poniedziałek, 29 września 2014

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 28 września - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM



"NAWIEDZONE STUDIO" 
program z 28 września 2014 r. 

 
RADIO "AFERA" 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
www.afera.com.pl

realizacja: Krzysztof Piechota      
prowadzenie: Andrzej Masłowski


 ===============================



GRZEGORZ KUPCZYK
"30 Lat"
(2012)
- Fabryka Keksów

GARY MOORE
"Live At Bush Hall 2007"
(2014)
- Don't Believe A Word

ROBERT PLANT
"Lullaby And... The Ceaseless Roar"
(2014)
- House Of Love

I AM GIANT
"Science & Survival"
(2014)
- Purple Heart

MANOWAR
"Thunder In The Sky"
(2009)
- Ojciec (Father - Polish Version)

MOONLAND
"Moonland featuring Lenna Kuurmaa"
(2014)
- Heaven Is To Be Close To You
- Out Of Reach

STATE OF SALAZAR
"All The Way"
(2014)
- Always

THE PRETTY RECKLESS
"Going To Hell"
(2014)
- Heaven Knows

HAMMERFALL
"(r)Evolution"
(2014)
- We Won't Back Down

PENDRAGON
"Passion"
(2011)
- Skara Brae

PENDRAGON
"Pure"
(2008)
- It's Only Me

CHRISTOPHER CROSS
"Secret Ladder"
(2014)
- Got To Be A Better Way

FOCUS
"Focus Con Proby"
(1977)
- Wingless

FOCUS
"Moving Waves"
(1972)
- Focus II

RSC
"FlyRock"
(1983)
- Dzień Na Który Czekam

EXODUS
"Supernova"
(1982)
- Jeszcze Czekam

PETER GABRIEL
"Ovo"
(2000)
- Father, Son

PHIL COLLINS
"... But Seriously"
(1989)
- Father To Son

CAT STEVENS
"Tea For The Tillerman"
(1970)
- Father And Son

RICHIE SAMBORA
"Stranger In This Town"
(1991)
- Father Time

PROCOL HARUM
"Pandora's Box - The Unissued Rarities" 
(1999)
- Repent Walpurgis (long version) - {take unknown, nie podano daty nagrania, najprawdopodobniej 1967}
- A Whiter Shade Of Pale - {1967, take 2, alternative stereo version}

TITANIC
"Titanic"
(1970)
- Mary Jane
- I See No Reason

LOCOMOTIV GT
"Ringasd El Magad"
(1972)
- A Semmi Kertje
- Lincoln Fesztival Blues

V/A
"Saturday Night"
(1974) - kompilacja
GILBERT O'SULLIVAN - A Friend Of Mine
TERRY JACKS - Seasons In The Sun
BAY CITY ROLLERS - Saturday Night
MEDICINE HEAD - One And One Is One

MARK KNOPFLER
"Cal" - OST
(1984)
- Father And Son









Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP

sobota, 27 września 2014

genialny PHILIP CATHERINE, plus słowackie AMC TRIO, zagrali w "Blue Note" - 27 września 2014

















PHILIP CATHERINE oraz AMC TRIO
Poznań, Klub "Blue Note", 27 września 2014, godz. 20.00
(nooo, może z nieco lekkim poślizgiem...)


Nie mogłem się tego koncertu doczekać. Od kiedy tylko ujrzałem reklamujący go plakat na drzwiach Blue Note'u, a było to na początku lipca. Właśnie rozpoczynały się wówczas kanikuły, a ja już byłem myślami przy "tym" dniu. Dniu dzisiejszym.
Philip Catherine zaczarował mnie swoją grą, brzmieniem, techniką (bajeczną!), swoją osobowością,.... Zresztą już tyle Państwu o tym napisałem, a i nagadałem w Nawiedzonym Studio, że ....
Miał to być koncert stricte jazzowy i taki był, szczególnie za sprawą towarzyszącemu Catherine'owi słowackiemu AMC Trio, bowiem sam maestro, choć łamie struktury i faluje nuty, bywa często wręcz rockowy. Fani progresywnego rocka mogą się poczuć zażenowani, że odpuścili taki koncert. Tak tak! Nie przesadzam. W co najmniej pięćdziesięciu procentach dzisiejszy dżez mocno kojarzył się ze stylistyką Jana Akkermana (gitarzysty z holenderskiego Focus). Zresztą, Catherine także przez chwilkę pograł z tą grupą, kiedy to Akkermana "na moment" w niej zabrakło. Obu tych panów należy postawić w równym rzędzie geniuszu. Do Akkermana jako fan rocka przywykłem przez całe życie, tak więc pierwsze fascynacje są już dawno za mną, natomiast Catherine'a długo nie zauważałem, a wynikało to z mojego kompletnego ignorowania jazzu. To się oczywiście bardzo zmieniło, głównie za sprawą niedawnego i zarazem cudownego !!! występu Catherine'a u boku Vladimira Cosmy. Zaczynam pomału zbierać jego płyty, na razie dość nieśmiało, ale już niebawem.... Dzisiaj nawet kilka było do kupienia na specjalnym stoisku, ale niestety musiałem się oblizać smakiem - ostatnio sporo życiowych wydatków (a i wiele już wcześniej nakupowanych płyt) musiało mi wybić z głowy kolejne szaleństwo. Ale jak tylko za kilka tygodni stanę na nogi, to pościągam wszystko czego pragnę - bo ja zawsze dopinam swego.
Wróćmy do sympatycznego Blue Note'u. Najpierw na scenie (na jeden utwór) pojawiło się wspomniane już słowackie trio (fortepian, kontrabas i perkusja), które dokonało przedmeczowej rozgrzewki, no a po chwili na scenie pojawił się nasz maestro, ubrany w szarą marynarkę, pod nią czarna koszula, a w dłoniach "ta" gitara. Typowo dżezowa, ze skrzypcowymi nacięciami, w szlachetnym wino-brązie. Ten starszy już nieco Pan, ładnie i spokojnie się przywitał i bez namysłu dał się ponieść wirowi nut i bliskich mu brzmień. Napisałem, że to starszy Pan - bo to prawda, liczy sobie około siedemdziesięciu wiosen, nosi dość długie, bujne i mocno posiwiałe włosy, posiada również znacząco zarysowany brzuszkowy korbolek, ale suma sumarum wygląda na piętnaście lat młodszego, niż de facto.
Co ja mam Państwu napisać? Że było cudownie? Tak, było cudownie !!! Z trzema wykrzyknikami było cudownie. Jeśli trzeba, mogę jeszcze domalować kolejne trzy !!!. Tak właśnie było. Catherine malował, czarował do tego stopnia, że sam wielokrotnie z błogą miną wpadał w stany uniesienia. Publiczność przy kilku czarujących przejściach jego i jego "orkiestry", także zaakcentowała wyrazy swojego uznania i to gromkimi brawami.
Catherine dobrał sobie fantastycznych muzyków - pianista wywijał niczym niegdyś Ivo Pogorelić Chopina, kontrabasista poza tym co do niego należało, wykazał się także świetną znajomością języka polskiego, przez co zapowiadał każdy utwór. Co tam zapowiadał - opowiadał, tłumaczył, a nawet na swój sposób poruszał. Bo jak się okazało, wszystkie te dzisiejsze kompozycje zawierały w sobie jakieś ciekawe historie - o miłości, o rozstaniach, .....  No i jeszcze został nam pałker - skromny, lecz kiedy trzeba to i delikatny, a i przyłożyć czy solidnie zaświdrować pałeczkami też potrafił.
Podobała mi się komunikacja Catherine'a z bandem. Zręczne gesty, mimiki, spojrzenia, akcenty złożone z subtelnych grymasów, oznajmiały kiedy kto wchodzi do gry, a kto właśnie zaprzestaje. Były momenty kiedy odnosiłem wrażenie, iż pomimo poukładanej muzyki, Catherine wchodził w sfery improwizacji. Ktoś powie, ale jak to, przecież przez cały czas śledził nuty. Czytał, przeżywał, nawet gestykulacyjnie nucił, a mimo to, próbował jeszcze gdzieś w nieznane poszybować. I wiecie Państwo co? - dzisiaj ten facet pokazał mi , że dżez można zagrać malowniczo, bajkowo, nawet na pół-rockowo, do tego z przeogromnym uczuciem. Koniec końców, to przecież bardzo wrażliwy artysta. I ci jego słowaccy wirtuozi - także.
Zapamiętam jeszcze piękną chwilę. Otóż, podczas krótkiej przerwy w samym środku przedstawienia, maestro Philip w pewnej chwili przemierzając zręcznie koło baru, w sobie znanym celu, dosłownie się o mnie otarł. Wewnętrzna elektryfikacja - coś takiego przeze mnie przeszło.
Genialny koncert, i to pod każdym względem. Taki przy stoliczkach, na siedząco i ze złocistym drinkiem w dłoni. Mój kompan Peter też zachwycony, a On tak jak ja - na co dzień niedżezowy. za to równie oczarowany. I myślę, że wszyscy w klubie, i ci z parteru, i ci z pięterka - także.
Skromne światła, znakomita jakość dźwięku, porywająca i wzruszająca muzyka. Jeden z koncertów życia.

P.S. Po raz kolejny podziękowania dla Pani Ewy :-)
P.S. 2. Serdecznie pozdrawiam wspaniałą dżezową parkę - Panią Martę i Pana Roberta Ratajczaków, a także pewnego Pana, którego nie widziałem dobrą dekadę - sympatyka rocka, jazzu i jeszcze tam... :-)


Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP











piątek, 26 września 2014

z mojego pozamuzycznego archiwum

Miałem niegdyś w liceum kolegę, który bardzo poszukiwał miłości. Za wszelką cenę. Będąc jeszcze młodym człowiekiem chyba nie myślał już pozostać samotnym na wieki, bo do tego czarnego scenariusza brakowało mu jeszcze całkiem sporo czasu, a jednak pragnął tego uczucia jakoś mocniej od wielu swoich rówieśników. Wreszcie zakochał się w lubianej przeze mnie koleżance z mojego osiedla. Co tam zakochał - oszalał. Ale czy to jednak nie to samo? Każdy człowiek powinien w życiu oszaleć przynajmniej jeden raz. By poznać prawdziwy smak. W przeciwnym razie życie będzie jak kartka papieru - z tylko zarysowanymi konturami - bez kolorów.
Kolega (wówczas najlepszy z całej klasy) mieszkał na drugim skraju miasta i miał z naszej budy do domu o wiele bliżej niż ja, a jednak wracał do niego jakąś godzinę później, ponieważ najpierw tramwajem "podrzucał" mnie, gdyż na moim przystanku obowiązkowo musiał rzucić okiem w kierunku okna pokoju swej umiłowanej, a dopiero wówczas mógł ze spokojem podążać w kierunku własnego domu. Potrzebował tego jak tlenu.
Jego miłość rozpalała się wraz z każdym dotykiem jej dłoni, niestety uczucie nie było odwzajemnione. Wiedziałem, że pomału dogasa świeca, ale nie potrafiłem mu tego powiedzieć. On zresztą i tak nie przyjąłby tego do siebie. W końcu nadszedł ten dzień. Spotkali się na romantycznej kolacji, w którymś ze stosownych lokali, a jej przypadło wychwycić odpowiedni moment, żeby jak najmniej ugodzić. I zapewne tak było. Pamiętam jak zaraz po tym spotkaniu kolega przyjechał do mnie i wypłakał się w mankiet. Dodam, że o wszystkim wiedziałem już wcześniej, musiałem tylko trzymać język za zębami, a co gorsza, później aktorsko udawać zaskoczonego. Istny koszmar.
Lubiłem ich jako parę, nie było mi to więc obojętne, ale trudno... stało się. W tym samym czasie los "podarował" mi coś bardzo podobnego. Rozumiałem zatem dosłownie znaczenie takiego ciosu. Wówczas myślałem, że wszystko się wali, że życie już nie ma sensu. Dziś z kolei, po upływie tylu lat, miło wspominam tamte chwile. Bo zarówno koledze, jak i mnie, życie dobrze się ułożyło. Może obaj mieliśmy trochę szczęścia, które nie każdemu jest przecież dane, a może coś jeszcze innego złożyło się na taką kolej rzeczy.
Ów kolega, swoją kolejną miłość i już taką na całe życie zdobył niedługo później. Do sprawy doszło u mnie w domu, a "zdobyczą" okazała się fajna dziewczyna, która jak wszyscy później oznajmili, dawała mi podobno coś wcześniej do zrozumienia, tyle że ja niczego nie zauważałem. Czasem tak właśnie musi być.
Pewnego dnia "ona" oraz kilku innych ludzi, gościło u mnie na normalnym popołudniowym spotkanku przy gramofonie i herbatce (bywały prawie każdego dnia), aż na samym końcu jednego z takowych pojawił się "nasz bohater",no i ..... A no właśnie.., przyszedł czas, że "ona" powiedziała: "muszę już wracać do domu, zrobiło się późno".  Niezręcznie było mi wszystkich za jednym pociągnięciem spustu wyprosić, a odprowadzić na tramwajowy przystanek nie tyle, że wypadało, co było kumpelskim obowiązkiem. Byłem jednak gotów. Kolega jednak szybko podchwycił sytuację i zaproponował mojej koleżance swoje dżentelmeńskie usługi. Wyszli zgrabnie i na jednej nodze. Po zaledwie kilku dniach zabrzęczał dzwonek u drzwi, otwieram, a tu....  stoi parka uśmiechnięta, odświętnie ubrana, ze słodyczami u boku. Przyszli pokazać, że się szukali i tak niespodziewanie znaleźli. Ich miłość trwa po dziś dzień. Przeplata się zmartwieniami jak i radościami - jak w życiu chyba każdego.
Po co ja to wszystko Państwu napisałem? Może dlatego, gdyż ostatnio dużo się wali. Rozsypało się dookoła wiele wydawać by się mogło fajnych związków, które teoretycznie rozsypać się nie miały prawa, a jednak. Ostatnio znowu gdzieś zagrzmiało. Dlaczego? Na to pytanie każdy niby zna odpowiedź, dopóki gorycz nie dotknie go osobiście. Szczególnie właśnie ostatnio wracam wspomnieniami do dawnych lat, widząc w nich wiele radosnych twarzy, które dzisiaj na nowo szczęścia poszukują. I należy wierzyć, że jeszcze los się do nich uśmiechnie. Powyższa historia pokazuje, że wszystko jest możliwe, trzeba tylko do tego dążyć i mocno wierzyć.



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP






czwartek, 25 września 2014

... memento mori

Chciałem przeczytać jak było na koncercie Collage, ale po raz kolejny okazuje się, że jak sam nie pójdę i nie napiszę, to nikt tego za mnie nie zrobi. Takie czasy, nikomu się nie chce, bo i po co? Wszystko się musi opłacać, a gdy się nie przekłada na portfel, to ....
Zimno paskudnie, dawno nie miałem zmarzniętych dłoni tak jak dzisiaj. Wicherki i Chmurki obiecują jednak udany początek nowego tygodnia, z letnimi temperaturami. Czyżby miała nastać prawdziwa polska jesień? Raz na jakieś kilkanaście lat natura mogłaby się w końcu zlitować.
Słucham starych nagrań The Moody Blues, bo wprawiają mnie w dobry nastrój, ale wieczorem nastawię na adapterze i w odtwarzaczu do płyt CD kilka piosenek ze słowami "father" lub "tata". Dzisiaj Piotr Kosiński (redaktor od trójkowych "nocy muzycznych pejzaży") pożegnał się ze swoim Tatą na zawsze. Z ostatnim wspólnym zdjęciem wklejonym do albumowego Facebooka. Szczerze współczuję Panie Piotrze. Zaśpiewają dzisiaj Peter Gabriel, Cat Stevens, For Absent Friends, ....
Często myślę o śmierci, może dlatego przestałem się jej bać, ale moim pragnieniem byłoby dokończyć żywota w jakiś bardzo brzydki dzień. Pomodlić się nie pomodlę, nigdy nie potrafiłem, a im dłużej chodzę po świecie, tym bardziej upewniam się, że nie ma do kogo. Niedawno ktoś pięknie powiedział, że Boga nie ma, ale należy żyć tak, jakby był. Naprawdę się staram.



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP 



środa, 24 września 2014

STATE OF SALAZAR - "All The Way" - (2014)


















STATE OF SALAZAR
"All The Way"
(FRONTIERS RECORDS)
**1/2

Oto stoi przed nami nowy band z włoskiej stajni Frontiers Records. Nazywają się State Of Salazar i są Szwedami. Należy dodać - debiutantami, choć zdążyli już wypuścić przed dwoma laty EPkę "Lost My Way", i to właśnie nią zainteresowali sztab Serafino Perugino - choć wyjątkowo ten wszędobylski makaroniarz tym razem nie podjął się produkcji kolejnego swojego nabytku.
Grupa gra nieskomplikowanego melodyjnego rocka, a raczej "roczka", na którego z obrzydzeniem spojrzą zagorzali fani ambitnego łojenia. Nie oznacza to także, że wszyscy pozostali uklękną z wrażenia. Nie jest bowiem tak, iż zacny label Frontiers ma patent na nieomylność i wynajdywanie samych skarbów. Niedawna historia odsłoniła komercyjne wtopy, których nie udało się w żaden sposób wylansować. Przykładem grupy Xorigin, The Magnificent czy Wigelius, pomimo iż te nagrały przecież całkiem miłe albumy. No cóż... , ja też mam wielkie serce do Frontiers Records, nie oznacza to jednak, że z tego powodu przełknę każdą jej nową propozycję bez popitki.
W materiale promocyjnym przeczytałem, że ambicje grupy próbują sięgnąć fanów Toto, Journey czy Foreigner. I ja też mocno wierzę, że kiedyś się to ziści, póki co twórczość State Of Salazar mieści się w rejonach kwalifikacyjnych do działu "debiuty" na jakimś festiwalu piosenki typu: Sopot lub Bratysławska Lira - o ile ta ostatnia jeszcze zipie. 
Piosenki na "All The Way" cechuje troszkę usilna i nie lekką ręką pisana melodyjność i nic tu nie pomoże silenie się gardła Marcusa Nygrena na Bobby'ego Kimballa. Na razie bliżej Szwedom do takiego tercetu Herrey's, który w drugiej połowie lat 80-tych próbował podbić za sprawą sopockiego festiwalu polską publiczność, a skończyło się na kurzącym się przez lata w witrynach sklepowych całego kraju winyla, którego później gratisowo dodawano do przeróżnych loterii książkowych.
Był niegdyś u naszych północnych sąsiadów taki słodko i super melodyjny band Sha-Boom, od którego polecam na początek czerpać panom ze State Of Salazar wiedzę, a Toto zostawić sobie na trochę później. A że tych pięciu młodych facetów jest po muzycznej akademii, wierzę że jakoś szybko się pozbierają.



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP



wtorek, 23 września 2014

ROBERT PLANT - "Lullaby and... The Ceaseless Roar" - (2014)




ROBERT PLANT
"Lullaby and... The Ceaseless Roar"
(NONESUCH RECORDS)
***3/4


Bardzo lubię kilka solowych płyt tego Pana. Szczególnie "Now And Zen" i "Fate Of Nations", ale i 3/4-te debiutanckiej "Pictures At Eleven" także jak najbardziej. Jednak to już czasy dawne, dzisiejszy Robert Plant poszukuje inspiracji w innych muzycznych krainach. Poprzedni "Band Of Joy", bądź jeszcze wcześniejszy "Raising Sand" - nagrany w duecie z Alison Krauss - odsłoniły jego fascynacje folkiem (te zresztą były od zawsze), country, prymitywnym bluesem i jeszcze kilkoma innymi nurtami. Nie jestem fanem tych albumów, choć doceniam odwagę i chęć poszukiwania. Dlatego na wieść, iż na najnowszym "Lullaby and... " będzie sporo wątków etnicznych, połączonych już z nie z nowymi przecież, lecz wciąż nazywającymi się nowymi brzmieniami, radości we mnie nie wywołało. Oczywiście świadom jestem, że Pan Robert stara się tworzyć repertuar pod obecne swoje możliwości ,gdyż później trzeba to jeszcze zaśpiewać na żywo. A początek płyty w pełni potwierdził moje obawy. Singlowy "Rainbow" jest co prawda całkiem miły, ale nie jest to numer, przy którym serce bije jakoś mocniej. Z kolei, otulające go z przodu i z tyłu "Little Maggie" oraz "Pocketful Of Golden", najwyraźniej nudzą, jedynie uwagę przykuwając wszechobecnym bogactwem egzotycznych brzmień, za które odpowiedzialny jest na całej zresztą płycie sekstet The Sensational Space Shifters. Grają na bandżo, na moogu czy pianinie, ale co ciekawsze - na afrykańskim bębnie djembe, bendirsie (coś jak tamburyn), teharadancie (wypadkowa pomiędzy harfą a sitarem), ritti (jednostrunowe skrzypce), kologo (to taka mandolino-gitara), upright bas (a'la wiolonczela) czy omnichord (elektroniczne urządzenie na guziki i klawisze). To wszystko wpuszczone w wir z instrumentami rockowymi daje bardzo ciekawy efekt i stanowi za atrakcję samą w sobie. Nie miałoby to jednak sensu, gdyby płyta przede wszystkim nie obroniła się kompozycyjnie. Na szczęście jest tutaj kilka bardzo pięknych utworów, jakich mi u tego Pana brakowało od około dwudziestu lat.
Absolutną perłą wydaje się być afrykańsko-orientalizujący "Embrace Another Fall" - z dodatkową i jakże wysublimowaną wokalizą Julie Murphy. Niezłe wrażenie pozostawia po sobie także następny w kolejności taki nieco garażowy, zabrudzony, ale jak najbardziej rockowy "Turn It Up". Jednak to potraktujmy tylko jako chwilowy przystanek, ponieważ tuż po nim następuje kolejna "petarda" w postaci natchnionej i bardzo oszczędnie podanej ballady "A Stolen Kiss" (z dominującym pianinem). Bo jak to maestro tutaj śpiewa? , że miłość na nikogo nie czeka, potrafi być okrutna i trudna do zdobycia. W jego ustach brzmi to jak dobra rada mędrca. Dobrze nam się płyta rozkręciła. Oto kolejny fajny utwór , jakim jest "Somebody There". Zwrotka prowadzona w ślimaczym tempie, ale refren bardzo melodyjny i wręcz entuzjastyczny - mający w sobie coś z obrządków. Zresztą, jeszcze więcej z takowej "rytualności" znajdziemy w "Poor Howard". Tutaj następuje niemal plemienna mikstura afro-amerykańska. Po chwili dostajemy kolejne cudo - "House Of Love". Niezwykłej urody to ballada, prowadzona przez gitarę i bębny, gdzie pozostałe instrumenty nie wyrastają już do głównych ról, choć wyraźnie się zaznaczają. Jakże ładnie brzmi tutaj głos Planta. Z takim nieco Zeppelinowskim posmakiem.
Do końca całości pozostały nam jeszcze tylko dwa nagrania, bo i cała płyta nie wydaje się nazbyt długa (choć trwa niby 50 minut). Ostatni "Arbaden (Maggie's Babby)", to taka loopowo-egzotyczna ciekawostka. Chęć pokazania, że nie obca naszemu mistrzowi jest współczesna technologia, ale to takie dwie minuty z sekundami, do których raczej po latach nie będę zbyt często powracać. Natomiast przedfinałowy "Up on the Hollow Hill (Understanding Arthur)" jest naprawdę całkiem całkiem.... Kolejny pokaz wibrowania nastrojami, do których głos Planta został wręcz stworzony. Do tego dochodzi psychodeliczna gitara i cała masa dodatków - czarująca to rzecz. A przecież nie jest to żaden niesłychanie rozbudowany numer, mało tego - na swój sposób nawet dość monotonny.
Taka jest ta płyta. Miało być trochę trip hopu, Afryki z rejonów północy oraz orientalizującego Wschodu, no i mamy tu wszystkiego po trochu. Połączenie rocka, elektroniki i etniki, dało całkiem niezły finalny efekt. A co ważne, uspokoiłem się, bo nie wierzyłem już w możliwości twórcze Pana Roberta, i choć do ideału wciąż nieco zabrakło, to "Lullaby and... " okazała się płytą nad wyraz udaną.



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP









już w tę sobotę Philip Catherine w "Blue Note"

Niesamowity jest ten Philip Catherine. Właśnie się o tym coraz bardziej przekonuję słuchając kolejnej płyty z jego udziałem. Mój dobry znajomy Pan Artur - wykładowca niemca w ekonomiku (posiadający w tym zakresie bezczelnie dużą wiedzą) - słysząc jak w Nawiedzonym Studio rozpływam się nad nadchodzącym poznańskim koncertem Catherine'a, postanowił pożyczyć mi jego płytę ze swojej kolekcji. Troszkę się zdziwiłem, Pan Artur - były nowofalowiec i punkol, a wyjeżdża mi tu z dżezem. No, no, pomyślałem... - widać umysł nie tylko humanistyczny, lecz i ściśle ścisły. "Panie Arturze, Pan słucha Philipa Catherine'a?" - zagadałem, "kiedyś dużo słuchałem jazzu, a było to głównie w latach dziewięćdziesiątych" - dostałem w odpowiedzi.
Od razu zerknąłem na rocznik wydania kompaktu, i co? - stoi jak byk napisane: 1998.
"Guitar Groove" wydana we Francji, nagrana w Nowym Jorku, choć jak wiemy - artysta jest Belgiem. Czyli nie byle kim - bodaj 5-te lub 6-te miejsce w rankingu FIFA w dziedzinie boiskowej kopaninki. Choć jeden z naszych siatkarzy też ostatnio przyłożył z nogi i zdobył punkt.
Ale powróćmy do płyty. Maestro podzielił ją na dwie części, pierwsza zwie się "groove" i zawiera porcję swobodnego i w miarę dynamicznego jazzu, na którym to kompletnie się nie znam i pewnie gdyby nie postać Catherine'a, to w życiu bym nie dotrwał do końca tej płyty. A tak... , a tak to słucha mi się tego zupełnie przyjemnie. Cóż ten facet wyprawia z gitarą, no i jak ładnie mu dogrywają trzej koledzy. Z tym, że inni od tych , którzy zagrają w Blue Note, albowiem u nas zagrają AMC Trio ze Słowacji, a tutaj nazwiska muzyków są jakieś takie "łamerykańskie".
Drugi set złożony został z sześciu najczęściej 3-minutowych kawałków, a ochrzczony adekwatnym tytułem "quiet moments". Są to rzeczywiście same pościelówy, idealnie nadające się do wieczornych medytacji lub jako podkład do ekskluzywnych nocnych klubo-kawiarni, ale takich atłasowych, nie przesiąkniętych piwska odorem.
No więc, jeśli Catherine mniej więcej z czymś takim pojawi się w sobotę w Blue Nocie, to ja już biję brawo.
Catherine gra niby delikatnie, ale paradoksalnie szarpie co tchu. Jest zmysłowy, wirtuozerski,... - niemal jesienny - i myślę, że Państwo czujecie co mam na myśli.
Pan Artur zasugerował, że prawdopodobnie spodoba mi się ta druga, bardziej romantyczna część. Czyżbym takie sprawiał wrażenie? Absolutnie stawiam jednak na "groove" z pierwszego aktu.
W ostatnim Nawiedzonym Studio zapomniałem przypomnieć Słuchaczom , że to już w najbliższą sobotę odbędzie się ten koncert, tak więc czym prędzej o nim przypominam, polecam i serdecznie Państwa zapraszam, choć de facto zaproszeń nie rozdaję.



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP