym wydawnictwie nie uświadczymy, ponieważ to już późniejszy okres - dla Massacre Records, natomiast wyczekiwane podwójne CD zdominują nagrania z pierwszych pięciu płyt, i jak tytuł sugeruje, z katalogu EMI Records.
- Only God Knows

AXXIS - "reDISCOver(ed)" - (2012) - w tamtym czasie poprosiłem kolegę o załatwienie "reDISCOver(ed)" poprzez eBay (u nas długo tej płyty jakoś nie było), a on nie będąc wielbicielem takiego grania i tym samym niczego nie przeczuwając, zamówił kompakt u samego Harry'ego Oellersa - gitarzysty Axxis. Płyta bez żadnego pośrednictwa prostą drogą trafiła do mnie, przez co dorobiłem się pamiątkowego stempla Oellersa, a już z samego wnętrza koperty wyciągnąłem płytę z pobadźganą okładką, choć przecież podpisaną przez wszystkich muzyków. Normalnie człowiek z radości podskoczyłby i wyrżnął w sufit, ja zaś od razu pomyślałem, jak tu zdobyć drugi, tym razem nieskazitelny egzemplarz. Do dzisiaj mam tylko jeden, lecz wszystko przede mną.
- White Wedding - {Billy Idol cover}
- My Heart Will Go On - {Celine Dion cover}

WORK OF ART - "Exhibits" - (2019) - album, który wczoraj zebrał niespodziewany grad pochwał. No proszę, a ja do tej pory myślałem, że taka pop-rockowa, delikatnie podmetalizowana muzyczka, to tylko coś dla mnie. Czasem mnie Słuchacze zaskakują, bo gdy stawiam, że za sprawą jakiegoś super wynalazku padną na kolana, ci milczą, a gdy zaprezentuję coś w moim przekonaniu poprawnie udanego, potrafią dostrzec walory, do których ja potrzebowałbym lupy.
- Another Night
- What You Want From Me
- Let Me Dream

REVOLUTION SAINTS - "Revolution Saints" - (2015) - pod koniec stycznia Revolution Saints wydadzą trzeci album. Jego tytuł "Rise". Znamy okładkę, nawet tracklistę. A jeszcze band na Facebooku udostępnili niecierpliwym jeden kawałek. Niby to taki singiel. Jak to idzie najnowszym zwyczajem, nienośnikowy. Co to takie słuchanie z komputerka. Cienkie niczym cherry popijane na babcinym przyjęciu. Debiut Revolution Saints to mój osobisty top 2015 roku. I nie mam nic przeciwko, by ci sami muzycy niebawem pokonali samych siebie.
- Here Forever
- Strangers To This Life

REVOLUTION SAINTS - "Light In The Dark" - (2017) - śpiewający perkusista Deen Castronovo (ex-Journey, ex-Bad English, The Dead Daisies) wygląda na członka narkotykowego gangu, a ku zdumieniu włada cholernie przyjemnym głosem, którym wyraża artystyczną bliskość ze Steve'em Perrym. Szalenie fajny gość, pod warunkiem, że nie bije własnej żony, za co jakimś cudem nie trafił do pudła. Dzięki temu nadal tworzy i nagrywa - i to z kim! - na gitarze Doug Aldrich (ex-Whitesnake, ex-Dio i jeszcze kilka innych) oraz basista Jack Blades (ten od Night Ranger czy Damn Yankees). Sami mocarze.
- Running On The Edge

PRIME TIME - "Free The Dream" - (2001) - trzeci i zarazem ostatni album leciutko metalowych Duńczyków, którzy powstali na gruzach równie mało znanej formacji Narita. Profesjonalne kroki stawiał w niej nawet sam Andre Anderson - późniejszy szef Royal Hunt. Zaś na debiutanckim albumie "The Unknown", w bębny walił obecny perkusista Pretty Maids, a ex-muzyk Royal Hunt, Allan Sørensen. W 2001 roku padałem tej muzyce do stóp. No, ale miałem 36 lat. Dzisiaj mam 136, więc zakochuję się nieco ostrożniej. Na szczęście taka muzyka wciąż na mnie działa.
- Hanging On
- You Still Belong
- Forever You And I

PRETTY MAIDS - "Undress Your Madness" - (2019) - kolejni Duńczycy, ale tym razem nieporównywalnie sławniejsi. I zresztą przed chwilą wywołani do tablicy. Ich najnowszy album wymiata, pozostawiając całą konkurencję w tyle. Ronnie Atkins śpiewa porażająco. Jego struny głosowe bywają napięte niczym bungee. Troszczę się o jego zdrowie, będąc dobrej myśli. Fantastyczny album, o jakże innym zakresie emocji, niż jakieś modne dzisiaj chilloutowe pierdy.
- If You Want Peace (Prepare For War)
- Black Thunder
- Strength Of A Rose

GARY HUGHES - "Precious Ones" - (1998) - trzeci solo album lidera Ten, nagrany w gwiazdorskiej obsadzie (na gitarach Vinny Burns, Ralph Santolla oraz Aziz Ibrahim), choć w 1998 roku nikt tego faceta u nas nie znał. W moim kraju, w słusznej dla tej płyty epoce, chyba tylko ja się nim zachwycałem. Minęły dwie dekady i nic się nie zmieniło.
- The Colours Of My Life

SNEAKER - "Sneaker" - (1981) - krótko działająca amerykańska formacja, która na początku lat 80-tych dorobiła się dwóch albumów i zniknęła bez śladu. Elegancki, wysmakowany rock, pełen soul-funk-jazz, niekiedy też country'ujących motywów, a więc coś dla wielbicieli poczynań Toto, Boza Scaggsa, Eagles czy nawet Steely Dan. Zresztą kompozycja tych ostatnich - "Don't Let Me In" - rozpoczynała ten właśnie album. Piosenka stała się umiarkowanym przebojem, choć wytwórnia na singla wybrała kolejny w zestawie "More Than Just The Two Of Us", którego do kompletu także posłuchaliśmy.
- Don't Let Me In - {Steely Dan cover}
- More Than Just The Two Of Us

JETHRO TULL - "J-Tull Dot Com" - (1999) - aktualna paczka Iana Andersona zawita do Polski w kwietniu 2020 r. na trzy koncerty. Uwaga!, jeden w Poznaniu. Konkretnie, 6 kwietnia w Auli UAM. Ciekawe, jak w pomieszczeniu przystosowanym dla chórów i orkiestr wypadną rockowi Jethro Tull. Tym bardziej, że program występów szczęśliwie nie będzie wić się wokół nudnego albumu "The String Quartets", a złożony zostanie z tematów pierwszych pięciu, zdecydowanie blues-rockowych oraz progresywnych albumów - począwszy od "This Was", na "Thick As A Brick" skończywszy.
- Wicked Windows

JETHRO TULL - "Too Old To Rock'n'Roll: Too Young To Die!" - (1976) - zbyt stary na rock and rolla, zbyt młody by umrzeć - trzymam się maksymy tego tytułu od dawna, choć nigdy nie pasował on do mnie lepiej niż obecnie. Lubię tę płytę, pomimo iż Jethro Tull miewali lepsze. Ale tutaj zadziałało coś w rodzaju sentymentu, ponieważ to także jedna z pierwszych okładek wielkiego rocka, jakie w życiu spotkałem, a przecież sama muzyka też nie od macochy. Z naciskiem na kapitalny finał, z którego wczoraj wszystkie trzy kompozycje. Po tej płycie muzycy Jethro Tull rok po roku serwowali folk-rockowe dzieła, z których utworzył się rewelacyjny tryptyk, przez wielu sympatyków grupy uważany za najdoskonalszy moment w ich karierze. Albumy "Heavy Horses" oraz "Stormwatch" wyrosły na prawdziwe potęgi, a "Songs From The Wood" też przecież piękne. "Stormwatch" nawet u nas wydano na Tonpress'owskim winylu, zaś "Heavy Horses" to już w ogóle jedna z potęg tego świata. Amen.
- Too Old To Rock'n'Roll: Too Young To Die
- Pied Piper
- The Chequered Flag (Dead Or Alive)

BLODWYN PIG - "Getting To This" - (1970) - znakomita ekipa dowodzona przez byłego muzyka Jethro Tull - Micka Abrahamsa. Gościa odpowiedzialnego za blues-rockowe oblicze najwcześniejszych Jethro, co także w dużym stopniu przełożyło się na chwilę późniejszych, a już będących w pełni pod jego dyrektywami Blodwyn Pig. Tutaj do bluesa doszło jeszcze sporo jazzu, a i nutka psychodelii. Super!
- San Francisco Sketches
a) Beach Scape
b) Fisherman's Wharf
c) Telegraph Hill
d) Close The Door, I'm Falling Out Of The Room

BLODWYN PIG - "Ahead Rings Out" - (1969) - Blodwyn Pig wydali tylko dwie płyty - ta jest pierwszą. Nie wiadomo, która lepsza. Ale proszę sobie wyobrazić, obie zaliczyły Top 10 w ówczesnej Wielkiej Brytanii. Niewiarygodne - z taką muzyką? !!! Tak tak. Dzisiaj bujaliby się po piwnicach, ale wówczas młodziaki zachwycały się takim rasowym i pokomplikowanym graniem. W dziejach ludzkości to tylko pół wieku, czyli prószek ery nowożytnej, a jakże rasie ludzkiej zmieniła się wrażliwość postrzegania sztuki. Dzisiejsze młodziaki brykają po moim osiedlu ze smartfonami podrasowanymi podczepionymi pod nie basowymi głośniczkami, zapodając na full jakimś ziomalskim rapem, a ty bracie tylko spróbuj się odezwać. Szczęściarz ze mnie, że na świat wtargnąłem w najlepszym dla muzyki okresie.
- The Modern Alchemist

KIN PING MEH - "Kin Ping Meh" - (1971) - genialny debiut Niemców. Wówczas, co podkreślę, Niemców Zachodnich. Ten podział istotny, albowiem w NRD tylko Die Puhdys grali niesamowitego rocka. Co prawda, bardziej z dziedziny Deep Purple/Uriah Heep, ale na pierwszych dwóch płytach byli bezbłędni. Kin Ping Meh nagrali kilka płyt, lecz w ich przypadku też liczą się tylko pierwsze dwie. Wczoraj przypomniany debiut wydaje się równie mistrzowski, co rożki z cukierni Jagódka. Skąd ta dziwna nazwa? Ano zainspirowana XVI-wieczną chińską powieścią "Jin Ping Mei", która ponoć w tamtych realiach jest równie kultowa, co na naszym podwórku dzieła Słowackiego lub Mickiewicza. Ze strony Nawiedzonych sypnęło zachwytami, co oznacza, że godzinę po północy paru zapaleńców wciąż tkwiło na posterunku.
- Sometime
- Don't You Know
- My Dove

LEONARD COHEN - "Thanks For The Dance" - (2019) - tylko dwadzieścia dziewięć i pół minuty - tyle trwa pierwsza pośmiertna płyta Leonarda Cohena. W zasadzie stworzył ją syn Artysty, Adam Cohen, który wszystko zwarł w całość na podstawie pozostawionych przez jego ojca szkiców. Tym samym, Adamowi przyszło zasugerować, gdzie powstawiać instrumenty, jakich zaprosić muzyków, gdzie dołożyć wokalizy, itd. Mamy kilku gości, jest Daniel Lanois, Damien Rice czy absolutnie zakręcona na punkcie Leonarda Jennifer Warnes. Kapitalna, wiekowa już dziewczyna, której głos od zawsze działa na mnie leczniczo. Słyszymy ją w kilku fragmentach, więc na tej posępnej i rozliczeniowej płycie robi się jakoś cieplej. Niektóre teksty niesamowite. Przyznam, że wczułem się w te piosenki i jestem poruszony. Szczerość Cohena, jaka dopadła go na życiowym finiszu, niezwykła. Mało kogo stać na podobną wylewność. Tym bardziej w dzisiejszym pełnym obłudy świecie. Pogłębiony przez tysiące wypalonych papierosów zbolały głos Kanadyjczyka jakże przejmująco snuje refleksje pragnące rozliczyć własną duszę. Dlatego, obok zazwyczaj uwypuklanych wad u innych, Mistrz najwięcej śpiewa o sobie. Na tym polega wielkość. Takich ludzi cenię. Tylko takich. Dopiero co pełną bólu płytę wydał Nick Cave, a teraz równie mocno przyciął ulubiony bard mojej zaoceanicznej Sisterki Elizabeth. 
- Happens To The Heart
- Moving On
- Thanks For The Dance
- The Hills

COLDPLAY - "Everyday Life" - (2019) - jak ja ten zespół kiedyś kochałem. Pamiętam pierwsze zachwyty nad świeżo upieczonym debiutem "Parachutes". Prawie nikt ich nie znał, a my z pewnym kolegą próbowaliśmy co niektórych zarazić oszałamiającym odkryciem. Patrzono na nas jak na dziwolągów, a dzisiaj proszę, stadiony świata. I choć Coldplay zawiązują wciąż ci sami ludzie, muzyka często mocno inna. Ale niekiedy bywa jeszcze po staremu, jak w balladzie "Daddy". Tak delikatnej, jak płatki śniegu. Kupuję takiego Chrisa Martina i proszę o więcej. A więcej nie ma. Bo nawet w zgrabnie "usymfonicznionym", a i jednocześnie tytułowym "Everyday Life", jest już tylko bardzo ładnie. Dzisiejsi Coldplay zanurzają się w wielu gatunkach, co z natury rzeczy burzy jakąkolwiek spójność, lecz na poczet uznania wysuwam kawałek "Arabesque". Czegoś podobnego Coldplay nigdy nie nagrali. Pomijam, że Chris Martin bywa tutaj nawet francuskośpiewny, ale w tym przyjemnie przydługawym fragmencie przede wszystkim ciekawie powiewa folk/jazz-popową nutą. Dla jednych będzie to kicha roku, a ja podkładam michę pod repetę.
- Daddy - /z części "Sunrise"/
- Arabesque - /z części "Sunrise"/

GARY HUGHES - "Gary Hughes" - (1992 / reedycja z okazji V-lecia albumu 1997) - do poduchy kolejna dźgająca w serce ballada - i co za gitarowe solo! Nie wiadomo, kto je zagrał - Aziz Ibrahim czy Lee Revill - bowiem wydawcy płyty nie chciało się tego wyszczególnić. Ale stawiam, że to gitara angielskiego Pakistańczyka Aziza Ibrahima. Wszak wiemy, co ten potrafił z nią uczynić u boku Simply Red, bądź u Stefka Hogartha czy Paula Wellera.
- I Won't Break Your Heart


===================================
===================================





"BLUES RANUS" - zastępstwo
niedziela 24 listopada 2019 r. - godz. 21.00 - 22.00

realizacja: Agnieszka Krzyżaniak
prowadzenie: Andrzej Masłowski






SONNY LANDRETH - "Bound By The Blues" - (2015) - ostatni jak dotąd studyjny album tego blisko już siedemdziesięcioletniego, a o młodzieńczej urodzie Amerykanina. Jego gitarowa gra techniką slide zdecydowanie wyróżnia się w tłumie, dlatego nie dziwmy się, że będąc bezradnym wobec jednej z kompozycji na "Golden Heart" Mark Knopfler zaprosił Landretha, by ją przyozdobił odpowiednim brzmieniem i dużym talentem ("Je Suis Désolé"). Później Landreth na jedną ze swoich płyt, z kolei zaprosił Knopflera, a kilka innych kompozycyjnych wspaniałości zrealizował też u boku Eric'ka Claptona bądź Johna Mayalla.
- Walkin' Blues
- Where They Will

CORELEONI - "II" - (2019) - płyta kompletnie niepasująca do tej audycji, za wyjątkiem odważnej i jednocześnie kapitalnej wersji jednego z najsłynniejszych bluesów. Teraz tylko strach pomyśleć, co gospodarzowi "Blues Ranus" nagadają jego najwierniejsi Słuchacze. Niemal po każdym zastępstwie obrywam, ponieważ zbyt często wychodzę poza nawias. Dla mnie nowe wcielenie "Boom Boom" jest jednym z utworów kończącego się roku. Oczywiście przy należnym szacunku dla oryginału.
- Boom Boom - {John Lee Hooker cover}

BETH HART - "War In My Mind" - (2019) - wspaniała płyta. Także jedna z topowych w tym roku. Krzysztof Ranus widząc niedawny mój względem nowej Beth zachwyt, chyba przez trzy niedziele z rzędu podkreślał, jak ta płyta szczególnie mu się nie podoba. Teraz wiecie Kochani, dlaczego nawet jednej dziesiątej mej kolekcji płyt nie oddałbym za całą jego.
- Bad Woman Blues
- Sugar Shack

CALVIN RUSSELL - "Dream Of The Dog" - (1995) - ten zmarły w 2011 roku Teksańczyk nagrał nieco płyt, a ja też wcale nie mam zamiaru nikomu wmawiać, że "Dream Of The Dog" to ta najlepsza. Bardzo ciekawy artysta, któremu w życiu przeszkadzały narkotyki oraz alkohol, choć pokonał go rak. Grał bluesa z rockowym nerwem, a jednocześnie korzennie. Na tej płycie znalazła się również przeróbka Animalsów "It's My Life", ale to już innym razem. Natomiast w "Valley Far Below" dociął Russell slide gitarą, że aż miło.
- Don't Turn Your Head
- Valley Far Below
- We Can Live Together

WILLE AND THE BANDITS - "Samsara" - (2007) - debiutancki mini album. Rarytas. Rzecz wydana chałupniczo, więc nie znajdziemy jej w sklepach. Płytkę jakiś niedawny czas temu sprezentował mi inny wielbiciel tej grupy, za co do dzisiaj nie zdążyłem podziękować. Dziękuję!
- Absence

THE JEFF HEALEY BAND - "See The Light" - (1988) - instrumentalny popis nieżyjącego od dekady ociemniałego Kanadyjczyka, którego chyba wszyscy kojarzą. A to za sprawą ogromnie popularnego filmu "Roadhouse" (u nas "Wykidajło"), w którym główną rolę przydzielono Patrickowi Swayze, zaś muzycznym filarem stali The Jeff Healey Band. Zagrali tam samych siebie. Chociaż zakładam, że na co dzień nie musieli dawać koncertów za siatką, w którą leciały szklanki, a i z równie wściekłych rąk nieskonsumowane resztki żarła. "See The Light" to ich kapitalny albumowy debiut, zaś na następnym "Hell To Pay" gościnnie pograli nawet Jeff Lynne, George Harrison oraz Mark Knopfler.
- Hideaway - {Freddie King cover}







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"