poniedziałek, 30 maja 2016

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 29 maja 2016 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM + zastępstwo w "BLUES RANUS"










"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 29 maja 2016 r. - godz.22.00 - 2.00

RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski






DIRE STRAITS - "Communique" - (1979) -
- Once Upon A Time In The West

TRAVELING WILBURYS - "Vol.1" - (1988) -
- Tweeter And The Monkey Man

BOB DYLAN - "Slow Train Coming" - (1979) -
- Slow Train

ACE FREHLEY - "Origins Vol.1" - (2016) -
- Street Fighting Man - {Rolling Stones cover}
- Fire And Water - {Free cover} - śpiew PAUL STANLEY

KISS - "Dynasty" - (1979) -
- I Was Made For Lovin' You - śpiew PAUL STANLEY
- 2,000 Man - {Rolling Stones cover} - śpiew ACE FREHLEY
- Charisma - śpiew GENE SIMMONS

LORDS OF BLACK - "II" - (2016) -
- Lady Of The Lake - {Rainbow cover}

PHANTOM 5 - "Phantom 5" - (2016) -
- Blue Dog
- Someday

JADED HEART - "Guilty By Design" - (2016) -
- Godforsaken

ALIBABKI - "Platynowa Kolekcja - Złote Przeboje" - (1999) - kompilacja
- Kwiat Jednej Nocy - {oryginalnie na LP "Kwiat Jednej Nocy", 1969 r.}
w hołdzie zmarłemu kilka dni temu kompozytorowi Juliuszowi Lorancowi

STEVIE NICKS - "In Your Dreams" - (2011) -
- In Your Dreams

FLEETWOOD MAC - "Behind The Mask" - (1990) -
- Freedom
- When It Comes To Love

ELKIE BROOKS - "Pearls II" - (1982) -
- Nights In White Satin - {The Moody Blues cover}

ELKIE BROOKS - "No More The Fool" - (1986) -
- We've Got Tonight - {Bob Seger cover}

ELKIE BROOKS - "Pearls" - (1981) -
- Fool (If You Think It's Over) - {Chris Rea cover}

CHARLIE - "Charlie" - (1983) -
- It's Inevitable
- Spend My Life With You
- Never Too Late
- The Heartaches Begin

FEARGAL SHARKEY - "Feargal Sharkey" - (1985) -
- Someone To Somebody

TRAVIS - "Everything At Once" - (2016) -
- 3 Miles High
- What Will Come
- Magnificent Time
- Radio Song

WISHBONE ASH - "Front Page News" - (1977) -
- The Day I Found Your Love

JOE COCKER - "Cocker" - (1986) - 30-lecie albumu! , z celowym pominięciem powszechnie dostępnych największych przebojów
- A To Z
- Don't Drink The Water
- Heart Of The Matter

BONNIE TYLER - "Natural Force" - (1978) -
- It's A Heartache
- If I Sing You A Love Song
- Here Am I
- Baby Goodnight

TOM KIMMEL - "5 To 1" - (1987) -
- A To Z

ALABAMA - "Ultimate Alabama - 20#1 Hits" - (2004) - kompilacja
- You've Got The Touch - {oryginalnie na LP "The Touch", 1986}



================================
================================



"BLUES RANUS" - zastępstwo niedziela 29 maja 2016 r. - godz. 21.00 - 22.00

   
realizacja: Agnieszka Krzyżaniak
prowadzenie: Andrzej Masłowski






THE ALLMAN BROTHERS BAND - "Wipe The Windows, Check The Oil, Dollar Gas" - (1976) -
- In Memory Of Elizabeth Reed

NO SINNER - "Old Habits Die Hard" - (2016) -
- Hollow

THE WATERBOYS - "Modern Blues" - (2015) -
- I Can See Elvis
- Destinies Entwined

TEN YEARS AFTER - "Live At Fillmore East" - (2001) -
z koncertów w nowojorskim Fillmore East, luty 1970
- Good Morning Little Schoolgirl

JOE BONAMASSA - "Blues Of Desperation" - (2016) -
- No Good Place For The Lonely







Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







sobota, 28 maja 2016

kelnerka

Rozpisałem się ostatnio z kolegą na temat Supertramp. Pogawędka w pewnej chwili zawisła na niejakiej Kate Murtagh - kelnerce z okładki "Breakfast In America". Proszę sobie wyobrazić, że owa dama w październiku skończy 95 lat.
Ostatnio głośno było także o samej okładce do "Śniadanka w Ameryce", bowiem ktoś zauważył na niej przepowiednię burzącą wszystkie genialne zmysły Nostradamusa. Otóż, gdy przystawimy ją do lustra spostrzeżemy, iż nad wieżami World Trade Center, będącymi częścią Manhattanu
zbudowanego z zastawy stołowej, z liter "U" oraz "P" wyłania się "9" oraz "11", a więc data 11
września. A, że Amerykanie zawsze najpierw podają miesiąc, a potem dzień, to nabiera całość jeszcze dobitniejszego znaczenia. Nieznającym albumu dodam tylko, iż dzieło zostało wydane w 1979 roku. Czym jest  "Breakfast In America" dla muzyki wyjaśniać nie muszę, bo chyba nie ma fana rocka, który by o tej płycie przynajmniej choć raz nie usłyszał. W samym tylko "Nawiedzonym Studio" prezentowana była wielokrotnie. Na jutro akurat jej nie przewiduję, lecz zapewne jeszcze nie raz ją przypomnę.
Jutro o godzinkę dłużej. W Aferze pojawię się już o 21-szej i poprowadzę zastępstwo w "Blues Ranus". Piękna pogoda i długie zakończenie tygodnia nie sprzyjają radiu, niemniej zapraszam najmocniej wszystkich Państwa.
Piosenka na dziś: Franz Benton "After All" - z jego drugiego albumu "Promises", który ukazał się w odległym 1988 roku. Ten niemiecki wokalista (i kompozytor w jednym) nagrał sporo płyt, ale tak naprawdę liczą się tylko te najwcześniejsze. Mamy na nich krzyżówkę wysmakowanego pop i rocka. Benton u naszych zachodnich sąsiadów był w swoim czasie ceniony na równi z angielskim odpowiednikiem Chrisem De Burghiem, bądź zagnieżdżonym też tam na dobre innym Wyspiarzem - Tonym Careyem.
"After All" to zgrabna pogodna piosenka, utrzymana w średnim tempie z bardzo śpiewną melodią. Rzecz to jak najbardziej gitarowa, choć mocno "zakrzyczana" przez puzon i saksofon. Na pewno polubią ją sympatycy pierwszych dwóch płyt Johna Parra, bądź wspomnianych już: Chrisa De Burgha - z okresu "Man On The Line" czy Tony'ego Careya - z czasów świetnego "Blue Highway". Oczywiście nie porównując tych artystów toćka w toćkę do siebie. Miałem tylko na myśli zasugerowanie pewnego nastroju.
Życzę Państwu pięknego dalszego ciągu weekendowania i do usłyszenia jutro - przypomnę, już od 21-szej !!!







Franz Benton z rewersu okładki "Promises"


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





piątek, 27 maja 2016

freedom

Szkoda, że na wczorajsze święto Mam zabrakło słońca. Na szczęście nie obyło się bez kasatów oraz tortu z pianką i truskawkami.
Przydał się wolny dzień. Pobawiłem się analogami, a nawet co nieco pozgrywałem na kompakty. Głównie z myślą o naszych niedzielnych spotkaniach.
Zapuściłem na gramofonie starą płytę Bonnie Tyler "Natural Force" z 1978 roku. To ta z przebojem "It A Heartache". Kochałem się jako 13-latek w tej piosence. Miałem na polskiej pocztówce dźwiękowej i drżałem, by się nie zniszczyła. Słuchałem w kółko na monofonicznym gramofonie, bo na stereo musiałem jeszcze chwilkę poczekać. Ta giętka płytka obsługiwała wszystkie prywatki, więc jej proces starzenia przebiegał szybciej.
Bonnie Tyler, to taki Rod Stewart w spódnicy, choć nigdy jej w takim stroju nie widziałem. Bonnie zawsze wbijała się w dżinsy. I te jej piosenki też miewały chropowate mury. To dobrze, bo ja rzadko pijam niegazowane. Lubię, gdy przełyk podrażniają bąbelki.
Wczoraj 68 lat ukończyła Stevie Nicks. Kolejne niesforne gardło. Ten Facebook każdemu w metrykę zajrzy. Może to nawet i dobrze, bowiem ja sam z reguły nigdy nie pamiętam o urodzinach czy innych tam...
Piosenka na dziś: Fleetwood Mac "Freedom". Z mało powszechnie docenianej płyty "Behind The Mask". Szkoda, bo naprawdę niewiele ustępowała wcześniejszej bestsellerowej "Tango In The Night". Stevie Nicks oddała na niej pola Christine McVie, która przywłaszczyła tutaj nieco więcej przebojowych piosenek - w tym pogodną i prześlicznie zaśpiewaną w duecie z Billy'ym Burnettem "When It Comes To Love". Dla mnie o stokroć lepszą od singlowej "Save Me". No, ale nie o Christine, a o Stevie być miało. Piosenka "Freedom" nie doczekała się singlowego wymiaru - radiowego także. Jej wdzięk docenili jedynie prawdziwi przesłuchiwacze płyt. Kiedyś nie był to żaden wyczyn, ale już dzisiaj.... Kto w obecnych czasach słucha całych płyt? Pan, Pani, no i może jeszcze tamten Pan i
tamta Pani, lecz reszta niestety obcuje z pojedynczymi kawałkami. Smartfony, białe zestawy słuchawkowe, deezery, jutjuby.... słowem koniec świata. A ma być jeszcze gorzej.... plotkują, że Jamesem Bondem może zostać kobieta. Kombinują ludziska. Już mieli powołać murzyna na Bonda, teraz wbijają go w spódnicę, a co na to wszystko Ian Flemming? Wróćmy jednak do "Freedom".... To jedna z trzynastu zawartych na "Behind The Mask" piosenek, zakotwiczona gdzieś pod koniec albumu. Nerwowy słuchacz nie ma prawa do niej dotrzeć. Zbyt daleko i za długo. "Freedom" nie jest żadnym protest songiem, to piosenka o relacjach na linii ona i on, ale tutaj przede wszystkim należy poczuć smak wolności. W przeciwnym razie po balu. Stevie Nicks kroczy tu na pierwszym froncie, ale kompanii ją wokalnie wspierają. Kolektywnie, jak zawsze. Fleetwood Mac wywodzą się z czasów dzieci kwiatów, więc te wartości im nie obce. Świetna piosenka. Żywa, rockowa, nie zdejmująca nogi z gazu. Szkoda, że nie stała się przebojem.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






środa, 25 maja 2016

75-urodziny Boba Dylana....

Wczoraj Bob Dylan obchodził 75-urodziny. Czas leci.... W 1979 roku, w którym go poznałem, maestro liczył sobie ledwie wiosen 38, a już wydawał mi się pokaźnie wiekowy. Pewni ludzie pomimo upływu czasu jednak się nie zmieniają, no i zawsze z nami są. Choć David Bowie czy Lemmy są tego zaprzeczeniem. Niech mu zatem zdrowie i muzyczna wena służą.
Jeden ze Słuchaczy, Pan Artur, zapytał w nocnym sms-ie, czy może nie szepnąłbym z tej okazji jednego słówka na blogu.... Chętnie, pomyślałem.
W owym 1979 roku wpadła w moje ręce płyta "Slow Train Coming". Wziąłem ją w ciemno, a raczej na coś się wymieniłem - na jednej z Wawrzynkowych giełd. Już nie pamiętam za co, wiedziałem tylko, że warto, albowiem wszyscy dookoła się Dylanem zachwycali i oddawali pokłony. Nie miałem wówczas bladego pojęcia o najprawdziwszych skarbach, które artysta spłodził dobrą dekadę wcześniej, a także jak wielki wpływ wywierał na innych. Do dzisiaj w świecie muzyki nie ma chyba drugiego takiego kompozytora, który byłby chętniej interpretowany przez tak potężną rzeszę nie tylko muzyków/odtwórców, ale i przez wybitnych kompozytorów. Za jego dzieła zabierali się m.in: Manfred Mann, Bruce Springsteen, Joan Baez, The Byrds, Tom Petty, Patti Smith, Rod Stewart, Neil Young, a nawet Elvis Presley, plus jeszcze wielu wielu "niepoliczalnie" innych....
Zastanawiałem się, jaka piosenka Dylana zasługiwałaby na jakieś szczególne wyróżnienie. Trudne zadanie. Wydaje się nawet niewykonalne. Trzeba by za jednym pociągnięciem wyrecytować: "Blowin' In The Wind", "Just Like A Woman", "It's All Over Now, Baby Blue", "The Times They Are A-Changin'", "Mr. Tambourine Man", "Hurricane", "Shelter From The Storm" i kilka tuzinów innych.... A zatem, może wyróżnię tylko dwie piosenki, z którymi czuję pewien emocjonalny związek, przy okazji unikając oklepanych klasyków. Przy czym - oklepane, nie oznacza ujmy.
Powołując się na moją pierwszą przygodę ze "Slow Train Coming", polecam nastawmy sobie może ostatni czwarty utwór na pierwszej stronie winylowej płyty. Zwie się "Slow Train", choć w końcówce refrenu pada pełen albumowy tytuł "....slow train coming", a konkretnie: "....nadjeżdża powoli ospały pociąg, już go widać zza zakrętu...". Spójrzmy na okładkę, co widzimy? Wyłaniający się z górskiego tunelu parowy pociąg, któremu pod rozpędzone koła robotnicy właśnie stawiają torowisko. Dylan tym nagraniem (i okładką do kompletu) zasugerował symbol nadchodzącej apokalipsy. Brnący pociąg miał symbolizować nieuchronne jej nadejście. Z drugiej zaś strony miał także stanowić za symbol podążającego na ratunek wyzwolenia.
Należy zauważyć, że zarówno w tym nagraniu, jak i zresztą na całej tej płycie, zagrał Mark Knopfler (gitarzysta i wokalista Dire Straits), który w tym samym 1979 roku wydał z własnym zespołem kapitalną płytę "Communique". Ma to wielki ze sobą związek, albowiem kompozycja "Slow Train", była niczym innym jak bratem bliźniakiem w stosunku do otwierającej "Communique" piosenki "Once Upon A Time In The West". Gitara Knopflera, struktura i atmosfera całości, po prostu zachwycały i zachwycają do dzisiaj. Tyle, że Dire Straits powalili tłumy, a piosenkę Dylana poznały ledwie ich szczątki. Gdyby jednak do tej pory ktoś jeszcze nie miał z nią przyjemności, polecam gorąco!
Aby posłuchać drugiej mojej propozycji, musimy przeskoczyć niemal o całą dekadę, aż do roku 1988. Wówczas to powstała supergrupa Traveling Wilburys, na którą złożyły się tak wybitne osobowości, jak: George Harrison, Jeff Lynne, Tom Petty, Roy Orbison oraz nasz dzisiejszy bohater Bob Dylan. Historia grupy ogromnie ciekawa, acz rozwlekła, więc zajmując się dzisiaj tylko samym Dylanem, nie mamy na nią czasu. Z dwóch wydanych przez Trawelingów płyt (na obu zagrał Dylan, a jedynie Roy'owi Orbisonowi z całej piątki przyszło wystąpić tylko na pierwszej - niedługo później zmarł), ta pierwsza była szczególnie udana. I odniosła oszałamiający sukces. Następna już go nie powtórzyła. Na "jedynce" panowała solidarność, mieliśmy uczciwe podziały ról, a więc każdy z muzyków mógł sobie sporo pośpiewać, i to pełniąc rolę lidera niejednokrotnie mając u swego boku inny wielki głos, który notabene idealnie dopełniał kontrastu. Jedną z najlepszych piosenek opisywanego kwintetu, była przedostatnia w zestawie "Tweeter And The Monkey Man". Główna wokalna rola tej najdłuższej albumowej pieśni przypadła właśnie Dylanowi, który w Traveling Wilburys przybrał przydomek (jak zresztą każdy z pozostałych kolegów) Lucky Wilbury. Przez pięć i pół minuty nie dzieje się tutaj nic szczególnego. Nie znajdziemy nieoczekiwanych zwrotów akcji, przejść, solówek czy innych pikantno-brawurowych szczegółów. Cały utwór toczy się jednolitym mozolnym tempem i stanowi za (na pół śpiewaną, a na pół melorecytowaną) opowieść o parze narkotykowych dealerów, którą snuje Dylan, a pozostała czwórka tylko mu co pewien czas dośpiewuje: "...and the walls came down, all the way to hell....". Potrafiłem w swoim czasie słuchać tego pod rząd po pięć/dziesięć razy, choć oczywiście pozostałych piosenek również. "Tweeter....", to tylko jeden z dziesięciu cudów Trawelingowego debiutu.
Nie słucham nagminnie Boba Dylana, lecz gdy już mnie napadnie.... Bardzo lubię jego głos, jak i ten uroczo leniwy sposób zawodzenia, czy nawet swoistego bełkotu. Nie wolno takich rzeczy czynić prawie nikomu, ale Dylanowi wręcz wypada. Bywają artyści o niewielkich wokalnych możliwościach, którym matka natura dała "to coś", co czyni ich geniuszami. Taki jest wspomniany już powyżej Mark Knopfler, taki jest Bob Dylan, i pewnie nikt inny. No chyba, że dobije do nich miauczący Neil Young - też świata cud.









Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







wtorek, 24 maja 2016

TRAVIS - "Everything At Once" - (2016) -








TRAVIS
"Everything At Once"

(RED TELEPHONE BOX)
****



Pisząc o najnowszej propozycji Szkotów z Travis nie planowałem cofać się do odległej przeszłości, lecz nie znalazłem lepszego punktu odniesienia, co ich płyta "The Man Who" - wydana w 1999 roku. Doskonały przykład ładnego alternatywnego grania, które chyba niespodziewanie wylądowało w swej epoce na samym szczycie brytyjskiej UK Top 40. Przy okazji stając się jedną z najlepszych płyt samej końcówki XX wieku. No tak, ale pomimo ówczesnej sporej popularności dla takiego rodzaju grania, nie było przecież jeszcze na świecie debiutów Coldplay czy Keane, a więc wykonawców, którzy chwilę później poważnie zdominowali nie tylko przecież brytyjskie Wyspy, stając się zarazem najpoważniejszymi konkurentami.
Pamiętacie piosenki: "Turn", "Why Does It Always Rain On Me?", bądź "Driftwood"? Urzekały nietuzinkową swobodą, lekkością, przekazem i pięknymi zarazem melodiami, trzymając się przy tym zdecydowanie rockowych korzeni. Fran Healy i jego koledzy nigdy ich nie zdradzili, choć następne płyty zazwyczaj nie trzymały już tak wysokiego poziomu.
Duże nadzieje rozbudzili Travis przy poprzednim dziele "Where You Stand" (2013), jednak skończyło się w zasadzie na mocno podkolorowanych deklaracjach. Pomyślałem wówczas, że czasy Travis minęły bezpowrotnie. A tu upłynęły trzy kolejne lata i muzycy postanowili spróbować raz jeszcze. Nie zrobili wokół siebie żadnego sztucznego zamieszania, a i sama muzyczna prasa nie wykazała się większym zainteresowaniem. Zresztą wyspiarskich dziennikarzy interesują przede wszystkim debiutanci, a przy drugich i trzecich albumach należy spodziewać się tylko goryczy. A zatem, którego z nich miałaby zainteresować ósma płyta jakiegoś już z lekka podstarzałego bandu, na którego twórczości nie da się w żaden sposób zbić oczekiwanego kapitału. Proszę pamiętać, że tamtejsza prasa potrzebuje wcale nie mniejszego lansu, co opisywani przez nią artyści.
Jaka zatem jest płyta "Everything At Once"? Najkrócej ujmując - wspaniała. I to we wszystkich tego słowa odcieniach. Dziesięć, średnio rzecz biorąc 3-minutowych i zgrabnie opowiedzianych historyjek, jak najbardziej gitarowych, choć wspomaganych smyczkami, pianinem lub innymi brzmieniami subtelnie zaprogramowanymi. Jednak najważniejszym instrumentem staje głos Frana Healy'eja. Nie pamiętam kiedy ten facet tak cudownie śpiewał. Delikatnie, wrażliwie, z nieuchwytnym przejęciem, a bywa nawet, że potrafi czynić to niemal szeptem, bądź czymś z pogranicza melodeklamacji. Wszystkie piosenki właśnie dzięki temu artyście nabierają rumieńców. Proszę nie odnieść wrażenia, że mamy tutaj do czynienia z jakimś rzewnym repertuarem - nic z tego. Płyta chwyta, intryguje, a i rockowego żaru też jej nie brakuje - vide tytułowe "Everything At Once". W swym temperamentnym refrenie mocno przypominające wczesnych Embrace - o ile ktoś jeszcze o nich pamięta.
Najlepsze piosenki? Na każdej, nawet całościowo udanej płycie zawsze w gąszczu znakomitości da się dostrzec rzeczy jeszcze bardziej szczególne. Dla mnie istnym klejnotem stało się "Idlewild". Rzecz zaśpiewana przez Healy'eja w duecie z artystką o korzeniach jamajsko-liberyjskich - Josephine Oniyama. Już pomijając wyborny śpiew zaproszonej dziewczyny, ale sam występ Healy'eja, to coś nie do opisania. Dawno nie słyszałem kogokolwiek śpiewającego tak przecudownie!. To już dzisiaj zapisuję na poczet piosenek tego roku. Wcale niewiele ustępuje mu otwierający tę płytę "What Will Come", jak i kolejny mój faworyt do podium "3 Miles High", czy też radośnie i zdecydowanie radiowo się niosący, singlowy "Magnificent Time". Pomimo, iż tytuł następującej po nim piosenki, bardziej powinien szybować po falach eteru - zobowiązujący "Radio Song". Notabene też singlowy. Przy okazji piosenki "Magnificent Time" warto odnotować, iż obok Frana Healy'eja, jej współkompozytorem jest Tim Rice Oxley - na co dzień pianista długo milczącej coś grupy Keane. Ta energetyczna piosenka idealnie zresztą pasuje do temperamentu tego muzyka, który podczas koncertów niemal zjada swój instrument.
Można o tej króciutkiej płycie (nieco ponad 33 minuty) napisać więcej, niż trwa ona sama, dlatego nie marnując niepotrzebnie czasu po prostu polecam całości posłuchać. Raz, drugi, trzeci,....., aż staniecie się Państwo jej niewolnikami. Czego i ja jestem dobitnym przykładem. "Everything At Once", to jak na razie jedno z największych zaskoczeń 2016 roku.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






słówko o Winger

Kilka dni temu na swoim facebookowym profilu muzycy amerykańskiej grupy Winger przypomnieli o "okrągłej" 23-rocznicy albumu "Pull". Niezorientowanym w twórczości tego zacnego bandu nadmienię, iż "Pull" jest trzecim długograjem w ich dorobku, z którego muzycy są wyjątkowo dumni. Ich fani już niekoniecznie. To znaczy, niektórzy tak, ale w tym wypadku zarysowują się dwa mocno podzielone obozy. Bo rzeczywiście, po spektakularnym i mocno przebojowym "In The Heart Of The Young", kolejne dzieło było znacząco odmienne. Lata 80-te odeszły w zapomnienie, zmieniło się brzmienie, wyrosło niczym grzyby po deszczu inne zapotrzebowanie na melodie, a i sam image Kipa Wingera i jego kompanii znacznie uległ modyfikacji. Hasło "lakier we włosach potargał wiatr" osłabło z dnia na dzień. Masy przestała porażać twórczość Poisonów, Rattów, Cinderell,....tym samym Wingerów również. Przyszłość dla wspomnianych artystów rysowała się szarymi barwami. Nastąpiły odnowicielskie czasy dla istoty rocka, tak wtedy głoszono. Niestety fajne i witalne melodie zastąpiono zgniłą kapuchą z zardzewiałej michy. Nigdy nie cierpiałem tych wszystkich Pearl Jamów, Screeming Treesów, Mudhoneyów czy Alice in Chainsów. Wyjątkiem byli Soundgarden i przede wszystkim naprawdę najfajniejsza z tamtego całego bractwa Nirvana. Ale powróćmy do Winger.... Odświeżyłem sobie po latach niespecjalnie dotąd przeze mnie lubianą "Pull" i oczy dęba stanęły. Człowiek zmienia się naprawdę. Nie tylko za sprawą mocno rysujących się wraz z upływem czasu siwizn i nieuniknionych zmarszczek, na których to odwieczną obsesję wykazuje płeć piękna. Zupełnie tego nie pojmuję, dla mego oka akurat wykwintne panie po 35-tce bywają o wiele bardziej rajcowne, niż dopiero co zapowiadające się siusiumajtki. Dla wiarygodności dołożę, że w czasach uczelnianych także gustowałem w tzw. mamuśkach. Tak więc drogie panie, nie szukajcie na siłę durnych specyfików kamuflujących naturalne procesy starzenia, a podkreślajcie to, co natura z was utkała najpiękniej jak potrafiła.
Muzycy Winger zaproponowali zabawę. Sympatycy grupy mieli za zadanie wypisywać swoje ulubione utwory z "Pull". Przy okazji padło sporo ciepłych słów wokół całego dzieła, aż zaangażowałem się w to emocjonalnie. Do tego stopnia, że zacząłem słuchać płyty dosłownie codziennie, no i chwyciło mnie na dobre. Dostrzegłem w niej wiele do tej pory rzeczy niedostrzegalnych. I gdyby nie to, zapewne dziełko leżakowałoby nadal na półkowej krainie zapomnienia. A przy chęci na Winger tradycyjnie sięgałbym jedynie po pierwsze dwa urocze albumy, plus po kapitalny niedawny "Karma" (2009) - i na tym koniec. A tu proszę...
Pochwaliłem się na wspomnianym wingerowym profilu zdjęciem z moją kompaktową kolekcją kompletu dyskografii, dostając nawet polubienie od samego zespołu.
W tym momencie powinienem zrecenzować "Pull", skoro narobiłem Państwu smaku, lecz nie widzę sensu opisywania tak wiekowego albumu. Zakładam, że wielu kolekcjonerów i tak go posiada, a mnie raczej tylko chodziło o przypomnieniu jego istnienia.
Najlepsze kompozycje? Dla mnie "Blind Revolution Mad", "Spell I'm Under" oraz "The Lucky One", ale polecam całość. Fajna, zadziorna, przybrudzona płyta, w żaden sposób niezhańbiona modnym wówczas grunge'em, choć na pewno podana na fali tamtego brzmienia. A zatem na swój sposób na "Pull" było nowocześnie. Niestety świat w epoce tego nie docenił - ja także.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







BIG CYC - "Czarne Słońce Narodu" - (2016) -





BIG CYC
"Czarne Słońce Narodu"

(ROCK REVOLUTION)
gwiazdek nie będzie, albowiem dla twórczości patriotycznej nie przystoi

 


Big Cyc nagrali antysystemową płytę. Czytelną i jasną. Muzycy ustawili się po racjonalnej stronie barykady i z pełnią gracji zadali cios rządzącej prawej stronie. Jedni za to grupę znienawidzą, drudzy zaś - w tym ja - do serca przygarną. W życiu trzeba wiedzieć kim się jest i czego się chce. Dżej Dżej, Skiba i spółka nie siląc się na językową salonowość wyrazili to, co myślą o kierującej naszym krajem elicie, której mocno się wydaje, iż posiadanie sejmowej większości zobowiązuje w decydowaniu o wszystkim i wciskaniu ludziom w usta obcych im ideologii.
Muzyka Big Cyc niczym nie zaskakuje, osadzona w punkowych korzeniach stawia na prostotę, rytm, tempo i odpowiednią pikanterię. Panowie się jednak naprawdę postarali, ułożyli bowiem bardzo atrakcyjny repertuar i nie przebierając w słowach zaatakowali od samego początku: "...mamy prawo do prawa, Państwo to nie zabawa, choć na czele stoi świrus i czub, nie poniżać dla sportu ludzi gorszego sortu, demokracji do trumny to gwóźdź..., refren: Płoną opony! Jestem wkurwiony!...." - z inicjującego całość "Płoną Opony". To jednak tylko smakowite albumowe dzień dobry, a już po chwili kolejny cios płynący z "Antoni Wzywa Do Broni": "...Antek z całym światem walczy, już mu Rosja nie wystarczy, on napadnie dziś na Szwecję, złupi Madryt, kopnie Grecję, zrobi przewrót w Ameryce, piekło czystek w Kostaryce, aż mu Pan Bóg powie w niebie: "ty napadnij sam na siebie...., refren: Antoni wzywa do broni, Antoni ojczyznę obroni.....". I tak sobie brnie szybciutkim rytmem ta niespełna półgodzinna płyta, z kolejnymi stosownymi do okoliczności akcentami, w choćby: "Czarne słońce", "Bolek", "Twierdza" i tak po prawdzie również we wszystkich pozostałych, że choćby nadmienię jeszcze o "Ja się nie zgadzam": "....gdy ktoś zawłaszcza moją wolność mówię nie! gdy niszczą to, co kocham, to się czuję źle, bo "dobra zmiana", to jest polityczny pic, z obietnic nowomowy nie zostanie nic...., gdy wódz i partia wdraża swój perfidny plan, niech mnie nie miesza, ja poradzę sobie sam, gdy demokrację zgniata nienawiści but, z wolnego świata w naszą stronę wieje chłód....".
Nie jest to muzyka, którą usłyszycie Państwo w rządowych mediach. W kontrolowanych i zdecydowanie ocenzurowanych po prostu nie ma ku temu szans. A i do końca nie jestem przekonany, czy wychylanie się z tego typu twórczością będzie mile postrzegane także w wielu innych.
Obecna władza boi się krytyki - jakiejkolwiek. Żartobliwej i kabaretowej w szczególności, o czym dobitnie świadczą przykłady zniknięcia z anten wszelakiego rodzaju programów "na żywo" z udziałem tzw."niebezpiecznych" gości. Występy podczas niedawnych gal z udziałem Macieja Stuhra jak i Ewy Błachnio z Robertem Górskim ewidentnie nadwyrężyły zaufanie oficjeli przy Woronicza. Nastąpiło zatem kneblowanie gęb, w którym to obecni decydenci w niczym nie ustępują dawnym aparatczykom z PRL-u. Ponadto niedopuszczenie do głosu corocznie transmitowanego popularnego płockiego kabaretonu jasno obnażyło słabości obecnej ekipy. Wdarł się strach przed relacjonowaniem bolesnej rzeczywistości. Artyści w takim układzie muszą nieco inaczej wyskandować, co im samym oraz wielu obywatelom leży na wątrobie. Dlatego album "Czarne Słońce Narodu" jest jakby pierwszym krokiem w obejściu propagandowych mediów. Tego dzieła nawet nie trzeba specjalnie rekomendować, albowiem radzi ono sobie ponoć znakomicie. I jakby to Ferdynand Kiepski skwitował: "no i gitara". Mnie zaś ciśnie się na usta - ku chwale ojczyzny!.

P.S. Album poza estetycznym wydaniem w digipaku zawiera jeszcze dodatkowo antyrządową krzyżówkę oraz efektowny mini plakat z powiększoną okładką, na którego rewersie zawarto wszystkie teksty. Szkoda, że nie skorygowano w nich kilku nieścisłości, błędów...., niemniej zrozumiałym wydaje się sam fakt, iż muzycy tupali nogami z jak najrychlejszym dotarciem do odbiorców.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"