poniedziałek, 27 marca 2017

wczorajszy upadek

Pozwolę sobie na nieco przydługawy tekst. Jeśli kogoś zacznie nudzić, niech się przełączy na inną stację.
Z zażenowaniem i wielkim poczuciem klęski wprowadzałem setlistę z wczorajszego "Nawiedzonego Studia". Nie z powodu muzyki, albowiem ta jak zawsze kapitalna, a z racji potknięć technicznych, do których przysłużył się brak wiedzy realizatora. Już nigdy nie pozwolę sobie popsuć audycji, nawet jeśli w konsekwencji nikt nie zechce ze mną współpracować. Co z racji oczywistych doprowadzi do kresu naszych spotkań. To, co się wczoraj wydarzyło można ująć tylko jednym słowem: porażka. Już od samego początku nic się nie układało, a po upływie circa pół godziny byłem bliski zakończenia tego żałosnego występu. Nie chciałem jednak urządzać scen przy młodej damie, która w pierwotnej wersji miała mnie zrealizować. I bardzo żałuję, że ta wersja nie wypaliła.
Przepraszam, ale zawsze powtarzam, że realizator jest połową sukcesu. Realizator może wprowadzić dobry nastrój lub kompletnie prowadzącego wyprowadzić z równowagi. Bo jeśli człowiek za sterem zupełnie nie wczuwa się w programową formułę i nie wykaże empatycznego zainteresowania tworzonym na żywo dziełem, to wszystko w kanał. Nawet taka błahostka, jaką jest pokazanie prowadzącemu, że jego muzyka do luftu, gdy się ją przycisza do granic głuchoty. Jeśli ściany nie oddychają emitowaną właśnie sztuką, a człowiek po drugiej stronie szyby siedzi ze zblazowaną miną, bo przed nim 3-4-godzinna katorga, to się nigdy nie dogadamy. Nie obchodzi mnie, że większość współczesnych radiowców ma gdzieś to, co sami tworzą, ponieważ bardziej im zależy na wpisie do CV, niż na samospełnieniu. Andrzejowi Masłowskiemu kurwa mać zależy !!! Bo Andrzej Masłowski zasuwa cały tydzień, by wszystko należycie zestawić, zapisać, przynieść i zapodać w eter. Nie po to, by się przez cały program mordować ze sprzętem, ponieważ tam sprzęga, tutaj niedomaga, a gdzie indziej bzyczy, i zamiast skoncentrować się na merytoryce, to przychodzi mu walczyć z ustawieniami gałek.
Na domiar wszystkiego powrotny z radia taksówkarz próbował ze mnie zrobić jelenia. Nie dość, że zapragnął nadbić drogi, tak by licznik przebił kilka razy więcej, to na dwieście metrów przed celem dał do zrozumienia, że on w sumie nie ma drobnych, więc w razie czego daj bracie na górkę. I wyobraźcie sobie Drodzy Państwo, że kurs wyniósł 20 złotych i 40 groszy. Przyszło mi do głowy: może gość powie coś w rodzaju "dobra jest, niech będzie 20", ale nie, facet twardo "20,40 zł", więc mu daję 25 zł. i czekam na resztę. Myślę sobie, takim cwaniaczkom ni grosza na górkę. Facet coś szuka i szuka... okazuje się, że ma jednak jakąś skarbonkę, w której coś tam pobrzękuje. Jednak mu żal z niej grosza wysupłać, więc czeka na mój ruch, a ja z kolei na jego. Nie dam ci na górkę złamanego pensa - pomyślałem - koniec kropka. A jednak suma sumarum dałem. Bo proszę sobie wyobrazić, iż łajza wydał resztę z umiejętnie zamkniętą dłonią, tak bym nie miał sposobności szybkiego sprawdzenia. Oczywiście walnął mnie na sześćdziesiąt groszy. Musiał. Nie chciał być czterdzieści groszy w plecy, to tak kombinował i wykombinował. A to pajac jeden, gdyby nie czarował, nie manewrował, dostałby nawet piątaka na górkę. Zawsze dryndziarzom z klasą dorzucam, ale takim gnojkom najchętniej odebrałbym koncesję. Przynoszą wstyd memu miastu i hańbią imię tej zasłużonej profesji.
Zmieńmy temat... Wczoraj na Facebooku na wielu tablicach znajomych pojawił się fake o rzekomej śmierci Tiny Turner. Ludzie, do cholery, zanim udostępnicie tego typu bzdety, sprawdźcie najpierw u źródeł. W dobie internetu wydaje się to takie proste. Dobrze jest zweryfikować tego typu informacje, by samemu nie zostać błaznem. Najbardziej jednak irytujące wydaje się przedwczesne składanie kondolencji i wyrażanie fałszywego żalu. Szczególnie płynącego z ust ludzi, dla których tylko liczy się fakt bycia pierwszym. W ogóle zaobserwowałem dziwny trend we wzajemnym prześciganiu się w ogłaszaniu najsmutniejszych wieści. Kto pierwszy, ten lepszy. Na zasadzie: ten co szybciej obwieści, jest jakby lepszym i większym fanem. Obrzydliwe. A na tym pieprzonym Facebooku coraz większej grupie osób podobnie odwala. I jeszcze jedno, proszę na moim profilu nie udostępniać żadnych klepsydr. Sam potrafię zadecydować, co tam powinno lub nie powinno się znaleźć.
W minioną sobotę zmarł dziennikarz sportowy Paweł Zarzeczny. Szczególnie wyostrzony w tematyce futbolowej, choć posiadający rozległą wiedzą także w tematach innych dyscyplin, ale też trzymający rękę na dziejach naszej historii oraz otaczającej nas rzeczywistości. Znany z ciętego języka, bezkompromisowości, ale i zarazem ciekawego pióra. Nie zawsze się z nim zgadzałem, czasem mnie facet wręcz irytował, a jednak ceniłem i liczyłem się z jego zdaniem. Często czytywałem jego felietony. Szczególnie te swobodniejsze z portalu weszlo.pl, ale i też kierowane do bardziej wyrobionego czytelnika, jak te z Polska The Times. Zawsze z zainteresowaniem przykładałem ucha, gdy zapraszano go do roli telewizyjnego eksperta w jednej czy drugiej stacji. Poglądy polityczne Pawła Zarzecznego zdecydowanie odbiegały od moich, z tym, że ów dziennikarz przynajmniej posiadał umiejętność ich argumentowania, co przeważnie prawej stronie wychodzi mizernie, zupełnie niczym kompromitowanie Polski w oczach świata przez obecnie rządzących.
Paweł Zarzeczny w ostatnim czasie prowadził w internecie "one man show". Doczekał się równych 500 wydań, by po celebracji ostatniego odcinka opuścić świat dnia następnego. O ironio, a jeszcze zażartował w nim o spotkaniu na Powązkach.
O jego telewizyjnym programie w TV Republika nawet nie wspomnę. Skusiłem się dosłownie jeden raz - straszna zgaga. Zresztą, niedawno przeprogramowując kanały z kablówki wyrzuciłem to pro-zamachowo-smoleńskie dziadostwo.
Trochę dzisiaj chaotycznie, ale nazbierało się. Podczas ostatniej wizyty w Saturnie zauważyłem na półce album Jane Birkin i Serge'a Gainsbourga. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie cena 79,99 złotych za płytę, pod którą na rewersie opakowania podpisało się jako patronat medialny "Polskie Radio". Nadruk na płycie - nie naklejka! Co innego, gdybyśmy mieli do czynienia z jakimś jednostkowym importem, lecz to płyta wytłoczona przez Warner z myślą o polskim rynku. Za osiem dych - pojedynczy album, w dodatku w żadnym nawet ekskluzywnym pudełku - naciągactwo. Ktoś tu kogoś próbuje nieźle wkręcić.
W sobotę byłem na filmie "Amok" - koprodukcji polsko-niemiecko-szwedzkiej. Rzecz oparta na faktach, a traktująca o sprawie psychopatycznego mordercy Krystiana Bali. Niby kryminał, w dodatku pokazany w wyjątkowo mrocznej otoczce. Świetna rola Łukasz Simlaty, który dotąd znany był mi głównie z ról epizodycznych. Idealnie wcielił się w ambitnego i zaangażowanego inspektora. Inna sprawa dlaczego, czy to fikcyjni, czy też oparci na faktach gliniarze, zawsze mają nieuporządkowane życie. Żony ich zdradzają, oni sami chleją na umór, a jeszcze w robocie szef nie wykazuje zrozumienia i empatii. Co do Krystiana Bali... też niby dobrze Mateusz Kościukiewicz poradził sobie z rolą, wszak pod jednym warunkiem - że prawdziwy Krystian Bala też seplenił.
Ze spraw przyjemniejszych, bo takowe też potrafią się przytrafić, muszę się pochwalić złożoną mi wizytą Marysi Wietrzykowskiej (vide Marihuany) oraz Grzegorza Kupczyka - trzonu Ceti. Wpadli, by podarować swoje winylowe cacuszko "Snakes Of Eden". Zechcieli sprawić radochę, i sprawili. Miałem nosa, by nie zabierać tego longa na wczoraj do radia. Posłuchamy go sobie w stosownym momencie.
Krzysiek "gotycki" też sprezentował winyla. A to już z racji nadchodzących świąt. Mało znanej grupy Fingerprints. Fajny melodyjny pop rock/aor. Też posłuchamy, gdy nadejdzie odpowiednia pora.
To wszystko. Na dziś wystarczy. Dziękuję za uwagę.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"