czwartek, 30 marca 2017

HOUSE OF LORDS - "Saint Of The Lost Souls" - (2017) -






HOUSE OF LORDS
"Saint Of The Lost Souls"

(FRONTIERS)
***



Panowie z Izby Lordów mieli dwa dobre okresy działalności; zaraz na początku, gdy jeszcze flirtowali z symfonicznym hard rockiem oraz po dłuższym niebycie, kiedy powrócili w nowym milenium. Co prawda pierwsza płyta jeszcze nie wypaliła, natomiast dwie następne ("World Upside Down" oraz "Come To My Kingdom") okazały się majstersztykami. Szkoda, że po owocnym okresie 2006/08 później wszystko obniżyło poziom tylko do poprawnej przyzwoitości. Lecz proszę sobie nie myśleć, nawet na kolejnych albumach przydarzały się mocne fragmenty, ale mówimy tu o dwóch/trzech świetnych piosenkach na płytę. Jak wiemy, apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc nie zadowalają mnie ostatnie poczynania Jamesa Christiana i otaczającego go obozu. Choć wydany przed chwilą "Saint Of The Lost Souls" jest jakby ciekawszy od mizernego poprzednika "Indestructible". Tutaj przynajmniej znalazłem kilka piosenek, do których powracam niewymuszenie. I niby wszystko jest jak należy, James Christian głosu nie stracił, a towarzysząca mu sekcja klawiszowo-gitarowo-perkusyjna też przecież nie od macochy, a jednak kompozycje, i jeszcze raz
kompozycje... Muszą mieć w sobie "to coś", a mają niezwykle rzadko. Można pochwalić kilka, jak choćby: "Harlequin", tytułowy "Saint Of The Lost Souls", "Art Of Letting Go", "Oceans Divide" czy finałowy i miło podszyty wokalnymi wtrętami Robin Beck (prywatnie żony Jamesa Christiana i odwiecznej notabene House Of Lord'owej pomagierki) "The Other Option". Młodszym tylko napomknę, iż Robin Beck, to ta pani od super przeboju "The First Time", która pod koniec dekady 80's biła rekordy popularności. Na świecie jako wizytówka koncernu Coca Cola, a u nas po prostu jako właścicielka tamtej kapitalnej piosenki, jak też zresztą całej płyty "Trouble Or Nothin' ".
Na szczęście na "Saint Of The Lost Souls" nie ma potknięć, co już stawia płytę wyżej ponad trzy/cztery poprzednie, niestety trudno też na niej o przynajmniej jeden epokowy numer. To taka fajna płytka na dziś, jednak historycznie do zapomnienia. Za kilka lat na hasło "House Of Lords", z automatu zareagujemy sięgnięciem po tych kilka płyt, o których pozwoliłem sobie na wstępie.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






środa, 29 marca 2017

PROŃKO & WIERZCHOLSKI - Poznań, "Blue Note" - 28.03.2017 godz.20.00

Pomimo, iż Krystyna Prońko wraz ze Sławkiem Wierzcholskim współpracowali już w przeszłości, trudno mi było wyobrazić sobie kolaborację jazzowej wokalistki z podobno najlepszym w naszym kraju bluesowym harmonijkarzem, którego korzenie płyną w nurtach Wisły i Drwęcy. W dodatku facetem o nie najlepszych warunkach głosowych, choć w bluesie to przecież najmniej istotne. Wierzcholski ma jednak pewną przewagę nad Krystyną Prońko, wszak ktoś mądry kiedyś oznajmił, iż blues to korzenie, a reszta to tylko owoce.
Krystyny Prońko to ja zawsze chciałem na żywo posłuchać, a dotąd jakoś nie było okazji. No to właśnie się nadarzyła.
Duet Prońko i Wierzcholski wydali niedawno płytę pt. "Samotna Kolacja", która była nawet przed ich występem do kupienia. Ta, i jeszcze kilka innych. Kupiłem inną, na ewentualną najnowszą postanowiłem poczekać do końca występu. Forsa się jednak rozeszła przy barze, więc ostatecznie płyta musi poczekać.
Zastanowiło mnie tylko jedno, i to już na samym początku ich wspólnego występu. Bo trzeba dodać, że zanim Krystyna Prońko zagościła na scenie, to pierwsze dwa numery (wśród nich "Szósta Zero Dwie") skroił Sławek Wierzcholski z towarzyszącą mu sekcją. Co on tam robił z tą harmonijką... dmuchał, chuchał, klękał, siadał... brakowało tylko orgii. Gdy wreszcie na scenę wślizgnęła się w czerwonej kreacji Pani Krystyna, trybuny jakby się ożywiły, a na powitanie pazur - "Deszcz w Cisnej". Faktycznie wszystkich ś-"cisnęło" w gardle. No i przyszedł taki moment, który mocno zaniepokoił. Pani Krystyna zapowiadając kolejny kawałek dorzuciła, iż będzie to jej ulubiony z najnowszej płyty, ponieważ jest najmniej country-bluesowy. Bardzo fajny, nie powiem, ale pomyślałem - i co dalej? Teraz to już tylko przed nami jakaś lipa? W takim razie, jakie męki musiała przeżywać piosenkarka realizując z dziadem bluesmanem płytę daleką od emocjonalnych zapotrzebowań. Profesjonalizm jednak polega na tym, że potrafi się zaśpiewać niemal wszystko. A Pani Krystyna już w życiu niemal ze wszystkim się zmierzyła, no to teraz pozostał już tylko blues. Faktycznie, następne piosenki już wyraźnie mniej ciekawe. Ich wartość ratowały odpowiednie gawędy Wierzcholskiego, które robiły do nich za wprowadzenie.
Płyty jeszcze nie mam, choć ta ma do mnie lada moment trafić, jednak na podstawie koncertu wydaje się praktycznie już na starcie do zapomnienia. Choć może nie, niech stanowi za pamiątkę z wczorajszego wydarzenia. Za szczególną zresztą pamiątkę, albowiem posłuchać Krystyny Prońko to przecież niecodzienność. Mnie udało się dopiero po raz pierwszy w ponad pięćdziesięcioletnim stażu.
Krótko było, od 20.15 do 21.30. Łatwo więc obliczyć, a to czas włącznie z bisem. Jedną jedyną piosenką - za to jaką: "Jesteś Lekiem Na Całe Zło". Dla tego fragmentu warto było podnieść dupsko, by oddać szacunek Pani Krystynie. Niestety dla większości zgromadzonych był to jednak zbyt duży wysiłek.
Wieczór do zapamiętania z dwóch powodów: raz, że spotkanie z legendą krajowej piosenki i bezapelacyjnie jednym z głosów wszech czasów, a dwa, gdyż nie co dzień barmanka po pierwszej szklaneczce zapamięta faceta, czego mu nalać po raz drugi. I tu mnie szczególnie duma i pycha rozpycha - a jak!





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 27 marca 2017

JETHRO TULL - "The String Quartets" - (2017) -







JETHRO TULL
"The String Quartets"

(BMG)
**3/4




Ian Anderson niedawno odwołał się do postaci Geralda Bostocka - bohatera albumu "Thick As A Brick" - uważając, że gdy ten się już zestarzeje, zapewne zacznie unikać głośnego grania, przez co chętnie zanurzy się w muzyce klasycznej. Maestro ponadto wyznał, iż w niektórych Jethro Tull'owych kompozycjach od dawna wyczuwał klasycyzującą atmosferę, a więc należało się wreszcie z tym zmierzyć.
Pomysł przeniesienia na grunt pozarockowy, niekoniecznie samych największych zespołowych przebojów, może wydać się ciekawym zabiegiem, ale na pewno pozbawionym oryginalności. Czyniło to już wielu innych artystów, choć niekoniecznie w każdym przypadku poświęcając sprawie pełne albumy.
Jethro Tull "The String Quartets" nie jest płytą dla uszu rockowego odbiorcy. Choć z racji znanych melodii, łatwiej ją będzie sobie przyswoić. Dla mnie to jednak straszna nuda, nawet jeśli sam Anderson zapewnia, iż tę muzykę najlepiej potraktować w ramach relaksu.
Doceniam wkład brytyjskiego kwartetu smyczkowego Carducci oraz aranżacyjną moc Johna O'Hara(y). Cieszy mnie także wyborna dyspozycja samego Iana Andersona, który na tej niemal w większości instrumentalnej płycie również świetnie zaśpiewał (w kompozycjach: "We Used To Bach", "Only The Giving", "Pass The Bottle", "Ring Out These Bells", a także w "Aquafugue") oraz jak zawsze wybornie zagrał na flecie, gitarze akustycznej, a nawet mandolinie.
Tytuły nagrań odnoszą się do uznanych Tull'owskich kompozycji. Z racji ich nowych wcieleń zmieniono im nazewnictwo - poprzez dokonanie skrótów, bądź stosując trafne słowne zamienniki. Dla przykładu, "We Used To Know" z uwagi na powiązanie z jednym z preludiów J.S.Bacha, otrzymało nowy tytuł "We Used To Bach". A połączenie sił "Songs From The Wood" z "Heavy Horses" ochrzczono po prostu jako "Songs And Horses". I tak dalej, i tym podobnie. Co do J.S.Bacha... duch odwiecznego idola Andersona unosi się tutaj w wielu albumowych warstwach. Proszę przyjrzeć się uważniej choćby "Aqualung" - tutaj pod szyldem "Aquafugue" lub "Locomotive Breath" - czyli obecnemu "Loco". Ten ostatni nawiązuje do suit wiolonczelowych mistrza epoki Baroku, natomiast wcześniejszy umiejętnie łączy temat "Aqualung" z zasadnością Bachowskiej fugi. Tego typu porównania i odnośniki są tutaj w zasadzie na każdym kroku.
Tak po prawdzie "The String Quartets" jest bardziej solowym tworem Iana Andersona, niż dziełem zespołowym. Andersonowi zamiast rockowych kompanów towarzyszą jedynie wspomniani kwartet Carducci oraz John O'Hara. Nazwa Jethro Tull wydaje się zatem bardziej posłużyć do celów komercyjnych, zamiast oddawać personalny stan faktyczny. Oczywiście Ian Anderson nie bardzo ucieszyłby się z takiego porównania, lecz tak to właśnie odczytuję.
Płyta dla bywalców filharmonii, z rockiem niemająca wiele, a raczej niczego wspólnego. No, może poza samymi kompozycjami, które noszą jednak w swych korzeniach szczyptę bluesa, folk rocka, sporo rocka progresywnego, i jak się jeszcze okazuje: ogromnego pierwiastka muzyki dawnej.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





wczorajszy upadek

Pozwolę sobie na nieco przydługawy tekst. Jeśli kogoś zacznie nudzić, niech się przełączy na inną stację.
Z zażenowaniem i wielkim poczuciem klęski wprowadzałem setlistę z wczorajszego "Nawiedzonego Studia". Nie z powodu muzyki, albowiem ta jak zawsze kapitalna, a z racji potknięć technicznych, do których przysłużył się brak wiedzy realizatora. Już nigdy nie pozwolę sobie popsuć audycji, nawet jeśli w konsekwencji nikt nie zechce ze mną współpracować. Co z racji oczywistych doprowadzi do kresu naszych spotkań. To, co się wczoraj wydarzyło można ująć tylko jednym słowem: porażka. Już od samego początku nic się nie układało, a po upływie circa pół godziny byłem bliski zakończenia tego żałosnego występu. Nie chciałem jednak urządzać scen przy młodej damie, która w pierwotnej wersji miała mnie zrealizować. I bardzo żałuję, że ta wersja nie wypaliła.
Przepraszam, ale zawsze powtarzam, że realizator jest połową sukcesu. Realizator może wprowadzić dobry nastrój lub kompletnie prowadzącego wyprowadzić z równowagi. Bo jeśli człowiek za sterem zupełnie nie wczuwa się w programową formułę i nie wykaże empatycznego zainteresowania tworzonym na żywo dziełem, to wszystko w kanał. Nawet taka błahostka, jaką jest pokazanie prowadzącemu, że jego muzyka do luftu, gdy się ją przycisza do granic głuchoty. Jeśli ściany nie oddychają emitowaną właśnie sztuką, a człowiek po drugiej stronie szyby siedzi ze zblazowaną miną, bo przed nim 3-4-godzinna katorga, to się nigdy nie dogadamy. Nie obchodzi mnie, że większość współczesnych radiowców ma gdzieś to, co sami tworzą, ponieważ bardziej im zależy na wpisie do CV, niż na samospełnieniu. Andrzejowi Masłowskiemu kurwa mać zależy !!! Bo Andrzej Masłowski zasuwa cały tydzień, by wszystko należycie zestawić, zapisać, przynieść i zapodać w eter. Nie po to, by się przez cały program mordować ze sprzętem, ponieważ tam sprzęga, tutaj niedomaga, a gdzie indziej bzyczy, i zamiast skoncentrować się na merytoryce, to przychodzi mu walczyć z ustawieniami gałek.
Na domiar wszystkiego powrotny z radia taksówkarz próbował ze mnie zrobić jelenia. Nie dość, że zapragnął nadbić drogi, tak by licznik przebił kilka razy więcej, to na dwieście metrów przed celem dał do zrozumienia, że on w sumie nie ma drobnych, więc w razie czego daj bracie na górkę. I wyobraźcie sobie Drodzy Państwo, że kurs wyniósł 20 złotych i 40 groszy. Przyszło mi do głowy: może gość powie coś w rodzaju "dobra jest, niech będzie 20", ale nie, facet twardo "20,40 zł", więc mu daję 25 zł. i czekam na resztę. Myślę sobie, takim cwaniaczkom ni grosza na górkę. Facet coś szuka i szuka... okazuje się, że ma jednak jakąś skarbonkę, w której coś tam pobrzękuje. Jednak mu żal z niej grosza wysupłać, więc czeka na mój ruch, a ja z kolei na jego. Nie dam ci na górkę złamanego pensa - pomyślałem - koniec kropka. A jednak suma sumarum dałem. Bo proszę sobie wyobrazić, iż łajza wydał resztę z umiejętnie zamkniętą dłonią, tak bym nie miał sposobności szybkiego sprawdzenia. Oczywiście walnął mnie na sześćdziesiąt groszy. Musiał. Nie chciał być czterdzieści groszy w plecy, to tak kombinował i wykombinował. A to pajac jeden, gdyby nie czarował, nie manewrował, dostałby nawet piątaka na górkę. Zawsze dryndziarzom z klasą dorzucam, ale takim gnojkom najchętniej odebrałbym koncesję. Przynoszą wstyd memu miastu i hańbią imię tej zasłużonej profesji.
Zmieńmy temat... Wczoraj na Facebooku na wielu tablicach znajomych pojawił się fake o rzekomej śmierci Tiny Turner. Ludzie, do cholery, zanim udostępnicie tego typu bzdety, sprawdźcie najpierw u źródeł. W dobie internetu wydaje się to takie proste. Dobrze jest zweryfikować tego typu informacje, by samemu nie zostać błaznem. Najbardziej jednak irytujące wydaje się przedwczesne składanie kondolencji i wyrażanie fałszywego żalu. Szczególnie płynącego z ust ludzi, dla których tylko liczy się fakt bycia pierwszym. W ogóle zaobserwowałem dziwny trend we wzajemnym prześciganiu się w ogłaszaniu najsmutniejszych wieści. Kto pierwszy, ten lepszy. Na zasadzie: ten co szybciej obwieści, jest jakby lepszym i większym fanem. Obrzydliwe. A na tym pieprzonym Facebooku coraz większej grupie osób podobnie odwala. I jeszcze jedno, proszę na moim profilu nie udostępniać żadnych klepsydr. Sam potrafię zadecydować, co tam powinno lub nie powinno się znaleźć.
W minioną sobotę zmarł dziennikarz sportowy Paweł Zarzeczny. Szczególnie wyostrzony w tematyce futbolowej, choć posiadający rozległą wiedzą także w tematach innych dyscyplin, ale też trzymający rękę na dziejach naszej historii oraz otaczającej nas rzeczywistości. Znany z ciętego języka, bezkompromisowości, ale i zarazem ciekawego pióra. Nie zawsze się z nim zgadzałem, czasem mnie facet wręcz irytował, a jednak ceniłem i liczyłem się z jego zdaniem. Często czytywałem jego felietony. Szczególnie te swobodniejsze z portalu weszlo.pl, ale i też kierowane do bardziej wyrobionego czytelnika, jak te z Polska The Times. Zawsze z zainteresowaniem przykładałem ucha, gdy zapraszano go do roli telewizyjnego eksperta w jednej czy drugiej stacji. Poglądy polityczne Pawła Zarzecznego zdecydowanie odbiegały od moich, z tym, że ów dziennikarz przynajmniej posiadał umiejętność ich argumentowania, co przeważnie prawej stronie wychodzi mizernie, zupełnie niczym kompromitowanie Polski w oczach świata przez obecnie rządzących.
Paweł Zarzeczny w ostatnim czasie prowadził w internecie "one man show". Doczekał się równych 500 wydań, by po celebracji ostatniego odcinka opuścić świat dnia następnego. O ironio, a jeszcze zażartował w nim o spotkaniu na Powązkach.
O jego telewizyjnym programie w TV Republika nawet nie wspomnę. Skusiłem się dosłownie jeden raz - straszna zgaga. Zresztą, niedawno przeprogramowując kanały z kablówki wyrzuciłem to pro-zamachowo-smoleńskie dziadostwo.
Trochę dzisiaj chaotycznie, ale nazbierało się. Podczas ostatniej wizyty w Saturnie zauważyłem na półce album Jane Birkin i Serge'a Gainsbourga. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie cena 79,99 złotych za płytę, pod którą na rewersie opakowania podpisało się jako patronat medialny "Polskie Radio". Nadruk na płycie - nie naklejka! Co innego, gdybyśmy mieli do czynienia z jakimś jednostkowym importem, lecz to płyta wytłoczona przez Warner z myślą o polskim rynku. Za osiem dych - pojedynczy album, w dodatku w żadnym nawet ekskluzywnym pudełku - naciągactwo. Ktoś tu kogoś próbuje nieźle wkręcić.
W sobotę byłem na filmie "Amok" - koprodukcji polsko-niemiecko-szwedzkiej. Rzecz oparta na faktach, a traktująca o sprawie psychopatycznego mordercy Krystiana Bali. Niby kryminał, w dodatku pokazany w wyjątkowo mrocznej otoczce. Świetna rola Łukasz Simlaty, który dotąd znany był mi głównie z ról epizodycznych. Idealnie wcielił się w ambitnego i zaangażowanego inspektora. Inna sprawa dlaczego, czy to fikcyjni, czy też oparci na faktach gliniarze, zawsze mają nieuporządkowane życie. Żony ich zdradzają, oni sami chleją na umór, a jeszcze w robocie szef nie wykazuje zrozumienia i empatii. Co do Krystiana Bali... też niby dobrze Mateusz Kościukiewicz poradził sobie z rolą, wszak pod jednym warunkiem - że prawdziwy Krystian Bala też seplenił.
Ze spraw przyjemniejszych, bo takowe też potrafią się przytrafić, muszę się pochwalić złożoną mi wizytą Marysi Wietrzykowskiej (vide Marihuany) oraz Grzegorza Kupczyka - trzonu Ceti. Wpadli, by podarować swoje winylowe cacuszko "Snakes Of Eden". Zechcieli sprawić radochę, i sprawili. Miałem nosa, by nie zabierać tego longa na wczoraj do radia. Posłuchamy go sobie w stosownym momencie.
Krzysiek "gotycki" też sprezentował winyla. A to już z racji nadchodzących świąt. Mało znanej grupy Fingerprints. Fajny melodyjny pop rock/aor. Też posłuchamy, gdy nadejdzie odpowiednia pora.
To wszystko. Na dziś wystarczy. Dziękuję za uwagę.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 26 marca 2017 - Radio "Afera", Poznań 98,6 FM








"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 26 marca 2017 - godz.23.00 - 2.00 - wydanie skrócone
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Dawid Piechocki
prowadzenie: Andrzej Masłowski







RUNNING WILD - "Riding The Storm - The Very Best Of The Noise Records 1983 - 1995" - (2016) -
- Under Jolly Roger - {oryginalnie na LP "Under Jolly Roger" z 1987 r.}

BATTLE BEAST - "Bringer Of Pain" - (2017) -
- Straight To The Heart
- Beyond The Burning Skies

IRON MAIDEN - "The Number Of The Beast" - (1982) -
- The Prisoner
- Hallowed Be Thy Name

HOUSE OF LORDS - "Saint Of The Lost Souls" - (2017) -
- Saint Of The Lost Souls
- The Other Option

=============================
=============================

SIB HASHIAN - perkusista BOSTON
(17.VIII.1949 - 22.III.2017)
kącik poświęcony Artyście


BOSTON - "Boston" - (1976) -
- More Than A Feeling
- Hitch A Ride

BOSTON - "Don't Look Back" - (1978) -
- A Man I'll Never Be


=============================
=============================

THROES OF DAWN - "Our Voices Shall Remain" - (2016) -
- Mesmerized
- One Of Us Is Missing

JETHRO TULL - "The String Quartets" - (2017) -
- We Used To Bach - {We Used To Know / Bach Prelude C Major}

GRACE - "Poppy" - (1996) -
- Heart And Soul

STEVE HACKETT - "The Night Siren" - (2017) -
- Fifty Miles From The North Pole
- West To East
- The Gift

JANE - "Live 2002" - (2002) -
- Daytime

JANE - "Genuine" - (2002) -
- Be To See

JANE - "Shine On" - (2003) -
- Better For You - Better For Me

THE MICHAEL SCHENKER GROUP - "Built To Destroy" - (1983) -
- Walk The Stage





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






piątek, 24 marca 2017

wyjątkowo później w najbliższą niedzielę

Jestem po uzgodnieniach względem najbliższej niedzieli. Otóż, z uwagi na mecz Czarnogóry z Polską, tym razem "Nawiedzone Studio" rozpocznie się wyjątkowo później. Konkretnie o 23.00. Pierwszą godzinę poprowadzi Krzysztof Ranus. Nawet nie wiem, czy pod szyldem "Nawiedzonego Studia", czy jako dłuższe wydanie "Blues Ranus" - ale to bez znaczenia
Zabiorę na Rocha trochę nowości i niespodzianek, jak też sporo kanonu. Nie do końca odkrytego. Udało mi się nareszcie zdobyć pewną wspaniałą płytę. Prawdziwy raj dla miłośników artystycznego rocka. Być może troszkę mrocznego, za to z pięknymi gitarami, często wręcz Floydowskimi. Słucham jej od kilku dobrych tygodni, jednak oryginał ledwie dotarł. Nastawię z niej w niedzielę fragmencik. Już teraz zachęcam, proszę nie przespać. Powtórki nie będzie, a płyta kapitalna !!!
Do usłyszenia....






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






czwartek, 23 marca 2017

nie żyje były perkusista BOSTON, SIB HASHIAN (17.VIII.1949 - 22.III.2017)

W czwartek 23 marca w okolicach godziny 16-tej miesięcznik "Classic Rock" poinformował o śmierci Siba Hashiana - ex-perkusisty amerykańskiej grupy Boston.
Dzień wcześniej w trakcie festiwalu "Legends Of Rock Cruise" Sib zasłabł na scenie i pomimo prób reanimacji niestety nie udało się go uratować.
O ironio, jak to się dzieje, jeszcze w ub.miesiącu podczas jednego z koncertów Sib ponoć popisywał się niezwykłym solo na bębnach, a świadkowie twierdzą, że był w życiowej formie.
Sib Hashian zagrał na trzech pierwszych, a zarazem najlepszych i najsłynniejszych albumach Boston. Należy jednak przy tym napomknąć, iż nie był on pierwszym perkusistą grupy. Tym był Jim Masdea, który na jedynce Boston załapał się na grę w "Rock & Roll Band", choć oficjalnie muzyk ustąpił miejsca Hashianowi na rok przed nagraniem debiutu.
Przeciętny Kowalski zapewne przypisze główne zespołowe zasługi (i nawet słusznie) rewelacyjnemu gitarzyście, kompozytorowi i producentowi Tomowi Scholzowi, jak też w drugiej kolejności rozpozna charakterystyczny głos nieżyjącego już Brada Delpa. Trzeba jednak uczciwie przerzucić przynajmniej część podziwu dla wszystkich pozostałych muzyków tej znakomitej formacji, w tym też dla perkusisty Siba Hashiana.
Boston w latach 70-tych brzmieli bez cienia przesady rewolucyjnie. Oczywiście spora w tym zasługa Toma Scholza, którego potężna gitara stroiła, jak żadna inna. Grupa wypracowała sobie oryginalny styl, który mocno ją wyróżniał na tle innych hard rockowych bandów. W konsekwencji debiutancki album sprzedano w ponad 17-milionowym nakładzie (dane na okolice 2006-2007 roku), a wydany dwa lata później "Don't Look Back" rozszedł się w ponad 7-milionach. Na tym tle proszę sobie wyobrazić, jaką to "porażką komercyjną" musiał okazać się wydany aż po ośmiu latach przerwy trzeci album "Third Stage" - ten z przebojem "Amanda", którego nakład oscylował w granicach "ledwie" 3 milionów egzemplarzy.
Wracając na moment do kanonowej "jedynki"... Na albumie tym świecił przede wszystkim ogromny przebój "More Than A Feeling" (obłędne brzmienie gitary Scholza !!!), który przy okazji otwierał całość. Jednak ani na moment nie ustępowały mu rock'n'roll/boogie/hard rockowe "Smokin' ", "Piece Of Mind" czy "Rock'n'Roll Band", a pewnej elegancji dodawały też łagodniejsze "Hitch A Ride" oraz zamykający album "Let Me Take You Home Tonight". Ten ostatni wyróżniał się jeszcze ładnymi wielogłosowymi partiami wokalnymi, nad którymi rzecz jasna prym wiódł sam Brad Delp. Wspaniała płyta. Jedna z nielicznych zza oceanicznej krainy, która zawsze miała poważanie u europejskiego odbiorcy. Może dlatego, że Scholz pomimo słabości do ładnych, wręcz popowych melodii, potrafił przyłożyć niemal z metalową mocą, co na naszym kontynencie w tamtych czasach było wręcz pożądane. I w zasadzie podobnie mógłbym napisać o kolejnych dwóch albumach. Drugim "Don't Look Back", który był niemal kopią debiutu, jednak jako kopia nie miał już szans w konfrontacji z młodszym braciszkiem. Do trzeciego "Third Stage" mam równie wielki sentyment, co szacunek, choć w 1986 roku niestety taka muzyka interesowała już sporo mniej osób.
Jestem świadom, iż śmierć Siba Hashiana zainteresuje obecnie tylko najbardziej zagorzałych sympatyków Boston, do których moja (nie)skromna osoba także się zalicza.
W ubiegłym 2016 roku pożegnaliśmy bardzo wielu artystów z życiowym stażem 67- i 69-letnim. Sib Hashian z łezką w oku dołącza zatem do kolektywu tych pierwszych. Wiem, to tylko liczby, ale na starość zaczynam na takie detale coraz baczniej zwracać uwagę.
Doceniam Cię Sib i składam wielkie dzięki za Twój wkład w budowaniu mego muzycznego świata. Dzięki Ci piękne za wszystko, a teraz brnij do świata lepszego...






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"