wtorek, 12 kwietnia 2011

PENDRAGON - 12.04.2011 "Blue Note". Jak było?- okiem i piórem zwykłego człowieka

Miałem nosa.  Oj tak.  Może i nieskromnością się wykażę, ale miałem nosa. Na wieść o koncercie Pendragon w Poznaniu, poczułem jakieś niewyobrażalne podniecenie i coś w środku podpowiadało mi, że będzie to koncert niezwykły. Taki, na jakim jeszcze nie byłem. Bilety były sprzedawane już pół roku temu, a i dzisiaj jeszcze można było je kupić. Szkoda, że wszystkich nie sprzedano. Tak jeszcze z pięćdziesiąt osób bym upchnął. Ale tam, nieważne. Pomyśleć, że tak niewiele brakowało, a sam bym nie dotarł w dzisiejszy wieczór do "Blue Note". No, już nie dzisiejszy. Kiedy stukam w klawiaturę, zegar pokazuje pół godziny po północy. A zatem jest środa. Dzień dobry. Oj, dobry, dobry. Ślicznie dobry. Szczególnie po takim koncercie. Najpiękniejszym koncercie PENDRAGON ze wszystkich na jakich byłem. W słowniku języka polskiego nie ma takich słów, których mógłbym użyć, zastępując te po tysiąckroć wypowiadane, jak cudowny, śliczny , piękny... Te słowa tracą na mocy i znaczeniu, gdy zbyt często się nimi posługujemy. A zatem jaki był ten koncert? Boże Kochany, przecudowny. Jak ja mogłem zwątpić i przez chwilę wahać się pomiędzy Archive i Pendragon? Jak ja mogłem do dzisiaj nie kupić biletu? A mogłem, bo z kasą ostatnio nie jest najlepiej. Maniakalne zbieranie płyt pochłania wszystko co mam. Na koncerty z reguły już nie starcza. Ale mam kumpli, mam przyjaciół, mam ludzi nieocenionych wokół siebie, którzy wiedzą , ile to dla mnie znaczy. I to oni wyrwali mnie ze szponów niemocy i kryzysu, a i sami nie stojąc ostatnio finansowo najlepiej,  zabrali mnie na ten koncert, kupili bilet, zapakowali do auta i podarowali swoje towarzystwo na ten wieczór. I wcale nie dlatego to piszę, by im się podmaślić, bo oni i tak mego blogu nie czytają. Po prostu, szukając i błądząc całe życie, znalazłem kilku ludzi, którzy niczego ode mnie nie chcą, a do pewnej chwili tylko takich miałem.
Wycofuję wszystko, kompletnie wszystko , co mogłem pomyśleć i powiedzieć w pierwszych godzinach słuchania nowej pendragonowskiej płyty "Passion". Teraz, gdy poczułem jej klimat na własnej skórze, w otoczeniu bliskich ludzi, chwil, miejsc, sytuacji i dzisiejszego (pardon, już wczorajszego) koncertu, jestem pewien, że kocham tę płytę! Kocham jej moc, czad, brud, czy także chwile dawnego piękna w dzisiejszej nowej szacie. Pendragon zmienia się, bo zmienia się cały świat. Ale w tej nowej mocnej otoczce, Pendragon wciąż jest piękny, tylko trzeba mu pozwolić do siebie dotrzeć. Jezu drogi, jak te nowe utwory obłędnie wypadły w Blue Note !!! Jak pięknie i mocno było to przedstawienie nagłośnione. Jak to wspaniale pasowało do nowocześniejszego wizerunku grupy. Tak, to jest romantyzm XXI wieku. Sugestywne wizualizacje ekranowe podkreślały wymowność i treść każdego utworu. Co za połączenie baśni czy mistycyzmu z kadrami wojen, zagubienia, samotności, ale i chwil szczęścia. Zestawienia dobra ze złem. Czyli wszystkiego co przynosi życie. Takim językiem trzeba dzisiaj przemawiać. Takim językiem w tejże muzyce przemawia dzisiaj już tylko Pendragon. I czyni to w wielkim stylu.
Zagrali prawie całą nową płytę! Widziałem jak wielu ludzi przy jej nutach szalało. Kurcze, ja też. Nie mogłem powstrzymać swej duszy w roztańczonym ciele. Niesamowite jak z tym nowym brzmieniem dobrze radziły sobie klasyki, jak "Shane", "The Last Man On Earth" czy "Paintbox". A jak niezwykle bronią się "If I Were The Wind" czy "Ghosts". Pendragon nie zapomina o starych fanach, ale próbuje także dotrzeć do młodych. I jest przekonujący, jest niesamowity, jest wielki !!!
To był najlepszy koncert od dłuższego czasu. Cieszę się, że nie zdradziłem Pendragonu. Nie zrobię tego nigdy. Będę mu oddany pełnią serca. I niech mnie już szatan nigdy nie kusi.

Z Blue Notu wyszliśmy kilka minut przed północą. A ja myślałem, że to był najkrótszy koncert na jakim  byłem od lat. Nie, to był pierwszy koncert od wieków, na którym nie dłużyło mi się nawet przez moment. Mało tego, zrobiło mi się przykro, gdy już się zakończył.

Moja paczka przyjaciół wykupiła na stoisku zespołu połowę płyt !!! A i ja pożyczyłem od Wielkiego i Kochanego Przemcia Sz. stówę na zakup winylowej wersji nowego dzieła Pendragon. Podwójny LP, wydany na kolorze, za 95 zł. A co tam, raz się żyje. Zaległe faktury zapłacę z opóźnieniem. Chrzanić to. Co tam smutne faktury. Życie trzeba sobie pokolorować. W chwili kiedy piszę te słowa, winyl jeszcze jest dziewiczo zafoliowany. W dawnych czasach, gdy chodziłem na giełdy płyt, na oryginalnie zafoliowane płyty mawiało się: pieczątki. Tak więc moje "Passion" to jeszcze PIECZĄTKA !!!! Ach, za chwilę wezmę do rąk mój nieodłączny scyzoryk i ją otworzę.

Tyle na dzisiaj. Dość już wrażeń. Idę po jogurt do lodówki, a i jeszcze szklaneczkę po szkockiej napełnię Pepsi (w końcu po whisky to drugi napój bogów), rozłożę moje legowisko na dywanie i pójdę spać. Tak, tak, na dywanie. Śpię tak już od dwóch lat. Skończyły się dzięki temu bóle krzyża, głowy czy kręgosłupa. Wreszcie człowiek odżył. Moje dawne łóżko służy mi teraz jako stolik pod laptopa ,albo jako ława pod zestaw obiadowy. Dziwak, mówią wszyscy. A niech tam, niech będzie dziwak. Grunt, że to ja wiem najlepiej, jak sobie szczęścia dołożyć.

P.S. Jako support wystąpił ALAN SEARS. Śpiewał, grał na klawiszach oraz na gitarze. Dosyć krótko. Wiedział, że ludzie przyszli nie na niego. Żal mi go było, ponieważ bardzo się starał, a i zaśpiewał kilka rzeczy z repertuaru legandarnej grupy TWELFTH NIGHT, w tym bardzo poruszający utwór "Love Song". Niemniej publika dobrze i miło go przyjęła. Andy Sears jest obecnie członkiem Twelfth Night, lecz ja nie śledzę już kolei losów tej grupy. Może i niesłusznie? Jakoś po śmierci niezwykłego Geoffa Manna zupełnie straciłem sympatię do tej zasłużonej nazwy i firmy. Zresztą dopiero niedawno dowiedziałem się, że grupa  wciąż istnieje. Muszę nadrobić zaległości. Oj, tak!
Po swoim koncercie Andy Sears udał się do stoiska z płytami, koszulkami i gadżetami Pendragon, ale i także kilku wydawnictw Twelfth Night i przyjął rolę sprzedawcy.

Andrzej Masłowski







RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00

5 komentarzy:

  1. Było bosko a jutro Bydgoszcz! Pozdrawiam i życzę miłych wrażeń przy słuchaniu "Passion", sam nic innego nie potrafię w tej chwili robić. Witold K.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie nie był to najlepszy koncert Pendragonu co na pewno najgłośniejszy. Przebywałem zdecydowanie bliżej sceny od Andrzeja. Co do reszty tekstu to w zasadzie trudno cokolwiek dodać.No może tylko to, że image Nicka z bródką sterczącą zamiast niechlujstwa wokół ust jakie miewał wcześniej to zdecydowanie lepszy obraz sceniczny. Szkoda, że perkusita bardziej był słyszalny niż widzialny (ale to z punktu muzycznego prawidłowe) bo to chyba obecnie największy i najlepszy szołmen w tym zespole. Wystarczy popatrzeć na gości przez kilka chwil podczas gry i już się go lubi...Troszeczkę grupa przecholowała z długością oczekiwań na bisy... W zasadzie gdybym nie wiedział, że zawsze wychodzą to bym zmył się a bisy dali dwa... ten drugi to już tylko do naprawdę garstki bo reszta po pierwszym szybko waliła do szatni...
    Nowy materiał wypadł najlepiej i jest kapitalny i wręcz nie mogę uwierzyć jak wysłuchanie na zywo nowej płyty może odmienić pierwotne zdanie, które miałem na temat tej "świażynki".
    W dalszym ciągu uważam, że utwór 4 i 2 (w tej kolejnosci) z tej płyty to cuda ale reszta broni się takżę znakomicie. Dla mnie osobiście efekt odbioru całości nowego dzieła psuje pozycja 3, która jest bardzo chaotyczna i mało czytelna i z odrobiną braku pomysłu... teraz już wiem, że ta "trójka" wcześniej burzyła mi obraz doskonałości tej płyty.Koncert był jak pisał Andrzej świetny.
    Mam jeszcze małą dygresję tylko po części związaną z samym koncertem. Uderzało wręcz po oczach brak niewiast wśród uczestników na sali. Stosunek panów do pań był chyba 1 : 10. Chwilami mozna było się poczuć jak w klubie gejowskim. Gdybyśmy odjeli od tego jeszcze te które pojawiły się na koncercie tylko z uwagi by towarzyszyć facetom w tej przyjemności to myślę, że byłoby jeszcze mniej.No cóż... zapewne gdyby Nick Barret był choć tak przystojny jak powiedzmy Hoggy z Marillion to i frekwencja by pań urosła... To kolejny dowód na to jak większość pań odbiera muzykę.... poprzez oczy a nie uszy.Odniosłem też wrażenie, że nie zachwyciła grupę Pendragon ilość widzów. Dał to odczuć przynajmniej Nolan...a Andy Sears był naprawdę zdziwiony dlaczego nikt nie kupuje koszulek i płyt (pomijam znajomych Andrzeja bo to inna liga) Udało mi się przy moim kiepskim angielskim kilka słów zamienić z tym człowiekiem i wyjaśniłem gościowi,że w tej cenie one są dla nas Polaków po prostu drogie. Wiekszość by kupić sobie taką pamiątkę z koncertu musi pracować cały dzień. Rozłozył ręce. Swoją drogą t.shirty z logiem grupy nie są dostępne do kupienia w żadnych metal shopach i innych sklepach specjalizujących się w ciuchach rockowych. Koncert to jedyna okazja...
    Nie kupiłem w rezultacie a dziś mam z tego powodu kaca.. Szkoda, że nie zdążyłem na jego występ bo pamiętam, że 10 lat temu jak suportowało Jadis (Chandler+Orford)to wypadli oni rewelacyjnie a tu juz nie dane mi było ocenić... raptem ostatnik kawałek usłyszałem i to też w trakcie rozmów ze znajomymi.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na koncercie nie byłem, ale z radością czytam, że był rewelacyjny, bo uwielbiam tą grupę! I jeszcze jedno - Panie Andrzeju mówiłem, że nowa płyta jest świetna! ;-)

    Ps. Jeszcze jedno. Mój przyjaciel, który również uczestniczył w tym show znalazł tylko jedno określenie dla swych przeżyć - ekstaza.

    OdpowiedzUsuń
  4. Koncert był BARDZO głośny (przynajmniej początek miał mocne wejście), a że stałem kilka metrów od sceny to do teraz mam jakiś nie swój słuch. Jak dla mnie ciut ciszej mogło by być, to dźwięk był by czystszy (na tyle na ile może być czysty na koncercie :) ).
    Jakoś nie mogę się przekonać do Blue Nota. Chociaż miejsce bardzo sympatyczne to z dźwiękiem mogło by być lepiej. Tęsknię za czasami Piwnicy21, choć była ciaśniejsza to muszę przyznać że koncert Pendragona w niej bardziej mi się podobał. I od razu dodam że ten wczorajszy też był bombowy.
    Co do szołmena perkusisty (jak to ujął Jadis) to fantastycznie "naparzał" po bębnach, bardzo ostro co mnie przypadło do gustu. Uwielbiam taką pracę perkusji :) .
    Zresztą cała czwórka dała z siebie to co najlepsze.
    (i ten prawie tańczący stojak na keyboard Cliva Nolana - bomba).

    Z tymi bisami, to ludzie się tak zachowali jakby nie wiedzieli albo nie domyślali się że mogą one być, a warto było czekać do samego końca.

    Co do cen w sklepiku, to trochę były jak na przysłowiowym Batorym. Ale udało mi się uzupełnić Ich muzykę o 2płytki, niestety płytę "Passion" musiałem sobie na razie odpuścić.

    Wydaje mi się że wczoraj Archive odebrało Pendragonowi grupkę słuchaczy. A Blue Note (co mnie zaskoczyło) był przygotowany do większej ich ilości - zniknęły wszystkie stoliki i krzesełka.
    Kompletnie nie rozumiem jak można zaplanować w tym samym dniu dwa tak ważne koncerty.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jadis, fani z Bydgoszczy dziękują Ci za owocną rozmowę z Andy Sears'em w sprawie cen na stoisku z płytami. Passion mozna było dzisiaj kupić nie za 95 zł ale za 70 zł!

    OdpowiedzUsuń