poniedziałek, 20 stycznia 2020

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 19 na 20 stycznia 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 19 na 20 stycznia 2020 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Majka Chaczyńska

prowadzenie: Andrzej Masłowski








SOFT CELL / MARC ALMOND - "Memorabilia - The Singles" - (1991) - piosenka "Say Hello Wave Goodbye" stała się wczorajszym motywem przewodnim Nawiedzonego Studia. A wszystko przez jej odświeżenie w ubiegłym tygodniu, za sprawą retro interpretacji u boku Joolsa Hollanda. Na "dobry wieczór" poszedł 8-minutowy remix Juliana Mendelsohna, który przecież nie bolał. W tamtych latach słowo "remix", nie oznaczało jeszcze techno-nawalanki, przyćmiewającej główną melodię.
- Say Hello Wave Goodbye - /12"/ {The Long Goodbye - Extended Mendelsohn Remix}

FIND ME - "Angels In Blue" - (2019) - słodki metal, z cyklu: "lakier we włosach potargał wiatr". Bardzo lubię ten wigor, to tempo, tę melodykę. Wierne odzwierciedlenie przeboju amerykańskich Survivor, nawet jeśli Robbie LaBlanc bardziej przypomina Alana Frew z Glass Tiger, niż pierworodnego wokalnego właściciela tej piosenki - Jimiego Jamisona. Bo, jak wiemy, skomponowali ją Jim Peterik oraz Frankie Sullivan.
- Desperate Dreams - {Survivor cover}

FIRST SIGNAL - "Line Of Fire" - (2019) - międzynarodowa formacja, bliska dokonań kanadyjskich Harem Scarem. Nie dziwne, skoro wokalistą właśnie Harry Hess. Jegomość, o nazistowskim nazwisku, lecz na tego przekór dobrodusznym usposobieniu. Niebawem, bo już 6 marca, będziemy mieli ponownie okazję jego posłuchania. Tego dnia na rynek trafi nowa płyta Harem Scarem, pt."Change The World".
- Born To Be A Rebel

TYGERS OF PAN TANG - "Ritual" - (2019) - o płycie rozpisałem się wystarczająco już wczoraj, teraz należy jej słuchać i jeszcze raz słuchać.
- Damn You!

SAXON - "Innocence Is No Excuse" - (1985) - obok "Wheels Of Steel", moja ulubiona płyta Saxon. Zresztą, w ogóle oba te albumy uważam za absolutnie najlepsze w dorobku tych debeściakowych przedstawicieli NWOBHM. Podziwiajmy, dzisiaj już tak nie grają. Obecnie bywają ciężsi i bardziej mroczni. Dzięki temu, przecinają kłam mitom, iż na starość to już tylko balladki i nieszkodliwe szanty. Tęsknię do dawnych Saxon. Kocham wszystko, czego dokonali do "Destiny", pomimo iż posiadam ich wszystkie płyty - a niektóre nawet w rozmnożonych edycjach. Jedynie niekoniecznie wielbię ich albumowy debiut. Ten akurat był jeszcze w metal-powijakach, choć też ma swój urok. Za to, jak wystrzeli przy "Wheels Of Steel", od razu wszystkie lalusie pouciekały do mamusiek. Album "Innocence Is No Excuse" jest chyba najbardziej dopracowanym dziełem grupy, która chciała się wówczas wykazać u nowego wydawcy, mając chyba trochę dosyć surowego lica  tyciu wcześniejszego "Crusader". Nie przedłużając, nie wyobrażam sobie nosić skórę, ćwieki, łańcuchy czy ramoneskę, i mieć tę płytę w głębokim poważaniu. No chyba, że byłbym metal-cieniasem, uznając za metal jedynie Metallic'kę, Slayer plus te wszystkie gotyckie panienki, które wiją się u boku "przerażających" brodaczy z gwoździami w nosie.
- Live Fast, Die Young - {B-Side of "Back On The Streets"} - non-album track
- Everybody Up
- Broken Heroes

BRITISH LION - "The Burning" - (2019 / premiera 17 stycznia 2020) - niewiarygodne, od debiutu British Lion minęło aż osiem lat. Na wieść o drugim albumie Maiden'owskiego Steve'a Harrisa oraz jego załogi, nawet dotknęło mnie uczucie, wreszcie czas na świeży materiał. Pomyślałem, od poprzedniego upłynęły pewnie dobre trzy lata. Jejciu, osiem! Troszkę przeraża mnie tempo upływającego czasu. Każda dekada zasuwa w czterokrotnie szybszym tempie względem mojej odczuwalności. To znak, że pomału trzeba się pakować, bo można nie zdążyć przed odprawą.
- Lightning
- Native Son

DAVID GRAY - "White Ladder" - (1998) - najsłynniejsze dzieło folk-ballad-rockowego Brytyjczyka, który od zawsze tak mi jakoś pobrzmiewał po amerykańsku. "White Ladder" jest jego najsłynniejszą płytą, która 14 lutego, po 22 latach, ukaże się z racji swego 20-lecia (hmmm...). Będzie w deluksie, na remasterowanym CD oraz winylu, zaś niebawem Gray wyruszy w wiosenne tournee. Niejednego dopadną chwile nostalgii, a i przede wszystkim właśnie nadarza się okazja, by przypomnieć sobie tamte pełne wdzięku piosenki. Wczoraj płyta posłużyła mi jako dostawka do Marca Almonda. 9-minutowa interpretacja "Say Hello Wave Goodbye" wciąż wchodzi bez popitki.
- Say Hello Wave Goodbye - {Soft Cell cover}

DAVID GRAY - "A Century Ends" - (1993) - debiut, fakt, mało u nas znany, ponieważ Polska poznała tego Artystę dopiero od młodszego "White Ladder". Trochę żałuję, że nie dołożyłem wczoraj jeszcze niedługiego "Debauchery". Równie ładna rzecz, co tytułowe "A Century Ends", a pewnie za tydzień zmieni mi się nastrój i już do tej płyty nie powrócę.
- A Century Ends

BLIND EGO - "Preaching To The Choir" - (2020) - premiera albumu została wyznaczona na 14 lutego. I co z tego, skoro artyści nie umieją zadbać o swoje interesy, przez co muzyka z "Preaching ..." przeciekła do sieci. Jeden ze znajomych nie wiedząc, że Piotr "nie tylko maszyny są naszą pasją" postarał mi się (od samego zespołu) o promo egzemplarz, zaproponował podrzucenie edukacyjnej kopii (pirata!). Miło z jego strony, choć mnie coś takiego bulwersuje. Co za czasy! Pryska magia, a i cały artystyczny trud, lecz przede wszystkim, pryska całe piękno tej zabawy. Jaki zatem sens wynajmować studio, płacić za drogie sesje, dodatkowych muzyków, za poświęcony sprawie czas, jeśli każdy pan zenek kliknie co trzeba w swoim komputerku, i już po chwili kopiuje. Czy naprawdę nie można tych rozpaskudzonych streamingów zablokować? W takim układzie, jaki sens tłoczenia egzemplarzy promo? Radiowy prezenter otrzymujący taką płytę na miesiąc przed światową premierą powinien być właścicielem czegoś absolutnie dziewiczego, a tym samym zagrać na nosie wszystkim piratom, tymczasem to oni właśnie jako pierwsi proponują swe usługi. Mówimy ostatnio dużo o ekologii, o klęsce względem ocieplania klimatu bądź o pladze smogów, a nie dostrzegamy, iż ten świat pod wieloma innymi względami dawno już zszedł na dno. Inne granie od RPWL. I dobrze, po co Kalle Wallner miałby pod kolejną nazwą tworzyć wciąż taką samą muzykę?
- In Exile
- Heading For The Stars

DREAMING MADMEN - "Ashes Of A Diary" - (2019) - bracia Mathew i Christopher Aboujaoude pochodzą z Austin w Teksasie, i są Amerykanami, choć takimi o libańskich korzeniach. Mają bzika na punkcie Pink Floyd, pomimo iż w ich muzyce doszukałbym się jeszcze wielu innych wpływów. Wokalnie być może nie przodują, jednak instrumentalnie wymiatają. Ale jest to takie wymiatanie bardzo subtelne, wyzbyte łojenia na dwie stopy. To muzyka refleksyjna, niewesoła, niekiedy kojąca duszę. Concept album, opisujący historię wiekowego mężczyzny, któremu pewnego razu wpada w ręce notatnik, w którym znajduje akcenty z własnego, boleśnie poprowadzonego życia.
- Ashes Of A Diary
- Final Page (Until We Meet Again ...

CHASING THE MONSOON - "No Ordinary World" - (2019) - przecudowna płyta. Niedawno ją opisywałem, więc nie chciałbym się powtarzać. Jednocześnie nie zależy mi na siłę jej wszystkim powierzanie. Niech łapią najlepsi. Mnie ta muzyka dała i wciąż daje sporo szczęścia, a Wy Kochani, o swoje sami już musicie zadbać.
- No Ordinary World

SOFT CELL - "Non-Stop Erotic Cabaret" - (1981) - podstawowa wersja tej mega przeuroczej piosenki, a i jednocześnie wizytówki noworomantycznego oblicza początku lat osiemdziesiątych. Wiem, że obecne realia wymagają, by twardo stąpać po gruncie, lecz ja nadal wzruszam się, gdy słyszę: spójrz na mnie po raz ostatni...  powiedz żegnaj i pomachaj na odchodne.
- Say Hello Wave Goodbye

SIOUXSIE & THE BANSHEES - "Peepshow" - (1988) - bez żadnego specjalnego powodu, ot tak po prostu powróciłem do nagrań Siouxsie Sioux i jej kolegów, przez co postanowiłem to również zaakcentować w Nawiedzonym. Inna sprawa, że dawno wspólnie nie słuchaliśmy Siouxsie. Zabrałem ze sobą kilka najbardziej lubianych piosenek i zarzuciłem ich urok w eter. A co Szanowni Państwo z nimi poczną, pozostawiam Waszemu sumieniu. - ...rapsodio, nawet jeśli już nigdy nie zobaczę słońca, w Tobie wciąż będzie światło...
- Rhapsody

SIOUXSIE & THE BANSHEES - "Superstition" - (1991) - moja najukochańsza płyta tej gothic-rockowej formacji. Podkreślam "gothic", bowiem w tym okresie byli nawet czymś, w rodzaju "gothic-poetic" - co kompletnie nie szło z ich wcześniejszym surowszym wizerunkiem, bazującej na punkowych korzeniach, za czym jakoś nigdy nie przepadałem. "Superstition" jest albumem do zagrania w całości, i gdybym był właścicielem radiostacji, na pewno codziennie zapodawałbym jedną tak istotną płytę w eter - właśnie w całości! Tak postrzegam "misyjność" radia. Przede wszystkim, dużo dobrej muzyki, zamiast nadmiernej polityki, z nachalnie ostatnio wiodącym Andrzejem Dudą, który coraz odważniej i krzykliwiej pomachuje na nas szabelką. Panie prezydencie, na mnie pan głosu nie podnoś, boś dla mnie wciąż dzieciuch. Gdy ja słuchałem Black Sabbath, pan po dobranocce siusiu i spać.
- Cry
- Drifter
- Shadowtime

SIOUXSIE & THE BANSHEES - "The Rapture" - (1995) - ostatnie dzieło Banshees. Na pewno wyzbyte uroku "Superstition", lecz weźmy pod uwagę, upłynęły nam długie cztery lata. A w połowie dekady 90's, wszystko już było inne. Wyrosło nowe pokolenie, któremu niekoniecznie służyły takie trendy, albowiem pojawiły się nowe - szorstkie, hałaśliwsze, w kraciastych flanelach i czarnych szortach. Na przekór panującym modom, Siouxsie jednak czyniła swoje, natomiast cztery minuty opatrzone tytułem "Forever", nad wyraz piękne - ale to song dla uprzywilejowanych uszu. Na tę zatopioną w nutach "pozażyciowej" wieczności ballady, warto wydać każde pieniądze. 
- Forever

RUSH - "Clockwork Angels" - (2012) - gdyby przyszło mi wyrecytować tytuły najmniej lubianych płyt Rush, bez namysłu wskazałbym "Vapor Trails" oraz właśnie "Clockwork Angels". Jednak taki zespół, nawet na najmniej interesujących płytach potrafił wzbijać się ponad chmury. Na tym ostatnim wspólnym dziele, line-upu Lee/Lifeson/Peart, pełnym blaskiem świeciły, finałowy "The Garden" oraz wyjątkowo piękny, a i przejmujący "The Wreckers".
- The Wreckers

RUSH - "Snakes & Arrows" - (2007) - tutaj też mamy Rush z tego późniejszego, dla mnie mniej interesującego okresu, ale i na tej płycie jest kilka godnych przystanków. Spośród trzech instrumentali, wyróżniało się "The Main Monkey Business", zaś z terytorium numerów wokalnych moim faworytem wczorajsze "The Larger Bowl". Próba posegregowania wszystkich niesprawiedliwości tego świata - w ramach ledwie czterominutowej kompozycji, która wkrótce na stałe weszła do koncertowego śpiewnika grupy.
- The Larger Bowl

KHYMERA - "Khymera" - (2003) - kapitalny debiut Khymery. Grupy, która 6 marca uwolni z magazynów najnowszy album "Master Of Illusions". Ale dzisiejsza Khymera to już inna bajka. W grupie od dawna nie ma multiinstrumentalisty Daniele'a Liveraniego, jak też ex-wokalisty Kansas, Steve'a Walsha. W jego miejscu mikrofon w dłoniach ściska Dennis Ward - obecnie nawet basista Magnum. Mógłbym tę płytę serwować tak co kilka dni, do upadłego. Raz, z uwagi na świetne kompozycje, dwa, dla cudownie postrzępionego głosu Steve'a Walsha.
- Khymera
- Strike Like Lightning
- Who's Gonna Love You Tonight - {David Foster cover}

IGGY POP - "Instinct" - (1988) - Iggy ma popowe nazwisko, lecz na tej konkretnej płycie śrubuje najprawdziwszy punk metal. Ma zresztą odpowiedniego pomagiera, SexPistols'owego Steve'a Jonesa, który na gitarze wyszywa tutaj takie falbanki, że ach! I przez fakt, że miałem możliwość poznania Iggy'ego od takiej właśnie strony, jakoś nie spieszno mi przestawić się na jego ostatnie dokonania. Fakt, niezłe, ale tylko niezłe.
- Cold Metal
- Lowdown

IGGY POP - "Brick By Brick" - (1990) - Steve Jones zrobił swoje, tak teraz za gitary chwycili Waddy Wachtel, a przede wszystkim Slash. Dla guns'owego towarzystwa jeszcze basowy Duff McKagan, plus kilku innych spoza tamtego bandu czterostrunowców. To też niezła płyta, a komercyjnie mająca nawet jeszcze lepsze osiągi. Bardzo lubię wczoraj zapodaną finałową piosenkę. Jak na Iggy'ego, leciutkie to i radiowe, lecz czy to wstyd?
- Livin' On The Edge Of The Night

STEVE JONES - "Fire And Gasoline" - (1989) - drugie solo SexPistols'owego gitarzysty, o wiele mocniejsze od urokliwego debiutu "Mercy", którego jestem bezgranicznym wielbicielem. A, jak "Mercy" wspaniałe, tak też tradycyjnie niemal wszyscy krytycy zmiażdżyli jego wartość w stosownej epoce. Steve wkurzył się i przyłożył tu takim punk-metalem, że nawet uczestnictwa w nim nie odmówili muzycy The Cult, Guns N' Roses czy Mötley Crüe.
- Freedom Fighter
- I Did U No Wrong
- Get Ready

THE CULT - "Sonic Temple" - (1989) - najlepsi Cult'ci i niech nikt nie próbuje polemizować. Tutaj należycie przyłożyli, choć ku rzetelności, równie fajnie było też na wcześniejszym "Electric". Z tym, że na "Electric" kompozycje były krótsze i bardziej zwarte, natomiast na "Sonic Temple" panowie się rozegrali. I dobrze, bowiem ta ich jeszcze nie tak odległa gotyckość trochę mnie nużyła. Lubię, gdy Duffy dowala gitarą, niczym Jimmy Page czy Joe Perry, a Ian Astbury rozkosznie wypluwa płuca. Szkoda tylko, że po "Ceremony" zaprzestali z taką poezją. Kolejna w hierarchii płyta, o niewyszukanym tytule "The Cult", poza numerem finałowym, była po prostu okropna. Zaś wszystko późniejsze, przeważnie znoszone i wypłowiałe.
- Sun King
- New York City - {backing vocals IGGY POP}

THE WHO - "Who" - (2019) - jedyna balladka na nowych The Who. Piękna, co by nie mówić. Liczę, że na następną nie przyjdzie mi czekać kolejnych trzynastu lat. Zresztą, tutaj powołam się na słowa Grzegorza Kupczyka, który podczas niedawnego koncertu Ceti, z racji zespołowej trzydziestki oznajmił, że za kolejnych trzydzieści lat już się nie spotkamy, bo chyba sami przyznacie, że wyglądałoby to nieco komicznie.
- Beads On One String

BONFIRE - "Legends" - (2018) - było jeszcze sporo w zanadrzu, ale czas pokazał, kończ waść, wstydu oszczędź. Nie dotrzymałem więc obietnicy względem pogrania muzyki z ponad trzydziestoletniej płyty "Cuth Both Ways". Właśnie w tamtych latach, na gorąco podesłała mi ją moja sisterka Ela, a że obudziły się we mnie wspomnienia... Znajdziemy i na nią odpowiednią porę. Do poduszki poszedł więc dynamiczny cover sporego przeboju NRD'owskich Puhdys. Piosenki, którą pierwotnie umieszczono na drugiej stronie singla. Kolejny dowód na "nieomylność" muzycznych promotorów. Do usłyszenia ...
- Erinnerung - {Puhdys cover}








Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





niedziela, 19 stycznia 2020

TYGERS OF PAN TANG - "Ritual" - (2019) -










TYGERS OF PAN TANG
"Ritual"
(MIGHTY MUSIC)   ****






Ze złotego okresu ostał się już tylko gitarzysta Robb Weir. Pozostałe cztery Tygrysy stanowią za nabytki późniejsze, by nie rzec: nowożytne. Dlatego, by bez uprzedzeń posłuchać "Ritual", zapomnijmy o pierwszoplanowych niegdyś postaciach, co pierwszy wokalista Jess Cox, jego następca Jon Deverill czy późniejszy Whitesnake'owy pogromca sześciu strun, John Sykes. Wszyscy dla sprawy chwalebni, lecz to już prehistoria.
Zapewniam, Tygers Of Pan Tang nadal sprawnie działają, i pomimo wielu modyfikacji, całkiem nieźle im idzie. Ich najnowszy longplay to czystej maści New Wave Of British Heavy Metal. Jego surowość, a i gitarowe kąsanie, nie pozostawiają złudzeń, kto obecnie godnie podtrzymuje tradycje tamtego nurtu. Od lat wypolerowani, choć mimo wszystko nadal świetni Def Leppard czy coraz mroczniejsi Saxon, od dawna podążają własnymi drogami, zaś Robb Weir bezustannie wykazuje posłuszne przywiązanie do heavy tradycji okresu 1979-1983. Aż przyjemnie posłuchać czegoś równie wspaniałego. Szczególnie pod koniec drugiej dekady XXI wieku, kiedy w zasadzie nikt już tak nie brzmi. Wehikuł czasu zsyła nam "Ritual", powiewając nostalgią czasów, w których sztuce przyświecały idee, nie łatwy zysk. Dlatego omawiana płyta nie zajeżdża gastronomią na plastikowych tackach, z łamliwymi widelcami i zapaćkaną ceratą w tle. To wypasiony autentyk, który uciekł spod topora dzisiejszych namolnych dietetyków. Kalorie tych nut okupują wnętrze mego domowego gniazda, a ja wcale nie myślę o białej fladze.
W zasadzie, nie wiem, co tutaj wyróżnić. Całość wydaje się równa i chwytliwa. Już po pierwszych trzech nagraniach ("Worlds Apart", "Destiny" i "Rescue Me") dostałem takiej zadyszki, że ledwie uszedłem diabłu. I niech nikt nie liczy na ulgową taryfę. Żadnej potańcówki nie będzie. To prawdziwe sianokosy. A z takim "Damn You!", nawet nie próbujcie bez kagańca. Wyjątkami od ustanowionej tu czadowej reguły, rozbudowany, na pół nastrojowy albumowy finał "Sail On" oraz przedniej urody, acz w drugiej części przyjemnie dofinansowana decybelami ballada "Words Cut Like Knives".
Proszę przygotować się na ponad pięćdziesiąt minut reinkarnacji najszlachetniejszego heavy. Długo czegoś podobnego nie uświadczycie. Hmmm, i tylko pomyśleć, są tacy, to nie żart, dla których metalem jedynie Metallica - no i życie zmarnowane.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



piątek, 17 stycznia 2020

green book

Ze sporym poślizgiem obejrzałem "Green Book"; opartą na faktach opowieść, o generowanej przyjaźni, która okazała się możliwa nawet w czasach rasowej nietolerancji Ameryki lat sześćdziesiątych. Polecam, powinni wszyscy, bez wyjątku. Podsuwam szkołom, jako materiał edukacyjno-dydaktyczny. Dziękuję moim przyjacielkom Ewie i Pawłowi za udostępnienie tego DVD. W moim przypadku to jedna z niewielu okazji, by nadrobić zaprzepaszczony w kinie seans.
Chodząca zbyt wcześnie spać stacja Planete+ (bo już w okolicach 3.00 w nocy), ostatnio wyemitowała ciekawy dokument o Wolfgangu Beltracchim - artyście malarzu, a jednocześnie nad wyraz uzdolnionym hochsztaplerze w świecie sztuki. Jegomość fałszował dzieła wybitnych twórców, jednocześnie grając na nosie wielkich znawców, którzy nie potrafili oddzielić ziarna od plew. Zabawnie posłuchać Beltracchiego, gdy ten odwiedzając nadęte muzea wypatrywał w ich wnętrzach własne podróbki, które czyniły za oryginały. Film obnaża słabość mecenasów sztuki, których wbita w ich kręgosłupy buta i nieomylność bywają kruchsze od domków z kart.
Dostałem trochę nowej muzyki, w tym pewną jesienną zaległość. To pokazuje, jak nie warto reasumować starego roku zaledwie kilkanaście dni po jego zakończeniu. Mam już także jedną płytę tegoroczną. Nie jest być może powalająca - na te przyjdzie dopiero czas - niemniej i tak cieszy. Inna sprawa, najlepsze już było. Przepraszam, kompletnie nie czuję żadnych Tool, Opeth, The Claypool Lennon Delirium czy nowego Iggy'ego Popa, a właśnie ich nowymi albumami zachwycają się aktualne loże szyderców. Jeśli takie płyty stanowią za wykładnię prawdy o dzisiejszej rock-rzeczywistości, to z muzyką nie jest dobrze. Iggy Pop najlepiej doładował na prostolinijno-punk-metalowej płycie "Instinct". I nie przekłamujmy na siłę rzeczywistości. No tak, lecz wówczas na gitarze bezlitośnie przycinał niejaki Steve Jones. Jegomość, który odkrył w sobie pokłady należytego muzykowania, gdy już skończył z jednostajną gitarową punk-naparzanką. Na
dowód w sprawie, polecam jego wykwintny, choć już wiekowy album "Mercy". Proszę też nie pogardzić bardziej pikantnym "Fire And Gasoline". Przy czym, idę o zakład, iż specjaliści od Biedronkowych winylowych przecen, z notorycznie powielanym w ofercie, w ocenzurowanej okładce "Appetite For Destruction" (niepoprawiony oryginał jest u mnie), nie mają bladego pojęcia, że na "Fire And Gasoline" także usłyszą głos Axla Rose'a, a nawet Iana Astbury'ego z The Cult. Że o jego zespołowym funflu, Billym Duffym, już tylko napomknę. Oooo właśnie, gdyby więc zadumać się nad istotą rocka, może zamiast jednolitych Tool'owych męczarni (u nich wszystko brzmi jak jeden utwór), lepiej uwolnić woń prawdziwie energetycznego "Fire And Gasoline".
Po latach odnowiłem przyjaźń z "A Little Ain't Enough" - Davida Lee Rotha - tak niegdyś krytykowanej płyty lubianego przecież VanHalen'owca. A wszystko dlatego, że nie przebierał na niej palcami niewyżytek Steve Vai. Pod tym względem, Jason Becker faktycznie nie miał szans z tamtym zabarwiaczem wszelakich onanistycznych zagrywek. Muzykiem, który absolutnie lśnił na wcześniejszych dwóch albumach Mistrza Davida ("Eat 'Em And Smile" oraz "Skyscraper"), niejednokrotnie przyćmiewając głównego winowajcę. Cóż, jego dni musiały być zatem policzone. No dobrze, wiadomo, nie z tego powodu zabrakło Vaia na "A Little Ain't Enough". Ale i ja wówczas stałem też w pierwszym rzędzie miażdżącej wobec Davida krytyki, zaś dziś słucham tej muzyki, że aż mną nosi. Na tym polega rock'n'roll, natomiast przy tych wszystkich dołujących Toolach czy Opethach, można się tylko odprawić na drugi świat.
Na najbliższą niedzielę mam już zawiązany repertuarowy metaforyczny krawat - wszak prawdziwym nigdy się nie hańbię. Obiecuję dużo soczystego grania. Być może zahaczymy nawet o egzotyczny ejtisowy pop, w wydaniu trochę mniej już popularnej babeczki, która zgrabnie funkcjonuje do dziś, pomimo iż obecnie nie śledzę jej poczynań. Przed trzydziestoma laty moja Sisterka Ela przysyłała mi sporo kompaktów (pośród nich, m.in. owej Artystki), z muzyką nie zawsze rockową, no i wiele z tamtych płyt udało mi się polubić. A że mając dwadzieścia parę lat, słońce wydaje się intensywniejsze, lepiej ogrzewające, tak też...




Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




poniedziałek, 13 stycznia 2020

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 12 na 13 stycznia 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 12 na 13 stycznia 2020 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Majka Chaczyńska
prowadzenie: Andrzej Masłowski






Program w znacznym stopniu poświęcony zmarłemu Neil'owi Peartowi, a także Piotrowi Krystkowi, w ósmą rocznicę jego śmierci. 





WHITESNAKE - "Flesh & Blood" - (2019) - ciąg dalszy najlepszych kompozycji minionego roku. Okazała blues-ballada Białego Węża, i niepojęte, dlaczego występuje jedynie w edycji deluxe. Jeden z najlepszych kawałków Davida Coverdale'a ostatnich lat, z góry zastrzeżony dla bogatszej klienteli. Nie pochwalam takiej polityki. Artyści i wytwórnie niech nareszcie zaczną równo traktować wszystkich nabywających (jeszcze!) fizyczne nośniki. Nie może być, że strumieniowi szabrownicy mają dostęp do każdej perełki, a gość wykładający kasę na blat za standard edycję, zostaje ograbiony z najlepszego materiału.
- Can't Do Right For Doing Wrong

PRETTY MAIDS - "Undress Your Madness" - (2019) - absolutny albumowy top 2019 roku - przynajmniej dla mnie. I w nosie mam, że "Undress Your Madness" nie występuje w zestawieniach żadnych ważnych dziennikarzy. Inna sprawa, gdybym polegał na ich sugestiach, moja domowa płytoteka obfitowałyby w muzykę równie cienką, co mocz pawiana.
- Serpentine
- Shadowlands

BATTLE BEAST - "No More Hollywood Endings" - (2019) - poprzednie "Bringer Of Pain" podobało mi się nutkę wyżej, ale "No More Hollywood Endings" też niczego sobie. Fińskie Bestie, w uprawianiu power metalu wykazują niezwykłą swobodę, choć spod ich piosenek tryskają przecież gorące wióry. No i jeszcze niesamowita Noora Louhimo. Trochę taki z niej Rob Halford w spódnicy. Czyli, z urodą na bakier, za to w piersiach drzemiący prawdziwy kawał głosu. Byłem na ich koncercie, potwierdzam, na scenie są wypisz wymaluj jak na płycie.
- Unbroken
- I Wish


TURBO - "Titanic" - (1992) - kompilacja. Na wczoraj przypadła kolejna rocznica śmierci Piotra Krystka. To już 8 lat. Nieprawdopodobne, jak ten czas leci. Pamiętam, jakby to było wczoraj, gdy podczas popołudniowej u teściów kawy, raptem w Teleexpressie (gdy dało się to coś jeszcze oglądać) poszło: wczoraj nagle zmarł Piotr Krystek; były wokalista Turbo ... Dźgnęło, było nie było, bliska mi osoba. Kolegowaliśmy się z Szalonym Panem Piotrem, którego tak sobie ochrzciłem w czasach winogradzkiego Radia Fan. Były metal-śpiewak Turbo był zagorzałym wielbicielem mojej audycji "Rock Po Wyrocku", która nieskromnie dodam, była najlepszą audycją w naszym mieście, a i w graniu rocka najprawdopodobniej w całym kraju. I byłaby taką do teraz, gdyby tamtej bliskiej memu sercu rozgłośni kilku idiotów nie sprzedało jakiejś koszmarnej Esce. Stacji, która jak powszechnie wiadomo, każdy brylant zeszlifuje na łajno. Piotr Krystek w połowie dekady 90's skomplementował mi, iż dzięki tworzonym przeze mnie audycjom powrócił do muzyki, ponownie zaczął słuchać, przeżywać, jak też czerpać ze słuchania rock-metalu wielką radość. To ja zaraziłem ex-śpiewaka Turbo grupami, typu Stratovarius, HammerFall czy Rhapsody, gdy o nich wiedzieli jeszcze nieliczni. Szalony Pan Piotr później niebywale zaangażował się w moje radiowanie. Pozyskiwał dla mnie cenne informacje, materiały promocyjne, wreszcie nawet nawiązał kontakty z wieloma artystami górnej półki. Dzięki niemu moja kolekcja wzbogaciła się o sowitą garść rarytasów, w tym m.in. o zaprezentowanych wczoraj Cornerstone, których zapodałem ze słusznej promo edycji. Złotym flamastrem podpisali się dla mnie wszyscy muzycy. Mało tego, Dougie White machnął się nawet na ekstra karteczce, którą specjalnie dla Was uwieczniłem na jednej z fotek. To właśnie Piotr Krystek załatwił przedpremierowy egzemplarz CD kapitalnej płyty Harlan Cage "Temple Of Tears" (zespół wokalisty Larry'ego Greene'a - tego od hitu "Through The Fire" z filmu "Top Gun"), z okładką, na której wystąpił błąd w pisowni. Zamiast "temple", wydrukowano "tempel". Dzisiaj to prawdziwy Święty Graal. I mógłbym tylko przykłady mnożyć. Ostatni raz widzieliśmy się z Szalonym Panem Piotrem na dachu dawnego marketu Hit na Piątkowie - mieścił się tam wówczas (a może teraz także?) samochodowy parking. Oboje byliśmy z naszymi wybrankami serc i bardzo ucieszyliśmy się na swój widok. Zamieniliśmy dosłownie kilka krótkich zdań i obiecaliśmy odnowienie dawnej znajomości. Nigdy do tego nie doszło. Piotr był niezwykle zalatany, zapracowany, ja w tamtym czasie zresztą także, tak więc... A później odbył się jubileuszowy koncert Turbo w Blue Note, na którym się nie stawiłem i do dzisiaj piekielnie żałuję. Wówczas Piotr gościnnie pośpiewał u boku Hoffmanna i kilku pozostałych kompanów dawnego Turbo. Ponoć był w niezłej formie, a niecałe dwa lata później już nie było go wśród nas. Na pogrzebie ktoś mi nieznany szepnął do kogoś za mym uchem, że dzień przed śmiercią bardzo bolała go noga. Nie wiem, jaki to mogło mieć związek, ale utkwiło w mej pamięci. Ech...
- Śmiej Się Błaźnie
- Jeszcze Jeden Papieros


CORNERSTONE - "Once Upon Our Yesterdays" - (2003) - zabrałem do radia oba posiadane egzemplarze, lecz zagrałem z "Krystkowego" promo. Do dzisiaj pamiętam, ile radości sprawiło Piotrowi wręczenie mi tej płyty. Ta zawsze będzie blisko mego serca, jak zresztą cała wspaniała osoba Piotra Krystka. Człowieka niezwykle pozytywnego, empatycznego, a jednocześnie skromnego. Niestety, obecnie nie pisują o Nim żadne muzyczne leksykony, albowiem ten świat pamięta tylko zwycięzców, a Piotr zrealizował z Turbo ledwie kilka kawałków, których nie uzbierało się nawet na jedną płytę. Piotr musiał zarabiać na życie, dlatego nie angażował się zawodowo w muzykę, z której wyżyją jedynie nieliczni.
- Man Without Reason
- 21st Century Man

RUSH - "Different Stages" - (1998) - bardzo lubię ten live album, pomimo iż nie pochodzi z mojego ulubionego dla grupy okresu - trasy promujące "Counterparts" oraz "Test For Echo". Jednak koncerty Rush od zawsze rządziły się odrębnymi prawami niż okalające grupę płyty studyjne."Different Stages" to godny przewodnik po możliwościach tria.
- Bravado - {30 kwietnia 1994, Spectrum, Philadelphia}
- Animate - {14 czerwca 1997, Great Woods Center, Mansfield}
- Closer To The Heart - {14 czerwca 1997, Great Woods Center, Mansfield}

RUSH - "Moving Pictures" - (1981) - od tego albumu rozpoczęła się moja przygoda z Rush. Płytę w trudnym dla losów naszego kraju okresie jakimś cudem zdobyłem bez większego poślizgu. Jako 16-latek, znający już Black Sabbath, Budgie czy Pink Floyd, byłem pod wielkim wrażeniem. Było to kompletnie inne granie niż wszystko, czego dotknąłem wcześniej. Troje dżentelmenów czyniło prawdziwą demolkę, grając niekonwencjonalnego rocka. Nie było w tej robocie niczego typowego. Zamiast spodziewanych zwrotek i refrenów, wszystko wypowiadało się nieszablonową nutą. Do tego, niesłychane umiejętności każdego z instrumentalistów. Już wówczas wszyscy zapewniali, że Neil Peart to jeden z naj naj bębniarzy świata. W sumie niepotrzebnie, wszak usłyszałem to już przy pierwszym podejściu. Rush serwowali trochę takiego rocka dla intelektualistów, na który nie bardzo załapywali się amatorzy songów z wierzchołków list magazynów Bravo czy Popcorn. Rock Rushów był pokręcony, nieprzewidywalny i niemal z matematycznym zapisem nut, jak u Einsteina. Prawdziwa nieokiełznana astrofizyka. Coś niesamowitego. Aha, od tej płyty Geddy zaczął śpiewać nieco cieplej. Być może to jedynie kwestia produkcji, bądź efekt skomplikowanego treningu emisji głosu, niemniej maestro nie musiał wykrzykiwać, jak czynił to do tej pory. Kompozycyjnie całość także miodzio, no i rzecz jasna teksty, w których Neil Peart zawsze na posterunku. Nowowstępującym do rockowej gwardii podpowiem, Rush grasowali już w czasach, gdy nie poczęto jeszcze Dream Theater, Queensrÿche, Tiles czy Enchant. Serio, trudno uwierzyć, ale przed pringlessami, PlayStation, Lidlem i smartfonami, też "było sobie życie" - vide, "Il était une fois… la vie".
- Tom Sawyer
- Limelight

RUSH - "Roll The Bones" - (1991) - ta z reguły średnio oceniana płyta naprawdę jest bardzo bardzo, i polecam trzymać się mojej rekomendacji. Za produkcję po raz ostatni odpowiedzialny Rupert Hine. Uwielbiam tego jegomościa. Zawsze czynił tylko dobre, bardzo dobre, bądź jeszcze bardziej bardzo dobre rzeczy. Za cokolwiek się chwycił, zawsze zabrzmiało jak Rupert Hine, a jednocześnie nie odbierało autonomii głównemu daniu - w tym przypadku Rush. Poziom elegancji w rocku sięgnął na "Roll The Bones" zenitu. Mamy tu dosłownie wszystko. Grupa pokazała, jak bez napinki zagrać komunikatywnego rocka, jazz, fusion, metal, i co nie tylko, a jednocześnie nie zrazić do siebie wybrednej publiczności, którą grupa zdołała rozpaskudzić kilkoma starszymi, o wiele ambitniejszymi dokonaniami. 
- Roll The Bones

MIKE TRAMP - "Stray From The Flock" - (2019) - ten zamerykanizowany Duńczyk stał niegdyś na czele świetnej formacji White Lion. Ekipy, która pudel metal podniosła do rangi szarpania pełnego zadumy. Ci jankesi nauczyli szczeniaków wrażliwości, a to choćby za sprawą antywojennego "Cry For Freedom", nie bojąc się jednocześnie zaryzykować GoldenEarring'owego "Radar Love" czy polakierowanego na słodycz brzmienia, jakie przyświecało przynajmniej połowie albumu "Big Game". W swojej sztuce połączyli radośnie niosący się rock'n'roll z pełnymi bólu i przemyśleń songami, które działają do dzisiaj. Tak tak, to nie rdza, to patyna. Najnowsze solo Mike'a Trampa walczy ze złem tego świata z podobną siłą, tyle, że w obecnej zadufanej przestrzeni takie muzykowanie przygarnia już nieco mniej potrzebujących. Antywojenne, 8,5-minutowe "No End To War", powinno poruszyć każdego, komu los ludzi wysyłanych przez ich rządy na pewną śmierć, nie jest obojętny. Bo zawsze polityczne gierki odbijały się krwią niewinnych lub naiwnych. Zastanów się, zanim zrzucisz bombę, wsłuchaj się w krzyki i płacz, gdyż na samym końcu także tobie zabraknie chleba i wody.
- No End To War

CHASING THE MONSOON - "No Ordinary World" - (2019) - medytowanie o tej muzyce to jak czkawka po jej ewentualnym zignorowaniu. Można o niej biadolić godzinami, lecz gdy się nie posłucha... Wielu grajków próbuje wspiąć się na podobny artystyczny poziom, ale tylko nielicznym udaje się zawiązać prawdziwe mocarstwa. Niegdyś udało się formacjom Iona czy Mostly Autumn, jednak Chasing The Monsoon posiedli dodatkowy atut, otóż do folk-brit-prog rocka dorzucili epizodyczne motywy afrykańskie, a to już nie tylko zielone wzgórza, lecz i zebry, nosorożce, żyrafy, palmy czy baobaby. Urzekająca twórczość, nawet jeśli Kolumb, Newton i Einstein wciąż niezagrożeni.
- Love Will Find You

HOTHOUSE FLOWERS - "Songs From The Rain" - (1993) - trzeci album bardzo niegdyś popularnych folk-rockowców. Niedawno wydali płytę, pomimo iż nie wytropiłby jej nawet porucznik Columbo. W 2016 roku pojawiła się jako strumień, natomiast fizycznie zaistniała dopiero w 2018 roku, w dodatku tylko na rynku japońskim. Podczas audycji Andrzej z Zielonej Wyspy napisał na FB-czacie: "Hothouse Flowers istnieją i koncertują - głównie na jakiś festynach w małych miasteczkach Irlandii".
- Stand Beside Me
- Good For You


HOTHOUSE FLOWERS - "Into Your Heart" - (2004) - ostatni album Irlandczyków, który załapał się jeszcze o normalny handel, a i czasy, kiedy płyty kupowano przede wszystkim na nośnikach. U nas już tego tytułu nie było. Musiałem więc importować za bagatela 15 funtów. Bardzo go lubię, pomimo iż wszystkie wcześniejsze uważam za kapkę lepsze. No dobrze dobrze, ale na tamtych nie znajdziemy ballady "Feel Like Living", pozytywnego "Alright" czy pokrytego gospelową płachtą "Hallelujah".
- Feel Like Living

RUSH - "R30: 30th Anniversary World Tour" - (2005) - koncert z Festhalle we Frankfurcie n/Menem, z 24 września 2004. Warto także obejrzeć z DVD, które jest częścią tego przepastnego wydawnictwa. Można podziwiać bombowego Neila Pearta, który ma tutaj nawet dłuższe perkusyjne solo, i co on w nim wyrabia!
- Subdivisions
- Earthshine


RUSH - "Presto" - (1989) - moja ukochana płyta Rush. W porządku, są lepsze, wiem, ale ulubiona, to ulubiona. To muzyka, która się dobrze kojarzy, to emocje ponad zdrowy rozsądek, a także coś, czego nigdy nie zrozumie żaden zatwardziały encyklopedysta. Nie mam już egzemplarza przywiezionego z dawnego Berlina Zachodniego, dlatego na fotce obok kompaktów "straszy" już tylko winylowa reedycja. I co z tego, że na 200-gramowym nośniku. Wolałbym tamten egzemplarz. Niestety były takie czasy, kiedy kupując CD, pozbywałem się "niepotrzebnego" winylu. I w ten oto sposób płyta powędrowała do mojego dobrego kolegi, który chętnie ją przygarnął, lecz z czasem schował gramofon z płytami do szafy, całość okrył jakimś gobelinem i tak cacko marnieje. Obecnie już takich błędów nie popełniam, za wszystkie grzechy jednak bardzo żałuję i proszę o pokutę.
- Show Don't Tell
- The Pass

JOOLS HOLLAND HIS RHYTHM & BLUES ORCHESTRA AND FRIENDS - "Small World Big Band" - (2001) - w obecnej rzeczywistości, gdy Holandia przeobraziła się w Niderlandy, bo podobno kojarzyła się tylko z ćpunami i dziwkami myślę, ze nawet tak kulturalny facet, jak Jools Holland, też powinien przetransformować się w Jools The Netherlands. Jak wszyscy to wszyscy. A tak na serio, choć Holland to alfa i omega brytyjskiej rozrywki, człowiek gigant w zakresie kompozytorskim, edukacyjnym, propagatorskim i co nie tylko względem szeroko pojętej muzyki, tak ta wszechstronna płyta tylko tego kolejnym potwierdzeniem. Dobór gwiazd, plus przyprawienie każdego z nich na retro-big-bandową nutę dało efekt piorunujący. Słucha się tego tanecznie i karnawałowo, a jednocześnie nikt nie powie: stare i nudne.
MICA PARIS & DAVID GILMOUR - I Put A Spell On You - {Screamin' Jay Hawkins cover}
SUGGS - Oranges And Lemos Again
CHRIS DIFFORD - Town And Country Rhythm And Blues
STEVE WINWOOD - I'm Ready - {Muddy Waters cover} /kompozycja Willie Dixon/
MARC ALMOND - Say Hello, Wave Goodbye - {Soft Cell cover}

THE WHO - "Who" - (2019) - na początku był wielki wybuch. Wróć. Na początku nie byłem zachwycony najnowszymi The Who. Chwyciło dopiero po którymś podejściu. Dobrze, bo na tym to wszystko polega. Szybko się zachwycisz, szybko polegniesz, zaś długie dobijanie tylko dobrze służy. Powoli się utrwala, za to na dobre. Cóż, super są nowi The Who, ale trzeba przynajmniej kilka razy posłuchać. Daltrey w formie. Myślę, że jednak unika dietetyków, bo najwyraźniej cukier go krzepi. Zresztą, tej płyty specjalnie polecać nie trzeba, i tak sprzeda się jeszcze przed zachodem słońca.
- Break The News

STEVE LUKATHER - "Lukather" - (1989) - na dobranoc 9-minutowy Lukather. Gitarzysta Toto w bluesowej balladzie, którą dodatkowo wspomógł jeszcze inny szarpidrut, Steve Stevens, a na syntezatorze i Hammondach błysnął MiamiVice'owy Jan Hammer.
- Fall Into Velvet





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


 
W minioną sobotę...



niedziela, 12 stycznia 2020

nie żyje NEIL PEART (12 IX 1952 - 7 I 2020)

Niedziela, dzień radiowy, liczę na Szanownych Państwa przy odbiornikach. Będzie dużo Rush.
Dopiero w piątek rozeszła się informacja o śmierci Neila Pearta, który zmarł trzy dni wcześniej. Rodzina Artysty długo milczała, jeszcze bardziej w tajemnicy przechowując okropną chorobę (glejak), jaka przed trzema laty dopadła tego genialnego Muzyka.
Neil Peart należał do ścisłej czołówki rockowych bębniarzy, choć bywał otwarty na wiele nurtów spoza tej krainy. Wyborny technik i wirtuoz. Człowiek, któremu gdyby na jedno posiedzenie powierzyć dwadzieścia pałeczek, wszystkimi pożonglowałby w przestworzach. Słuchanie i oglądanie jego umiejętności było czymś najprzyjemniejszym, i zazdroszczę wszystkim mającym taką możliwość na żywo.
Przed kilkoma laty Neil Peart i Alex Lifeson ujawnili swe problemy zdrowotne, a chwilę później Geddy Lee ogłosił, że Rush przechodzą na emeryturę. Jednak wówczas nie było jeszcze mowy o raku, ponieważ Peart uskarżał się "tylko" na problemy z barkami. Wielu z nas żyło nadzieją, że być może obaj muzycy... z czasem... a wtedy...
Los dla Pearta, poza pasmem muzycznych sukcesów, był niezwykle okrutny. Przed ponad dwudziestoma laty zginęła w wypadku samochodowym jego jedyna, wówczas jeszcze niespełna dwudziestoletnia córka, a kilka miesięcy później na raka zapadła jego żona, która też wkrótce zmarła. Gdy więc udało się po latach Peartowi znaleźć nową miłość życia, a wkrótce ponownie doczekać córki, wydawało się, że w jego kartach po serii rowerów nareszcie wyrósł poker. Mistrzunio raz jeszcze miał dane poczuć szczęście, a ostatnie emerytalno-muzyczne lata poświęcił domowemu ognisku. Jednak idylla nie trwała długo.
O tym, co znaczą dla mnie Rush, jakie mam z nimi wspomnienia, powiemy sobie w dzisiejszym Nawiedzonym Studio. Zabiorę kilka fantastycznych płyt i nastawię o różnych porach, by wszyscy Słuchacze mogli przygarnąć coś dla siebie.
W ogóle, posłuchamy wspaniałej, choć niemal całkowicie wyzbytej delikatności, stricte rockowej muzyki. Jedynym wyjątkiem, powrót do Chasing The Monsoon - głównej płyty sprzed tygodnia. Rzecz nie do oderwania. Powrócimy również do kilku ubiegłorocznych albumów, i może nawet do jednego lub dwóch winyli - o ile czas pozwoli.
Podsumowania roku nie ma i nie będzie. Nie potrafię jak dawniej, poza tym, inne dziś czasy, inne emocje, nikt już tego w obecnych realiach nie potrzebuje. Ja także, przez co nawet nie zaglądam do żadnych zestawień. Nie chce mi się; nuda, nuda, jeszcze raz nuda. Idę o zakład, że w czołówkach Tool, Rival Sons, Rammstein, Iggy Pop, i oby tylko Nick Cave - bo naprawdę tego wart. Dzisiejsi dziennikarze do bólu przewidywalni, dlatego ich zestawienia nie przykuwają mojej uwagi. Wszyscy jadą na tym samym, wyzbytym oryginalności wózku.
Do usłyszenia ...





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




środa, 8 stycznia 2020

PHIL LANZON - "48 Seconds" - (2019) -










PHIL LANZON
"48 Seconds"
(PHIL LANZON DITTIES)  ****






Być może nazwisko Phila Lanzona w świecie organistów rocka nie jest równie rozpoznawalne, co Ricka Wakemana, nieodżałowanego Jona Lorda bądź Tony'ego Banksa, a jednak na swój sposób również mówimy o postaci pierwszego szeregu. Myślę jednak, że muzyk nie odstawia od nich stopy swymi umiejętnościami, jak też od takiego Dona Aireya czy noszącego penitencjarną fryzurę, Marka Kelly'ego.
Jego drugie solowe dzieło stanowi za concept album, którego temat wije się wokół tragicznego trzęsienia ziemi, jakie rankiem 18 kwietnia 1906 roku nawiedziło San Francisco. Wystarczyło tytułowych 48 sekund, by pochłonęło trzy tysiące ludzi.
Lanzon, jako prawdziwy arystokrata rocka, zadbał o odpowiedni rozmach, zapraszając symfoników z London Telefilmonic Orchestra, do tego sekcję dętą, ponadto jazzowego basistę Laurence'a Cottle'a, równie dobrego klawiszowca i saksofonistę Richarda Cottle'a, uznanego perkusistę Neala Wilkinsona (współpracownika m.in. Raya Charlesa czy Vana Morrisona), ale i kilku wokalistów: Johna Mitchella (muzyka Areny, It Bites, Lonely Robot czy The Urbane), Andy'ego Makina oraz wciąż należycie niedostrzeżoną Miriam Grey. W kompozycji "Rock N Roll Children", Lanzon powierzył jej nawet obowiązki głównej wokalistki, i wyszło tak, że aż z dłoni dmuchnąłem całusem.
Namawianie miłośników Uriah Heep do posłuchania tej płyty byłoby pozbawionym odrobiny wysiłku pójściem na skróty, bowiem "48 Seconds" to oprócz ujawnień przynależnością fascynacjami do tamtej formacji, także w dużej dawce czystej krwi rock progresywny, ale raczej wyzbyty skomplikowanych fraz. Ten w wydaniu Lanzona osadzony został w czytelnych melodiach, czyli bliskich dokonań Areny, Sagi, Asii, Kansas czy nawet lekko muskając o przyćmionych dawną i krótkotrwałą popularnością GTR. Nie lada sztuką wydaje się przyozdobienie ambitną, acz jednocześnie komunikatywną muzyką, jednego z najtragiczniejszych dni w dziejach ludzkości, jednak Lanzon uczynił to jedną ręką. Mnogość ładnych melodii ujawnia się naszym zmysłom wraz z każdą kolejną kompozycją, zupełnie niczym postaci w balecie, które pojedynczo wyskakują zza pleców jednego z pozoru tancerza. I tak, obok pełnych uroku piosenek, co "In The Rain", "Blue Mountain", "Face To Face", są też i jeszcze te szczególniejsze, jak - mająca lekkość UriahHeep'owego klasyka "Lady In Black" - sześciominutowa "Road To London", bądź finalizująca album, tytułowa kompozycja "48 Seconds". Dziewięć i pół minuty, co już w zasadzie czyni z niej mini suitę. I słusznie, tak właśnie należy ją potraktować. Tacy Yes czy The Moody Blues zapewne też by nią nie pogardzili. Symfoniczny rozmach, wbity w jej szeregi chór, odpowiednio dostosowany pełen patosu śpiew Lanzona, plus unosząca się nad całością niejednoznaczna, acz śliczna melodia, oto składniki, z których spleciono jedną z najbardziej udanych kompozycji świeżo zakończonego roku. A przecież to tylko nieliczne wyróżniki tej nad wyraz spójnej jakościowo płyty. Ciekawe, jak przypadnie Szanownym Państwu do gustu buszująca retro big-bandowa nuta w zaśpiewanym przez Johna Mitchella "Forty Line", a i jeszcze kilka innych ukrytych pod tą konceptualną albumową płachtą niespodzianek.
Świadom też jestem, iż używając terminologii "rock progresywny", już na samo dzień dobry wystarczająco zniechęcam przeciwników powyższego nurtu do posłuchania tej płyty. Przyznaję, wszelaki współczesny art-prog-rock, od lat nosi wciąż tę samą chmurę powagi, więc i ja też niejednokrotnie wykrzesuję siły, by przebrnąć przez te wszystkie najnowsze progresywne sepuku, jakie mniej lub bardziej sukcesywnie dostarczają coraz dotkliwiej lisi Mystery, jak też do bólu manieryczni Big Big Train, Knight Area, The Flower Kings czy jacyś tam Sylvan - tych to szczególnie nie cierpię. Prawdziwa z nich estetyczna przemoc, a zarazem muzyka, która w szczelnym prog'rockowym światku stanowi za próbę stylistycznego samobójstwa - na szczęście udaną. Ale w tym całym obecnym gąszczu emocji, bliskich tureckich sitcomów, zdarzają się wyjątki, jak podnoszące temperaturę i z gracją odwiedzające stare zakamarki, wyjątkowo dobre "48 Seconds". Słuchając tej płyty trudno zanegować cokolwiek, a już tym bardziej kompozytorskie umiejętności Lanzona.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




poniedziałek, 6 stycznia 2020

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 5 na 6 stycznia 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 5 na 6 stycznia 2020 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Majka Chaczyńska
prowadzenie: Andrzej Masłowski








PETER FRAMPTON BAND - "All Blues" - (2019) - ciąg dalszy ubiegłorocznych podsumowań. Były muzyk Herd oraz Humble Pie wymiata. Jego najnowszy blues album to zbiór coverów gatunku, ale też ich paleta barw przepastna; od wczoraj zaprezentowanego numeru Williego Dixona przedzieramy się tutaj przez mniej lub bardziej znane kompozycje Raya Charlesa, B.B. Kinga czy nawet Milesa Davisa. Fantastyczna płyta, której jakże chętnie posłuchałbym w wydaniu na żywo.
- I Just Want To Make Love To You - {Muddy Waters cover} /kompozycja Willie Dixon/

THE BLACK KEYS - " 'Let's Rock' " - (2019) - kibicuję Auerbachowi i Carneyowi od doskonałego "El Camino". Niedługo, wiem, ale dopiero wówczas poznałem tych dziarskich gararażowo-blues-rockowych Amerykanów. I chyba dobrze trafiłem, bo "El Camino" to prawdziwa potęga, a dwie kolejne płyty to jej chlubne schedy. Ta muzyka sprzęga, brudzi, kołysze, ale i porywa do tańca. Siła w prostocie, bo też nie ma tu żadnych niepotrzebnych kombinacji. Panowie wypowiadają się zazwyczaj w dwu-, trzy-, góra czterominutowych kawałkach, i są konkretniejsi niż niejeden w okienku urzędas.
- Lo/Hi
- Go

SAGA - "20/20" - (2012) - szukałem w domowym studio jakiejkolwiek płyty, z zapiskiem "2020". Przetrząsałem archiwa długo, ale jak widać skutecznie. Znalazłem symbol "20/20", który z obowiązującym kalendarzem, z rocznikiem nie ma nic wspólnego, ale i tak owe "20/20" nasuwa właściwe skojarzenia. Kanadyjczycy zatytułowali tamtejszy album terminologią optyczną, albowiem "20/20" wyraża prawidłową ostrość oraz przejrzystość wzroku.
- Anywhere You Wanna Go
- Ball And Chain

THE WHO - "Who" - (2019) - są w formie, nie da się ukryć. Wiadomo, brakuje szaleńczej i niekonwencjonalnej perkusji Keitha Moona czy równie nieocenionego, jedynego w swoim rodzaju basu Johna Entwistle'a - ale ich nie wskrzesimy. Cieszmy się z kapitalnego głosu Rogera Daltreya i jakże przemiłych dla ucha gitarowych ukąszeń Pete'a Townshenda. Obaj grają tak, jakby im metryka w ogóle nie przeszkadzała. Bo, o ile słuchając ostatnich dokonań Paula McCartneya, z początku miałem nie lada problem z identyfikacją jego głosu, o tyle Daltrey rozdziera płuca, zupełnie jak dwudziestolatek. Prawdziwy Pavarotti rocka.
- All This Music Must Fade
- I Don't Wanna Get Wise

TYGERS OF PAN TANG - "Ritual" - (2019) - bomba ta nowa płyta Tygrysów. Szlachetny metal, bez choćby kapki rdzy. W ich przypadku upływający czas także działa na korzyść. Szkoda, że ta konkretna płyta nie powstała w najprzychylniejszym okresie dla NWOBHM. Dziś już ten nurt tylko w blednących wspomnieniach, bowiem młodzież, zamiast takiego super metalu, słucha jakiegoś badziewia. Wczorajszy taksówkarz tylko to potwierdził. Podróż z radia do domowego wyrka odbywała się przy dźwiękach jakiegoś wieśniackiego dance/techno. Jezuniu, co ci ludzie mają w tych głowach, że im się podobają takie estetyczne katastrofy? Dobrze, wiem, niech każdy słucha, co mu się podoba, tylko dlaczego ostatnio notorycznie napotykam na tego typu apokalipsy? Czy już nikt nie potrzebuje dobrego rocka? Wszystko jedno, ostrego czy takiego pomalowanego fantazją, ale rocka! Ci dzisiejsi umięśnieni faceci, z tymi wyrzeźbionymi bicepsami, w obcisłych t-shirtach, by dobrze się eksponować, słuchają tak pizdusiowatej muzyczki, zupełnie jakby nie mieli jajec. I jest ich coraz więcej. Taka płyta "Ritual" chyba faktycznie zszarpnęłaby z nich gacie i obnażyła ukryte pod nimi maluśkie fiutki.
- Rescue Me

RAINBOW - "Difficult To Cure" - (1981) - specjalnie dla mojej radiowej koleżanki Magdy (vide Ma Ca - bo taki dźwiga pseudonim). Wywodzimy się z nieistniejącego winogradzkiego Radia Fan, choć nigdy nie było nam dane spotkać się w cztery oczy. Jesteśmy tylko facebookowymi znajomymi. Niegdyś zupełnym przypadkiem trafiliśmy na siebie, właśnie na Facebooku, u jakiegoś wspólnego znajomego, i tak od słowa do słowa... Okazało się, że podobnie odczuwamy stratę tamtej rozgłośni, a na dodatek lubimy identico heavy rwanie. Zostaliśmy więc dobrymi znajomymi, pomimo iż tylko w wirtualnej rzeczywistości. Niedawno Ma Ca poprosiła mnie o ten konkretny Rainbow, no a że to również moja ulubiona płyta Tęczowych (jej także), poszło więc w eter naturalnie.
- Magic
- Spotlight Kid

PRAYING MANTIS - "Keep It Alive!" - (2019) - najnowsze koncertowe nagrania Modliszek. Rzecz zarejestrowana podczas ostatniej edycji Frontiers Rock Festival w Mediolanie. Tak tak, to jest to samo miasto, w którego granice wbito niegdyś puentę pewno dowcipu, z italiano końcówką: milicjanto iterwento pelerynę pierdolnięto. Wracając jednak na muzyki łono, Praying Mantis od dłuższego czasu nie schodzą z afiszu. Ich forma doskonała, aktywność wydawniczo-sceniczna także, no a "Keep It Alive!" tylko potwierdza, jakim błędem było niedotarcie na ich niedawny polski koncert. I niech sobie gadają, że to Iron Maiden dla ubogich. O Barclay James Harvest, względem The Moody Blues głoszono podobnie, a obie ekipy przecie równie bezbłędne.
- Mantis Anthem

LOVE KILLERS feat. TONY HARNELL - "Love Killers feat. Tony Harnell" - (2019) - melodic metal, o typowo ejtisowym zabarwieniu. Dobrze w takim odzieniu Tony'emu Harnellowi. Facio nareszcie pojął, że natura stworzyła go do śpiewania właśnie takich melodii, i oby nikt mu tylko nie namieszał w głowie, by zawracać z właściwego kursu. Nóżka sama chodzi.
- No More Love

DAN McCAFFERTY - "Last Testament" - (2019) - na najnowszym solo albumie ex-wokalisty Nazareth ukonstytuował się bolesno-melancholijny klimat piosenek, niekiedy z pięknymi szkockimi motywami. I tak, jak na twarzy McCafferty'ego wybrukowały się liczne zmarszczki, tak też ich urok idealnie wtopił się w odpowiednio podniszczony głos, jakim maestro od zawsze dysponuje, a za sprawą którego jakże wiarygodnie i przejmująco brzmią te piosenki. Ballada "Why" to najpiękniejsze sześć minut 2019 roku, w materii sercowego śpiewania.
- Why
- Looking Back

CHASING THE MONSOON - "No Ordinary World" - (2019) - muzyka cudo. Rock podlany brytyjskim folkiem, z najbardziej okazałych jego zakątków. Muzyka tak subtelna, finezyjna i jednocześnie oczyszczająca, iż powinno się jej walory zapodawać na rehabilitacyjnych zajęciach sanatoryjnych. To lepsze niż marnowanie czasu w kościółkowych nawach, w których od tego bezsensownego klęczenia można tylko portki pobrudzić. Dawno nie słyszałem bardziej uduchowionej twórczości. Ludzie byliby lepsi, gdyby tylko potrafili szarpać emocje właśnie z takich źródeł, zamiast z konfliktowych religii.
- Chasing The Monsoon
- Circles Of Stone
- Innocent Child
- December Sky
- Lament

ROBERT PLANT AND THE SENSATIONAL SPACE SHIFTERS - "Lullaby And... The Ceaseless Roar" - (2014) - najlepsza piosenka Pana Roberta w ostatnim dwudziestoleciu, a kto wie, czy nawet nie od czasu na pół-genialnej płyty "Fate Of Nations". Kocham jegomościa, choć biję się w klatę, rzadko słuchamy jego głosu w Nawiedzonym.
- Embrace Another Fall - {wspomagający śpiew JULIE MURPHY}

OF MONSTERS AND MEN - "Fever Dream" - (2019) - młodość, jeszcze raz młodość. Jakże świeżo brzmi ta muzyka. Jest w tym piosenkowym indie rocku lekkość i szczerość intencji. Ok, ta muzyka murów nie przebije, nie zmieni naszego myślenia, nie wyzwoli też żadnych rewolucji, ale dostarczy sporo przyjemności. A to, niczym endorfiny.
- Waiting For The Snow
- Vulture, Vulture

BLACK MARBLE - "Bigger Than Life" - (2019) - jednoosobowa załoga, a więc ni to zespół, ale też nie typowe solo, skoro Chris Stewart dokonuje sztuki pod banderą "Black Marble". Proste, elektroniczne piosenki, wbite w typowe dla lat osiemdziesiątych portki. Zapewne wielbiciele archeo synth-popu, spod znaku Human League, Visage, OMD czy Depeche Mode, wciągną z podniety to powietrze do swych płuc, a kto wie, być może nawet stawią się w lutym do poznańskiego klubu "Pod Minogą" - wszak taka muzyka na żywo, to niebo w gębie.
- One Eye Open
- Daily Driver

URIAH HEEP - "... Very 'Eavy ... Very 'Umble" - (1970) - jeśli już rozprawiamy o poznańskich koncertach, czas teraz na Jurajkę - 3 lutego w Tamie. Byłem na nich równo przed rokiem we Wrocławiu, było kapitalnie, więc nie przegapcie. Niestety mnie na ten dzień przypada wyjazd do Berlina. Wybieramy się z Tomkiem Ziółkowskim na koncert Keane. To jedno z moich marzeń, więc już tylko na samą myśl przebieram nogami. No chyba, że go odwołają (tfu tfu - odszczekaj Masłowski!), wówczas na bank i wielką chęcią zawitam po raz trzeci w życiu na kompanię dowodzoną przez Micka Boxa.
- Come Away Melinda
- Wake Up (Set Your Sights)

JETHRO TULL - "Catfish Rising" - (1991) - kolejny anons zbliżającego się koncertu w naszym pięknym Poznaniu. W ogóle będzie to cała trasa, podczas której Dżefrotale zagrają przy okazji kilka koncertów w Polsce. Bardzo bym chciał, ale ze względów ekonomicznych nie dam rady. Berlin na pewno ostro mnie wycieńczy. Zakupy płytowe w tamtejszym Saturnie zapewne całkowicie wyczyszczą mój portfel. A płyty trzeba mieć, by tworzyć audycje i nie tylko. Opowieściami o koncertach nie nakarmię Słuchaczy. C'est la vie, my friends.
- White Innocence

FLEETWOOD MAC - "The Dance" - (1997) - genialna wersja najlepszego numeru legendarnego longplaya "Fleetwood Mac". Dłuższa i niewspółmiernie bardziej uduchowiona od swego pierwowzoru. A wszystko z czasów, gdy MTV klajstrowało na tak wysokim poziomie koncerty. Spójrzcie na okładkę, Mick Fleetwood stoi dokładnie tak samo, jak na wierzchniej stronie albumu "Rumours".
- I'm So Afraid

FLEETWOOD MAC - "Time" - (1995) - płyta taka sobie, lecz jej finał obłędny. Siedem, niemal medytacyjnych minut, w których m.in. usłyszymy: w tych dziwnych czasach zaglądam do swego serca, i widzę ciemność. Ciemność, nie światło. Światła nie ma - przynajmniej dla mnie. Przepiękna kompozycja, której nigdzie w radio nie usłyszycie - za wyjątkiem N.S.
- These Strange Times

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA - "Time" - (1981) - jedna z moich życiówek. W 1981 roku leżałem przez trzy tygodnie w szpitalu i codziennie słuchałem radia, które dość głośno nastawiały panie pielęgniarki w swojej kanciapie. Po kilka razy na dobę serwowano kawałek "Hold On Tight", którym byłem zauroczony. Kto wie, być może właśnie ta piosenka doprowadziła mnie wówczas do stanu użyteczności? Już wtedy marzyłem o nadchodzącej całej płycie "Time". Wiedziałem, że będzie genialna, a ta nie oszukała mnie nic a nic. Moi Rodzice postanowili zmniejszyć moje szpitalne cierpienie i zamówili płytę u koleżanki mojej Mamy, która akurat wyjeżdżała na Zachód. Cena upragnionego winylu była równoznaczna z połową wypłaty jednego z moich "staruszków". Ale zrobili to dla mnie. Bo najprawdopodobniej lubili swego małoletniego darmozjada, a być może nawet kochali? Płytę otrzymałem już rozfoliowaną. Synalek koleżanki Mamy musiał ją sobie najpierw przegrać. To ten gostek, który nie pozwolił trzy lata wcześniej na moim kiepskim gramofonie odpalić własnego egzemplarza Smokie "Bright Lights And Back Alleys". A jak szybko czas pokazał, był to kolejny ćpun darmowej muzyki - już wówczas takich nie brakowało. Nieważne, nie przeszkadzało mi, choć nie ma nic piękniejszego, jak samemu rozpieczętować nówkę nierdzewkę. 
Zabarwiona prześlicznymi - szybszymi bądź powolnymi - piosenkami opowieść o człowieku lat osiemdziesiątych, zabranym do roku 2095, w którym staje on przed dylematem, gdzie żyć? Czy w postępie technologicznym czy może jednak zwycięży tęsknota za dawnymi czasami. Jego marzenia o życiu w przyszłości szybko legły w gruzach. Okazało się, że nie czekało tam na niego nic ciekawego, pora więc było wracać do pozostawionej teraźniejszości. Już tylko na podstawie tej płyty myślę, że rozumiecie Szanowni Państwo, dlaczego nie potrafię zaakceptować tych ostatnich dwóch brudnopisów, opatrzonych szyldem "Jeff Lynne's ELO".
- Prologue
- Twilight
- Yours Truly, 2095
- Ticket To The Moon

KARNATAKA - "The Gathering Light" - (2010) - na dokładkę dla tych, którym spodobała się płyta grupy Chasing The Monsoon. Ponownie wokalista Lisa Fury, ale i sekcyjna część tamtego otoczenia. W przypadku tej 12-minutowej kompozycji można powiedzieć, i o ładnym śpiewaniu, jak też przede wszystkim, o jeszcze bardziej łapiącym za serce graniu. Co tutaj wyprawia gitara! Tak, bez wątpienia, był to najpiękniejszy fragment wczorajszego wydania Nawiedzonego Studia. A to, że z uwagi na późną porę posłuchali go tylko nieliczni, nikogo nie usprawiedliwia. Dzisiaj święto, można było odespać.
- Forsaken

THIN LIZZY - "Bad Reputation" - (1977) - chciałem przypomnieć 3/4-te tego rewelacyjnego albumu, lecz czasu starczyło na trzy i półminutową dobranockę. W dodatku, utkaną z największego dostępnego tu przeboju. Ale czasu to mi wczoraj zabrakło na jeszcze co najmniej tuzin innych płyt. Zawsze go brakuje, więc żadne novum.
- Dancing In The Moonlight


Winyl swoje przeszedł. Okładka daleka od ideału, sama płyta również, ale od czego nieskazitelne kompakty.
Twenty/Twenty (year)
Jedna z fajniejszych płyt zakończonego roku.



Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



Gdzieś w przydomowej okolicy