czwartek, 31 marca 2011

www.bobyk.pl

O realizującym "Nawiedzone Studio" Maćku zrobiło się głośno (i słusznie!), tak więc przy okazji chciałbym polecić Wam stronę internetową, jaką mój nadworny realizator prowadzi. Poza sympatyzowaniem z radiem czy muzyką, chyba największą pasją Maćka jest fotografia, a co za tym idzie, zwiedzanie ciekawych miejsc, bądź też wszelakie koncerty, imprezy, ciekawe festyny czy odjazdowe zloty, ale i także ustronne miejsca, często zapomniane lub zdewastowane. Czyli wszystko to, co jest ciekawe dla oczu artysty, postrzegającego świat na wiele sposobów, a nie zawsze uchwytnego dla zwykłego oka. Maciek uwielbia takie miejsca, gdzie przeciętny zjadacz chleba mógłby stracić zdrowie ,a nawet życie. Potrafi penetrować podejrzane miejsca, wspinać się po zardzewiałych rurach, drabinach, rozsypujących murach, itd... Oglądając czasem jego zdjęciowe prace w moich żyłach mroziła się krew. Zapraszam do odwiedzin jego strony. Znajdziecie tam być może zdjęcia z jakiegoś koncertu, w którym uczestniczyliście.
adres strony:   www.bobyk.pl

FISH - po koncercie w Blue Note - "znowu" w odpowiedzi na komentarz Jadisa :-)

 Dotyczy komentarza Jadisa, do wpisu pod tekstem: "FISH, Poznań, 30 marca 2011, klub "Blue Note". Już po koncercie"

Jadisie, jak ja Ciebie rozumiem. Serio ! Często miewam te same problemy. Muzyka to wyobraźnia, magia, ... ,a na scenie często tę magię zabija dla przykładu pięciu spoconych facetów, którzy mają już brzuszki, są brzydko niedogoleni, mają braki w uzębieniu, a przede wszystkim są zwyczajnymi ludźmi, takimi jak my. I czar pryska. Pamiętam mój pierwszy kontakt z muzyką Pink Floyd. Byłem niepełnym 13-latkiem, i przysięgam, taki byłem naiwny, iż nie mogłem uwierzyć, że utwory "On The Run" czy "The Great Gig In The Sky" stworzyli (powiedzmy) zwykli ludzie. Byłem przekonany, że to moc kosmosu. Jakież rozczarowanie mnie spotkało, gdy zobaczyłem kto to gra. Dzisiaj kocham tych facetów, bowiem nagrali moją płytę życia ("Dark Side Of The Moon"), ale wtedy...!  To, że niektóre koncerty sobie odpuściłem i zamieniłem na zakup jednak kolejnych płyt, często było tym właśnie podyktowane, co Jadis i ja odbieramy podobnie. Widziałem w swoim życiu na żywo Roberta Planta, Rogera Watersa, Ozzy'ego Osbourna, Phila Collinsa, Stinga i wielu, wielu innych..., i wcale nie do końca jestem z tym szczęśliwy. Wybieram jednak mój ukochany pokój z odtwarzaczem CD, gramofonem i tysiącami płyt (a co, nie można się pochwalić?), mój dywan, moje łóżko służące za stolik, szklankę z pepsi colą (lepszego napoju niealkoholowego nie wymyślono) ,itd... To w nim czuję się najlepiej, to w nim muzyka smakuje najcudowniej. To jest mój azyl, to jest moja wyspa skarbów. Nie zamieniłbym tego miejsca na żadne sale koncertowe, stadiony,... Oj nie !!!   Jadisie, jak to dobrze, że są jeszcze tacy ludzie jak Ty, tak czujący klimat. Czym jest YES, gdy patrzy się na Jona Andersona, który rączkami przebiera niczym przedszkolanka śpiewająca z dziećmi wierszyk Brzechwy. Ileż magii pryska, kiedy to Ozzy pokazuje nam swoje r'n'rollowe gołe dupsko? Jest tylko śmiesznie i tyle. Słuchając tych samych ludzi na płytach, świat staje się inny. Jon Anderson porywa nas do krainy fantazji, tak pięknie przy okazji podsuniętej przez rysownika i malarza Rogera Deana. Ozzy, gdy śpiewa "The Wizzard" rysuje się w moich oczach niczym czarnoksiężnik, a taki "Sabbath Bloody Sabbath" wyciąga ze mnie wszelkie diabelskie myśli. Żaden koncert i nawet najlepsza scena, lasery, światła,...nie pobiją języka wyobraźni. Dlatego żadne DVD nigdy nie będzie równać się ze zwykłą płytą audio, taką do intymnego słuchania. Na zasadzie muzyka i ja. To zapewne dlatego wolicie częstokroć książki od filmów, a artystów słuchać zamiast z nimi mieszkać. Wyobraźnia do rzecz piękna, pokazuje świat lepszym niż jest , i właśnie dzięki niej wiele rzeczy ma sens.

P.S. Choć żeby być szczerym do końca, dodam, iż ja także posiadam sporo muzyki koncertowej na DVD, którą lubię. Ale tylko jako smakowity dodatek.

LEAP DAY - "Skylge's Lair" - (2011) -

 LEAP DAY - "Skylge's Lair" - (OSKAR) -



Holenderska grupa Leap Day, należy do sektora mało znanych współczesnych twórców szeroko pojmowanego rocka progresywnego. O ile termin rock progresywny w dzisiejszych czasach jest należycie jeszcze rozumiany. Powielanie pomysłów stworzonych przed kilkoma dekadami przez Pink Floyd, Genesis, Camel czy Marillion, raczej z rzadka znajduje dzisiaj godnych naśladowców. A mimo to wielu próbuje. Leap Day jest jednym z takich zespołów. Grupa jawi nam się jako sekstet, z dwoma gitarzystami, dwoma klawiszowcami, basistą i perkusistą. Wokalista Jos Harteveld (przy okazji gitarzysta akustyczny) jest ,w moim odczuciu, najsłabszym ogniwem zespołu. To znaczy, dobrze gra i należycie śpiewa, ale w jego głosie brakuje mi polotu, no i "tego czegoś". Jest jakiś taki bezbarwny, zupełnie jak tuziny wokalistów współczesnych neo-progresywnych bandów np.z Włoch, Hiszpanii, bądź Ameryki Łacińskiej. Bez obrazy dla ich narodowości, chciałbym zostać dobrze zrozumiany. Chodzi mi raczej o trzecioligowość, a wręcz amatorszczyznę, jaka najczęściej (są wyjątki) kłuje po uszach w takim graniu z owych miejsc. Jednak niesprawiedliwym byłoby karcić cały zespół, który stara się jak może, a nawet  często ładnie i rzetelnie gra. Na dzieło "Skylge's Lair" przypada osiem kompozycji, przeważnie 6,7 czy 8-minutowych, czyli rozbudowanych, lecz nie suit. Muzyka Lead Day ewidentnie opiera się na motywach i pomysłach zaczerpniętych od w/w zespołów, jednak znacząco ustępującym ich poziomowi. Jedynym naprawdę ładnym i poruszającym fragmentem tego albumu jest utwór "Walls", zbliżony poziomem do dokonań np. IQ, Jadis czy tym podobnych kontynuatorów mistrzowskich grup. Cały utwór przywołuje ducha starych dzieł Yes czy Genesis, a do tego pod jego koniec Eddie Mulder gra floydowskie gitarowe solo w klimacie utworu "High Hopes". Już choćby dla tego utworu warto zapisać w swoim notesie nazwę grupy Leap Day i śledzić ich ewentualne dalsze poczynania.
Na koniec dodam jeszcze dwie rzeczy, mianowicie ich poprzedni album "Awaking The Muse" (2009), w mojej ocenie, był dużo lepszy muzycznie i lepiej wyprodukowany, choć zarówno za produkcję i realizację odpowiedzialny był ten sam człowiek, Derk Evert Waalkens. A drugą sprawą jest to, że płyty tego zespołu wydaje na cały świat  poznańska firma Oskar, która jest wydawcą płyt choćby takich  grup, jak krajowe Ceti czy After, a w przeszłości także dokonań Colina Bassa, basisty grupy Camel.


"NAWIEDZONE STUDIO" 
w każdą niedzielę w RADIO "AFERA" - 98,6 FM (POZNAŃ) - godz. 22.00
posłuchaj na żywo w internecie !!!

HEARTLAND - "Travelling Through Time" - (2011) -

HEARTLAND - "Travelling Through Time" - (ESCAPE MUSIC) -



Brytyjska grupa Heartland obchodzi w tym roku 20-lecie pracy scenicznej, co zresztą de facto świadczy o ich latach istnienia. W kręgach fanów melodic rocka grupa uchodzi za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli gatunku ,po roku 1990, czyli funkcjonującą w okresie nieprzychylnym dla tego typu grania. Jak wiemy, w czasach kiedy  Heartland startowali ze znakomitą płytą "Heartland" (1991), świat rocka oszalał na punkcie Pearl Jamów, Nirvan czy innych Soundgardenów, a kunsztowne i eleganckie muzykowanie musiało zakopać się na wiele lat w podziemiu. Kiedy cały ten grunge poległ na dobre, nie było już tyle miejsca na coraz to ciaśniejszej scenie rocka. Tym bardziej, że ogłuszone młode pokolenia nie miały zbyt wielu okazji do poznania takich zespołów jak Heartland, będąc otumaniane zewsząd zalewającą falą łomotów w stylu Prodigy, bądź wszelakich wymiotów rapowo-hiphopowych. W taki oto sposób, ładne gitarki, klawiszowe smaczki, i zgrabne melodyjki przyprawione na hard-rockowo, stały się produktem delikatesowym.
Muzycy do tej pory (o ile czegoś nie przeoczyłem) wydali dziesięć albumów, a omawiany właśnie "Travelling Through Time" jest dwupłytową kompilacją, podsumowującą dotychczasowy dorobek. Z tym, że nie do końca. Otóż, zabrakło w tym zbiorze utworów z rewelacyjnego debiutu ! Nawet wiem dlaczego. Po prostu tamtą płytę wydała inna wytwórnia, aniżeli wszystkie późniejsze dzieła, i wykupienie ewentualnych praw do kilku nagrań, które uświetniłyby tę składankę, podniosłyby poważnie koszty tegoż przedsięwzięcia.
Jest za to kilka niespodzianek, a są nimi: jeden całkowicie premierowy utwór "Search Goes On", a także aż sześć do tej pory niepublikowanych kompozycji, wśród których jest m.in. przeróbka klasyka "Long Long Way From Home" grupy Foreigner. W sumie ten 2-płytowy album zawiera aż 26 kompozycji. Trudno cokolwiek tutaj wyróżnić, bowiem grupa trzyma równy i wysoki poziom, zarówno wykonawczy jak i kompozycyjny. O czym nie trzeba chyba przekonywać znających dotychczasową twórczość grupy. Ale nawet jeśli posiada się wszystkie regularne albumy Heartland, warto sięgnąć po ten zestaw. O ile premierowy utwór jest przyzwoicie dobry, o tyle tych 6 rarytasów będą stanowić ozdobę każdej kolekcji każdego entuzjasty melodyjnego rocka, spod znaku Foreigner, Toto czy Journey. Szczególnie wyróżniłbym kapitalny "A Man I'll Never Be", utrzymany w stylu amerykańskiej grupy Boston. Na koniec pragnę zaznaczyć, że o wartości grupy Heartland zadecyduje przede wszystkim charakterystyczny głos Chrisa Ouseya. Nie da się przejść obojętnie wobec jego maniery wokalnej, nieco zachrypniętej i szorstkiej, aczkolwiek paradoksalnie miękkiej, tylko z lekka surowej, za to bardzo krzykliwej. Jest to wokalista z gatunku wielbionych lub znienawidzonych. Niżej podpisany należy do tego pierwszego grona.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

środa, 30 marca 2011

FISH ,Poznań, 30 marca 2011, klub "Blue Note". Już po koncercie

Należę do tych szczęśliwców, którym udało się być na koncercie Marillion w poznańskiej Arenie, w dniu 28 czerwca 1987 roku. Mój bilet posiada numer 000634.  Kosztował wówczas 2.500 zł. Na koncert ten poszedłem z moją siostrzyczką, która długo mnie namawiała, pomimo iż bilet proponowała całkiem gratis. W tamtym czasie nie był to mój ulubiony zespół. Ich muzyka była dla mnie ciekawa, ale nazbyt trudna, a ja wolałem proste piosenki lub proste solidne łojenie. Byłem niespełna 22-letnim młodzieńcem, co może w pewnym sensie tłumaczyć moją karygodną postawę. Do tego dodam, że mocno leczyłem rany po niezagojonej i nieudanej miłości. Ale to właśnie ten koncert odmienił moje podejście do muzyki Marillion i wielu aspektów życia. W krótkim czasie pozdobywałem wszystkie albumy, wsłuchując się w muzykę, a później poznając teksty w audycjach ukochanego Tomka Beksińskiego, albo otrzymując je od moich kolegów. Tak się złożyło, że grupa ta nieco później stała się jedną z najważniejszych w moim życiu, a w pewnym momencie  była nawet całkowicie nie do pobicia. Wówczas wokalistą był Fish. Człowiek, który dzisiaj wystąpił w klubie "Blue Note", na koncercie akustycznym. Na którym to towarzyszyło Artyście tylko dwóch muzyków, gitarzysta Frank Usher oraz pianista. I choć na Fishu byłem już, nie wiem, 7 czy 8 razy, to ten dzisiejszy koncert był wyjątkowy. I niech w tym momencie, nie odzywa się krytycznie ten, kto nie był, bo na głupca wyjdzie.
Proszę uwierzyć, że gdy Fish wykonał przy pomocy publiki "Fugazi", to pękały nawet najbardziej skamieniałe serca. Gdy Artysta wszedł w tłum i zaśpiewał (a czasem i ryknął!) "Vigil In A Wildernerss Of Mirrors" to aż mi kręgosłup przeskoczył. Dodam, że nie zabrakło owacyjnie przyjętych "Punch And Judy" , "Kayleigh" czy "Sugar Mice". Ale i było "Family Business" czy "State Of Mind". Było jeszcze wiele, wiele innych smakowitych rzeczy. Było kapitalne rybie poczucie humoru, a także świetna komunikacja ze strony publiczności. Warto dodać, że kilka utworów Fish zaśpiewał na życzenie zebranego tłumu!
Bardzo mi się podobało. Moim dwóm kolegom także. Już nigdy nie powiem, że idę ojej kolejny raz na Fisha, i że ile razy można?. Nie, nie mam dość. Pomimo, iż ten szkocki drwal od dawna nie nagrywa muzyki, która mnie kładzie na łopatki, to kocham go za wiele cudownych rzeczy, jakie stworzył w odpowiednim czasie. I nikt tego nie zmieni. Zawsze oddam fanatyczny pokłon ku samej ziemi przed wszystkim co Fish stworzył z Marillion, a także za solową "jedynkę". Za późniejsze dzieła szacunek, ale za te wymienione przed chwilą pełne moje oddanie. I niech sobie smutni ludzie ględzą, że Fish to dla nich jest taki, śmaki czy owaki. Dla mnie to jest KTOŚ !

P.S. Ze stu znajomych zapytało mnie: czy słuchałeś koncertu w "trójce" w niedzielę?  Nie mam już sił odpowiadać na takie pytanie. Nawet nie wiem jak je traktować? Albo okazują mi te bestie pełne lekceważenie mojej osoby, albo mam do czynienia z ludźmi, do których się mówi, ale oni nie słuchają. Co zresztą w dzisiejszych czasach staje się normą. Każdy mieli językiem, chce by tylko jego słuchano, ale sam dureń uszy ma posklejane woskowiną. Ludzie !!! - mam wrażenie, że powiedziałem to już wszystkim,  nie posiadam radioodbiornika !!!! Błagam, zapiszcie to sobie gdzieś wreszcie. Nie posiadam od 8 czy 10 lat. Nie warto mi było naprawiać starego grata, albo kupować nowego urządzenia, skoro nie było po śmierci Tomka Beksińskiego już kogo słuchać w radio. Koniec kropka!

FIREWIND - "Days Of Defiance" - (2010) -

 FIREWIND - "Days Of Defiance" - (CENTURY MEDIA RECORDS) -



Grecki FIREWIND do niedawna funkcjonował sobie w cieniu wielkich scen, będąc jedną z wielu grup sprawnie grających na horyzoncie usymfonicznionego power metalu. Celowo podkreślam słowo "usymfoniczniony", gdyż to bardziej metal ,niż rock progresywny, jednak okazale nim przyprawiony.
Przyznam, że przed poprzednim albumem "The Premonition" (2008) , nie traktowałem grupy z należytym szacunkiem, lecz tamta płyta całkowicie to odmieniła.
Firewind posiadają wszystkie te składniki, które w tego typu graniu bardzo mi odpowiadają. Słychać, że Panowie nasłuchali się Iron Maiden czy Helloween, ale i nie obce im jest granie w stylu Stratovarius, Kamelot czy Royal Hunt. Muzycy nie oszczędzają decybeli, a co za tym idzie, naszych uszu - i dobrze! , a do tego są bardzo sprawnymi wymiataczami, i co najważniejsze - potrafią komponować! A to już nie każdy band złożony z długowłosych naparzaczy potrafi. Okazuje się, że nawet całkiem dobry wokalista, jakim jest Apollo Papathanasio, wcale nie jest najważniejszą kartą przetargową w Firewind, bowiem jedną z najważniejszych tutaj postaci jest klawiszowiec Bob Katsionis, o niezwykłej fantazji i polocie, a i pięknej grze rzecz jasna, a także wyborny gitarzysta, zarówno prowadzący jak i wirtuoz, jakim jest Gus G. , robiący ostatnio sporą karierę także w zespole Ozzy'ego Osbourne'a, u którego to pojawił się na ostatniej , niezłej płycie "Scream", w roku ubiegłym.
Krótko rzecz ujmując, Firewind czerpią ze wszystkiego co najlepsze i dobrze już znane w metalowym światku od lat, ale ujmują pomysłami, melodiami, wirtuozerią i młodzieńczą energią. Choć z muzyków żadne to młodzieniaszki. Każdy z nich, że tak brzydko powiem, zaliczył już po kilka zespołów czy projektów, a jednak nie popadają w rutyniarstwo. Może dlatego, że zamiast wypchanego portfela, bardziej cenią sobie życie w zgodzie z własnymi przekonaniami.
Najnowszy album nazywa się "Days Of Defiance" i zawiera 13 kompozycji w jego wersji podstawowej, a w efektownym limitowanym digibooku o 3 więcej, w tym niezłą przeróbkę "Breaking The Law", klasyka z repertuaru Judas Priest, wcześniej dostępnego tylko na samplerze do jednego z metalowych magazynów. O ile dodatki cieszą, to jednak najważniejsza jest sama podstawowa setlista. Niecierpliwi, którzy skoncentrują swą uwagę tylko na początku albumu, dostaną za karę po nosie. cała rozkosz rozpoczyna się od trzeciego "Chariot" i od tego fragmentu już do końca musimy wykazać się dobrą kondycją, taką, jaką serwuje nam zespół. Nie ma już później czasu na chwilę wytchnienia. Album atakuje nas i zaskakuje. Już pomijam, że takie cacka jak "Heading For The Dawn" aż chce się posłuchać z dziesięć razy po rząd. Niemal podobnie nie pozwala ustać w spokoju instrumentalny "SKG" , gdzie klawiatura Katsionisa wręcz iskrzy się pod naciskiem i pędem jego palców, a i zgrabnie zasuwa po sześciu strunach sam Gus G.
To jedna z tych płyt, których słowami opisać nie sposób, ale gdy muzyka wedrze się do środka ludzkiej duszy, może przyjemnie pozbawić nas samokontroli.

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00

poniedziałek, 28 marca 2011

OCENA REALIZATORA "NAWIEDZONEGO STUDIA" - ANKIETA !!!

Drodzy Słuchacze Nawiedzonego Studia !

Chciałbym Was poprosić o ocenę realizacji programu "Nawiedzone Studio".
Nie chodzi tutaj o ocenę prowadzącego, a o realizującego Maćka Bobyka.
Uwaga ! - proszę o opinie szczere. Zarówno na plus jak i na minus. Czyli nie na siłę karcące lub na siłę zwyżkowe, po prostu rzetelne i zgodne z prawdą.
Mnie wydaje się, że wszystko jest dobrze, ale Maciek uważa inaczej. Od razu zaznaczę, że jeśli faktycznie jest źle, to jest to wina niestety moja. Chodzi o to, że przez moje wymogi odsłuchowe, sprzęt jest tak ustawiony, że nie spełnia oczekiwań względem odbiorców Nawiedzonego Studia. A przecież Oni ( czyli Wy) są najważniejsi.
Oceńcie nie jakość waszego sprzętu domowego, nie oceniajcie słabej mocy radiowego nadajnika, gdyż to nie wina nadajnika, bo ten jest mocny, ale koncesji, która sztywno to kontroluje, czytaj: tnie. Chodzi o jakość realizacji naszego programu. To znaczy, spróbujcie na podstawie innych programów ocenić jakość realizacji mojego głosu przez mikrofon, muzyki wydobywającej się z kompaktu i ewentualnych zgrzytów, szumów, bądź ich braku. W ogóle wszystkiego. Można wystawić tylko notę, nie trzeba komentować, choć jak najbardziej będzie to mile widziane.
Proszę Was o to. Wyniki chcę pokazać (przekazać) Maćkowi Bobykowi. I niech On sam to zobaczy, przemyśli i oceni. Właśnie dlatego wczoraj Maćka nie przedstawiłem w obsadzie programu, bowiem kategorycznie mi tego zabronił. Powiedział, że nie będzie się podpisywał swoim nazwiskiem pod czymś tak słabym.
Oto skala ocen:
1 - źle
2 - daleko do ideału, ale może być
3 - przyzwoicie, prawie dobrze
4 - solidnie dobrze
5 - bardzo dobrze
6 - wzorowo

Oceny proszę wpisujcie jako komentarz do tego tekstu.
Dziękuję.

DURAN DURAN - "All You Need Is Now" - (2011) -

 DURAN DURAN - "All You need Is Now" - (w Polsce płytę na licencji wydała firma MYSTIC PRODUCTION) -



Kiedy słyszy się deklaracje muzyków Duran Duran, że jeśli ich najnowsza płyta nie sprzeda się, to grupa rozleci się definitywnie, brzmi to jakby przystawiono fanom nóż do gardła. Zresztą nie tylko fanom, przecież samym sobie także. Ja ich kupuję w ciemno, a dopiero później zaglądam do środka i sprawdzam czy zawartość cieszy. Jeśli by tak postąpiło jeszcze trochę fanów, to ....  .
Nie muszę pisać, że normą staje się najpierw sprzedaż cyfrowa (w tym przypadku już w 2010 r.), a dopiero po upływie wielu tygodni (czasem i miesięcy) ukazuje się normalny nośnik w postaci płyty. Panowie z Duran Duran także trzymają się ustalonych ostatnio reguł. Jak dla mnie, reguł niestety kompletnie popapranych. Zbieracze płyt otrzymują ten album zatem dopiero w marcu 2011 !!!
"All You Need Is Now" pokazuje się na rynku po 4-letniej przerwie od czasu koszmarnego gniotu, jakim był album-nieporozumienie "Red Carpet Massacre", przygotowanym z myślą o odbiorcach beznamiętnej sieczki r'n'b czy współczesnego plastiku soulowo-podobnego. Na szczęście ten gniot nie sprzedał się dobrze i panowie z Duran Duran zostali zmuszeni powrócić do fajnego grania. Może już nie tak chwytliwego i pomysłowego jak na znakomitym comebackowym albumie "Astronaut" (2004), ale jednak będącemu pomostem pomiędzy nowoczesnym brzmieniem, a starymi melodiami i patentami, rodem z ich pierwszych trzech płyt.
Początek płyty może jednak nieco przestraszyć dawnego fana zespołu. Te miksy, przestery i elektroniczny łomot, wcale nie zapowiada, że po chwili sprawnie wskoczy w to miła melodia i mniej natarczywy rytm. Rozumiem, że grupa chce nam podsunąć na początek to, co leży w ich obecnych zainteresowaniach. Tę pastylkę da się przełknąć, tak samo jak i następną dość przeciętną w postaci "Blame The Machines". Co prawda już nie tak techno-nachalną, ale też i z mniej chwytliwą melodią. To co fajne, a nawet najfajniejsze, grupa zamieściła na pozycjach 3 i 4. To jest Duran Duran najwyższej próby. Kapitalny i przy okazji bardzo chwytliwy "Being Followed" powinien okupować listy przebojów, zaś najpiękniejszym fragmentem płyty jest jednak balladowa, następna w kolejności porządkowej, kompozycja "Leave A Light On". Do bólu nasuwa skojarzenia z "Winter Marches On" oraz "A Matter Of Feeling" ze świetnej "Notorious" (1986), ale lśni niczym perła w koronie. I choć później na albumie jest jeszcze dziesięć kompozycji, tzn. osiem + dwie miniatury, to nic już tak serca wysoko nie unosi. Mimo to, płyty nadal dobrze się słucha. Np. "Safe (In The Heat Of The Moment)", to taki typowy Duran dla drugiej połowy lat 80-tych, z soulującą gitarką, żeńskim chórkiem i tanecznym rytmem. Sprawia wrażenie kompozycji już gdzieś kiedyś słyszanej. Podobnego uczucia doznałem przy nieco rąbankowym, ale i paradoksalnie fajnym "Other People's Lives". Jednak w życiu nie zamieniłbym tego utworu na następującą po chwili balladę "Mediterranea", gdzie ładna partia klawiszy snuje się niczym rozmarzony akordeon. Do tego ponownie ładna melodia nie pozwalająca przejść obojętnie obok takiego utworu. Są także rzeczy fajne i paradoksalnie niedoskonałe zarazem, jak np. utwór "Runway Runaway", z mętną i niechwytliwą zwrotką, ale za to ze świetnym soczystym i witalnym refrenem.
W sumie, każdy z sympatyków niegdyś najlepiej ubranego zespołu świata, znajdzie tutaj coś dla siebie. Bo to dobra płyta, momentami nawet bardzo dobra, ale nie wolno ciągle żyć wspomnieniami i oczekiwać arcydzieł na miarę pierwszych czterech albumów czwórki przystojniaczków z Birmingham. O przepraszam, piątki. Nie zapominajmy, że swojej gitary dołożył tutaj mocno (na całej płycie) Dom Brown, którego w książeczce wyszczególniono tylko niewytłuszczoną czcionką.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

RICHARD PAGE - "Peculiar Life" - (2010) -

 RICHARD PAGE - "Peculiar Life" - (LITTLE DUME RECORDINGS) -



Piosenki w rodzaju "Kyrie" czy "Broken Wings" do dzisiaj chętnie są grane przez rozgłośnie radiowe, a i na brak odbiorców nie muszą narzekać. I choć są to wielkie przeboje, to założę się, że gdyby zrobić sondę uliczną i zapytać tysiąc przechodniów, jaki wokalista je śpiewa, to bez obrazy, może jedna osoba wymieniłaby nazwisko artysty, a ze trzy - cztery wskazałyby na nazwę Mr. Mister. Zespołu, który przecież wykonywał owe hity, a w którym to śpiewał właśnie Richard Page. Winę za taki stan rzeczy ponoszą durnowate radiowe szafy grające, w których "mieli" się w kółko te same hity, nie podając nawet słownie ich wykonawców.
Richard Page nie należy do twórców zbyt płodnych. Ostatni swój album "Shelter Me" wydał 15 lat temu. I choć zawierał kolekcję wysmakowanych piosenek nie odniósł należytego sukcesu. W roku 2010 w obozie jego i jego dawnych zespołowych kolegów wiele się zmieniło. Czwarty album grupy Mr. Mister, który nie ukazał się w okolicach 89/90 roku trafił do sprzedaży w roku ubiegłym , i niemal w tym samym czasie na półkach sklepowych pojawiła się solowa płyta Richarda Page'a, zawierająca 12 premierowych piosenek. Napisał je sam maestro, niektóre w pojedynkę, ale większość jednak przy pomocy różnych twórców. Warto nadmienić, że muzyk zaprosił kilkunastu muzyków, którzy zagrali na takich instrumentach jak: organy Hammonda, mandolina, tabla, akordeon czy puzon, no i rzecz jasna na podstawowej sekcji rytmicznej, czyli  gitara, bas + perkusja. Zresztą sam Richard Page, niegdyś basista w Mr. Mister, teraz obsługuje gitarę klasyczną oraz pianino.
Płyta nosi charakter wysmakowanego popu. Są to piosenki o przeróżnym charakterze, w których pojawiają się zarówno nuty soulowe, bluesowe czy lekko jazzowe. Śmiem nawet twierdzić, że płyta ta powinna zainteresować entuzjastów takich artystów jak: Don Henley, Boz Scaggs, Elton John czy Joe Cocker, itp...
A otwierająca płytę piosenka "A Kiss On The Wind" dowodzi, że era przebojowych lecz niebanalnych piosenek jeszcze się nie zakończyła. Dla mnie ten utwór to hit !  Jednak najmocniejszą stroną nowego dzieła R.Page'a są ballady. Nastrojowe, refleksyjne, ale i swobodnie płynące. Starannie opracowane aranżacyjnie, zagrane ze smakiem i wyczuciem. Po prostu piękne. Są to: "The Truth Is Beautiful" , "Peace Of Mind" (ze śpiewającą młodym głosem Ają Page, więc to chyba córka Richarda) , "Shadow On My Life" czy "Give It Away". Całość posiada pogodny charakter, no ale jakże może być inaczej jeśli się płytę nagrywa w słonecznej Kalifornii.
Warto zadać sobie trud w zdobyciu tej kolekcji smakowitych piosenek, tak przecież dzisiaj rzadko nas otaczających.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

sobota, 26 marca 2011

Po przegranej z Litwą - potęgą futbolu!

Polski futbol jest tak mocny, że pokonują nas takie mocarstwa jak Litwa. I żadnym wytłumaczeniem niech nie będzie kiepska murawa stadionu w Kownie. Jak się jest słabiakiem to zawsze coś przeszkadza. Wstyd Panowie Piłkarze, wstyd !!! Nie pamiętam meczu na Wembley, ale już świadomie śledziłem poczynania naszych od Mundialu w Niemczech w 1974 r. (3 miejsce). Pamiętam rozczarowanie, gdy w Argentynie zajęliśmy "tylko" 5 czy 6 miejsce. Byłem wściekły, bowiem wiedziałem, że Polska to było coś, a raczej ktoś. Później Hiszpania i znowu cudowne 3 miejsce. Wszystkie mecze pamiętam do dziś. Pamiętam ich atmosferę, pamiętam zamieszanie wokół. Cudo nie do opisania. Chociaż później było już tylko źle. Raz mniej źle, a raz bardziej. Teraz jednak jesteśmy już na dnie. O przepraszam, może być jeszcze "lepiej", gdy przegramy po wielkim boju z Etiopią lub po wypluciu płuc zremisujemy z juniorami z Andory lub Mongolii.
Proszę mi uwierzyć, ale ja naprawdę pamiętam czasy, w których takie ekipy jak: Norwegia, Finlandia, Izrael, Grecja, Albania, Cypr czy Szwajcaria, nie liczyły się w ogóle, bądź prawie w ogóle. Dzisiaj każda z wyżej wymienionych przetrzepałaby tyłki tym naszym śmiałkom. Gdybym ja grał z Orłem na piersi, to gryzłbym trawę. Duma by mnie rozpierała, że mogę mieć taką koszulkę na sobie. I dałbym z siebie wszystko. Kiedy patrzę na te nasze ofermy, którym piłka plącze się pod nogami, i bardziej przeszkadza ,niż daje radość z jej posiadania, to mam ochotę wskoczyć do telewizora i pokazać co i jak. Coś tu mi nie pasuje. W pierwszym składzie polskiej reprezentacji gra trójka "wybornych" graczy z lidera Bundesligi, a u Litwinów siedmiu graczy z polskiej "Ekstraklasy" (raczej "Extrakasy"), w tym m.in z takiej potęgi jak Arka Gdynia, i dostajemy po dupie, po profesorsku!  Biedny Franciszek Smuda. Człowiekowi o takiej bystrości umysłu i złotosłowia, zupełnie odjęło mowę. Panie Franciszku, pisz Pan już orędzie do narodu na czerwiec 2012 roku. Spiesz się Pan, bo będzie ono potrzebne bardziej na początek owego czerwca, niż na jego koniec.
A do tego wszystkiego jeszcze miejsce polskiego sportu zwalnia Adam Małysz. Ostatnia nadzieja, ostatnia wielkość i autorytet. To nic, że w dyscyplinie sportu lubianej i znanej najbardziej w krajach borykających się z niekończącą się zimą, gdzie Polska zupełnie przypadkowo jawi się niczym Lazurowe Wybrzeże z cudownym dzieckiem, zwącym się Adam Małysz. Takiego Orła Polska nie wykształci już chyba przez wiele pokoleń. Chyba, że ponownie wydarzy się cud. I się taki narodzi. A do tego nie podkupi go nam Niemiec lub Katarczyk. Acha,  i to niekoniecznie w skokach narciarskich. Wszystko jedno, może być szybownictwo, szachy, spadochroniarstwo,..., cokolwiek. Ale limit na cuda także się kiedyś wyczerpuje. Trzeba wziąć się do roboty. Mniej pychy, buty, a brać się do roboty! Łatwizną i hulaszczym życiem, daleko się nie zajdzie. Prawie 40 milionów ludzi żyje pomiędzy Odrą a Nysą, a po tyłkach nas leją narody szczuplutkie, a czasem wręcz wychudzone, jeśli chodzi o liczebność. Co to jest? Tamci ludzie są z lepszej gliny?
Już pomijam, co jest warta ta nasza "Ekstraklasa", te bitwy o mistrzostwo, o puchary, itd..., skoro jedenastu łapciuchów w konfrontacji międzynarodowej, wybranych pośród wszystkich ekip klasy najwyższej polskiej piłki, wychodzi na boisko już ze smutnymi i niepewnymi minami, by po sześciu kwadransach rywale tradycyjnie nam pokazywali, gdzie są drzwi.

czwartek, 24 marca 2011

Kącik "DEMOLUDY" - odpowiadając JADISowi

Odpowiadając Jadisowi na komentarz pod tekstem do III części o "Demoludach", pragnę dodać, iż ta blaszana OMEGA jest czwartym albumem w dyskografii zespołu. I choć jej koncertowość od lat jest podważana przez fanów, dziennikarzy, itd..., to grupa twardo obstaje, iż jest to stuprocentowy "żywiec". Faktem jest , że ten materiał nigdy wcześniej nie zaistniał w najmniejszym stopniu na jakiejkolwiek płycie studyjnej zespołu, a na tym koncercie publika reaguje jakby to były same hity. To faktycznie budzi pewne wątpliwości, no ale to w końcu muzycy wiedzą lepiej i pozostaje nam dać wiarę ich zapewnieniom.
Co do zespołu CITY. No właśnie, ta grupa pozostaje w naszym kraju praktycznie zupełnie nieznana, podczas gdy w Niemczech, czyli w swojej ojczyźnie, jest ogromnie popularna. Sam wielokrotnie doświadczyłem, bywając w niemieckich sklepach, że ich albumy są dostępne non stop i to w dużej ofercie. Mało tego, niemal każda kompilacja z rodzimym (niemieckim) rockiem, zawiera obowiązkowo kompozycje CITY. Niestety osobiście nie posiadam ich płyt, ale przy najbliższej wizycie we wschodniej części Berlina, odwiedzę Media Markt i kupię ich nagrania. Celowo podkreślam wschodni Berlin, gdyż do dzisiaj istnieje pewien podział, nie tylko mentalny, ale i kulturowy. We wschodniej części miasta, czyli w byłej NRD, można spokojnie kupić wielu wykonawców z dawnego bloku wschodniego, a w zachodniej części już niekoniecznie. Tzn. są jakieś odrzuty, odpadki lub płyty typu "The Best Of", ale jak coś konkretnego, to trzeba przedostać się na wschodnie landy, nie tylko Berlina, bo i czasem w takich małomiasteczkowych marketach spożywczych są działy płytowe, a tam na ich półkach sporo skarbów.
Jadis przypomniał o koncercie CITY w Poznaniu, a ja przypomniałem sobie o koncercie (chyba "Rock Arena 82" ) grupy EXODUS, na którym to udało mi się być, na dosłownie pięć minut przed rozwiązaniem zespołu. Muzycy występowali w takich białych kombinezonach, a'la OMEGA na "ósemce". Ale nie o EXODUSIE chciałem. Otóż przed nimi wystąpiła NRD-owska grupa BERLUC. Zagrali bardzo fajny koncert. Grupa ta nigdy nie była w Polsce znana, zresztą w Niemczech także niespecjalnie. A grali takiego kosmicznego rocka a'la HAWKWIND połączonego z heavy rockiem, czasem przechodzącego w rejony ballady. Teraz na wiosnę wybieram się do Niemiec, poszukam w sklepach, na bazarach, może kupię ich płytę lub płyty. Grupa wydała tylko trzy albumy. Nigdy nie słyszałem jedynki oraz trójki, ale przed laty słyszałem kilka utworów z drugiej płyty "Hunderttausend Urgewalten" (1982). Zresztą tę płytę grupa, powiedzmy w cudzysłowie, promowała wówczas w Polsce.
No i trzecia kwestia poruszona przez Jadisa, to propozycja powrotu w "Nawiedzonym"do konfrontacji oryginał-cover. Tak, to kącik bardzo lubiany przeze mnie, ostatnio jakoś zaniedbany, ale gdy tylko wena we mnie wstąpi, powróci.

DEAN REED "Czerwony Elvis" - poszukuję !

Mam wielką prośbę do braci blogowiczów, otóż w ubiegłym roku na stacji "Planete" został wyemitowany (nawet kilkukrotnie) dokumentalny film "Czerwony Elvis", o amerykańskim piosenkarzu Dean Reed'dzie. Rzecz to o artyście, który był skrajnym lewicowcem, a i ukochał sobie system komunistyczny i choć pochodził ze słonecznej Kalifornii, wolał zamieszkać w zgniłym NRD. W którym to żył do końca swych dni, umierając zresztą w do dziś niewyjaśnionych okolicznościach,  zresztą chodzą trzy mity o jego śmierci. Film bardzo fajnie pokazuje przebieg kariery piosenkarza, który w NRD był bożyszczem, a i w niektórych miejscach Ameryki Południowej otwierano przed nim salony. Szczególnie w Chile.
Jeśli ktokolwiek z Was to nagrał, to bardzo proszę o kontakt. Bardzo chciałbym to mieć. Zrewanżuję się być może jakimś innym rarytasem. Dzięki piękne z góry.

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 


"Demoludomania" , część trzecia już niebawem

Kiedy przed 1,5 tygodnia zaprezentowałem w Nawiedzonym SKORPIO i PANDORA'S BOX, a w minioną niedzielę dołożyłem "jedynkę" PUHDYS i kawałek z "siódemki: OMEGI, w życiu nie przypuszczałem, że tak mnie kopnie na punkcie dawnego rocka Braci Demoludów.
Powyciągałem z szaf stare analogi, ale i także wznowienia kompaktowe i zacząłem całodniowe przesłuchiwania muzyki, której za czasów PRL , wcale tak bardzo się nie kochało. Ta muzyka była produktem zastępczym dla nieosiągalnego zgniłego Zachodu (tak mawiano). Każdy z nas wolał Rolling Stones'ów, AC/DC czy Presleya, zamiast ELECTRĘ, DIE PUHDYS, KREIS, STERN COMBO MEISSEN czy KARAT. A że nie było tego czego się pragnęło, to brało się co jest. To dlatego moje pokolenia są tak dobre i osłuchane w East Rocku, a nie gdyż tak to kochaliśmy. Jednak, gdy tamtej muzyki słucha się dzisiaj, wrażenie jest zupełnie inne - dużo lepsze ! Okazuje się, że przeciętni DIE PUHDYS brzmią dzisiaj znakomicie, a ich pierwsze dwie płyty są po prostu genialne. To samo można rzec o węgierskich SKORPIO, LOCOMOTIV GT, OMEGA, KATI KOVACS czy niemieckich KARAT, ELECTRA czy KARUSELL i wielu innych. Teraz, kiedy każdy z nas zna już na pamięć wszystkie najlepsze anglo-amerykańskie płyty, łatwiej jest posłuchać i docenić wykonawców ze Wschodu. Wcale nie byli oni gorsi od bogaczy z kapitalistycznego Zachodu. Może nie mieli takiego sprzętu, takich producentów, warunków studyjnych, pieniędzy,...., ale posiadali duszę. Musieli w tekstach przemycić umiejętne przekazy, które aparatczykowie cenzorzy by przepuścili dalej, nie rozszyfrowując przesłania. A muzycznie? No właśnie, mając same przeszkody do pokonania, te grupy siłą ducha wspaniale się organizowały i prawie z zerowymi zasobami w sakwie brzmieli często ze swoim kiepściutkim sprzętem, jak ich rówieśnicy z zachodu. Po kilkunastu dniach oglądania okładek, słuchania płyt i czytania niemieckiej encyklopedii o East Rocku, doszedłem do wniosku, że wzięło mnie na dobre.
A piszę to po to, by zasygnalizować, że w najbliższą niedzielę czeka nas kolejny krótki, już trzeci z rzędu, kącik "Demoludy". Już wiem co zagram. Jeszcze muszę tylko zgrać jednego winyla na CD. I poleci w eter! Cieszy mnie, że i Wy załapaliście o co chodzi, a niektórzy wręcz stanowczo się dopominają o stare komunistyczne rockowe wymiatanie.
Oczywiście uspakajając pozostałych, dodam, iż śledzę nowości na bieżąco, kupuję płyty, pomimo regresu mojego portfela, a i dostałem kilkanaście przepysznych promówek. Wiadomo, nie wszystko w radyjku zagram. Są ładne płyty z muzyką , której w "Nawiedzonym" słuchać nie chcecie, tak więc te pozostawię tylko dla siebie, ale całą resztę (oczywiście tę lepszą) zabierać będę na niedzielne wieczoro-noce.

wtorek, 22 marca 2011

małe "j" jak jarosław - wielbiony przez antysemitów

"Wielki jarosław" robi podstawowe zakupy w sklepie za ponad 50 zł i udowadnia Premierowi Tuskowi, że te same artykuły 3,5 roku temu kupił by za niecałe 25 zł. Szybko okazuje się, że te same produkty można dzisziaj kupić za 37 zł, a nie 55, a przed 3,5 roku trzeba by zapłacić ok. 30 zł. Różnica przez te ponad trzy lata wynosi zatem 7 zł, a nie 30. Ekonomiści od razu prostują, że ceny żywności oszalały na całym świecie i nie jest to tendencja polska, a oszalał cały świat. Oczywiście rozumiem, pół roku do wyborów, propaganda wielkiego jarosława jest zrozumiała. W końcu wielu się na to nabierze. I żeby było jasne, sympatykiem żadnej partii nie jestem i  nigdy nie byłem. Ale kretynem zrobić także się nie dam.
Prawda jest taka, i tu rację Romanowi Giertychowi przyznać muszę, że Premier zamiast spotykać się z rozkapryszonymi artystami w "Drugim Śniadaniu Mistrzów" w najbliższą sobotę i płaszczyć przed nimi, bo ci obrazili się na Platformę, to Premier Tusk niczym dziecko stawi się w piaskownicy, by podać wiaderko i łopatki do wspólnej zabawy, a rozkaprysiątka może się więcej obrażać nie będą, przez co ich cieplejszy ton może pomoże w nietraceniu elektoratu. A jarosław idzie do sklepu, niczym na plan boju i przemawia do całego narodu. A właściwie to nie idzie, tylko jedzie sejmową limuzyną, z wcześniej powiadomionymi dziennikarzami. Co gorsza, skutecznie, strzelając Premierowi gola nie do obrony. Zaczynam wierzyć, że sympatyczny jaruś wygra te najbliższe, upragnione ambicjonalnie wybory. Lud kupi puste hasła i obietnice. Przy okazji lud sprzeda spokój i normalność. Pewien Pan powiedział mi niedawno, że jarosław jest przynajmniej patriotą. Hmm. Zarówno on ,jak i jego owieczki są nawet nazbyt patriotyczne, co udowodnił wczorajszy wieczór u Tomasza Lisa, przesiąknięty antysemickimi dowodami, sfilmowanymi przez uczestników "patriotycznych" wieców i spotkań owych kurw maci.
Ludu Drogi, Bierzta Co Chceta, skoro demokracji głos daje Wam na to przyzwolenie. Bierzta losy tego kraju w swoje ręce. Ja już nie mam siły głupocie tłumaczyć, po której stronie stoi normalność, a gdzie Ciemnogród.

poniedziałek, 21 marca 2011

YOGI LANG - jak było wczoraj, tj 20.III.2011 (w godz. 20.15 - 21.30) w "Blue Note"

Obiecałem napisać kilka słów o wczorajszym koncercie Yogiego w "Blue Note". Tak prawdę powiedziawszy, to nie za bardzo wiem co napisać. W zasadzie każdy zainteresowany mógł tam wczoraj być. Bilety tanie, bo w cenie 50 zł, raczej zachęcały do przyjścia. Nie było ciasno, ale klub zapełnił się w całości, a to świadczy, że Yogi Lang posiada już swoje pokaźne grono sympatyków. Zresztą ze swoim RPWL artysta był w Poznaniu już bodaj 5 czy nawet 6 razy. Teraz jako "solo", ale z zespołem, jako Yogi + pięciu muzyków, czyli sekstet. Warto odnotować, że na instrumentach perkusyjnych (bębenki i tamburyn) grała kobieta, która także wokalnie wspomagała Yogiego. Z racji programu w radio, nie byłem na całym koncercie, wyszedłem zaraz po kompozycji "Cymbaline" z repertuaru Pink Floyd. Wcześniej band grał kompozycje z płyty "No Decoder", a także trochę improwizował. Co było później? Liczę, że ktoś z Was dopowie, a raczej dopisze.
Reasumując, był to dobry koncert, porządnie nagłośniony. Yogi prezentował dobrą kondycję wokalną tego dnia, zespół także dzielnie sobie radził. Może trochę zabrakło szaleństwa gitarzyście, ale za to klawiszowiec dwoił się i troił, także wszystko się wyrównało.
Ponoć po moim przymusowym wyjściu koncert trwał jeszcze nieco ponad godzinę!
To tyle.
Pozdrawiam

niedziela, 20 marca 2011

WARTA POZNAŃ - krótki ciąg dalszy, a także wieczorny YOGI LANG

Wygraliśmy 2:1 !!! ( WARTA - GKS Katowice). W ostatnich trzech meczach komplet punktów. Pięknie. Jest atmosfera, są sponsorzy, są pieniądze, jest chęć walki, to może za rok pomyślimy o wejściu do grona najlepszych? Cieszy ta passa serce Warciarza. Na kolejny mecz już wejściówki przegapić nie wolno.W nagrodę dziś wieczorem idę sobie na koncert Yogiego Langa. O tym jak było, opowiem Wam dzisiaj po godz.22-giej ,na 98,6 FM . Do usłyszenia !

sobota, 19 marca 2011

WARTA POZNAŃ - darmowe bilety wyprzedane

Wczoraj wieczorem podglądałem dwa mecze 19 kolejki naszej Ekstraklasy, która "extra klasą" jest raczej z nazwy. Myślę, że z moimi dawnymi szkolnymi kolegami lepiej graliśmy w piłkę, tzn. ambitniej, a do tego całkiem za darmo. Tak było!. Zawsze grałem do końca, gryzłem trawę, nie cierpiałem przegrywać, a nawet jeśli się zdarzyło, to od razu żądny byłem rewanżu. A te nasze krajowe łapciuchy zachowują się tak, jakby buty mieli za ciasne. Ale nie o tym chciałem. Dawno się nie wydarzyło coś podobnego. Otóż, najpierw w pierwszym meczu , tj. Arka - Zagłębie (1:1) na jakiś czas zniknął prąd i zapanowała na stadionie ciemnia, a później w następnym meczu, który odbywał się z dala od Gdyni, bo w Chorzowie, Ruch-Górnik (3:0), stała się rzecz podobna. Jak widzicie, siła Nawiedzonego jest niezbadana. Ledwo zabrałem się do oglądania meczów na moim komputerku, a tu już problemy z oświetleniem na stadionach. A tak serio, to z żalem spoglądałem na dżentelmenów w korkach biegających po śniegu w Chorzowie. Nic nie pomógł nawet traktor, który z zainstalowaną odśnieżarką jeździł po stadionie przed meczem, jak i w jego przerwie. Sypało, że hej! , i nie było szans na powstrzymanie białej chlapy walącej strumieniami z nieba. Co za ohyda. Zima nie odpuszcza, choć kalendarzowo za dwa dni ma podobno być już wiosna. Mam nadzieję, że żadne kataklizmy nie przeszkodzą w jej nadejściu, wraz ze swoimi urokami. Poczekajmy zatem, bo warto. Cieszmy się z nadejścia Królowej Pór Roku.
Postanowiłem pójść jutro na mecz Warty z GKS-em Katowice. Od mojego Taty dowiedziałem się, że za darmo jest wejście jak najbardziej, ale i tak trzeba mieć specjalne wejściówki, które to rozdawane są w specjalnych punktach. Udałem się do dwóch. Uprzejme panie uświadomiły mnie, że nie ma już takowych od dwóch dni, no i żebym nie tracił niepotrzebnie czasu na ich szukanie, jedna z pań powiedziała, że nigdzie już nie ma. Co proszę ? !!! Jak to nie ma? Co, czyżby jutro miało na Bułgarskiej stawić się 40 tys. ludzi? Przepraszam, a może z Wartą zagra Arsenal , a nie Gieksa z Katowic? Kurcze, co za naród. Gdyby bilety były po 5 zł, to pewnie zamiast 700 widzów ,tych najwierniejszych z czasów boiska przy Bema, przyszłoby ze 2 tysiące, góra! Ale , gdy za darmo, to przyjdzie cały stadion. Dałbym nawet 10 zł, byle tam jutro być, a tak nawet w telewizji nie obejrzę, bo nie będzie. Zabijcie, nie pojmę. Tylu kibiców ma moja ukochana Warta? Na co dzień, gdy rozmawiam o poznańskiej piłce, dookoła nic tylko sami kibice Kolejorza, o Warcie nie mówi nikt (no prawie nikt), ale gdy bilety są całkiem za "free", to szpilki bracie nie wciśniesz. Chyba zatęsknię za latami chłopięcymi, kiedy to mój Tata zabierał mnie na "Zielonych" na stadion im. 22 Lipca. Na trybunach kilkuset dziadków palących "Sporty" lub "Klubowe", mniejszych kilkuset młodziaków, zero kibiców przyjezdnych, i ze 3/4 pustych trybun. Nie byłem na Warciarzach ,ja wiem, około 5 lat. Teraz chciałem wreszcie pójść. Chciał pójść także ze mną mój ponad 70-letni Tata. Nie pójdziemy. Darmowe bilety wyprzedane

czwartek, 17 marca 2011

PHIL LYNOTT i THIN LIZZY - ciekawostki nadesłane od naszego korespondenta z Irlandii

Nasz irlandzki korespondent ,że pozwolę sobie tak 
nazwać Andrzeja z Zielonej Wyspy,
dwa dni temu napisał do mnie w liście o 
kilku ciekawostkach dotyczących 
Phila Lynotta, nieżyjącego już od ćwierć wieku 
muzyka irlandzkiej grupy Thin Lizzy.
Jako, że uznałem ten tekst za bardzo ciekawy,
poprosiłem naszego wyspiarskiego
kolegę Andrzeja, o zgodę na zamieszczenie 
go w całości na Blogu Nawiedzonego.
Takową zgodę otrzymałem, tak więc poniżej 
zamieszczam oryginalną jego treść.
Gorąco zachęcam do lektury!

"W miniony piątek oglądałem jeden z popularniejszych irlandzkich
programów rozrywkowych, a mianowicie ?The Late Late Show?,
 prowadzony
przez niejakiego Ryana Tubridy. Jak to zwykle bywa w tego typu
produkcjach, gospodarz gawędzi ze sławnymi ludźmi, a w przerwach
występują mniej lub bardziej znani wykonawcy. Nic w tym
 szczególnego i
nie o panu Tubridy?m chcę tu napisać, ale o jego piątkowych
 gościach i
rocznicy z okazji której przybyli.

W styczniu minęło 25 lat od nagłej śmierci Phila Lynotta i z tegoż
właśnie powodu w studiu telewizyjnym pojawiły się osoby w
 ten czy inny
sposób z nim związane. Na pierwszym miejscu należy oczywiście
wymienić
matkę zmarłego Philomenę Lynott, oraz członków grupy Thin Lizzy w
dzisiejszym składzie, ale mogliśmy wysłuchać także co mieli do
powiedzenia Joe Elliott z Def Leppard i Brush Shiells znany nam 
ze Skid
Row. Główną gwiazdą programu była rzecz jasna pani Lynott. Ta ponad
dziewięćdziesięcioletnia dama z nieskrywanym wzruszeniem opowiadała o
trudnościach, z jakimi musiała borykać się, jako samotna matka
wychowując czarnego syna, początkach kariery Phila, wspominała ponadto
koncerty, na których bywała, a wszystko to ubarwiając ciekawymi
anegdotami. Jej wypowiedzi wzbogacono archiwalnym fragmentem jednego z
występów Thin Lizzy, na którym to będący u szczytu sławy Phil, gra
specjalnie dla niej ?I'm Still In Love With You?. Nie zabrakło też
dwóch
szlagierów zagranych na żywo przez obecnych członków grupy, którzy
brawurowo wykonali nieśmiertelny przebój ?
The Boys Are Back In Town? i
niemniej znany ?Don't Believe a Word?. Dodatkowo Scott Gorham, Brian
Downey i Brush Shiells dorzucili garść wspomnień, zaś frontmen Def
Lepard, opowiadał o tym jak inspirująco działała na niego muzyka Thin
Lizzy, na koncertach którego to zespołu bywał często jako młody
chłopak.
Co więcej, dowiedziałem się, że na lato tego roku przewidziane są
wspólne występy obu grup ? gratka, o której w Polsce możemy tylko
pomarzyć.

Po obejrzeniu tego programu zdałem sobie sprawę, że faktycznie
 ostatnio
dużo Phila Lynotta dookoła i teraz wiem dlaczego. Nie ma prawie dnia,
żebym w radiu nie usłyszał co najmniej jednej jego piosenki, od
jakiegoś
czasu mówi się o wystawie poświęconej Thin Lizzy, a zwłaszcza jej
liderowi, którą zorganizowano w dublińskim Stephen's Green Shopping
Centre, niedawno w księgarni widziałem biograficzną książkę
autorstwa
Philomeny Lynott zatytułowaną ?My Boy?, w magazynach muzycznych
pojawiają się wkładki poświęcone Philowi, różni wykonawcy grają po
pubach koncerty dedykowane temu muzykowi, wyszły również
 wersje deluxe
wielu, jeśli nie wszystkich albumów grupy, której przewodził.
Złośliwi
mogą powiedzieć, że ktoś stara się zarobić trochę pieniędzy na
sprawdzonej nazwie, ale dla mnie jest to przede wszystkim oznaka
 pamięci
i wdzięczności. Zwykli ludzie znają i kochają tą grupę. Jej muzyka
wciąż
żyje. Nawet na ostatnim przedstawieniu w Tosi szkole,
 chór dziewczynek
śpiewał składankę piosenek Thin Lizzy! Rozmawiałem z taksówkarzem,
który
bodajże jako 15 latek był na koncercie wspomnianej grupy, tutaj ? w
Kilkenny i opowiadał, że później można było porozmawiać i
pożartować z
Philem w lokalnym pubie. Minęło ćwierć wieku odkąd Phil Lynott
opuścił
ten świat, ale muzyka, którą tworzył przetrwała próbę czasu i choć
historia Irlandii, podobnie jak i nasza obfituje w nieudane powstania,
tragedie i egzekucje bohaterów, to jest w niej również miejsce dla
ludzi
muzyki, literatury, czy sportu. W Dublinie stoi pomnik Phila Lynotta,
widziałem pomniki legendarnych graczy w hurlinga i ich pamięć czci się
na równi z narodowymi herosami, bowiem wszyscy oni swą działalnością
budowali narodową dumę. I tak trzymać i warto przenieść podobne
zachowania na nasz grunt...

Na zakończenie chciałbym dorzucić jedną z historyjek, którą
opowiedziała
pani Philomena. Zdarzenie miało miejsce na wspomnianym wyżej
 koncercie,
na którym Phil zadedykował obecnej tam matce piosenkę ?I'm Still In
Love
With You?. Kiedy się to stało wszystkie reflektory i kamery zwróciły
się
rzecz jasna na wzruszoną matkę. W tym momencie, siedzący obok
 chłopak
runął jak długi na ziemię pomiędzy krzesła, zaś przerażona pani
Lynott
zaczęła wzywać pomocy, sądząc że ma do czynienia z atakiem
epilepsji.
Później okazało się, że ów nieszczęśnik nie cierpiał na żadną
chorobę,
ale był młodym księdzem, który uciekł w sekrecie z seminarium i
przedostał się przez otaczający je mur by móc uczestniczyć w
koncercie
Thin Lizzy, lecz kiedy znalazł się w świetle reflektorów wpadł w
panikę
i postanowił zniknąć pomiędzy rzędami krzeseł by uniknąć
rozpoznania i
kłopotów...

I to by było na tyle ? garść ciekawostek, które mogę się Panu wydać
interesujące ? można powiedzieć relacja korespondenta z
Irlandii.Proszę
nie nabrać błędnego przekonania, że jestem specem od Thin Lizzy. Nic
bardziej mylnego. Niezwykle sobie cenię tą grupę i lubię wiele ich
piosenek, ale to wszystko. Zwyczajnie chciałem opisać nie mój, ale
Irlandczyków stosunek do spuścizny Phila Lynotta."
Pozdrawiam serdecznie

Andrzej Gwoździk
 
 

środa, 16 marca 2011

R.E.M. - "Collapse Into Now" - (2011) -

 R.E.M. - "Collapse Into Now" - (WARNER) -



Jak wielkim zespołem są R.E.M. ,można przekonać się dzięki nowej płycie. Od dawna już nie są zespołem topowym i nie robi to na muzykach żadnego wrażenia. Nie silą się na niemożliwe, nie pchają w rejony im obce, grają swoje wbrew panującym trendom, a raczej "trądą". Po nieco ponad półgodzinnej "Accelarate" (2008) przetrzymali swoich fanów trzy długie lata, dając im teraz więcej, ale i tak zaledwie nieco ponad 40 minut muzyki, ale za to jakiej! To jest sztuka, na takim "krótkograju" zagrać aż 12 kompozycji, zaprosić tak znamienitych gości jak: Patti Smith, Lenny Kaye czy Eddie Vadder i opowiedzieć o wszystkim co na ten moment w środku człowieka siedzi i pozostawić smakowity niedosyt na następny raz. Ale najważniejsze, że płyta "Collapse Into Now" jest po prostu piękna! A dawno już takiej nie było. Przynajmniej od przeuroczej i niedocenionej należycie płyty "Reveal" z 2001 roku. Posłuchajcie jak Michael Stipe i jego koledzy grają na nosie przemysłowi muzycznemu. To co najpiękniejsze na tej płycie, nie nadaje się na single, a co za tym idzie, na przeboje. Nie ma łatwizny, nie ma durnych wideoklipów, nie ma pioseneczek do radia. Takiego słuchacza my nie chcemy! Takie wnioski nasuwają się po wysłuchaniu płyty. "Collapse Into Now" ma trafić do słuchacza nie tylko wyrobionego, ale i odpowiednio wrażliwego, bowiem taka jest właśnie muzyka R.E.M. Anno Domini 2011. Nie przypadkiem płyta zaczyna się i kończy tym samym motywem. To otwierający gitarowy utwór "Discoverer" i fenomenalny finał "Blue". W obu tych utworach gitara gra te same nuty , tj. w pierwszym z nich ,jako główny motyw, a w końcowym "Blue" jako coda. W obu tych kompozycjach występuje legendarna Patti Smith, spinając w klamrę jedności także i cały wyborny środek. A jest tutaj wszystko czego dusza pragnie, są piękne ballady jak: "Every Day Is Yours To Win" , "Walk It Back" czy singlowa "Uberlin". Miłośnicy folkowego oblicza zespołu powinni nadstawić uszu do ballady "Oh My Heart", którą równie dobrze mogliby popełnić Hothouse Flowers. Z tej samej rodziny folkowych ballad wywodzi się "It Happened Today". Ale nie brakuje i gitarowego czadu , jak choćby w "All The Best" , "Alligator_Aviator_Autopilot_Antimatter" czy  "Mine Smell Like Honey". Absolutnym klejnotem jest wspomniana nieco wcześniej niezwykła ballada "Blue", z przesterowaną gitarą, ze zniekształconym narracyjnym głosem Stipe'a i smutnie śpiewającą Patti Smith. Takiej kompozycji R.E.M. nie nagrali jeszcze nigdy. Mało tego, nie nagrał czegoś takiego nikt. Ten z pozoru niekomercyjny utwór ma szansę stać się klasykiem już teraz, w wieku jeszcze przecież niemowlęcym. Jak dla mnie, to jeden z najbardziej poruszających utworów ostatnich czasów. Ale i cała płyta robi wrażenie. Trzeba jej dużo słuchać. Mocno i głośno. Z takim przejęciem, z jakim ta muzyka próbuje dotrzeć do nas!

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

GRAND ILLUSION - "Brand New World" - (2011) -

 GRAND ILLUSION - "Brand New World" - (AOR HEAVEN) -



W zasadzie to ,prawie kompletnie nie znam twórczości grupy GRAND ILLUSION, poza jedną płytą, którą kupiłem sobie jako nowość w 2002 roku. Był to album "View From The Top". Bardzo uroczny, taki melodyjno-symfoniczno-metalowy muzak. Muzak to właściwe określenie i bynajmniej nie chcę ,by zabrzmiało jakoś kąśliwie. Płyta ta wówczas w miarę mi się podobała, lecz nie na tyle, by za wszelką cenę wszcząć poszukiwania ewentualnych innych dzieł zespołu. W ub. roku przeglądając pewien katalog nowości, napotkałem reklamę ich nowej płyty. Okładka płyty jak i zdjęcie z nowym image muzyków, wyglądały zachęcająco i imponująco zarazem. Oczywiście, w naszym pięknym kraju, kupno tej płyty okazało się niemożliwe, a jako zaprzysiężony wróg całego tego syfu empetrójkowego, postanowiłem ambitnie poszukać jej poza rodzimym showbusinessem, ale  w cenie niższej od tych oferowanych na eBayu. Tam poniżej stu złotych nie było żadnych szans. W końcu się udało, przypadkiem, za przyzwoitych złotych pięćdziesiąt.
Ale do rzeczy. GRAND ILLUSION to grupa szwedzka, świetnie czująca się w kompozycjach melodyjnych, ale i nie prostych. Panowie uwielbiają pojedynki klawiszowo-gitarowe oraz śpiewanie na kilka głosów, zarówno w chórkach, jak i w dzieleniu się na tzw. pierwsze partie wokalne. Otrzymujemy tutaj dwanaście utworów, o różnych tempach i nastrojach. Płyta rozpoczyna się żywiołowo i bardzo przebojowo. Pierwsze dwa utwory "Never Find Her Alone" oraz "All Out Of Love" nie pozwalają nabrać tchu - są fantastyczne! Później są i ballady, jak: słodziutka "Emily" czy nieco żywsza "Brand New World" - z wykrzyczanym refrenem a'la TOTO. Są i także kompozycje bardziej pogmatwane i pokomplikowane, co czyni tę płytę urozmaiconą i interesującą zarazem. Ta przyjemna płyta upewniła mnie, że po 9 latach nieobcowania z muzyką GRAND ILLUSION, nie zmieniło się na pewno jedno, otóż, że mam do czynienia z dobrą grupą, zarówno warsztatowo jak i kompozycyjnie, lecz nie powalającą niczym szczególnym. Fajna muzyka do posłuchania nawet wielokroć, ale gdyby przyszło mi się z nią rozstać, serca z żalu nie rozbije.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

TEN - Stormwarning - (2011) -

 TEN - "Stormwarning" - (Frontiers Records) -



Kiedy to ,dowodzona przez Gary'ego Hughesa, brytyjska grupa TEN, stawiała pierwsze kroki w połowie lat 90-tych, można było mówić jak o zespole, który wiernie przenosi tradycje hard rocka do nowych czasów. Panowie kipieli pomysłami, wydając w krótkich odstępach czasowych, co rusz to nowe dzieła, z zasypującymi wręcz lawinowo słuchacza kapitalnymi kompozycjami. Grupa celowała w wysmakowane gusta, ceniące sobie czadowość spod znaku Deep Purple czy Whitesnake, a także melodyjność i lekkość, a'la Asia czy Magnum. Szczególnie takie płyty, jak: "The Name Of The Rose" czy "The Robe" robiły niezwykłe wrażenie. Później Gary Hughes ,zafascynowany operami i musicalami, starał się z prostej gitarowo-rytmicznej formuły uczynić coś więcej, wzbogacając brzmienie o symfoniczne i epickie wtręty, co pchało grupę w nieco ambitniejszym kierunku. Tylko czy fani tego chcieli? No właśnie. Nie twierdzę, że muzyka na późniejszych płytach była zła, ale na pewno straciła na spontaniczności, witalności i swoistym uroku.
Niestety, najnowszy album "Stormwarning" jest także tego dowodem. Niby wszystko jest dobrze. Brzmienie, gra muzyków, staranność o melodie,.... Teoretycznie nie ma się do czego przyczepić. Zresztą, po co się czepiać? Każdy fan Gary'ego Hughesa i spółki chce po prostu dobrej płyty i już! Ale tak nie jest. Czegoś brakuje. Całość jest jakby nieprzyprawiona. Są wszystkie należyte składniki, w odpowiednich proporcjach, odpowiednio długo przyrządzane, ale coś nie smakuje, czegoś brak!. Tak jest właśnie z nowym albumem TEN. Skądinąd, świetnego zespołu, któremu coś ostatnio nie wychodzi. Początek płyty nawet tego nie zapowiada, bowiem pierwsze dwa utwory "Endless Symphony" oraz "Centre Of My Universe" są najwyższej próby. Tak jakby zespół wiedział, że z tej sesji, to właśnie te dwa utwory są tymi najlepszymi i trzeba je umieścić na początku albumu, tak by słuchacz nie wyłączył płyty przedwcześnie. Pomimo wielokrotnych prób polubienia tego dzieła, nie udało mi się osiągnąć sukcesu, ale jest na tej płycie jeden utwór wart każdych pieniędzy, a jest nim "Love Song". Ta nie pozbawiona mistycznego piękna pieśń o zmetalizowanej mocy, jest ozdobą tego mało poruszającego dzieła, które nie wróży dobrze zespołowi, a któremu mimo wszystko nadal będę kibicować.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

poniedziałek, 14 marca 2011

Wczorajsze Węgry, najbliższe koncerty i o wiośnie także....

Po wczorajszej prezentacji w "Nawiedzonym Studio" dwóch płyt ze starym węgierskim rockiem, pojawiły się zapytania, czy będę temat kontynuować ?, wedle zasady, kłuj żelazo póki gorące.
No cóż, wiem, że nic nie bywa nigdy takie samo. To, że wczoraj był odpowiedni klimat na posłuchanie takiej muzyki, to fajnie, ale z doświadczenia wiem, że wszelkiego rodzaju pójście za ciosem, nigdy nie robi już takiego wrażenia po raz drugi. Wczoraj mnie wzięło, sam miałem ochotę posłuchać, no i akurat przed odbiornikami byli ludzie żądni takiego grania. Wszystko się dobrze posklejało, wytworzyła się odpowiednia atmosfera, była chemia i już. Choćbym miał audycję 10-godzinną, to i tak zawsze będzie mało. A to jeszcze to by się przydało, to tamto, itd... Nigdy nie będzie dość. Oczywiście zdaję sobie sprawę z zaległości. Pomimo kilkunastu lat "radiowania", z tego co pamiętam, zagrałem góra 2-3 płyty Omegi, 1-2 płyty Locomotiv GT, a przecież węgierski rock był bogaty. Owszem, było tam dużo fajnego i także dużo szmiry. Jakoś nie lubiłem nigdy Piramis, Fonograf czy Neoton, ale tak ma każdy. Nie da się wszystkiego pokochać. Jeśli już wywołałem węgierski rock przed szereg, to biję się po piersiach, że nigdy (chyba?) nie zagrałem tak pięknych płyt Omegi, jak "siódemka" czy minimalnie słabsza "ósemka". To chciałbym nadrobić, więc jeśli w najbliższym czasie będą Węgry, to właśnie chyba zagram którąś z tych płyt. Pobuszuję w swoich płytach, przejrzę, poodsłuchuję co nieco, zobaczę co się po latach obroni, a co nie, i kto wie, może Was zaskoczę czymś, o czym już zapomniałem, a niegdyś lubiłem.
Zresztą z tymi obiecankami i moimi deklaracjami różnie bywa , jak wiecie. Nie dalej jak dwa, trzy dni temu, deklarowałem na blogu, że nie zagram w najbliższym "Nawiedzonym..." Genesis, a zagrałem, i to na samiuśkim początku. Także, tak to jest, impuls przychodzi znienacka i wszelkie deklaracje czyni nieważnymi.
A teraz już z innej bajki:
W najbliższą niedzielę w "Blue Note" wystąpi Yogi Lang, wokalista i klawiszowiec niemieckiej grupy RPWL. Yogi pod koniec ubiegłego roku wydał solową płytę "No Decoder", z bardzo ładną muzyką, w której słychać także floydowskie echa. Na pewno koncert będzie fajny. Szkoda, że w niedzielę, ale tak to już jest, że agencje koncertowe "Oskar" czy "Ranus", upodobały sobie niedziele, jako najlepsze dni do robienia koncertów w Poznaniu. Zastanawiam się, może podskoczę na tego Yogiego na jakąś godzinkę ,na ten koncert, a później szybkie taxi i do radia. Niemniej, kto nie był nigdy na RPWL, to teraz ma szansę usłyszeć wokalistę tego zespołu na żywo, szczerze zachęcam. Na antenie "Afery" koncertu nie reklamowałem. Uważam, że systematycznie, w każdej audycji, czynił to organizator koncertu Krzysztof Ranus, także zakładam, ze każdy się o tym i tak dowiedział . Podobnie sprawa się ma z koncertem Fisha, tutaj także przyjmuję,  że organizujący go K.Ranus, wiele Wam o nim opowie w swoich audycjach, a i muzykę "Ryby" zagra. Do udziału w tym koncercie także zachęcam. Będzie to akustyczny występ, prawdopodobnie zupełnie inny od dotychczasowych w naszym kraju, choć o ile mnie pamięć nie zawodzi, to przed laty  (gdzieś w połowie lat 90-tych) Fish grał akustycznie , bodaj w Krakowie? Ale głowy po topór bym za to nie podłożył.
Od siebie dodam, że najchętniej pojechałbym na inne wiosenne koncerty, jak Uriah Heep - do Wrocławia czy na Bryana Adamsa do Rybnika, ale coś czuję, że się nie uda i zobaczę siódmy raz Fisha i po raz piąty Yogiego Langa. Jak się nie może na co się chce, to się idzie na to co pod nosem. C'est la vie.
Najbardziej żałuję, że w naszym pięknym kraju, nikt nie zorganizuje koncertów, np. Magnum, Dare, Great White, Fair Warning, czy setek podobnych !!! To byłby czad !!! Tylko do tego potrzeba rock'n'rollowych dusz, a z tym (bez obrazy, ale to prawda) bywa u nas różnie, czytaj: źle! Dlatego świat się bawi, a my kontemplujemy, rozpamiętujemy historię, poszerzamy wiedzę, no i niby to dobrze. Szkoda tylko, że w międzyczasie gdzieś przez palce prawdziwie fajne życie się wymyka. Ale dość narzekania! Wiosna nadchodzi. Już jest tuż tuż.

niedziela, 13 marca 2011

Demoludowy ROCK do ataku !!!

Kilka dni temu z moim kolegą rozmawialiśmy (i słuchaliśmy) o zespołach dawnego obozu socjalistycznego. W latach 70/80-tych były one dla wielu z nas jednym z okien na świat. W szarej i smutnej rzeczywistości, gdzie w księgarniach brakowało atrakcyjnych płyt, a w witrynach sklepowych straszyły zakurzone okładki, nikomu niechcianych płyt, typu: Kapela Czerniakowska, Homo-Homini czy Stenia Kozłowska, a za płytami Niemena, Budki Suflera czy Lady Pank, stało się w długich kolejkach, na osłodę duszy można było zapoznać się z ofertą naszych braci z Czechosłowacji, Węgier czy NRD. Szczególnie z tych krajów, bowiem w ZSRR rynek rocka prawie nie istniał, a nawet jeśli, to na mizernym poziomie. Jedynym balsamem dla uszu były dzieła bardów, jak: Włodzimierz Wysocki, Żanna Biczewska czy Bułat Okudżawa. Ale powróćmy do rocka i do mojego kolegi. Przypomnieliśmy sobie wspólnie o pewnej węgierskiej grupie, której wspaniałą płytę mam do dzisiaj na LP. Zresztą wydany niegdyś CD przegapiłem, teraz już go nie ma, także musiałem zapuścić starą i wysłużoną płytę. Przy okazji zgrywając ją na CD, na specjalnej nagrywarce AUDIO, a nie jakiejś bezdusznej młotkowej komputerowej przerabiarce. Kiedyś tę płytę, której tytułu nie zdradzę, ponieważ posłuchamy jej wieczorem w Nawiedzonym, kupiłem w księgarni na ul. Ratajczaka. Ta księgarnia nazywała się "Przyjaźń" (jak kino nieopodal zresztą) i było tam mnóstwo płyt od przygranicznych (i nie tylko) braci Słowian. Kupiłem zresztą ich sporo, a wiele z nich utkwiło w mojej pamięci na dobre. Owa płyta chyba najbardziej. Z wielu powodów, ale nie o nich tutaj chciałem. Socjalistyczny rock miał się najlepiej na Węgrzech. Najwięcej zespołów, piosenkarzy (często rockowych!), najpiękniej wydawane płyty, w kopertach lakierowanych, czyli przy okazji wodoodpornych, itd... Dużo by pisać. Musiałbym te socjalistyczne szczegóły w książkę oprawić, a czasu i życia coraz mniej. Nie chcę niczego obiecywać, ale jeśli mój zapał słomianym się nie okaże, to postaram się wiele winyli , właśnie takich, pozgrywać na CD, na nawiedzone wieczerze.
Na dzisiaj będzie już jedna z takich płyt, bardzo, bardzo trzeszcząca. Nawet nie wiedziałem, że ją przez te trzydzieści ponad lat, do takiego stanu doprowadziłem. Wygląda nieźle, ale mocno skwierczy. Nazywam to: płonie ognisko w lesie. Prawdopodobnie była to wina starych gramofonów, często z kiepskimi igłami, które ryły rowki niczym dłuto w drewnie. Trudno się dziwić, płytę tę kupiłem mając 12 lat, a wtedy posiadałem jeszcze gramofon monofoniczny, z najtańszą igłą, choć większość moich kumpli posiadało już sprzęty stereo, często wysokiej jakości, pomimo "zwisającego" zainteresowania muzyką. Po prostu, starzy mieli kasę, to dziecku kupili. Do dwóch takich kolegów chodziłem wówczas zresztą z wyjątkowymi płytami, by odsłuchać muzykę należycie. Chciało mi się. Na szczęście koledzy byli bardzo wyrozumiali. Oj byli, byli. Często brakowało im bramkarza, a ja bylem bramkarzem klasowym , to mieli respekt :-) Codziennie jeździłem do miasta skontrolować księgarnie z płytami. Zatem musiałem pogodzić pasję do muzyki z królową sportów, jaką był i jest futbol. Dzięki wielkie rodzicom, babci Masłowskiej, wujkom i innym, którzy kaskę mi na płyty podrzucali. Ale leserem nie byłem. Na pierwszy "zachodni" , używany album (winylowy rzecz jasna), pracowałem dwa tygodnie !!! zbierając codziennie truskawki, w upale, na klęczkach i o wodzie, wracając codziennie ze Złotkowa autobusem na gapę (w ciągłym stresie) , by wymarzoną płytę kupić jak najprędzej. I kto mi powie, że dzisiaj płyty są drogie? Piękne czasy. Nie ukrywam, że potrafiłem radzić sobie także sam, chodząc na giełdy płyt, robiąc interesy, z cyklu: kupić tanio, drogo sprzedać, bądź wymieniać się jak najcwaniej. W ten sposób kolekcja płyt się rozrastała. Z czasem tak szybko, ze nie potrzebowałem panów redaktorów z żadnego radia do szczęścia, bowiem każdego tygodnia znosiłem do domu po kilka lub kilkanaście nowych płyt. Dalsze losy mojej historii doprowadziły do tego czego jesteście świadkami, słuchając cotygodniowych niedzielnych wieczorów w Nawiedzonym, które to w tym roku ukończą 17 lat, a więc za rok osiągnę pełnoletniość. Jak Bozinek da.
A zatem nie przynudzam, zapraszam na dziś wieczór przed odbiorniki!
RADIO "AFERA" 98,6 FM, godz. 22.00 - 2.00 , tak dla przypomnienia :-)

sobota, 12 marca 2011

Przygotowania przedwiosenne

Moi Drodzy, wiosna zbliża się wielkimi krokami, dzionki coraz cieplejsze, słońce puka do naszych okien niemal co dnia (i niech to się nie zmienia), pomału przychodzi pożegnać się z zimą. Nie ukrywam swej wielkiej radości. Najchętniej przepędziłbym zimę na zawsze. Ale co tam zima, nie czas o niej myśleć. Zamieńmy stoki narciarskie na zielone trawiaste boiska. Wczoraj Legia u siebie poległa ze Śląskiem - serce Poznaniaka się raduje, gdy serce Warszawiaka się smuci. Oczywiście na gruncie piłki nożnej, aby być dobrze zrozumianym.
Przeżywam pewny kryzys finansowy, choć oczywiście nowe płyty cały czas kupuję, ale paradoksalnie dużo słucham staroci. Wiosna tak na mnie podziałała, że stara muzyka przełomu lat 60/70-tych smakuje wybornie. Tak samo jak niebawem będą nam smakować prawdziwe warzywa (ogórki, pomidory). O tym samym marzy także Piotr Banach (ex-Hey) w ostatnim marcowym wydaniu "Teraz Rocka", w swoim felietonie. I w pełni się z nim zgadzam. Wracając do starej muzyki. Rządzi stary Genesis, z moim ukochanym Philem Collinsem. Po raz tysięczny w moim pokoju gościły "Wind And Wuthering", "A Trick Of The Tail", i inne..., ale i Piotrusia Gabriela także nie zabrakło, jak moje ukochane "Nursery Cryme" czy "Selling England By The Pound". Słuchałem tych płyt miliony razy, znam tam każdą nutę, słowo, ale i tak ciarki biegają po plecach, gdy słucham po raz tysiąc pierwszy. Bądźcie spokojni "niesympatyzujący z Collinsem", nie będę Was męczyć tą muzyką w "Nawiedzonym Studio". Na tę niedzielę mam nieco inne plany. Czy interesujące?, a to już sami ocenicie.
Tak naprawdę, to chciałem napisać trochę o nowościach płytowych. Tych, które już są, jak i tych co będę za chwilę, ale ten wiosenny powiew zbił mnie z tropu.  A szykują się fajności, niebawem nowy album wydadzą FLEET FOXES. Debiut znacie, wielokrotnie prezentowałem na łamach Nawiedzonego. Płyta o tytule "Helpless Blues" powinna pojawić się w połowie kwietnia. Tak samo ,mniej więcej, w podobnym czasie, nowy ROBBIE ROBERTSON czy PAUL SIMON. Wciąż nie mam jeszcze CHRISA NORMANA ("Time Traveller"). Trzymam rękę na pulsie i na pewno kupię. Znam już z kopii BLACKFIELD (przegrywka z promosa), ale zagram, gdy już będę mieć prawdziwka. Wiecie, że z muchomorów nie gram. Ot, taka zasada i filozofia. W kwietniu nowy NAZARETH, w maju JOURNEY (wow!!!, zacieram ręce !!!). To nie wszystko, przed nami nowe dzieła: BONFIRE, VAN DER GRAAF GENERATOR, PROTO-KAW, JIMI JAMISON z BOBBY KIMBALLEM, URIAH HEEP, WHITESNAKE, THE POODLES, GPS, EDGUY, SURVIVOR, RHAPSODY OF FIRE, RADIOHEAD, MR. MISTER, RUSH, CHICKENFOOT, HAMMERFALL, THIRTEEN SENSES, że tylko tych wymienię. Aż zadyszki dostałem! Uff!. Trzeba naładować portfel , niczym kartę do telefonu, choć ja akurat jestem abonamentowy. Nie lubię w stresie żyć. Także, dużo przed nami. Oby wiosna była piękna. Bez przykrych niespodzianek. Bez Wodza i tych jego tam.... Bez złych ludzi, po prostu. Bez deszczu. Bez polskiego piekiełka. Bez fałszu, obłudy, pogardy.
Za to, z uśmiechem, w otoczeniu tylko tych, którzy są nam przychylni, którzy kochają mocno, a nie tylko na papierze.
Dzień, za kilkanaście dni, pięknie się wydłuży. Chwilę później w przyrodzie pojawią się pierwsze oznaki życie. "Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie"

środa, 9 marca 2011

Nasz słuchacz MAREK PRZEWOŹNY w programie "FAKTY" w TVN - 9 marca 2011 (środa)

W dniu dzisiejszym, tj. 9 marca 2011 (środa) w wieczornym wydaniu magazynu "FAKTY" w telewizji TVN pojawił się materiał o Philu Collinsie, i o jego oficjalnym zakończeniu kariery. W tymże materiale jako jeden ze specjalistów i miłośników Phila Collinsa, zabrał głos Marek Przewoźny, który należy do oficjalnego fan clubu zespołu GENESIS, a który to Marek jest także naszym wspólnym znajomym i kolegą. Z tego co wiem, w wolnych chwilach słucha "Nawiedzonego Studia", a także dopisuje się czasem do naszej Księgi Gości. Notabene, nick "marek", to właśnie ów Marek Przewoźny. Ostatnimi czasy poinformował nas o decyzji Phila Collinsa, a wcześniej napisał kilka słów o koncertach w Polsce, ale to już sobie, moi mili, sami przeczytajcie, do czego namawiam i zachęcam.
A z własnej strony, serdecznie gratuluję Markowi świetnego występu w telewizyjnych "Faktach", przy ciekawej scenerii, ukazującej nam jego zbiory płyt GENESIS. Było widać cztery boksy wydane ostatnimi czasy i kilka innych wydawnictw. Bomba! Świetnie to wyglądało. Tak swoją drogą, jeśli ktokolwiek to nagrał, to bardzo bym prosił o kopię. Chcę mieć na pamiątkę!

W siną dal

Nawiązując do Phila Collinsa i jego deklaracji o wycofaniu się z życia artystycznego, muszę powiedzieć, że choć bardzo to dla mnie smutna wiadomość, to w pełni rozumiem Artystę.
Czasy są wyjątkowo nieprzychylne. Show business pada na pysk. Stał się ofiarą piractwa, a także dramatycznym zanikiem dobrego smaku i gustów potencjalnych odbiorców. Z łezką w oku wspominam czasy, gdy fani Pink Floyd, Genesis czy ELP , ze zgorszeniem odmierzali wzrokiem sympatyków Donny Summer, Bee Gees, Amandy Lear czy Pussycat. Chciałbym powrotu do tych czasów. Serio.
Sam także wielokrotnie chciałem to wszystko rżnąć w kąt i pójść przed siebie, w nieznane. I kto wie, może pewnego dnia tak postąpię. O odejściu z radia myślę już od dawna. Chciałbym w ten sposób zaprotestować i ja przeciwko okradaniu artystów, poprzez ściąganie muzyki z sieci, nie płacących za ich ciężką pracę. Nie podjąłem jeszcze tej decyzji, bo trochę mi szkoda, zostawić to tak z dnia na dzień i przekreślić 17 lat angażowania się w to bez reszty. Często kosztem najbliższych. Ale gdy pomyślę, że i tak większość ludzi ma w nosie to co dla nich robię (dla siebie także) , to może lepiej zwolnić miejsca dla jakiegoś młodziaka. Zabrać swoje płyty do domu, a on niech gra z tych empetrójek czy innych nienośników. Sam nie mam odwagi zakończyć tego wszystkiego, wolałbym, aby po prostu mnie wyrzucono, byłoby mi łatwiej. Nie gryzłbym się, że po co to zrobiłem, itd..., tylko los załatwiłby to za mnie i cześć. Tworzenie dzisiaj audycji nie daje prawie żadnej satysfakcji, jeśli się wie, że prawie nikt jej nie słucha. A nawet jeśli słucha więcej osób niż myślę, to nawet o tym nie wiem. Co chwila, jeden czy drugi, opowiada mi, co zagrał Kaczkowski, co jakiś tak jeszcze inny prezenter trójkowy, tak jakby ujmą było nastawienie w "Aferze" Masłowskiego. A co, ja gorsze płyty mam, co niczego może o nich nie wiem? Przecież całe życie im poświęciłem, słuchałem tysiącami godzin, wyczytałem z ich okładek wszystko co się da... A i tak na szacunek nie mam co liczyć, bo i tak jeden czy drugi, za chwilę mi powie , ze słyszał jakiś znany Pink Floyd, znany Led Zeppelin czy znany Black Sabbath w innej lepszej audycji. Ludzie, czy to nie jest chore?  Ma taki jeden czy drugi wszystkie płyty Zeppelinów czy Sabbatów na półce, ale woli posłuchać tysięczny raz "Schodów Do Nieba" w radio , zamiast czegoś, czego nie zna. Ostatnio powiedział mi pewien gość, że taką kapitalną audycję znalazł w eterze, nikt nie gada, tylko grają same klasyki rocka. Co za będzwał! Te klasyki rocka powinieneś posiadać w domu i wstyd się przyznać, że w radio tylko ciebie cieszą. Taki człowiek nie chce prezentera, bo on wszystko wie. Oczywiście, włączy sobie dureń polską Wikipedię i czerpie z tego pustkowia całą wiedzę, a raczej niewiedzę. Prezenter mu niepotrzebny. Żalość ogarnia. To ja poświęciłem grubo ponad trzydzieści lat mojego życia na rozwijanie pasji o muzyce, i stale nie wiem tego czy tamtego, a on wie, kapucyn jeden z drugim.
Jak to jest, że nikt płyt nie kupuje, a wszyscy wszystko znają i mają na 1,5 miesiąca przed premierą. Dookoła tylko sami złodzieje kurwa mać !!!  Dajcie mi karabin i zmieńcie prawo, a sam wymierzę sprawiedliwość, słowo daję. Tylko niech mi za chwilę jakiś łepek nie przyjdzie i nie powie: panie Andrzeju, a dlaczego pan pozabijać wszystkich chce? , bo nawet nie zrozumie , że to tylko taki dobór słów, a nie chęć faktycznej egzekucji. Choć, gdy się na tę żałość patrzy....
Nie da się już słuchać argumentów tych bezczelnych piratów. Panie Andrzeju, bo czemu te płyty są takie drogie? Zmień kobietę , a nie będą już takie drogie. One chcą być na równych prawach z facetami. Ale na takich równych, że ty kochanie nie kupuj tych drogich płyt po 30-50 zł, za to kup mi frajerze perfumiki w Douglasie za 500 zł, kieckę za 175 zł, buciki za 350 zł i jeszcze kurwa mać weź mnie na kolację za 200 zł. Jak to płyty są drogie? A samochody, a buty, gaz, prąd, cukier, mąka, opłaty ZUS, czynsz, dżinsy, kurtka, ...Co mam jeszcze wymienić. Co takiego jest w jeansach, że kosztują trzy stówy? Nitki z platyny!? Jak się na to patrzy, to chce się wyjechać daleko przed siebie. Zostawić radio, nawet wiernych słuchaczy i przed siebie, w siną dal.

wtorek, 8 marca 2011

MR. BIG - "What If ..." - (2011) -

 MR. BIG - "What If ..." - (MR.BIG / FRONTIERS) -



Triumfalny powrót (w 2009 r.) grupy MR.BIG został dostrzeżony niemal wszędzie, z wyjątkiem niestety naszego kraju. Powrót i to w oryginalnym, najmocniejszym składzie: Martin, Sheehan, Gilbert, Torpey. Szkoda, że ten sprawny warsztatowo i bardzo finezyjno-hard-rockowy kwartet, u nas kojarzony jest tylko za sprawą hitowej i uroczej zarazem balladki "To Be With You", no i jeszcze ewentualnie za sprawą przeróbki kompozycji "Wild World", Cata Stevensa.
Kiedy ,mniej więcej, przed dwoma czy trzema laty, wokalista MR.BIG, Eric Martin, występował w naszym kraju solo, to na koncercie w Poznaniu nie było nawet chyba 20 osób, podczas, gdy reaktywowany MR.BIG, występując w słynnym tokijskim Budokanie, zgromadził komplet 14 tysięcy sympatyków. Którzy to sympatycy nie tylko przyszli gapić się na czterech szarpidrutów biegających po scenie, ale znali większość refrenów i żywo reagowali na galopadę solówek i zagrywek, płynących ze sceny.
Dlatego nie sądzę, by nowe studyjne dzieło wywołało szczególne podniecenie wśród rodzimych fanów rocka, do znudzenia przeżywających każde wypociny Metalliki, kolejne mega-spektakle Depeche Mode czy U2, albo "głębokie" przemyślenia Kazika.
MR.BIG grają z ikrą, czadem, melodią i dużą dawką wirtuozerii basu Sheehana czy gitary Gilberta. Uważam, że młode zespoły powinny uczyć się kompozycji i wykonawstwa od tego zespołu, a nie tylko przeżywać progresywne wymiatanie u Dream Theater. Śmiem twierdzić, że oba zespoły mogłyby stanąć na jednej scenie i trudno byłoby wyłowić zwycięzcę.
Nie chcę być przy okazji obłudnym, bowiem nigdy do zagorzałych fanów MR.BIG także nie należałem, ale lubię czasem posłuchać płyt "Lean Into It" (1991) czy ostatniej podwójnej koncertówki "Back To Budokan" (2009), gdzie fajne melodie mieszają się z galopadą artystycznych zagrywek. Sądzę, że nowa płyta posiada wszystkie najlepsze cechy kompozycji znanych już z poprzednich płyt, jak chwytliwa melodyka w otwierającym całość "Undertow", czy takich podrasowanych, nieco mocniejszych ballad, jak: "Stranger In My Life" lub "All The Way Up". Jednak na całej płycie dominują fajne chwytliwe motywy, w których grupa uwielbia uciekać od melodii po szaleńcze improwizacje, jak dajmy na to w "As Far As I Can See" czy "Around The World".
Produkcją albumu zajął się niezmordowany Kevin Shirley, któremu realizacja takiej muzyki czy ostatniego Joe Bonamassy nie sprawiła większego problemu, jak widać i słychać, co zaciera nieco złe wrażenie po fatalnej produkcji ostatniego dzieła Iron Maiden. A tak swoją drogą, czy ten Shirley w ogóle kiedyś śpi?

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

JON ANDERSON - "Survival & Other Stories" - (2010) -

JON ANDERSON - "Survival & Other Stories" - (OPIO MEDIA) -



Pisałem niedawno o nowej wspólnej płycie Jona Andersona i Ricka Wakemana, muzyków znanych nam z zespołu YES. Jon Anderson po dłuższej niedyspozycji związanej z leczeniem krtani, serwuje nam kolejną płytę, przerywając przy okazji spekulacje na temat złego stanu zdrowia. Tym razem jest to wydawnictwo wyjątkowe, niskonakładowe (zaledwie 1500 sztuk na świat), a do tego powstałe dzięki fanom Andersona na całym świecie. Cała idea została ogłoszona ponad cztery lata temu poprzez internet. Chodziło o to, by ludzie przysyłali swoje kompozycje, szkice, propozycje, z których to Jon Anderson miałby stworzyć płytę, oczywiście wybierając te najciekawsze utwory, a do tego aranżując je po swojemu.
Powstały album nie powinien być wielkim zaskoczeniem dla sympatyków Andersona. 11 piosenek zawartych na "Survival..." odnosi się do wszystkiego, co artysta już stworzył w przeszłości.
Obok kompozycji bardzo pięknych ,są tutaj także i te mniej udane. Nie ma się zresztą czemu dziwić, trudno zachować spójność nastroju, skoro tak wielu ludzi na raz współtworzyło to dzieło.
Bardzo ładnie rozpoczyna się ta płyta. Pierwsze trzy utwory ,przy nieco innym instrumentarium, śmiało mogłyby zostać włączone nawet do repertuaru YES, myślę tu o otwierającym całość "New New World", następnie krótkiej akustycznej balladzie "Understanding Truth" i tuż po niej ,wyjątkowej urody balladzie "Unbroken Spirit". Później jest już trochę gorzej, artysta albo zapędza się w klimaty egzotyczne, znane nam choćby z nudnych płyt, w rodzaju "Deseo" lub "Toltec". Przykładem niech tutaj będą utwory "Love Of The Life" czy "Love And Understanding".  Największym jednak gniotem jest bez wątpienia "Big Buddha Song", wlokąca się pochwalna pieśń, z gatunku hare kryszne - koszmar! O takim Andersonie można na szczęście szybko zapomnieć, a to dzięki kilku pięknym fragmentom , jak choćby "Just One Man" - kompozycji już nam znanej z ub.rocznego albumu "The Living Tree" duetu Anderson/Wakeman. Z tym, że ta wersja posiada nieco inne brzmienie, w sumie mniej oszczędne, ale to akurat nie musi być zaletą. Szczególną perłą jest przepiękna finałowa, usymfoniczniona ballada "Cloudz" (właśnie z taką pisownią przez "z"). Już  tylko dla tego utworu warto wyłożyć z portfela nie małe pieniądze na tę płytę.  Oczywiście mogą się także podobać akustyczne ballady, jak: krótka "Effortlessly" czy blisko 8-minutowa "Incoming". Robią może i one wrażenie nieco monotonnych, ale na pewno nie pozbawionych swoistego uroku.
W sumie interesująca płyta, która chyba z założenia miała i ma pozostać ciekawostką w dorobku Andersona. Dla fanów jego (wciąż z lekka zbolałego) głosu stanie się i tak cennym klejnotem, który za lat kilka będzie poszukiwanym skarbem. Chyba, że jakaś wytwórnia postanowi rzucić ten tytuł na rynek w jakimś większym nakładzie.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

poniedziałek, 7 marca 2011

PHIL COLLINS - Maestro schodzi ze sceny, którą porasta coraz więcej chwastów

Wczorajszy wpis w księdze gości, dokonany przez: "negative", niestety
znajduje
potwierdzenie w faktach. I tak jak dopisał "marek", informacja o
wycofaniu
się z
show businessu przez Phila Collinsa wygląda na prawdziwą.Nie tak dawno
temu
przeczytałem gdzieś, że Phil Collins chciał popełnić samobójstwo.
Pomyślałem, że to
plotka, ale widzę, że dziennik "The Mail" to potwierdza. Są to zresztą
oficjalne
słowa Artysty, który po trzecim już rozwodzie zwątpił w sens życia, a
do
tego wredni
i otaczający go ludzie nie pomagają w dojściu do siebie. Skąd ja to
znam.

To, że wśród ludzi jest dużo wredności i chamstwa, wiem także i ja.
Nie od
dziś.
Jako, że jestem fanem Phila Collinsa, niejednokrotnie muszę
wysłuchiwać
złośliwych
bełkotów od tzw. "znawców", próbujących mi udowodnić, jakim to On
kiepskim
artystą
jest. Szczerze mówiąc, rzygam już tym brakiem argumentów na to ,jak to
Peter Gabriel
więcej zrobił, jaki to on genialny jest w stosunku do Phila, itd... Nie
chce mi się
gadać z tym pierdzielstwem, które, gdy rzuca hasło Genesis, od razu
złośliwie
zaznacza, ze tylko ten zespół liczy się z Peterem Gabrielem, a jaki to
kiepski
Genesis był po jego odejściu, itp...itd... To samo muszę wysłuchiwać
co do
Marillion, Deep Purple, Pink Floyd i tuzina innych zespołów, które
lubię w
całości.
A tak naprawdę, nie chce mi się gadać z takimi ludźmi. Niedobrze mi
się
robi, gdy
swoją wyższość próbuje mi udowodnić jeden czy drugi, który nie
przesłuchał
nawet
jednej setnej tych płyt w życiu co ja. Że już o posiadaniu ich w
kolekcji
nawet nie
wspomnę, bo to już zakrawa o żałość.

Nie dziwię się Philowi Collinsowi, że w wydanym komunikacie o wycofaniu
się z
kariery, przemówił gorzkim tonem. Facet zrobił tyle dla muzyki, że nie
da
się nawet
tego ogarnąć. Już nie wspomnę o jego talencie, tj. wyjątkowej grze na
perkusji
(jedynej w swoim rodzaju), głosie, kompozycjach, czy byciu po prostu
niezwykle
sympatyczną postacią jako człowiek. Dla mnie Phil Collins to postać
Wybitna, przez
duże "W", i zupełnie mam w nosie czy jakiś wredny typ się ze mną
zgadza
czy nie.
Jeśli nie lubi Phila, to niech go nie słucha i już! Czy to takie trudne
do
pojęcia?
Najnowsza płyta Mistrza była spełnieniem jego najskrytszych marzeń, o
nagraniu
piosenek ze swojej młodości, czyli najpiękniejszego okresu jaki
człowiek w
życiu
posiada. Czy po tym wszystkim czego Phil dokonał przez te kilkadziesiąt
lat, nie
miał do tego prawa? No pomyślmy...Przecież w tym jednym życiu każdy
człowiek ma
prawo do szczęścia. Tylko jakiś bydlak tego może nie zrozumieć.
Płyta
"Going Back"
już wiemy, sprzedała się słabo, a do tego przysporzyła Artyście
stado
zwyczajnych
wrednych skurwieli, zastanawiających się dniami i nocami, jak mu jeszcze
dokopać?,
jak go zniszczyć? Znamy to, przecież nawet na naszym podwórku, niestety
nie
muzycznym, wystarczy się rozejrzeć, jak wódz Jarosław i jego elektorat
chciało
odebrać wszelkie zasługi w dojściu do Pokoju Lechowi Wałęsie, tyle,
że się
ścierwu
nie udało. Teraz w podobny sposób postępują inni z Philem. Fajnie, nie
ma
co. Gdy
patrzę na takie sytuacje, myślę sobie, gdzie jest Bóg? I niech mi nikt
nie
tłumaczy,
poprzez jakąkolwiek religię, ze tak musi być, tak widać było pisane,
czy tym
podobnie. Bzdura. Jesteśmy pozostawieni sami sobie. Nie wierzę, by
jakikolwiek Bóg
rozsiał tyle wszalstwa na w przez siebie stworzonym świecie. Gdybym był
Bogiem, nie
wystawiałbym nikogo na próbę, tylko stworzyłbym piękną krainę. Po co
ta
zabawa? Po
co robić sobie nadzieję i tworzyć fikcję? Tym bardziej, że w tej
farsie
pojawiają
się zaraz faceci w czerni, żerujący na naszych uczuciach i wierze w
coś,
czego nie
ma. To my tworzymy ten świat, to my go niszczymy, to my zabijamy w
ludziach często i
piękne cechy, na które wielu jeszcze stać.

Nie dziwi mnie także, że Phil nie może odnaleźć się ze swoją muzyką
wśród
tych
bełkotliwych małp hip-hopowo- funky-soulowo-groove'owo gównianych. Ten
bełkot
afro-amerykańskich pseudoartystycznych szumowin może przypaść tylko do
gustu
wyżartym mózgom przez rdzę powstałą z głupoty i wyzbycia się dobrego
smaku.

Dość tego, na tym kończę, bo jeszcze za dużo napiszę i przysporzę
sobie
kolejnych
wrogów, a to przy artykułowaniu swej szczerości, przychodzi mi nad wyraz
łatwo.

piątek, 4 marca 2011

JOE BONAMASSA - "Dust Bowl" - (2011) -

 JOE BONAMASSA - "Dust Bowl" - (MASCOT / PROVOGUE) - PRD PROMO 333



Joe Bonamassa nagrywa i wydaje płyty w tempie typowym dla przełomu lat 60/70-tych. To właśnie wówczas,najczęściej w niecały rok po wydaniu albumu, artyści rzucali swoim fanom kolejne nowe doznania. No tak, ale skoro Bonamassa czerpie wzorce od Erica Claptona, Johna Mayalla czy Rory'ego Gallaghera, to nie ma się czemu dziwić. Przyznam, że bluesa słucham raczej wyłącznie w wykonaniu "białym". Ceniąc, rzecz jasna, zarazem "czarnych" mistrzów , muszę dodać, iż często nużył mnie schemat czarnego bluesa, trzymający się sztywno rytmu i linii melodycznej. Biali muzycy potrafili poszybować  w nieznane, pozwalając sobie na niecodzienne improwizacje, a do tego przyozdobić kompozycje rockowym uderzeniem i wirtuozerską finezją. Dlatego uwielbiałem zawsze Rory'ego Gallaghera, Stevie'ego Ray Vaughana, Gary'ego Moore'a czy Jeffa Healeya, że tylko tych czterech mistrzów wspomnę choćby. Joe Bonamassa wielkim śpiewakiem nie jest, o czym wie każdy, kto widział go na żywo, ale jednak swoją gitarą potrafi dokonywać rzeczy niezwykłych, w tej teoretycznie już sprawdzonej od dawna, a dla niektórych i być może wyeksploatowanej formule. Najciekawsze jest to, że im bardziej Bonamassa rozwija swoje umiejętności, to zamiast popadać w rutyniarstwo, powtarzanie się czy nudę, gra jak natchniony. Nie wiem jak to możliwe, ale najnowsze dzieło "Dust Bowl" jest nie dość, że absolutnie czarujące i mocne zarazem, to jawi się niemal jak arcydzieło bluesa. I to nie tylko lat ostatnich. Może to i chwilowe oczarowanie, ale ta płyta już w momencie wydania brzmi jak klasyczna pozycja rock- bluesa. Tak, tak, w tej kolejności, rock-bluesa, a nie blues-rocka. Ku memu zaskoczeniu ,nawet kolejna produkcja przereklamowanego producenta, jakim jest Kevin Shirley, wypadła na tej płycie zaskakująco dobrze. No ale, jeśli się spieprzy dzieła takim grupom jak Iron Maiden czy pokrewnej Bonamassie grupie Black Country Communion, to kiedyś trzeba wyciągnąć wnioski. Powróćmy do "Dust Bowl". Płyta liczy sobie dwanaście kompozycji, a w trzech z nich zagrały gościnnie gwiazdy światowego formatu, jak: JOHN HIATT (legenda country-bluesa), VINCE GILL (gwiazda country i bluegrass) oraz GLENN HUGHES (kolega obecny z Black Country Communion, a także były muzyk Deep Purple czy Black Sabbath). Nie to jest jednak najważniejsze, bowiem ci muzycy mają raczej uatrakcyjnić całe to  wydawnictwo. Gdyby nawet sam Bonamassa wziął na siebie cały ciężar wykonawczy, powstałaby zapewne płyta równie atrakcyjna i ciekawa.
Otwierający "Slow Train" jawi się jak skrzyżowanie Deep Purple z Cream, a następny i zarazem tytułowy "Dust Bowl" ,to taki blues z bondowskim posmakiem. Po nim następuje żywy countrowy-blues, nieco w stylu S.R.Vaughana, z gościnnym udziałem Johna Hiatta. I ,mniej więcej, w taki oto sposób, żongluje nastrojami Bonamassa. Gra raz szybciej, raz wolniej, raz ostrzej, a po chwili łagodniej. Często rozpoczyna leniwie, by im bliżej końca kompozycji, dosłownie przyładować ogromnym ładunkiem emocji i decybeli zarazem, jak np. w "The Last Matador Of Bayonne", albo w kończącej balladzie "Prisoner". Fanom Led Zeppelin powinien przypaść do gustu "Black Lung Heartache", gdzie akustyczne smaczki gitarowe przypominać mogą kilka klasyków tego Wielkiego Kwartetu. Dobrze, że jest ktoś taki jak Bonamassa. Dobrze, bo ożywia wirtuozersko-czadową stronę białego bluesa, której niegdyś nadzieją byli Kenny Wayne Shepherd czy Jonny Lang, ale w ostatnich latach usunęli się niebezpiecznie w cień. Panie Bonamassa, tak trzymać!

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

czwartek, 3 marca 2011

CETI - nowy świetny utwór "ANYWHERE" już do posłuchania

Dzięki Sławkowi M. (wielkie dzięki!) dowiedziałem się dzisiaj, że na you tube jest już dostępny najnowszy teledysk grupy CETI do utworu "Anywhere". Wykorzystując czas, kiedy to mój komputer wciąż spisuje się rewelacyjnie i zasuwa jak Porsche Carrera, obejrzałem przed chwilą ten clip i za chwilę uczynię to ponownie. Polecam wszystkim, świetna kompozycja! Sam obrazek jest dość skromny, ale widać zespół, ogląda się przyjemnie. Jeśli taka będzie płyta jak "Anywhere", to już doczekać się nie mogę! POLECAM !!!!

IRENA KWIATKOWSKA odeszła w wieku 98 lat

Poranne mycie zębów, herbata, chowanie łóżka, włączony telewizor na kanale informacyjnym, gdzie przelatują paski z najnowszymi doniesieniami z kraju i ze świata. A u mnie gra łagodnie jeszcze jakaś muzyka w tle i pakuję co trzeba do torby, na tuż przed wyjściem do pracy. Raptem pojawia się na żółtym tle czarny napis, kłujący po oczach: Irena Kwiatkowska nie żyje! W tym momencie przelatują przed moimi oczami kadry z jej rolami w teatrach telewizji, kabaretach, a przede wszystkim w filmach.
Bardzo lubiłem tę kobietę. Od dzieciaka. Zawsze była taka pozytywnie zakręcona i zawsze pamiętam ją z zabawnych ról. Nigdy nie kojarzyła mi się z czymś smutnym, a to niewielu ludziom się udaje (udało). Sądzę, że największą popularność przyniosła jej rola kobiety pracującej w "Czterdziestolatku". Ale i słynne "nogi, nogi, nogi..." - ("Halo Szpicbródka"), jeśli pamiętacie?, czy epizody w "Dudku". Moją ukochaną rolą Ireny Kwiatkowskiej była postać mamy Kasi Pióreckiej w serialu "Zmiennicy". Nawet za życia nigdy za tę rolę jej nie chwalono, nie podziwiano, a dla mnie Pani Irenka była tam po prostu genialna !!! Kiedy wracam do tego serialu, a oglądam go kilka razy w roku !!!, to gdy dochodzi do Pani Pióreckiej, potrafię cofać płytę po kilka razy pod rząd. Nie mogę się tym nasycić.Albo jakaż fenomenalna rola w "Rozmowach Kontrolowanych" , jako ciotka Ryszarda Ochódzkiego. Pamiętacie, zna pan hasło?: "żyrafy wchodzą do szafy", odzew: "pawiany wchodzą na ściany". Boki zrywać. To było wraz z Aliną Janowską i Krzysztofem Kowalewskim
Poza tym, widząc Panią Irenkę w dziesiątkach ról, śmiem stwierdzić, że była aktorką WYBITNĄ !!! A przy tym przeogromnie fajną. Była taką kobietą, z którą chciałoby się pójść na kawę i godzinami z nią rozmawiać. Tak sobie to wyobrażam. Jeśli istnieje raj, to niech Pani Irenka będzie w nim na najpiękniejszym oddziale czy piętrze. Niech Najwyższy się nie pomyli i nie osadzi jej z jakąś bandą polityków, biznesmenów i innymi gnojkami. A także za lat wiele niech Najwyższy nie pomyli słowa "aktor" z jakimiś Mroczkami, Cichopkami i innymi strasznymi produktami aktorsko-podobnymi.

wtorek, 1 marca 2011

SLADE, SWEET, SMOKIE - i po koncercie / POZNAŃ "Arena" 1.III.2011

1.marca.2011 - Poznań "Arena"
Bałem się tego wieczoru, ale i doczekać zarazem nie mogłem. Jako, że śledzę muzykę na bieżąco, wiedziałem na co idę. Nie było mowy o zaskoczeniach na plus, bądź minus. A jednak zaskoczenia były.
SLADE, SWEET, SMOKIE, każdy z tych trzech zespołów odegrał jakąś rolę w moim życiu, otoczonym pasją i miłością do muzyki. Jako młodziak, połykałem niemal każdą piosenkę bez popijania, w/w trójcy. Ze szczególnym naciskiem na kwartet SMOKIE. No właśnie kwartet. Dzisiaj ten rozrośnięty do kwintetu zespół nie ma już niczego wspólnego z tamtym zespołem. Poza nazwą i osobą Terry'ego Uttleya - basistą zespołu z oryginalnego składu, którą tak niestety bezcześci ten sympatyczny muzyk.
Ale po kolei.
Przede wszystkim zaskoczyła mnie frekwencja w poznańskiej Arenie. Prawie komplet publiczności. Prawie, bo nieco boczki na koronce prześwitały. Ale to drobiazg, prawie niezauważalny. Oprócz tzw. starszej młodzieży, było także i troszkę prawdziwie młodej młodzieży. A to oznacza, że potrafią ci młodzi także podnieść dupska od komputera i zobaczyć jak się sprawy mają w realnym świecie.

SLADE - zagrali jako pierwsi, i nie dość, że rozgrzali publiczność, to jeszcze ,jak się zresztą później okazało, zagrali koncert godny gwiazdy głównej. Choć byli od nich jeszcze lepsi. DAVE HILL, gitarzysta , i obok D.POWELLA( perkusisty) , muzyk z oryginalnego składu, dwoił się i troił, by dać czadu jak trzydzieści parę lat temu. Biegał, skakał, wchodził na głośniki i co nie tylko, by dać ludziom to, na co przyszli. Przy okazji sam świetnie się bawił. A co najważniejsze, dobrze grał. Pozostali dwaj muzycy robili swoje, dobrze, a nawet lepiej niż dobrze. Wokalista naśladujący brakującego Noddy'ego Holdera, poprawnie wykonywał swoją robotę. Także, suma sumarum, SLADE dali przyzwoity koncert, z przebojami: "Everyday", "Mama Weer Al Crazy Now", "Cum On Feel The Noize", My Oh My (na bis), Gudbuy T'Jane, Run Runaway, i innymi. Choć także bym przesadził, pisząc na przykład, że był to kapitalny show. Jedynym mankamentem było nagłośnienie. Nie wiedzieć czemu, Slejdzi byli najgorzej nagłośnieni. Potraktowano ich jak support, a przecież supportem nie byli. Tego wieczoru wszystkie trzy zespoły były gwiazdami.

SWEET - jako drugi zespół wieczoru. Myślałem, że nie udźwigną ciężaru. Choć wiem, że zawsze mieli fanów w Polsce, to jednak byłem przekonany, że mniej od Slade, a do tego przeboje Sweet, poza 4-5 kawałkami, nie były aż tak grane , jak ich konkurentów ze Slade w tamtych czasach. A jednak myliłem się. Ludzie w Arenie bawili się na Sweet nie gorzej, niż na Slade, a ja uważam, że właśnie Sweeci zagrali najlepiej tego wieczoru. A do tego najbardziej rockowo. Tutaj wielka zasługa znakomitego gitarzysty Andy'ego Scotta, jedynego notabene oryginalnego muzyka w dzisiejszym Sweet. Nie ujmując nic jego dzisiejszym kolegom, którzy naprawdę wiedzieli do czego służą instrumenty, no i że nazwa Sweet do czegoś zobowiązuje. Scott wymiatał na wiośle jak trza, zupełnie jakby w nosie miał brutalnie upływający czas, który włosów mu na szczęście nie odebrał (solidna blond szopa - jak 35 lat temu !!!! - słowo !!!!), ale tłuszczyku nieco dorzucił. To jednak drobiazg. Zaczęli od "Hell Raiser",a później to już się posypało... ,m.in: "Teenage Rampage", "Love is like Oxygen", "Blockbuster", "Fox On The Run", "Action" czy "Ballroom Blitz". Czegoż więcej chcieć. Szkoda, że oryginalny wokalista Brian Connolly nie żyje od wielu lat. Jestem pewien, że dzisiaj śpiewałby nadal w Sweet i byłoby cudownie. Moim skromnym zdaniem był to koncert wieczoru. A jeszcze kilka godzin wcześniej myślałem, że zagrają jako pierwsi na pożarcie. Jak to człowiek nieświadom po tym świecie chodzi.

SMOKIE - najbardziej na nich czekałem. I nie będę owijać w bawełnę, że aż żal było na to patrzeć , i. słuchać rzecz jasna. Miło było ujrzeć Terry'ego Uttleya na scenie. Dobrze się facet trzyma. Dobrze gra, dobrze wygląda, elegancko pomyka sobie po scenie ze swoimi czterema strunami. Czasem coś powie, skromnie, sympatycznie i do rzeczy. I tyle. Nie mam nic do drugiego gitarzysty, naśladującego brzmieniem Alana Silsona. Stał sobie skromnie w prawym rogu, grał swoje i praktycznie nie rzucał się w oczy. Tak samo klawiszowiec, stał w głębi, prawie nie było go słychać (i dobrze), a także widać, choć chłopisko wysokie. Perkusista skakał, wznosił się, latał, klaskał i co nie tylko. Widząc co robi jego żałosny kolega wokalisto-gitarzysta, próbował ratować sytuację, samemu przypominając wesołego okaza człekopodobnego wypuszczonego z kraciastego kwadratu na wybieg. Ale zostawmy biednego perkusistę z wąsem snutym dookoła głowy. To wszystko jest niczym w stosunku do wokalisto-gitarzysty, teoretycznie główno-zabawiającego. Facet nazywa się Mike Craft i powiedzmy, że śpiewa w Smokie już kilkanaście lat. Zastąpił zmarłego Alana Burtona, wokalistę, który to z kolei pod koniec lat 80-tych zastąpił oryginalnego i przepięknie śpiewającego Chrisa Normana. Niezastąpionego !!!! Aby było jasne. Craft nie śpiewa. On ryczy. A raczej jego denerwująca barwa głosu przypomina skrzyżowania prujących się gaci, ze skowytem konającego z boleści osobnika podczas zatwardzenia. Jak Terry Uttley mógł to swoim dawnym fanom zrobić. Albo na stare lata stracił słuch, albo podczas ówczesnej łapanki na wokalistę grupy, byli jeszcze tylko gorsi, w co trudno uwierzyć. Przepraszam, ale jeśli komuś podoba się głos tego nieudałoty Mike'a Crafta, to niech mi o tym nawet nie mówi, bo przebaczenia nie otrzyma po kres swych lub mych dni. Podczas koncertu SMOKIE czułem zażenowanie w stopniu najwyższym . Dłońmi zakrywałem swą twarz, by nie widziano mego cierpienia, a przy okazji, bym nie dostrzegł czasem radości rozentuzjomowanego tłumu. To byłoby dla mnie jeszcze bardziej bolesne, bowiem uświadomiłoby mi, że mieszkam w kraju, gdzie występuje potężny procent ludzi z uszkodzonym słuchem. Gdybym był szeryfem i w moim miasteczku zagraliby koncert Smokie, to zaraz po jego zakończeniu Craft trafiłby (na mój wniosek!) do kryminału. Mógłby go dopiero opuścić po przymusowej kastracji.
To miał być najpiękniejszy koncert wieczoru, a okazał się żałosnym występem człowieka, który splamił honor niegdyś tak pięknego zespołu , jak Smokie. Ten biały pan (przyodziany w szaty o anielskich barwach), którego struny głosowe przypominały pierdzącą Syrenkę 104 , zabił wszystko to, co mogliby jeszcze uratować jego koledzy z fajansiarsko brzmiącego wcielenia Smokie. Już nawet nie chce mi się pisać o chórkach, a raczej ich braku. Łza się w oku kręci, gdy pomyślę sobie jak ładnie niegdyś panowie Spencer, Silson i Uttley ten element wokalistyki mieli opanowany w małym paluszku.
A piosenki, jakie? Ojej, same hity. Gdyby tylko ktoś potrafił je zaśpiewać, to ale byłby koncert. Zobaczcie, co zagrali, choćby: "Something's Been Making Me Blue", "Lay Back In The Arms Someone", "It's Your Life", "Take Good Care Of My Baby", "Mexican Girl", "For A Few Dollars More", 'Wild Wild Angels", "If You Think You Know How To Love Me", "Don't Play Your Rock'n'Roll To Me", "I'll Meet You At Midnight", "Oh Carol", "Needles And Pins", "Have You Ever Seen The Rain" (z rep.CCR), "Living Next Door To Alice" (na bis).
Jak ja teraz mam spojrzeć ludziom w oczy i wciskać kit, że Smokie to był niegdyś świetny zespół? Jak ja mam im powiedzieć, że tamta ekipa otworzyła mi oczy na muzykę, i że to dzięki nim, jako młody 12-letni chłopak, w 1977 r., przeżywałem radość słuchania najpiękniejszych piosenek mojego życia. Bowiem wówczas takie właśnie znaczenie miały one dla mnie. Dzisiaj te same melodie, w tym wulgarnym i rynsztokowym wydaniu, nie dadzą wiary nikomu z młodego pokolenia, że ich pierwowzory to była zupełnie inna bajka.

Mimo to, był to ciekawy wieczór, miły wspominkowo, a przy okazji zobaczyłem jak się sprawy mają. Reasumując, w skali od 1 do 5, pozwolę sobie ocenić poszczególne występy zespołów. Da Wam (Państwu) obraz tego jaki poziom zaprezentowały te trzy ekipy
I tak:
SLADE - 3,5
SWEET - 3,8 ,a nawet 3,9
SMOKIE - 1,5 ,   z czego pół gwiazdki tylko za dobrze bawiącą się publiczność

Normalnie Smokom należałaby się sama goła "jedynka" (bez dodatkowego pół punktu), ale na to by mi sumienie nie pozwoliło, bowiem największym gównem, jakie widziałem "na żywo" w życiu, był występ Afromental w 2009 roku w Łodzi. Ale na nich spuśćmy już zasłonę miłosierdzia. Nie chcę okaleczać okaleczonych.

P.S.  Wielkie podziękowania dla nieocenionego Sebastiana Kończaka z MC RADIO, dzięki któremu byłem na tym koncercie. Zresztą nie tylko ja, bo i także były realizator Nawiedzonego, Tomek Ziółkowski się sympatycznie załapał :-) A i do występu Smokie wyglądał na rozbawionego. Mocna ekipa !!!
P.S.2   Szkoda tylko wielka, bowiem na 5 minut przed koncertem okazało się, że mamy jeden wolny bilet !!! Całkowicie wolny i za darmo. I nikomu nie szło go już wcisnąć, ponieważ wszyscy już mieli. Przed Areną nie było nawet jednej głodnej duszy biletu. I tak bywa.
P.S.3   Buteleczka Coca Coli 0,25 l. kosztowała 5 zł.

Andrzej Masłowski