wtorek, 31 stycznia 2012

Z tymi winylami to "lekka" przesada!

Zamiast wdawać się w niepotrzebne polemiki na wywołany temat o ACTA, z którego wielkiej chmury nie padnie nawet deszczyk, lepiej pomówmy sobie o płytach. A raczej o wyższości LP nad CD, lub odwrotnie. Nie do końca mogę się zgodzić z fanami "czarnego krążka" (przy czym nie cierpię określenia "krążek"!), którzy często przesadnie gloryfikują jego stuprocentową wyższość nad CD. Oczywiście nie mogę w tym miejscu podłączyć sprzętu, a co za tym idzie podeprzeć się jakimikolwiek pomiarami, itd... A poza tym, nie o naukowy wykład tutaj się rozchodzi, a o zwykły wywód pasjonata muzyki oraz świra zbierającego przez 3/4 swojego życia płyty.
Płyta winylowa zawsze będzie zajmować szczególne miejsce w mym sercu, a to dlatego, że od niej rozpoczynałem słuchanie muzyki w drugiej połowie lat 70-tych. A poza tym, wszelkiego rodzaju taśmy czy szpule, to zawsze był jeden wielki syf, i o tym rozwodzić się nie będę. Nigdy ich nie lubiłem, nie zbierałem i nie uważałem za nośnik. Choć przecież dla przemysłu muzycznego wszystkie nagrane taśmy traktowane były jak płyty. Czyli, jak czytamy, że jakiś tam wykonawca, w latach 60/70's sprzedał na przykład milion płyt, to oczywiście liczy się w tym wszystko, a więc 400 tysięcy LP i 600 tysięcy taśm. To tak jak teraz do całkowitego wyliczenia sprzedanego nakładu danego tytułu, liczy się sprzedaż cyfrową i nośnikową. A tak swoją drogą, ciekawe jak pójść do swojego ulubionego artysty po podpis na pliku mp3? Pewnie ta "durnota technika" i na to znajdzie niegdyś jakiś patent.
Pamiętam jak dziś, jak jeszcze przed nastaniem ery odtwarzaczy CD, poszliśmy z kolegami na Targi Poznańskie, i w pawilonie japońskim demonstrowano najnowszy cud techniki, gramofon laserowy. Nie mogłem wyjść z podziwu, jak widoczny strumień lasera odczytywał muzykę z wytłoczonych mechanicznie rowków na płycie LP.  I gdyby nie zbyt rewolucyjnie brnąca wówczas technika, to może niejeden z nas miałby taki sprzęt w domu, na chwilę przed zakupem odtwarzarki CD.
Nie będę pisać, że zawsze w winylach lubiłem, poza muzyką, duży format okładki, fajne kolorowe labele poprzyklejane na samym środku płyty, a także wielką przyjemność sprawiało mi (i sprawia do dzisiaj) już samo gapienie się na pracę płyty i igły podczas odtwarzania. Tego pięknego rytuału nigdy nie zrozumie żaden nałogowy pirat i 90% obrońców ACTA, dla których już samym nieszczęściem jest urodzenie się z facebookiem w oczach, na dłoni i odciskami na dupie. Wracając do tematu. Pamiętam idealnie czas porażki winyla i rosnącego podium dla CD. Pamiętam także tych wszystkich ludzi rozmarzonych w krystalicznym dźwięku, dochodzącym z nośnika CD, i pragnieniem zainstalowania podobnego urządzenia w swoim domu. Pamiętam również, jak producenci płyt zniechęcali wszystkich do winyli, dokładając bonusowe utwory do tych samych tytułów na CD. Nikt już nie chciał winyli pod koniec lat 80-tych. Ludzie pozbywali się ich niemal za darmo, a z drugiej strony kupcy, robili łaskę je przygarniając. Compact Disc był na górze. Bo grał czysto, dynamicznie, bez trzasków i często bez szumów. Grał, wydawać by się mogło, idealnie. Sam powydawałem wiele winylowych płyt różnym ludziom, albo posprzedawałem za grosze. Bo taki to był czas. I nie tylko ja tak myślałem, ale prawie wszyscy! Na szczęście rozsądek nie pozwolił mi pozbyć się wielu arcydzieł i rarytasów, które dzięki temu, mogą wciąż mnie cieszyć. Ale nikt mi nie wmówi, że zawsze LP wygra z CD. Bzdura i tyle. Te przesadne stwierdzenia wywołali najczęściej młodzi ludzie, dla których winyl stał się po prostu modny !!! Poczta pantoflowa dopełniła reszty, bowiem dzięki niej, 90% ludu uwierzyło w te blubraniny. A może i dobrze? Może właśnie dzięki temu , ewentualni piraci, kupują jeszcze w ogóle muzykę na jakimkolwiek nośniku? Bo w przeciwnym razie przemysł muzyczny zszedłby już dawno na samo dno, jak jego rdzewiejący kolega Titanic. Przypomina mi się skecz Benny'ego Hilla, kiedy to Benny jako zoolog wygłasza swe mądrości na temat krokodyli, i w pewnym momencie rzuca: "krokodyl składa 40 jaj, po czym zjada 39, a wiecie dlaczego? Bo inaczej bylibyśmy po uszy w tych cholernych krokodylach". Oczywiście, niech zaraz jeden z drugim, nie weźmie encyklopedii zwierząt do rąk, i nie sprawdza czy to prawda, bo wiadomo, że w tym żarcie nie o to przecież chodzi. Tak więc, renesans na winyle jest potrzebny dla podtrzymania wymierającego gatunku. Liczę, że podobną famę o wielkości malutkiego CD rozsieje się za lat kilka czy kilkanaście, i wówczas okaże się, jakież wspaniałe były jednak te CD-iki. Oto przykład z mojego życia.  Myślę, że wielu z dzisiejszych zapominalskich też to przeżyło, ale nie pamięta wół jak cielęciem był...
Zanim kupiłem swój pierwszy odtwarzacz CD Technicsa, jeszcze w Pewexie za 199 $, które przysłała mi latem 1989 roku moja Siostrzyczka z Ameryki, to już miałem pierwszych 10 płyt CD, wcześniej nadesłanych notabene także przez moją Sister Elizabeth. I pamiętam ten pierwszy dzień. Przyszedł do mnie kolega, podłączyliśmy nowiuśki sprzęt. Do szuflady powędrował CD Dire Straits "Brothers In Arms", nacisnąłem na pilocie "play", kompakt ruszył, nie było żadnych trzasków czy szumów. A po chwili idealnej ciszy, zagrało "So Far Away". Serce podeszło mi z wrażenia aż po samo gardło. Płyta zagrała ślicznie, czysto i dynamicznie. Wówczas byłem pewien, że już nie chcę nigdy tej muzyki słuchać z LP. Zresztą na LP, ta płyta Straitsów była nieźle okrojona, o początki i końcówki utworów. Także, pomimo tej samej liczby 9 nagrań, była o wiele krótsza od swego odpowiednika z CD. O czym nie każdy "znawca" muzyki i płyt wie!!! Ale to nie tylko ten przykład. Pamiętam moje pierwsze konfrontacje z CD-wersjami płyt Rogera Watersa "Radio K.A.O.S.", Midnight Oil "Blue Sky Mining" czy amerykańskiej edycji "Abraxas" Carlosa Santany.  Nikt mi do dzisiaj nie wmówi, że ich wersje CD przegrywają z oryginałami na LP. Przykładów mógłbym podać multum. Ale nie ma to większego sensu, bo ortodoksi winylowi i tak będą się trzymać swego. Tak jak i ja - sympatyk LP i CD.
Tak jeszcze tylko na koniec. Otóż, kompletnie nie pojmuję zbieraczy, którzy są nastawieni tylko na jeden nośnik. Tacy ludzie zbierają chyba tylko płyty dla płyt, a nie dla muzyki.  Nie mogę sobie wyobrazić przejścia dla przykładu tylko na winyle, i pomijać mnóstwo kapitalnej muzyki, która ukazuje się tylko na kompakcie. I odwrotnie także. Choć to rzadkie przypadki, w których jakaś wytwórnia wydaje tylko LP, eliminując CD. Ale i takowe przytrafiają się , i coraz częściej. Ciekawe jak długo utrzyma się ta tendencja?


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Chory świat zdrowego odżywiania



Każdego tygodnia atakuje mnie lawina różnych telefonów. Większość z nich to połączenia anonimowe, których po prostu nie odbieram. Wychodzę wszak z założenia, nie ujawniasz się bratku, dzwonisz jak tchórz z ukrycia, to nie rozmawiam z tobą. Tym bardziej, że żaden z takich anonimów nie nagrywa się nigdy na pocztę głosową, a co za tym idzie, również nie ujawnia swych personaliów, a także zwrotnego numeru telefonu. Tak samo, jedno czy drugie ciele na niedziele, wstydzi się pisać sms'y, bowiem szybko szydło z worka wyskoczy, jaki to z niego ortograficzny harpun.
Ale przełamałem się i odebrałem dzisiaj jedno z takich "podejrzanych" połączeń. Usłyszałem kobiecy głos, który tylko się normalnie ze mną przywitał, aby po chwili zaatakować słowotokiem z prędkością odrzutowca. Nie wiedziałem, czy jeszcze do mnie mówi człowiek czy już automat. Poprosiłem o zwolnienie tempa ową panią, argumentując swą prośbę brakiem zrozumienia jej słów. Po wysłuchaniu mej prośby, z owego monologu szybko się dowiedziałem, że pani ta, wyróżnia moją osobę specjalnym zaproszeniem, na jakąś tam degustację zdrowej żywności, z pełnią jej smaków i walorów ochronnych dla mojego cennego żołądka. W krótkim udzielonym mi telefonicznym poradniku, dowiedziałem się ponadto, iż dobrem absolutnym jest dla mnie ze wszech miar jedzenie beztłuszczowe i ze zdecydowanym odstawieniem soli. Miło mi , że ktoś zupełnie mi obcy, martwi się o moje zdrowie, jednak jako, że to moje zdrowie, wolałbym jak dotąd, sam o nie zadbać. A przynajmniej samemu móc decydować, co jest dla mnie dobre i zdrowe. Bo jak to jest, że po niezdrowej Coli czuję się zawsze bosko, a po tych cholernych zdrowych sokach kartonikowych, zgaga rozsadza mi gdykę. Dlatego zgodnie z prawdą odpowiedziałem tejże pani, że uwielbiam niezdrowe jedzenie, z pełnią soczystego i cieknącego tłuszczu, oraz z zasoleniem bliskim Morza Martwego. Kobieta zdębiała. Zacichła. Po czym przestraszonym głosem i resztkami sił szepnęła: "rozumiem, przepraszam, do widzenia". Po odłożeniu słuchawki, przeszła mi przez myśl katastroficzna wizja tego biedactwa, które zapewne doznało palpitacji serca, po rozmowie z takim typem jak ja. Cóż, na poprawę równowagi psychofizycznej dobrze byłoby, gdyby owa niewiasta zaparzyła sobie rumianku i zjadła zdrową sałatkę, wyzbytą rzecz jasna wszelkich smakowitych składników, a potrzebnych przecież dla osiągnięcia idealnego produktu, dla ludzi kopniętych na punkcie zdrowej (czytaj: chorej) żywności.
Być może właśnie dlatego wciąż stąpam po tej ziemi, albowiem nie słucham rad, tych dzisiejszych alergicznie durnych i przewrażliwionych ludzi. Szlag mnie trafia na widok tych beztłuszczowych diet, tych obrzydliwych sałatek, tych wszystkich zastępczych produktów, imitujących tę naprawdę piękną. Dlaczego zawsze tego typu rad udzielają mi jakieś wysuszone szczypiory ?, dla których estetyka ubioru na ich przerzedzonym ciele jest ważniejsza od radości życia, którą to radością największą dla ssaków takich jak ja, jest - DOBRE ŻARCIE !!!  Tak było, jest i będzie. Natury nie da się oszukać, i niech nikt nie próbuje. Przynajmniej na mnie. I niech się wypchają te wszystkie rozhisteryzowane aerobiki, jogi, kursy tańca, świątynie dumania i wszelakiej kontemplacji. A także, niech łapska z dala trzymają ode mnie, wszelacy alergicy na dobre jedzenie. Bo już mam naprawdę dość tego uszczęśliwiania mnie. Nie jedz, nie pij, nie pal,.... Nie to , nie tamto. Powymyślali te głupoty dla biednych anorektyków ,by samym sobie przy okazji napychać brzuchy i konta bankowe.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 29 stycznia 2012 - Radio "Afera" Poznań 98,6 FM

"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 29 stycznia 2012
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
w pierwszej godzinie (tj. pomiędzy 21.00 a 22.00) zastępstwo za Krzysztofa Ranusa w jego "Blues Ranus"

ALBERT KING with STEVIE RAY VAUGHAN - "In Session" - (2010) -
recorded at CHCH Studios, Hamilton, Ontario, December 6, 1983
- Overall Junction

ZZ TOP - "Elimminator" - (1983) -
- Sharp Dressed Man

TINSLEY ELLIS - "Storm Warning" - (1994) -
- The Next Miss Wrong

THE KENNY WAYNE SHEPHERD BAND - "How I Go" - (2011) -
- Never Lookin' Back
- Heat Of The Sun
- Round And Round
- Oh, Pretty Woman

THE JEFF HEALEY BAND - "Legacy: Volume One" - (2009) -
- White Room - /Live in New York/

RYSZARD "SKIBA" SKIBIŃSKI - "1951 - 1983" - (1984) -
- Blues Bez Pieniędzy
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------


DREAM THEATER - "Images And Words" - (1992) -
- Pull Me Under
- Another Day

EXPLORERS CLUB - "Age Of Impact" - (1998) -
- Impact 2 - Fading Fast

BLACK SABBATH - "Tyr" - (1990) -
- Odin's Court
- Valhalla

DARIO MOLLO / TONY MARTIN - "The Third Cage" - (2012) -
- Wicked World
- Oh My Soul

NIGHTWISH - "Imaginaerum" - (2011) -
- Turn Loose The Mermaids

LUNATICA - "The Edge Of Infinity" - (2006) -
- Introduction
- The Edge Of Infinity

FLOWING TEARS - "Jade" - (2000) -
- The One I Drowned

STRANGEWAYS - "Age Of Reason" - (2011) -
- The Sentinel
- Run


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
z cyklu "Szanujmy Wspomnienia", czyli cudze chwalicie swego nie znacie

TURBO - "Titanic" - (1992) - kompilacja wczesnych nagrań zespołu
- Śmiej Się Błaźnie - /wokal PIOTR KRYSTEK/
- Jeszcze Jeden Papieros - /wokal PIOTR KRYSTEK/
- Kręci Się Nasz Film - /wokal GRZEGORZ KUPCZYK/
- Coraz Mniej - /wokal GRZEGORZ KUPCZYK/
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------


ROBERT TEPPER - "No Easy Way Out" - (1986) - z LP
- No Easy Way Out
(utwór znany także z OST "Rocky IV", 1985)

ROBERT TEPPER - "Modern Madness" - (1988) - z LP
- The Unforgiven
- Fighting For You
- Working Understanding

ALICE COOPER - "The Life And Crimes Of Alice Cooper" - (1999) - BOX
- I Am The Future - /single version, 1982/
- Tag, You're It - /from the album "Zipper Catches Skin, 1982/
- Identity Crisises - /from the Motion Picture "Monster Dog", 1984/
- Hard Rock Summer - /from the Motion Picture "Friday The 13th, Part VI, "Jason Lives", 1986/

QUEENSRYCHE - "Empire" - (1990) -
- Hand On Heart

CHRIS DE BURGH - "Footsteps 2" - (2011) -
- Blue Bayou - /cover by Roy Orbison/
- Long Train Running - /cover by The Doobie Brothers/

THE ZOMBIES featuring Colin Blunstone & Rod Argent - "Breathe Out, Breathe In" - (2011) -
- Another Day

MUMFORD & SONS - "Sigh No More" - (2009) -
- Roll Away Your Stone
- Thistle & Weeds

THE BLACK KEYS - "El Camino" - (2011) -
- Hell Of A Season
- Stop Stop

THE BEATLES - "Get Back" - singiel - (1969) -
- Get Back
- Don't Let Me Down

V/A - "MTM Music Compilation Vol.1" - (1996) -
ROBERT TEPPER - No Rest For The Wounded Heart

BENNY MARDONES - "Benny Mardones" - (1989) -
- Into The Night

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

sobota, 28 stycznia 2012

w niedzielę 29 stycznia "NAWIEDZONE STUDIO" (98,6 FM Poznań) już od godz. 21-szej !!!

W najbliższą niedzielę, tj. jutro 29 stycznia, "Nawiedzone Studio" rozpocznie się wyjątkowo o godzinie 21-szej. Wziąłem dyżur za Krzyśka Ranusa i jego "Blues Ranus". Krzysiek udaje się na koncert Dream Theater. A że ja nie idę (bo byłem na poprzednim ich występie w Arenie), to sobie posłuchamy dzięki temu muzyki o godzinę dłużej. Oczywiście, pomiędzy 21.00 a 22.00, królować będzie blues. Bo jakżeby inaczej. Cieszę się o tyle, że posiadam od kilku miesięcy pewną bluesową płytę, na którą zawsze brakowało mi czasu w Nawiedzonym Studio, a teraz będzie idealna okazja byśmy sobie jej wspólnie posłuchali. Po godzinnej porcji blues/rocka nastąpią podstawowe cztery godziny, w których pojawi się najlepsza muzyka , jaka może najprzyjemniej popieścić fale współczesnego eteru. Aby tradycji stało się zadość, cały program jutrzejszej audycji, pozwolę sobie do jej rozpoczęcia, utrzymać w słodkiej tajemnicy.
Mogę tylko uchylić nieco rąbka tajemnicy, że posiadam już kilka płyt z rocznikiem wydania, jako 2012! Za co przy okazji, piękne dzięki ślę do pewnego Pana Darka z Krakowa! Człowieka o metalowym guście lecz gołębim sercu.
Zapraszam zatem do słuchania , najmocniej jak się da !
Jutrzejsza niedziela, na 98,6 FM (Poznań) , w godzinach 21.00 - 2.00. Czyli jak zawsze z niedzielnego wieczoru na nocny poniedziałek. Także na żywo w internecie !!!

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------




Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

piątek, 27 stycznia 2012

"JOŁOP"




"JOŁOP"

W pustym pokoju uwiędłe kwiaty,
w fotelu siedzi Jołop wąsaty,
a zegar tyka, bo czas umyka,
z każdym browarem Jołop zanika


I co tak siedzisz Knurze Opasły?!!!
twojej nadziei gwiazdy już zgasły, Knurze Opasły


a Jołop jęczy, stęka i sarka,
nie wie, że grób mu kopie koparka,
a na tym grobie kamień niech stanie,
a na kamieniu poety wołanie:
"tu leży Jołop, mój przyjacielu,
który przepierdział życie w fotelu"

(z 244 odcinka "Świat Według Kiepskich", pt. "Jak Ten Czas Leci")

---------------------------------------------------------------------------------------------


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

czwartek, 26 stycznia 2012

NIGHTWISH - "Imaginaerum" - (2011) -

NIGHTWISH - "Imaginaerum" - (NUCLEAR BLAST) - ***



Fanem Nightwish nigdy nie byłem, i na razie wciąż daleko mi do pełni sukcesu. Choć to zespół ze wszech miar intrygujący i ciekawy, co w pewnym sensie także przecież tłumaczy jego ogromną popularność. O ile pomysł na stworzenie efektownego metalu, pokrytego operą czy symfonią, okazał się strzałem w dziesiątkę, o tyle zawsze grupie brakowało odpowiedniej wokalistki. Usunięta Tarja, bardziej starała się koncentrować uwagę na swoich warunkach głosowych, którym trudno być może odmówić mocy, jednak nadmierne ich eksponowanie bywało często nieznośne. Wprowadzenie na jej miejsce tzw. normalnej dziewczyny, o z kolei "przeciętnym" głosie, jaką jest Anette Olzon, dawało szansę samym kompozycjom. No i to się udało, aczkolwiek pani Olzon na pewno nie jest diamentem dla tego zespołu. Natomiast Nightwish zaczęli wreszcie zwracać uwagę na siebie , czyli na całokształt tworzonej przez siebie muzyki. "Imaginaerum", to już druga płyta, uwalniająca muzyków z dotychczasowej hierarchii wartości, ustawionej przez wielu fanów Tarji, dla których dawny Nightwish, to raczej Tarja Turunen & Nightwish.
Niech nas nie dziwi także, iż Nightwish zapragnęli wreszcie zmierzyć się z ambitnym concept dziełem, w postaci rock opery , jaką bez wątpienia jest "Imaginaerum". Podobno powstanie do tego także niebawem obraz.. Widoczny na okładce wjazd do magicznego cyrku, utkanego z elementów bliskich świata horroru, wiele nam obiecuje. Muzyka z "Imaginaerum", także silnie działa na wyobraźnię. Połączenie metalu, opery, czy muzyki cyrkowej, podlanej w dodatku mrocznym nastrojem, tworzą sugestywny musical, który pobudzi wszelkie bodźce, szczególnie u młodszego odbiorcy. Ta płyta zresztą w ogóle silnie porusza wyobraźnię i buduje ciekawszy świat, niż ten z szybkich, hałaśliwych i teledyskowych filmów.
Nie jest to płyta do słuchania w pośpiechu, lub w wykrojonych z niej tylko fragmentów. Najlepiej broni się w całości. Co nie przeszkadza przecież wyróżnić najpiękniejsze jej momenty, jakimi w mojej opinii są głównie kompozycje z drugiej części dzieła. Jak niemal disneyowska ballada "Turn Loose The Mermaids", z uroczo wplecionymi folkowymi smyczkami, czy tuż po niej atakująca z metalową siłą "Rest Calm", zaśpiewana wspólnie przez basistę Marco Hitalę i Anette Olzon. Kompozycja ta przybiera kilka twarzy (niesamowite chóry, symfoniczny rozmach i zderzenie gniewności z niebiaństwem). Myślę, że nie mniejsze wrażenie robi przed zamykająca całość kompozycja "Song Of Myself". Ta czteroczęściowa minisuita, także intrygująco stopniuje nastrojem. Tyle, że nie jak to bywa w szablonowym (zazwyczaj) ustawieniu, od ukojenia po furię, a wręcz odwrotnie. Anette śpiewa z siłą krzyku, a chóralnie skandujące zaśpiewy, z równie wielką mocą asystują wokalistce niemal na każdym kroku. Kompozycja, która poraża metaliczną mocą, w pewnym momencie, niczym jak z jakiegoś obrazu Lyncha, nabiera znienacka innego przebiegu wydarzeń. Przechodzi w uduchowiony nastrój, z serią melorecytacji, i z pobrzmiewającymi w tle dźwiękami pianina i smyczków. Później dochodzi jeszcze piękna gitara i uroczysty, dostojny chór, jednak będący nieco dalej, gdzieś tam het od głównego przebiegu wydarzeń. Niesamowita kompozycja. Nie pamiętam, by kiedykolwiek Nightwish taką zrealizowali. Na szczęście, to nie koniec płyty, gdyż pozostaje nam jeszcze uroczysty finał, w postaci nagrania tytułowego. Niczym w kalejdoskopie, w tej natchnionej stricte symfonicznej kompozycji, pojawiają się charakterystyczne motywy i często najpiękniejsze melodie, z tej właśnie kończącej się płyty.  Intrygującej i naprawdę bardzo ładnej. Fanem Nightwish po niej jeszcze się nie stanę, ale na pewno do "Imaginaerum" powrócę jeszcze nie raz. A i dobre imię zespołu, będę głosić wszem i wobec.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

środa, 25 stycznia 2012

piratom NIE !!! - wolność internetowi TAK

No i proszę, cały świat internautów poruszony został zmasowanym atakiem ACTA-y. Protesty, demonstracje, inwazje, blokady, słowem sieć zarzucono na sieć. Rozpaliło się ognisko wzajemnej nienawiści i walki o swoje. A każde istnienie uważa, że to ono ma rację. W zasadzie powinienem się cieszyć, bowiem marzyłem o czasach przyciśnięcia piractwa. Ale nie marzyłem o skrajnościach i opłakanych jego skutkach. Nie marzyłem o Wielkim Bracie, który swe szpony wszędzie wciska, bo oczy ma zbyt wielkie.
Nie marzę o świecie z filmu "Raport mniejszości", gdzie stado szachistów będzie przewidywać moich kilka ruchów naprzód, z których nie będzie dane się wycofać. To jakiś obłęd. Szaleństwo. A gdzie swoboda? Gdzie idee wolności, które powinny być domeną współczesnego świata. Nie tylko nawet świata postępu, ale głównie cywilizacji? Piractwu mówię nie. Kupuj płyty, książki, filmy, gry,... Bo to ktoś napisał, stworzył, wyprodukował,.... Nakładem sił, środków,... I za to trzeba zapłacić! Bo to normalna praca. Stop złodziejstwu i darmozjadom. Tak, tak, tak!!! Ale nie dajmy się zwariować. Za chwilę powieje grozą, gdy wkleję na przykład na swego bloga film, w którego tle będzie delikatnie pogrywać muzyka Pana X, a Pan X będzie mnie nachodzić w nocnych koszmarach.
Anonymous grożą. Widziałem ich apel. Być może i mogą wiele, ale Facefucka, o pardon Facebooka, nie zablokowali. A mieli go w swoim czasie ponoć zmiażdżyć. Nie boję się blokad i zawirowań w sieci. Nawet ze strony darmozjadów. Ale boję się nieproszonych gości. Wysłanników wszech widzącego i wszech mogącego Wielkiego Brata, którego kursor świecić mi będzie wiecznie po dłoniach.




Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

poniedziałek, 23 stycznia 2012

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 22 stycznia 2012 - Radio "Afera" Poznań 98,6 FM

"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 22 stycznia 2012
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl






HOUSE OF LORDS - "Big Money" - (2011) -
- The Next Tiime I Hold You


KISS - "Hot In The Shade" - (1989) -
- Hide Your Heart


HARLAN CAGE - "Temple Of Tears" - (2002) -
- Later Than You Know


ROB MORATTI - "Victory" - (2011) -
- Now More Than Ever


THE AUSTRALIAN PINK FLOYD SHOW - "Live At The Hammersmith Apollo 2011" - (2011) -
- Wish You Were Here
- One Of These Days


RPWL - "Beyond Man And Time" - (2011 - promo) -
- Unchain The Earth (The Scientist)


GIANT - "Last Of The Runaways" - (1989) -
- Hold Back The Night


ALDO NOVA - "Subject" - (1983) -
- Hold Back The Night


ROBIN BECK - "Trouble Or Nothing" - (1989) - z LP
- Hide Your Heart
- Don't Lose Any Sleep
- If You Were A Woman (And I Was A Man)
- Hold Back The Night
- Save Up All Your Tears
- First Time


GLOBUS - "Break From This World" - (2011) -
- The Promise - /wokal ANNEKE VAN GIERSBERGEN & LISBETH SCOTT/
- Wyatt Earth - /wokal DANIEL PURSEY/


PAUL ROLAND - "Duel" - (1989) -
- Nosferatu


THE BLACK KEYS - "El Camino" - (2011) -
- Dead And Gone
- Gold On The Ceiling


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


z cyklu "Szanujmy Wspomnienia - czyli cudze chwalicie swego nie znacie", kilka piosenek Ireny Jarockiej, zmarłej w sobotę 21 stycznia 2012 r.


IRENA JAROCKA - "Złota Kolekcja - Odpływają Kawiarenki" - (1998 kompilacja) -
- Śpiewam Pod Gołym Niebem - /oryginalnie LP "W Cieniu Dobrego Drzewa", 1974/
- Wymyśliłam Cię - /oryginalnie LP "W Cieniu Dobrego Drzewa", 1974/
- By Coś Zostało Z Tych Dni - /oryginalnie LP "Gondolierzy Znad Wisły", 1976/

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------


CHRIS DE BURGH - "Footsteps 2" - (2011) -
- Seven Bridges


THE ZOMBIES - "The Zombies featuring Colin Blunstone & Rod Argent" - (1996 kompilacja) -
- She's Not There - /oryginalnie na singlu w 1964 r., oraz albumie "Begin Here" w 1965 r./
- Time Of The Season - /oryginalnie na albumie "Odessey And Oracle" w 1968 r./


THE ZOMBIES featuring Colin Blunstone & Rod Argent - "Breathe Out, Breathe In" - (2011) -
- Breathe Out, Breathe In
- Any Other Way
- Play It For Real
- Shine On Sunshine
- Let It Go

THE ALAN PARSONS PROJECT - "Pyramid" - (1978) -
- The Eagle Will Rise Again


JASY ANDREWS - "Little Girl" - (2005) -
- Private Dancer


DREAM THEATER - "A Dramatic Turn Of Events" - (2011) -
- This Is The Life






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

niedziela, 22 stycznia 2012

MUMFORD & SONS - "Sigh No More" - (2009) -

MUMFORD & SONS - "Sigh No More" - (Mumford & Sons / V2 Records) -  ****

Największe moje oczarowanie ostatnich tygodni, i jedna z najpiękniejszych płyt ubiegłego roku. Choć to przecież dzieło z 2009 roku. I mniej więcej od tego czasu, wiem także o jego istnieniu. Od razu spodobała mi się okładka. Było wręcz pewne, iż kiedyś przyjdzie taki dzień, w którym chwycę za portfel i wreszcie "ją" kupię. Nie dawało mi to spokoju, musiałem w końcu sprawdzić zawartość dzieła "Sigh No More".
Najpierw okładka. Absolutnie rewelacyjna, żeby nie powiedzieć genialna. Niby nic takiego, a jednak...  To właśnie ona nie pozwoliła mi przejść obojętnie obok zawartości "Sigh No More", której wręcz nie mogę się teraz nasłuchać. Fragment kamienicy, jakich wiele w wyspiarskich miasteczkach , ale i także podobny klimat widniał niegdyś na ulicach wielu amerykańskich dzielnic. W witrynie sklepowej, widzimy modnie ubranych członków zespołu, którzy robią za manekiny i całą wystawę. No i ta nazwa zespołu, Mumford & Sons. Typowa dla dawnych tradycji przejmowania biznesu z pradziada na dziada, czy ojca na syna. Mumford i Synowie, choć mogłoby także być Mumford & Co. , czy po prostu Mumford i Spółka.
Jako, że najważniejsza wszak jest muzyka, to przejdźmy do niej. Zatęskniłem ostatnio do takiego wielogłosowego śpiewania, folkowego akcentowania swej przynależności, i tradycyjnego instrumentarium, okrojonego najmocniej jak się da z komputerowych przetworników i całego tego często zbytecznego hałasu. Dlatego uszczęśliwiło mnie niedawne debiutanckie Fleet Foxes, które pięknie przywołało ducha delikatnej śpiewności spod znaku Simona i Garfunkela czy country'owatych Crosby Stills Nash & Young. Tam właśnie liczyła się najczęściej gitara akustyczna (czasem i dwie), ładne harmonie wokalne i swojski klimat. Często taki prowincjonalny, co dodawało smaczku. Niestety panowie z Fleet Foxes nieco przedobrzyli na drugiej płycie, przez co, tą swoją nad wyraz wyegzaltowaną "ładnością", zagłaskali przysłowiowego psa na śmierć. I kiedy musiałem pogodzić się z długim wyczekiwaniem na ewentualne kolejne dzieło amerykanów (z Fleet Foxes rzecz jasna), które przecież i tak nie gwarantowało pomyślnego kontynuowania debiutu, nagle wpada w moje ręce TA oto płyta! Absolutnie cudowna. I chyba najwspanialej przywołująca ducha żywego muzykowania i takiego śpiewania , którego emocjonalna siła wręcz tłucze wszystkie wazony mojego malutkiego pokoju. Tych czterech "mumfordowych" facetów, nagrało dwanaście kompozycji, które wprawiają nie tylko me ciało w niekontrolowany szaleńczy taniec, ale i duszę napełniają eliksirem młodości. Bo przy tej muzyce aż chce się żyć. Dotąd tego typu muzykowanie, znane było raczej tylko dzięki braciom zza Wielkiej Wody, bowiem wszelakie folkowanie w ostatnich latach, uległo degradacji za sprawą sprzężeń elektrycznych. Miło się słuchało co prawda The Alarm, dawnego U2, czy dajmy na to Big Country, ale niewiele to już miało wspólnego z tradycją naszych przodków, których receptury nieźle przed czterdziestu laty wykorzystywali przecież Fairport Convention, Steeleye Span czy Lindisfarne. Teraz Mumfordowie przywrócili dawny blask pięknym tradycjom, którym towarzyszyło ekspresyjne, melodyjne i czadowe (do utraty tchu) granie. Posłuchajcie jak Mumford śpiewa. Posłuchajcie co robią: gitary, organy, mandolina, dobro, banjo, akordeon, i inne... Posłuchajcie choćby na początek tylko "The Cave", "Little Lion Man" czy "Dust Bowl Dance". A później "Winter Winds" i "White Blank Page" (ten to taki a'la folkowy Kings Of Leon - bomba!). A jeszcze później.... pokochajcie całą płytę. Absolutnie czarującą. Przez co na swój sposób genialną !!!

P.S. Świat jeszcze nie zidiociał do końca, skoro 2 miliony ludzi kupiło tę płytę, a stacje radiowe na całym świecie, chętnie grają piosenki z aż 5 wykrojonych singli, z tegoż emanującego skromnością przekazu, albumu.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

CANDICE NIGHT - "Reflections" - (2011) -

CANDICE NIGHT - "Reflections" - (MINSTREL HALL MUSIC) -  ***



Płyta ta, jest zestawem dziesięciu różnych piosenek, często dalekich od klimatu epoki renesansu, do którego Candice Night przyzwyczaiła nas, śpiewając od mniej więcej 15 lat, u boku Ritchiego Blackmore'a, ex-gitarzysty Deep Purple, pod nazwą Blackmore's Night. Album "Reflections", to taki skok w bok. Próba zmierzenia się z różnorakim repertuarem, bez towarzystwa swego sercowego wybrańca, który zapewne mniej daje Candice artystycznej swobody na co dzień. Nie oznacza to, że zupełnie uciekamy tutaj wraz z Candice, do innych obszarów muzyki. Już sam jej głos, i ten charakterystyczny rodzaj śpiewania, mocno artystkę wiążą, z całym jej dotychczasowym muzykowaniem. A poza tym, miało być inaczej, a i tak często bywa rycersko-zamkowo. Singlowy "Black Roses", od razu pokazuje, do kogo adresowana jest ta płyta. Ta urocza ballada, gdyby ją przyprawić aranżacyjnie dawnymi instrumentami, mogłaby na stałe wejść do repertuaru Blackmore's Night. Zresztą, każda z zawartych tutaj ballad, jak: "Wind Is Calling (Hush The Wind)", "Now And Then"(nowa wersja 2011), "For You" (ta jest najbardziej w duchu Blackmore's Night), "Call It Love", "Robin Red Breast" oraz "Alone With Fate" (z ładnymi cygańskimi skrzypcami) , aż proszą Candice o ich zaśpiewanie na samiuśkiej wieży jakiegoś zamczyska, na której szczyt popędzi co tchu dzielny rycerz Ryszard, w swej czarnej pelerynie (w końcu Blackmore), by uwolnić swą lubą. Od razu widać, iż większą część tejże płyty, pochłaniają ballady. Na jej samym końcu, także jest ballada "In Time", tyle że instrumentalna i bardzo krótka. Wręcz, miniatura. W sumie i dobrze, gdyż te dwa nieco żywsze utwory tutaj zawarte, jak na powiedzmy pół-rockowy "Gone Gone Gone" (za sprawą nieco zadziorniejszej gitarki), oraz także gitarowy, lecz podlany niestety nieco sieczkowatą elektroniką "Dangerous Smile", wypadają najmniej efektownie. By nie powiedzieć, kiepsko. Co utwierdza mnie w przekonaniu, że Candice jest skazana na ballady, albowiem te, najbardziej pasują do miłego i uroczego głosu liderki tego dzieła, którego siłę należy mierzyć bardziej w subtelności, zamiast w brutalnej skali oktawowej.
"Reflections", nie jest pozycją wybitną, i w zasadzie przegra w konfrontacji z każdą płytą duetu Blackmore's Night, co wcale przecież nie przynosi ujmy samej jej autorce, której wciąż osobiście słucham z wielką przyjemnością.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

sobota, 21 stycznia 2012

IRENA JAROCKA nie żyje! - z pamiętnika "Nawiedzonego Studia"

Dzisiaj zmarła Irena Jarocka. Jedna z najwspanialszych wokalistek tzw. piosenki estradowej. Kiedyś panowało takie określenie. Dziś już praktycznie niestosowane, lecz ja lubię się nim czasem posługiwać.
Co znaczy dla mnie twórczość Ireny Jarockiej, wiedzą stali czytelnicy tego bloga, bądź najwytrwalsi Słuchacze "Nawiedzonego Studia". Niemniej, w tak szczególnej chwili, pragnę o tym napisać także i dzisiaj.
Gwiazdka roku 1977, spędzam ją zwyczajowo z moimi rodzicami i siostrą,  u Babci Stasi i Dziadka Piotra, Masłowskich, przy ul. Nad Wierzbakiem. Jak zawsze panuje podniosła i miła atmosfera, a stół ugina się pod obfitością darów na nim zgromadzonych. Jednak, gdy ma się 12 lat, jest się jeszcze w wieku, w którym wartość tego dnia, doceni się dopiero za jakiś czas. Przychodzi więc upragniona chwila rozdania podchoinkowych prezentów. Nie pamiętam już co wówczas otrzymałem, ale chyba nie było to żadne cudo, skoro przerzuciłem całe swe zainteresowanie na pewien pakunek przyniesiony przez Gwiazdora dla mojej siostrzyczki. A były w nim dwa longplaye Ireny Jarockiej, mianowicie "W Cieniu Dobrego Drzewa" oraz "Gondolierzy Znad Wisły". Ponieważ moja siostrzyczka nie wykazała od początku szczególnego zainteresowania tymi płytami, szybko chapnąłem je w swoje szpony, i tak oto dorobiłem się pierwszych płyt w życiu.
A później, to już tylko duży pokój, stare radio z gramofonem rodziców, i słuchanie na okrągło piosenek z tychże obu płyt. Nauczyłem się ich na pamięć. A później spostrzegłem , że mamy w domu jeszcze płyty Zdzisławy Sośnickiej, Mieczysława Fogga, itd... Zanim jednak sam doszedłem do Smokie, Queen czy Pink Floyd, przede mną była jeszcze długa droga. Najpierw zasłuchiwałem się w "Sto lat czekam na twój list"(...który nie chce do mnie przyjść) - bo to była taka skoczna i wręcz radosna piosenka. A ponadto uwielbiałem takie rzeczy rozwalające serce młodego człowieka, bujające romantyczną atmosferą, której to atmosfery nie brakowało w repertuarze Pani Ireny. Przepadałem za: "By coś zostało z tych dni", "Śpiewam pod gołym niebem" czy "Wymyśliłam Cię". Do dzisiaj są to przepiękne piosenki. Wiem, działam pod wpływem emocji dnia dzisiejszego, a także toczę swe słowa i uczucia z sentymentalnych dawnych lat, ale chyba na tym także polega piękno muzyki. Pamiętam, jak w tamtych czasach rywalizowały ze sobą (a raczej to rywalizowali odbiorcy) Rodowicz z Sipińską, a także Jarocka z Jantar. Ten pierwszy tandem do dzisiaj pozostaje mi obojętny, ale Panie: Anię Jantar i Irenę Jarocką, zawsze ubóstwiałem. I tak mi pozostało do dziś. Niestety po Obu Damach pozostają już tylko pamiątki. Bo Obie odeszły bezpowrotnie. Ania Jantar nieco ponad trzydzieści lat temu, a Irena Jarocka dzisiaj. Obie były pięknymi kobietami, uroczo śpiewającymi bardzo atrakcyjny repertuar, który jest naszym Dobrem Narodowym. Co chciałbym szczególnie podkreślić! Gdyż to pojęcie ostatnio nieco się zdewaluowało i zaczyna być przypisywane nie tym co trzeba.
Reasumując, gdyby nie pamiętna Gwiazdka Roku 1977, gdyby nie te dwie płyty Ireny Jarockiej, nie byłbym być może pasjonatem muzyki, więc Pani Irenie należy się ode mnie duży ukłon, gdyż w taki oto sposób stała się najważniejszą muzyczną postacią mego życia. Czy tego ktokolwiek chce czy nie.
Dziękuję Najdroższa Pani Ireno, za pierwsze kroki ku miłości do muzyki i wytyczenie nowej ścieżki życiowej !!!

powyżej oryginalne dwa egzemplarze winylowych płyt z "Gwiazdki 1977".  Może już nieco wysłużone, wymęczone i sfatygowane, ale były słuchane dziesiątki razy, a w tamtych czasach jeszcze nie potrafiłem należycie obchodzić się z płytami.

P.S. Oczywiście , szalałem także w tamtym czasie na punkcie piosenki "Motylem Jestem" oraz filmu "Motylem Jestem, czyli romans Czterdziestolatka", w którym to filmie Pani Irena wcieliła się w postać piosenkarki (czyli w siebie samą), tyle, że pod innym nazwiskiem. Zazdrościłem wówczas tego romansu inżynierowi Karwowskiemu :-)


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

piątek, 20 stycznia 2012

The Australian PINK FLOYD Show , Poznań "Arena", 20.01.2012. Już po koncercie. Naprawdę fajnym!

Dużo o tym zespole, a raczej jego przedstawieniu, słyszałem. A teraz miałem okazję na nim być. Na koncercie wypełnionym muzyką Pink Floyd, w wykonaniu Australijczyków , którzy ochrzcili się nazwą The Australian Pink Floyd Show.  Nigdy nie miałem okazji być na prawdziwym Pink Floyd (jedynie niegdyś w Warszawie na stadionowym show Rogera Watersa), więc troszkę sobie zrekompensowałem bardzo udaną imitacją w spektakularnym show. Sześciu panów + trzy panie chórzystki, i wszystko dopracowane w najmniejszych szczegółach. Basista śpiewa niczym Roger Waters, gitarzyści wymiennie naśladują wokalnie Davida Gilmoura (instrumentalnie też!), i zabawa jest przednia. Światła, lasery, wizualizacje - bomba! Nagłośnienie także. Wszyscy mnie "straszyli", że Kangury dają czadu, i mieli rację. To był miły wieczór, w towarzystwie przyjaciół, w bocznym sektorze B2, ale z którego świetnie było widać i słychać. Biletów ponoć już nie było, a ja upchnąłbym tak bez ścisku jeszcze z 500 ludzi, i byłaby jeszcze swoboda potrzebna dla norm bezpieczeństwa. Nie wiem kto to liczy, te miejsca?
Ponieważ wolałem przyglądać się przedstawieniu, zamiast z notesem wynudzonego dziennikarza zapisywać po kolei zagrane kompozycje, nie jestem zatem teraz w stanie wyrecytować idealnej kolejności ich zagrania. Zatem tak na gorąco, było m.in (i nie po kolei): "Comfortably Numb" na koniec części podstawowej, a tuż później na bis "Run Like Hell". A wcześniej: "Time", "The Great Gig In The Sky", "Us And Them", "Astronomy Domine", "Shine On You Crazy Diamond", "Wish You Were Here", "Sorrow", "High Hopes", "One Of These Days", "Another Brick In The Wall, Part2", "The Fletcher Memorial Home", "Pigs", "Set The Controls For The Heart Of The Sun", "In The Flesh", i na pewno coś jeszcze, o czym teraz , tak na gorąco po koncercie, przypomnieć sobie nie mogę.
Wreszcie dadzą mi spokój ci wszyscy wypytywacze: "Byłeś na Pink Floyd?", gdyż teraz śmiało mogę mówić, że byłem. A to, że to Pink Floyd z nieco innego zakątka świata.... :-)
Absolutnie polecam. Kto nie był niech się przejdzie! Warto. Naprawdę warto!

P.S. Zdjęcia zrobione telefonem, jakości kiepskiej, ale z założenia takie właśnie miały być!








Poniżej bilet z dzisiejszej imprezy:





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

czwartek, 19 stycznia 2012

Stąd do wieczności

Brzydki, szary, deszczowy dzień. Typowa taka polska chlapowata zima. Do tego nieprzyjemny wietrzysty ziąb. Nieustanny. W takiej aurze przyszło rodzinie, przyjaciołom i znajomym, pożegnać Piotra Krystka. Cmentarz na Junikowie. Do kilku lat wstecz, znałem to miejsce tylko z opowiadań. Zawsze mnie straszono ogromem tego cmentarzyska, niekończącymi się tłumami ludzi i jeszcze dziesiątkami różnych innych mitów. W 2009 roku pochowano tam moją cudowną koleżankę, Asię Kostrzewę. Uwielbiałem tę dziewczynę. Była żoną mojego dawnego serdecznego kumpla z osiedla. Była jedną z nielicznych kobiet, która mnie lubiła, rozumiała... Miała to wypisane w oczach. To niesamowite, ale są ludzie, z którymi dużo rozmawiamy i przebywamy, a nic nas z nimi nie łączy. Kiedy znikną na moment z naszych oczu, nie wiemy , gdy się ponownie pojawią, jak i o czym z nimi rozmawiać. Są też i tacy, których widujemy bardzo rzadko, ale czujemy z nimi bliskość. Są często bliżsi od tych, których mamy przypisanych do przymusowej bliskości. Myślę, że takimi wspaniałymi postaciami dla mnie, byli Asia i Piotr. Dlatego,dla mnie rodziną na zawsze, pozostaną ludzie "naprawdę" mi bliscy. Bo to właśnie oni, są warci tego słowa. A nie te wszystkie zgredowate ciotki, jacyś podejrzani wujkowie, itp....., którzy znajdują w swoim długim życiu czas, z reguły tylko wówczas, gdy przychodzi dzielić majątek, bądź gdy do "chlewu" proszą za darmo.
Piotr Krystek, to druga bliska mi osoba, którą od dzisiaj będę odwiedzać w miejscu, które wcale nie jest takie straszne. Jedynie, tylko smutne. Tak się składa, że urnę z prochami Piotra, złożono nieopodal Asi. Będą sąsiadami. A i ja przechodząc na drugą stronę głównej alei, będę przy jednym, bądź drugim z nich.
Wśród ludzi tam zebranych, nie znałem nikogo, poza Grzesiem Kupczykiem. Był jeszcze Pan Wojtek Hoffmann, chyba z małżonką, ale uściskałem się tylko z Grzesiem, bowiem Pana Wojtka znam tylko jako muzyka, ale to raptem tylko tyle. Świetnego muzyka, aby było jasne.
Kiedy kondukt żałobny zmierzał do celu, usłyszałem za plecami głos pewnego mężczyzny, który kogoś z tłumu zapytał: "przepraszam, bo nie wiem czy trafiłem na właściwy pogrzeb, czy to ten Piotr Krystek, który w młodości mieszkał na Łukaszewicza......, bo to był mój najlepszy kolega, przyjaciel z dzieciństwa...."  Po chwili głos pytającego gdzieś mi zniknął, bo albo ja przyspieszyłem, albo on zwolnił...
Po zakończonej ceremonii i złożeniu kwiatka na grobie Piotra (z zamieszczoną na nim tymczasową tabliczką: "Piotr Krystek 1957-2012"), pożegnałem się z Grzesiem Kupczykiem i jego znajomym (z którym rozmawiali o Piotrze, dobrze go wspominając), i postanowiłem już opuścić to miejsce. Kiedy dałem przysłowiową nogę, z perspektywą maszerowania po chlapie na jakieś dobre 300 metrów do przystanku autobusowego (zastępczy T2 za tramwaj), spostrzegłem idącego przede mną mężczyznę, który bardzo znienacka zwrócił się do mnie i zagadał coś na temat Piotra. Ot tak, po prostu. Rozpoczęliśmy rozmowę. W międzyczasie, naprzeciwko spotkałem idącą w stronę grobu znajomą twarz. Znanego mi wielkiego fana Turbo, który zdyszanym głosem zapytał: "czy pogrzeb się już zakończył?". Poinstruowałem, gdzie, co i jak, i dodałem, że ludzie jeszcze tam są. Popędził!  Wracając do sprawy. To był ten mężczyzna, którego nieco wcześniej słyszałem za swoimi plecami. Od razu mi powiedział, że trafił jednak na właściwy pogrzeb, i że w latach wczesno-szkolnych, byli z Piotrem super kumplami. Wyznał, że Piotr był jego najlepszym przyjacielem w czasach podstawówki. Jednak, jak to w życiu bywa, szkoła średnia, zmiana środowiska, miejsca, itd...., przerwała ich aktywną znajomość (bo przyjaźni nie!), jak się okazało do dzisiaj. Mieszkali niegdyś w jednym bloku, dzieliło ich jedno piętro, łączyła jedna ławka szkolna, wspólne pasje, problemy lat młodzieńczych, .... Dziś spotkaliśmy się wszyscy w jednym miejscu. Gość przyjechał na pogrzeb nie będąc pewnym czy na właściwy. Piękne. Okazało się, że nie widzieć kogoś przez lata, nie znaczy zapomnieć, zerwać więzi, nie znaczy wymazać kogoś z życia. Tenże człowiek, zaproponował w trakcie spaceru, podrzucenie autem na Rynek Łazarski, co pozwoliło pogadać nam jeszcze trochę o Piotrku. Dawny kolega Piotrka, opowiadał o tamtych dawnych latach, a ja zaledwie o tych kilku swoich , nie tak przecież odległych. Ten miły człowiek, był żądny wiedzy o Piotrze. Poprosił, bym jak najwięcej mu opowiadał. Za dużo chyba się ode mnie nie dowiedział, ponieważ my z Piotrem niegdyś, nic tylko stale o muzyce. Nie rozmawialiśmy o swoich żonach, dzieciach, sprawach zawodowych, itp... Nasza krótka więź oparta była o grunt muzyczny, i tylko to, że byliśmy ludźmi się lubiącymi, zawiązało piękną znajomość, którą ja traktuję jako przyjacielską. Fajnie mi się gadało z kimś, kto znał Piotra z innej strony, z innego okresu, i dużo dla siebie znaczyli.
I to w sumie byłoby na tyle.
Z Łazarza wydostałem się "czternastką" do Centrum. Wróciłem do roboty, w której oczekiwał już mnie Kuba "Negative", któremu pięknie dziękuję!!!. - za poświęcenie swojego cennego czasu i zastąpienie mnie przez tych kilka godzin. Nie pierwszy to zresztą raz!
Tak samo, jak przed wyruszeniem na Junikowo, czy też po powrocie stamtąd, wciąż ohydnie siąpiło, wiało. I w takiej pogodzie przyszło Piotrowi duszę posyłać do Najwyższego. Pogodzie, której towarzyszyło także wielu wylanych łez, ale i ciepłych słów.
Panie Najwyższy, nie namyślaj się długo, bierz "Szalonego Pana Piotra" (jak Go na łamach Radia Fan zwaliśmy) do swego Raju!


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Piotr Krystek, uroczystość pogrzebowa w dniu 19 stycznia 2012 - przeczytaj!

Przez dwie doby, 1.380 osób przeczytało mój tekst (za co dziękuję!), o nieodżałowanym Panie Piotrze Krystku (vide "Szalonym Panie Piotrze"), który zmarł nagle, w czwartek 12 stycznia br. , a nie jak podają niemal wszystkie media, że z 13/14 stycznia.
Ponadto, pragnę poinformować o pogrzebie, który odbędzie się w Poznaniu, na Cmentarzu Junikowskim, w najbliższy czwartek, tj. 19 stycznia br., o godzinie 13.50.
Zanim poprosimy o spokój Jego duszy, stawmy się tłumnie tego dnia na Junikowie.
Sympatyków Artysty serdecznie zachęcam do udziału w tychże uroczystościach pogrzebowych, w imieniu własnym.




Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 15 stycznia 2012 - Radio "Afera" Poznań 98,6 FM

"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 15 stycznia 2012
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl





----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
kącik poświęcony "Szalonemu Panu Piotrowi", czyli Piotrowi Krystkowi (ex-wokaliście grupy Turbo), zmarłemu nagle w miniony czwartek, tj. 12 stycznia 2012 roku


GREAT WHITE - "Great Zeppelin - A Tribute To Led Zeppelin" - (1999) -
- Since I've Been Loving You - /live in Galaxy Theatre, Santa Ana, California, 16.12.1996/

CORNERSTONE - "Once Upon Our Yesterdays" - (2003) -
- Some Have Dreams


HARLAN CAGE - "Temple Of Tears" - (2002) - z błędem na okładce , jako "Tempel Of Tears"
- Wooden Cross
- One New York Morning


STRATOVARIUS - "Infinite" - (2000) -
- Mother Gaia
- Phoenix
- Freedom


AXEL RUDI PELL - "Magic"- (1997) -
- Playing With Fire


IRON MAIDEN - "Seventh Son Of A Seventh Son" - (1988) -
- Infinite Dreams


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


CHRIS DE BURGH - "Footsteps 2" - (2011) -
- Let It Be - /cover The Beatles/
- The Living Years - /cover Mike & The Mechanics/

RUMER - "Goodbye Girl" - singiel - (2010) -
- Goodbye Girl


CARPENTERS - "Gold" - (2003) -
- Yesterday Once More - /1973/
- Superstar - /1971/
- Rainy Days And Mondays - /1971/


THE BLACK KEYS - "El Camino" - (2011) -
- Lonely Boy
- Sister


MUMFORD & SONS - "Sigh No More" - (2009) -
- Dust Bowl Dance


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Jacques Brel - kącik poświęcony artyście, pt. "O Brelu bez Brela"


ROD McKUEN - "Seasons In The Sun" - (1974) -
- If You Go Away
- Come, Jef
- Amsterdam
- Seasons In The Sun


THE BOLSHOI - "Bigger Giants" - (1985) -
- Amsterdam


THE DIVINE COMEDY - "Bang Goes The Knighthood" - (2010) -
CD 2 - Bonus Disk
- Amsterdam


MARC ALMOND - "Jacques" - (1989) -
- The Devil (Okay)
- If You Go Away


THE SENSATIONAL ALEX HARVEY BAND - "Next" - (1973) -
- Next


PATRICIA KAAS - "Piano Bar" - (2002) -
- If You Go Away (Ne Me Quitte Pas)


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


KISS - "Dynasty" - (1979) -
- I Was Made For Lovin' You
- 2,000 Man
- Sure Know Something
- Charisma


THE ROLLING STONES - "Their Satanic Majesties Request" - (1967) -
- 2,000 Man


KIMBALL / JAMISON - "Kimball / Jamison" - (2011) -
- Your Photograph






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl



niedziela, 15 stycznia 2012

Dziś w audycji o Piotrze Krystku (vide "Szalonym Panie Piotrze") i o kilku innych, choć na dzisiaj już nie tak ważnych....

Planowałem na dzisiaj zupełnie inny program, ale z uwagi na śmierć Piotra Krystka, pragnę oddać mu cześć i zagrać utwory z kilku płyt, które On i ja lubiliśmy. Będą to nagrania z lat 1996-2003, a więc z czasów, gdy sporo przegadaliśmy ze sobą o muzyce, no i w ogóle z takiego okresu, który pięknie kojarzy mi się z "Szalonym Panem Piotrem". Tak więc, przez pierwszą godzinę, a może tyciu dłużej, będzie tak jak być powinno. A później już będzie różnie. Spotkamy się z nową płytą, która w mijającym tygodniu dotarła z Irlandii, od wyspiarskiego Andrzeja. Pojawi się także legendarna grupa z lat 60-tych, która w ub.roku wydała świetną płytę. Będzie także sentymentalny powrót do młodzieńczych lat podstawówki, a konkretnie do roku 1979, i do historii, którą opisałem ostatnio na blogu. Dojechała płyta bluesowych-garażowców z Ameryki. Świetna rzecz, a więc i to zagram. Poza tym, wdamy się nieco w klimat musicalu i poezji, gdzie różni artyści oddadzą hołd pewnemu Wielkiemu. Będzie jeszcze tuzin innych rzeczy, dla których myślę, że warto będzie usadowić się dziś wieczorem przed radioodbiornikiem.
A tak poza tym, to mam doła z powodu "Szalonego Pana Piotra". Cholernie mi smutno. Dużo o nim myślę i słucham muzyki, która mi Go przypomina. Ogromnie także żałuję, że nie było mnie równo rok temu w Blue Nocie, na 30-leciu Turbo. Występował tam m.in. mój kumpel Tomek Goehs, który gra od lat w nielubianym przeze mnie Kulcie, choć osoba Tomka niczego w moich oczach z tego powodu nie straciła. Ale przede wszystkim, występował tam Piotr Krystek. Żałuję, że tam nie byłem. Zobaczyłbym go na żywo przy mikrofonie, a przede wszystkim ścisnąłbym mu dłoń.
Oj, szkoda ...


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

sobota, 14 stycznia 2012

PIOTR KRYSTEK (czyli "Szalony Pan Piotr") nie żyje !

Bardzo smutna wiadomość dotarła dzisiaj do wszystkich fanów grupy Turbo. Piotr Krystek, były jej wokalista, zmarł w nocy z piątku na sobotę , tj. z 13/14 stycznia 2012 r. To informacja, którą przeczytałem w internecie. Ta pierwsza, która mnie jednak poruszyła najmocniej, to ta z dzisiejszego telewizyjnego "Teleexpressu", którego nie oglądałem całe lata. A dzisiaj akurat tak. Popołudniowa kawa u teściów w Gnieźnie, wesoła atmosfera, a telewizor coś tam brzęczący w tle. Niby nikt go nie ogląda, ale raptem kobieta prowadząca ten program, podaje informację, że dzisiaj zmarł Piotr Krystek, były muzyk Turbo,..., itd.... I ścina mnie z nóg. Bo właśnie całkiem niedawno temu przypomniałem sobie o postaci Piotra Krystka, i chciałem nawet o nim napisać kilka słów, na moim blogu, w nadziei, że może On to przeczyta, a co za tym idzie, odezwie się po latach. Konkretnie, siedmiu latach (prawie ośmiu). Ponieważ brzmi to mało wiarygodnie, i tak nie będę się wysilać na przysięganie, że to prawda. Niech uwierzą mądrzy,  dobrze mnie znający i ufający zarazem, a reszta niech zatonie w swoim morzu nieufności. Mam taki zwyczaj, że gdy przychodzi mi jakiś temat do głowy, a nie chce mi się w tym momencie o nim pisać, to zapisuję na karteczce hasło, aby później to wykorzystać, a karteczkę chowam do pokrowca od komputera. Pokazałem tę kartkę nieco później moim najbliższym, a oni zdębieli. W granicach Świąt Bożego Narodzenia zapisałem sobie hasło: "Piotr Krystek, Szalony Pan Piotr, napisz coś o Nim". Dzisiaj to czynię, jednak w zupełnie innym tonie i z innej pozycji pióra, miałem do tego tematu podejść. Ale skoro tak jednak miało być, to ....
Pomiędzy rokiem 1994 a 2000, prowadziłem w poznańskim Radio Fan (dawniej Winogrady) dwie audycje. W niedzielne wieczory, była to "Rock Po Wyrocku", a w środy "Strażnicy Nocy". Ta druga charakteryzowała się muzycznie wszystkim, oprócz metalu, natomiast "Rock Po Wyrocku", nadawana była od godz.20-tej do 22-giej, a później nawet już od godz.19-tej. Grałem tam głównie klasyków metalu, sporo nowości z tej dziedziny także, a ponadto mojego ukochanego melodic rocka oraz hard rocka. Nie pamiętam dokładnie, ale musiało to być w 1996/97 roku, podczas pewnej audycji zadzwonił Słuchacz, który przedstawił się jako Piotr Krystek. Powiedział kim jest, czego słucha, a także wyznał, że jest od pewnego czasu moim stałym odbiorcą. Później zadzwonił jeszcze kilka razy, aż w końcu umówiliśmy się na spotkanie. Okazało się, że facet uwielbiał naprawdę "moją" muzykę, a do tego świetnie się w niej orientował. Mało tego, doskonale ją znał. Z czasem  rozmawiając ze sobą, dowiedzieliśmy się sporo o sobie. Piotr prowadził firmę, był niezależnym człowiekiem, i jak na tamte lata, z internetem radził sobie również znakomicie, co niekoniecznie dotyczyło jego rówieśników, a także i nawet tych nieco młodszych. Doszło do tego, że z Piotrem widywaliśmy się co tydzień, góra co dwa tygodnie. Dbał o mnie. Chciał, by "Rock Po Wyrocku" było najlepszą audycją w okolicy. Słuchał jej i wszystkim ją polecał. Mówił mi także o tym. Z czasem podrzucał mi wydruki z internetu, a to o nowościach płytowych, bądź jakieś różne historie wykonawców mniej lub bardziej znanych. Jeszcze później podrzucał tuziny przegranych płyt, które miały mnie zachęcać do poznania nowości, następnie ich kupowania i rzecz jasna, prezentowania ich Słuchaczom na antenie. Po każdej audycji (prawie po każdej), przychodził do mnie w tygodniu, bądź dzwonił, i gadaliśmy o muzyce.
A propos, tych płyt nagrywanych przez Piotra,  mam tego po dziś dzień całe mnóstwo w pewnym miejscu, włącznie z oryginalnymi zapiskami dokonywanymi przez samego Piotra. Ponieważ nie mam tego w domu, dajcie mi czas na poszukanie i opublikowanie, przynajmniej części z nich, na tymże blogu. Nigdy nie lubiłem przegrywek, i z reguły wszystkie takie prezenty wypieprzam do śmieci, ale tych od Piotra nigdy się nie odważyłem. I ręka Boska mnie chroniła, bo dzięki temu będę  mieć trochę pamiątek po Nim. Słuchacze dawnych audycji "Rock Po Wyrocku", powinni pamiętać używany przeze mnie termin, mianowicie "Szalony Pan Piotr". Posługiwałem się nim bardzo często, mówiąc przeważnie: "Szalony Pan Piotr powiedział...", lub "Szalony Pan Piotr załatwił płytę, której dzisiaj posłuchamy...", i tym podobnie. Pewnego dnia, Piotr Krystek powiedział mi coś, co uznaję za największy komplement otrzymany w życiu od jakiegokolwiek muzyka osobiście, a także komplement w ogóle: "Andrzej, dzięki tobie wróciłem do muzyki, ponownie pokochałem hard i heavy. Muzykę, którą odstawiłem, bo nie odgrywała już w moim życiu wielkiej roli, a ty ją przywróciłeś do mojego życia". Cudowne uczucie. Dla którego warto robić to co robię. A przede wszystkim kochać muzykę.  Równie miłego uczucia ,w podobnym mniej więcej okresie (może tyciu później?) , doświadczyłem dzięki słowom Grzesia Kupczyka z Ceti, który powiedział mi, że Marysia Wietrzykowska (czyli Marihuana, instrumentalistka klawiszowa z Ceti) słucha moich wszystkich programów, i jest ich fanką. Po czym dodał: "ja nie słucham, no wiesz...., ale Marysia słucha, zapewniam". Dziękuję i przy okazji pozdrawiam najmocniej Marysię i Ceti.
Wracając  do Piotrka Krystka.  Z czasem Piotrek się tak uprofesjonalnił, że zaczął korespondować z wieloma artystami, i to często z tymi z najwyższej półki. A oni mu odpisywali, a nawet przysyłali swoje płyty. Piotrek wiedział, że mam szajbę na punkcie grupy Harlan Cage, więc nawiązał z muzykami kontakt, ci z kolei przysłali mu materiały promocyjne, w tym gorącą wówczas płytę "Temple Of Tears", której oficjalnie na rynku miało jeszcze długo nie być. Piotr z podnietą na twarzy (bo wiedział, że mi radochę spłata nie lada), przyleciał do mnie do roboty, i z zadyszką oraz spoconym czołem, przyniósł tę płytę , wręczając z dumą królewskiego posłańca. Choć powinien mi zaśpiewać "Śmiej się błaźnie". Po czym dodał: "zobacz, jest błąd na okładce, zamiast Temple napisano Tempel". Ta płyta, jak i drugi jej odpowiednik, z poprawnym zapisem tytułu, na zdjęciu poniżej. Dokupiłem później jeszcze poprawny egzemplarz, do grania w radio, tak aby ten od Piotra leżał już tylko na półce i był skarbem samym w sobie. Już nie pamiętam wszystkich darów, które Piotrek załatwiał dla mnie, muszę poszukać i sobie poprzypominać, ale o jeszcze jednym przypomniałem sobie od razu. A jest nim, promocyjna płyta grupy Cornerstone "Once Upon Our Yesterdays", z podpisami wszystkich muzyków zespołu, dokonanych złotym pisakiem. Do tego zestawu, Piotr dołączył mi jeszcze karteczkę , podpisaną przez samego Dougie'ego White'a, której fotka także poniżej. Dougie zapisał tam kilka słów Piotrkowi, a konkretnie: "congratulations, thanxs for entering, hope you enjoy - Dougie White". Na rewersie tej kartki zapisałem sobie: "oryginalny podpis Dougie White'a (wokalisty Rainbow, Cornerstone), otrzymałem 5.12.2003, przyniósł mi to Piotr Krystek".
Tyle na gorąco. Pewnie mógłbym napisać kilka stron, ale teraz pisząc tak szybko, nie wszystko wskakuje należycie do starego łba.
Ostatni raz widziałem Piotrka , gdzieś w okolicy lata, roku 2004 . Byłem z żoną na zakupach w "Tesco" (dawny market "Hit"), i spotkaliśmy się na parkingu. My z żoncią, właśnie po zakończonych zakupach, wędrowaliśmy ku naszemu (dawnemu) Fiacikowi Uno, a Piotr akurat zamykał swoje auto i w towarzystwie pewnej damy, udawał się na zakupy. Ucieszyliśmy się na swój widok, zamieniliśmy kilka słów, nawet się umówiliśmy, lecz nigdy później już "Go" nie spotkałem. Wiedziałem także, że po upadku Radia Fan (co stało się w 2000 roku), zaprzestał słuchania moich audycji w ogóle. Nie było to dla mnie dziwne, ani przykre. Piotr wiedział, że tę jego muzykę, grałem tylko w "Rock Po Wyrocku". W tym, a nie innym radio, i tylko o tej porze, którą zawsze bardzo chwalił jako idealną, dla tego typu łojenia.
Dla wielu, Piotr Krystek pozostanie w pamięci jako muzyk wczesnego Turbo, z pobrzmiewającym w tle hitem "Śmiej Się Błaźnie",.... Dla mnie jednak, Piotr Krystek to postać niesamowitego człowieka, o dobrym sercu, wielkiej wrażliwości, kochającego życie, ludzi, muzykę...  Na swój sposób także i szalonego, stąd też wziął się "Szalony Pan Piotr". Ale przede wszystkim, Człowieka, który jednak odegrał w moim życiu ogromną rolę, i to wcale nie jako wokalista znanego i skądinąd świetnego zespołu.

Dziękuję Piotr, że miałem zaszczyt i przyjemność Ciebie poznać.
Andrzej Masłowski ("Rock Po Wyrocku", Radio "FAN", na dawnych 100,2 FM)



 Powyższe zdjęcia prezentują, od góry:
1. Dwa egzemplarze albumu HARLAN CAGE "Temple Of Tears" (2002 Atenzia Records). Ten po lewej, to prezent od Piotra Krystka. Jest to wersja nadesłana jako promo, z błędnym zapisem tytułu, jako "Tempel Of Tears"
2. promocyjna wersja albumu CORNERSTONE "Once Upon Our Yesterdays", ze złotymi autografami. Także dar od Piotra.
3. Karteczka dołączona do Cornerstone. Powyżej o niej wspomniałem
4. a to już mój zapisek na jej rewersie, o czym także wspomniałem powyżej.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

piątek, 13 stycznia 2012

KISS "Dynasty" , obiecana fotka do poprzedniego wpisu






A oto suplement do wpisu z dnia dzisiejszego, w którego tekście bohaterem była płyta KISS "Dynasty". U góry wspomniany winyl, który tyle przeżył - i wciąż ma się nieźle. A poniżej dwa odpowiedniki kompaktowe. Po lewej stronie wersja zremasterowana w roku 1997, a obok po prawej stara niemiecka edycja CD, kiedy to istniały jeszcze Niemcy Zachodnie (Printed in West Germany).


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

Ot, taka anegdotka, wyssana z dawnej pamięci, z płytą KISS "Dynasty" w tle.

Było to najprawdopodobniej jesienią 1979 roku, ewentualnie wczesną zimą roku następnego. W każdym razie na pewno miałem 14 lat, a do tego byłem mega-szczęśliwym posiadaczem Kiss'owskiej płyty "Dynasty". Płyta ta, ukazała się ledwo kilka miesięcy wcześniej na świecie. A w tamtych czasach, to było coś. Nie chciałem się z nią rozstawać, jednak wówczas mało kogo było stać na zbieranie płyt. Prawie każdy fan muzyki, posiadał pewien płytowy kapitał, którym obracał przeważnie na giełdach płytowych. Sprzedaż, kupno, wymiana. Tylko w ten sposób można było poznawać muzykę. No, chyba, że ktoś wolał siedzieć przy radioodbiorniku i czekać , aż jakiś pan redaktor się zlituje i zagra mu coś fajnego w swojej audycji. Jako, że nigdy nie uznawałem, ani nie tolerowałem żadnych kaset , szpul i innego rozciągającego i wciągającego się paskudztwa, musiałem zaopatrzyć się w spryt, czujny nos, itp.... Biegałem po giełdach i co rusz znosiłem do domu nowe płyty, niestety pozbywając się przy okazji innych. Czasem skarby zamieniając na tombak, jak i odwrotnie. A że w młodości byłem cwaniakiem niemałym, to z reguły wychodziłem mocno na plus. Dzięki czemu kolekcja rosła, a repertuar nie tracił na atrakcyjności. Tak więc, będąc tak młodym człowiekiem, jak wówczas, jeśli posiadałem świeżą i atrakcyjną nowość, bez uszczuplenia kieszeni rodziców czy dziadków, to było coś. Sztuka nie lada, z czego bywam dumny, kiedy wspominam tamte czasy, wraz z innymi pasjonatami muzyki i zbieraczami płyt. A raczej, kolekcjonerami. Ładniej brzmi.
W moim starym bloku (10-cio piętrowy wieżowiec),  miałem na parterze kolegę Leszka (na którym to parterze i ja mieszkałem). On mieszkał pod "piątką", a ja pod "dziewiątką". Naszym znakiem rozpoznawczym było to, że kiedy pragnąłem go odwiedzić, to rozpędzałem się od swojego mieszkania, czyli od "dziewiątki", tak do numeru "siedem", a później już tylko niosły mnie same laczki, niczym narty, by pod "piątką" ostro wyhamować, po czym dusiłem na dzwonek, a Leszek od razu otwierał drzwi. I pomimo, iż ten zabieg stosowałem przez lat ileś.... , to nigdy nikt mi nie zwrócił uwagi. Bo to były takie czasy, w których nie było aż tylu alergików na wszystko. Leszek był moim dobrym kumplem, z którym najlepiej w tamtych czasach, dogadywałem się na tematy muzyki. Bywało także, ze jego mama częstowała mnie obiadami, co z uwagi na moje łakomstwo, pewnie ostro ją biło po kieszeni. On dużo nagrywał z radia, i to dzięki niemu usłyszałem o takich zespołach, jak Led Zeppelin, Black Sabbath, że nigdy nie zapomnę pierwszego u niego przesłuchania świeżo co nagranej (i absolutnie wówczas nowiuśkiej) płyty "Highway To Hell", AC/DC. To dopiero były maty!
Obu nam, właśnie w tym czasie, bardzo podobała się także płyta "Dynasty", KISS'ów, którą udało mi się zdobyć na jednej z Wawrzynkowych giełd. Pomimo, iż album ten był ledwie kilkumiesięczną nowością, egzemplarz nabyty, był już mocno wysłużony. Poprzedni właściciel musiał tej płyty słuchać na okrągło, jeść wraz z nią, chodzić z nią do łóżka, itd... Oczywiście, z perspektywy lat, rozumiem go. Sam także nie mogłem uwolnić się od tej muzyki, i także zarżnąłem ten egzemplarz na maksa. Cóż, w tamtym czasie, posiadałem w domu tak fatalnej jakości gramofon, że wolę nawet o nim tutaj nie wspominać. Była to typowa orka. Igła z każdym przesłuchaniem, niczym dłuto, skrobała rowki w płycie. Nawet, gdy się o płytę dbało (jak ja), to i tak po kilkunastu przesłuchaniach, każdy wokalista miał głos bardziej zdarty od Roda Stewarta i Bonnie Tyler, razem wziętych.
Wracając do albumu "Dynasty". Zarówno Leszek, jak i ja, uwielbialiśmy wszystkich 9 kompozycji. Taką płytą dookoła chwaliłem się nie tylko ja sam,. ale także Leszek każdemu kumplowi imponował, że zna kogoś kto ma "Dynastię". A dodam tylko, że była ona marzeniem prawie każdego. Nawet sympatyków disco, gdyż numery typu "I Was Made For Lovin' You" czy "Charisma", najnormalniej w swiecie biegały po dyskotekach, i świetnie mieszały się z repertuarem Donny Summer, Bee Gees, Amandy Lear, Santy Esmeraldy czy Belle Epoque.
Pewnego dnia, Leszek zapytał mnie, czy nie chciałbym tej płyty sprzedać, bo trafił się właśnie napalony kupiec, tylko musimy do niego podjechać kilka przystanków tramwajem, ponieważ gość ten mieszka na osiedlu domków jednorodzinnych. A to oznaczało, że ma forsę i na pewno go stać! Kupcem miał niby okazać się starszy brat Leszka kolegi, z jego szkoły. Zajeżdżamy na miejsce, domofon brzęczy (wówczas domofon to było coś!), uchylamy furtkę, wchodzimy do środka. W domu tymże, przepych i bogactwo. Myślę, no, to zaraz mam forsę i na najbliższej giełdzie kupię sobie to, a może tamto... Ów klient podał nam coś do picia, pokazał kilka swoich płyt, po czym dodał: "musimy poczekać, bo po tych Kiss'ów zaraz przyjedzie mój znajomy, gdyż to on ma ją w sumie kupić, nie ja". Chwilę później dorzucił jeszcze zapytanie: "wiecie co, to może zanim on przyjedzie, to ja sobie szybko tę płytę jeszcze przegram?". Nie wyczuwając cwaniactwa i podstępu odrzekłem: "jasne, proszę". Chłopak szybko podłączył sprzęt, raz dwa płytę przegrał, po czym odczekał dla przyzwoitości pół godzinki,"zmartwił się", że ów klient po Kiss'ów nie przyjechał, przeprosił i powiedział, że musi teraz wyjść, no i w ogóle, trudno, stało się... Człowiek młody i durny, od razu nie zaskoczył, że z niego  szczwana bestia i dopiero w powrotnym tramwaju, doszliśmy z Leszkiem do wniosku, że była to dobrze ukartowana akcja, dzięki której gość nie ruszając dupska z domu, przegrał sobie najnowszą płytę Kiss'ów. Upłynęło wiele lat, a nasze drogi się skrzyżowały. Przedstawiłem mu się (temu dawnego przegrywaczowi) i przypomniałem. Z uśmiechem na twarzy przyznał, że przez mgłę pamięta ten dzień. W pewnej chwili powiedział nawet coś takiego: "no wiesz, trzeba było sobie jakoś radzić". Dzisiaj ten gość prowadzi potężne przedsiębiorstwo, zatrudnia ze stu ludzi i nadal słucha muzyki. Co ważne. Kupuje płyty i chodzi na koncerty. A czasem nawet je sponsoruje, dzięki czemu w ramach zadośćuczynienia, na niektórych z nich bywam. Ot, taka historyjka, której puentę pozostawię wam.
Dodam tylko na koniec, że do dzisiaj mam tamtego winyla "Dynasty", bowiem postanowiłem później , że nigdy już się go nie pozbędę. Jako, że nie jest już w najlepszym stanie, to na zdjęciu przedstawiam jego odpowiednika z CD. Chyba, że mnie mocno przydusicie, to wyciągnę tego analoga z szafy i zrobię fotkę.
P.S. Teraz rozumiecie zapewne, w jaki sposób rodzą się czasem ważne płyty w naszym życiu. Bo choć, niby lepsze są "Destroyer" czy "Love Gun", to dla mnie bezkonkurencyjna była i zawsze będzie "Dynastia". Koniec kropka!



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

środa, 11 stycznia 2012

o audycji Pana RR, o Brelu i McKuenie, o Anii Rusowicz, i o chamstwie z głupotą w sieci, także

W miniony poniedziałek w nocy, ponownie słuchałem sobie audycji Pana Romka Rogowieckiego, w radiowej "Jedynce". To jedyna audycja, której słucham. No, może "słucham" to zbyt mocno powiedziane. Bowiem to dopiero drugi raz. Z normalnego radia mam tylko "Jedynkę" (jako kanał w TV), tak więc nie mam wyboru. Poza tym, skontrolowałem ze dwa - trzy razy, co owa Stacja oferuje o tej porze w innych dniach, i stwierdziłem, że pozostanę przy Panu Romku. Dopóki mi się nie znudzi, bądź nie zapomnę. Bo serca do słuchania radia jakoś nie mam, ale jak widzicie, staram się!  Pan Romek Rogowiecki, co pewien czas, podawał na antenie numer telefonu zachęcający do pisania sms-ów , bądź na "temat tej nocy", czyli co sądzimy o Orkiestrze Jurka Owsiaka? , bądź abyśmy pisali o tym co nam ulgę przyniesie lub potrzeba chwili nakazuje. I proszę sobie wyobrazić, że pierwszym rzutem wysłałem sms-a , a Pan R. R. go w całości przeczytał, a także skomentował. Podskoczyłem do góry i sobie krzyknąłem, cytując klasyka: "yes yes yes !!!". Szkoda, że nie wszyscy ludzie zrozumieli pytanie o Orkiestrze, i zamiast ciągle powtarzać, że Orkiestra Pana Jurka jest potrzebna (i ja tak uważam), to mogliby wypowiedzieć się o tym , czy ją zalegalizować , a także czy część jej obowiązków przerzucić na barki Państwa, czy nadal jednak powinna robić kawał niesamowitej roboty, legalnej, lecz na warunkach harcerskich, a więc jak przez ostatnie 20 lat. Niemniej, miło było. Czytałem sobie tej nocy o lunatykach, a w tle grała fajna muzyka, choć w dużej mierze powtórkowa, w stosunku do audycji czwartkowej, sprzed Sylwestra. Ponownie The Black Keys (świetna rzecz, płyta już do mnie zresztą idzie), The Horrors (z dwóch kawałków jeden wyśmienity, ale tytułu nie pamiętam), Lykke Li (to samo co poprzednio, ale teraz wydało mi się jeszcze lepsze), Mayer Hawthorne (gość śpiewa trochę jak czarny, a jest biały, do tego bogato zaaranżowany pop, z lekkością Huey Lewisa, chociaż w innej konkurencji), a także klubowa rzecz o nazwie Kraak And Smaak. Kurcze, w życiu bym nie pomyślał, że takie klimaty mi podejdą. Ale utwór zagrany tej nocy przez Sz.P.Redaktora RR, był zarąbisty !  Dla niego właśnie, kupiłbym całą płytę, ale tej najnowszej nikt u nas chyba nie rozprowadza.... Chyba, że źle szukałem. Było jeszcze kilka polskich akcentów, jakoś mnie nie porywających, z jednym wszak wyjątkiem, otóż jest taka pani , jak Ania Rusowicz, córka słynnej Ady Rusowicz, która dawno temu z Wojciechem Kordą .....  I ta pani Ania, właśnie wydała płytę, ponoć w klimacie big-beatu, czyli w stylu swojej mamy. Dziewczyna śpiewa znakomicie. Co prawda płyty jeszcze nie znam, ale numer "Kwiat Nienawiści", zaśpiewany przez Nią i Jarka Janiszewskiego, na płycie Czarno-Czarnych, jest autentycznie bombowy. Szkoda, że nie ma go (ponoć) w zestawie nowych piosenek Anii Rusowicz. Płytę kupię, posłucham i zobaczymy. Trzymam kciuki.
Poza tym, dzisiaj przegrałem na CD dwie kolejne winylowe płyty, na potrzeby "Nawiedzonego Studia". Postanowiłem w tym tygodniu przegrać jeszcze ze trzy-cztery LP, tak więc zapowiada się słuchania a słuchania, na nasze niedzielno-poniedziałkowe wieczoro-noce.
Ponadto, dorwałem się do kilku przetłumaczeń dzieł Brela. Facet był niesamowity. Jego postrzeganie świata i humor, nie mają sobie równych. Mam w domu kapitalną płytę (na LP) Roda McKuena, właśnie tylko z utworami Brela. Genialny interpretator jego dzieł, a prywatnie do śmierci Brela, jego wielki oddany przyjaciel. Postać McKuena u nas w ogóle nieznana. We Francji , Holandii, a także w latach 70-tych w USA, postać gigantyczna, na scenie piosenki aktorskiej, musicalowej czy recytowania poezji. W Polsce w 1978 roku chodziła tylko piosenka "Amor, Amor". Jedyny jego taki międzynarodowy przebój. Mam go do dzisiaj na pocztówce dźwiękowej. Muszę poszukać w takiej magicznej szafie z rzeczami zapomnianymi.
Dobrze mi się żyje właśnie z takimi problemami. Szczególnie, gdy niektórzy nie wytrzymują presji, strzelając sobie w twarz (na szczęście niezdarnie), ponoć w imię obrony swojej godności i nie tylko... Amerykanie mają coraz bardziej na pieńku z Iranem. A nasz Słuchacz rezygnuje z pewnego forum, na którym był od dawna, gdyż głupota chwyciła za klawiaturę i mordę wydziera. Ostatnio wszedłem także na pewne forum interesującego mnie tematu. Nie potrzebowałem zbyt wiele czasu, by dostrzec tam chamstwo, prostactwo i nienawiść ogólno-stronną. Nie brakuje tego w internecie. Niestety. Wystarczy, że otworzy się blokadę na zezwalającą bezcenzurę, a prymitywy zaraz się pokażą. Czego również miałem zaszczyt być adresatem.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

RUMER, trzy małe płytki, a jak cieszą!



Dzisiaj przyjechała przesyłka z Irlandii.
W jednym kartoniku przybyła płyta przeze mnie oficjalnie zamówiona. Tytułu nie zdradzę. Niech będzie to niespodzianką na najbliższą niedzielę. Jestem przekonany, że kilka osób się ucieszy, tak jak ja dzisiaj.
W drugim kartoniku dostałem na zachętę 3 płytki, a na każdej z nich po jednej piosence. Wszystkie trzy piosenki należą do Rumer. Wokalistki, która obecnie robi furorę, a którą to już namierzyłem jakiś czas temu, jednak do dzisiaj płyty nie kupiłem. Po wysłuchaniu tych piosenek, jestem pewien, że jest to tylko kwestią najbliższych dni.
"Wyspiarski" Andrzej w dołączonym liściku zarekomendował mi piosenkę "Goodbye Girl". To faktycznie piękna ballada. Zresztą wszystkie trzy to ballady. Ale "Goodbye Girl" ma cudną melodię i leniwy klimat. A do tego jeszcze ta harmonijka, tak nienachalnie towarzysząca artystce. Andrzej napisał, że głos Rumer kojarzy mu się z nieodżałowaną Karen Carpenter z duetu Carpenters. Oj tak, i to szczególnie w piosence "Slow". To ten singielek z okładką, która posiada wycięcie z widocznym labelem (czyli po naszemu, naklejką) Atlantic Records. Tutaj Rumer towarzyszy z kolei harfa i taki jakby jednogłosowy chórek. Dla mnie to piosenka nr 2. Minimalnie po "Goodbye Girl". A na trzeciej płytce, znalazła się piosenka "Aretha", w której wokalistka również zahacza o klimaty spod znaku Carpenters, jednak cała melodia (także to jest ballada) posiada akcenty bluesowo-jazzowe, co w połączeniu z tytułem, nasuwa skojarzenie z hołdem dla Arethy Franklin. Być może, bo pewien nie jestem.
Piękny głos, fajne podejście do jego wykorzystania, piękny retro klimat a'la 70s, dużo subtelności i romantyczności. Wciąż taka muzyka i takie śpiewanie istnieją. Miło jest nacieszyć podniebienie takimi kompozycjami.
Raz jeszcze dziękuję, Panie Andrzeju z Zielonej Wyspy.
Andrzej M.

 (Powyżej okładka albumu, wydanego w 2010 r. , z którego pochodzą w/w piosenki. Zdjęcie na razie jeszcze z internetu)



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

SCORPIONS - "Live 2011 - Get Your Sting & Blackout" - (2011) -

SCORPIONS - "Live 2011 - Get Your Sting & Blackout" - (SONY MUSIC) -  ***1/2



Nie Nowy Jork, nie Sao Paulo, czy choćby Londyn, a Saarbrucken. Kto wie, cóż to, gdzież to? To średniej wielkości miejscowość w Niemczech, o powierzchni oraz liczbie ludności, odpowiadającej naszej Bydgoszczy. To właśnie z tamtego miejsca, pochodzi najnowsze koncertowe nagranie Scorpions. Wydane w formie podwójnego kompaktu, a może przede wszystkim Blue-ray'a w modnym trójwymiarze. O ile do techniki Blue-ray i 3D, muszę jeszcze dojrzeć, o tyle posłuchanie kąśliwych hitów Skorpionów na żywo, zawsze sprawia mi wielką przyjemność.
"Get Your Sting & Blackout" jest wydawnictwem szczególnym, pomimo iż tych szczególnych okazji Scorpionsi mają ostatnio dla nas sporo. Mnie osobiście wcale nie martwi ich długie żegnanie się z fanami. A niech nawet zaserwują jeszcze z dziesięć płyt. Czemu nie. Jak sam tytuł tego wydawnictwa wskazuje, jest to zarówno promocja albumu "Sting In The Tail", jak i uhonorowanie dwóch najsłynniejszych albumów grupy: "Love At First Sting" (1984) oraz "Blackout" (1982). Ten ostatni, w tym roku świętować będzie trzydziestolecie. Okazji zatem do świętowania mnóstwo, a zgrabny tytuł, w krótkiej formie obwieszcza nam o wszystkim.
Ten 2-płytowy zbiór jest zapisem prawie całego koncertu. Prawie, gdyż niestety wygrywa Blue-ray, który jest bogatszy o trzy nagrania, mianowicie: "Raised On Rock", "Dynamite" oraz "Coast To Coast". Ale co tam, nie można zawsze mieć wszystkiego, a płyty zostały tak skrupulatnie zmiksowane, że zatuszowano wycinek owych trzech prezentów, dla łaknących techniki 3D.
Koncert odbył się w kwietniu 2011 roku, tak więc niech nie dziwi nas brak coverów, które muzycy wydali na albumie "Comeblack", minioną jesienią.
Nad samym koncertem nie ma co się rozpływać specjalnie, jest to po prostu Scorpions w wybornej formie, z napakowanym zestawem przebojów, pośród których znajdują się najsłynniejsze ballady: "Send Me An Angel", "Still Loving You", "Wind Of Change", "Holiday" czy kończąca koncert i przy okazji moja ukochana "When The Smoke Is Going Down". A z młodszego pokolenia ballad, pojawiła się tutaj "The Best Is Yet To Come". Poza tym, w środku całego przedstawienia, niczym Zwierzak z Muppet Show, James Kottak potrzaskał nieco po swoich garach, co stało się już zresztą tradycją. Na pamiętnym koncercie w Ostrowie Wlkp., także można było przeczyścić swoje uszy, dzięki jego bębnom.  Jeśli już mówimy o popisach, to przyjemnie słucha się także skrzeczących gitar w "Six String Sting". Pozostałe 2/3 koncertu, to oczywiście same dynamity, że choćby wymienię: "Bad Boys Running Wild", "Blackout", "Big City Nights", "Make It Real" czy "Tease Me, Please Me". Nie zabrakło także mojego ukochanego "walca", w postaci "The Zoo", a i również "Loving You Sunday Morning", z genialnej płyty "Lovedrive" (1979) , na której także było wspomniane powyżej "Holiday". No i ta pamiętna okładka do "Lovedrive"!. Jedna z najbardziej r'n'rollowych w historii. Cóż to były za czasy.
Atmosfera w Saarbrucken była gorąca, fani śpiewali z Meinem wszystko co się da, a sam maestro jak zawsze - głos kapitalny , tzn. właściwie nastawiony i naoliwiony. A pozostali muzycy? Cóż, jak najsprawniejsza orkiestra. Poukładana, ale i czasem spontaniczna, co zaznaczyłem nieco powyżej.
"Get Your..." , nie jest koncertem na miarę młodych i spontanicznych Skorpionów z czasów "Tokyo Tapes", gdzie szarpali w struny jak się da, albo słynnej trasy "World Wide Live", na której podbijali Amerykę. To po prostu kolejny bardzo dobry występ zespołu, który nigdy nie zawodzi, pomimo iż już wyżej wznieść się nie musi.
Do jednego trzeba się przyzwyczaić tylko, otóż dziwnie się robi, gdy Klaus Meine zwracając się do publiczności, jedynego słowa jakiego używa po angielsku, to "c'mon" i na końcu "goodnight", reszta jawi się już tylko pięknem braci Germanów, lub jakby to woleli ująć zakompleksieni intelektualiści, mówiąc: "w języku Goethego".


 Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

wtorek, 10 stycznia 2012

STEVE HACKETT - "Beyond The Shrouded Horizon" - (2011) -

STEVE HACKETT - "Beyond The Shrouded Horizon" - (INSIDE OUT MUSIC) -  ***1/2



Steve Hackett, gdy opuszczał Genesis, zadał najbardziej bolesny cios zespołowi, który ledwo co otrząsnął się po opuszczeniu go przez Petera Gabriela, by po chwili stracić jeszcze tę jedyną w swoim rodzaju gitarę. Ale Hackett, wiedział co robi. Jeszcze będąc w Genesis, czynił przymiarki do solowego gruntu, na który to w pełni zdecydował się w 1977 roku. Później, w cieniu swoich dawnych kolegów, zrealizował jeszcze wiele płyt. O większości z nich, dowiedzieli się tylko jego najzagorzalsi fani. Reszta tego świata, nie zawracała sobie głowy marginalną twórczością wielkiego mistrza gitary. Mistrza, nie oznacza wirtuoza (choć i tym Hackett przecież jest), a raczej twórcy klimatu. Człowieka, który gdy trzeba, gra delikatnie i romantycznie, ale świetnie potrafi także odnaleźć się w bluesie, hałaśliwym rocku czy nawet w penetrowaniu najbardziej egzotycznych zakątków naszego globu. Słowem, człowiek orkiestra. Po odejściu z Genesis, nigdy już nie dostąpił bram wielkiej sławy, a mimo to konsekwentnie robił swoje. Pomijał aktualne mody i trendy, a jednak nie wypadł przez burtę do całkowitej krainy zapomnienia. Przez lata wyrobił sobie markę i zyskał szacunek milionów ludzi, nagrywając tylko to, co mu w duszy grało. Dlatego w jego przypadku, nie należy oglądać się wstecz i z westchnieniem oczekiwać kopii dawnych dzieł, na które artysta po prostu już nie ma ochoty. Pomimo, że Hackett tworząc nowe, wciąż pamięta o starym. Czego dowodem niezbitym jest jego najnowszy album. Piękny, ale i nie łatwy w odbiorze. Odkrywający swe bogate zakamarki tylko przy dłuższym z nim obcowaniu. Jestem tego najdoskonalszym przykładem, bowiem po pierwszych kilku przesłuchaniach, bywałem wynudzony jak mops. Dopóki w pewnej chwili nie zaskoczyło! Teraz od tej płyty (to znaczy dwóch płyt) nie mogę się wręcz oderwać. Tak samo jak jego poprzednie dzieło (tamto nie aż tak ciekawe), sporo tutaj przypadku, składającego się na piękno suma sumarum. Artysta przecież wiele komponował w różnym czasie i przeróżnych miejscach. To co z tego powyciągał i splótł w jedną całość, tworzy niezwykle wciągającą opowieść, do której i On sam dopisał słów kilka ,zamieszczonych w książeczce albumu, przy każdym z utworów. I tak, przyjemny, ale przecież nie jakiś tam niezwykły głos Hacketta, spokojnym śpiewem brnie, niczym tylko narrator, a melodie wydobywane z gitary, często wręcz zapierają dech w piersiach.
"Beyond The Shrouded Horizoon", nie jest dziełem do wystawiania not , czy konkurowania z czymkolwiek innym. Jest wartością samą w sobie.
Warto zwrócić uwagę na pokaźny zestaw muzyków. Zarówno tych na stałe, jak i gości, wśród których warto wymienić takie nazwiska, jak: Nick Beggs (basista, teraz od Stevena Wilsona, niegdyś w Kajagoogoo), Amanda Lehmann (miała zostać muzykiem klasycznym, lecz pokochała rocka i dla niego śpiewa), Simon Phillips (legendarny perkusista, grał chyba ze wszystkimi, mi.n: Toto, Judas Priest, Gary Moore, Michael Schenker,...) czy Chris Squire (basista z niegdyś konkurencyjnego Yes, istniejącego do teraz).
Warto sięgnąć po 2-płytową edycję tego wydawnictwa, pomimo iż, nie znajdziemy tam kopii "Loch Lomond", "A Place Called Freedom", "Waking To Life" (piękny śpiew Amandy Lehmann) czy intrygującego jak na finał płyty pierwszej "Turn This Island Earth". Za to subtelnością i klasycyzującym pięknem zauroczyć powinna nas mini suitka "Four Winds" (wg mnie, bez tego utworu, album wiele traci). Tak samo skarbem wielkim jawi się "Enter The Night", kompozycja która jest wokalnym przekładem instrumentalnego niegdyś utworu "Depth Charge".
Reasumując, "Beyond..." nie jest progresywnym dziełem ocierającym się o genesisowską stylistykę, jak na "Spectral Mornings" (1979), nie jest także wyprawą do Południowej Ameryki, jak na choćby "Till We Have Faces" (1984), ani też wyprawą na cmentarzyska w stylu "Darktown" (1999). Tak samo, nie ma tu typowego bluesa, znanego z "Blues With A Feeling" (1995), czy sentymentalnych wypraw do czasów , w których tworzyli mistrzowie muzyki klasycznej, jak np. na "Momentum" (1988). Nie znajdziemy także na obu płytach perły na miarę "Sierra Quemada". No, ale takie utwory komponuje się w życiu tylko jeden raz.  Niemniej, z każdej z w/w płyt, usłyszymy tutaj wiele pobrzmiewań i ech, które układają się w zgrabną całość. Taką, Hackettowską.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl