środa, 30 marca 2011

FISH ,Poznań, 30 marca 2011, klub "Blue Note". Już po koncercie

Należę do tych szczęśliwców, którym udało się być na koncercie Marillion w poznańskiej Arenie, w dniu 28 czerwca 1987 roku. Mój bilet posiada numer 000634.  Kosztował wówczas 2.500 zł. Na koncert ten poszedłem z moją siostrzyczką, która długo mnie namawiała, pomimo iż bilet proponowała całkiem gratis. W tamtym czasie nie był to mój ulubiony zespół. Ich muzyka była dla mnie ciekawa, ale nazbyt trudna, a ja wolałem proste piosenki lub proste solidne łojenie. Byłem niespełna 22-letnim młodzieńcem, co może w pewnym sensie tłumaczyć moją karygodną postawę. Do tego dodam, że mocno leczyłem rany po niezagojonej i nieudanej miłości. Ale to właśnie ten koncert odmienił moje podejście do muzyki Marillion i wielu aspektów życia. W krótkim czasie pozdobywałem wszystkie albumy, wsłuchując się w muzykę, a później poznając teksty w audycjach ukochanego Tomka Beksińskiego, albo otrzymując je od moich kolegów. Tak się złożyło, że grupa ta nieco później stała się jedną z najważniejszych w moim życiu, a w pewnym momencie  była nawet całkowicie nie do pobicia. Wówczas wokalistą był Fish. Człowiek, który dzisiaj wystąpił w klubie "Blue Note", na koncercie akustycznym. Na którym to towarzyszyło Artyście tylko dwóch muzyków, gitarzysta Frank Usher oraz pianista. I choć na Fishu byłem już, nie wiem, 7 czy 8 razy, to ten dzisiejszy koncert był wyjątkowy. I niech w tym momencie, nie odzywa się krytycznie ten, kto nie był, bo na głupca wyjdzie.
Proszę uwierzyć, że gdy Fish wykonał przy pomocy publiki "Fugazi", to pękały nawet najbardziej skamieniałe serca. Gdy Artysta wszedł w tłum i zaśpiewał (a czasem i ryknął!) "Vigil In A Wildernerss Of Mirrors" to aż mi kręgosłup przeskoczył. Dodam, że nie zabrakło owacyjnie przyjętych "Punch And Judy" , "Kayleigh" czy "Sugar Mice". Ale i było "Family Business" czy "State Of Mind". Było jeszcze wiele, wiele innych smakowitych rzeczy. Było kapitalne rybie poczucie humoru, a także świetna komunikacja ze strony publiczności. Warto dodać, że kilka utworów Fish zaśpiewał na życzenie zebranego tłumu!
Bardzo mi się podobało. Moim dwóm kolegom także. Już nigdy nie powiem, że idę ojej kolejny raz na Fisha, i że ile razy można?. Nie, nie mam dość. Pomimo, iż ten szkocki drwal od dawna nie nagrywa muzyki, która mnie kładzie na łopatki, to kocham go za wiele cudownych rzeczy, jakie stworzył w odpowiednim czasie. I nikt tego nie zmieni. Zawsze oddam fanatyczny pokłon ku samej ziemi przed wszystkim co Fish stworzył z Marillion, a także za solową "jedynkę". Za późniejsze dzieła szacunek, ale za te wymienione przed chwilą pełne moje oddanie. I niech sobie smutni ludzie ględzą, że Fish to dla nich jest taki, śmaki czy owaki. Dla mnie to jest KTOŚ !

P.S. Ze stu znajomych zapytało mnie: czy słuchałeś koncertu w "trójce" w niedzielę?  Nie mam już sił odpowiadać na takie pytanie. Nawet nie wiem jak je traktować? Albo okazują mi te bestie pełne lekceważenie mojej osoby, albo mam do czynienia z ludźmi, do których się mówi, ale oni nie słuchają. Co zresztą w dzisiejszych czasach staje się normą. Każdy mieli językiem, chce by tylko jego słuchano, ale sam dureń uszy ma posklejane woskowiną. Ludzie !!! - mam wrażenie, że powiedziałem to już wszystkim,  nie posiadam radioodbiornika !!!! Błagam, zapiszcie to sobie gdzieś wreszcie. Nie posiadam od 8 czy 10 lat. Nie warto mi było naprawiać starego grata, albo kupować nowego urządzenia, skoro nie było po śmierci Tomka Beksińskiego już kogo słuchać w radio. Koniec kropka!

4 komentarze:

  1. Ja także jestem pod dużym wrażeniem osoby Fisha, jak i samego koncertu. Ma facet charakter i nie omieszkał tego pokazać kilku ludziom, którzy pomimo jego prośby, trzaskali mu zdjęcia z lampą. Co do samego koncertu to podobało mi się gawędziarstwo Fisha, jego dobry humor no i oczywiście muzyka, która tego wieczora zabrzmiała inaczej, bo w oprawie akustycznej. Fajnie było uczestniczyć w tak niezwykłym wydarzeniu. Na pamiątkę zakupiłem sobie jego płytę koncertową, która ponoć rozprowadzana jest tylko na koncertach. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś dane mi będzie wybrać się na jakiś koncert Fisha, bo wart jest on każdych pieniędzy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wczorajszy koncert Fisha był drugim koncertem tego wykonawcy, na którym byłam. Rewelacja! Fish w świetnej formie, dowcipny, szczery, taki "nasz Fish". Jego głos mhmm co tu dużo mówić, I Love Him!!!
    Ja posiadam odbiornik radiowy, choćby po to, żeby słuchać Nawiedzonego i pięknego głosu pana A.M.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pomimo wielu okazji do bycia na koncercie Fish'a w Poznaniu nie dotarłem na żaden.Zawsze moja motywacja do zakupu wraz z nadciągającym terminem słabnie.Przez lata w mojej świadomości wytworzył się obraz typu "bajka" i jest on tak mi bliski i cenny, że boję się zderzenia z rzeczywistością lub choćby zmienienia ciut swego wyobrażenia.Płyty Marillion z Fishem to dla mnie dzieła kompletne i nietykalne i będące podobnie jak wszystko The Beatles poza jakąkolwiek szufladką. Stanowią dla mnie wręcz osobny gatunek muzyczny.Słuchając płyt delektuję się nimi i jak do tej pory nie czuję absolutnie potrzeby ujrzenia go na żywo.Zresztą jeśli chodzi o Marillion to postacią numer jeden dla mnie zawsze będzie Rothery i z pewnością na scenie obok Fisha bardzo by mi brakowało tego gitarzysty. Wiem,że moja argumentacja może wydawać się dziwna ale mam swój świat muzyczny i to co w nim kocham nie chcę zmieniać. Podobnie nigdy nie chcialbym reaktywacji ABBY czy nawet The Beatles, gdyby w ogóle to było możliwe.Co do twórczości solowej Fisha to uwielbiam album "Sunsets on Empire", poznany zresztą dzięki Nawiedzonemu dawno w odpowiednim dla tego albumu czasie.Dla mnie jest to jedyny album tego już solisty w pełni cudowny bez słabych punktów. A co dla mnie ważne by nie mącić mojej wizji, mocno odbiegający od tego co tworzył z grupą. Cieszę się, że artysta jest cały czas w formie i że potrafi dać koncert, który pomimo upływającego czasu dla tego typu muzyki potrafi wzniecić cały czas te same emocje co da dawnych kapitalnych lat.Na szczęscie dla siebie nie do wszystkich artystów mam ten sam stosunek i 12 Kwietnia na Pendragonie zagoszczę... Ten zespół wpierw zrobił na mnie wrażenie w audycji Nawiedzonego dwoma piosenkami wtenczas nadanymi (z płyty Window of life) coś chyba w 1999r a później wykreował swój wizerunek na koncercie w Ekskulapie i tak mi pozostało.. Tak więc tu się konfrontacji nie boję bo pójdę posłuchać muzyki. W przypadku Fisha boję się, że otoczka jego osoby zbudowana w mojej głowie mogła by mi przysłonić artyzm a skupiłbym się na człowieku, który z racji już swoich lat musi wyglądać jak cień gościa z mojej wyobraźni. Wiem... niebędący nie powinni mieć prawa wygłaszać takich teorii i w ogóle zamilczeć. Ale również każdy powinien mieć prawo do swoich prywatnych zboczeń. Dlatego nigdy (chyba) nie pojawię się na koncercie Fisha, ABBY (gdyby ta powróciła a podobno...)Suzi Quatro (a ma być w dolinie Charlotty)by nie zburzyć w sobie to co lubię. To znaczy by zachować ich wizerunek takim jakim się delktuję od wielu lat.

    OdpowiedzUsuń
  4. byłam na koncercie Marillion w Arenie w 1987 roku. Wrażenia świeże do dziś... 10.10 fish znowu w blue note... chyba pójdę :)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.