środa, 14 grudnia 2016

Brytania

Dzisiejsze dziennikarstwo muzyczne w znacznym stopniu różni się od tego sprzed trzech/czterech dekad. Nie ma zatem sensu porównywania go do współczesnych męczenników pióra. Z upływem lat zmieniają się obyczaje, kultura, styl - wszystko.
Lubię, co stare. I zapewne na taki stan rzeczy musi mieć wpływ mój wiek. Podobają mi się wszelakie anachronizmy, niemodne konstrukcje zdaniowe, jak i z rzadka używane słownictwo. To powoduje, że zawsze z dużym zainteresowaniem sięgam po historyczną prasę, o ile na takową natrafię.
Dawne piśmienne oratorstwa wydają mi się również nieporównywalnie urokliwsze. Inną sprawą, iż twórcy historycznych już dzisiaj felietonów, artykułów czy wreszcie muzycznych recenzji, tworzą wrażenie pasjonatów. A przecież było im także o wiele trudniej. Szczególnie u nas. Choć może właśnie z tego powodu wyczuwało się ambicję i zaangażowanie. Nie mieli ponadto dostępu do internetu, a wiedzę gromadzili w głowach za sprawą rzetelnej literatury. To graniczyło z poświęceniem. Dziennikarz musiał wiedzieć, z czego korzystać, w jaki sposób, i jeszcze nosić umiejętność przekazywania nabytego kompendium ciekawie i wartościowo.
Zastanawiacie się moi mili Państwo, po co to całe wprowadzenie? Raz - że trochę za tym tęsknię, dwa - nie podoba mi się większość współczesnego dziennikarstwa (nie tylko muzycznego), a trzy - właśnie otrzymałem w podarku pięć magazynów dwumiesięcznika "Brytania". Numery z okresu 1979-80. I choć nie było to pismo typowo muzyczne, to jednak zawsze poświęcało niemało miejsca brytyjskim artystom, będącym w danym momencie na fali. Bywały tam najczęściej trzystronicowe artykuły, poparte kolorowymi zdjęciami, co przecież w tamtych latach nie było żadną regułą. Wystarczy dla porównania zerknąć na jakikolwiek numer ówczesnego niewspieranego przez żaden bogatszy instytut "Non Stopu", który już nie tyle obowiązkowo jawił się czarno-biało, ale jakość druku i matryc pozostawiały wiele do życzenia. By nie rzec, iż jakość bywała katastrofalna. Na tym tle taka "Brytania", sponsorowana przez Ambasadę Wielkiej Brytanii w Warszawie, wyglądała niczym Mercedes przy Trabancie. Nawet, jeśli tendencje wraz z upływem lat nieco uległy zmianom, albowiem obecnie wypieszczony Trabant może być wartościowszy od starego Merca.
Zadrżało w jednej z mych komór sercowych, gdy w majowo-czerwcowej "Brytanii" z roku 1979 znalazłem artykuł o Smokie. Napisany przez etatowego brytyjskiego dziennikarza Tony'ego Normana. U nas jedynie przetłumaczonego. Warto odnotować, iż "Britania" zawierała tylko i wyłącznie angielskie artykuły, które przekładano w niej na język polski. Było tam dla każdego coś - tematy sportowe, technika, kino,... czy także wspomniana muzyka. Niektórzy translatorzy musieli pochylać się nad tekstami bardzo dosłownie, co wyczułem w wielu fragmentach przeczytanych pięciu historii o grupach: Smokie, Status Quo, Rainbow, Bee Gees oraz Genesis.
O Smokach Tony Norman tak oto m.in. napisał: "...Przeboje zespołu Smokie wyróżniają się zdecydowaną linią melodyczną, łatwo zapadającą w pamięć. Instrumentacja nie stanowi z pewnością ich najmocniejszej strony, za to czterogłosowa harmonia partii wokalnych jest dobrze skonstruowana, a czołowy piosenkarz Chris Norman nadaje im własne i niepowtarzalne brzmienie...". Czyż nie pięknie? Nikt już dzisiaj tak nie pisze. Cały ten tekst nosi charakter podobnie splecionej polszczyzny, która bardzo mi się podoba, a której już we współczesnych elaboratach na tematy muzyczne nie spotkamy.
Ze wzruszeniem skubnąłem ponadto pierwsze linijki artykułu o grupie Rainbow - z wrześniowo-październikowego numeru roku 1980. Przybliżając ów czas historycznie, należy odnotować, iż ukazał się on tuż po pamiętnym "Sierpniu 1980", co w związku z minioną 35-rocznicą Stanu Wojennego warto podkreślić jakoś szczególniej. Ponownie Tony Norman, tak oto: "Minęło pięć lat od chwili, gdy rozpadł się ostatecznie hard-rockowy zespół Deep Purple. Otrzymaliśmy od czytelników wiele pytań, co dzieje się z jego członkami...(...)...Wokół Blackmore'a narosła atmosfera pewnej tajemniczości. Jest on typem samotnika. Zamiłowanie do ubierania się na czarno pogłębia jeszcze otaczający go ponury nastrój powagi. Sceptycy skłonni są uznać to za sprytny chwyt reklamowy. Przyjmując pozę samotnika, Ritchie może z całą pewnością liczyć na to, że będzie przedmiotem zainteresowania...". Kapitalne, nieprawdaż? Dzisiaj można się z tego nieźle uśmiać, ale wówczas takie wywody czytało się z zapartym tchem. Poza tym, dziennikarze nie tylko przedstawiali suche fakty, ale byli przy tym kreatywni (to modne dzisiaj słowo) i mieli wyobraźnię. No i każdy pisał inaczej - po swojemu. Dzisiaj zazwyczaj tekst narzuca jeden, reszta przepisuje.
Nie myślcie sobie Drodzy Państwo o mnie źle. Że zadzieram nosa, że pozjadałem wszelakie rozumy, itp... Jestem już na takim etapie życia, że z coraz mniejszą ochotą czytuję współczesne wywody o muzyce. Szczególnie tej, którą dobrze znam. Po prostu wolę jej posłuchać, nawet po raz setny.
Większość artykułów nie wciąga. Nawet, jeśli jest napisana rzetelnie. Brakuje pióra Tomasza Beksińskiego, Jerzego Rzewuskiego lub Filipa Łobodzińskiego. Niestety pierwsi dwaj już nie żyją, natomiast Pan Łobodziński wziął się za ogrom czytania książek oraz za muzykowanie numerów Boba Dylana. Szkoda, bowiem niegdyś uwielbiałem jego trafne spostrzeżenia oraz inteligentny i nierzadko kąśliwy język.
Nie kupuję przez to żadnych Metal Hammerów (słabizna) czy tym podobnych gazetek, za którymi stoją konkretne firmy płytowe, a więc efekty wydają się nazbyt oczywiste. Korporacje odsunęły na bocznicę prawdziwych pasjonatów, próbując tym samym powiększać zyski. Smutne, gdy przychodzi w pogawędkach branżowych niejednokrotnie usłyszeć, że tyle a tyle trzeba zapłacić, by płytę wynagrodzić czterema gwiazdkami, albo dołożyć co nieco, by poświęcono wykonawcy więcej miejsca w jakimś magazynie. Nie rzucam tytułami, nazwiskami, ponieważ stawiam konkretny zarzut, a zarzutem z mojej strony też i to jest. Po sądach targanym być nie warto, tak więc uzbieraną wiedzę zabiorę do grobu.
Z krajowej oferty zaopatruję się jedynie w "Teraz Rock" (dawniej "Tylko Rock") i nawet trudno mi jakoś zaprzestać. Siła przyzwyczajenia. Każdego miesiąca kończy się tym, że odruchowo kupuję, choć praktycznie już nie czytam. Przeglądam, rzucam okiem, coś tam wyłowię na wyrywki, i na półkę. Nie pamiętam, kiedy z satysfakcją przeczytałem jakąś recenzję czy artykuł. Próbuję, jednak zazwyczaj po kilku linijkach zaprzestaję. Wszyscy piszą tak samo, albo bardzo podobnie. Schematycznie i przewidywalnie. Co z tego, że nawet z bezbłędną wiedzą czy poprawnym stylem, skoro niewiele wciąga. Dlatego trochę tęsknię za tym, co minione.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"