To był krótki koncert. Ale nie mogło być inaczej. A nawet, nie powinno. Dan McCafferty jeszcze porządnie nie wyzdrowiał. To widać. Zapalenie płuc, które niedawno przeszedł, mocno daje się muzykowi we znaki. Ciężko się porusza, czasem wręcz szuka sił, a i powietrza. Nie ma żartów. Muzyk nie chce dawać po sobie czegokolwiek poznać, i tuszuje ten fakt, jak to tylko możliwe. Stara się śpiewać pełnią płuc - i śpiewa ! Choć gdy mówi, to nie można go często dosłyszeć. Delikatny głosik, z ledwością wydaje z siebie jedynie głośny szept. I bardzo trzeba nieraz uszu nadstawić, by cokolwiek zrozumieć. Na scenie, wokalista Nazareth jawił się jednak dwoma obliczami, gdy śpiewał - był niczym drapieżny orzeł, gdy mówił - wyglądał jak bardzo schorowany człowiek. A i tak starał się żartować, uśmiechać, spontanicznie reagować na okrzyki gdzieś tam dochodzące z tłumu. McCafferty jest także bardzo sympatyczny i ogromnie wyluzowany. Tak samo zresztą jak basista Pete Agnew. Obaj ci starsi panowie, co dobrze widać, nie żałowali sobie w życiu "rock'n'rolla". W każdym aspekcie znaczenia terminu "rock'n'roll". Muzycy nie silą się na pozerstwo, nie wychodzą przed szereg, po prostu znają swą wartość. Po tylu latach spędzonych na scenie nie muszą już swej wielkości udowadniać. Dają się wyszaleć o wiele młodszemu gitarzyście Jimmy'iemu Murrisonowi, a ten to umiejętnie wykorzystuje. Chociaż synowi basisty Pete'a Agnew, Lee Agnew'owi, pozwalają grać , ale ten czyni tylko co do niego należy. Czyli poprawnie trzyma rytm, fason, i tyle.
Na szczęście, klub Eskulap ładnie został dzisiejszego wieczoru zapełniony. Bałem się, by nie było pustek. Nie znoszę, gdy wykonawca gra do pustej sali, a ostatnimi czasy często bywałem na takich niewyprzedanych koncertach. Należy dodać, że niedzielna Budka Suflera oraz dzisiejszy Nazareth, frekwencyjnie wypadli pod tym względem bardzo dobrze !!!
Nazareth zaczęli show od intro, które dwa razy się zacięło. Tzn. taśma z nim, nie chciała ruszyć, ale dobra reakcja publiczności (śmiech + oklaski) przepędziły złe moce i pozwoliły rozwinąć się od tego momentu całemu przedstawieniu. Na początek poszło "Silver Dollar Forger" - z dawnego longplaya "Rampant"(1974). Tuż później "Telegram" - w takiej nieco skróconej wersji, ale z obowiązkowym "So You Wanna Be A Rock'n'Roll Star". Jeśli mnie pamięć nie myli, to następnie było "This Month's Messiah"- z nielubianej powszechnie płyty "The Catch"(1984). Nie wiedzieć dlaczego! Później już nie pamiętam dokładnie kolejności, ale były jeszcze: "Dream On" (zaśpiewane wspólnie z widownią), rewelacyjny cover Joni Mitchell "This Flight Tonight", a także trzy kompozycje z genialnej płyty "Hair Of The Dog", czyli: "Whiskey Drinkin' Woman", "Changin' Times" oraz kompozycja tytułowa.
W tym miejscu zakończył się koncert. Muzycy pięknie podziękowali i zaczęli zmierzać ku wyjściu. Upłynęła raptem godzina koncertu. Jak to, już koniec?! Pomyślałem, że McCafferty jest wykończony i panowie nie dadzą już rady niczego zagrać. Burza oklasków przywołała jednak Nazareth do żywych, a muzycy w podzięce dla rozentuzjazmowanego tłumu, zagrali jeszcze aż 3 utwory! I tu trochę pamięć może mi znowu zaszwankować, bowiem pamiętam, że ostatnim utworem było "Love Hurts". Zresztą wszyscy zareagowali entuzjastycznie na tę piękną balladę, pomimo iż McCafferty był już kompletnie wyczerpany i śpiewał ją dosłownie z płucami na agrafkach. Przed finałowym "Love Hurts", na bank było "Razamanaz". Natomiast co było pierwszym bisem? Poddaje się, gdyż trochę mi się wszystko już wymieszało. Wydaje mi się, że było "Night Woman", ale nie jestem pewien czy nie udziela mi się w tym momencie jakieś deja vu z poprzedniego wcielenia. Nieważne. Koncert był bardzo piękny, profesjonalny i wspaniale (czytelnie!!! + odpowiednio głośno) zrealizowany. To co było mankamentem przeciętnie zrealizowanej (pod względem nagłośnienia) Budki Suflera, tutaj było wręcz mistrzostwem świata!!! , i wzorem do naśladowania.
Jako support wystąpił kwintet Tri State Corner. Ciekawy, czadowy, młodzieńczy, w miarę melodyjny, aczkolwiek nie z mojej półki zainteresowań. Grali jak należy, choć to taki dzisiejszy rock z gatunku: kupa hałasu, mało klimatu i brakującego tego czegoś co pozostaje na dłużej. Mimo to, muzycy porwali publiczność, dostali gromkie brawa, i nawet nie schodząc ze sceny sami zaproponowali dwu-utworowy bis. Co do tej grupy, należą się jeszcze Wam, Moi Drodzy, dwie ciekawostki. Otóż, jeden z gitarzystów jest Polakiem, i przy okazji dzielnie tłumaczy szybko mówiącego do publiczności wokalistę. A ta druga ciekawostka, dotyczy drugiego gitarzysty, który przez większość koncertu grał na buzuki. To taki szarpany instrument mandolino-gitarowo-podobny, na którym kiedyś nagminnie przygrywali naszej Eleni, jej greccy muzycy z zespołu Prometeusz. Dodam, że Prometeusz był akompaniującym zespołem Eleni, dopóki artystka nie postanowiła firmować się solo. Ach, wybiegłem nieco w innym kierunku...
P.S. Dzisiejszy Poznański koncert, był ostatnim i 5-tym zarazem na Polskiej trasie zespołu Nazareth A.D.2012.
Przypomnę tylko, że pierwotnie grupa miała u nas zagrać 12 kwietnia tego roku, jednak z uwagi na zapalenie płuc Dana McCafferty'ego, przełożono wszystkie koncerty Polskie o półtora miesiąca.
P.S.2 Bardzo się cieszę , że zobaczyłem Nazareth na żywo. Pierwszy raz w życiu! Pomimo, iż było kilka okazji nieco wcześniej.
P.S.3 Podziękowania dla Bartka "Bacy" z Radia Afera , za bilet na tenże koncert. Tak na marginesie, pierwszy raz poprosiłem w życiu o bilet na koncert moje Radio, z którym jestem związany od 1994 roku. A zatem stało się to po ukończeniu w nim pełnoletności.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)
nawiedzonestudio.boo.pl
Blog Nawiedzonego
czwartek, 31 maja 2012
wtorek, 29 maja 2012
o niedzielnym koncercie Budki Suflera, opinia od naszego Słuchacza.
Pozwolę sobie na wklejkę (za zgodą autora) od naszego Słuchacza Kuby Sikorskiego, który przesłał maila wyrażającego swoje zdanie na temat niedzielnego koncertu Budki Suflera w "Eskulapie":
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
"Oto relacja jeszcze na gorąco z koncertu który był moim zdaniem
najlepszym koncertem Budki na jakim byłem. Od razu ze znajomą Camillą, zajęliśmy
miejsca pod sceną z prawej strony ok 1m od 5 estradowych głośników.
Decybeli było tyle, że ludzie dookoła mnie zatykali uszy.
Generalnie ściana dźwięku, czułem się jak kiedyś na Iron Maiden.
Aż czasem było trochę za głośno bo ciężko było
czasem dosłyszeć solówki i bas, ale generalnie nagłośnienie
było mega rockowe.
I jestem teraz ciekaw czy aby na pewno Manowar jest najgłośniejszym
zespołem świata, jak twierdzą ;-)
Spod sceny ,gdzie staliśmy widać było że Budka to dobrze naoliwiona
rockowa, a właściwie hard-rockowa maszyna.
Udowodnili że nie trzeba mieć rozbudowanego
zestawu perkusyjnego jak Nicko McBrain i trzech gitarzystów na scenie,
aby dać zajebiste rockowe show. Muzycy rozumieją się doskonale,
cieszą się graniem, jakby grali dopiero od niedawna.
Zestaw utworów też znakomity, chociaż całe szczęście że były też
3 kawałki akustyczne, bo moje prawe ucho mogło trochę odpocząć,
ale mimo to cały czas mam teraz przytępiony słuch.
Gitarzysta którego za bardzo nie znałem, widać ze czuje bluesa wycinając bardzo zgrabne solówki. Bisów było kilka w tym "All Right Now",
zagrane z hard-rockowym pazurem.
A później na koniec jeszcze ... Młode Lwy....,
no lepiej być nie mogło. Zobaczyć z boku Krzysia Ranusa skaczącego w rytm
tych dwóch utworów - bezcenne :-) A na koniec postanowiliśmy poczekać
chwilę pod drzwiami do pomieszczeń muzyków, w nadziei na autograf, no i
udało się. Kilkanaście osób które czekało z nami weszło do pokoju w którym
wszyscy muzycy oprócz Krzysztofa Cugowskiego rozdawali autografy, chętnie pozując przy okazji do zdjęć. I o zgrozo nie wziąłem ze
sobą aparatu, mimo że o tym myślałem! I tu podziękowania dla dwóch
koleżeńskich chłopaków, którzy zrobili mi i mojej znajomej kilka fotek
z Tomkiem Zeliszewskim, Romkiem Lipko i gitarzystą,
który niestety nie pamiętam jak się nazywał.
Obiecali mi przesłać je na maila i mam nadzieję że obietnicy dotrzymają.
Przy okazji okazało się ze Tomek Zeliszewski miał dzień wcześniej urodziny
i wszyscy obecni odśpiewali mu sto lat! Tyle z wrażeń, teraz czekam na czwartkowy koncert Nazareth, na który
już na pewno wezmę aparat :-)" z hard-rockowymi pozdrowieniami Kuba Sikorski
-----------------------------------------------------------------------------------
poniedziałek, 28 maja 2012
Kilka słów o wczorajszej Budce Suflera w "Eskulapie" (27.05.2012), i nie tylko
To nie będzie recenzja z wczorajszego (patrząc na zegarek, to nawet już z przedwczorajszego) koncertu Budki Suflera, choć takowa powinna się tutaj pojawić. Koncert był szczególny pod każdym względem, a co za tym idzie, piękny w ogóle.
Nie chcę wprowadzać zwyczaju obowiązkowego opisywania każdego szoł na jakim właśnie przed chwilą byłem. Stanie się to nudne dla mnie, a co gorsza, przede wszystkim dla czytelników tego bloga.
Mogę tylko żałować, że dopiero na jesieni mego życia, udało mi się posłuchać na żywo jednego z najlepszych zespołów naszego rocka. Ale jak mawiają, lepiej późno...
Powinienem za to w tym miejscu podziękować Tomkowi Ziółkowskiemu (największemu zakręconemu na punkcie Budki Suflera jakiego znam), bo gdyby nie jego namowa na ubiegłoroczny czerwcowy koncert do pod poznańskich Pobiedzisk, to mógłbym przeoczyć taaaki zespół, który przecież przez całe życie był mi zawsze bardzo bliski. Jako, że to bardzo znana grupa, domyślam się (a nie sprawdzałem), że zapewne internet tonie w morzu recenzji z wczorajszego przedstawienia. Sam zresztą widziałem kilku wynudzonych dziennikarzy, porozsiadanych na kanapach w holu klubu Eskulap, którym nie chciało się podnieść dupska, by zajrzeć cóż tam się dzieje na sali. A działo się Panie Dzieju wiele dobrego. Ciekawe co napisali o tym występie w tych swoich gazetkach, ci rutyniarze i profesjonaliści. Zawsze mnie to rozwala, że na każdym koncercie widzę tych smutnych i wymęczonych jak mopsy ludzi, którzy następnego dnia rozpisują się w zachwytach nad tym co przespali. No dobrze, zostawmy te nieszczęścia. Niech wygrywają ci, którzy chodzą na koncerty z wyboru, a nie zawodowego przymusu.
Pomimo, iż nie będę szczegółowo recenzować wczorajszego wieczoru , podczas którego na scenie wiosłowało pięciu wybornych dżentelmenów, to pozwolę sobie zauważyć, że Budka Suflera zagrała niemal same starocie, skomponowane jeszcze w dawnych latach siedemdziesiątych, jak choćby: "Sen o dolinie" (czyli obowiązkowy początek każdego koncertu), z tym cudownym do niego wstępem: "znowu w życiu mi nie wyszło....". Młodszym sympatykom muzyki tylko napomknę, że to przeróbka wielkiego niegdyś przeboju Billa Withersa "Ain't no Sunshine". A później już rozwiązał się worek z klasykami, i po kolei muzycy zagrali: "Memu Miastu Na Do Widzenia", "To Nie Tak Miało Być", "Pieśń Niepokorna", "Noc Nad Norwidem",....., a później już kolejność utworów nieco mi się wymieszała, tak więc dodam, że były jeszcze: "Cień Wielkiej Góry", "Lubię Ten Stary Obraz", "Samotny Nocą", "Szalony Koń" - z obowiązkowym finałem "Z Dalekich Wypraw", itd.... Ale był także 3-utworowy set akustyczny. Nie dość, że kapitalny, to jeszcze entuzjastycznie przez wszystkich zgromadzonych na sali przyjęty. Grupa w nim zagrała kompozycje z nowszej ery, a mianowicie: "W niewielu słowach", "Martwe Morze" i "Nowa Wieża Babel". Po tym niezelektryfikowanym fragmencie, pamiętam, że na pewno był jeszcze utwór "Głodny" (także przecież z tych nowszych), a na sam koniec przedstawienia popłynął "Jest Taki Samotny Dom", podczas którego serducho waliło mi niemiłosiernie tak, że przez chwilę zacząłem bać się o ewentualne szczęśliwe dotrwanie do końca tego koncertu. I był to lęk uzasadniony, bowiem pierwszym moim zejściem zapachniało, gdy z kolegą Piotrkiem (vide Peterem) weszliśmy do środka tej ze wszech miar nabuzowanej sali gorącem i duchotą. Na szczęście, poszedłem po rozum do głowy, i tak mniej więcej po kilkunastu minutach koncertu, wyskoczyłem na chwilę do toalety, w celu spryskania swego ciała wodą, niemal we wszystkich jego możliwych miejscach. Tak przy okazji, ślę najszczersze gratulacje dla klubu Eskulap, za szczególne traktowanie ludzi. Bliskie upodlenia. Pozwolę sobie wszak zauważyć, iż żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, i są już od jakiegoś czasu wynalezione klimatyzatory, dmuchawy, czy tym podobne urządzenia.
Niestety, udało nam się z Piotrkiem posłuchać jeszcze pierwszego bisu, jakim była kompozycja "Cisza jak ta", i musieliśmy opuścić klub, bowiem Piotrek obiecał, że zawiezie mnie swoim Mitsubishi do Radia Afera. To, że udało nam się zdążyć idealnie na czas, wiedzą wszyscy Słuchacze wczorajszego wydania "Nawiedzonego Studia". Po mniej więcej dwudziestu minutach, dojechali do mnie do studia, koledzy Tomek Ziółkowski (były nadworny i wciąż nieodżałowany realizator N.S.) oraz Sebastian Kończak (także mój były realizator z nieistniejącego Radia Fan, ale przede wszystkim dzisiaj znany DJ z MC Radia). Od nich dowiedziałem się z przykrością, że Budka zagrała jeszcze dwa utwory, w tym przeróbkę słynnej kompozycji grupy Free "All Right Now", których nie było mi już dane posłuchać.
Na tym wieczór się nie skończył. Chłopaki trochę u mnie w radio jeszcze posiedziały. Posłuchaliśmy sobie muzyki, pogadaliśmy - na trzeźwo!!! - niestety !!!!! Po niespełna dwóch godzinach Sebcia nas opuścił, aby zdążyć jeszcze dać całuska swojej świeżo co upieczonej żonci. No i uroczej córeczce Klarze, którą to miałem przyjemność niedawno także poznać osobiście, a nawet ponosić przez chwilę na rękach. Dopóki się nie rozpłakała. Miłe to uczucie i nieco zapomniane, albowiem moje maleństwo liczy już sobie lat dziewiętnaście, i mierzy sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów od ziemi ku niebu. Tomek Ziółkowski, jak za dawnych lat, posiedział z realizującym mnie Andrzejem i samym mną, do samego końca, a później jeszcze każdego odwiózł pod dom.
Z wrażeń nie mogłem zasnąć, a jeszcze dodatkowo w nocnej telewizji wyemitowano film "Żandarm i Kosmici", z moim ukochanym Louisem De Funes, także poszedłem spać gdzieś tak o czwartej nad ranem. Aby w życiu nie było tak pięknie, to o dziewiątej minut piętnaście, obudził mnie jakiś kretyn, walący młotkiem jednolitym rytmem w ścianę, nie czyniąc przez godzinę (jeszcze mego pobytu w domu) żadnych przerw. Ładny początek dnia! Nie koniec na tym. Ledwo wszedłem do tramwaju, a po chwili ujrzałem sympatyczną sąsiadkę z klatki obok, a więc ukłoniłem się i dałem szybkiego nura na jedno z wolnych siedzących miejsc. W tym momencie usłyszałem za plecami: "panie Andrzeju, niech mi pan nie ucieka, muszę sobie z panem pogadać". Zapomniałem dodać, że owa naprawdę przesympatyczna kobieta, jest młodą emerytką, której dziubek się nigdy nie zamyka. I choć na serio uwielbiam tę kobietę, to zawsze przed nią uciekam, bo ta jak chwyci ofiarę, to nie wypuści. Na osiedlu można znaleźć dziesiątki pretekstów do oddalenia się ze strefy takiego zagrożenia, jednak w tramwaju.... Ale nic to. Ledwo wchodzę do roboty, a tu zza ściany ukłony swe śle wiertarka. Myślę sobie, zaraz pójdę do sklepu myśliwskiego, kupię wiatrówkę, i śrutem potraktuję całe to dzisiejsze towarzystwo. Gdy tylko jednak tak właśnie pomyślałem ,od razu paskuda ucichła. A potem to już jakoś poszło...
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!,)
nawiedzonestudio.boo.pl
"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 27 maja 2012 - Radio "Afera" Poznań 98,6 FM
"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 27 maja 2012
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
BUDKA SUFLERA - "Underground" - (1994 / 2010 kompilacja) -
- Memu Miastu Na Do Widzenia
- Z Dalekich Wypraw
BUDKA SUFLERA - "Cień Wielkiej Góry" - (1975) -
- Samotny Nocą
- Jest Taki Samotny Dom
FREE - "Songs Of Yesterday" - (2000) - BOX 5 CD
- Wishing Well - /recorded at Island Studios, 27-30.09.1972/
SANTANA - "Shape Shifter" - (2012) -
- Canela
JOE BONAMASSA - "Driving Towards The Daylight" - (2012) -
- Heavenly Soul
GARY MOORE - "We Want Moore!" - (1984) -
- Don't Take Me For A Loser
MORTEN HARKET - "Out Of My Hands" - (2012) -
- Out Of My Hands
BEACH HOUSE - "Bloom" - (2012) -
- Wishes
KEANE - "Strangeland" - (2012) -
- On The Road
- The Starting Line
ROBIN GIBB - "Secret Agent" - (1984) -
- Boys Do Fall In Love
ROBIN GIBB - "How Old Are You?" - (1983) -
- Kathy's Gone
- Another Lonely Night In New York
BEE GEES - "High Civilization" - (1991) -
- Secret Love
BEE GEES - "Tales From The Brothers Gibb - A History In Song 1967 - 1990" - (1990 / 1999) - BOX 4 CD
- Juliet - /recorded live at the National Tennis Centre, Melbourne, Australia, November 17-18, 1989/
BEE GEES - "One Night Only" - (1998) - koncert z MGM Grand w Las Vegas, 14 listopada 1997
- Closer Than Close
- Islands In The Stream
THE ALAN PARSONS PROJECT - "I Robot" - (1977) -
- Some Other Time
BLUE OYSTER CULT - "Fire Of Unknown Origin" - (1981) -
- Veteran Of The Psychic Wars
ARJEN ANTHONY LUCASSEN'S "Lost In The New Real" - (2012) -
- Welcome To The Machine - /z CD 1 , cover Pink Floyd/
- The New Real
- Pink Beatles In A Purple Zeppelin
JEAN MICHEL JARRE - "Metamorphoses" - (2000) -
- Millions Of Stars
HAWKWIND - "Palace Springs" - (1991) -
- Treadmill
HAWKWIND - "Hall Of The Mountain Grill" - (1974) -
- Wind Of Change
HAWKWIND - "Onward" - (2012) -
- Seasons
- The Hills Have Ears
- Mind Cut
PINK FLOYD - "More" - (1969) -
- Cirrus Minor
ASTRA - "The Black Chord" - (2012) -
- Cocoon
ELOY - "Dawn" - (1976) -
- Le Reveil Du Soleil / The Dawn
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
program z 27 maja 2012
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
BUDKA SUFLERA - "Underground" - (1994 / 2010 kompilacja) -
- Memu Miastu Na Do Widzenia
- Z Dalekich Wypraw
BUDKA SUFLERA - "Cień Wielkiej Góry" - (1975) -
- Samotny Nocą
- Jest Taki Samotny Dom
FREE - "Songs Of Yesterday" - (2000) - BOX 5 CD
- Wishing Well - /recorded at Island Studios, 27-30.09.1972/
SANTANA - "Shape Shifter" - (2012) -
- Canela
JOE BONAMASSA - "Driving Towards The Daylight" - (2012) -
- Heavenly Soul
GARY MOORE - "We Want Moore!" - (1984) -
- Don't Take Me For A Loser
MORTEN HARKET - "Out Of My Hands" - (2012) -
- Out Of My Hands
BEACH HOUSE - "Bloom" - (2012) -
- Wishes
KEANE - "Strangeland" - (2012) -
- On The Road
- The Starting Line
ROBIN GIBB - "Secret Agent" - (1984) -
- Boys Do Fall In Love
ROBIN GIBB - "How Old Are You?" - (1983) -
- Kathy's Gone
- Another Lonely Night In New York
BEE GEES - "High Civilization" - (1991) -
- Secret Love
BEE GEES - "Tales From The Brothers Gibb - A History In Song 1967 - 1990" - (1990 / 1999) - BOX 4 CD
- Juliet - /recorded live at the National Tennis Centre, Melbourne, Australia, November 17-18, 1989/
BEE GEES - "One Night Only" - (1998) - koncert z MGM Grand w Las Vegas, 14 listopada 1997
- Closer Than Close
- Islands In The Stream
THE ALAN PARSONS PROJECT - "I Robot" - (1977) -
- Some Other Time
BLUE OYSTER CULT - "Fire Of Unknown Origin" - (1981) -
- Veteran Of The Psychic Wars
ARJEN ANTHONY LUCASSEN'S "Lost In The New Real" - (2012) -
- Welcome To The Machine - /z CD 1 , cover Pink Floyd/
- The New Real
- Pink Beatles In A Purple Zeppelin
JEAN MICHEL JARRE - "Metamorphoses" - (2000) -
- Millions Of Stars
HAWKWIND - "Palace Springs" - (1991) -
- Treadmill
HAWKWIND - "Hall Of The Mountain Grill" - (1974) -
- Wind Of Change
HAWKWIND - "Onward" - (2012) -
- Seasons
- The Hills Have Ears
- Mind Cut
PINK FLOYD - "More" - (1969) -
- Cirrus Minor
ASTRA - "The Black Chord" - (2012) -
- Cocoon
ELOY - "Dawn" - (1976) -
- Le Reveil Du Soleil / The Dawn
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
niedziela, 27 maja 2012
ACCEPT - Stalingrad - (2012) -
ACCEPT - "Stalingrad" - (NUCLEAR BLAST) -
Accept bez Udo Dirkschneidera. Gdyby mi ktoś niegdyś powiedział, że będę podziwiać ten zespół bez najważniejszej jego postaci, przyłożyłbym mu wskazujący palec do czoła, i stuknąłbym po nim trzy razy, niczym dzięcioł.
To, że są na tym świecie rzeczy, które jakby to powiedział Ferdynand Kiepski: "nie śniły się nawet fizjologom", wiem nie od dziś. Ale nic to, pójdę dalej, otóż śledząc uważnie karierę "subtelnego" Udo, który niewiele w ostatnich latach ma do zaoferowania, poza solidnym rzemiosłem i absolutną przewidywalnością, myślę sobie, wstrząs jaki Accept zaproponował przy poprzednim albumie "Blood Of The Nations", był jedną z najprzyjemniejszych eksplozji jakie poruszyły mną w latach ostatnich.
Mark Tornillo przybył niemal znikąd (tj. prawie z nieznanemu dotąd nikomu TT Quick), ale jak szarpnął głosowymi strunami, to oniemieli nawet najbardziej konserwatywni obrońcy wielkiego poprzednika. Odświeżony Accept dał znać o sobie po kilkunastoletniej przerwie i zaatakował z niewiarygodną siłą oraz animuszem. Poza kapitalnym wokalistą, na drodze od razu wyrosły wspaniałe kompozycje, a także nowe i jeszcze mocniejsze brzmienie. W ten odstawiony niemal na bocznicę zespół, wdrapał się raptem jakiś niewiarygodny przypływ energii. Ta historia przypomina mi pewnych pasjonatów starych aut, którzy z gratowiska wydobywają ledwo trzymającego się kupy gruchota, by po jakimś czasie nie tyle przywrócić go do życia, ale nadać mu kolor i połysk godny salonowej piękności.
O ironio, i pomyśleć, że dawni koledzy proponowali Udo powrót do grupy, ale ten nie wyraził ochoty, woląc opływać obrzeżami wielkie sceny, przy okazji nie wierząc już samemu w dawną chwałę zasłużonej dla metalu nazwy Accept. Nie spodziewał się nasz dawny bohater, że jego koledzy wytną mu numer nie lada, i nagrają z nowym "wyjcem" jedną z najlepszych płyt w swojej karierze, której to wytyczoną nową drogę, ma przyjemność kontynuować wydany niedawno album "Stalingrad". Może i nie tak wielki jak jego poprzednik, ale i tak ze wszech miar znakomity. Bo oto, proszę Szanownego Państwa, spieszę donieść o tym, jak to Accept wciąż cieszą wielką formą, a ich nowe dzieło jest wykonane z najcenniejszego metalowego kruszcu. Być może "Stalingrad" nie jest aż tak niesamowity jak "Blood Of The Nations", ale życzyłbym sobie bardzo, aby w dzisiejszych przeciętnych czasach dla "prawdziwego metalu!", zespoły nagrywały kiepskie, bądź przeciętnej jakości płyty, na których znajduje się przynajmniej kilka tak przyjemnych łomotów, że nie pozwalają spokojnie zamknąć oczu. Wymienię tu choćby taki utwór jak "Twist Of Fate" - z takim refrenem w klimacie czasów płyt "Breaker" czy "Restless And Wild". Albo nieco epicki i blisko 6-minutowy "Shadow Soldiers" - z narastającą dramaturgią i takim refrenem zagrzewaczem do boju. To właśnie tego typu kompozycjami powinno się napawać naszych futbolistów, a nie tymi piejącymi kurami z koko jarzębinowej zagrody.
Absolutnie cudownym fragmentem tegoż albumu jest tytułowy "Stalingrad". Główny motyw utworu aż rozpiera dech w piersiach swoją majestatyczną i piękną melodią, jednak Tornillo ani się śni, by śpiewać pod jej nuty. Facet po prostu szoruje gardłem , niczym szrober po cienkiej powłoce. Temu wszystkiemu towarzyszą zespołowe chóry i dialogi gitarowe Hoffmanna oraz Franka. Ale to nie koniec, tak jak dawniej muzycy potrafili efektownie wpleść do nagrania "Metal Heart" przepiękny motyw "Dla Elizy" (czyli Fur Elise) L.V.Beethovena, tak teraz w drugiej części kompozycji "Stalingrad", panowie szarpidruty, rzucili gitarowym cytatem z Hymnu Sowieckiego. Wiary swym uszom nie daję, że melodia z rejonów "ukochanego Wielkiego Brata" wydaje mi się naprawdę piękna.
Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na finałowy nieco posępny "The Galley". Utwór ten mógłby z powodzeniem stać się ozdobą niejednej późniejszej płyty Black Sabbath. Na przykład, z okresu kiedy śpiewał tam Tony Martin. Jedynie wkradające się tutaj charakterystyczne acceptowskie chórki, przypisują tę kompozycję ich należytym właścicielom. Proszę jeszcze zwrócić uwagę na to, jak w środkowej części następuje tutaj fajny orientalny klimat, z ponownie dialogującymi ze sobą gitarami, no i jeszcze sama końcówka kompozycji, łagodna, wręcz romantyczna. Zupełnie jak balsam na poobijane i storturowane ciało.
Pozostałe utwory nie charakteryzują się być może niczym szczególnym, choć każdego z osobna słucha się naprawdę miło.
Warto zakuć się w dyby na blisko godzinę słuchania tej płyty. A Mark Tornillo może z podniesioną głową głosić, że poradził sobie z syndromem drugiej płyty, nawet jeśli minimalnie przecież przegrał ze swoim debiutem pod Accept'owskim sztandarem.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
Accept bez Udo Dirkschneidera. Gdyby mi ktoś niegdyś powiedział, że będę podziwiać ten zespół bez najważniejszej jego postaci, przyłożyłbym mu wskazujący palec do czoła, i stuknąłbym po nim trzy razy, niczym dzięcioł.
To, że są na tym świecie rzeczy, które jakby to powiedział Ferdynand Kiepski: "nie śniły się nawet fizjologom", wiem nie od dziś. Ale nic to, pójdę dalej, otóż śledząc uważnie karierę "subtelnego" Udo, który niewiele w ostatnich latach ma do zaoferowania, poza solidnym rzemiosłem i absolutną przewidywalnością, myślę sobie, wstrząs jaki Accept zaproponował przy poprzednim albumie "Blood Of The Nations", był jedną z najprzyjemniejszych eksplozji jakie poruszyły mną w latach ostatnich.
Mark Tornillo przybył niemal znikąd (tj. prawie z nieznanemu dotąd nikomu TT Quick), ale jak szarpnął głosowymi strunami, to oniemieli nawet najbardziej konserwatywni obrońcy wielkiego poprzednika. Odświeżony Accept dał znać o sobie po kilkunastoletniej przerwie i zaatakował z niewiarygodną siłą oraz animuszem. Poza kapitalnym wokalistą, na drodze od razu wyrosły wspaniałe kompozycje, a także nowe i jeszcze mocniejsze brzmienie. W ten odstawiony niemal na bocznicę zespół, wdrapał się raptem jakiś niewiarygodny przypływ energii. Ta historia przypomina mi pewnych pasjonatów starych aut, którzy z gratowiska wydobywają ledwo trzymającego się kupy gruchota, by po jakimś czasie nie tyle przywrócić go do życia, ale nadać mu kolor i połysk godny salonowej piękności.
O ironio, i pomyśleć, że dawni koledzy proponowali Udo powrót do grupy, ale ten nie wyraził ochoty, woląc opływać obrzeżami wielkie sceny, przy okazji nie wierząc już samemu w dawną chwałę zasłużonej dla metalu nazwy Accept. Nie spodziewał się nasz dawny bohater, że jego koledzy wytną mu numer nie lada, i nagrają z nowym "wyjcem" jedną z najlepszych płyt w swojej karierze, której to wytyczoną nową drogę, ma przyjemność kontynuować wydany niedawno album "Stalingrad". Może i nie tak wielki jak jego poprzednik, ale i tak ze wszech miar znakomity. Bo oto, proszę Szanownego Państwa, spieszę donieść o tym, jak to Accept wciąż cieszą wielką formą, a ich nowe dzieło jest wykonane z najcenniejszego metalowego kruszcu. Być może "Stalingrad" nie jest aż tak niesamowity jak "Blood Of The Nations", ale życzyłbym sobie bardzo, aby w dzisiejszych przeciętnych czasach dla "prawdziwego metalu!", zespoły nagrywały kiepskie, bądź przeciętnej jakości płyty, na których znajduje się przynajmniej kilka tak przyjemnych łomotów, że nie pozwalają spokojnie zamknąć oczu. Wymienię tu choćby taki utwór jak "Twist Of Fate" - z takim refrenem w klimacie czasów płyt "Breaker" czy "Restless And Wild". Albo nieco epicki i blisko 6-minutowy "Shadow Soldiers" - z narastającą dramaturgią i takim refrenem zagrzewaczem do boju. To właśnie tego typu kompozycjami powinno się napawać naszych futbolistów, a nie tymi piejącymi kurami z koko jarzębinowej zagrody.
Absolutnie cudownym fragmentem tegoż albumu jest tytułowy "Stalingrad". Główny motyw utworu aż rozpiera dech w piersiach swoją majestatyczną i piękną melodią, jednak Tornillo ani się śni, by śpiewać pod jej nuty. Facet po prostu szoruje gardłem , niczym szrober po cienkiej powłoce. Temu wszystkiemu towarzyszą zespołowe chóry i dialogi gitarowe Hoffmanna oraz Franka. Ale to nie koniec, tak jak dawniej muzycy potrafili efektownie wpleść do nagrania "Metal Heart" przepiękny motyw "Dla Elizy" (czyli Fur Elise) L.V.Beethovena, tak teraz w drugiej części kompozycji "Stalingrad", panowie szarpidruty, rzucili gitarowym cytatem z Hymnu Sowieckiego. Wiary swym uszom nie daję, że melodia z rejonów "ukochanego Wielkiego Brata" wydaje mi się naprawdę piękna.
Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na finałowy nieco posępny "The Galley". Utwór ten mógłby z powodzeniem stać się ozdobą niejednej późniejszej płyty Black Sabbath. Na przykład, z okresu kiedy śpiewał tam Tony Martin. Jedynie wkradające się tutaj charakterystyczne acceptowskie chórki, przypisują tę kompozycję ich należytym właścicielom. Proszę jeszcze zwrócić uwagę na to, jak w środkowej części następuje tutaj fajny orientalny klimat, z ponownie dialogującymi ze sobą gitarami, no i jeszcze sama końcówka kompozycji, łagodna, wręcz romantyczna. Zupełnie jak balsam na poobijane i storturowane ciało.
Pozostałe utwory nie charakteryzują się być może niczym szczególnym, choć każdego z osobna słucha się naprawdę miło.
Warto zakuć się w dyby na blisko godzinę słuchania tej płyty. A Mark Tornillo może z podniesioną głową głosić, że poradził sobie z syndromem drugiej płyty, nawet jeśli minimalnie przecież przegrał ze swoim debiutem pod Accept'owskim sztandarem.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
sobota, 26 maja 2012
GREAT WHITE - "Elation" - (2012) -
GREAT WHITE - "Elation" - (FRONTIERS RECORDS) -
Great White zawsze ceniłem za to, że z całej tej hair-metalizującej rodziny (polakierowanych zespołów lat 80-tych), byli wiernymi spadkobiercami solidnego klasycznego rocka. Odnoszącego się klimatem do takich gigantów jak: Led Zeppelin, Aerosmith, Bad Company czy Mott The Hoople.
Niech powyższe słowa w żaden sposób nie ujmują zasługom innym grupom z tamtych lat, z m.in. Ratt, Motley Crue czy White Lion na czele.
Jack Russell, charyzmatyczny frontman, obdarzony ciekawą barwą głosu, i sposobem śpiewu bliskim stylu Roberta Planta i Iana Huntera razem wziętych, był główną ozdobą tego naprawdę niegdyś fantastycznego zespołu. Pod Temidę jednak z tym, kto nie doceni ogromnego wkładu główno dowodzącego w zespole Marka Kendalla - gitarzysty, producenta i często pierwszego kompozytora. Że o nie mniejszych zasługach należy wspomnieć w przypadku pozostałych muzyków, którzy zawsze stanowili w Great White za jedną rodzinę.
Będąc obiektywnym, muszę zauważyć, że największe sukcesy grupa odnosiła w późnych latach 80-tych i troszkę jeszcze na początku następnego dziesięciolecia. Ale nie oznacza to, że płyty wydawane po tym okresie były słabe, Były po prostu bardziej oszczędne, tworzone z mniejszym rozmachem i nie taką przebojowością, jak genialne: "Once Bitten..." (1987) czy "...Twice Shy" (1989), których oba tytuły zresztą zgrabnie układały się w jeden, ten z wielkiego przeboju Iana Huntera "Once Bitten Twice Shy". Utworu, z okresu solowej twórczości, byłego lidera Mott The Hoople - tak na marginesie. Te dwa arcydzieła powinny być absolutnym musem dla każdego sympatyka melodyjnego hard rocka, podlanego przy okazji rodowodowym kalifornijskim entuzjazmem.
Łezka w oku się kręci, gdy przypomnę sobie, ile to wiader pomyj w swoim czasie wylali na zespół dziennikarze za piękną płytę "Hooked" (1991). Narzekali, że zespół stanął w miejscu, że stał się bezradny, nieciekawy, itd... Podczas, gdy ja z wypiekami na twarzy skakałem po pokoju w rytm muzyki ,niczym jakiś szaleniec. Ale to dawne czasy, które być może jeszcze kiedyś powrócą. I oby, bo to co się stało z dzisiejszym Great White, woła o pomstę do nieba. W najczarniejszych snach nie spodziewałem się czegoś równie okropnego. Jack Russell, najpierw chorował i był zastępowany przez różnych kolegów po fachu, aż w końcu mu podziękowano. Grupa rozbiła się na dwa obozy. Pierwszy nazywa się Jack Russell's Great White, i ten na razie nie ma żadnego dorobku płytowego, choć posiada "ten głos". Drugim obozem jest to co właśnie próbuję opisać, a w którego skład weszli pozostali muzycy dawnego Great White. Tyle, że rzecz jasna bez samego Russella. Na jego miejscu pojawił się niejaki Terry Ilous. Postać mniej znana, ale znowu nie całkowicie nieznana. Ten dżentelmen podśpiewywał niegdyś w legendarnym i także kalifornijskim XYZ (u nas niemal zupełnie grupa ta pozostaje nieznana). Człowiek obdarzony r'n'rollowym głosem, którego oryginalność można mierzyć jedynie w skali ryczenia po niestrawnościach żołądkowych, próbuje zadomowić się na wygrzanym i wyprofilowanym fotelu przez niecodzienne gardło jakim obdarowany został przez naturę jego śpiewający przedmówca. Nawet jeśli pozostawię już w spokoju to najnowsze śpiewające nieszczęście, to płyty "Elation" nie da się nawet obronić kompozycyjnie. Album wypełniają błahe, rozmydlone i kompletnie nieciekawe pseudo hard rockowe piosenki, o korzennych wpływach country i bluesa. To, co powinno stanowić za atut, zabija swą nieudolnością. Niemal wszystko zagrane zostało tutaj na jedno kopyto. Melodie kleją się do siebie jak rozgotowany makaron. Wokalista ryczy jakby nosił za ciasne majtki, z takimże samym beretem do kompletu. A koledzy wiosłujący na szarpanych instrumentach myślą, że gdy równo akordują i czasem co nieco zamieszają, to jest jak być powinno. Nie liczcie tu Moi Drodzy na fajne melodie, zapamiętywalne motywy, zagrywki, przejścia, itp... Nic z tego. Pozostaje tylko ból głowy, a z drugiej strony wielka ulga, gdy ta muzyczna kompromitacja dobiega wreszcie końca. Tych dwanaście utworów dłuży się niczym piesza pielgrzymka z Przemyśla do wrót ojca Tadeusza.
Ta płyta dla Great White, będzie takim czyrakiem na dupie, jak niegdyś dla grupy Bon Jovi albumy: "This Left Feels Right" oraz "Lost Highway", lub dla zacnego Bonfire męki na ostatnim dziele "Branded".
Szkoda tylko tutaj dwóch kompozycji, mianowicie ballady "Love is Enough", oraz fajnej, przebojowej, i takiej w starym stylu "Heart Of A Man". Już słyszę co by z tymi utworami mógł zrobić Jack Russell. Bowiem pozostałej reszty tej koszmarnej płyty, nie uratowałby nawet Ojciec Niebieski.
Życzę grupie totalnej klapy w obecnej jej formule, i szybkiego podania sobie dłoni przez zwaśnione strony. W imię jedności i dla dobra rock'n'rolla!
P.S. Przy tej płycie dopiero zrozumiałem dlaczego kiedyś z taką ochotą pozbyłem się debiutanckiego longa XYZ.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
Great White zawsze ceniłem za to, że z całej tej hair-metalizującej rodziny (polakierowanych zespołów lat 80-tych), byli wiernymi spadkobiercami solidnego klasycznego rocka. Odnoszącego się klimatem do takich gigantów jak: Led Zeppelin, Aerosmith, Bad Company czy Mott The Hoople.
Niech powyższe słowa w żaden sposób nie ujmują zasługom innym grupom z tamtych lat, z m.in. Ratt, Motley Crue czy White Lion na czele.
Jack Russell, charyzmatyczny frontman, obdarzony ciekawą barwą głosu, i sposobem śpiewu bliskim stylu Roberta Planta i Iana Huntera razem wziętych, był główną ozdobą tego naprawdę niegdyś fantastycznego zespołu. Pod Temidę jednak z tym, kto nie doceni ogromnego wkładu główno dowodzącego w zespole Marka Kendalla - gitarzysty, producenta i często pierwszego kompozytora. Że o nie mniejszych zasługach należy wspomnieć w przypadku pozostałych muzyków, którzy zawsze stanowili w Great White za jedną rodzinę.
Będąc obiektywnym, muszę zauważyć, że największe sukcesy grupa odnosiła w późnych latach 80-tych i troszkę jeszcze na początku następnego dziesięciolecia. Ale nie oznacza to, że płyty wydawane po tym okresie były słabe, Były po prostu bardziej oszczędne, tworzone z mniejszym rozmachem i nie taką przebojowością, jak genialne: "Once Bitten..." (1987) czy "...Twice Shy" (1989), których oba tytuły zresztą zgrabnie układały się w jeden, ten z wielkiego przeboju Iana Huntera "Once Bitten Twice Shy". Utworu, z okresu solowej twórczości, byłego lidera Mott The Hoople - tak na marginesie. Te dwa arcydzieła powinny być absolutnym musem dla każdego sympatyka melodyjnego hard rocka, podlanego przy okazji rodowodowym kalifornijskim entuzjazmem.
Łezka w oku się kręci, gdy przypomnę sobie, ile to wiader pomyj w swoim czasie wylali na zespół dziennikarze za piękną płytę "Hooked" (1991). Narzekali, że zespół stanął w miejscu, że stał się bezradny, nieciekawy, itd... Podczas, gdy ja z wypiekami na twarzy skakałem po pokoju w rytm muzyki ,niczym jakiś szaleniec. Ale to dawne czasy, które być może jeszcze kiedyś powrócą. I oby, bo to co się stało z dzisiejszym Great White, woła o pomstę do nieba. W najczarniejszych snach nie spodziewałem się czegoś równie okropnego. Jack Russell, najpierw chorował i był zastępowany przez różnych kolegów po fachu, aż w końcu mu podziękowano. Grupa rozbiła się na dwa obozy. Pierwszy nazywa się Jack Russell's Great White, i ten na razie nie ma żadnego dorobku płytowego, choć posiada "ten głos". Drugim obozem jest to co właśnie próbuję opisać, a w którego skład weszli pozostali muzycy dawnego Great White. Tyle, że rzecz jasna bez samego Russella. Na jego miejscu pojawił się niejaki Terry Ilous. Postać mniej znana, ale znowu nie całkowicie nieznana. Ten dżentelmen podśpiewywał niegdyś w legendarnym i także kalifornijskim XYZ (u nas niemal zupełnie grupa ta pozostaje nieznana). Człowiek obdarzony r'n'rollowym głosem, którego oryginalność można mierzyć jedynie w skali ryczenia po niestrawnościach żołądkowych, próbuje zadomowić się na wygrzanym i wyprofilowanym fotelu przez niecodzienne gardło jakim obdarowany został przez naturę jego śpiewający przedmówca. Nawet jeśli pozostawię już w spokoju to najnowsze śpiewające nieszczęście, to płyty "Elation" nie da się nawet obronić kompozycyjnie. Album wypełniają błahe, rozmydlone i kompletnie nieciekawe pseudo hard rockowe piosenki, o korzennych wpływach country i bluesa. To, co powinno stanowić za atut, zabija swą nieudolnością. Niemal wszystko zagrane zostało tutaj na jedno kopyto. Melodie kleją się do siebie jak rozgotowany makaron. Wokalista ryczy jakby nosił za ciasne majtki, z takimże samym beretem do kompletu. A koledzy wiosłujący na szarpanych instrumentach myślą, że gdy równo akordują i czasem co nieco zamieszają, to jest jak być powinno. Nie liczcie tu Moi Drodzy na fajne melodie, zapamiętywalne motywy, zagrywki, przejścia, itp... Nic z tego. Pozostaje tylko ból głowy, a z drugiej strony wielka ulga, gdy ta muzyczna kompromitacja dobiega wreszcie końca. Tych dwanaście utworów dłuży się niczym piesza pielgrzymka z Przemyśla do wrót ojca Tadeusza.
Ta płyta dla Great White, będzie takim czyrakiem na dupie, jak niegdyś dla grupy Bon Jovi albumy: "This Left Feels Right" oraz "Lost Highway", lub dla zacnego Bonfire męki na ostatnim dziele "Branded".
Szkoda tylko tutaj dwóch kompozycji, mianowicie ballady "Love is Enough", oraz fajnej, przebojowej, i takiej w starym stylu "Heart Of A Man". Już słyszę co by z tymi utworami mógł zrobić Jack Russell. Bowiem pozostałej reszty tej koszmarnej płyty, nie uratowałby nawet Ojciec Niebieski.
Życzę grupie totalnej klapy w obecnej jej formule, i szybkiego podania sobie dłoni przez zwaśnione strony. W imię jedności i dla dobra rock'n'rolla!
P.S. Przy tej płycie dopiero zrozumiałem dlaczego kiedyś z taką ochotą pozbyłem się debiutanckiego longa XYZ.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
PRETTY MAIDS - "It Comes Alive - Maid in Switzerland" - (2012) -
PRETTY MAIDS - "It Comes Alive - Maid in Switzerland" - (FRONTIERS RECORDS) -
Ten pięknie wydany 3-płytowy (tj. 2 CD + 1 DVD) digipack, zawiera pełny zapis z koncertu, który odbył się 1 października 2011 roku, w niewielkiej szwajcarskiej (wysuniętej na północ kraju) miejscowości Pratteln.
Fanów Pretty Maids nie muszę specjalnie zachęcać do "It Comes Alive", albowiem dla nich zakup tego albumu, to jak obowiązkowych pięć dziennych modlitw dla każdego Islamisty.
Jeśli jednak znajdzie się jeszcze jakaś kruszynka na tym świecie, która nie zna twórczości Duńczyków, albo nie wie po prostu od czego zacząć, to ten wydany właśnie swoisty "greatest hits na żywo", jest wręcz do tego wymarzony.
Jeśli do tego dodam, że forma muzyków, a także ich polot i entuzjazm, wspięły się tego wieczoru na absolutne wyżyny, okaże się, że nie tylko mamy do czynienia z wydawnictwem godnym polecenia, ale przede wszystkim z dziełem koncertowym, o jakim od dawna marzył niejeden entuzjasta hard'n'heavy.
Nieprawdopodobnie świetnie zaśpiewał (a raczej się wydzierał) tutaj Ronnie Atkins. Forma tego niespełna 50-letniego młodzieńca może (a nawet powinna) zawstydzić niejednego nieskromnego i zapatrzonego w swoją wielkość metalowego śpiewaka. Atkins z uczuciem śpiewa ballady, porywając tłum złożony nie tylko z płci pięknej, a z kolei w rozpędzonych i galopujących soczystych melodiach, zabiera resztkę tlenu publiczności zgromadzonej w tym dość pokaźnym klubie. Aby przekonać się jak wspaniale bawi się zespół, a także publiczność, należy uruchomić płytę DVD, pomimo iż sam z reguły wszystkich namawiam do odbioru muzyki poprzez uszy, z pominięciem najbardziej prymitywnego ludzkiego zmysłu, jakim jest wzrok. Ale to właśnie na płycie wizyjnej możemy prześledzić mocno już dzisiaj puszystego Kena Hammera, który cudownie się bawi sześcioma strunami, wydobywając z nich najpiękniejsze solówki jakie tylko się da. Ponadto możemy się przekonać, że to co słyszymy na płytach CD, jest prawdą. I że nikt nas nie oszukiwał majstrując przy czymkolwiek w studio. A co za tym idzie, słyszymy Ronniego śpiewającego bez żadnych fałszów, jak i grających jego kolegów, którym przy żadnym takcie ręka nie drgnie.
"It Comes Alive" jest zapisem z trasy promującej ostatni studyjny album "Pandemonium", z którego muzycy zagrali tutaj blisko połowę materiału, jednak pozostałe 4/5-te zajmują same szlagiery z całego dorobku grupy. Grupy tworzącej już od blisko trzech dekad, która to nawet niegdyś występowała w moim rodzinnym Poznaniu, ale było to aż strach pomyśleć w 1984 roku, a więc w czasach kiedy Pretty Maids promowali dopiero pierwszy pełnowymiarowy album "Red Hot & Heavy" - genialny zresztą!
Całego koncertu słucha się tak, że nie można usiedzieć w miejscu, ale gdybym miał wskazać na jego najlepsze momenty, to z tych nastrojowych szczególnie poleciłbym balladę "Savage Heart", odśpiewaną przez Ronniego i publiczność, przy akompaniamencie pianina, z cudownie dołączającą w drugiej części utworu gitarą, i resztą sekcji. Niemniej okazale prezentuje się występująca tuż po niej kompozycja "Clay". Ten swobodnie i lekko płynący utwór, zagrany w średnim tempie, nosi charakter takiej nieco radosnej i ogniskowej piosenki. Jednak jego piękna melodia aż unosi człowiekiem. Mało kto zna ten utwór, bowiem oryginalnie pochodzi on z albumu "Carpe Diem" (2000), który nie tylko u nas, ale chyba wszędzie, przeszedł troszkę niezauważony.
Podobny charakter do utworu "Clay" niesie melodia z "Please Don't Leave Me", tyle że jest jeszcze o sto razy piękniejsza, i została skomponowana przez nieżyjącego od ponad ćwierć wieku lidera Thin Lizzy - Phila Lynotta. To, że jest to jeden z największych hitów Pretty Maids, niech zaświadczy radośnie (wręcz stadionowo) odśpiewany refren przez wszystkich zgromadzonych na sali. No i zobaczcie jeszcze jak te dziewczyny wpatrzone są namiętnymi oczyma w Ronniego. Gdyby mogły, zjadłyby go żywcem. Po słowach "Please Don't Leave Me", wszystkie niewiasty aż lgną do przystojniaczka Atkinsa, choć tego twarz, pomimo wciąż młodego wieku, niewiele mniej nosi ze sobą zmarszczek od na przykład takiego Paula Hogana, będącego lustrzanym odbiciem Atkinsa, tyle, że ćwierć wieku wcześniej.
Z czadowych utworów, w których wokalista wypluwa płuca, a orkiestra hukiem zabija wszystkie muchy, poleciłbym zestaw z "Rock The House" i "Back To Back" na czele. Organy w "Rock The House" grają identycznie purpurowo jak u Jona Lorda, z kolei "Back To Back" jawi się niczym typowy metalowy kiler. Ten poparty majestatycznym intro z "Carmina Burana" Carla Orffa, tnie lepiej niż niejedna żądłówka. Nie ma się co dziwić, że kilkanaście lat temu włączyli go do swego repertuaru inni Skandynawowie, mianowicie Szwedzi z Hammerfall, notabene wielcy fani Pretty Maids.
Równie powalająco wypadły takie metalowe petardy jak: "Future World" czy finałowy "Red Hot And Heavy". Istny szał. Publika została rozgrzana do czerwoności w chwili, gdy koncert dobiegł końca.
Kończący jednak drugą płytę kompaktową "Lethal Heroes", jest tutaj już tylko smakowitym deserem, i sądząc po zaakcentowanej pauzie bez oklasków pomiędzy utworami, pochodzi on najprawdopodobniej z innego przedstawienia.
Grupa wydała w swoim życiu kilka płyt koncertowych, ale ta najnowsza bije je wszystkie na łeb, na szyję.
Mało tego, to w ogóle najlepszy "żywiec" z ostatniego dłuższego okresu, oczywiście w kategorii solidnego mocnego grania.
P.S. Terminu "mocne granie", nie należy mylić z beznamiętnym "napieprzaniem", co jest domeną ponad 90% kapel, tylko omyłkowo nazywanymi jako metalowe.
Dziękuję za uwagę!
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
Ten pięknie wydany 3-płytowy (tj. 2 CD + 1 DVD) digipack, zawiera pełny zapis z koncertu, który odbył się 1 października 2011 roku, w niewielkiej szwajcarskiej (wysuniętej na północ kraju) miejscowości Pratteln.
Fanów Pretty Maids nie muszę specjalnie zachęcać do "It Comes Alive", albowiem dla nich zakup tego albumu, to jak obowiązkowych pięć dziennych modlitw dla każdego Islamisty.
Jeśli jednak znajdzie się jeszcze jakaś kruszynka na tym świecie, która nie zna twórczości Duńczyków, albo nie wie po prostu od czego zacząć, to ten wydany właśnie swoisty "greatest hits na żywo", jest wręcz do tego wymarzony.
Jeśli do tego dodam, że forma muzyków, a także ich polot i entuzjazm, wspięły się tego wieczoru na absolutne wyżyny, okaże się, że nie tylko mamy do czynienia z wydawnictwem godnym polecenia, ale przede wszystkim z dziełem koncertowym, o jakim od dawna marzył niejeden entuzjasta hard'n'heavy.
Nieprawdopodobnie świetnie zaśpiewał (a raczej się wydzierał) tutaj Ronnie Atkins. Forma tego niespełna 50-letniego młodzieńca może (a nawet powinna) zawstydzić niejednego nieskromnego i zapatrzonego w swoją wielkość metalowego śpiewaka. Atkins z uczuciem śpiewa ballady, porywając tłum złożony nie tylko z płci pięknej, a z kolei w rozpędzonych i galopujących soczystych melodiach, zabiera resztkę tlenu publiczności zgromadzonej w tym dość pokaźnym klubie. Aby przekonać się jak wspaniale bawi się zespół, a także publiczność, należy uruchomić płytę DVD, pomimo iż sam z reguły wszystkich namawiam do odbioru muzyki poprzez uszy, z pominięciem najbardziej prymitywnego ludzkiego zmysłu, jakim jest wzrok. Ale to właśnie na płycie wizyjnej możemy prześledzić mocno już dzisiaj puszystego Kena Hammera, który cudownie się bawi sześcioma strunami, wydobywając z nich najpiękniejsze solówki jakie tylko się da. Ponadto możemy się przekonać, że to co słyszymy na płytach CD, jest prawdą. I że nikt nas nie oszukiwał majstrując przy czymkolwiek w studio. A co za tym idzie, słyszymy Ronniego śpiewającego bez żadnych fałszów, jak i grających jego kolegów, którym przy żadnym takcie ręka nie drgnie.
"It Comes Alive" jest zapisem z trasy promującej ostatni studyjny album "Pandemonium", z którego muzycy zagrali tutaj blisko połowę materiału, jednak pozostałe 4/5-te zajmują same szlagiery z całego dorobku grupy. Grupy tworzącej już od blisko trzech dekad, która to nawet niegdyś występowała w moim rodzinnym Poznaniu, ale było to aż strach pomyśleć w 1984 roku, a więc w czasach kiedy Pretty Maids promowali dopiero pierwszy pełnowymiarowy album "Red Hot & Heavy" - genialny zresztą!
Całego koncertu słucha się tak, że nie można usiedzieć w miejscu, ale gdybym miał wskazać na jego najlepsze momenty, to z tych nastrojowych szczególnie poleciłbym balladę "Savage Heart", odśpiewaną przez Ronniego i publiczność, przy akompaniamencie pianina, z cudownie dołączającą w drugiej części utworu gitarą, i resztą sekcji. Niemniej okazale prezentuje się występująca tuż po niej kompozycja "Clay". Ten swobodnie i lekko płynący utwór, zagrany w średnim tempie, nosi charakter takiej nieco radosnej i ogniskowej piosenki. Jednak jego piękna melodia aż unosi człowiekiem. Mało kto zna ten utwór, bowiem oryginalnie pochodzi on z albumu "Carpe Diem" (2000), który nie tylko u nas, ale chyba wszędzie, przeszedł troszkę niezauważony.
Podobny charakter do utworu "Clay" niesie melodia z "Please Don't Leave Me", tyle że jest jeszcze o sto razy piękniejsza, i została skomponowana przez nieżyjącego od ponad ćwierć wieku lidera Thin Lizzy - Phila Lynotta. To, że jest to jeden z największych hitów Pretty Maids, niech zaświadczy radośnie (wręcz stadionowo) odśpiewany refren przez wszystkich zgromadzonych na sali. No i zobaczcie jeszcze jak te dziewczyny wpatrzone są namiętnymi oczyma w Ronniego. Gdyby mogły, zjadłyby go żywcem. Po słowach "Please Don't Leave Me", wszystkie niewiasty aż lgną do przystojniaczka Atkinsa, choć tego twarz, pomimo wciąż młodego wieku, niewiele mniej nosi ze sobą zmarszczek od na przykład takiego Paula Hogana, będącego lustrzanym odbiciem Atkinsa, tyle, że ćwierć wieku wcześniej.
Z czadowych utworów, w których wokalista wypluwa płuca, a orkiestra hukiem zabija wszystkie muchy, poleciłbym zestaw z "Rock The House" i "Back To Back" na czele. Organy w "Rock The House" grają identycznie purpurowo jak u Jona Lorda, z kolei "Back To Back" jawi się niczym typowy metalowy kiler. Ten poparty majestatycznym intro z "Carmina Burana" Carla Orffa, tnie lepiej niż niejedna żądłówka. Nie ma się co dziwić, że kilkanaście lat temu włączyli go do swego repertuaru inni Skandynawowie, mianowicie Szwedzi z Hammerfall, notabene wielcy fani Pretty Maids.
Równie powalająco wypadły takie metalowe petardy jak: "Future World" czy finałowy "Red Hot And Heavy". Istny szał. Publika została rozgrzana do czerwoności w chwili, gdy koncert dobiegł końca.
Kończący jednak drugą płytę kompaktową "Lethal Heroes", jest tutaj już tylko smakowitym deserem, i sądząc po zaakcentowanej pauzie bez oklasków pomiędzy utworami, pochodzi on najprawdopodobniej z innego przedstawienia.
Grupa wydała w swoim życiu kilka płyt koncertowych, ale ta najnowsza bije je wszystkie na łeb, na szyję.
Mało tego, to w ogóle najlepszy "żywiec" z ostatniego dłuższego okresu, oczywiście w kategorii solidnego mocnego grania.
P.S. Terminu "mocne granie", nie należy mylić z beznamiętnym "napieprzaniem", co jest domeną ponad 90% kapel, tylko omyłkowo nazywanymi jako metalowe.
Dziękuję za uwagę!
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)












