czwartek, 2 marca 2017

MOYA BRENNAN - Poznań 2.III.2017 - Aula Uniwersytecka, godz.20.00

Maire Brennan dwa razy podkreśliła podziw dla Auli Uniwersyteckiej. Widać wybrane miejsce dla poznańskiego koncertu szczególnie jej przypadło do gustu. Co racja, to racja. Nie dość, że pięknie, to jeszcze wspaniale słychać. A niełatwo nagłośnić koncert tak kameralny. Bez zgrzytów, fuzów, przesterów. Tylko na szlachetnie brzmiące instrumenty - na dwie harfy, gitarę akustyczną, skrzypce, słownie: jeden bęben, czasem flet oraz Ten głos - jedyny, mistyczny, niepowtarzalny. Do szczęścia zabrakło tylko kompletu publiczności. Cóż, takie czasy. Jedynie bilety na U2 i Depeszów schodzą na pniu - w godzinę internetowej sprzedaży skompletowany pełen stadion. Czasem sobie myślę, że większość ludzi wcale nie kocha muzyki, a tylko ją zalicza, bo znane kapele, więc wiadomo... By się później przechwalać, że było się na takim, bądź innym gigancie. A pozostali niech tylko zazdroszczą. Dopytuję nieraz takowych o to, o tamto, lecz większość niczego nie potrafi opowiedzieć. Jedyne co zapamiętują, to kupę efektów, fajerwerków, itp... O samej wartości muzyki, to już tylko na językach przeszkadzają pypcie.
Gdy ponad trzy dekady temu nasza telewizja emitowała "Robina z Sherwood", to pół Polski się chłostało z wrażenia i podziwu dla skomponowanej muzyki Clannad. Wówczas pięć takich koncertów w samym tylko Poznaniu zapewne wyprzedano by w trymiga. Dziś na taki show ma chrapkę już tylko garstka największych zapaleńców. Zastanawiam się tylko, czy ci "fani" U2 (nazwijmy ich tak umownie) wiedzą, że Maire Brennan zaśpiewała kiedyś z Bono w "In A Lifetime" - na przepięknej płycie "Macalla"? Dla nich Moya Brennan, to zapewne tylko jakaś tam podstarzała piosenkareczka, a nie wiedzą przecież cieniasy, że gdy Moya (wówczas jako Maire) poprosiła Bono o zaśpiewanie u jej boku, to wokaliście U2 opadła szczęka z wrażenia, że ktoś taki, jak Maire, chce z nim zaśpiewać. Dobrze, by sobie przyswoili tę wiedzę. Przepraszam, poniosło mnie, ale gdybym tego tu i teraz nie napisał, nie napisałbym nigdy, i by się słabiakom znowu upiekło.
Aula Uniwersytecka jak zawsze schludna, dostojna, pięknie oświetlona i zapełniona kulturalną publicznością. Nie wiercą się żadne moczymordy z piwskiem, nie łażą śmierdziuchy z popcornem, nie świnią w toaletach, bo stać ich ledwie na pubowe kible. Dzięki temu obcowanie z wielką sztuką stało się namacalne.
Koncert dwuczęściowy, z przerwą circa kwadransową. Przez pierwszych kilka minut zastanawiałem się, skąd znam tego głównego harfistę. Elokwentnego, wygadanego i dowcipnego dżentelmena, nie tylko smukło wijącego po instrumentu strunach, ale i świetnie, niemal Clannadowo śpiewającego. Aż nagle: eureka! No tak, przecież to ten sam muzyk, którego już miałem okazję posłuchać w 2010 roku w poznańskiej Farze. A propos Fary... Na dzisiejszym koncercie pojawił się także Łukasz Wierzbicki - organizator tamtego koncertu. Łukasz nie tylko wziął się za organizację pierwszego poznańskiego koncertu Pani Marysi, ale w latach dziewięćdziesiątych działaliśmy razem w Radio Fan, gdyby czasem kogoś to zainteresowało. Obecnie Łukasz jest uznanym pisarzem i dostarczycielem w tej profesji przygód dla najmłodszych. To tylko tak na marginesie. Wróćmy na scenę... na niej piątka muzyków: Moya Brennan, jej Córka, która jest gitarzystką i flecistką, następnie Syn - grający na instrumentach klawiszowych oraz okazjonalnie na instrumentach perkusyjnych, plus czarnowłosa skrzypaczka, no i ten genialny harfista - Cormac De Barra. Nie można oderwać wzroku, gdy gra. Ręce mu płyną po strunach zgrabnie, niczym rzeźbione falami kręgi na morskim brzegu. Choć nawet mistrzowi może przydarzyć się kiks, jak pewien przesympatycznie przyjęty zresztą przez publiczność na początku drugiej części przedstawienia. Zabawna sytuacja, Cormac zorientował się błyskawicznie w swej pomyłce, a mimo to próbował ją szybko naprawić, więc przez kilka sekund brnął do przodu, aż przystopował. Okazało się, że startujemy od początku, bo z tamtej mąki już chleba nie będzie. Kupa śmiechu, a także nieplanowanego i niewymuszonego relaksu. Po chwili powtórzony wstęp, a sama kompozycja szybko nabrała mistycznych barw.
W repertuarze pieśni/piosenki bardzo nowe, jak m.in. "Children Of War", ale też dobrze znane przeboje, z m.in: "Two Horizons", Sailing (cover Christophera Crossa), "Follow The Word", "I Will Find You" czy obowiązkowym i gorąco przyjętym "Robin (The Hooded Man)". Cudo. I czego chcieć więcej.
Po koncercie ustawiła się pokaźna kolejka po autografy do całego kwintetu. Ale nie tylko, bo i po uściski dłoni czy szepnięcia słówka do ucha. Jako, że podpis z dedykacją Maire już mam od ponad sześciu lat, odpuściłem kolejny, ale kupiłem obowiązkowo jej najnowszą płytę oraz jedną zaległą, a nagraną przez Moyę do spółki z Cormac'kiem De Barrą.
Cudowny wieczór i nikt mi go nie odbierze, a zarazem miłe zwieńczenie smutnego dnia po porannym pogrzebie kolegi Mamy.

P.S. Ukłony dla organizatora koncertu - Tomka Andree. Ten młody, ambitny i sympatyczny człowiek, stanął na wysokości zadania. Jestem pełen podziwu dla jego energii, zapału i dopięcia wszystkiego na ostatni guzik. Tak trzymać Panie Tomku. Udanego ciągu dalszego jutro w Warszawie...





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"










\