poniedziałek, 31 stycznia 2011

"AUT-TEJKI"

Zapytano mnie, cóż to są te "Aut-tejki", które pojawiają się zawsze na dole, tuż pod rozpiską danej audycji? No tak, to jakby moja wina, bo zdaje się, że nigdy tego nie wyjaśniłem. Jakoś nie było okazji, pytań,... Otóż, te "aut-tejki" to odrzuty z Nawiedzonego Studia, z danego programu, czyli płyty, które planowałem zagrać, ale zabrakło dla nich czasu, w tym konkretnym programie. Wiele z tych tytułów gram w późniejszych programach, lecz niestety nie wszystkie, gdyż np. za tydzień czy dwa , przechodzi mi ochota ,tzn.zmienia się mój nastrój i muzyka powraca na domową półkę z płytami i cierpliwie czeka na kolejną okazję, czy po prostu kolejny kaprys Nawiedzonego. To tak trochę jak z muzykiem, piszącym piosenki na nową płytę. Częstokroć tworzy on 15-20 piosenek, a finalnie na płytę trafia ich 8-10, reszta do szuflady lub w zapomnienie. Po latach jakaś wytwórnia postanawia wydać ten niechciany i niepublikowany materiał i okazuje się, że to rzeczy wspaniałe, a my nie pojmujemy, dlaczego artysta je w swoim czasie odrzucił. Oczywiście, bywają i takie gnioty, że znakomicie rozumiemy podjęcie takiej decyzji. I ,mniej więcej, bardzo podobnie jest w przypadku programów niedzielno-nawiedzonych. Ale uwierzcie mi, że zawsze kiedy o drugiej w nocy pakuję z powrotem płyty do nawiedzonej torby, gryzie mnie sumienie, dlaczego nie zagrałem tego czy tamtego. I choć cztery godziny audycji wydają się być dłużyzną w nieskończoność, to mnie ten czas przelatuje w try miga. Jeszcze dobrze płyt nie rozłożę, ledwie zajawka się skończy, ledwie się przywitam, zapodam dwa, trzy utwory, a tu już 23-cia i pierwsza godzina dobiega końca. W latach 90-tych miałem w tygodniu aż trzy audycje. W nieistniejącym Radio Fan, były to trzy godziny w niedzielę i dwie w środę, no i oczywiście niedzielne Nawiedzone. Przez cały tydzień słuchałem i zapisywałem. Powstawały z tego audycje. Sami oceńcie jakie. Jednak, gdy dochodzi do wspominek, rozmów z Wami, wiem, że warto było je tworzyć. Mając trzy audycje mogłem pozwolić sobie na większą różnorodność, poszerzyć wachlarz muzycznych fascynacji w eterze. Dzisiaj muszę zadowolić się tym co mam. Boli mnie, bo płyt posiadam od cholery i wszystkie je znam, a multum wręcz kocham. Boli mnie, gdy uświadamiam sobie, ileż bzdetnych audycji wiruje w przestworzach, często "tworzonych" przez beznamiętnych prezenterów, uważających się za znawców. Już nie wspomnę, że większość z nich nie zbiera płyt, nie kocha "naprawdę" muzyki, a chce zabłysnąć i bełkocze coś tam pod nosem, nastawiając muzykę najczęściej z laptopa lub wgranych do kompa empetrójek. Ohyda. To nie ma być argument na to, by Masłowski wyżebrał dodatkowy program, absolutnie nie. Wystarczy mi to co mam. Choć szkoda, bo sił mi nie brakuje, entuzjazmu, pomysłów, płyt, itp... Niestety, czasem trzeba swoje emocje i pomysły wrzucić do szuflady z napisem "aut-tejki".

sobota, 29 stycznia 2011

ROXETTE w Warszawie, 19 czerwca 2011

ROXETTE zagrają 19 czerwca 2001 na warszawskim "Torwarze" (ul. Łazienkowska 6a) jedyny koncert w Polsce.
Bilety w cenie: 121 , 143 , 154 oraz 679 zł można nabywać m.in. na stronie:  www.eventim.pl

PENDRAGON - trasa po Polsce (12 kwietnia w Poznaniu)

PENDRAGON - trasa koncertowa po Polsce :

12.04.2011 - Poznań, klub "Blue Note"
13.04.2011 - Gdańsk, "Parlament"
14.04.2011 - Bydgoszcz, "Filharmonia Pomorska"
15.04.2011 - Warszawa, klub "Progresja"
16.04.2011 - Kraków, "Loch Ness"
17.04.2011 - Bielsko-Biała, "BCK"
18.04.2011 - Wrocław, "Firlej"
20.04.2011 - Katowice, "Teatr Śląski"

ABRAXAS , COLLAGE - cytat Andrzeja z forum "Nawiedzonego..." i takie tam ...

Andrzej z Zielonej Wyspy wczoraj na forum napisał:

"Wreszcie udało mi się skompletować całą dyskografię polskiej grupy Abraxas. Wbrew pozorom wcale nie było to łatwe zadanie, bo o ile ich genialny debiut i płyta koncertowa są do dostania, to aby zdobyć pozostałe dwa albumy (w wersji polsko i anglojęzycznej) musiałem się zdrowo nagimnastykować. Warto było, wczoraj dostałem płytę "99" i z tej okazji słucham dzisiaj Abraxas. Ciekawe jak graliby teraz, gdyby przed laty nie zakończyli działalności? Moim zdaniem był to najciekawszy, nasz rodzimy zespół progresywno - rockowy i nie dam się zakrzyczeć fanom Collage, który moim zdaniem jest tylko progresywny, zaś rockowego pazura nie słyszę w ich muzyce wcale."

Z racji, iż nie jestem zalogowany na forum, pozwoliłem sobie na wklejenie tekstu Szacownego Andrzeja na mój blog i dopisanie czegoś od siebie. 
 Przede wszystkim gratuluję Andrzejowi zebrania pełnej dyskografii Abraxas. Faktycznie, album "99" nie jest tytułem łatwym do zdobycia, a i zresztą w ogóle płyty Abraxas nie leżą sobie w sklepach ot tak, po prostu. I tu, rzecz jasna, może pojawić się ironiczny uśmiech wszechobecnego złodziejstwa sieciowego, ale o nich już nawet nie mam siły mówić czy pisać. Haft! Wszystkie ich płyty, tak przy okazji,  są bardzo dobre. Osobiście najwięcej uczucia żywię do "jedynki". W ogóle do początków Abraxas. Pamiętam ich początki. Pamiętam koncert w Parku Wilsona w klubie, na którym było , ja wiem, może dziesięciu widzów. Panowała tam atmosfera, nawet nie kameralna, lecz bliska domowej. Pamiętam jak Adam Łassa robił długie wprowadzenia do każdego z utworów. Były to ich historie bądź osobiste przemyślenia. Grupa była zaangażowana, jakby grała dla tysiąca widzów. Fajne czasy.
Muzyki Abraxas słuchało się jeszcze lepiej, gdy tak pięknie o niej mówił nieodżałowany Tomek Beksiński. Zresztą po jego śmierci, wielu wykonawców lubianych w naszym kraju, troszkę, a czasem nawet i bardzo, utraciło na swej mocy czy popularności, jak np: Lacrimosa, XIII Stoleti, The Legendary Pink Dots, Closterlkeller, Peter Murphy, Peter Hammill, i wielu innych... , a którzy to tworzą po dziś dzień. Szkoda. Nie ma komu już propagować takiej muzyki. A nawet jeśli, to nikt nie już potrafi tak pięknie o niej mówić. Abraxas do tego grona "artystów zapominanych" także się zalicza. Dlatego, namawiam, by każdy z Was pisał i mówił o takich wykonawcach, czy to na forum Nawiedzonego, czy na spotkaniach z przyjaciółmi, gdy pojawia się temat: muzyka, itd... Oczywiście nic na siłę. Wiem, że każdy z nas posiada większość przyjaciół, znajomych, dla których muzyka niewiele, bądź nic nie znaczy, lecz nie warto się poddawać. W swoim życiu udało mi się kilku kumpli zarazić muzyką, a nawet kupowaniem płyt, dlatego nie załamujcie rąk.
Na sam koniec pozostawiłem sobie Collage. Tutaj się nie zgodzę z moim przedmówcą :-) Grupa Collage czy Abraxas, to niekoniecznie grupy, które w swej art-rockowej twórczości muszą pokazywać przysłowiowe pazury. Takie określenie bardziej pasuje mi do gitarowych wymiataczy i tym podobnych, a od Collage zawsze oczekiwałem subtelności, bajkowości i melodyjności, a w tym grupa była na naszym skromnym podwórku mistrzem. Te dzisiejsze nudziarstwa Mirka Gila, jako Mr.Gil ,czy o zgrozo, mdłe do bólu Believe, to oczywiście i ja chętnie sobie odpuszczam, mówiąc najdelikatniej. Ale Collage !!! Oj nie, będę bronić pełną i nabrzmiałą klatką piersiową. Uważam, że płyta "Moonshine" to najpiękniejsza polska progresywna płyta wszech czasów!!! Oczywiście, blisko do niej debiutom Abraxas czy Exodus. Ale blisko, nie oznacza postawienia ich na najwyższym miejscu podium.
Musiałem sobie ulżyć, choć i tak Szanownego Andrzeja z Green Island uważam za jednego z największych autorytetów spośród dzisiejszych odbiorców muzyki. Przy okazji pozdrawiam serdecznie Jego jak i Wasze Nawiedzoności.

piątek, 28 stycznia 2011

FISH w Poznaniu 30 marca 2011, w klubie "Blue Note"

F I S H
30 marca 2011
Klub "BLUE NOTE", godz. 20:00


BILETY
w cenie promocyjnej:

90
pln
110 pln (siedzące)
do dnia 20 marca !!!!!

110 pl

130 pln (siedzące)
od 21 marca


 

Po wizycie u fryzjera, o pardon!...fryzjerki

To miłe, gdy wchodzi się do saloniku fryzjerskiego, a Pani pamięta kiedy byłem po raz ostatni u niej na fotelu. Po grzecznościowym dzień dobry, otrzymuję z ust wszystkich 4 pracowników saloniku to samo, a na dodatek jeszcze od dwóch klientów, właśnie obsługiwanych. Siadam, a Pani po 5 miesiącach już wie, jak ja lubię. Że uszka odkryte, że bałaganik na głowie, byleby po umyciu po grzebień nie sięgać, itd... Ale Pani także wie, jakich to poprawek na własnej głowie dokonałem sam przez ten szmat czasu mego niebytu u niej: "aaaa! tutaj pan sobie podciął z lewej strony" , dodając po chwili: "i grzyweczkę nierówno pan sobie przyciął". Na nic moje tłumaczenia, że brak czasu, że to, że tamto. Koleżanka Pani mnie strzygącej już siorbie ze śmiechu. Po chwili śmiejemy się wszyscy, ale wewnątrz tego śmiechu jest mi głupio i wstyd. Bo jak taka zarośnięta małpa wyglądałem. Zaoszczędziłem może 14-16 zł, a śmiechu innych się na sobie dorobiłem. Ale co tam, przecież to w końcu, nie pierwszy raz!  Pewnie i nie ostatni. Zawsze idę, gdy już dłużej funkcjonować się nie da. Tak samo jest z lekarzem, z urzędem, czy z jakimkolwiek innym przymusem, nawet gdyby niechcący był on przymusem przyjemnym, bo akurat wizyta u fryzjerki do niemiłych przesz nie należy. Człowiek wszak przymusu nie lubi, i przeważnie pójdzie swoją drogą. Najczęściej inną. Za tzw. moich czasów ambicją było wykręcenie się z wojska i służenie dla socjalistycznej ojczyzny. Dzisiaj już dla ojczyzny wolnej, służenie w wojsku jak najbardziej tak, bo za pieniądze, ale beze mnie, zawsze i bez względu na okoliczności.  Niech służą tylko ci co chcą, ale niech nie płaczą matki i żony, gdy ich ukochany z Afganistanu nie powróci. Bo żona myślała, że mąż pojedzie, zarobi, duużo zarobi, a później kupi to, tamto i będą żyć lepiej od tego ,który do fabryki każdego ranka biega, za marne tysiąc pięćset. Nie ma nic za darmo. Może ci się uda i spełnisz sen o lepszym życiu. Lecz, jeśli się nie uda, nie płacz, nie miej pretensji, bo twoja pazerność wysłała chłopa na front zupełnie nam niepotrzebny. Ja wolę chodzić do fryzjera za 14 zł, ale jeśli damulka musi ugrzewać dupsko przy kawce u fryzjerki i napompować sobie włosy za złotych 200, to cóż..., bo niejeden  facet pantoflarz przecież zrobi wszystko, byleby go tylko damulka z małżeńskiego łoża nie wykopała. A damulce rozum do głowy wskoczy dopiero, gdy samej przyjdzie upaść na bruk i samej zarobić na bycie piękną, ale już nie za 200 zł, bo takiego poświęcenia sama na siebie nie zarzuci.

Powyższy tekst ma wymiar osobisty, choć bezpośrednio mnie i mojej rodziny nie dotyczy - na szczęście.
Wszelkie próby dopytywania się, o co chodzi..., spełzną na niczym - tak na marginesie.

3 lutego 2011- dniem bez Smoleńska !!!

W pełni popieram akcję Janusza Palikota, aby dzień 3 lutego br. uczynić dniem bez Smoleńska. I potępiam Facebook za usunięcie tejże inicjatywy. Najprawdopodobniej pracują tam tchórzliwi obywatele, na szczęście wciąż wolnej Polski, którzy chcą zarabiać bezpieczne i pewne pieniądze, bez nastawiania karku. Dobrze, że się wypisałem z tego śmiesznego portalu już dawno temu.
Przeczytaj na:   www.palikot.blog.onet.pl
i podaj dalej !!!

czwartek, 27 stycznia 2011

SIRENIA - "The Enigma Of Life" - (2011) -

 SIRENIA - "The Enigma Of Life" - (NUCLEAR BLAST) -



Przyznaję, po ub.rocznym wrześniowym wieczorze w Płocku, nieźle kopnęło mnie na punkcie przeuroczej hiszpanki Ailyn i jej muzycznego norweskiego partnera Mortena Velanda - gitarzysty, wokalisty i klawiszowca, a zarazem kompozytora, producenta, czyli jednymi słowy, mózgu zespołu. Zespołu, który tak naprawdę przecież jest duetem, bowiem pozostali muzycy są albo tylko sesyjnymi,  bądź wypożyczanymi na koncerty. Młodziutka Ailyn zaśpiewała w Sirenii po raz pierwszy na poprzedniej płycie "The 13th Floor". Pod każdym względem przeuroczej, lecz gdy weźmiemy pod uwagę dorobek grupy, na pewno nie oryginalnej. Ale nie o oryginalność tu idzie. Znam wielu artystów silących się na oryginalność, a których po prostu nie da się słuchać. W przypadku Sirenii, nie tylko uszy są w raju, ale także oczy. Pokryta zmysłową czernią Ailyn pobudza wszystkie zakątki wyobraźni, choć i przyozdobiona okazjonalnie bielą wygląda niczego sobie. Z tym że, jak na mój gust, nazbyt niewinnie.
Morten Veland opracował pewien schemat układania kompozycji, który systematycznie przerzuca na kolejne płyty, zmieniając tylko delikatnie oprawę, aranżacje czy brzmienie. Zatem obowiązkowo panuje zasada: Ona śpiewa niczym czarny anioł, a gdzieś tam w drugiej części utworu,  wchodzi On , ze swym zbolałym i groźnym growlingowym rykiem. I ku memu zaskoczeniu, wypada to znakomicie. Do tego smaczki smyczkowo-chóralne dodają nastrojowej otoczki do czadowo tnącej gitary i mocnych akordów klawiszowych. Każdy kto docenił te walory w niezwykle pięknych utworach "The Lucid Door", "Led Astray" z poprzedniej płyty, tutaj otrzyma ich odpowiedniki w postaci "This Darkness" czy "A Seaside Serenade". Oczekujecie finału na miarę "Sirens Of The Seven Seas"? Proszę bardzo, wręcz idealną kopią jest dostojna i podana z orkiestrowo-chóralną mocą "Fading Star". Każda romantyczna dusza uklęknie zapewne przed finałową tytułową balladą , w której to pod koniec towarzyszy nam wręcz klasztorny chór.  To tylko kilka przykładów. Uważny słuchacz znajdzie ich całą masę. Tak samo jak i znajdzie odpowiedź, dlaczego Sirenia  nie musi konkurować z tymi wszystkimi Epicami, Lacuna Coilami, Delainami, itd... Bo jaki jest sens stawiania w jednym rzędzie Mercedesa, Poloneza czy Trabanta ?
P.S. Polecam limitowaną wersję w digipacku, z dwoma dodatkami, tj. akustyczną wersją nagrania tytułowego, a także, a może przede wszystkim, kapitalną hiszpańskojęzyczną wersją  kompozycji "The Darkness"

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

wtorek, 25 stycznia 2011

ROD STEWART - koncert w Toruniu 11 czerwca 2011 r.

Ciągnąc tematykę koncertów w Polsce, dodam, iż zupełnie zapomniałem wcześniej napisać o koncercie Roda Stewarta w Toruniu. Zapewne większość z Was już wie o tym od grudnia, niemniej, gdyby jednak ktoś jeszcze nie wiedział, pragnę poinformować, że Artysta wystąpi na toruńskim stadionie żużlowym, o nazwie "Motoarena" w dniu 11 czerwca 2011 roku. Bilety kosztują odpowiednio: 86 , 160 , 220 oraz 610 złotych. Małe piwo :-)

BRYAN ADAMS - 13 czerwca 2001 zagra w Rybniku

 BRYAN ADAMS na koncercie w Rybniku
Poniższy tekst w całości pochodzi z tygodnika "Newsweek", a został przekopiowany ze strony: www.newsweek.pl

Dodam jeszcze tylko, iż najtańsze bilety mają kosztować zaledwie 180 zł

 Największe wydarzenie muzyczne w historii Rybnika? Być może. 13 czerwca na tamtejszym Stadionie Miejskim wystąpi Bryan Adams - kanadyjski muzyk rockowy i autor takich przebojów jak "Summer Of '69", "Heaven", czy znany z filmu o Robin Hoodzie "(Everything I Do) I Do It For You".
- Od ostatniego koncertu w Sopocie minęło naprawdę sporo czasu. Bryan ucieszył się, że znowu będzie mógł zaśpiewać przed swoimi polskimi fanami - oświadczył Janusz Stefański z agencji Prestige MJM, która obok Programu Trzeciego Polskiego Radia i przy wsparciu władz Rybnika będzie organizatorem czerwcowego koncertu.
Występ Bryana Adamsa będzie wielkim wydarzeniem dla Rybnika. - To niesamowita sprawa dla naszego miasta. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że to największe wydarzenie muzyczne w historii Rybnika - skomentował przyjazd muzyka prezydent miasta Adam Fudali►. - Jesteśmy dumni, że tak znakomity artysta pojawi się właśnie u nas. To na pewno sprawi, że o Rybniku będzie głośno w całym kraju. Nie mam wątpliwości, że 13 czerwca odwiedzi nas wielu fanów Bryana Adamsa - dodał.
Sprzedaż biletów na koncert Adamsa rozpocznie się już w najbliższą środę. Kanadyjski piosenkarz zaśpiewa na zmodernizowanym w 2003 roku Stadionie Miejskim. Organizatorzy spodziewają się, że na żywo obejrzy go ponad 20 tys. fanów. W promocję koncertu mają się zaangażować się sztandarowe postaci radiowej Trójki.

MOSKWA - niedokończony lot

Na lotnisku w Moskwie zginęło ponad trzydziestu ludzi, z intencji szaleńca (-ów). Ludzi niewinnych, przypadkowych i anonimowych dla świata. Bo ktoś załatwia porachunki polityczne pomiędzy mocarstwem, a kimś tam po drugiej stronie. W tym nieszczęściu, chce się powiedzieć, jak dobrze , że to nie u nas. Wyobrażacie sobie kolejne komisje, kolejne oszczerstwa i pomówienia, kolejne ciosy w naród, wymierzone brudnymi myślami i rękoma oprawców i specjalistów od "dobra". A te niebezpieczne ponad dwadzieścia procent zła spowitego moherem niebezpiecznie czai się na każdym kroku i wyczekuje okazji do ofensywy. Tym razem się nie udało. Ale będzie jeszcze okazja. Nienawiść powraca bumerangowym zygzakiem. Zaczynam się bać, co będzie, gdy nas dopadną takie zamachy, a to przecież bardziej niż prawdopodobne. Nie dość, że nas pozabijają terroryści, to jeszcze sami się wykończymy, a komisji nienawiści nie będzie końca. A może musi się wydarzyć jakaś kolejna narodowa tragedia, by na kilka dni ostudzić nasze emocje i złe temperamenty? A do tego przypomnieć, że wciąż jesteśmy ludźmi. To okrutne, ale jaką ulgę poczuło wczoraj zapewne wielu, gdy przez pół dnia na afiszu widniała tragedia moskiewska. To przerwa dla opluwania się pod płaszczykiem Smoleńska. Niestety krótka przerwa. Raport Rosyjski nie satysfakcjonuje nikogo, a nam tak w ogóle to Polska Duma nie pozwala uznać tej Rosyjskiej za nieskazitelną. Co prawda, na zdrowy chłopski rozum, tylko dureń w niewinność braci Rosjan uwierzy. Mnie jednak zastanawia co innego Pamiętam współczucie Rosjan po tragedii w Smoleńsku. Pamiętam ich kwiaty, ciepłe słowa, płacz, wzruszenie,.. Zwykli obywatele otworzyli przed nami swoje serca, ponad podziałami i nieprzyjazną historią. Czy nas stać na to samo? Wiem, wczoraj poległa matematyczna 1/3 ofiar tego ,co pod Smoleńskiem.. Wiem, że nie było tam żadnej głowy państwa i najważniejszych z otoczenia, lecz tamci ludzie także byli ludźmi, także mieli mózgi, serca, rodziny, bliskich i ukochanych, dla których to najbliższe miesiące będą nie mniej bolesne, od rodzin ofiar tych spod Smoleńska. Może, zanim zobaczymy ponownie w telewizji twarz psychopaty Macierewicza i nienawistne szkła na oczach posłanki Kempy, pomyślmy o prozie życia, tak przecież często okrutnej, w której jeszcze dodatkowe słowa osób nienawistnych, kolorytu nie przydadzą.
A może niech PiSowska mać przeanalizuje zakopiański upadek Adama Małysza na skoczni. Sprawdźcie, kto był w komisji, jury, kto jest odpowiedzialny za ten czyn, którego przecież wcześniej nie było. Kto za tym stoi? Czy to nie dziwne, że upadł Mistrz, a joker Kamil Stoch stanął przez chwilę na czele peletonu? Czyż to nie dziwne? Kto za tym stoi?

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Nagrody za Plebiscyt na Płytę Roku 2010 !!!

Wczoraj po godzinie 23-ciej w Nawiedzonym Studio, podałem nazwiska zwycięzców upominków muzycznych. Są nimi 4 zestawy po 2 płyty CD.
Tymi 4 zwycięzcami okazali się Panowie:
TOMASZ GAJEWSKI
BŁAŻEJ PAKULSKI
SŁAWOMIR BRAMBOR
PIOTR BORKIEWICZ
, którym to serdecznie gratuluję wygranej !
Pozostałym uczestnikom pięknie dziękuję za udział w naszej corocznej zabawie.
Wyniki Plebiscytu opublikowałem na blogu już przed tygodniem, także kto nie słuchał i ich nie zna, zapraszam do ich przejrzenia.
Nagrody w/w Panowie mogą odbierać codziennie w siedzibie Radia Afera, mieszczącej się przy ulicy Św.Rocha 11A, Dom Studencki nr 5 (czyli DS 5). Jest to środkowy z trzech wieżowców akademickich. Radio mieści się na parterze. Zresztą panowie portierzy na pewno poinstruują co, gdzie i jak.
W poniedziałek nagrody można odbierać w godz. 10.00 - 18.00 , natomiast w dniach od wtorku do piątku pomiędzy 10.00 - 15.00.

Zapraszam cały czas do głosowania na Płytę Dekady (za lata 2001-2010). Czekam na Wasze (Państwa) głosy. O szczegółach pisałem już jakiś czas temu. Za kilka dni powinna informacja pojawić się na Stronie Głównej , czyli na: nawiedzonestudio.boo.pl

niedziela, 23 stycznia 2011

GENESIS - Po Całości

Przed kilkoma dniami trafiła do Salonów Prasowych Kolekcja (już 11 numer) "Po Całości", wydawnictwa miesięcznika "Teraz Rock". Tym razem rzecz traktuje o grupie GENESIS. To taka historia w pigułce o jednym z najważniejszych, a zarazem najlepszych zespołów w historii rocka. Do tej pory ukazało się 10 takich skróconych historii, m.in. o: Iron Maiden, Pink Floyd, Queen, i innych.... Otrzymujemy tam fakty historyczne, istotne daty z życia zespołu, recenzje płyt, fragmenty wywiadów z muzykami, itd... Co prawda, ten ledwie 50-stronicowy zeszycik kosztuje aż 9,90 zł, jednak mimo wszystko wart jest tych pieniędzy. Polecam!

czwartek, 20 stycznia 2011

Króciutki suplement do Maćka Balcara

Takie rzeczy zdarzają się nad wyraz rzadko. Rozfoliowałem kompakcik Maćka Balcara do posłuchania. Rozkładam skrzydełka digipacku na boki, wyciągam płytę i oczom nie wierzę! Pod spodem druga, taka sama płyta!!! Ktoś się bombnął podczas składania całego "przedmiotu" i wcisnął do trei dwa takie same egzemplarze. Fajnie, mogę słuchać ile się da, mam zapasowy dysk. Najgorsze, że ktoś, daleko, a być może blisko w Polsce, może otworzyć pudełko i ujrzy pustą treję, bez płyty. C'est La Vie.
Po przesłuchaniu płyty wychwyciłem jeszcze, że na wczorajszym koncercie, na pewno jeszcze były utwory: "Stop!" i "Karuzela (Kręcę Się)" - ten utwór otwierał zresztą koncert - ~świetny !!! . Na pewno było więcej, ale trudno spamiętać, gdy się nie znało wcześniej płyty.

MY CHEMICAL ROMANCE - "Danger Days ... " - (2010) -

MY CHEMICAL ROMANCE - "Danger Days: The True Lives Of The Fabulous Killjoys" - (REPRISE / WARNER ) - 



Pamiętam, leżałem obolały z grypą w łóżku, a musiało to być pięć lat temu, i przez przypadek natrafiłem na jakąś zagraniczną stację TV, w której pani prezenterka, wraz z zupełnie nieznanym mi wówczas młodym zespołem, wjeżdżała na samiuśki dach jakiegoś wieżowca "drapacza chmur", gdzie stał rozstawiony sprzęt do grania, a dookoła jeszcze mnóstwo dziennikarzy i reporterów, a także jakiś deszcz, pioruny, itd... Zaprezentowany utwór "Welcome To The Black Parade" oraz okazałe mundurki, w jakie poubierani byli członkowie zespołu, na długo utkwiły mi w pamięci. Była to efektowna promocja, świeżo wówczas wydanego albumu "The Black Parade" (2006), jak się później okazało, nie pierwszego w dorobku My Chemical Romance. Jako, że nigdy się nie ociągam, niedługo po tym wydarzeniu miałem już całą płytę, którą katowałem przez długi, długi czas. Podobało mi się, że chłopaki, tam gdzie trzeba, dają gitarowego czadu, dbają o melodie, brzmienie, ale i także posiadają skłonności do budowania złożonych dzieł, musicalowych form, słowem fajnych piosenek. Zupełnie miałem (i mam) w nosie, że zaliczali się do nurtu "emo", i że ich zbolałe ideologie, fryzury, makijaże, itp.. są jakoś młodzieńczo ważne. W sumie dobrze, niech się bratają i kochają, byle wina bo bramach nie pili i za polityki się nie chwytali.
Niemniej, grupa pozwoliła trochę o sobie zapomnieć, pięć lat przerwy to przepaść czasowa, jak na młody zespół. Jednak w końcu ponownie pod okiem znanego producenta Roba Cavallo, Gerrard Way i spółka postanowili dać o sobie znać, nagrywając kolejne concept dzieło. Nieco mniejszego kalibru niestety. To znaczy poprawne pod każdym względem, ale nie tak efektowne i chwytliwe jak osławiony "The Black Parade". Na "Danger Days" mamy DJ Radiowego,  rozrabiaków i brutali "Bajkowych Morderców", walkę dobra ze złem, ... i 15 kompozycji ułożonych w formie opowiadania. Niestety przeciętnego. Oczywiście trudno odmówić uroku pięknemu "Summertime" czy przebojowemu "Na Na Na Na Na Na Na Na Na". Także i ostatnie trzy fragmenty mogą się spodobać, wraz z efektownym użyciem hymnu USA w zaimprowizowanym programie radiowym. Jednak to wszystko co robiło nadzieję na przyszłość tych kilka lat temu, tutaj sprzeciętniało, a zespół świetnie się zapowiadający, teraz jawi się niczym masowy średniak. Widać, Chemicale wybrali sesje do kolorowych tygodników i otaczający tłum emo nastolatek, zamiast powalczyć o coś więcej. Liczę, że może jeszcze zaskoczą?

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

środa, 19 stycznia 2011

SOFT MACHINE zagra w poznańskim klubie "Blue Note" 13.05.2011 !!!

13 maja 2011 w poznańskim klubie "Blue Note" wystąpi legendarna jazz-progressive-rockowa grupa SOFT MACHINE.

MACIEJ BALCAR w BLUE NOTE, 19 stycznia 2011 - jak było?

Dzisiaj, tj 19 stycznia, w poznańskim klubie "Blue Note" wystąpił Maciej Balcar (wokalista Dżem) wraz ze swoim zespołem "Nie-bo". Miałem przyjemność być na tym koncercie, który trwał z bisami circa dwie godziny.
Widać, że chłopacy dopiero się docierają czy zgrywają. Dzięki temu wynika sporo zabawnych sytuacji, jak np. przywołani na bis, nie wiedzieli co zagrać, a ustalanie repertuaru pomiędzy muzykami zabrało dobrych kilkadziesiąt sekund. Ktoś z publiczności żartem rzucił: "zagrajcie wszystko od początku!" I to się wszystkim spodobało. Publika nagrodziła okrzyk śmiechem oraz oklaskami. Ktoś inny krzyknął "51" ! Tym samym padła propozycja, by ekipa zagrała klasyk z rep. TSA. Nie zostało to spełnione, ale na bis poszły dwa inne utwory, mnie akurat nieznane. Zresztą w ogóle nie znałem do dzisiaj niczego z solowego dorobku Maćka Balcara. Także, mogę Wam napisać, że na pewno zaśpiewał "Płonąca Stodoła" (Czesława Niemena), "Luka" (Suzanne Vegi), jeden z utworów, z jedynej zresztą płyty legendarnej grupy Temple Of The Dog, "Wolność" (Marka Grechuty) - przepiękny utwór, zarówno w pierwowzorze, jak i dzisiejszej, jakże innej kopii (że tak brzydko to nazwę). Była jeszcze świetna wersja utworu "Ogień i Woda", notabene tytułowego do ostatniej płyty Maćka . Wiem, bowiem od dzisiaj mam już tę płytę!. Jedną z atrakcji był także młody człowiek, który przez znaczną część koncertu stał ze swoją ekipą w "moim rewirze". Gdzieś tak w połowie koncertu Maciek Balcar oznajmił publiczności, iż jego brat Jacek ,mieszka w Poznaniu i jest właśnie na tym koncercie. Po czym zawołał: "bracie!, bracie, gdzie jesteś?!" Raptem ujrzałem niewysokiego człowieka, zupełnie niepodobnego do Artysty, który uniósł przed moim nosem dłoń i krzyknął: "tutaj!" Rzecz jasna ,znany brat pozdrowił tego mniej znanego ze sceny i koncert poszedł dalej do przodu.
Sam Maestro był dzisiaj w znakomitej kondycji głosowej, śpiewał bluesowo, choć przecież, nie był to koncert bluesowy. Bardzo spodobało mi się to, że fajnie dogadywał się z kolegami z zespołu, i zarówno do nich jak i do publiczności zwracał się na luzie , ale i także bardzo miło, kulturalnie, nie stroniąc przy okazji od niewymuszonego humoru.
Bardzo fajny koncert, bardzo udany wieczór i bardzo duże dzięki dla Krzysztofa Ranusa za gratisowy bilet.

Zaprzańskie Draństwo PISowskie

Kaczyński, Macierewicz, Kempa, Waszczykowski, Błaszczak, Kamiński, ... , co łączy te nazwiska ze sobą? Przepraszam, że zapomniałem o innych draniach z PiSowskiej Partii Nienawiści. Okazuje się, że to Premier Tusk jest winny katastrofy w Smoleńsku, a także tej trochę wcześniejszej Casy. Te dranie próbują ugrać jak najwięcej punktów na tragedii rodzin ofiar wypadków. Co za obrzydliwość. Co za ścierwo! Przyznam, że "rzygać" mi się chce, gdy widzę te PiSowskie sępy, hieny, czy jakkolwiek ich nazwać. Dzisiaj Ziobro, tak to ten słusznie nazwany zerem przez byłego premiera Millera, stwierdził, że Donald Tusk jest jakiś wyciszony, osłabiony, itd.. A jaki ma być? Gdy co krok jakieś bydlę podkłada mu nogę, oskarża o nieprawdę, oskarża o cokolwiek, byle oskarżać. Kilka osób mi zarzuciło złe emocje i brzydki język. Możliwe,pewnie nawet mają rację. Nie twierdzę, że zachowuję kulturę, gdy widzę to paskudne draństwo. Nawet nie mam zamiaru. Z tym PiSowskim ścierwem należy posługiwać się ich językiem. Mam o jedno wielki żal do PO, SLD, PSL, itp... Jesteście zbyt tolerancyjni, kulturalni i inteligentni. Przepędzić to towarzystwo i oczyścić Polski Naród z tego PiSowskiego Syfilisu !!!

TERRY & THE PIRATES - The Doubtful Handshake - (1980 / 2010) -

 TERRY & THE PIRATES - "The Doubtful Handshake" - (oryginalnie 1980 / reedycja 2010) - (MIG-Music) -



Ta absolutnie fantastyczna i kompletnie na świecie niedoceniana płyta, wreszcie ukazała się na CD !  Oryginalnie została wydana w 1980 roku i była drugą w szczupłej dyskografii zespołu. Dzisiaj o grupie Terry & The Pirates nie piszą już żadne encyklopedie - niestety. W skrócie rzecz ujmując, podam, iż ta amerykańska grupa powstała w 1973 roku i wydała ledwie 4 albumy, a wszystko to w latach 1979-82. Był to niedobry okres dla takiej muzyki, jaką proponowali Piraci, bowiem wciąż niemal wszędzie rządził punk rock, a gdzieś tam już pomału ,za kotarą przygotowywano miotły do przepędzenia facetów z włosami postawionymi na cukier i szykowano nowe pole ,dla coraz to mocniejszych "nowych romantyków". Zatem, granie oparte mocno na korzeniach rocka, hard rocka , bluesa czy country-bluesa, nie było zbyt mile widziane, a raczej słyszane. Dlatego więc, na przełomie lat 70/80-tych, niemal każda płyta powleczona starym dobrym rockiem najczęściej przepadała bez reszty. Grupę Terry & The Pirates tworzyła piątka dżentelmenów, z których dwaj najistotniejsi to: wokalista i gitarzysta Terry Dolan, oraz nieżyjący już gitarzysta John Cipollina, znany przede wszystkim z grupy Quicksilver Messenger Service.
Album zawierał 8 wybornych kompozycji, pełnych swobodnego blues rockowego grania, ze świetnymi aż trzema gitarami! Poparciem moich słów niech będzie np. kapitalny utwór "Inlaws And Outlaws". W rejony country, grupa poszybowała mocno w bardzo melodyjnym "Montana Eyes", choć wiem, że w Polsce niestety niewielu fanów rocka połknie tę przynętę. To niech zatem atutem będzie najlepsza wersja, jaką znam, klasyka Screamin' Jay Hawkinsa "I Put A Spell On You" (sorry panowie z Creedence Clearwater Revival). Do dzisiaj nie mogę także pojąć, dlaczego taki chwytliwy numer jak "Inside And Out" nie stał się przebojem?! Nie ujmując niczego pozostałym, także znakomitym kompozycjom z "The Doubtful Handshake". No, może najmniej efektownie wypadał finałowy "All Worth The Price You Pay", taki troszkę na jedno kopyto i brzmiący nieco festynowo-odpustowo
Obecnie wydany CD posiada jeszcze 2 bonusy, ale są to raczej ciekawostki i bardziej przypominają jakieś jam session, do tego o bootlegowej jakości, niż przemyślane i zgrabnie skonstruowane kompozycje.
Niemniej, polecam bezdyskusyjnie!
P.S. Okładkę płyty zdobi reprodukcja obrazu autorstwa Charlesa Mariona Russella, malarza żyjącego na przełomie XIX i XX wieku. Świetnie zresztą dopasowaną do zawartości muzycznej dzieła.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

MOSTLY AUTUMN - Go Well Diamond Heart - (2010) -

MOSTLY AUTUMN - "Go Well Diamond Heart" - (Mostly Autumn Records) -


Kiedy wdaję się w dyskusje o Mostly Autumn, odnoszę wrażenie, iż ta grupa istnieje ze trzydzieści lat. Nie dość, że muzycy posiadają obfitą dyskografię, często koncertują (szkoda, że jeszcze nigdy w Polsce!), to o ich muzyce ciepło mówią ,zarówno młodzi odbiorcy, ale i także tacy, którzy pamiętają premierę pierwszej płyty Pink Floyd. Zaledwie w ciągu 13 lat działalności Mostly Autumn, wydarzyło się tak wiele. W tym jakże krótkim czasie, muzycy zdobyli uznanie i serca ogromnej rzeszy fanów na całym świecie. Ich każdy krok śledzony jest z największą uwagą, a na to mogą liczyć tylko ci najwięksi. Choć, przecież Mostly Autumn , to nie Muse czy Coldplay. Pod tym względem ich siła rażenia jest dużo mniejsza, nie sprzedają przecież tylu płyt i nie wypełniają stadionów podczas koncertów. A jednak ich wielkość jest niepodważalna, bowiem w tym niemodnym gatunku, jakim jest rock artystyczny, od lat mało kto im zagraża. Genesis praktycznie nie istnieją, Pink Floyd także, grupy typu IQ czy Pallas, choć bardzo dobre, nie przebiły się niestety do szerszej publiczności, a i taki prześliczny Pendragon popularność ma znikomą (na szczęście w Polsce jest odwrotnie). Zresztą, nie chodzi o przebijanie się kartami sławy, chodzi o wartość samą w sobie, czyli o muzykę. A ta u Mostly Autumn jest najwyższych lotów, o czym ponownie grupa nas przekonuje. Po kilku chudych latach i bardzo przeciętnych albumach, vide "Glass Shadows" (2008) czy "Storms Over Still Water" (2005) czy w miarę niezłym "Heart Full Of Sky" (2006), wydany niedawno ":Go Well Diamond Heart" jawi się niczym arcydzieło! Nie ustępuje on, a wręcz dorównuje najlepszym dokonaniom grupy, a konkretnie dwóm pierwszym albumom, bezapelacyjnie najpiękniejszym! Co prawda jedynka i dwójka ukazały się w latach 1998-99. Ktoś pomyśli, że zespół przespał całą minioną dekadę. Absolutnie nie. Przecież pierwsze trzy płyty, wydane na początku minionej dekady, niewiele ustępowały swoim poprzedniczkom. Grupa dzielnie kontynuowała dzieła mistrzów folk rocka spod znaku Fairport Convention, Steeleye Span czy Clannad , a także twórców art-rockowych jak Pink Floyd, Genesis czy Camel. Na najnowszym "Go Well Diamond Heart" wszystkie najlepsze cechy wyżej wymienionych twórców znalazły wyjątkowo mocne odbicie. Proszę mi pokazać, które ze współczesnych grup art-rockowych, czy jak im tam, potrafi nagrać takie klejnoty, jak; "Hold The Sun" , "And When The War Is Over..." , "67-79" (absolutnie genialny!) , "Anything At All" (gitara Josha brzmi jak u Gilmoura w czasach "Animals") , "Hats Off" (no właśnie, Czapki z Głów!). Ale to tylko kilka przykładów. Cały podwójny album to jedna z najpiękniejszych rzeczy XXI wieku, w takim właśnie graniu. Bez cienia przesady. A pod słowami podpisuje się człowiek uzależniony od tego albumu, słuchający go codziennie!

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

wtorek, 18 stycznia 2011

SWEET, SMOKIE, SLADE na koncertach w Polsce, czyli jak wcisnąć kit starym nieświadomym fanom !!!!!!

Legendarne grupy SWEET, SLADE oraz SMOKIE zagrają 3 koncerty w Polsce. Pod hasłem "We Love Rock". Ależ to brzmi, prawda?  Serce z radości może podskoczyć. Niestety jedynie do momentu, w którym uświadomimy sobie jak organizatorzy chcą nas nabić w butelkę. Ceny biletów zupełnie jak za widowisko i składy zespołów niczym za najlepszych czasów, a tak naprawdę są to już dzisiaj tylko popłuczyny po "Wielkich" z tamtych lat.
Wyjaśnię wszystko po kolei. Myślę, a raczej mam nadzieję, że przyznacie mi rację.
I tak:
SWEET - zacznijmy od rzeczy niemiłych, otóż z oryginalnego czteroosobowego składu ,nie żyją już: wokalista Brian Connolly (1997 r.) oraz perkusista Mick Tucker (2002 r.).
Jaki jest obecny skład Sweet nawet nie wiadomo. Wszystko jest owiane jakąś dziwną i podejrzaną tajemnicą. Wiadomo, że na dzień dzisiejszy dwaj byli muzycy tego zespołu posługują się nazwą Sweet, bowiem obaj mają do niej te same prawa. I tak, basista Steve Priest, a także gitarzysta Andy Scott, obaj grają koncerty, często w tym samym czasie i na tych samych kontynentach, zatem więc wyczuć, który ze swoim bandem, jako Sweet, przyjedzie do Polski jest zadaniem dla jasnowidza, a którą to my fani rozszyfrujemy dopiero, gdy ujrzymy muzyków na scenie. Organizator nie zdradza prawdy, chce wydusić od naiwnych dawnych fanów jak najwięcej pieniędzy, a przez własną szczerość i głupotę, mógłby stać się bankrutem.

SMOKIE - grupa (miłość mojego dzieciństwa) , która dzisiaj występuje także w składzie dalekim od "prawdziwego". W ostatnich latach, niemal każdego roku, można trafić na ich koncerty, a to w kurortach nadmorskich, gdzie zabawiają turystów grając do kotleta. Np. w ub. roku grali w Pogorzelicy w knajpie na wolnym powietrzu. Porażka!  Czasem zagrają na statku, jakimś ryneczku miasteczka z zadupia Polski, itd... Spuśćmy zasłonę milczenia. Z oryginalnego składu ostał się już tylko basista Terry Uttley, dla którego to jedynie warto wydać pieniądze na ten żałosny koncert. Pozostali członkowie dzisiejszego Smokie, to jacyś podejrzani instrumentaliści z łapanki, w tym wokalista Mike Craft (ryczący, niczym drące się gacie), próbujący imitować niepodrabialnego zresztą Chrisa Normana.

SLADE - tutaj sytuacja ma się nieco lepiej, niż u w/wymienionych. Z oryginalnego kwartetu brakuje dzisiaj kapitalnego wokalisty Noddy'ego Holdera, który wybrał pracę w radio, TV, itp... Użycza np. nawet swojego głosu do reklam TV, albo zabawia słuchaczy ciekawymi staro-angielskimi opowiastkami w programach radiowych. Słowem, robi wszystko, byle tylko nie śpiewać, i trzeba przyznać, udaje mu się jak nic.
W grupie także od 1991 roku nie gra basista, klawiszowiec,..Jim Lea, który w owym czasie, gdy Holder odchodził ze składu, powiedział, że: "albo gramy oryginalną czwórką, albo odchodzę także i ja". Jak powiedział, tak zrobił.
Mimo to, do dzisiaj w zespole grają: gitarzysta Dave Hill oraz perkusista Don Powell. Nowy wokalista (ponoć już od wielu lat) Mal McNulty, podobno nieźle podrabia Holdera. No właśnie, znowu kopia. Osobiście wolę prawdziwą czekoladę od produktów czekoladopodobnych.

Jeśli powyższe wypisane przeszkody są dla Was, Moi Drodzy, do pokonania, to zapraszam do poznańskiej "Areny", we wtorek 1 marca 2011 r.
Bilety kosztują zaledwie 160 zł / 130 zł / 110 zł
Weźcie ze sobą koniecznie butelki, będziecie w nie nabici. To pewne!

poniedziałek, 17 stycznia 2011

MOJE "TOP 10" 2010 ROKU - to co najlepsze, lecz nie tylko....

Podaruję sobie zbędne słowo wstępne, z reguły przydługawe i nic nie wnoszące. Każdy kto słucha Nawiedzonego Studia w ciągu całego roku, zna mój gust, moją filozofię życia, itd... , i poniższe zestawienie nie powinno nikogo ani rozczarować, ani zaskoczyć, ani zmienić poglądu o mnie, zarówno na plus czy jeszcze większy minus. Po uważnym przejrzeniu i przesłuchaniu swoich płyt, systematycznie notowałem, zapisując i skreślając co się da. Nie chciałem na siłę tworzyć top dwudziestki czy nawet trzydziestki, tym bardziej, że dolna kolejność nie ma już większego znaczenia, a podstawowa dziesiątka jest zawsze mocna, pewna i chciana. I oto co pozostało po wszelkiego rodzaju roszadach, namysłach i bólach serca przy wyrzucaniu rzeczy lubianych, zastępując je bardziej lubianymi:

MOJE "TOP 10" za rok 2010 :
1. STAN BUSH - "Dream The Dream" - najlepsza melodic-rockowa płyta ostatnich lat, pełna wysmakowanych melodii i aranżacji, a stworzona przez człowieka, który lata świetności przezywał w dawnych latach 80-tych. Czy pamiętacie słynny :Fight To Survive" do "Krwawego Sportu" z J.C.Van Damme'em?
2. UNITOPIA - "Artificial" - trudno znaleźć dzisiaj pięknie kwitnące kwiaty na muzycznym śmietniku wysłużonych i najczęściej już wypalonych twórców rocka progresywnego. Na szczęście w Krainie Kangurów żyje i ma się wspaniale Unitopia, grupa umiejętnie zżynająca z Genesis, Pink Floyd, The Beatles, i innych, ale tworząca z pasją i wielkim talentem jej twórców, przez co ich muzyka uzależnia jak mało co.
3. MOSTLY AUTUMN - "Go Well Diamond Heart" - strzał w dziesiątkę, niczym za pięć dwunasta, kiedy to już wszystko miałem zapięte na ostatni guzik. Ostatnio nie było najlepiej. Płyty z kilku wcześniejszych lat były bladziutkie. Może dlatego, iż dwie pierwsze, jeszcze z lat 90-tych, zbyt wysoko postawiły poprzeczkę. Album, który z każdym przesłuchaniem odkrywał przede mną kolejne skarby. Dzisiaj nie oddałbym z nich żadnego. No i nowa (od kilku lat co prawda w zespole, ale dotąd jako asystentka) wokalistka Olivia Sparnenn! Świeża krew, nowe spojrzenie i nowa jakość!
4. THE DIVINE COMEDY - "Live At The Cite De La Musique 2008 (bonus disc do albumu "Bang Goes The Knighthood!" - to tylko dodatek do niezłego albumu. Lecz dodatek bijący podstawową część na głowę, a do tego są to tylko postrzępione fragmenty genialnego koncertu z Paryża, zaśpiewanego prawie w całości po francusku przez N.Hannona. Rewelacja!
5. SCORPIONS - "Sting In The Tail"- szkoda, że to ostatni album Skorpionów. Co za okrutna deklaracja zespołu. I to jeszcze w chwili, w której nagrali jedną z najkapitalniejszych płyt swojej działalności. Choć może, jak schodzić ze sceny, to z uniesioną głową ku górze.
6. ANDERSON / WAKEMAN - "The Living Tree"- najsubtelniejsza i najskromniejsza w środkach płyta 2010 roku. Cudowny zbolały śpiew Jona Andersona i klawesynowa gra na fortepianie Ricka Wakemana. Cudo skromności w czasach wszechobrzydliwego przepychu
7. H.E.A.T. - "Freedom Rock"- radość, energia, polot, melodie, świetne brzmienie, ukłon dla podstarzałych fanów słodkiego rocka a'la Europe czy Bon Jovi. Będą znani i wielcy! - mówię Wam
8. ACCEPT - "Blood Of The Nations"- nowy wokalista, godnie zastępujący Udo, któremu proponowano powrót, lecz ten nie chciał, no to przyszedł szeroko nieznany Tornillo i pozamiatał. Głos niczym papier ścierny i muskularna machineria sekcji rytmicznej, a do tego młot pneumatyczny, który siłą i ciężkością zabił te śmieszności black-metalowe z "rzygającymi" pieśniarzami
9. PHIL COLLINS - "Going Back" - wiem, że  Phil nagrywał sto razy lepsze płyty, ale ja tego faceta kocham bezgranicznie, choć nie cieleśnie. A tak swoją drogą, podobają mi się te soulowe klasyki lat 60/70-tych, z wytwórni typu Motown, zarówno w oryginałach jak i interpretacjach najsympatyczniejszego rockmana świata. Z dwudziestu-dziewięciu piosenek kilka bym odrzucił, ale tylko ledwie kilka
10. PRIME SUSPECT - "Prime Suspect" - debiut niemłodych muzyków, z których najbardziej w składzie ucieszyli mnie, wokalista Olaf Senkbeil (z niemieckiego genialnego DREAMTIDE) oraz klawiszowiec Danielle Liverani (Włoch tworzący grupę-projekt o nazwie KHYMERA), którego brzmienie i kompozycje,moim zdaniem, mogą tylko nie ponieść gustów o betoniarskiej zastygłej zaprawie - oj, nie zabrzmiało to z mojej strony delikatnie, jednak tak myślę.

lecz.... , no właśnie, na tym nie koniec.
Otóż, płytą roku zostać powinna SIRENIA "The 13th Floor", ale to album z 2009 roku, tak więc musiał odpaść. Jednak wrażenie, jakie zrobiła na mnie norweska grupa dowodzona przez Mortena Velanda, w której śpiewa okryta czernią hiszpanka Ailyn, przeszło nawet moje najśmielsze oczekiwania. A wszystko to przez wspaniały wrześniowy (ciepły) wieczór, nad brzegiem Wisły w Płocku, do którego to pojechałem kilkunastoosobową ekipą głównie na EDGUY, a wróciłem z szajbą na punkcie Sirenii. Tyle się o tym nagadałem w radio, że nie czuję potrzeby zamęczania was jeszcze w tym miejscu. Miłość jest ślepa i nieracjonalna, a przydarza się ona także facetom po czterdziestce, jak mnie. Ale wiecie co? Dobrze mi z tym.

Kolejnym miłym zaskoczeniem okazał się dla mnie debiutancki album amerykańskiej grupy FLEET FOXES - grającej rocka? , w delikatnej odmianie z dużą dozą muzyki folkowej, podanej w sposób typowy dla folk-balladzistów przełomu lat 60/70-tych. Muzyka jest niezwykle czarująca i niebanalna, a do tego kupiła mnie bez reszty.

Oczywiście chwała S.Toulsonowi za reaktywację RED BOX, dziś już zupełnie innego, niż w czasach "For America" czy "Chenko". Ta kopalnia nastrojowych piosenek, podanych z poetyckim zacięciem i popowymi melodiami, nie pozwoliła pozostać mi obojętnym na piękno. Praktycznie podobnymi słowami mógłbym zachwalać nowe dzieła Chrisa De Burgha czy Anathemę.
Biję wielka brawa za znakomity powrót weteranów z kanadyjskiego Bachman-Turner Overdrive, dzisiaj już pod nazwą bez ostatniego członu: Overdrive.

Punktów z reguły nigdy nie przyprawia się albumom kompilacyjnym, a szkoda, bowiem chętnie za składaka roku uznałbym "Still The Orchestra Plays - Greatest Hits Vol. 1 & 2", amerykanów z SAVATAGE. Przy okazji uświadomiłem sobie jaki to genialny zespół. I jaką to glupotą bylo pozbycie się albumu "Edge Of Thorns", za który teraz (bo sobie go odkupiłem po latach) dałbym się .... ,pokroić? Aż tak to nie :-) Wolę ja kroić i pożerać!

Poniżej pozwolę sobie wypisać troszkę tytułów, które mnie rozczarowały, mocno, mocniej i bardzo mocno. Kolejność przypadkowa, po co bawić się w gradację : brzydki, brzydszy i najbrzydszy, skoro mowa o wykonawcach, których z reguły bardzo lubię, ale którym nie zawsze udaje się być w formie najwyższej.
Oto LISTA ROZCZAROWAŃ 2010:
IRON MAIDEN - "The Final Frontier" - (o tym kilka słów  na Liście Słuchaczy))
ROBERT PLANT - "Band Of Joy"- (blado i bez entuzjazmu, pomimo, iż Pan Robert tego chce, a wielu fanów i dziennikarzy bije mu brawo, ja niestety ziewam przy takiej działalności kulturalno-intelektualnej Wielkiego Mistrza)
SANTANA - "Guitar Heaven" (covery nikomu niepotrzebne, z wyjątkiem zainteresowanych na liście płac. Wszystko odstaje od pierwowzorów, i to tak, że nawet nie widzę sensu tego udowadnianiać)
INTERPOL - "Interpol" (szczyt żenady, to chyba w ogóle jedna z największych muzycznych katastrof ostatnich lat)
MEAT LOAF - "Hang Cool Teddy Bear" (uwielbiam Klopsika, za wszystko, dla mnie to wielki Artysta, ale i jemu trafiają się gorsze dni)
MY CHEMICAL ROMANCE - "Danger Days ..." (nawet niezły album, ambitny, w formie concept albumu, dobry pomysł, kilka niezłych fragmentów, ale jako całość zdecydowanie przegrywa z "The Black Parade")
JOHN MELLENCAMP - "No Better Than This" (Artysta zapragnął cofnąć się do czasów początków światowej fonografii i nagrał płytę skromnymi środkami, skąpo przyodzianą w aranżacje, do tego w całości w mono, bo miało być klimatycznie i anachronicznie, a wyszło tak, że usnąć można ,nie doczekawszy nawet środkowej części dzieła)
KAMELOT - "Poetry For The Poisoned" (niby wszystko dobrze, ale coś nie kopie należycie)
STING - "Symphonicities" (nuda i totalny brak pomysłów, bardzo lubianego przeze mnie Artysty. Szkoda, że w ostatnich latach zupełnie wypalonego. Więcej nie napiszę, nie chciałbym, by fani Stinga koczowali w odwecie przed moim domem, zupełnie jakbym to ja wprowadził Stan Wojenny)
JAMES - "The Night Before" (mniej) , "The Morning After" (bardziej) - lubię Tima Bownessa, na tyle, że głupio mi wylewać na niego wiadra pomyj, tym bardziej, że oba te mini-albumy nie są złe, są tylko dużo słabsze od możliwości lidera i jego kolegów
KEANE - "Night Train" - kompletna klapa na całej linii. Ta piękna grupa zechciała się przypodobać młodym dziewuszkom (landrynkom), wieszającym sobie plakaciki nad łóżkiem z ładnymi buźkami swoich idoli. Zrodziła się z tego rzecz  żałosna. Boję się, że to se ne vrati!
ROSWELL SIX - "Terra Incognita: A Line In The Sand" - pierwsza część była rewelacyjna, w drugiej zmieniła się obsada i zmieniło się wszystko, włącznie ze wszystkim co piękne.
YOSO - "Elements" - połączenie sił YES i TOTO, stąd nazwa YOSO, dobrzy muzycy, lecz coś nie zatrybiło. Szczególnie skądinąd świetny wokalista Bobby Kimball (ex-TOTO) uczynił wszystko, by było arcy-niemelodyjnie i kanciato, no i udało się.
ROYAL HUNT - "X" - starają się od lat, aby powrócić do pierwszej ligi, ale jeszcze nie teraz.
MANIC STREET PREACHERS - "Postcards From A Young Man" - to nie jest zła płyta, po prostu kilka wcześniejszych było dużo ciekawszych
KINGS OF LEON - "Come Around Sundown" - nawet trochę polubiłem ten album, także, najchętniej wycofałbym się ze zgorzkniałych słów wypowiedzianych w jednej z moich audycji, lecz i tak uważam, że stać ich było na dużo więcej
BRYAN FERRY - "Olympia" - nastrojowo, zmysłowo, momentami nawet ślicznie (vide "Me Oh My", "Reason Or Rhyme" oraz "Song To The Siren"), niestety zbyt plastikowo, nużąco i mało naturalnie. Ale z klasą, gdyż to w końcu Bryan ferry
REVOLUTION RENAISSANCE - "Trinity" - pierwsze dwie płyty nowej grupy Timo Tolkkiego były całkiem, całkiem. Nie wiem co się stało, że ta z początku dobrze naoliwiona maszyna, nagle się zacięła
ALPHAVILLE - "Catching Rays On Giant" - jako kicz i dyskoteka, nie mieli sobie równych w cudownych latach 80-tych. Później bywało różnie, zazwyczaj średnio. Teraz jest już bardzo źle. Powstał band w zupełnie odmienionym składzie, jedynie z oryginalnym wokalistą, bliski gustom dramatycznych  rozgłośni (tylko z nazwy) radiowych, w stylu Eski czy czegoś równie strasznego.

To na razie tyle.
Jeśli coś jeszcze sobie przypomnę, to napiszę w nowym wejściu.

Pozdrawiam
Wasz Nawiedzony Andrzej Masłowski, lub jak kto woli DJ Maślak

PŁYTĄ ROKU 2010 ANATHEMA !!! - Lista Słuchaczy "Nawiedzonego Studia"

 "PŁYTA ROKU 2010" - LISTA SŁUCHACZY "Nawiedzonego Studia"


1. ANATHEMA - "We're Here Because We're Here"
2. SCORPIONS - "Sting In The Tail"
3. IRON MAIDEN - "The Final Frontier"
4. ACCEPT - "Blood Of The Nations"
5. AVANTASIA - "The Wicked Symphony"
6. BRENDAN PERRY - "Ark"
7. AVANTASIA - "Angel Of Babylon"
8. DAVID MINASIAN - "Random Acts Of Beauty"
9. CHRIS DE BURGH - "Moonfleet & Other Stories
10. RHAPSODY OF FIRE - "The Frozen Tears Of Angels"
11. BRANDON FLOWERS - "Flamingo"
13. BLACK COUNTRY COMMUNION - "Black Country Communion"

14. STAR ONE - "Victims Of The Modern Age"
15. KINGS OF LEON - "Come Around Sundown"
16. HALFORD - "Made Of Metal"
17. UNITOPIA - "Artificial"
18. THERION - "Sitra Ahra"
19. GAZPACHO - "Missa Atropos"
20. RED BOX - "Plenty"


Jeśli mogę skomentować "Waszą" dwudziestkę płyt 2010 roku, to zupełnie zaskoczyła mnie Avantasia, dobra, naprawdę dobra, ale uważam, że Tobias Sammet nagrywał już  rzeczy lepsze w przeszłości, ale jak widać, różnimy się gustami. Może to i dobrze, przynajmniej jest ciekawiej. W życiu nie pomyślałbym, że wygra Anathema. Odnoszę wrażenie, że w ogóle się o tej płycie nie mówiło (ale jak widać słuchało!), aż tu raptem po ruszeniu z plebiscytem nastąpił zalew głosów na Anathemę. Praktycznie, mało kto nie oddał na nich głosu! Scorpionsi mnie bardzo ucieszyli na drugim miejscu, bowiem trzymałem kciuki za ich najnowsze wspaniałe dzieło, ale jeszcze kilka tygodni temu, nie uwierzyłbym, że głosów na "Sting In The Tail" będzie niczym świeżo wypływająca lawa z wulkanu. Nie podzielam waszych fascynacji nowym dziełem Iron Maiden, według mnie to najgorsza płyta od czasów "No Prayer For The Dying". Napisałem to szczerze, a nie by komukolwiek dopiec. Zaskoczony jestem jeszcze wieloma wysoko uplasowanymi albumami w tymże TOP 20, ale to właśnie pokazuje, że świat muzyki jest piękny, bo nawet jeśli słuchamy często podobnej muzyki, to lubimy inne płyty, wykonawców, emocje, ...
Dziękuję raz jeszcze wszystkim za udział w Plebiscycie.
Nagrody, w postaci płyt CD rozlosujemy z Maćkiem Bobykiem (rzecz jasna nadwornym realizatorem N.S.) w najbliższą niedzielę 23 stycznia br.

sobota, 15 stycznia 2011

Koniec głosowania - Jutro rozstrzygnięcie. Co zostało Płytą Roku 2010?

Plebiscyt na Płytę Roku 2010 już zamknięty. Dziękuję za wszystkie Wasze głosy. Jeszcze wczoraj dotarły ostatnie trzy, z których ostatni (chyba jako forma żartu, w pewnym sensie oczywiście), spisywany przeze mnie, ze skrzynki mailowej, posiadał godzinę nadania 23.49. Panie Tomaszu W. , gratuluję. To się nazywa rock'n'roll ! :-) 
Jutro, tj. w niedzielę 16 stycznia rozstrzygną się losy Płyty Roku 2010 , na łamach Nawiedzonego. Idąc tropem ostatnich lat przedstawię TOP 15, a muzycznie TOP 5, tak aby cały wynik Plebiscytu zakończył się w okolicach godziny 23.00. Nie chcę nikogo na siłę przetrzymywać do późnych godzin nocnych, zważywszy, iż wielu z Was  wcześnie rano pójdzie do pracy, a cwaniak Nawiedzony sobie pośpi. O ile oczywiście jakiś kretyn mnie wiertarką nie obudzi, jak to miało miejsce w miniony czwartek. No ale, jeśli mieszka się w bloku, to cóż...
Zapraszam zatem w niedzielę o stałej porze, czyli o godz. 22-giej (z poślizgiem minuty czy dwóch - co  jest możliwe) na falę 98,6 FM !!!

piątek, 14 stycznia 2011

Tam, gdzie pieprz rośnie ...

Poranne spojrzenie na zaokienny termometr i niewiarygodność bijąca po oczach, 9 stopni Celsjusza powyżej zera! Poczułem się jak miś, który poszedł spać, gdzieś w połowie jesieni, przespał to całe zimowe draństwo i otworzył ślipia wraz z początkiem wiosny. Bo wiosną zapachniało. Cudownie! Czapka i rękawiczki do szafy. Wiem, że nie na długo, bo nie ma tak dobrze. Oprócz termometru posiadam także niestety kalendarz. I cóż, natura spłatała miłego figla, przynosząc na chwilę wiosnę. Lecz dzięki temu, posmakowałem jak wiosna smakuje i jak strasznie nie lubię zimy. Nawet nie macie pojęcia z jaką werwą i satysfakcją wykurzę to biało-zimowe paskudztwo tam, gdzie pieprz rośnie , tak jakoś pod koniec trzeciego tygodnia marca. Chociaż, co ja za bzdury plotę, przecież zima nie pójdzie tam, gdzie pieprz rośnie, bo pieprz zawsze przed zimą się uchroni. Proponuję, zróbmy wspólne wypędzanie zimy, niech idzie precz i nie wraca! I tu kolejna naiwność, wiadomo, że wróci, ale przynajmniej na trzy kwartały postraszmy ją gorącym słońcem i roztopionymi bałwanami, których przecież nie brakuje.
Dobrze mi, że tylko takie mam problemy. Czyż nie piękne? Zobaczcie, przecież mógłbym, jak inni, wciąż rozdrapywać rany po tragedii Smoleńskiej, szerzyć nienawiść jak Wielki Wódz i jego PISowskie przybłędy. Odpowiadać nie, na każde tak, i odwrotnie. Dla zasady. Gdybym był człowiekiem podłym ,rzecz jasna! Mógłbym również babrać się tą tragedią w nieskończoność. Na pierwszą rocznicę, na rocznicę i trzy miesiące, na rocznicę i sześć miesięcy, itd... Mógłbym z własnej tragedii uczynić tragedię narodową na zawsze, gdybym Wielkim Wodzem był! Ale na szczęście nie jestem. To nic, że na polskich drogach ginie tygodniowo ok. stu osób. Przecież tragedie ich rodzin nie są takie wielkie. Przecież bycie anonimowym, czytaj nieznanym, znaczy bycie nikim. O takich tragediach zapomina się od razu. Przecież mógłbym powiedzieć, że nie mój Prezydent, to nie mój ból i nie moja sprawa. Ale tak nie mówię. Dlatego, może lepiej nie robić z siebie pępka Świata i obrzucać wszystkich tylko własnymi problemami, lecz zakończyć to rozgrzebywanie ran. Bo bolą jeszcze bardziej. Zastanawiam się, jak długo to jeszcze można ciągnąć. Ruska (lub rosyjska, jak kto woli) komisja wykryła 0,6 promila u Generała Błasika, a co za tym idzie ,zasugerowała, że był w kabinie pilotów, i mógł wywierać nacisk na lądowanie. Możliwe czy nie, nie mnie to oceniać. Ale możliwe jest. Wszystko jest możliwe. Tylko po co nam ta wiedza? Po to, by coś komuś udowodnić. Swoją wyższość, a głupotę czy podłość innych. Jeśli aż tak podli jesteśmy, to walczmy ze sobą, obrzucajmy się błotem w nieskończoność. Tylko jakie to będzie mieć znaczenie tam, gdzie wielu z nas po życiu chce trafić? Ale jak trafić tam mogą tacy przecież wojownicy? Powiedzmy sobie, dalecy od standartów dobra. Co z tego, że walczą o prawdę! Ale z jaką podłością i nienawiścią. Gdybym był Najwyższym, przepędziłbym ich tam ,gdzie pieprz rośnie, wraz z zimą! Skoro nie ma jeszcze takiego miejsca, stwórzmy je.

czwartek, 13 stycznia 2011

FISH w Polsce (akustycznie) - to już pewne !!!

Były lider Marillion, FISH, przyjedzie do Polski na kilka koncertów akustycznych.
To informacja z pierwszej ręki , tzn. od Krzyśka Ranusa, organizatora koncertów.
Trasa rozpocznie się 27 marca , koncertem w trójkowym Studio im. Agnieszki Osieckiej w Warszawie, a później Artysta wystąpi jeszcze na kilku koncertach w Polsce, w tym także w Poznaniu, choć na chwilę, w której piszę te słowa, data tego koncertu nie jest jeszcze znana.

PLEBISCYT 2010 - ostatnia szansa na zagłosowanie !!!

Przypominam o naszym Plebiscycie na Płytę Roku 2010 ! 
Zasady plebiscytu podane zostały na stronie głównej:  nawiedzonestudio.boo.pl
Głosy przyjmuję do piątku 14 stycznia, do godziny 24.00 !!! . Każdy głos ,oddany choćby minutę później, będzie już nieważny.
Weź udział w corocznej naszej zabawie, miej swój udział w wyborze najlepszego albumu 2010 roku.
Swoją "dziesiątkę" umieszczę tradycyjnie w rubryce "Zestawienia", a także na blogu. Ponieważ w radio nie będę mieć czasu na szerokie omówienie fonografii ub. roku, postaram się to uczynić właśnie tutaj. Oczywiście, jeśli mi czas na to pozwoli, a i ochota takowa nadejdzie.
W związku z Plebiscytem 2010, na razie Płytę Dekady 2001-2010 odsunąłem nieco na bocznicę, ale tutaj głosy jak najbardziej wciąż są mile widziane, aż do momentu, kiedy to na antenie poinformuję o zakończeniu glosowania, oczywiście także napiszę o tym na blogu.

środa, 12 stycznia 2011

DEEP PURPLE - "Come Taste The Band" - (1975 / 2010) -

 DEEP PURPLE - "Come Taste The Band" - (EMI) -




Pamiętam czasy giełd płytowych, kiedy to posiadawszy "Come Taste The Band", i chcąc wymienić ją na inną płytę, celem rozszerzenia horyzontów i gustu, chodziłem przez kilka tygodni, zanim ktoś się zlitował i dobił ze mną targu. Proszę sobie wyobrazić, że około 30-tu paru lat temu,ten album nie cieszył się takim uznaniem i poważaniem jak dziś. Większość fanów Purpli narzekało i burczało pod nosem, że to już nie są Purple, tylko jakieś smęty Coverdale'a i soulowo-funkowe bełkoty Hughesa. Głupio się przyznać, ale też tak wówczas myślałem, i nie chciało mi się tracić czasu na słuchanie tej płyty, skoro obok na półce stały "Machine Head" czy "In Rock". Jednak z czasem.... , no właśnie, po nitce do kłębka. Czas to zweryfikował i dzisiaj słuchanie gitary Tommy'ego Bolina nabiera zupełnie innej wartości (i nie chodzi o to, że rok później wykończył się sam na amen), a i Hughesa mogę przecierpieć, tym bardziej, że i tak w 90 procentach śpiewa tutaj Coverdale (na szczęście!). Dzisiaj uważam, że "Comin' Home" to rasowy czad, idealnie otwierający album, a i następny "Lady Luck" (niegdyś mój ulubiony) podlany został purpurą i pokazał jak niebawem Coverdale zagra w Whitesnake. Później zaśpiewany przez Hughesa "Gettin' Tighter" w pierwszej części jest fajny, by w połowie powiać soulową grozą, na szczęście w końcówce Bolin gitarą pozamiatał te funkowe bzdety. Dalej jest naprawdę nieźle, "Dealer" - kolejny można rzec taki pre-Whitesnake, po nim pełen pasji i namiętnie wykrzyczany "I Need Love". Następujący po nim "Drifter", to jeden z najlepszych momentów płyty. Świetna melodia i kapitalny, wręcz zahipnotyzowany śpiew Coverdale'a, któremu Hughes tylko asystuje. Jak dla mnie, absolutną perłą jest finałowy "You Keep On Moving". Genialną rolę odgrywają tu organy J.Lorda i wokalne pojedynki Coverdale'a z Hughesem. To rodzaj ballady, pełnej namiętności, rozrastającej się do granic ekstazy, by powrócić do stanu ukojenia. Obłęd!
W ramach uświetnienia 35-lecia tego albumu, firma EMI wydała go ponownie, w poprawionej jakości dźwiękowej i bogatej edytorsko. Pokaźna książeczka przynosi dużo ciekawych zdjęć zespołu ,jak i okładek płyt oraz ich labeli , a także historię albumu. Z kolei do podstawowego programu płyty, dorzucono singlową wersję "You Keep On Moving", a na dodatkowym drugim dysku, zremiksowaną wersję tego albumu z zamienioną kolejnością utworów "You Keep On Moving" oraz "Drifter". Na samym końcu zamieszczono instrumentalną kompozycję zespołową (oprócz udziału Bolina), a także wspólny jam Tommy'ego Bolina i Iana Paice'a. Remiksu albumu dokonał popularny ostatnio producent Kevin Shirley, który zupełnie schrzanił nowe dzieło Iron Maiden , a i wcale nie lepiej obszedł się z nową supergrupą Black Country Communion, w której m.in. udziela się właśnie Glenn Hughes. Na szczęście Shirley przy "Come Taste The Band" nie ingerował zbyt nachalnie, jednak po łapskach bym mu przyłożył za to mieszanie kolejności utworów.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

TIERRA SANTA - "Caminos De Fuego" - (2010) -

TIERRA SANTA - "Caminos De Fuego" - (MALTIDO RECORDS) - 




Pamiętam pierwsze emocje, jakie towarzyszyły mi podczas odkrywania muzyki Hiszpanów z Tierra Santa ( znaczy: Ziemia Święta). Płyty "Tierras De Leyenda" (2000), "Sangre De Reyes" (2001) czy fenomenalna "Indomable" (2003), to biblia dla każdego fana prawdziwego, szlachetnego metalu, czyli takiego spod znaku Iron Maiden czy Judas Priest. Zresztą Tierra Santa mocno gra pod Iron Maiden, tyle że wokalista Angel śpiewa po hiszpańsku, co dodaje egzotyki i smaku. Trzeba przyznać, że facet nie dość, że ma świetny głos, to jeszcze śpiewa z odpowiednim twardym zacięciem, przejmująco, a co za tym idzie, bardzo przekonująco. Jeśli do ewidentnych wpływów spod znaku Iron Maiden, dołożymy elementy corridy i rycerstwa, to efekt musi być doskonały. W swoim życiu przerobiłem dziesiątki grup metalowych z Hiszpanii czy Portugalii, jedne były nawet niezłe, inne gorsze, a inne żenująco złe, czasem i także naprawdę dobre, ale każda z nich może pomarzyć tylko o poziomie, jaki osiągnęli muzycy z Tierra Santa. Szkoda tylko, że i Tierra Santa obniżyła swoje loty i od albumu "Apocalipsis" z 2004 r. ich dzieła uległy rozwodnieniu. Muzyka cały czas brzmi szlachetnie, jednak jest jakby delikatniejsza, wolniejsza, bledsza. Zupełnie tak, jakby im sąsiad zwrócił uwagę, żeby przyciszyli odbiornik, a oni to uczynili. Oczywiście może na to mieć wpływ zmiana wytwórnii czy celowy zamysł producenta, którym jest brat (ponoć) jednego z muzyków (nazwisko zresztą się zgadza). Nie świadczy to o tym, że płyta jest zła. Skąd! I tak bije na głowę setki beznamiętnie naparzających kapel, walących po uszach niczym młot pneumatyczny, a do terminu "heavy metal" zaliczanych omyłkowo. Po prostu, mając w pamięci jeszcze nie tak dawne perły, trochę trudno pogodzić się, że teraz Tierra Santa brzmi jak kuzyn Heroes Del Silencio.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

wtorek, 11 stycznia 2011

BLUES RANUS uderza w Nawiedzone Gusta!

Jak wielki i nieogarnięty jest świat muzyki, przekonałem się choćby w ubiegłą niedzielę, przychodząc do radia tradycyjnie ok. godz. 21.40. Moją uwagę odwracało wszystko co się da, tzn. Witek, z którym ucięliśmy sobie pogawędkę, a to słówko z Agnieszką, a to z Krzyśkiem Ranusem, nawet z Maćkiem Bobykiem, który akurat wykończony odpoczywał na kanapie w sąsiednim pomieszczeniu, ...Jednak muzyka ,dobiegająca z mocno przyciszonych głośników, nie dawała mi spokoju, ale nie pytałem Krzyśka, co to. Pomyślałem, zapewne jeden fajny utwór i tyle. I to jeszcze na zasadzie, że mi się wydaje. Lecz Krzysztof coś tam zagadał na antenie i nastawił kolejny fragment płyty. Nooo, to już nie przelewki! Wszedłem do studia i poprosiłem Krzyśka o okładkę tejże płyty, zapisując od razu na kartce jej wykonawcę i tytuł. Zdarzyło mi się to po raz pierwszy. Kopnęło mnie i to mocno. Nie tylko mnie, także pewną damę, słuchaczkę programu "Blues Ranus", z którą w poniedziałkowe popołudnie wspólnie zachwycaliśmy się nad wynalazkiem Krzyśka. Zresztą sam autor programu powiedział mi, że ta płyta wpadła mu przed laty w ręce raczej przypadkowo, polubił ją i właśnie w tę minioną niedzielę przyszła mu ochota na jej zagranie na falach 98,6 FM.
Sprawcą tego całego zamieszania jest artysta TINSLEY ELLIS, biały rock-bluesman. Taki typowo amerykański i z polotem oraz radością grający muzyk, czyli to co uwielbiam, a co zawsze nie kojarzyło mi się z gustem Krzyśka, który przeważnie rozkoszuje się klasyką rocka (którą w pełni podzielam!) ,ale i  także często czarnymi bluesmanami, którzy grają moim zdaniem schematycznie, kwadratowo i na jedno kopyto, choć mimo wszystko posiadają wielkie nazwiska, a i ich krytykowanie nie należy do najwłaściwszych  rytuałów. To niedzielne wydarzenie zmienia w moich oczach obraz Krzyśka, który choć drogocenną postacią jest, to w moich uszach jego gust z rzadka przychylności zaznawał.
Zapiszcie sobie TINSLEY ELLIS "Storm Warning", to jest ta płyta, którą wielu z nas poznało (a raczej zasmakowało) dzięki największemu propagatorowi bluesa w naszym mieście, i nie tylko...
Nawiedzony nie czekał długo, poruszył niebo i ziemię i już dzięki Rafałowi z Rokietnicy, płyta jedzie do mnie z Wielkiej Brytanii. Ale to nie wszystko!  Jedzie w innej paczce także inny tytuł Tinsleya Ellisa. Nie mogę się doczekać. Jeśli obie płyty będą tak dobre jak te dwa utwory zaprezentowane w ub. niedzielę w "Blues Ranus", to macie i u mnie takie granie w Nawiedzonym Studio. Także, Wam obiecuję, a Krzyśkowi składam dzięki za taaaką muzykę, natchnienie i inspirację w jednym!

poniedziałek, 10 stycznia 2011

LIGHT CORPORATION - koncert 13.01.2011 - jazz-progressive

Dostałem informację o ciekawym koncercie, o którym poniżej:
grupa LIGHT CORPORATION zagra 13 stycznia (czwartek) w Poznaniu, w Klubokawiarnii "MESKALINA", Stary Rynek 6, przy Galerii Miejskiej "Arsenał".
Grupa wykonuje muzykę z rejonów progresywnego rocka i jazzu, i jak muzycy twierdzą, mocno inspirowaną twórczością takich grup, jak: KING CRIMSON, NUCLEUS czy SOFT MACHINE.
Zachęcam do wzięcia udziału w tymże przedstawieniu !!!

niedziela, 9 stycznia 2011

RADOSNA NOWINA !!!!! :-)

Mam Wam do zakomunikowania radosną nowinę (ostatnio były tylko smutne).
Otóż, Słuchaczowi "Nawiedzonego Studia", a i Waszemu dobremu znajomemu, Andrzejowi z "Zielonej Wyspy", w dniu 7 stycznia 2011 roku o godzinie 14.35 (tak, tak, wiem jakbym tam był) urodził się syn Piotr !!! To bardzo wspaniała wiadomość, bo jak stwierdził sam Andrzej, powiększyło się nam przy okazji grono Nawiedzonych. Swoją drogą, ciekawe czy syn pójdzie w muzyczne pasje Ojca, bo z tego co wiem, córeczka Tosia, śpiewa, tańczy i słucha.
Wszystkiego Najlepszego dla Szczęśliwej Rodzinki
 życzy
Andrzej M. , a także ....:-)

PLEBISCYT 2010 - ostatnia szansa - zagłosuj na swoją PŁYTĘ ROKU 2010

Niepisanym zwyczajem staje się od lat, że rozwiązywanie worka z Plebiscytem na Płytę Roku, odbywa się w tydzień po Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy ,dyrygowanej przez Jurka Owsiaka. Nie inaczej będzie i w tym roku. Zatem pozostaje jeszcze tylko kilka dni na ostatnie oddawanie głosów. Głosy przyjmuję ostatecznie do piątku 14 stycznia br., do godz.24.00 !!! W sobotę chcę mieć już wszystko podliczone. Jeżeli ktokolwiek wyśle głos np. w sobotę o godz. 0.01, to już ten nie będzie brany pod uwagę. Kiedyś trzeba zakończyć zabawę, każdy zainteresowany o tym wie i niech już tak pozostanie, w tych sztywnych regułach gry. Zasady Plebiscytu na Płytę Roku 2010 są podane na głównej Stronie:  nawiedzonestudio.boo.pl
Wyszedłem już z wirówki wzmożonej aktywności zawodowej, także obiecuję pojawiać się nieco częściej na Blogu, do czego i Was, Moi Drodzy, gorąco zachęcam!

środa, 5 stycznia 2011

GERRY RAFFERTY (1947 - 2011)

I oto kolejna smutna informacja, którą otrzymałem dosłownie przed chwilą, od mojego dobrego kumpla Mariusza Skroka, który był przed laty moim realizatorem "Rock Po Wyrocku" , w nieistniejącym już Radio "Fan". Otóż, zmarł Gerry Rafferty, szkocki wokalista, gitarzysta, pianista i kompozytor w jednej osobie. W Polsce Artysta głównie był znany ze świetnego przeboju "Baker Street",zresztą z pięknej i uroczej płyty "City To City" z 1978 roku. Szkoda, że tylko na tym kończyła się sława Rafferty'ego w kraju pomiędzy Nysą a Odrą. Artysta zmarł wczoraj, tj. 4.stycznia, z tego co wiem, w swoim domu, choć od listopada ub.roku jego stan zdrowia był fatalny i przez jakiś czas Rafferty przebywał w szpitalu, lecząc niewydolność wątroby. Od siebie polecam jego płyty, najlepiej solowe, jak wspomniana "City To City" (1978), ale i dwie następne "Night Owl" (1979) oraz "Snakes And Ladders" (1980). Późniejsze słyszałem przed laty fragmentarycznie i specjalnie mnie nie zachwycały, ale te powyższe są bardzo ładne! Oczywiście należy posłuchać jeszcze Rafferty'ego z czasów grupy Stealers Wheel, czyli pierwszej połowy lat 70-tych.
Jego nagrania posiadam tylko na winylach, lecz na najbliższą niedzielę przygotuję "City To City" i zagram najpiękniejsze utwory z tego albumu w "Nawiedzonym ..."

wtorek, 4 stycznia 2011

Po niedzielnej audycji...

Miło było w ostatnią niedzielę w "Nawiedzonym..." Lubię, gdy gram fajne płyty, a mój telefon się żarzy od sms-ów. Człowiek czuje, że żyje, no i że warto przez cały tydzień myśleć o niedzielnym wieczorze, tzn. układać płyty, zapisywać w zeszycie utwory do zagrania, mierzyć ich czasy, by wszystko pasowało, itd...Jeden Słuchacz napisał mi: "no! i tak powinieneś zawsze grać", drugi z kolei: "brakowało mi starego grania od dawna". Myślę, że wszyscy myślący podobnie, mają rację. Ale pozwolę sobie zauważyć, że w ostatnich latach, z reguły w styczniu i lutym, bardzo często sięgam (sięgałem) po płyty z lat 1967-1979, i uczynię wszystko, by tego dobrego zwyczaju nie zmieniać. Ostatnio sporo słucham starego grania, zarówno łojenia jak i tego bardziej romantycznego, a mój malutki pokój, przypomina sklep z płytami rodem z lat 70-tych. Moje ukochane płyty, jak nowe (czytaj: starocie) odkrycia, to rzeczy na jakie już się szykujcie.
Mam jeszcze dużo nie zagranych zaległości z ub. roku, i nie ażeby je zaliczyć na siłę, ale mam ochotę je zagrać, tak więc obok starego rocka (którego będzie dużo), nie zabraknie dobrych i bardzo dobrych albumów, wydanych pod koniec minionego roku.
Acha, jeszcze na koniec jedna kwestia, ten tydzień mam bardzo zabiegany (czytaj: dużo roboty), przez co więcej wpisów obiecuję w przyszłym tygodniu, w tym także kilka subiektywnych (w obiektywizm nie wierzę - nie istnieje!) opisów ciekawych płyt.

Do następnego razu
Wasz DJ MAŚLAK :-)

sobota, 1 stycznia 2011

NOWY RO(C)K !!! - 2011

No i powitaliśmy Nowy Ro(c)k - 2011 !!!   Oby dobry. Oby  nam się wszystkim powodziło, oby dopisało zdrowie, toż to wszak najważniejsza rzecz. Wszystko cieszyć będzie, a i sensu życiu nada, gdy uśmiech i zdrowie na czele peletonu będą biec. Niech się zatem tak stanie!
Zapraszam na jutrzejsze "Nawiedzone..." , które mam już zapięte na ostatni guzik. Może coś jeszcze w nim pozmieniam, by nieco spontaniczniej było, lecz rąbka tajemnicy nie uchylę przed godziną 22 niedzielnego wieczoru. Mogę tylko powiedzieć, że ...., albo lepiej nie. Zbyt wielu wśród Was bystrzaków. A poza tym, nie byłoby niespodzianek, a te przecież bardzo lubimy.
Przyszło kolejnych kilka głosów do obu Plebiscytów, za które dziękuję i proszę o jeszcze.
Jutro na antenie przypomnę zasady Plebiscytów, zarówno na płytę roku, jak i na płytę dekady.
Muszę się pochwalić  nowymi płytami, których w grudniu kupiłem mnóstwo. Słuchania do Nawiedzonych Wieczorów mamy na ho ho ho! Dostałem także kilka prezentów, przy okazji zgrałem trochę winyli na potrzeby programu, także zapraszam do słuchania!
Jeszcze raz, trzymajcie się Nawiedzeni i do usłyszenia! - na 98,6 FM !

A.M.