poniedziałek, 10 lipca 2017

RAY WILSON - "Time & Distance" - (2017) -








RAY WILSON
"Time & Distance"
(JAGGY D / JAGGY POLSKI) 
****3/4




Gdyby przyszło mi wybrać się na koncert Raya Wilsona zapragnąłbym dokładnie takiej setlisty, jaką oferuje przed chwilą wydany podwójny "Time & Distance". Zresztą kto wie... przecież na początku września będzie się można o tym przekonać, choćby podczas planowanego poznańskiego koncertu w murach Zamku Cesarskiego.
W 2016 roku Artysta opublikował aż dwie premierowe studyjne płyty. Najpierw akustyczną "Song For A Friend", a kilka miesięcy później elektryczną "Makes Me Think Of Home", po czym wyruszył w europejskie tournee, dając serię ponad stu koncertów. "Time & Distance" stanowi za przemyślany miks z występów, jakie odbyły się wówczas w Holandii oraz Niemczech.
Obie płyty zgrabnie podzielono na dwa artystyczne lica, z którymi muzyk utożsamia się w jednolitym stopniu. Pierwsza podkreśla pole fascynacji, a i też odległej zarazem współpracy z grupą Genesis. Tak swoją drogą, właśnie we wrześniu br. upłynie równe 20 lat od premiery albumu "Calling All Stations" - jedynego Genesis'owskiego studyjnego dzieła składu: Ray Wilson / Tony Banks / Mike Rutherford. 
A przecież cztery miesiące później kolejna "dwudziestka" przypadnie jeszcze pierwszej wizycie Genesis w naszym kraju. Fantastyczny koncert w katowickim Spodku - właśnie w powyższym line-up'ie.
Powróćmy jednak do "Time & Distance". Na pierwszej płycie króluje duch Genesis. Całość otwiera tytułowy numer z albumu "Calling All Stations" - gwarantując przy tym podobny poziom dramaturgii, co jego dawny odpowiednik studyjny. Podobnie sprawa ma się z przebojowym "Congo" - za co szczególne brawa. Ray Wilson nie poszedł na łatwiznę i zaproponował pełną wersję piosenki, którą znamy właśnie z tamtego albumu. Niestety "Congo" singlowe i teledyskowe zostało pozbawione najbardziej podniosłego fragmentu, który jest ozdobnikiem całej ostatniej fazy. Widać muzyk wie, co dobre. Tak się składa, że wspominam teraz o samym początku i końcówce pierwszego kompaktu, a co pomiędzy? Ano piosenki, po które Ray najchętniej sięga podczas wielu Genesis'owskich koncertów, jak: "Home By The Sea", "Mama" czy "Follow You, Follow Me" - mając tylko na uwadze okres Collins'owski. Głównie zresztą Collins'owski, albowiem za wokalnego panowania Petera Gabriela bywamy w zasadzie z reguły świadkami interpretacji "barankowej" ballady "The Carpet Crawlers". To piosenka, którą Ray śpiewa z podobną chrypką, co Gabriel, i niemal identycznym zaangażowaniem. Oczywiście nie może podczas takich spektakli zabraknąć piosenek Genesis, do których szkocki Poznaniak ma szczególne serce. A więc kompozycji ze wspomnianej płyty "Calling All Stations", czego konsekwencją autentycznie mistrzowskie wykonania "The Dividing Line" oraz chwytającej za serce "Not About Us". Przyznam, iż szczególną radość sprawił mi wyciąg z jednej z najukochańszych płyt Genesis, jaką "A Trick Of The Tail". Proszę posłuchać Ray'owych wersji "Entangled" oraz "Ripples" - magia!
Nie wiem, jak autor tego wydawnictwa dogaduje się z Philem Collinsem ("Another Day In Paradise"), Mike'iem Rutherfordem i jego Mechanikami ("Another Cup Of Coffee") czy też Peterem Gabrielem ("In Your Eyes"), albowiem kompozycje powyższych już także na dobre wkroczyły do jego żelaznego repertuaru.
Cały czas tylko powtarzam: "Ray", "Ray Wilson", zupełnie jak by na scenie nie było nikogo poza nim. A na niej przecież jeszcze tylu znakomitych muzykantów, w tym też rodzimych akcentów, że wymienię dla przykładu wiolonczelistkę Agnieszkę Kowalczyk czy saksofonistę Marcina Kajpera. Ten ostatni dżentelmen gra również na flecie oraz intymnym shewee. Na scenie dziesięć osób, a więc orkiestra. To nic, że w przewidzianej dla jej ram najmniejszej liczebnej formie. Gitary, smyczki, dęciaki, i co nie tylko, mienią się swymi barwami w zależności od nastroju, od potrzeb. Dwojąc się i trojąc.
Pomimo, iż część Genesis'owska wypadła okazale, i jak zawsze przywołała dobre wspomnienia, to przyznam, że jeszcze bardziej wolę Raya Wilsona w jego autorskim repertuarze. Spod znaku: Ray Wilson lub Ray Wilson & Stiltskin. Myślę, że wkłada on w niego jeszcze kapkę więcej siebie. Jestem przekonany, że te pięć kwadransów z płyty nr 2 wszystkich o tym przekona. Znajdziemy tu 12 piosenek wyjętych z przeróżnych solowych płyt, tj. ze wspomnianych dwóch ubiegłorocznych: "Song For A Friend" oraz "Makes Me Think Of Home", ale i tych najwcześniejszych, jak: "Change" (kompozycja "Another Day") oraz "The Next Best Thing" (piosenka "Alone"). Do nich pomału również dobija blisko dziesięcioletnia, też już niemłoda "Propaganda Man" (nagrania: "Propaganda Man" oraz "Bless Me"), jak również dwie: "Ought To Be Resting" oraz finalizujące koncert "First Day Of Change" - z repertuaru Stiltskin i lubianej u nas płyty "Unfulfillment". Nie zapominając o jednej z trzech moich faworytek albumu "Chasing Rainbows" - utwór "Take It Slow".
Skrupulatne opisywanie koncertu troszkę zabiłoby Państwu radość obcowania z nim w czterech ścianach, wszak rolą recenzenta jest jedynie zwrócenie uwagi na ewentualne "za" i "przeciw", resztę pozostawiając odbiorcy. Przecież każdy nabywca tego albumu będzie najlepszą dla niego wyrocznią. Mnie jednak w tej nieGenesisowskiej części wydawnictwa najbardziej zachwyciły: "Propaganda Man" - ze świetną długą gitarową solówką Aliego Fergusona, "Take It Slow" - to w ogóle klejnot jakich mało, a jeszcze dopełnia jego kolorytu nasz Marcin Kajper, którego saksofonowa partia dosłownie zmiata wszystko, aż po horyzontu kres. Nawet Ray Wilson daje się temu ponieść, rzucając słówko o muzyku ku publiczności. Z saksofonem Pana Marcina jeszcze okazalej rzecz się przedstawia w genialnej interpretacji "Makes Me Think Of Home" - przy okazji niech to posłuży za ostrzeżenie dla słabszych serduszek. Publiczność też podekscytowana, da się wyczuć. Po zakończeniu maestro Wilson zaznacza, że to nowa piosenka. No tak, choć przecież wówczas była w zasadzie jeszcze gorąca.
"Bless Me" - dodatkowo zachwyca niemal niekończącym gitarowym solo, mocno podszytym pradawną psychodelią. Z kolei przejmująca, jak też podniosła ballada "First Day Of Change" - już za czasów zreformowanych Stiltskin - przykuwa subtelnie podszytymi smyczkami. A propos smyczków, cóż za wstęp za ich przyczynkiem do "Old Book On The Shelf". No i jeszcze niezwykłe "Song For A Friend" - poświęcone przyjacielowi Raya Wilsona, który popełnił samobójstwo, ponieważ jako inwalida - w wyniku złamania kręgosłupa - nie był w stanie się z tym faktem pogodzić, więc pewnego dnia za sprawą własnego inwalidzkiego wózka zsunął się z pewnego podjazdu w kierunku morza. Niezwykła historia - piosenka również. Na tym podwójnym albumie spotka nas jeszcze wiele ciekawych innych. O niektórych pomiędzy wierszami kilka słów dorzuci sam ich autor. Polecam się zagłębić, posłuchać... Ray Wilson udowodnił, że dysponuje klasową orkiestrą, ale przede wszystkim sam w sobie skrywa TAKI głos, że niejeden rockowy śpiewak pęknie z zazdrości.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")