piątek, 4 marca 2011

JOE BONAMASSA - "Dust Bowl" - (2011) -

 JOE BONAMASSA - "Dust Bowl" - (MASCOT / PROVOGUE) - PRD PROMO 333



Joe Bonamassa nagrywa i wydaje płyty w tempie typowym dla przełomu lat 60/70-tych. To właśnie wówczas,najczęściej w niecały rok po wydaniu albumu, artyści rzucali swoim fanom kolejne nowe doznania. No tak, ale skoro Bonamassa czerpie wzorce od Erica Claptona, Johna Mayalla czy Rory'ego Gallaghera, to nie ma się czemu dziwić. Przyznam, że bluesa słucham raczej wyłącznie w wykonaniu "białym". Ceniąc, rzecz jasna, zarazem "czarnych" mistrzów , muszę dodać, iż często nużył mnie schemat czarnego bluesa, trzymający się sztywno rytmu i linii melodycznej. Biali muzycy potrafili poszybować  w nieznane, pozwalając sobie na niecodzienne improwizacje, a do tego przyozdobić kompozycje rockowym uderzeniem i wirtuozerską finezją. Dlatego uwielbiałem zawsze Rory'ego Gallaghera, Stevie'ego Ray Vaughana, Gary'ego Moore'a czy Jeffa Healeya, że tylko tych czterech mistrzów wspomnę choćby. Joe Bonamassa wielkim śpiewakiem nie jest, o czym wie każdy, kto widział go na żywo, ale jednak swoją gitarą potrafi dokonywać rzeczy niezwykłych, w tej teoretycznie już sprawdzonej od dawna, a dla niektórych i być może wyeksploatowanej formule. Najciekawsze jest to, że im bardziej Bonamassa rozwija swoje umiejętności, to zamiast popadać w rutyniarstwo, powtarzanie się czy nudę, gra jak natchniony. Nie wiem jak to możliwe, ale najnowsze dzieło "Dust Bowl" jest nie dość, że absolutnie czarujące i mocne zarazem, to jawi się niemal jak arcydzieło bluesa. I to nie tylko lat ostatnich. Może to i chwilowe oczarowanie, ale ta płyta już w momencie wydania brzmi jak klasyczna pozycja rock- bluesa. Tak, tak, w tej kolejności, rock-bluesa, a nie blues-rocka. Ku memu zaskoczeniu ,nawet kolejna produkcja przereklamowanego producenta, jakim jest Kevin Shirley, wypadła na tej płycie zaskakująco dobrze. No ale, jeśli się spieprzy dzieła takim grupom jak Iron Maiden czy pokrewnej Bonamassie grupie Black Country Communion, to kiedyś trzeba wyciągnąć wnioski. Powróćmy do "Dust Bowl". Płyta liczy sobie dwanaście kompozycji, a w trzech z nich zagrały gościnnie gwiazdy światowego formatu, jak: JOHN HIATT (legenda country-bluesa), VINCE GILL (gwiazda country i bluegrass) oraz GLENN HUGHES (kolega obecny z Black Country Communion, a także były muzyk Deep Purple czy Black Sabbath). Nie to jest jednak najważniejsze, bowiem ci muzycy mają raczej uatrakcyjnić całe to  wydawnictwo. Gdyby nawet sam Bonamassa wziął na siebie cały ciężar wykonawczy, powstałaby zapewne płyta równie atrakcyjna i ciekawa.
Otwierający "Slow Train" jawi się jak skrzyżowanie Deep Purple z Cream, a następny i zarazem tytułowy "Dust Bowl" ,to taki blues z bondowskim posmakiem. Po nim następuje żywy countrowy-blues, nieco w stylu S.R.Vaughana, z gościnnym udziałem Johna Hiatta. I ,mniej więcej, w taki oto sposób, żongluje nastrojami Bonamassa. Gra raz szybciej, raz wolniej, raz ostrzej, a po chwili łagodniej. Często rozpoczyna leniwie, by im bliżej końca kompozycji, dosłownie przyładować ogromnym ładunkiem emocji i decybeli zarazem, jak np. w "The Last Matador Of Bayonne", albo w kończącej balladzie "Prisoner". Fanom Led Zeppelin powinien przypaść do gustu "Black Lung Heartache", gdzie akustyczne smaczki gitarowe przypominać mogą kilka klasyków tego Wielkiego Kwartetu. Dobrze, że jest ktoś taki jak Bonamassa. Dobrze, bo ożywia wirtuozersko-czadową stronę białego bluesa, której niegdyś nadzieją byli Kenny Wayne Shepherd czy Jonny Lang, ale w ostatnich latach usunęli się niebezpiecznie w cień. Panie Bonamassa, tak trzymać!

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

1 komentarz:

  1. Te kilka piosenek, których mieliśmy okazję wysłuchać w minioną niedzielę było całkiem, całkiem... Nigdy nie zrozumiem dlaczego podobne płyty nie robią kariery w radiu! Jak dla mnie jest to muzyka stworzona do tego by grać ją w dużej dawce pomiędzy 7 rano, a 7 wieczorem. O ile bardziej wolałbym posłuchać Bonamassy niż wiecznie tych plastikowych gwiazdeczek w ich nudnym repertuarze.
    A tak z innej beczki zastanawia mnie tytuł tej płyty - "Dust Bowl", czyżby Bonamassa, podobnie jak kiedyś Andy Latimer był zainspirowany "Gronami Gniewu" Johna Steinbecka?

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.