piątek, 29 kwietnia 2011

Dziś ostatni dzień składania PIT-ów. Nie zapomnij - wróg czuwa !!!

Dzisiaj ostatni dzień składania PIT-ów. Jak to bywa w polskiej naturze, i ja zwlekałem z oddaniem go do ostatniego dnia. Pełen obaw obudziłem się nieco wcześniej, tak aby przygotować się do stania w długiej kolejce. Nic z tego. Jeśli ktoś ,tak jak ja, pomyślał, że sobie postoi, głęboko się "rozczarował". Ogonek, w którym stanąłem, w liczbie kilkunastu osób, stopniał w 2-3 minuty!!! Panie urzędniczki pracowały bezczelnie tak szybko, że nawet nie zdążyłem sobie poprzebierać z nogi na nogę, ani złośliwie odsapnąć. Jak to zatem jest, że co roku o tej porze, w programach informacyjnych pokazują zawijasy kolejkowe, utrapionych i ledwo żyjących ludzi? Sensacyjne stacje TV rozsyłają swoich reporterów, gdzie się da i szukają tej jednej jedynej dłuższej kolejki, do której później zasuwają na jednej nodze z całym wozem transmisyjnym. Nie żebym bronił urzędasów, absolutnie! Ale od kilku lat systematycznie o tej porze lecę z Pit-em pełen przejęcia, że zleci mi pół dnia, a kończy się na przepuszczeniu jednego tramwaju.
Aby nie było tak grzecznie, zaznaczę, że mniej więcej miesiąc temu, byłem w pewnej sprawie jako świadek w Skarbówce, a tam w pokoju przesłuchiwało mnie dwóch facetów , wraz z jedną kobietą, która wszystko zapisywała, każde moje słowo, każdy mój ruch. Atmosfera była daleka od przyjemnej. Poszedłem jako świadek, by po kilku minutach poczuć się niczym jakiś zbrodniarz. Miałem ochotę pewnemu starszemu referentowi zasadzić kopa w.... - jak mawia Ferdynand Kiepski do Arnolda Boczka. Dodam, iż w swoim czasie kilka razy byłem świadkiem w kilku sprawach na Policji i nigdy nie trząsłem portkami, a w tej Skarbówce panowała atmosfera bliska Gestapo. Najgorsze jest, że te święte krowy są nietykalne i mogą sobie zastraszać każdego obywatela, z góry zakładając, że każdy to bandzior. Na prywatnym gruncie, bym wyrzucił z domu jednego i drugiego, wylewając im za kołnierz fusy z niedopitej herbaty, a tam przy biureczku, człowiek się upadla , bo jest zastraszony jak mysz. Siedzi cichutko i grzecznie odpowiada na tendencyjne pytania, i musi udowodnić swoją niewinność. A nie, że to oni muszą mi udowodnić winę. Na tym polega różnica pomiędzy Skarbówką a pokorną Policją.

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00

środa, 27 kwietnia 2011

RAY THOMAS "From Mighty Oaks" (1975) / RAY THOMAS "Hopes Wishes & Dreams" (1976)


RAY THOMAS - "From Mighty Oaks" - (1975 Threshold / reedycja Esoteric Recordings) -
RAY THOMAS - "Hopes Wishes & Dreams" - (1976 Threshold / reedycja Esoteric Recordings) -

Ray Thomas nigdy nie zdobył takiego uznania jak jego zespołowy kolega Justin Hayward, ale nie wyobrażam sobie The Moody Blues bez jego romantycznego i pełnego tęsknoty głosu, który wydobywał się z płyt Moodies niestety zbyt rzadko. Ten gruntownie wykształcony muzyk grywał także na flecie oraz harmonijce, ale te instrumenty raczej stanowiły o smakowitości i otoczce, niż głównym napędzie kompozycji zespołu. Ponieważ w The Moodies rządzili Justin Hayward i John Lodge, pozostali muzycy mogli pozwolić sobie tylko na delikatne wtrącenia. Ale bez nich , płyty zespołu, byłyby niczym urodzinowy tort bez zapalonych świec. Kompozycje Thomasa należały zawsze do tych szczególnie pięknych. Wystarczy przypomnieć sobie choćby: "Our Gessing Game" , "Legend Of A Mind" , "Another Morning" czy "For My Lady".  Artysta na każdą z płyt grupy, pisał przeważnie po jednej ,góra po dwie kompozycje, przez to niewiele śpiewał, według zasady panującej w grupie, kto komponuje ten śpiewa.
Kiedy zespół zawiesił działalność po wydaniu przecudnej płyty "Seventh Sojourn" (1972), grupa zapadła w 6-letni sen, by przebudzić się dopiero wraz z nowymi piosenkami na album "Octave" (1978), który przyniósł pewne zmiany brzmieniowe, ale na szczęście nie stylistyczne. Z tym, że pomimo wielu później wydanych uroczych płyt, nigdy muzycy nie stworzyli już nic równie intrygującego i pięknego, jak przed tą boleśnie długą przerwą.
Owa 6-letnia przerwa miała wszak jeden plus. Otóż, każdy z muzyków pokazał się w pełnej krasie na swoich solowych albumach, których trochę powstało. Złośliwi twierdzą, że wszystkim im brakowało polotu i weny, i że pokazały one , iż muzycy nie potrafią bez siebie żyć. O ile w wielu przypadkach podpisać się mogę pod takim stwierdzeniem, o tyle łapska precz od krytykowania albumu "Blue Jays" (1975) duetu J.Hayward / J.Lodge, a także od obu uroczych, a momentami bajecznie pięknych płyt Raya Thomasa. Obie jego solowe płyty ukazały się, odpowiednio w 1975/6roku. Szczególnie wyróżniała się pierwsza z nich "From Mighty Oaks" (1975). Maestro zaprosił do współpracy ośmiu muzyków, z których dodatkowo jeden z nich stworzył orkiestracje, nadając przy tym charakteru wczesnych poczynań The Moody Blues. Na płycie znalazło się 9 kompozycji. Początek dzieła urzekał beztroską i romantyczną aurą. Po tytułowym intro nastąpiły dwie niezwykłej urody ballady "Hey Mama Life" oraz "Play It Again", które są w stanie rozkruszyć najbardziej skamieniałe serca. Sam Maestro zaśpiewał tutaj z przeogromnym ładunkiem emocji, będąc przy tym rozmarzenie dostojnym. Śmiem twierdzić, że gdyby podpisać oba te dziełka nazwą The Moodies, zapewne byłyby powszechnie uznawane za jedne z arcydzieł grupy, a tak zostały skazane na los ciekawostki , raczej tylko dla najzagorzalszych jej fanów. Następne kompozycje nie robiły już takiego wrażenia. Artysta mienił się czasem nastrojami z okolic bluesa, country, a nawet rock'n'rolla, a czasem zatrzymując słuchacza i zabierając do świata ballady, w którym wszyscy jego fani i tak czuli się najlepiej. Stąd też na wyróżnienie zasługują: miły i swobodny utwór "Love Is The Key", zaaranżowany bogato, a także skromniutka w swojej oprawie ballada "Adam And I", pomimo iż także sekundowała jej orkiestrowa oprawa. Czekający z utęsknieniem fani The Moodies na czar dawnych lat, otrzymali prezent jeszcze na samym końcu, w postaci przepięknej pieśni "I Wish We Could Fly" , pełnej rozmachu i Thomasowskiej wrażliwości. Kolejny klejnot. Szkoda, że ostatni na tej płycie.
Drugi album "Hopes Wishes & Dreams" (1976), choć cieszył już samym faktem ukazania się, trochę rozczarował. Ray Thomas był na nim nazbyt wesoły i pogodny. Brakowało nut nostalgii, do których przez lata swoich fanów przekonywał. W nieco skromniejszej obsadzie gości, zaproponował 10 kompozycji, które mogłyby stanowić ładne i gustowne piosenkowe tło, w niejednym miejscu, jak klub, kawiarnia czy hotel. To jednak zbyt mało jak na oczekiwania wszystkich znających talent Mistrza. Bliźniaczo podobna i równie ładna okładka tego dzieła (co debiut), nie dawała już tak  pięknej muzyki ,jak (w wielu fragmentach) poprzedniczka sprzed roku. Ale i tutaj były rzeczy  przykuwające uwagę, jak bardzo wyciszona ballada "Within Your Eyes" czy niemal identyczna "Migration". Także ładnie jawiła się finałowa ballada "The Last Dream". Największym jednak skarbem tej płyty, a przy okazji najcudowniejszym utworem solowej twórczości Thomasa, okazała się kompozycja "Didn't I". Ta przesiąknięta atmosferą lat 60-tych ballada, mogłaby zostać zaśpiewana przez Toma Jonesa lub Engelberta Humperdincka, jednak w ustach Raya Thomasa okazała się być klasą samą w sobie, a i klejnotem na zawsze. Jeśli kogoś nie ruszy tutaj głos Mistrza, smyczkowe aranżacje i ta niesamowita trąbka, to niech sobie w ogóle odpuści całą twórczość Artysty i większość dzieł The Moodies.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Już po świętach, ale.... za chwilę majówka :-)

Ach, jak miło było pospacerować w tych wolnych dniach i napełnić swe płuca wiosennym powietrzem. A i także nacieszyć oczy najpiękniejszymi barwami. Przyroda oszalała. Trawa z każdym dniem mocno wspina się ku górze, a pospolite żółtole (czytaj: mlecze) przyjemnie zaatakowały trawiaste pustkowia. Szkoda tylko, że pewnego dnia wszystkie, jakby na rozkaz, przemienią się w brzydkie dmuchawy. Zanim to jednak nastąpi , możemy jeszcze teraz nacieszyć oczy oceanem żółto-zielonych barw. Ta pora roku mogłaby trwać wiecznie. No, może niech będzie w proporcjach: 3/4 wiosny na 1/4 upalnego lata. Tak, by ciało osiągnęło wieczną ekstazę ciepła. Paszoł won zimowym torturom. Mam satysfakcję dowalić zimno-cieplnym smutasom, bo przez pół roku oni dokładają mnie. Człowiek jak automat codziennie zasuwa do roboty i nie zauważa ile to piękna otacza go dookoła. Dopiero święta i trochę wolnego czasu, pozwala na spacery za białego dnia. Co z tego, że my z żoncią wychodzimy na codzienne wieczorne przechadzki, skoro pewne kolory potrzebują słonecznego nasączenia. Już się cieszę na majowy weekend. Na kolejne spacery, nasiadówki z przyjaciółmi przy dobrym jedzonku, w towarzystwie ukochanej szkockiej,.... Dla tak miłych chwil warto pokonywać dolegliwości szarej prozy dnia codziennego.

sobota, 23 kwietnia 2011

23.04.2011 - Po meczach Lech - GKS Bełchatów 0:0 oraz Dolcan-Warta 1:2

Warta pokonała Dolcan Ząbki. Co prawda ostatnią drużynę tabeli I-szej ligi ,za to na wyjeździe. Trochę się piłkarze "Zielonych" zrehabilitowali za kiepską grę w Poznaniu z Pogonią Szczecin. I to jest piłkarska radosna informacja tego świątecznego łikendu, bo to co dzisiaj zaprezentował Lech, woła o pomstę do nieba. Ktoś zapyta: byłeś? Tak, byłem. Niestety byłem. A raczej byliśmy. Na mecz zaprosił mnie Tomek Ziółkowski, były nadworny realizator "Nawiedzonego Studia". No, nie do końca były. Wlatuje przecież ze dwa-trzy razy do roku, by pokręcić suwakami przy konsolecie, w razie zastępstwa. Pożyczyłem od mojego synusia szalik Kolejorza. Mój młodziak założył koszulkę klubową, a że na moją "smukłą" sylwetkę 5 lub 6 XL nie produkują, to na otarcie łez pozostał mi choć wyżebrany szalik. A i tak źle się czułem. Nie w sensie, że ja bardziej Warciarz niż Kolejorz, bowiem gdyby nie przywiązanie do Warty od laty szczenięcych, to oba kluby mi bliskie prawie na równi. No, może pół punkcika wyżej Warta, ale to już tłumaczyłem niedawno i ponownie nie muszę. Zresztą, za co Kain zabił Abla? Ponoć za opowiadanie starych dowcipów. Po prostu przeszkadzał mi szalik, gdyż ten oficjalny, ze sklepiku klubowego, to wyrób jesienno-zimowy. Dziwię się, że nie wymyślono wersji wiosenno-letniej. Męka Chrystusowa. Idealna na ten czas, by poczuć klimat zmartwychwstania, po jego zdjęciu. Grzało w szyję, że hej! , a dzień był piękny, więc raczej zdjąć się to czy owo chciało.
O ile mecze Warty przypominają rodzinne piknikowanie, o tyle na Kolejorzu, trzeba przyznać, atmosferka jest. Jest fajnie. Ludziska klaszczą do rytmu, śpiewają nie szczędząc płuc. Dawno na Lechu nie byłem, to i podobało mi się. Jedynie me usta milczały, gdy stadion śpiewał: "Lech, moja jedyna miłość". Tego nie mogłem. Byłbym zdrajcą. Gdybym mógł zaśpiewać: "Lech, moja jedna z dwóch miłości" - to tak!
A co do meczu, no cóż, Lech grał tak, jakby nie chciał wygrać. Przez 2/3 spotkania można było odnieść wrażenie, że Kolejorze widzą bramki po przekątnej. Do tego miotali się ze sobą, piłka wiązała im nogi. Publiczność była czasem tym zirytowana, a czasem nieźle wkurzona na swoich pupili.
Jak można odpuścić sobie taki mecz? Z tak słabiutkim Bełchatowem. Drużyną, która prezentowała momentami żałośnie niski poziom. No, z tego wynika, że Lech niewiele wyższy, skoro strzelenie gola okazało się niemożliwe. Wiedzieli Kolejorze, że Śląsk pokonał Wisłę i w razie własnego niepowodzenia , wyprzedzi nas w tabeli. Do tego, Lechia ograła w pięknym stylu Legię. A Lech zagrał tak , jakby to nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Jakby dobrze im było wąchać korki od spodu Pomorzan i Dolno-Ślązaków. A może Lechici tak są pewni wygranej z Legią w Bydgoszczy w finale Pucharu Polski, że odpuszczają już sobie ligę? Fakt, Legia jest wyjątkowo kiepska na tę chwilę, ale historia pokazała już nie raz, że te łajzy z Łazienkowskiej mogą być bez formy, ale na mecze z Lechem jakoś się wyjątkowo motywują i mobilizują. Tak więc, nie liczyłbym na łatwą przeprawę. Porażką będzie dopiero, gdy Lech nie zagra w Lidze Europejskiej. Posiadać taki stadion, takich kibiców, a do tego udany sezon w pucharach, no i na koncie Mistrzostwo Polski !!! A tu przed nami średnia Wisła (chociaż niestety uczciwie, najlepsza na ten moment), ambitna, ale daleka od poziomu pucharowego Jagiellonia, słabiutka Lechia (choć dzisiaj zagrała dobrze) i drewniany Śląsk. Takie drużyny mogą zabrać miejsce na wierzchołku tabeli Lechowi, który posiada skład na poziomie pucharowym, a w pucharach (na tę chwilę) bliski jest niewystąpienia. Warto Panowie Lechici o tym pomyśleć. Warto dać z siebie wszystko już teraz, bowiem za chwilę zabraknie czasu na odrabianie strat punktowych w tabeli.

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00

piątek, 22 kwietnia 2011

Słowo na Wielkanoc

Widać, że święta tuż tuż... W dzisiejszym porannym tramwaju puściutko. Po wejściu do niego można było pomyśleć, czy to aby nie wagon uszkodzony. Tramwaj podjechał na mój przystanek kompletnie bez ludzi. Dopiero ja i jeszcze dwie inne osoby nieco go zapełniły. A później średnio co przystanek, po jednej , po dwie osoby, go dopychały. Zero ścigania się, zero walki o wolne miejsca. Z jaką ulgą na twarzy wchodzili emeryci do tramwaju, widząc rozkoszny asortyment wolnych miejsc. Można było sobie powybrzydzać. A i tak ostatnie dwa przystanki byłem pełen obaw. Otóż akurat za mną musiał usiąść pewien pijaczek. Ja to już tak mam. Drżałem o swoją świeżo wypraną bluzę, uuu!!! Na szczęście wszystko skończyło się pomyślnie. A nawet ów pijaczek wszystkich pasażerów w tramwaju poinformował od razu przy wejściu, że nie posiada biletu, ale pojedzie tylko dwa przystanki. To akurat okazało się nieprawdą, bowiem powinien wysiąść tam gdzie ja, a pojechał dalej. Z tym, że na jego usprawiedliwienie pragnę dodać, iż głowę mu przyssało do szyby i automatycznie zamknęły się jego powieki.
Na ulicach także puściutko. Raz po raz przejedzie jakiś samochód, albo starszy pan poprowadzi swego ulubieńca na smyczy, bądź jedna czy druga babunia ostatnie produkty do pieczenia dźwiga w siateczce. Dzieciaki chyba także sobie wolne ze szkół porobili, bo coś ich nie widać. Studenciaki na pewno wyluzowały, bo na przystanku przy Uniwerku Przyrodniczym cisza jak makiem zasiał. Ach !, jak ja się tego maku doczekać nie mogę! A skoro o tym mowa, jak miło zobaczyć zapełniającą się lodówkę. Albo jak żoncia faszeruje śliwkami schab. Kurcze, niech te święta już nadchodzą. Szkocka w lodówce się mrozi, a i kilka butelek ukochanej Pepsi także. Cóż więcej potrzeba takiemu antychrystowi jaki ja.

Chciałbym wszystkim Nawiedzonym życzyć dużo zdrowia na Święta !!!
Ponadto, Wierzącym, Świąt uduchowionych i radosnych !!!
Pozostałym, po prostu Świąt radosnych !!!


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00

środa, 20 kwietnia 2011

Te Święta (dla mnie) jakby ważniejsze!

Dopiero co składałem modły o przepędzenie zimy, a tu już za pasem Wielkanoc. Ładne to i pozytywne święta. Takie ze słońcem, z dobrym jedzeniem. Dla grzesznika, takiego jak ja, przede wszystkim z tymi dobrodziejstwami. A dla innych... uduchowione, religijne, obrządkowe. Dla mnie w tym roku ten okres jest szczególnie ważny. Mój syn Tomek chwilę po świętach ukończy 18 lat. Kurcze, ale przeleciało. Dopiero trzymając go na rękach , 3 dni po narodzinach, wynosiłem ze szpitala do Syreny 105 mojego Taty, a tu już taki duży chłop! , 1,95 cm wzrostu, naparza na gitarze takie czady, że uszy błagają o litość, a do tego właśnie robi prawo jazdy, chodzi na fitness, biega do dziewczyny,... Kiedy on na to znajduje czas? A jeszcze w szkole mu dupsko trują, by się uczył. Nudziarze. Na szczęście mój syneczek dobrze się uczy, nie to co tatuś. Dla mnie szkoła to był koszmar. I byłby do dzisiaj. Afe! Z jaką to tęsknotą wspominam moje blałki (czytaj : wagary). Och, gdyby nie mój Tata nauczyciel, który wiele (pewnie) dla mnie zrobił, pewnie bym zamiatał ulice. Zresztą o wiele dalej nie zaszedłem. Ale czy ktoś może poszczycić się 200-stoma nieusprawiedliwionymi godzinami w klasie maturalnej i ze szkoły nie wylecieć? !!!  No właśnie, a jam ten czyn osiągnął. I na apelu w szkole żem przed szereg wystąpił. A co! A jak! Ach, łezka w oku się kręci. Z jaką to chęcią wróciłbym do szkoły, po to, by do niej znowu nie chodzić. Wedle hasła: "pieprz matmę, chroń żubry". Cieszę się, że mój synek to kumaty facet i potrafi bimbać oraz traktować sprawy serio w wyważonych proporcjach. Tak jak przystało na młodego poważnego faceta, który wciąż ma jeszcze muchy w nosie.
Miało być o świętach. No cóż, zwali się rodzinka, nakarmić i napoić trza, a i pogadać o tym czy tamtym. O muzyce nie będzie. Nie jestem terrorystą. Za to postaram się na swoje barki przyjąć opowieści o ich cierpieniach, troskach, no i utrzymać fason. To kolejna wielka próba , jakiej muszę się poddać. I mam nadzieję wyjść z niej zwycięsko. Grunt, żeby moje 18-letnie maleństwo było szczęśliwe, bo w tym roku te święta są tylko dla niego. Zobaczyć jego szczęście na twarzy - bezcenne!


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę o godz. 22.00

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

CETI - Ghost Of The Universe - Behind The Black Curtain - (2011) -

 CETI - "Ghost Of The Universe - Behind The Black Curtain" - (URBIX / EMI) -



Nie mamy zbyt wiele rasowego heavy metalu na naszym podwórku. Myślę o takim metalu z melodią, no i wokalistą, którego wyśpiewywany tekst da się zidentyfikować. Czyli stara dobra szkoła, bez tego rżenia, ksztuszenia się ,czy piekielnego wycia. Fachowo to wycie nazywa się growlingiem, ja nazywam to wypruwaniem flaków. Choć i w tych wokalnych ekstremach zdarzają się pozytywne wyjątki.
Grzegorz Kupczyk to chyba ostatni z krwi i kości rasowy heavy metalowy polski śpiewak. Nie dość, że natura obdarzyła go świetnymi warunkami głosowymi, to do tego przyodziała w dobry gust. Artysta czerpie pełnymi garściami od Davida Coverdale'a, Iana Gillana, Davida Byrona czy Bruce'a Dickinsona, pozostając przy tym sobą. Zawsze i wyłącznie. A do tego jeszcze głosu Kupczyka nie da się z nikim pomylić. I w tym tkwi jego atut. Dlatego powinniśmy go czcić niczym Egipcjanie własne mumie, bowiem to nasz narodowy skarb. Problem tylko polega na tym, iż heavy metal nigdy przez tak zwanych "znawców" sztuki, za sztukę nie uchodził. Ranga tego nurtu miała i ma nadal takie znaczenie, jak dzieło komiksowe w oczach literata.
A szkoda, bowiem w tej "diabelskiej" muzyce pojawiają się bardzo często wspaniałe dzieła, jak choćby i to, najnowsze dziecko Ceti.
Jakże odmienne i świeższe w stosunku do dwóch poprzednich albumów. Jakże od nich ciekawsze. Jakże lepiej od nich brzmiące. Jakże bardziej udane kompozycyjnie. Jakże bardziej porywające !
Niby nic nowego, na pierwszy rzut oka (ucha!) to typowe Ceti. Melodyjne i gitarowo-klawiszowe. Epickie, mroczne, ale i zarazem radosne. Jakkolwiek to teraz zabrzmiało.Odnoszące się do najlepszych wzorców tradycyjnego metalu. Chwalenie dobrego śpiewu Kupczyka może już stawać się nudne, dlatego pozwolę sobie w szczególności wyróżnić gitarzystę Bartiego Sadurę, do którego ten album (w moim odczuciu) należy w szczególności. Muzyk gra nieprzeciętnie, a do tego czyni to z niezwykłą pasją. U sportowców nazywa się to sportową złością. Tak właśnie Barti Sadura gra. Jakby to miał być jego ostatni album i właśnie na nim miałby pokazać cóż najlepiej potrafi. Miażdżące solówki i ociekająca z nich radość, czyni z najnowszej płyty Ceti rzecz niezwykłą. Bo to właśnie partie gitarowe są tutaj szczególną ozdobą. To nic, że jego gra nosi w sobie ciężar, a i piękno najlepszych dzieł Iron Maiden czy Judas Priest, skoro pragnie się tego słuchać bez chwili wytchnienia. Na każdej nawet najdoskonalszej płycie są jakieś momenty doskonalsze od tych doskonałych. Ta płyta także taki fragment posiada. A jest nim zestaw siedmiu (od 4 do 10) utworów przylepionych do siebie. Poczynając od kapitalnego "The Days Of Dirt" (czwartego na płycie), który rozpoczyna się niczym zagubione dzieło Richiego Sambory, by po chwili zmiażdżyć turbo-doładowaniem a'la Judas Priest z okresu "Painkiller". Palce lizać. To w ogóle najlepsza kompozycja Ceti ostatnich lat !!! Nie gorzej słucha się następnego "Break Of Spell" czy przebojowego "Forever", z majestatycznym organowym ,wręcz bachowskim wstępem Marihuany. Chwilę później następuje galopujący instrumental "Black Curtain", byśmy po nim już mogli zatopić uszy w przebojowym "Anywhere" - notabene promującym ten album. Kolejne dwa utwory "Lady Of The Storm" oraz "Land Of Hope" mogłyby wpędzić w kompleksy niejedną dobrze naoliwioną zachodnią metal machinę. Ale i ciekawy finałowy utwór tytułowy (może już nie tak powalający jak wcześniejsze), dreptający topornie niczym walec, niszczący wszystko co spotka na swojej drodze, to dobra szkoła Black Sabbath czy późnego  R.J.Dio. W niczym nie dyskryminuję pierwszych trzech odsłon tegoż dzieła. Absolutnie. Po prostu uważam, że od "The Days Of Dirt" album jest na najwyższym poziomie. Jednemu tylko nadziwić się nie potrafię, dlaczego Grzegorz Kupczyk tak bardzo ucieka od śpiewania po polsku? Jestem przekonany, że w naszym kraju grupa Ceti sprzedałaby tego dzieła dużo więcej, po spełnieniu tego warunku. No, ale to nie ja jestem artystą.

P.S. Wydawnictwo przyozdobione zostało dwoma "kwiatkami". Otóż, na labelu wydrukowano rok wydania jako 20011 (co za futurystyczna wizja!) , a także po przejrzeniu całej książeczki nie znalazłem tekstu do wyróżnionego przeze mnie "The Days Of Dirt". Polecam te niuansiki poddać erracie przy ewentualnej reedycji.

Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

Uciekająca konsoleta

Należy się kilka słów wyjaśnienia słuchaczom "Nawiedzonego Studia", w sprawie realizatora naszego programu. Trochę to dla mnie sytuacja niekomfortowa, bowiem uważam, a i tak też zostałem wychowany, iż należy przedstawiać z imienia i nazwiska osobę realizującą audycję. Nie wiem co się stało mojemu nadwornemu Maćkowi, że ostatnio nabrał takiego uczulenia co do swojej profesji, a raczej jej efektu. Źle się z tym czuję i nie wyobrażam sobie takiej sytuacji na dłuższy czas. Postawa mojego nadwornego konsoleciarza wskazuje na jedną rzecz wymownie, z którą to liczę się coraz bardziej. Prawdę powiedziawszy, jestem przekonany, że Maciek chce to wszystko rżnąć, tylko nie wie jak ma mi to powiedzieć. Wyczuwam to od jakiegoś krótkiego, ale męczącego mnie czasu i tylko "czekam" na ten dzień. Mój program na tym cierpi, co zapewne jest słyszalne w eterze. No, ale trudno o tym nie myśleć, nie przeżywać, człowiek się przywiązuje, a szczególnie ja, tak więc jako lubiący i ceniący sobie stabilizację, trochę wytworzył się w moim radiowym życiu chaos. Przed tygodniem Maćka nie było, z tego co wiem w najbliższą niedzielę jest to równie prawdopodobne. A i nie zdziwię się na kolejne tego typu niespodzianki w najbliższym czasie. Martwi mnie to, gdyż wszelakiego rodzaju zastępcy są w moich oczach niemile widziani. Są to zazwyczaj beznamiętni studenccy praktykanci lub kompletnie nie czujący fajnej muzyki ludzie, którzy ziewają podczas realizacji Nawiedzonego, co sprawia, że i mnie nie jest łatwo dotrwać do końca audycji, z takim jednym czy drugim typkiem. Najchętniej , gdyby mnie spotkała Maćkowa przykrość, zabrałbym się za didżejkę, tyle że w naszym Radio nie jest to możliwe z wielu powodów, ale nie o tym chciałem. "Nawiedzone Studio" jest programem oczywiście muzycznym, jednak swoją postawą pozwalam sobie na wiele wylewności i nie chcę by byle koleś mnie realizował. By kpił ze mnie i śmiał się z moich tekstów prosto w twarz. Do roli realizatorów znakomicie nadawali się niegdyś Włodek Wieczorek, Tomek Ziółkowski czy Bartek Maćkowiak, ale ich życia poukładały się tak, że czasu nie byli już w stanie mi tyle poświęcać.
 Czasem jako na zastępstwo, owszem tak, ale to już rzecz tylko okazjonalna. Miałem nadzieję (i mam nadal!), ze Maciek w tych ostatnich latach stał się tą właściwą osobą na właściwym miejscu, ale jak się okazuje, chyba tylko ja tak uważam, bo po nim widzę, że jest już inaczej. Obym nie miał nosa. Czas brnie do przodu, ludzie mają swoje życie, swoje problemy, rozumiem to. Każdy ma do tego prawo. Nie mam także prawa , ani zamiaru nikogo zmuszać, czy trzymać za rękę. Niestety trudno mi wyobrazić sobie współpracę z jakimś młodziakiem, który na moim programie będzie przysypiać, bo jego gust muzyczny oraz filozofia życiowa, dalekie będą od mojego pojmowania świata (większość dzisiejszych młodziako-drewniaków). Nie wiem jak się sprawy potoczą, ale na ten moment miło nie jest.
Wracając do Maćka, kompletnie nie pojmuję jego ostatniego przewrażliwienia na punkcie swojej roboty, którą wykonuje, nie tylko moim zresztą zdaniem,  bardzo dobrze !!!. Nie wiem co On chce osiągnąć w naszym radio, na tym starym sprzęcie, na kiepsko podkręconym nadajniku, itd... To, że kiepsko słychać nasze Radyjko, to na pewno nie jego wina. Te szumy, zgrzyty czy inne zakłócenia nie mają niczego wspólnego z jego pracą. Zatem wszyscy są beznadziejni. Bo podobno skrytykowali go jego znajomi. Przepraszam Maciek, mam w nosie twoich znajomych! Nie obchodzą mnie oni, nie obchodzi mnie ich zdanie. Nie obchodzi żadnego z naszych słuchaczy. Jestem tego pewien.  Nie są słuchaczami mojego programu, za to tylko mącą w twojej głowie. Niech się zajmą swoim życiem i brakiem pasji. Bo ludzie nie posiadający pasji tworzą najwięcej zła. Przykładem politycy. Dla mnie liczą się inne aspekty. Dla mnie ważne są kumpelstwo, wspólna pasja, przeżyte lata, ... To wiąże ludzi. Oczywiście, radio to nie najlepsze miejsce do imprezowania czy biwakowania. Radio to miejsce pracy, gdzie przygotowaną audycję trzeba !!! jak najlepiej sprzedać ludziom, bo dla nich się ją tworzy. Dlatego człowiek siedzi ze słuchawkami, słucha, gada do mikrofonu, i przetasowywuje płyty, by wszystko było perfekt!!! Nie ma czasu na pogawędki o tym czy tamtym, bo jest audycja, na którą czekam cały tydzień i na której kształcie i uczciwości zależy mi bardziej niż na większości rzeczy w moim życiu. I przez te cztery niedzielne godziny nie liczy się nic!!! Ale to nie znaczy, że poza tymi czterema godzinami nie liczy się już nic więcej.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Wyższość wanny nad prysznicem

Wanna to takie miejsce, w którym pojawiają się złote myśli. Człowiek leżąc w niej pół godziny, myśli sobie o różnych rzeczach, na które albo w ciągu dnia nie ma czasu, albo poza nią nie wskoczą mu do głowy.
Od lat ,wielu ludzi próbuje mi udowodnić, jakim to wspaniałym dobrodziejstwem jest prysznic. Podobno największą zaletą jest szybkość w odświeżeniu ciała. Moja żona na pewno by się z tym nie zgodziła, ona zawsze wchodzi po mnie do łazienki i sprawdza ile wody nachlapałem wokół wanny. Co racja to racja. Chociaż dziwiło mnie długo, skąd się to bierze? Po dłuższym obcowaniu z wanną i z niewyjaśnionym zjawiskiem przelewania się wody , olśniło mnie niczym Archimedesa, krzyknąłem: eureka! Przecież jestem zbyt wielki i zbyt kulisty.
Pominąwszy ten fakt, wanna bije nawet najlepsze prysznice na głowę. Trudno wyobrazić sobie błogie lenistwo pod strumieniami pędzącej wody, szybkiej i twardej, a do tego głośnej niczym pędzący express. Do tego, nigdy nie spotkałem prysznica, który by stabilnie trzymał ciepłotę wody. Zawsze się paskudztwo rozreguluje i w pewnym momencie nasze rozgrzane ciało zostaje zaatakowane ławicą lodowatego deszczu, że już ze strachem wspomnę, co się dzieje, gdy zaleje nas znienacka wrzątek.
I tutaj nikt mnie nie przekona, wanna to boski wynalazek, z którego już korzystali rzymianie, bo oni mając przy okazji dużo czasu, nie chcieli ranić swoich ciał, wiedząc , że jak już, to od tego są miecze i zbroje.
 Podczas każdych wakacji lub jakichkolwiek wypadów do podejrzanych i tanich noclegowni, jestem zmuszony torturować swoje ciało chimerycznym prysznicem, wychodząc z kabiny poobijany i poparzony. I zamiast pozastanawiać się nad sensem istnienia w oazowym cieple, spieprzam stamtąd jak spod ostrzału na poligonie.
Jedynymi ludźmi, jakich znam, a jacy to widzą wyższość prysznica nad wanną, są ci, którzy wanien nie posiadają. Jeśli już zainstalują prysznic, a na wannę miejsca braknie, to co mają powiedzieć? Trzeba chwalić to co się ma.
Do powyższego tekstu skłoniła mnie pewna osoba, która nie mogła zrozumieć, że nie przybędę na umówione spotkanie chwilę później, gdyż muszę sobie poleżeć w wannie. Wyszedłem w jej oczach na osobę niedzisiejszą, bo "dzisiaj się bierze szybki prysznic"! - jak stwierdziła owa osoba (on - ona ?).
Dlaczego ci nieszczęśliwi ludzie próbują uszczęśliwiać szczęśliwych? Dlaczego chcą spieprzyć nam życie, skoro spieprzyli swoje. Dlaczego o własnym szczęściu nie możemy decydować sami? Inni wiedzą, jak choćby i ci, że lepszy jest dla nas zimny prysznic, niż cieplarniana wanna.


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę o godz. 22.00

piątek, 15 kwietnia 2011

RECORD STORE DAY - 16.04.2011 - Międzynarodowy Dzień Niezależnych Sklepów Płytowych

Poniżej wklejam oficjalny tekst dotyczący jutrzejszego święta niezależnych sklepów:

"W 2007 roku Chris Brown - pracownik jednego z amerykańskich sklepów płytowych wpadł na pomysł, aby przez jeden dzień w roku docenić w specyficzny sposób wyjątkowość ponad 700 niezależnych sklepów muzycznych w Stanach Zjednoczonych oraz setek takich sklepów na całym świecie.
W każdą trzecią sobotę kwietnia niezależne sklepy płytowe jednoczą się wraz z artystami aby świętować muzykę. Specjalne edycje płyt kompaktowych i winylowych, a także limitowane serie różnych promocyjnych gadżetów produkowane są tylko na ten dzień, a setki artystów z całego świata przygotowują swoje występy. Z tej okazji odbywają się koncerty, pikniki i spotkania z muzykami - na przykład 19 kwietnia 2008 roku Metallica oficjalnie rozpoczęła Record Store Day w Rasputin Music w San Francisco.
W tym roku Record Store Day przypada 16 kwietnia.
Wszystkie sklepy biorące udział w tym muzycznym święcie są NIEZALEŻNE, co oznacza, że ich właścicielami nie są korporacje i na ich politykę nie ma wpływu nikt z zewnątrz. Mają całkowitą kontrolę nad tym, co i w jaki sposób promują.
W tym roku Rock-Serwis i wytwórnie Kscope Records, Cherry Red Records oraz Esoteric Recordings pragną zaznaczyć swój udział w obchodach Record Store Day i z tej okazji przez jeden jedyny dzień - 16.04.2011 - prowadzona będzie sprzedaż limitowanych, 7-calowych edycji dwóch singli."

Nakłady obu singli są ściśle limitowane, a że będą one dostępne tylko 16.04.2011 (do wyczerpania zapasu), staną się zapewne nie lada gratką dla kolekcjonerów.
Ceny obu singli zostaną ujawnione, a tym samym umożliwione bedzie ich zamawianie - dopiero w dniu 16.04.2011!

UWAGA !!! - proszę nie komentować tego względem mojej osoby. Każdy kto wie o co chodzi, niech nie zdradza moich tajemnic na tym blogu. Dziękuję.

P.S. Wielkie podziękowania dla Kuby Kiurczyńskiego 

 

PENDRAGON - "Passion" - (2011) -

PENDRAGON - "Passion" - (TOFF RECORDS) -



Zmienił się Pendragon. Ktoś zapyta, na lepsze czy na gorsze? Ani tak, ani tak. Po prostu się zmienił. Pozostając przy tym wciąż wielkim zespołem. Muzycy zasygnalizowali pewne zmiany już przy płycie "Believe", aby na "Pure" rozwinąć je nieco mocniej. Na najnowszej "Passion" myślę, że już grają to, co tych kilka lat temu zaplanowali i zapragnęli. Może się zdziwić każdy, kto nie słuchał Pendragonu od czasów np. albumu "Not Of This World" (2001)  lub któregokolwiek z wcześniejszych. To już troszkę inny świat. Nie taki bajkowy, czy pełen romantycznych uniesień, a  nieco bardziej szorstki, taki dzisiejszy. Co nie oznacza, że Nick Barrett nie tęskni za swoją dawną gitarą, pełną rozkosznych i rozkołysanych solówek. Tęskni. Daje temu dowód w kilku fragmentach nowego dzieła. Może nie ma tego zbyt wiele, ale nie można powiedzieć, że nie ma w ogóle. Mało tego, w zasadzie poza utworem "Feeding Frenzy", w każdej kompozycji , choćby przez moment, ale jednak słyszymy barrettowską gitarę, taką jak na płytach "The World" czy "The Window Of Life". A to, że pojawiają się czadowe i zabrudzone gitary, to nie novum, na poprzednich dwóch płytach także sporo ich było. Nowe brzmienia, loopy, a nawet melodeklamacja Barretta w "Empathy", bliska rapu, to nowe elementy w muzyce Pendragon, ale przecież nie nowe w ogóle. Zresztą jest tego tak niewiele, iż stanowią same w sobie pewien rodzaj przyprawy, niż skladników dania głównego. Tak samo jak zabawne jodłowanie w końcówce "This Green And Pleasant Land", w klimacie dawnych grup Focus czy Die Puhdys.
Poza tym , "Passion" to płyta, która na swej mocy nabiera z każdym przesłuchaniem. Wiem, że w dzisiejszych czasach mało kto poświęca zbyt wiele czasu na wielogodzinne pochłanianie muzyki (ja poświęcam!), jednak jeśli ktoś tak uczyni, doceni tę płytę, a może i nawet pokocha, jak ja. Kocham Pendragon za wszystko, a podkreślam to dlatego, by dobitnie oznajmić, iż "Passion" to absolutnie jedna z najlepszych płyt zespołu i lepsza od dwóch dzieł wcześniejszych. Piękna, mistrzowska, dostojna, pełna bogactwa pomysłów i wykonawstwa na najwyższym poziomie. Płyta o jakiej nikt z nas nie marzył, a nawet zapewne większość fanów bajkowego Pendragon, wolałaby nie myśleć. A jednak stało się. Tak jak świat zmienił się ostatnio, tak Pendragon rozpisali uczucia na nuty współczesnego odbiorcy i zakneblowali usta tym, którzy już dawno temu postawili na nich krzyżyk.

Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

wtorek, 12 kwietnia 2011

PENDRAGON - 12.04.2011 "Blue Note". Jak było?- okiem i piórem zwykłego człowieka

Miałem nosa.  Oj tak.  Może i nieskromnością się wykażę, ale miałem nosa. Na wieść o koncercie Pendragon w Poznaniu, poczułem jakieś niewyobrażalne podniecenie i coś w środku podpowiadało mi, że będzie to koncert niezwykły. Taki, na jakim jeszcze nie byłem. Bilety były sprzedawane już pół roku temu, a i dzisiaj jeszcze można było je kupić. Szkoda, że wszystkich nie sprzedano. Tak jeszcze z pięćdziesiąt osób bym upchnął. Ale tam, nieważne. Pomyśleć, że tak niewiele brakowało, a sam bym nie dotarł w dzisiejszy wieczór do "Blue Note". No, już nie dzisiejszy. Kiedy stukam w klawiaturę, zegar pokazuje pół godziny po północy. A zatem jest środa. Dzień dobry. Oj, dobry, dobry. Ślicznie dobry. Szczególnie po takim koncercie. Najpiękniejszym koncercie PENDRAGON ze wszystkich na jakich byłem. W słowniku języka polskiego nie ma takich słów, których mógłbym użyć, zastępując te po tysiąckroć wypowiadane, jak cudowny, śliczny , piękny... Te słowa tracą na mocy i znaczeniu, gdy zbyt często się nimi posługujemy. A zatem jaki był ten koncert? Boże Kochany, przecudowny. Jak ja mogłem zwątpić i przez chwilę wahać się pomiędzy Archive i Pendragon? Jak ja mogłem do dzisiaj nie kupić biletu? A mogłem, bo z kasą ostatnio nie jest najlepiej. Maniakalne zbieranie płyt pochłania wszystko co mam. Na koncerty z reguły już nie starcza. Ale mam kumpli, mam przyjaciół, mam ludzi nieocenionych wokół siebie, którzy wiedzą , ile to dla mnie znaczy. I to oni wyrwali mnie ze szponów niemocy i kryzysu, a i sami nie stojąc ostatnio finansowo najlepiej,  zabrali mnie na ten koncert, kupili bilet, zapakowali do auta i podarowali swoje towarzystwo na ten wieczór. I wcale nie dlatego to piszę, by im się podmaślić, bo oni i tak mego blogu nie czytają. Po prostu, szukając i błądząc całe życie, znalazłem kilku ludzi, którzy niczego ode mnie nie chcą, a do pewnej chwili tylko takich miałem.
Wycofuję wszystko, kompletnie wszystko , co mogłem pomyśleć i powiedzieć w pierwszych godzinach słuchania nowej pendragonowskiej płyty "Passion". Teraz, gdy poczułem jej klimat na własnej skórze, w otoczeniu bliskich ludzi, chwil, miejsc, sytuacji i dzisiejszego (pardon, już wczorajszego) koncertu, jestem pewien, że kocham tę płytę! Kocham jej moc, czad, brud, czy także chwile dawnego piękna w dzisiejszej nowej szacie. Pendragon zmienia się, bo zmienia się cały świat. Ale w tej nowej mocnej otoczce, Pendragon wciąż jest piękny, tylko trzeba mu pozwolić do siebie dotrzeć. Jezu drogi, jak te nowe utwory obłędnie wypadły w Blue Note !!! Jak pięknie i mocno było to przedstawienie nagłośnione. Jak to wspaniale pasowało do nowocześniejszego wizerunku grupy. Tak, to jest romantyzm XXI wieku. Sugestywne wizualizacje ekranowe podkreślały wymowność i treść każdego utworu. Co za połączenie baśni czy mistycyzmu z kadrami wojen, zagubienia, samotności, ale i chwil szczęścia. Zestawienia dobra ze złem. Czyli wszystkiego co przynosi życie. Takim językiem trzeba dzisiaj przemawiać. Takim językiem w tejże muzyce przemawia dzisiaj już tylko Pendragon. I czyni to w wielkim stylu.
Zagrali prawie całą nową płytę! Widziałem jak wielu ludzi przy jej nutach szalało. Kurcze, ja też. Nie mogłem powstrzymać swej duszy w roztańczonym ciele. Niesamowite jak z tym nowym brzmieniem dobrze radziły sobie klasyki, jak "Shane", "The Last Man On Earth" czy "Paintbox". A jak niezwykle bronią się "If I Were The Wind" czy "Ghosts". Pendragon nie zapomina o starych fanach, ale próbuje także dotrzeć do młodych. I jest przekonujący, jest niesamowity, jest wielki !!!
To był najlepszy koncert od dłuższego czasu. Cieszę się, że nie zdradziłem Pendragonu. Nie zrobię tego nigdy. Będę mu oddany pełnią serca. I niech mnie już szatan nigdy nie kusi.

Z Blue Notu wyszliśmy kilka minut przed północą. A ja myślałem, że to był najkrótszy koncert na jakim  byłem od lat. Nie, to był pierwszy koncert od wieków, na którym nie dłużyło mi się nawet przez moment. Mało tego, zrobiło mi się przykro, gdy już się zakończył.

Moja paczka przyjaciół wykupiła na stoisku zespołu połowę płyt !!! A i ja pożyczyłem od Wielkiego i Kochanego Przemcia Sz. stówę na zakup winylowej wersji nowego dzieła Pendragon. Podwójny LP, wydany na kolorze, za 95 zł. A co tam, raz się żyje. Zaległe faktury zapłacę z opóźnieniem. Chrzanić to. Co tam smutne faktury. Życie trzeba sobie pokolorować. W chwili kiedy piszę te słowa, winyl jeszcze jest dziewiczo zafoliowany. W dawnych czasach, gdy chodziłem na giełdy płyt, na oryginalnie zafoliowane płyty mawiało się: pieczątki. Tak więc moje "Passion" to jeszcze PIECZĄTKA !!!! Ach, za chwilę wezmę do rąk mój nieodłączny scyzoryk i ją otworzę.

Tyle na dzisiaj. Dość już wrażeń. Idę po jogurt do lodówki, a i jeszcze szklaneczkę po szkockiej napełnię Pepsi (w końcu po whisky to drugi napój bogów), rozłożę moje legowisko na dywanie i pójdę spać. Tak, tak, na dywanie. Śpię tak już od dwóch lat. Skończyły się dzięki temu bóle krzyża, głowy czy kręgosłupa. Wreszcie człowiek odżył. Moje dawne łóżko służy mi teraz jako stolik pod laptopa ,albo jako ława pod zestaw obiadowy. Dziwak, mówią wszyscy. A niech tam, niech będzie dziwak. Grunt, że to ja wiem najlepiej, jak sobie szczęścia dołożyć.

P.S. Jako support wystąpił ALAN SEARS. Śpiewał, grał na klawiszach oraz na gitarze. Dosyć krótko. Wiedział, że ludzie przyszli nie na niego. Żal mi go było, ponieważ bardzo się starał, a i zaśpiewał kilka rzeczy z repertuaru legandarnej grupy TWELFTH NIGHT, w tym bardzo poruszający utwór "Love Song". Niemniej publika dobrze i miło go przyjęła. Andy Sears jest obecnie członkiem Twelfth Night, lecz ja nie śledzę już kolei losów tej grupy. Może i niesłusznie? Jakoś po śmierci niezwykłego Geoffa Manna zupełnie straciłem sympatię do tej zasłużonej nazwy i firmy. Zresztą dopiero niedawno dowiedziałem się, że grupa  wciąż istnieje. Muszę nadrobić zaległości. Oj, tak!
Po swoim koncercie Andy Sears udał się do stoiska z płytami, koszulkami i gadżetami Pendragon, ale i także kilku wydawnictw Twelfth Night i przyjął rolę sprzedawcy.

Andrzej Masłowski







RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

PENDRAGON - 12.04.2011 "BLUE NOTE". Nie można nie pójść !!!!

Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego tak piękna grupa jak Pendragon, nie osiągnęła popularności bliskiej największym gwiazdom i autorytetom rocka progresywnego. Być może wpływ na na taki los wydarzeń miał fakt zbyt późnego zawiązania się tejże grupy. Końcówka lat 70-tych raczej przepędzała ze sceny wykonawców grających wielowątkowe utwory, niż im się sprzymierzała. Ludzie otumanieni punk-rockowym hałasem nie mieli cierpliwości na wczuwanie się w długie suity i często bajkowe nastroje. Z kolei lata 80-te zostały zdominowane przez syntezatory. Tworzący się ruch młodych przedstawicieli nowego romantyzmu najpierw szukał parkietów w małych zadymionych londyńskich klubach, a później niemal na całą dekadę zawładnął duszami młodych. Wychodząc z piwnic na wielkie sceny. Human League, Gary Numan, Depeche Mode czy Talk Talk, szybko znaleźli swych spadkobierców i jak się później okazało, stworzyli przepiękną muzykę, znienawidzoną co prawda przez tłumy rockmanów, ale muzykę, która wypełniła swą uczuciowością i pięknem ostatnią dekadę w historii muzyki. Później świat nie podniósł się już nigdy. Albo został zalany grunge'em, albo beznamiętną sieczką techno (w setkach różnych odmian), lub rapem, hip hopem czy innymi chorobami.
Tak sobie myślę, że być może panowie z Pendragon nie potrafili się przez to wszystko przebić, a może nie chcieli? W latach 80-tych sztuka przebicia się przez nowych romantyków udała się tylko grupie Marillion, która to jako jedyna zdobyła ogromną popularność. Zespoły takie jak Pendragon, Pallas czy IQ żyły w jej cieniu i dopiero na początku lat 90-tych udało im się dojść do głosu. Stając się alternatywą do bezdusznej, przybrudzonej sieczki spod znaku Pearl Jam, Alice in Chains, Mudhoney czy w miarę niezłej i najlepszej z tego towarzystwa Nirvany. Choć w pewnym sensie zgadzam się ze słowami Tomka Beksińskiego, że nirwanę można usłyszeć, gdy się Nirvanę wyłączy.
Lata 91-96 były najbardziej przychylnymi dla odradzającego się nurtu rocka progresywnego, ochrzczonego neo-progresywnym, a przez złośliwych zwanego regresywnym, co po części paradoksalnie bywało i słuszne. Pomimo mojej wielkiej sympatii dla tego typu niemodnego , ale bajecznie pięknego grania.
W tym czasie doszły do głosu młode grupy, jak: Jadis, Chandelier, Quasar, Deyss, Final Conflict, i wiele innych. Ich płyty zdobywały spore uznanie, zarówno wśród nowych i młodych entuzjastów prog-rocka, ale i tych wychowanych na wielkich dziełach Yes, Pink Floyd, Genesis czy Jethro Tull. W tym czasie powstało wiele arcydzieł gatunku, niestety niedocenionych przez masy, ale też i nie do nich adresowanych. W ten krajobraz pięknie potrafiły się także wkomponować grupy już istniejące dłużej, jak IQ czy właśnie Pendragon, przeżywające drugą młodość. No, a że wcześniej znane były one nielicznym, przez większość odbiorców traktowane były jak zespoły młode. Pendragon w latach 80-tych nagrali dwie płyty studyjne, z których pierwsza "The Jewel" zdradzała ambitne aspiracje bycia czymś w rodzaju Marillion, jednak wytwórnia EMI nie potrafiła, a raczej nie chciała grupy wypromować. Idąc na łatwiznę, szefowie koncernu woleli wydusić ostatnie soki ze złotodajnej "Ryby" i jego kolegów z Marillion. Druga płyta Pendragon "Kowtow", choć dobra, była w pewnym sensie gwoździem do trumny, jaki sobie sami zadali muzycy, idąc troszkę w stronę lżejszej odmiany art-rocka, a czasem wręcz nazbyt przebojowej. Płyta przepadła. Jednak rok 1991 okazał się przełomowym dla zespołu. Nowa dekada, nowa jakość muzyki, nowe siły, energia i wiara muzyków doprowadziły do powstania jednej z najpiękniejszych płyt w historii rocka progresywnego. "The World", bowiem tak się ona zwała. Mogła ona śmiało stawić czoła najbardziej doskonałym dziełom przeszłości, jak "Selling England By The Pound" grupy Genesis czy nawet floydowskiemu "Wish You Were Here". Nie sposób było przejść obojętnie wobec takich kompozycji , jak prześliczna minisuita "The Voyager", z Barrettowskim solo na gitarze bliskim raju, czy suitą "Queen Of Hearts", trzy-wątkową, w której zawarte zostały wszystkie najlepsze wzorce takiego grania. Wszystkie pozostałe, już krótsze utwory, lśniły również diamentowym blaskiem. Album ten jest absolutnym musem!!! Wydany w dwa lata po nim "The Window Of Life", nie ustępował poprzednikowi w niczym, a w wielu elementach mógł go nawet i przewyższać. W sześciu zawartych kompozycjach grupa odniosła się (czasem i wręcz bliźniaczo) do konkretnych dzieł swoich dawnych mistrzów, jak do grup The Moody Blues ("The Last Man On Earth"), Pink Floyd ("The Walls Of Babylon") czy Yes ("Am I Really Losing You"). Powstał kolejny album, pełen emocji i wzruszeń, tak niesamowicie piękny, że trudno znależć słowa, by go opisać. I choć na kolejnych płytach grupa już się tylko powtarzała, trudno odmówić było jej nagraniom swoistego uroku czy czaru. Nie dziwmy się, że Nick Barrett i koledzy zapragnęli wreszcie coś zmienić. Zapewne byli już zmęczeni graniem od trzech dekad wciąż jednego motywu, powielanego na różne sposoby i tylko odróżniającymi się od siebie tytułami nagrań czy okładkami płyt. Stąd zauważalne zmiany. Najpierw niewinnie wplatane gdzieniegdzie na płycie "Believe", następnie już mocniej zaakcentowane na poprzedniej "Pure", no i wręcz rewolucyjne, jak na właśnie świeżo wydanej "Passion". Do głosu dochodzą tutaj i przestery, loopy, brudne gitary, mocne, czasem wręcz metalowe zagrywki, itd...A i sam Barrett w końcówce utworu "Empathy" tak melodeklamuje, iż jest to bliskie rapu. Ale i tak, gdzieś tam słychać stary, dobry Pendragon. Już nie tak rozmarzony i romantyczny w całości jak niegdyś, lecz wciąż intrygujący, przykuwający uwagę i ciekawy. To nic, że mniej tutaj ślicznych solówek Barretta i mniej delikatnego pianina Nolana, a więcej mocnych uderzeń i hałaśliwych akordów, ale to nie tak, że nie ma ich w ogóle. Są, tylko trzeba chcieć je dostrzec. Bo Pendragon ma już dość bycia ładną grupą dla entuzjastów ckliwych solówek. Przyszedł czas na zmiany, niekoniecznie gorsze, raczej inne. I tę inność należy docenić. Przysłuchać się jej bliżej. Bo nawet jeśli będzie w nas żal za utraconym rajem, to dzięki dawnym nagraniom zawsze możemy do niego powrócić, patrząc z optymizmem w przyszłość, że grupa ta jeszcze nagra dla nas niejedną piękną płytę. A na dzień dzisiejszy może właśnie "taka" była grupie potrzebna. A była, bo sam N.Barrett to podkreśla. I ma do tego prawo.
Jutro grupa zagra w klubie "Blue Note".
Chyba warto porzucić zmartwienia i troski dnia codziennego w kąt. Przynajmniej choćby na ten jeden wieczór. Na pewno piękny. Pisze do Was te słowa człowiek, który widział już niejeden koncert Pendragon na żywo. Zawsze serce wali jak pneumatyczny młot. Idźcie !!!

PENDRAGON or ARCHIVE ? - that is the question

Tak się złożyło, że jednego dnia (wtorek 12 kwietnia 2011 r.) w Poznaniu odbędą się dwa koncerty i oba interesujące. Co tam interesujące - z najwyższej półki !  W klubie "Blue Note" wystąpi grupa PENDRAGON, która należy do najpiękniej grających rocka artystycznego. Entuzjaści muzyki spod znaku Camel, Genesis, Pink Floyd, The Moody Blues czy Yes, powinni być wniebowzięci. Byłem na ich koncertach kilkukrotnie. I choć największym sentymentem darzę pierwsze moje spotkanie z tą królewską nazwą w sierpniu 1994 roku, gdzie grupa wystąpiła w warszawskiej "Stodole", to jednak każdy kolejny występ wnosił wiele nowego, dostarczał wielu wzruszeń i niezapomnianych chwil. Tak, to jest jeden z tych zespołów, na które oprócz słuchania muzyki, także miło się patrzy. Kto nigdy nie był na ich koncercie niech koniecznie !!! nie przegapi najbliższego wtorkowego wieczoru !!! Co prawda najnowsze, właśnie dopiero co wydane dzieło "Passion" nie porywa, jak dawniejsze albumy, ale przecież grupa będzie grać głównie stare, czyli te najlepsze kompozycje. Z nowej płyty podobno będą trzy nagrania. Podobno, bo tak słyszałem, ale ręki pod topór nie włożę. Delikatny głos Nicka Barretta i jego rozmarzona, a zarazem rozśpiewana gitara, to atut każdego bliskiego spotkania twarzą w twarz z nim i jego kolegami z zespołu. Do tego śliczne klawiszki C.Nolana, roześmiana twarz basisty Petera Gee, cóż... - jak można się z nimi nie spotkać. Nie mam jeszcze biletu. Piszę te słowa w chwili, gdy jak to się mawia, jest za pięć dwunasta, a ja nie mam żadnej gwarancji udziału w tym przedstawieniu i może się okazać, że Was zachęcam, a sam nie dotrę do "Blue Note".
Drugim koncertem tego dnia będzie występ znakomitej grupy ARCHIVE. Ten koncert odbędzie się w poznańskiej "Arenie". Grupie będzie towarzyszyć orkiestra, a także sceniczne wizualizacje. Zatem zanosi się na nie lada przedstawienie. Wysłannik Kuba (vide "Negative") wybiera się na ten koncert, także liczę na jakąś relację (recenzję). Tak swoją drogą - zazdroszczę :-)
Posłuchać na żywo "Again" , "Fuck U" czy "Controlling Crowds", to musi być coś !
Ktoś powie, głupiś Masłowski, tyle razy byłeś na Pendragonie, odpuść sobie i pójdź na Archive, na którym to przecież nie byłeś nigdy. Co racja to racja. Nie można mieć wszystkiego, Archive bardzo lubię, a Pendragon kocham. Ot, taka różnica. Wybór dokonał się jakby samoistnie. Naturalnie.Mimo wszystko żywię nadzieję, iż Archive uda mi się jeszcze kiedyś zobaczyć . Niezdecydowanym zaś pozostawiam problem do rozstrzygnięcia w czterech ścianach, na co pójść, a z kogo zrezygnować.
A tak swoją drogą, obyśmy w tym kraju żyli tylko takimi problemami.

niedziela, 10 kwietnia 2011

PIS-owskie czczenie pamięci.

Jarosław Kaczyński dzisiejszy dzień, a raczej dzisiejsze swoje wystąpienie w Sali Kongresowej, wykorzystał do kampanii wyborczej. Uczynił to swoim stylu. Typowym dla swojego podłego charakteru. Te kilka tysięcy jego wiernych uczniów, z flagami narodowymi, urządziło obrzydliwy spektakl, nie mający niczego wspólnego z rocznicą smoleńskiej żałoby.Wykorzystało miejsce, czas i możliwości, do pojechania na emocjach i zyskaniu głosów od dających się na to nabrać. Po raz kolejny Jarosław Kaczyński pokazał swą lisią naturę. Człowieka przebiegłego, już dawno przegranego i straconego wobec inteligentnej części narodu.
Wystarczyło, że włączyłem telewizor chwilę po godzinie 15-tej. Zobaczyłem te PIS-owskie wymioty i jednym kliknięciem pilota od telewizora skasowałem ten obraz obrzydliwego i obłudnego przeżywania tejże rocznicy. Rocznicy, która powinna być chwilą zadumy, ciszy i skupienia, a jest obrzydliwym PIS-owskim spektaklem.
Warcholstwo z PIS-u powinno pamiętać, że w katastrofie pod Smoleńskiem zginęli nie tylko Pan Prezydent z Małżonką, ale i inni ludzie, których to rodziny także przeżywały ból , i to w nie mniejszym stopniu od bólu serc PIS-owskich.

piątek, 8 kwietnia 2011

KINGDOM COME - "Rendered Waters" - (2011) -

 KINGDOM COME - "Rendered Waters" - (STEAMHAMMER) -



Nie wiem po co Lenny Wolf wydaje taką płytę i jeszcze bezczelnie firmuje ją nazwą Kingdom Come. Nie dość, że strzelił sobie 5-letnią labę, to gdy ogłosił powrót z nowym dziełem, nowego w tym tyle co kot napłakał. Kompletnie nie rozumiem, po co nagrywać nowe wersje własnych klasyków, skoro czyni się to w tak kiepskim stylu. Stylu wręcz upokarzającym. Lenny Wolf i ci jego "nowi" muzycy, nie mając za grosz wyczucia , ani umiejętności, zabrali się za bezczeszczenie nazwy i dziedzictwa dawnego i prawdziwego Kingdom Come. Zespołu, którego nazwa powinna być utrzymywana maksymalnie do czwartej płyty ("Bad Image", 1993). Ostatnie "dzieła" to albo artystyczna porażka, albo litość fanów kupujących albumy zespołu  poprzez pryzmat wspomnień. Szlochać się chce , gdy przypomnę sobie jak krytycy nie pozostawiali suchej nitki na kapitalnym debiucie w 1988 r., lub tylko nieco ustępującej "In Your Face" z roku następnego.
"Rendered Waters" zawiera 3 nowe kompozycje, tak słabe !, że szkoda mi nawet kartki papieru na ich analizę. Oprócz wspomnianych nowych "cudeniek" , dostajemy aż 8 na nowo zagranych i po prostacku przearanżowanych dawnych dzieł zespołu. Takich jak choćby: "Should I" , "Pushing Hard" czy "Living Out Of Touch". Jak to dobrze, że Wolf i ta jego chałturniana kapela pozostawili w spokoju arcydzieła w rodzaju "Get it On" czy "What Love Can Be". Nie zmuszając nas do używania pewnych jednorazowych torebek, dostępnych na pokładzie każdego samolotu. O ile kiedyś nie rozumiałem Roberta Planta, złoszczącego się na Lenny'ego Wolfa za stuprocentowe zżynanie z dorobku Led Zeppelin, o tyle po latach jego irytacja dotyka i mnie, gdy słucham czegoś tak niepotrzebnego jak całe to "Rendered Waters". Wszystkie osiem Kingdom Come'owatych klasyków zawartych na tymże albumie, budzi grozę i rozpacz. Z drugiej zaś strony pokazuje słabość Wolfa i nieumiejętność odnalezienia się w czasach dzisiejszych. Schodząc z każdym swoim nowym tworem na dno. Które zapewne osiągnie, gdy za lat kilka, z tym swoim bandem koncertować będzie po domach kultury lub strażackich remizach. A do tego jak widać i słychać już niedaleko. Zejdź Waść ze sceny, wstydu oszczędź.



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

THIRTEEN SENSES - "Crystal Sounds" - (2010) -

 THIRTEEN SENSES - "Crystal Sounds" - (B-SIRIUS RECORDS) -



Brytyjską grupę Thirteen Senses poznałem tuż po ukazaniu się debiutanckiego albumu "The Invitation" (2004), nie licząc co prawda jeszcze wcześniej wydanych dwóch mini albumów
, które były debiutami de facto. Płytę przywiózł mi znajomy z Anglii, który nieco później był na Wyspach na ich koncercie, kiedy to już muzycy promowali kolejny album "Contact" (2007). Piosenki Thirteen Senses z każdym przesłuchaniem zdobywały coraz więcej miejsca w moim sercu, tak więc uwierzyć było mi trudno, iż z "taką muzyką" grupa ledwie zapełnia małe koncertowe kluby, a krytycy od łaski zauważają ukazujące się ich albumy. Cóż, może dlatego, iż muzycy Thirteen Senses mieli mniej szczęścia, albo nie potrafili zrobić tyle szumu wokół siebie co np. Oasis, Blur czy Primal Scream. A może po prostu, grając delikatniej od nich, (wręcz romantycznie), nie pociągnęli za sobą tłumów, dzisiejszego pospiesznego świata,  w którym niewielu już odbiorców muzyki przesłuchuje całe płyty, wczuwa się w ich treść i połyka każdą umiejętnie postawioną nutę.
Obawiam się zatem, że niewielu czekało na ich najnowsze dzieło "Crystal Sounds", które najpierw ukazało się cyfrowo, a dopiero niedawno trafiło do sprzedaży w normalnej, przyzwoitej edycji - czyli na płycie.
Thirteen Senses tworzą piosenki. Przyrządzone na rockowo, ale nie mające z gitarowym czadem i mięsistym perkusyjnym waleniem nic wspólnego. To połączenie delikatnego głosu Willa Southa + ewentualnych chórków jego kolegów, bliskich klimatom lat 60-tych, takich spod znaku wczesnych The Moody Blues. Gitary z kolei grają najdelikatniej jak się da, a w oddali gdzieś tam sekcji rytmicznej czasem potowarzyszą pianino czy smyczki. Tytuł "Crystal Sounds" jest jak najbardziej adekwatnym do zawartości albumu (ale i całego dorobku grupy także), na którym znajdziemy 13 piosenek, czasem po prostu bardzo ładnych, jak: "Imagine Of Life" , "Suddenly" czy "Send Myself To Sleep", a czasem wręcz cudownych , jak otwierający całość utwór tytułowy, bądź wyjątkowej urody klejnoty ,jak: "Answer" oraz "Out There".
O takich płytach nie dowiecie się z ulicznych bilboardów, ani z sobotnich telewizyjnych programów rozrywkowych dla całej rodziny. Nie znajdziecie ich w każdym sklepie. Takich płyt trzeba poszukać cierpliwie samemu, ale gdy już się znajdzie...

P.S. Dziękuję nieocenionemu Andrzejowi z Zielonej Krainy za załatwienie mi tej płyty, gdyż w Polsce ze świecą jej szukać. Co tam ze świecą - z gromnicą !


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

czwartek, 7 kwietnia 2011

ALBERT KING with STEVIE RAY VAUGHAN - "In Session" - (2010) -

 ALBERT KING with STEVIE RAY VAUGHAN - "In Session ..." - (STAX RECORDS / UNIVERSAL) -



Nie ukrywam swojej wielkiej sympatii dla talentu nieodżałowanego S.R.Vaughana, jednego z wielu białych bluesmanów, ale jednego z zaledwie kilku mogących stawić czoła najlepszym. Ten przedwcześnie zmarły artysta potrafił zagrać wszystko, jeśli chodzi o bluesowe podwórko. Jego krótka kariera, jak się okazuje, była o wiele bogatsza, niż dorobek płytowy pozostawiony za życia. I choć wydawać się mogło jeszcze nie tak dawno temu, że wytwórnie płytowe, wydały wszystko co się da, to jednak i to najnowsze wydawnictwo zapewne wciąż nie postawi ostatecznej kropki nad "i". No tak, ale przecież to nie jest tylko dzieło S.R.Vaughana, bo przede wszystkim Alberta Kinga. Jednego z kilku królewskich czarnych bluesmanów. Inspiratorów nie tylko dla S.R.Vaughna, ale i także choćby dla niedawno zmarłego Gary'ego Moore'a , Rolling Stonesów, i  wielu innych.
"In Session..." to tytuł dwojaki, z jednej strony nietuzinkowa sesja dwóch wielkich bluesowych wymiataczy, z drugiej zaś owe "In Session" to tytuł dawnego telewizyjnego programu, w którym obaj artyści wystąpili, i z którego pochodzi to wydawnictwo, a które to dzienne światło ujrzało właśnie teraz, po blisko trzydziestu latach. Sesja ta pochodzi bowiem dokładnie z 6 grudnia 1983 r., z CHCH Studios, Hamilton w Ontario, w Kanadzie. W tym czasie S.R.Vaughan był, powiedzmy, początkującym artystą, który był ledwie po wydaniu debiutanckiego, fenomenalnego zresztą albumu "Texas Flood" (1983), a Albert King już rządził w takim graniu od ponad 30 lat. Mimo to zainteresował się młodziutkim, niespełna 30-letnim teksańczykiem i widząc jego talent oraz nieprzeciętne umiejętności, zasiadł z nim do gry. Jak dwaj pokerzyści. Na przeciwko siebie, na drewnianych stołkach. Każdy z nich ze swoim ulubionym sześciostrunowcem i kilkoma mikrofonami. I zaczęli! To co zagrali, a właściwie jak zagrali, to istny miód dla uszu. Praktycznie wszystkie partie wokalne wykonuje Albert King.  Stevie Ray Vaughan śpiewa tylko (szkoda!) swoją kompozycję "Pride And Joy". Istotną zresztą, bowiem od tego utworu Stevie rozpoczął swoją fonograficzną przygodę. Panowie rozmawiają ze sobą gitarowym językiem, tak, jakby wypili wspólnie niejedną butelczynę i zagrali tyle koncertów, ile Stevie miał włosów na głowie. Poza wspomnianym "Pride And Joy", otrzymujemy trzy utwory autorstwa Alberta Kinga oraz po jednym Aarona Walkera, B.B.Kinga oraz Hudsona Whittakera. Całość jest zgrabnie ze sobą połączona i przepleciona komentarzami i humorystycznym nastrojem pomiędzy muzykami. Słucha się tego rewelacyjnie. Szczególnie jednak polecam utwory Alberta Kinga, tj. "Overall Junction" oraz 15-minutowy "Blues At Sunrise". Jest w nich najwięcej szaleństwa i zarazem wysmakowanej gry. Równie fajne wrażenie robi skoczny blues "Match Box Blues". Nie ujmując nic finałowemu "Don't Lie To Me', któremu wręcz bosko towarzyszy gra Tony'ego Llorensa na organach. Zresztą ten Pan także dzielnie walczy na całej płycie z organami oraz pianinem. Pozostała sekcja basowo-perkusyjna także może wystąpić na apelu do pochwały. To musiała być świetna zabawa dla wszystkich. Zabawa połączona z tworzeniem wielkiej sztuki.

P.S. Wydawnictwo to zostało wzbogacone płytą DVD z tejże sesji, a także ukazało się w formie oddzielnego DVD.

Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

środa, 6 kwietnia 2011

RADIOHEAD - "The King Of Limbs" - (2011) -

 RADIOHEAD - "The King Of Limbs" - (TICKER TAPE LTD.)



Ta płyta powinna zostać objęta zakazem sprzedaży, gdyż może przyczynić się do "polepszenia" samobójczych statystyk. Większego gniota nie słyszałem od czasów eksperymentowania i chęci zrozumienia sensu istnienia "Warszawskiej Jesieni". Thom Yorke i jego zblazowani koledzy jęczą, stękają i wiją się po zakamarkach naszej wyostrzonej wyobraźni swoimi elektronicznymi dyrdymałami lub gitarowymi brzdękaninami. Po wysłuchaniu całej , aż 37 i pól minutowej płyty, byłem bliski stawić czoła Markowi Kondratowi w "Dniu Świra". Te jęki i plumplania zawarte w ośmiu ,powiedzmy "kompozycjach", powinni rodzice trzymać z dala od swoich licealnych pociech, snujących się po ulicach w przyciasnawych spodenkach, trampeczkach, prostokątnych okularkach, i chudziutkich filigranowych figurkach "mężczyzn" z przewieszonymi na krzyż torbami. Ta alternatywna przyszłość narodu młotka w rękach za chwilę nie utrzyma, a jeszcze więcej tak wyjałowionych płyt , to się z obawy przed otoczeniem z domów nie ruszy.
Zapomnijcie o klimatach i nastrojach. Te zostały już dawno temu pogrzebane. Zapomnijcie o piosenkach z "Ok Computer" czy jeszcze nawet poprzedniej "In Rainbows". Tego już nie ma. Thom Yorke wszedł do świata falujących luster, podłóg na suficie i krzywych ścian. Do świata eksperymentów, dostępnemu umysłom nielicznym. Do świata, z którego ku mej radości, szczęśliwie powróciłem.

Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

WHITESNAKE - "Forevermore" - (2011) -

 WHITESNAKE - "Forevermore" - (CYNJAS LLC / FRONTIERS) -



Często słyszę, że David Coverdale stracił głos, albo że nie potrafi już tak naciągać gardła jak dawniej. A kto potrafi w tym wieku? - od tego zacznijmy! Tak swoją drogą, facet ma 62 lata. Przeciętny Polak szykuje się do emerytury, a później działeczka, kościółek i zakupy w Castoramie. A David biega po scenie jak młodziak na WF-ie i śpiewa tylko nieco delikatniej, niż trzydzieści lat temu , jak na albumach "Ready An' Willing" (1980) czy "Come An' Get It" (1981). Owszem, na pewno nie jest wszystko idealnie. Dobrze wiemy, że na płycie dopieszczone jest brzmienie, głos Coverdale i co nie tylko. A i kompozycyjnie, choć nieźle, także nie jest tak wspaniale jak bywało to w przeszłości, czyli na wspomnianych powyżej albumach, czy na bestsellerowym "1987" (1987),  bądź jego udanym kontynuatorze "Slip Of The Tongue" (1989). Ale i tak nie jest źle.
Album "Forevermore" posiada wyważone proporcje pomiędzy kompozycjami czadowymi a balladami. Czyli zgodnie z zasadą dzieł wcześniejszych płyta musi rozpocząć się mocnym akcentem, i tak zresztą jest. Mocny i atakujący nas zewsząd gitarowymi bluesowo-metalowymi zagrywkami "Steal Your Heart Away", a do tego jeszcze rozkrzyczany Coverdale. Smakowicie. Po nim spada na nas gitarowa torpeda, z także drący się Coverdale, który uspokaja nastrój jedynie we wstawkach bluesujących ("All Out Of Luck"). Ale nie ma zmiłuj, trzeci numer "Love Will Set You Free" i ponownie czad! Z tym, że już taki bardziej przebojowy, z  melodyjniutkim refrenem. Pomimo iż to utwór singlowy, nie wyobrażam sobie, by rozgłośnie radiowe go promowały. Płeć piękna uraduje się dopiero przy czwartym nagraniu "Easier Said Than Done", bo to ładna ballada, zupełnie jakby wyjęta z płyt okresu lat 80-tych. Choć nie taka słodziutka jak "Is This Love". Kolejne dwa nagrania "Tell Me How" oraz "I Need You (Shine A Light)" należą do grupy hard-rockowych, ale nie wyróżniają się niczym specjalnym, tak samo jak zupełnie obojętnie otarła się o moje uszy nieco ogniskowo-harcerska ballada "One Of These Days". Takie rzeczy tysiąc razy lepiej grali Smokie w latach 70-tych. Serio. Za to po nim następuje chwytliwy "Love & Treat Me Right", posiadający znamiona hardrockowego hitu. Ale to jednak "Dogs In The Street" przywołuje szczery uśmiech na twarzy fana, swą dawną "białowężową" magią. Tym bardziej, że melodia i gitary przywołują na myśl kompozycję "Bad Boys", z kapitalnej płyty "1987". Dziesiąty "Fare Thee Well" to taka countrowo-metalowa ballada, w której David śpiewa zachrypniętym i nieco zmęczonym głosem, choć paradoksalnie fajnie to wychodzi. Kolejne dwa utwory "Whipping Boy Blues" oraz "My Evil Ways" powinny przypaść do gustu sympatykom Led Zeppelin. Niezłe, ale daleko im do Wielkiej Londyńskiej Czwórki. Za to ponad siedmio-minutowa ballada finałowa i zarazem tytułowa, to skarb tej wielkości co "Sailing Ships" czy "Looking For Love".
W sumie, dobra płyta, nawet chyba nieznacznie lepsza od poprzedniej "Good To Be Bad" (2008), ale daleka do doskonałości. Słuchając jej nie wolno stosować porównań do dalekiej przeszłości, gdyż ta przegra z nią na całej linii.
Dodam jeszcze na koniec, że personalnie nastąpiły pewne zmiany, otóż Uriaha Duffy'ego na basie zastąpił Michael Devin (ex-Lynch Mob), a za bębnami zasiadł Briian (tak, tak, przez dwa "i") Tichy, grający niegdyś z Billy'm Idolem, zastępując Chrisa Fraziera. Poza tym trzon grupy bez zmian - Coverdale, Aldrich i Beach.

Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

wtorek, 5 kwietnia 2011

SCOTT COLUMBUS - perkusista MANOWAR nie żyje!

Wczoraj ,tj. w poniedziałek 4 kwietnia 2011 r. zmarł perkusista amerykańskiej metalowej grupy MANOWAR.
Na chwilę, w której piszę te słowa, nie jest jeszcze znana przyczyna zgonu.
Muzyk choć w ostatnim czasie (po płycie "Gods Of War") nie grał już z wieloletnimi kompanami z Manowar, był niezwykłą i zasłużoną postacią w zespole.

P.S. Informację powyższą przekazał mi porannym sms-em "Wyspiarski" Andrzej, któremu serdecznie dziękuję.

niedziela, 3 kwietnia 2011

RADIOHEAD a dzisiejsi zniewieściali panowie

Słuchając nowej płyty RADIOHEAD stanął mi obraz współczesnego odbiorcy, młodego człowieka, który się utożsamia z takim brzmieniem i muzycznym przesłaniem. Najczęściej ów młody radioheadowy słuchacz, to taki przesadnie szczupły dwudziestolatek, ubrany w firmowe szmatki, z torbą przewieszoną na krzyż, z prostokątnymi ramkami okularów i modnym berecikiem lub ewentualną inną ozdobą, podkreślającą alternatywność. Zazwyczaj taki młody człowiek jest niższy wzrostem od swojej partnerki (lub partnera - afe!), góra przewyższa ją o błogi jeden centymetr. Jego partnerka jest absolutnym dominatorem, tzn. kończy jeden kierunek studiów, a później zasuwa na tysiące kursów biznes-łumenowych, włącznie z prawem jazdy. Tak, żeby od razu było wiadomo, kto tu rządzi. Zresztą coraz to częstsze pojawianie się w mediach wszelkiego rodzaju feministek i emancypantek, pokazuje jaki szlak ma zostać wyznaczony na dalsze lata XXI wieku w ruchu kobiet, które już zaczynają w wielu dziedzinach przewyższać nas facetów, a za całkiem niedługi czas zdominują bez reszty. Sprowadzając nas samców tylko do roli reproduktorów, dopóki i na to nie znajdą sposobu. Codziennie obserwując jeżdżące nauki jazdy, zauważam z niepokojem uczące się same niewiasty. W telewizji panie typu Magdalena Środa, itp... nie tyle, że zachęcają, co wręcz narzucają nadmierną kobiecość. Ale nie w roli kobiety, pięknej istoty, a kobiety rządzącej, rozwrzeszczanej, dyrygującej i takiej na wszystko i na cokolwiek wszędobylskiej. Mój przyjaciel widząc w jednym ze sklepów dwóch podobnych młodzieńców, jak tych scharakteryzowanych powyżej, rzekł do mnie: "Andrzej!!! powiedz mi co to jest. Ci dzisiejsi młodzi faceci to jakieś bezjajowe dupki. Gdzie się podziali ci faceci po metr dziewięćdziesiąt wzrostu, z dłonią niczym szufla i głosem niczym Stallone w Rambo? Chude to, ładniutkie, eleganckie i modne, i łazi to takie przykurczone, przestraszone, takie tupu tupu, a baba w domu rządzi" I tutaj trafił w sedno sprawy. No właśnie, wyrosło nam takie pokolenie bez gitar, bez ciała, bez brudu i potu, oraz garściami pomysłów i ideałów. Za to takie ecie pecie, modnie skonstruowane. Takie jak ta nowa płyta RADIOHEAD. Nudna i bezpłciowa. Wychudzona i wyzbyta, w swojej sztuce oczywiście, męstwa. Zaczynam rozumieć, dlaczego tacy Parple, Cepelini czy Manołory ustępują miejsca Radiohedom, Plasibom czy Łajt Lajsom. Teraz wiem, dlaczego nie gra się dzisiaj dziesięciominutowych solówek gitarowych lub nie wali po garach przez minut piętnaście, jak niegdyś John Bonham. Te dzisiejsze chucherka zasapałyby się na śmierć, nie mówiąc o spoceniu i przebarwieniu nowych szmatek zakupionych w modnych galeryjkach. To co śmieszyło nas u Juliusza Machulskiego w "Seksmisji", przestaje robić się śmieszne w życiu realnym. Bo dzisiejsze kobity zasuwają, walczą o swoje prawa, pchają się do przodu, rozpychając łokciami i szponami. Nie dajmy się! W naturze facet jest górą. No, chyba że jest się czarną wdową. Ten "sympatyczny" ośmionóżek mniejszy od swojej wybranki serca o kilka brzuszków, ma prawo tylko zapłodnić i szybko spieprzać, żeby go baba nie pożarła.

sobota, 2 kwietnia 2011

WARTA POZNAŃ - KSZO OSTROWIEC ŚW. / LECH POZNAŃ 6:1 (do przerwy 3:1)

Udało się. Mój Tato stanął na wysokości zadania. Jako, że zasłużony emeryt, z samochodem i dużymi chęciami, pojechał gdzie i kiedy trzeba, zdobył trzy bilety, dla siebie, mojego syna oraz dla mnie.  "Zielonych" wspierać trzeba, gdyż bilety gratis, tak więc kupiliśmy szalik klubowy, no i do puszki klubowej na tacę także grosika posłaliśmy. Co za mecz! Przegrywaliśmy już 0:1, a kilka tysięcy fanatyków z "Wiary Lecha" ryknęło ze szczęścia, gdy Zielonym gola Pomarańczowi zafundowali. Pomyślałem, kurcze! , to ja jestem w Poznaniu? ,czy gdzie? Dlaczego Poznaniacy cieszą się jak idioci ze zdobycia gola przez jakieś KSZO? Co to w ogóle jest? Mam w nosie jakieś durnowate mecze przyjaźni. Przecież ja także sympatyzuję z Kolejorzem, no może nie aż tak jak z Wartą, ale w nosie mam czy Arka Gdynia czy jakaś Cracovia wygrywają czy nie. Obchodzi mnie Lech i Warta. No, może w odwrotnej kolejności. Bo to moje kluby, z mojego Poznania! A tych kilka tysięcy szaleńców tego nie rozumie i dopingują jakieś KSZO. Przecież to jest jakaś porażka. Warta im tyłki przetrzepała, wygrywając 6:1  !!!! A ci z Lecha do końca nic, tylko KSZO i KSZO. Na ich miejscu ze wstydu bym stadion opuścił. Przecież ten KSZO to słabiaki, że hej! Miło było patrzeć jak Warciarze pozamiatali to KSZO na boichu. Miło było w chwili wbijania im goli usłyszeć ciszę w sektorze Kolejorza. Bowiem z Ostrowca to chyba nikogo tam nie było.
Drodzy Lechici, a może zróbmy tak, my kibicujemy Wam, a Wy nam. Bądźmy takim jednym miastem w Polsce. Pokażmy Łodzi, Krakowowi, Trójmiastu czy Warszawce, że może być normalnie. Bo sami widzicie Szanowni Lechici, że dzisiaj Warciarze zagrali Wam na nosie.
Poza tym, dzięki za oklaski dla Piotra Reissa, ale dlaczego nie otrzymali ich Z.Zakrzewski czy K.Gajtkowski? Tego nie rozumiem. Przecież też grali dla barw niebiesko-białych. Oj nieładnie, bądźcie konsekwentni i szanujcie swoich "byłych".
Mój Tato był szczęśliwy jak dziecko, bo Warta to jego klub, którym zaraził zresztą i mnie. Ale mój Tata pamięta także jak Warta zdobywała Mistrza Polski w 1947 r. Miał wówczas 11 lat i biegał na ich mecze. I to jest prawda, to jest fakt , jak śpiewał niegdyś ( w "Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny") A.Rosiewicz.
WARTA ! , WARTA !, WARTA !

piątek, 1 kwietnia 2011

Ukradli Zamek

Założono na moim osiedlu takie profesjonalne budy na śmietniki. Duże bardzo. Do ich środka wchodzi 7-8 kontenerów. Całość okratowana na zamek. Każdy z mieszkańców dostał swój klucz. Wszystko po to, by cwaniaczki z domków jednorodzinnych nie podrzucały swoich tygodniowych zbiorów w stu-litrowych workach. Pomysł wypalił. Z krajobrazu osiedlowego poznikały podejrzane auta, których było co niemiara. Ach, gdyby coś jeszcze wymyślono na "inteligentów" przyjeżdżających codziennie na siłownię, która wynajmuje piwnicę w osiedlowej szkole. Byłoby idealnie. Zwolniło by się sporo miejsc parkingowych, a przy okazji na moim osiedlu poprawiła by się statystyka w polskiej czystej mowie.
Ale wróćmy do śmietnika. Wczoraj wieczorem, co zresztą jest już rytuałem, tradycyjnie z żoną poszliśmy z workami, pozbyć się odpadków, aż tu raptem! - jak mną walnęło! Wkładam klucz do zamka, a ten mi przelatuje bez oporu na drugą stronę. Zamek ukradli !!! Polska, mój piękny kraju. Jakże ja mogłem o tym zapomnieć? Od razu dodam, że nie przypilnowałem zamka, bowiem dzień wcześniej, właśnie wieczorem, byłem na Fishu, tak więc, zaszczyt wyniesienia śmieci przypadł mojej Mundi. Żoncia zdziwiona powiada: "wczoraj, gdy wynosiłam śmieci, zamek jeszcze był". Od razu wskoczył mi do głowy cytat z Barejowskiego "Misia" : "Kiedy wczoraj tędy jechałem tego domu jeszcze nie było" - a dziś już jest. Wczoraj był zamek, dzisiaj go nie ma. Czy to takie trudne?
Szkoda, że nikt nie chce ukraść zamka w drzwiach od moich głównych drzwi do bloku. Powymyślali te cholerne domofony i za każdym razem szlag mnie trafia, bo zamiast spokojnie wejść na klatkę schodową, muszę mocować się z odnalezieniem klucza. A kluczy mam chyba z tuzin. Największa złość mnie ogarnia, gdy wracam z zakupami. W każdej z rąk po dwie siatki i szukaj jeszcze bracie tego cholernego klucza. Siatki na chodnik, otwieranie drzwi, ponownie siatki do rąk i zasuwanko na górę, a tam ponowna rozkosz, siatki na glebę i szukaj kolejnych kluczy do trzech zamków. Uff! Wreszcie w domu.
Domofony czy monitorowane osiedla, co za dobrodziejstwo! Porozjeżdżało się bractwo po świecie, przypatrzyło jak żyją pedantyczni Niemcy czy Austriacy i tę kulturkę zainstalowano i u nas. Ale po co? Przecież u nas 90 procent to dobrzy ludzie. Co niedzielkę w ładnym płaszczyku zasuwają do kościółka, z dwuzłotówką na tacę. Ciekaw jestem czy tacy złomiarze chodzą do spowiedzi, i: "proszę księdza, dmuchnąłem kratkę kanalizacyjną, ale tylko jedną w tym miesiącu! , a także kilka zamków od boksów śmietnikowych, dwieście metrów płotu i cały wózek dziecięcy torów kolejowych". Dla takich chwil to pewnie by warto zostać spowiednikiem.