czwartek, 31 maja 2012

NAZARETH, Poznań, klub "Eskulap", 31.maja 2012. Już po koncercie - jak było?

To był krótki koncert. Ale nie mogło być inaczej. A nawet, nie powinno. Dan McCafferty jeszcze porządnie nie wyzdrowiał. To widać. Zapalenie płuc, które niedawno przeszedł, mocno daje się muzykowi we znaki. Ciężko się porusza, czasem wręcz szuka sił, a i powietrza. Nie ma żartów. Muzyk nie chce dawać po sobie czegokolwiek poznać, i tuszuje ten fakt, jak to tylko możliwe. Stara się śpiewać pełnią płuc - i śpiewa !   Choć gdy mówi, to nie można go często dosłyszeć. Delikatny głosik, z ledwością wydaje z siebie jedynie głośny szept.  I bardzo trzeba nieraz uszu nadstawić, by cokolwiek zrozumieć. Na scenie, wokalista Nazareth jawił się jednak dwoma obliczami, gdy śpiewał - był niczym drapieżny orzeł, gdy mówił - wyglądał jak bardzo schorowany człowiek. A i tak starał się żartować, uśmiechać, spontanicznie reagować na okrzyki gdzieś tam dochodzące z tłumu. McCafferty jest także bardzo sympatyczny i ogromnie wyluzowany. Tak samo zresztą jak basista Pete Agnew. Obaj ci starsi panowie, co dobrze widać, nie żałowali sobie w życiu "rock'n'rolla". W każdym aspekcie znaczenia terminu "rock'n'roll". Muzycy nie silą się na pozerstwo, nie wychodzą przed szereg, po prostu znają swą wartość. Po tylu latach spędzonych na scenie nie muszą już swej wielkości udowadniać. Dają się wyszaleć o wiele młodszemu gitarzyście Jimmy'iemu Murrisonowi, a ten to umiejętnie wykorzystuje. Chociaż synowi basisty Pete'a Agnew, Lee Agnew'owi, pozwalają grać , ale ten czyni tylko co do niego należy. Czyli poprawnie trzyma rytm, fason, i tyle.
Na szczęście, klub Eskulap ładnie został dzisiejszego wieczoru zapełniony. Bałem się, by nie było pustek. Nie znoszę, gdy wykonawca gra do pustej sali, a ostatnimi czasy często bywałem na takich niewyprzedanych koncertach. Należy dodać, że niedzielna Budka Suflera oraz dzisiejszy Nazareth, frekwencyjnie wypadli pod tym względem bardzo dobrze !!!
Nazareth zaczęli show od intro, które dwa razy się zacięło.  Tzn. taśma z nim, nie chciała ruszyć, ale dobra reakcja publiczności (śmiech + oklaski) przepędziły złe moce i pozwoliły rozwinąć się od tego momentu całemu przedstawieniu. Na początek poszło "Silver Dollar Forger" - z dawnego longplaya "Rampant"(1974). Tuż później "Telegram" - w takiej nieco skróconej wersji, ale z obowiązkowym "So You Wanna Be A Rock'n'Roll Star".  Jeśli mnie pamięć nie myli, to następnie było "This Month's Messiah"- z nielubianej powszechnie płyty "The Catch"(1984). Nie wiedzieć dlaczego!  Później już nie pamiętam dokładnie kolejności, ale były jeszcze: "Dream On" (zaśpiewane wspólnie z widownią), rewelacyjny cover Joni Mitchell "This Flight Tonight", a także trzy kompozycje z genialnej płyty "Hair Of The Dog", czyli: "Whiskey Drinkin' Woman", "Changin' Times" oraz kompozycja tytułowa.
W tym miejscu zakończył się koncert. Muzycy pięknie podziękowali i zaczęli zmierzać ku wyjściu. Upłynęła raptem godzina koncertu. Jak to, już koniec?! Pomyślałem, że McCafferty jest wykończony i panowie nie dadzą już rady niczego zagrać. Burza oklasków przywołała jednak Nazareth do żywych, a muzycy w podzięce dla rozentuzjazmowanego tłumu, zagrali jeszcze aż 3 utwory!  I tu trochę pamięć może mi znowu zaszwankować, bowiem pamiętam, że ostatnim utworem było "Love Hurts". Zresztą wszyscy zareagowali entuzjastycznie na tę piękną balladę, pomimo iż McCafferty był już kompletnie wyczerpany i śpiewał ją dosłownie z płucami na agrafkach. Przed finałowym "Love Hurts", na bank było "Razamanaz". Natomiast co było pierwszym bisem? Poddaje się, gdyż trochę mi się wszystko już wymieszało. Wydaje mi się, że było "Night Woman", ale nie jestem pewien czy nie udziela mi się w tym momencie jakieś deja vu z poprzedniego wcielenia. Nieważne. Koncert był bardzo piękny, profesjonalny i wspaniale (czytelnie!!! + odpowiednio głośno) zrealizowany. To co było mankamentem przeciętnie zrealizowanej (pod względem nagłośnienia) Budki Suflera, tutaj było wręcz mistrzostwem świata!!! , i wzorem do naśladowania.
Jako support wystąpił kwintet Tri State Corner. Ciekawy, czadowy, młodzieńczy, w miarę melodyjny, aczkolwiek nie z mojej półki zainteresowań. Grali jak należy, choć to taki dzisiejszy rock z gatunku: kupa hałasu, mało klimatu i brakującego tego czegoś co pozostaje na dłużej. Mimo to, muzycy porwali publiczność, dostali gromkie brawa, i nawet nie schodząc ze sceny sami zaproponowali dwu-utworowy bis. Co do tej grupy, należą się jeszcze Wam, Moi Drodzy, dwie ciekawostki. Otóż, jeden z gitarzystów jest Polakiem, i przy okazji dzielnie tłumaczy szybko mówiącego do publiczności wokalistę. A ta druga ciekawostka, dotyczy drugiego gitarzysty, który przez większość koncertu grał na buzuki. To taki szarpany instrument mandolino-gitarowo-podobny, na którym kiedyś nagminnie przygrywali naszej Eleni, jej greccy muzycy z zespołu Prometeusz. Dodam, że Prometeusz był akompaniującym zespołem Eleni, dopóki artystka nie postanowiła firmować się solo. Ach, wybiegłem nieco w innym kierunku...

P.S. Dzisiejszy Poznański koncert, był ostatnim i 5-tym zarazem na Polskiej trasie zespołu Nazareth A.D.2012.
Przypomnę tylko, że pierwotnie grupa miała u nas zagrać 12 kwietnia tego roku, jednak z uwagi na zapalenie płuc Dana McCafferty'ego, przełożono wszystkie koncerty Polskie o półtora miesiąca.

P.S.2  Bardzo się cieszę , że zobaczyłem Nazareth na żywo. Pierwszy raz w życiu! Pomimo, iż było kilka okazji nieco wcześniej.

P.S.3  Podziękowania dla Bartka "Bacy" z Radia Afera , za bilet na tenże koncert. Tak na marginesie, pierwszy raz poprosiłem w życiu o bilet na koncert moje Radio, z którym jestem związany od 1994 roku. A zatem stało się to po ukończeniu w nim pełnoletności.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl

wtorek, 29 maja 2012

o niedzielnym koncercie Budki Suflera, opinia od naszego Słuchacza.

Pozwolę sobie na wklejkę (za zgodą autora) od naszego Słuchacza Kuby Sikorskiego, który przesłał  maila wyrażającego swoje zdanie na temat niedzielnego koncertu Budki Suflera w "Eskulapie":

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
"Oto relacja jeszcze na gorąco z koncertu który był moim zdaniem 
najlepszym koncertem
Budki na jakim byłem. Od razu ze znajomą Camillą, zajęliśmy 
miejsca pod sceną z prawej strony ok 1m od 5 estradowych głośników.
Decybeli było tyle, że ludzie dookoła mnie zatykali uszy. 
Generalnie ściana dźwięku, czułem się jak kiedyś na Iron Maiden. 
Aż czasem było trochę za głośno bo ciężko było 
czasem dosłyszeć solówki i bas, ale generalnie nagłośnienie 
było mega rockowe.
I jestem teraz ciekaw czy aby na pewno Manowar jest najgłośniejszym
zespołem świata, jak twierdzą ;-)
Spod sceny ,gdzie staliśmy widać było że Budka to dobrze naoliwiona
rockowa, a właściwie hard-rockowa maszyna. 
Udowodnili że nie trzeba mieć rozbudowanego
zestawu perkusyjnego jak Nicko McBrain i trzech gitarzystów na scenie, 
aby dać zajebiste rockowe show. Muzycy rozumieją się doskonale, 
cieszą się graniem, jakby grali dopiero od niedawna. 
Zestaw utworów też znakomity, chociaż całe szczęście że były też 
3 kawałki akustyczne, bo moje prawe ucho mogło trochę odpocząć, 
ale mimo to cały czas mam teraz przytępiony słuch. 
Gitarzysta którego za bardzo nie znałem, widać ze czuje bluesa
wycinając bardzo zgrabne solówki.  Bisów było kilka w tym "All Right Now",
zagrane z hard-rockowym pazurem. 
A później na koniec jeszcze ... Młode Lwy....,
no lepiej być nie mogło. Zobaczyć z boku Krzysia Ranusa skaczącego w rytm 
tych dwóch utworów - bezcenne :-) A na koniec postanowiliśmy poczekać
chwilę pod drzwiami do pomieszczeń muzyków, w nadziei na autograf, no i 
udało się. Kilkanaście osób które czekało z nami weszło do pokoju w którym 
wszyscy muzycy oprócz Krzysztofa Cugowskiego rozdawali autografy,
chętnie pozując przy okazji do  zdjęć. I o zgrozo nie wziąłem ze 
sobą aparatu, mimo że o tym myślałem! I tu podziękowania dla dwóch 
koleżeńskich chłopaków, którzy zrobili mi i mojej znajomej kilka fotek
z Tomkiem Zeliszewskim, Romkiem Lipko i gitarzystą, 
który niestety nie pamiętam jak się nazywał.
Obiecali mi przesłać je na maila i mam nadzieję że obietnicy dotrzymają. 
Przy okazji okazało się ze Tomek Zeliszewski miał dzień wcześniej urodziny 
i wszyscy obecni odśpiewali mu sto lat! 
Tyle z wrażeń, teraz czekam na czwartkowy koncert Nazareth, na który 
już na pewno wezmę aparat :-)"

z hard-rockowymi pozdrowieniami
Kuba Sikorski
 
-----------------------------------------------------------------------------------
 
 
 

poniedziałek, 28 maja 2012

Kilka słów o wczorajszej Budce Suflera w "Eskulapie" (27.05.2012), i nie tylko



To nie będzie recenzja z wczorajszego (patrząc na zegarek, to nawet już z przedwczorajszego) koncertu Budki Suflera, choć takowa powinna się tutaj pojawić. Koncert był szczególny pod każdym względem, a co za tym idzie, piękny w ogóle.
Nie chcę wprowadzać zwyczaju obowiązkowego opisywania każdego szoł na jakim właśnie przed chwilą byłem. Stanie się to nudne dla mnie, a co gorsza, przede wszystkim dla czytelników tego bloga.
Mogę tylko żałować, że dopiero na jesieni mego życia, udało mi się posłuchać na żywo jednego z najlepszych zespołów naszego rocka. Ale jak mawiają, lepiej późno...
Powinienem za to w tym miejscu podziękować Tomkowi Ziółkowskiemu (największemu zakręconemu na punkcie Budki Suflera jakiego znam), bo gdyby nie jego namowa na ubiegłoroczny czerwcowy koncert do pod poznańskich Pobiedzisk, to mógłbym przeoczyć taaaki zespół, który przecież przez całe życie był mi zawsze bardzo bliski.  Jako, że to bardzo znana grupa, domyślam się (a nie sprawdzałem), że zapewne internet tonie w morzu recenzji z wczorajszego przedstawienia. Sam zresztą widziałem kilku wynudzonych dziennikarzy, porozsiadanych na kanapach w holu klubu Eskulap, którym nie chciało się podnieść dupska, by zajrzeć cóż tam się dzieje na sali. A działo się Panie Dzieju wiele dobrego. Ciekawe co napisali o tym występie w tych swoich gazetkach, ci rutyniarze i profesjonaliści. Zawsze mnie to rozwala, że na każdym koncercie widzę tych smutnych i wymęczonych jak mopsy ludzi, którzy następnego dnia rozpisują się w zachwytach nad tym co przespali.  No dobrze, zostawmy te nieszczęścia. Niech wygrywają ci, którzy chodzą na koncerty z wyboru, a nie zawodowego przymusu.
Pomimo, iż nie będę szczegółowo recenzować wczorajszego wieczoru , podczas którego na scenie wiosłowało pięciu wybornych dżentelmenów, to pozwolę sobie zauważyć, że Budka Suflera zagrała niemal same starocie, skomponowane jeszcze w dawnych latach siedemdziesiątych, jak choćby: "Sen o dolinie" (czyli obowiązkowy początek każdego koncertu), z tym cudownym do niego wstępem: "znowu w życiu mi nie wyszło....". Młodszym sympatykom muzyki tylko napomknę, że to przeróbka wielkiego niegdyś przeboju Billa Withersa "Ain't no Sunshine". A później już rozwiązał się worek z klasykami, i po kolei muzycy zagrali: "Memu Miastu Na Do Widzenia", "To Nie Tak Miało Być", "Pieśń Niepokorna", "Noc Nad Norwidem",....., a później już kolejność utworów nieco mi się wymieszała, tak więc dodam, że były jeszcze: "Cień Wielkiej Góry", "Lubię Ten Stary Obraz", "Samotny Nocą", "Szalony Koń" - z obowiązkowym finałem "Z Dalekich Wypraw", itd.... Ale był także 3-utworowy set akustyczny.  Nie dość, że kapitalny, to jeszcze entuzjastycznie przez wszystkich zgromadzonych na sali przyjęty.  Grupa w nim zagrała kompozycje z nowszej ery, a mianowicie: "W niewielu słowach", "Martwe Morze" i "Nowa Wieża Babel". Po tym niezelektryfikowanym fragmencie, pamiętam, że na pewno był jeszcze utwór "Głodny" (także przecież z tych nowszych), a na sam koniec przedstawienia popłynął "Jest Taki Samotny Dom", podczas którego serducho waliło mi niemiłosiernie tak, że przez chwilę zacząłem bać się o ewentualne szczęśliwe dotrwanie do końca tego koncertu.  I był to lęk uzasadniony, bowiem pierwszym moim zejściem zapachniało, gdy z kolegą Piotrkiem (vide Peterem) weszliśmy do środka tej ze wszech miar nabuzowanej sali gorącem i duchotą. Na szczęście, poszedłem po rozum do głowy, i tak mniej więcej po kilkunastu minutach koncertu, wyskoczyłem na chwilę do toalety, w celu spryskania swego ciała wodą, niemal we wszystkich jego możliwych miejscach. Tak przy okazji, ślę najszczersze gratulacje dla klubu Eskulap, za szczególne traktowanie ludzi. Bliskie upodlenia. Pozwolę sobie wszak zauważyć, iż żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, i są już od jakiegoś czasu wynalezione klimatyzatory, dmuchawy, czy tym podobne urządzenia.
Niestety, udało nam się z Piotrkiem posłuchać jeszcze pierwszego bisu, jakim była kompozycja "Cisza jak ta", i musieliśmy opuścić klub, bowiem Piotrek obiecał, że zawiezie mnie swoim Mitsubishi do Radia Afera. To, że udało nam się zdążyć idealnie na czas, wiedzą wszyscy Słuchacze wczorajszego wydania "Nawiedzonego Studia". Po mniej więcej dwudziestu minutach, dojechali do mnie do studia, koledzy Tomek Ziółkowski (były nadworny i wciąż nieodżałowany realizator N.S.) oraz Sebastian Kończak (także mój były realizator z nieistniejącego Radia Fan, ale przede wszystkim dzisiaj znany DJ z MC Radia). Od nich dowiedziałem się z przykrością, że Budka zagrała jeszcze dwa utwory, w tym przeróbkę słynnej kompozycji grupy Free "All Right Now", których nie było mi już dane posłuchać.
Na tym wieczór się nie skończył. Chłopaki trochę u mnie w radio jeszcze posiedziały. Posłuchaliśmy sobie muzyki, pogadaliśmy - na trzeźwo!!! - niestety !!!!!  Po niespełna dwóch godzinach Sebcia nas opuścił, aby zdążyć jeszcze dać całuska swojej świeżo co upieczonej żonci. No i uroczej córeczce Klarze, którą to miałem przyjemność niedawno także poznać osobiście, a nawet ponosić przez chwilę na rękach. Dopóki się nie rozpłakała. Miłe to uczucie i nieco zapomniane, albowiem moje maleństwo liczy już sobie lat dziewiętnaście, i mierzy sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów od ziemi ku niebu. Tomek Ziółkowski, jak za dawnych lat, posiedział z realizującym mnie Andrzejem i samym mną, do samego końca, a później jeszcze każdego odwiózł pod dom.
Z wrażeń nie mogłem zasnąć, a jeszcze dodatkowo w nocnej telewizji wyemitowano film "Żandarm i Kosmici", z moim ukochanym Louisem De Funes, także poszedłem spać gdzieś tak o czwartej nad ranem. Aby w życiu nie było tak pięknie, to o dziewiątej minut piętnaście, obudził mnie jakiś kretyn, walący młotkiem jednolitym rytmem w ścianę, nie czyniąc przez godzinę (jeszcze mego pobytu w domu) żadnych przerw. Ładny początek dnia! Nie koniec na tym. Ledwo wszedłem do tramwaju, a po chwili ujrzałem sympatyczną sąsiadkę z klatki obok, a więc ukłoniłem się i dałem szybkiego nura na jedno z wolnych siedzących miejsc. W tym momencie usłyszałem za plecami: "panie Andrzeju, niech mi pan nie ucieka, muszę sobie z panem pogadać". Zapomniałem dodać, że owa naprawdę przesympatyczna kobieta, jest młodą emerytką, której dziubek się nigdy nie zamyka. I choć na serio uwielbiam tę kobietę, to zawsze przed nią uciekam, bo ta jak chwyci ofiarę, to nie wypuści. Na osiedlu można znaleźć dziesiątki pretekstów do oddalenia się ze strefy takiego zagrożenia, jednak w tramwaju.... Ale nic to. Ledwo wchodzę do roboty, a tu zza ściany ukłony swe śle wiertarka. Myślę sobie, zaraz pójdę do sklepu myśliwskiego, kupię wiatrówkę, i śrutem potraktuję całe to dzisiejsze towarzystwo. Gdy tylko jednak tak właśnie pomyślałem ,od razu paskuda ucichła. A potem to już jakoś poszło...





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!,)

nawiedzonestudio.boo.pl

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 27 maja 2012 - Radio "Afera" Poznań 98,6 FM

"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 27 maja 2012
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl






BUDKA SUFLERA - "Underground" - (1994 / 2010 kompilacja) -
- Memu Miastu Na Do Widzenia
- Z Dalekich Wypraw


BUDKA SUFLERA - "Cień Wielkiej Góry" - (1975) -
- Samotny Nocą
- Jest Taki Samotny Dom


FREE - "Songs Of Yesterday" - (2000) - BOX 5 CD
- Wishing Well - /recorded at Island Studios, 27-30.09.1972/


SANTANA - "Shape Shifter" - (2012) -
- Canela


JOE BONAMASSA - "Driving Towards The Daylight" - (2012) - 
- Heavenly Soul


GARY MOORE - "We Want Moore!" - (1984) -
- Don't Take Me For A Loser


MORTEN HARKET - "Out Of My Hands" - (2012) -
- Out Of My Hands


BEACH HOUSE - "Bloom" - (2012) -
- Wishes


KEANE - "Strangeland" - (2012) -
- On The Road
- The Starting Line


ROBIN GIBB - "Secret Agent" - (1984) -
- Boys Do Fall In Love


ROBIN GIBB - "How Old Are You?" - (1983) -
- Kathy's Gone
- Another Lonely Night In New York


BEE GEES - "High Civilization" - (1991) -
- Secret Love


BEE GEES - "Tales From The Brothers Gibb - A History In Song 1967 - 1990" - (1990 / 1999) - BOX 4 CD
- Juliet - /recorded live at the National Tennis Centre, Melbourne, Australia, November 17-18, 1989/

BEE GEES - "One Night Only" - (1998) - koncert z MGM Grand w Las Vegas, 14 listopada 1997
- Closer Than Close
- Islands In The Stream

THE ALAN PARSONS PROJECT - "I Robot" - (1977) -
- Some Other Time

BLUE OYSTER CULT - "Fire Of Unknown Origin" - (1981) -
- Veteran Of The Psychic Wars

ARJEN ANTHONY LUCASSEN'S "Lost In The New Real" - (2012) -
- Welcome To The Machine - /z CD 1 , cover Pink Floyd/
- The New Real
- Pink Beatles In A Purple Zeppelin

JEAN MICHEL JARRE - "Metamorphoses" - (2000) -
- Millions Of Stars

HAWKWIND - "Palace Springs" - (1991) -
- Treadmill

HAWKWIND - "Hall Of The Mountain Grill" - (1974) -
- Wind Of Change

HAWKWIND - "Onward" - (2012) -
- Seasons
- The Hills Have Ears
- Mind Cut

PINK FLOYD - "More" - (1969) -
- Cirrus Minor

ASTRA - "The Black Chord" - (2012) -
- Cocoon

ELOY - "Dawn" - (1976) -
- Le Reveil Du Soleil / The Dawn








Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

niedziela, 27 maja 2012

ACCEPT - Stalingrad - (2012) -

ACCEPT - "Stalingrad" - (NUCLEAR BLAST) -  ***


Accept bez Udo Dirkschneidera. Gdyby mi ktoś niegdyś powiedział, że będę podziwiać ten zespół bez najważniejszej jego postaci, przyłożyłbym mu wskazujący palec do czoła, i stuknąłbym po nim trzy razy, niczym dzięcioł.
To, że są na tym świecie rzeczy, które jakby to powiedział Ferdynand Kiepski: "nie śniły się nawet fizjologom", wiem nie od dziś. Ale nic to, pójdę dalej, otóż śledząc uważnie karierę "subtelnego" Udo, który niewiele w ostatnich latach ma do zaoferowania, poza solidnym rzemiosłem i absolutną przewidywalnością, myślę sobie, wstrząs jaki Accept zaproponował przy poprzednim albumie "Blood Of The Nations", był jedną z najprzyjemniejszych eksplozji jakie poruszyły mną w latach ostatnich.
Mark Tornillo przybył niemal znikąd (tj. prawie z nieznanemu dotąd nikomu TT Quick), ale jak szarpnął głosowymi strunami, to oniemieli nawet najbardziej konserwatywni obrońcy wielkiego poprzednika. Odświeżony Accept dał znać o sobie po kilkunastoletniej przerwie i zaatakował z niewiarygodną siłą oraz animuszem. Poza kapitalnym wokalistą, na drodze od razu  wyrosły wspaniałe kompozycje, a także nowe i jeszcze mocniejsze brzmienie. W ten odstawiony niemal na bocznicę zespół, wdrapał się raptem jakiś niewiarygodny przypływ energii. Ta historia przypomina mi pewnych pasjonatów starych aut, którzy z gratowiska wydobywają ledwo trzymającego się kupy gruchota, by po jakimś czasie nie tyle przywrócić go do życia, ale nadać mu kolor i połysk godny salonowej piękności.
O ironio, i pomyśleć, że dawni koledzy proponowali Udo powrót do grupy, ale ten nie wyraził ochoty, woląc opływać obrzeżami wielkie sceny, przy okazji nie wierząc już samemu w dawną chwałę zasłużonej dla metalu nazwy Accept. Nie spodziewał się nasz dawny bohater, że jego koledzy wytną mu numer nie lada, i nagrają z nowym "wyjcem" jedną z najlepszych płyt w swojej karierze, której to wytyczoną nową drogę, ma przyjemność kontynuować wydany niedawno album "Stalingrad". Może i nie tak wielki jak jego poprzednik, ale i tak ze wszech miar znakomity. Bo oto, proszę Szanownego Państwa, spieszę donieść o tym, jak to Accept wciąż cieszą wielką formą, a ich nowe dzieło jest wykonane z najcenniejszego metalowego kruszcu. Być może "Stalingrad" nie jest aż tak niesamowity jak "Blood Of The Nations", ale życzyłbym sobie bardzo, aby w dzisiejszych przeciętnych czasach dla "prawdziwego metalu!", zespoły nagrywały kiepskie, bądź przeciętnej jakości płyty, na których znajduje się przynajmniej kilka tak przyjemnych łomotów, że nie pozwalają spokojnie zamknąć oczu. Wymienię tu choćby taki utwór jak "Twist Of Fate" - z takim refrenem w klimacie czasów płyt "Breaker" czy "Restless And Wild". Albo nieco epicki i blisko 6-minutowy "Shadow Soldiers" - z narastającą dramaturgią i takim refrenem zagrzewaczem do boju. To właśnie tego typu kompozycjami powinno się napawać naszych futbolistów, a nie tymi piejącymi kurami z koko jarzębinowej zagrody.
Absolutnie cudownym fragmentem tegoż albumu jest tytułowy "Stalingrad". Główny motyw utworu aż rozpiera dech w piersiach swoją majestatyczną i piękną melodią, jednak Tornillo ani się śni, by śpiewać pod jej nuty. Facet po prostu szoruje gardłem , niczym szrober po cienkiej powłoce. Temu wszystkiemu towarzyszą zespołowe chóry i dialogi gitarowe Hoffmanna oraz Franka. Ale to nie koniec, tak jak dawniej muzycy potrafili efektownie wpleść do nagrania "Metal Heart" przepiękny motyw "Dla Elizy" (czyli Fur Elise) L.V.Beethovena, tak teraz w drugiej części kompozycji "Stalingrad", panowie szarpidruty, rzucili gitarowym cytatem z Hymnu Sowieckiego. Wiary swym uszom nie daję, że melodia z rejonów "ukochanego Wielkiego Brata" wydaje mi się naprawdę piękna.
Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na finałowy nieco posępny "The Galley". Utwór ten mógłby z powodzeniem stać się ozdobą niejednej późniejszej płyty Black Sabbath. Na przykład, z okresu kiedy śpiewał tam Tony Martin. Jedynie wkradające się tutaj charakterystyczne acceptowskie chórki, przypisują tę kompozycję ich należytym właścicielom. Proszę jeszcze zwrócić uwagę na to, jak w środkowej części następuje tutaj fajny orientalny klimat, z ponownie dialogującymi ze sobą gitarami, no i jeszcze sama końcówka kompozycji, łagodna, wręcz romantyczna. Zupełnie jak balsam na poobijane i storturowane ciało.
Pozostałe utwory nie charakteryzują się być może niczym szczególnym, choć każdego z osobna słucha się naprawdę miło.
Warto zakuć się w dyby na blisko godzinę słuchania tej płyty. A Mark Tornillo może z podniesioną głową głosić, że poradził sobie z syndromem drugiej płyty, nawet jeśli minimalnie przecież przegrał ze swoim debiutem pod Accept'owskim sztandarem.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

sobota, 26 maja 2012

GREAT WHITE - "Elation" - (2012) -

GREAT WHITE - "Elation" - (FRONTIERS RECORDS) -  *1/2


Great White zawsze ceniłem za to, że z całej tej hair-metalizującej rodziny (polakierowanych zespołów lat 80-tych), byli wiernymi spadkobiercami solidnego klasycznego rocka. Odnoszącego się klimatem do takich gigantów jak: Led Zeppelin, Aerosmith, Bad Company czy Mott The Hoople.
Niech powyższe słowa w żaden sposób nie ujmują zasługom innym grupom z tamtych lat, z m.in. Ratt, Motley Crue czy White Lion na czele. 
Jack Russell, charyzmatyczny frontman, obdarzony ciekawą barwą głosu, i sposobem śpiewu bliskim stylu Roberta Planta i Iana Huntera razem wziętych, był główną ozdobą tego naprawdę niegdyś fantastycznego zespołu. Pod Temidę jednak z tym, kto nie doceni ogromnego wkładu główno dowodzącego w zespole Marka Kendalla - gitarzysty, producenta i często pierwszego kompozytora. Że o nie mniejszych zasługach należy wspomnieć w przypadku pozostałych muzyków, którzy zawsze stanowili w Great White za jedną rodzinę.
Będąc obiektywnym, muszę zauważyć, że największe sukcesy grupa odnosiła w późnych latach 80-tych i troszkę jeszcze na początku następnego dziesięciolecia. Ale nie oznacza to, że płyty wydawane po tym okresie były słabe, Były po prostu bardziej oszczędne, tworzone z mniejszym rozmachem i nie taką przebojowością, jak genialne: "Once Bitten..." (1987) czy "...Twice Shy" (1989), których oba tytuły zresztą zgrabnie układały się w jeden, ten z wielkiego przeboju Iana Huntera "Once Bitten Twice Shy". Utworu, z okresu solowej twórczości, byłego lidera Mott The Hoople - tak na marginesie. Te dwa arcydzieła powinny być absolutnym musem dla każdego sympatyka melodyjnego hard rocka, podlanego przy okazji rodowodowym kalifornijskim entuzjazmem.
Łezka w oku się kręci, gdy przypomnę sobie, ile to wiader pomyj w swoim czasie wylali na zespół dziennikarze za piękną płytę "Hooked" (1991). Narzekali, że zespół stanął w miejscu, że stał się bezradny, nieciekawy, itd... Podczas, gdy ja z wypiekami na twarzy skakałem po pokoju w rytm muzyki ,niczym jakiś szaleniec. Ale to dawne czasy, które być może jeszcze kiedyś powrócą.  I oby, bo to co się stało z dzisiejszym Great White, woła o pomstę do nieba. W najczarniejszych snach nie spodziewałem się czegoś równie okropnego. Jack Russell, najpierw chorował i był zastępowany przez różnych kolegów po fachu, aż w końcu mu podziękowano. Grupa rozbiła się na dwa obozy. Pierwszy nazywa się Jack Russell's Great White, i ten na razie nie ma żadnego dorobku płytowego, choć posiada "ten głos". Drugim obozem jest to co właśnie próbuję opisać, a w którego skład weszli pozostali muzycy dawnego Great White. Tyle, że rzecz jasna bez samego Russella. Na jego miejscu pojawił się niejaki Terry Ilous. Postać mniej znana, ale znowu nie całkowicie nieznana. Ten dżentelmen podśpiewywał niegdyś w legendarnym i także kalifornijskim XYZ (u nas niemal zupełnie grupa ta pozostaje nieznana). Człowiek obdarzony r'n'rollowym głosem, którego oryginalność można mierzyć jedynie w skali ryczenia po niestrawnościach żołądkowych, próbuje zadomowić się na wygrzanym i wyprofilowanym fotelu przez niecodzienne gardło jakim obdarowany został przez naturę jego śpiewający przedmówca. Nawet jeśli pozostawię już w spokoju to najnowsze śpiewające nieszczęście, to płyty "Elation" nie da się nawet obronić kompozycyjnie. Album wypełniają błahe, rozmydlone i kompletnie nieciekawe pseudo hard rockowe piosenki, o korzennych wpływach country i bluesa. To, co powinno stanowić za atut, zabija swą nieudolnością.  Niemal wszystko zagrane zostało tutaj na jedno kopyto. Melodie kleją się do siebie jak rozgotowany makaron. Wokalista ryczy jakby nosił za ciasne majtki, z takimże samym beretem do kompletu. A koledzy wiosłujący na szarpanych instrumentach myślą, że gdy równo akordują i czasem co nieco zamieszają, to jest jak być powinno. Nie liczcie tu Moi Drodzy na fajne melodie, zapamiętywalne motywy, zagrywki, przejścia, itp... Nic z tego. Pozostaje tylko ból głowy, a z drugiej strony wielka ulga, gdy ta muzyczna kompromitacja dobiega wreszcie końca. Tych dwanaście utworów dłuży się niczym piesza pielgrzymka z Przemyśla do wrót ojca Tadeusza.
Ta płyta dla Great White, będzie takim czyrakiem na dupie, jak niegdyś dla grupy Bon Jovi albumy: "This Left Feels Right" oraz "Lost Highway", lub dla zacnego Bonfire męki na ostatnim dziele "Branded".
Szkoda tylko tutaj dwóch kompozycji, mianowicie ballady "Love is Enough", oraz fajnej, przebojowej, i takiej w starym stylu "Heart Of A Man". Już słyszę co by z tymi utworami mógł zrobić Jack Russell. Bowiem pozostałej reszty tej koszmarnej płyty, nie uratowałby nawet Ojciec Niebieski.
Życzę grupie totalnej klapy w obecnej jej formule, i szybkiego podania sobie dłoni przez zwaśnione strony. W imię jedności i dla dobra rock'n'rolla!

P.S. Przy tej płycie dopiero zrozumiałem dlaczego kiedyś z taką ochotą pozbyłem się debiutanckiego longa XYZ.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

PRETTY MAIDS - "It Comes Alive - Maid in Switzerland" - (2012) -

PRETTY MAIDS - "It Comes Alive - Maid in Switzerland" - (FRONTIERS RECORDS) -   ****



Ten pięknie wydany 3-płytowy (tj. 2 CD + 1 DVD) digipack, zawiera pełny zapis z koncertu, który odbył się 1 października 2011 roku, w niewielkiej szwajcarskiej (wysuniętej na północ kraju) miejscowości Pratteln.
Fanów Pretty Maids nie muszę specjalnie zachęcać do "It Comes Alive", albowiem dla nich zakup tego albumu, to jak obowiązkowych pięć dziennych modlitw dla każdego Islamisty.
Jeśli jednak znajdzie się jeszcze jakaś kruszynka na tym świecie, która nie zna twórczości Duńczyków, albo nie wie po prostu od czego zacząć, to ten wydany właśnie swoisty "greatest hits na żywo", jest wręcz do tego wymarzony.
Jeśli do tego dodam, że forma muzyków, a także ich polot i entuzjazm, wspięły się tego wieczoru na absolutne wyżyny, okaże się, że nie tylko mamy do czynienia z wydawnictwem godnym polecenia, ale przede wszystkim z dziełem koncertowym, o jakim od dawna marzył niejeden entuzjasta hard'n'heavy.
Nieprawdopodobnie świetnie zaśpiewał (a raczej się wydzierał) tutaj Ronnie Atkins. Forma tego niespełna 50-letniego młodzieńca może (a nawet powinna) zawstydzić niejednego nieskromnego i zapatrzonego w swoją wielkość metalowego śpiewaka. Atkins z uczuciem śpiewa ballady, porywając tłum złożony nie tylko z płci pięknej, a z kolei w rozpędzonych i galopujących soczystych melodiach, zabiera resztkę tlenu publiczności zgromadzonej w tym dość pokaźnym klubie. Aby przekonać się jak wspaniale bawi się zespół, a także publiczność, należy uruchomić płytę DVD, pomimo iż sam z reguły wszystkich namawiam do odbioru muzyki poprzez uszy, z pominięciem najbardziej prymitywnego ludzkiego zmysłu, jakim jest wzrok. Ale to właśnie na płycie wizyjnej możemy prześledzić mocno już dzisiaj puszystego Kena Hammera, który cudownie się bawi sześcioma strunami, wydobywając z nich najpiękniejsze solówki jakie tylko się da. Ponadto możemy się przekonać, że to co słyszymy na płytach CD, jest prawdą. I że nikt nas nie oszukiwał majstrując przy czymkolwiek w studio. A co za tym idzie, słyszymy Ronniego śpiewającego  bez żadnych fałszów, jak i  grających jego kolegów, którym przy żadnym takcie ręka nie drgnie.
"It Comes Alive" jest zapisem z trasy promującej ostatni studyjny album "Pandemonium", z którego muzycy zagrali tutaj blisko połowę materiału, jednak pozostałe 4/5-te zajmują same szlagiery z całego dorobku grupy. Grupy tworzącej już od blisko trzech dekad, która to nawet niegdyś występowała w moim rodzinnym Poznaniu, ale było to aż strach pomyśleć w 1984 roku, a więc w czasach kiedy Pretty Maids promowali dopiero pierwszy pełnowymiarowy album "Red Hot & Heavy" - genialny zresztą!
Całego koncertu słucha się tak, że nie można usiedzieć w miejscu, ale gdybym miał wskazać na jego najlepsze momenty, to z tych nastrojowych szczególnie poleciłbym balladę "Savage Heart", odśpiewaną przez Ronniego i publiczność, przy akompaniamencie pianina, z cudownie dołączającą w drugiej części utworu gitarą, i resztą sekcji. Niemniej okazale prezentuje się występująca tuż po niej kompozycja "Clay". Ten swobodnie i lekko płynący utwór, zagrany w średnim tempie, nosi charakter takiej nieco radosnej i ogniskowej piosenki. Jednak jego piękna melodia aż unosi człowiekiem. Mało kto zna ten utwór, bowiem oryginalnie pochodzi on z albumu "Carpe Diem" (2000), który nie tylko u nas, ale chyba wszędzie, przeszedł troszkę niezauważony.
Podobny charakter do utworu "Clay" niesie melodia z "Please Don't Leave Me", tyle że jest jeszcze o sto razy piękniejsza, i została skomponowana przez nieżyjącego od ponad ćwierć wieku lidera Thin Lizzy - Phila Lynotta. To, że jest to jeden z największych hitów Pretty Maids, niech zaświadczy radośnie (wręcz stadionowo) odśpiewany refren przez wszystkich zgromadzonych na sali. No i zobaczcie jeszcze jak te dziewczyny wpatrzone są namiętnymi oczyma w Ronniego. Gdyby mogły, zjadłyby go żywcem. Po słowach "Please Don't Leave Me", wszystkie niewiasty aż lgną do przystojniaczka Atkinsa, choć tego twarz, pomimo wciąż młodego wieku, niewiele mniej nosi ze sobą zmarszczek od na przykład takiego Paula Hogana, będącego lustrzanym odbiciem Atkinsa, tyle, że ćwierć wieku wcześniej. 
Z czadowych utworów, w których wokalista wypluwa płuca, a orkiestra hukiem zabija wszystkie muchy, poleciłbym zestaw z "Rock The House" i "Back To Back" na czele. Organy w "Rock The House" grają identycznie purpurowo jak u Jona Lorda, z kolei "Back To Back" jawi się niczym typowy metalowy kiler. Ten poparty majestatycznym intro z "Carmina Burana" Carla Orffa, tnie lepiej niż niejedna żądłówka. Nie ma się co dziwić, że kilkanaście lat temu włączyli go do swego repertuaru inni Skandynawowie, mianowicie Szwedzi z Hammerfall, notabene wielcy fani Pretty Maids.
Równie powalająco wypadły takie metalowe petardy jak: "Future World" czy finałowy "Red Hot And Heavy". Istny szał. Publika została rozgrzana do czerwoności w chwili, gdy koncert dobiegł końca.
Kończący jednak drugą płytę kompaktową "Lethal Heroes", jest tutaj już tylko smakowitym deserem, i sądząc po zaakcentowanej pauzie bez oklasków pomiędzy utworami, pochodzi on najprawdopodobniej z innego przedstawienia.
Grupa wydała w swoim życiu kilka płyt koncertowych, ale ta najnowsza bije je wszystkie na łeb, na szyję.
Mało tego, to w ogóle najlepszy "żywiec" z ostatniego dłuższego okresu, oczywiście w kategorii solidnego mocnego grania.

P.S. Terminu "mocne granie", nie należy mylić z beznamiętnym "napieprzaniem", co jest domeną ponad 90% kapel, tylko omyłkowo nazywanymi jako metalowe.

Dziękuję za uwagę!


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

piątek, 25 maja 2012

Zanim nie zbeszczeszczą naszych dóbr

Kolega, pracujący w firmie poligraficznej na Jeżycach, zrobił fotkę bardzo interesującego zjawiska. Otóż, na ulicy Wawrzyniaka wyburzono pewną kamienicę. Dzięki temu światłu dziennemu ukazały się napisy na od dawna zasłoniętym dotąd murze. Sądząc po nazwach zespołów, musiało to zostać powypisywane przez jakiegoś fana w latach 70-tych. Było to wówczas powszechnym zjawiskiem. O ile Deep Purple, Nazareth czy Budgie, były jeszcze popularne długo później, o tyle o węgierskim zespole Scorpio nie sądzę, by chciało się komukolwiek smarować po murach w latach późniejszych dekad. Te napisy należałoby zatem potraktować pop kulturowo historycznie i być może obdarzyć jakąś zabytkowością.
Oczywiście wiadomo, że tak się nie stanie. Owa ściana muru zostałaby zapewne dopiero wówczas otoczona ochroną, gdyby dla przykładu wysikał się na nią ktoś ważny. Najlepiej ktoś z wysokich namiestników władzy, kościoła czy kogoś podobnego.
A zatem oglądajmy i podziwiajmy to cudo, bo zapewne niebawem pojawią się tam buldożery, dźwigi, spychacze i zbeszczeszczą te dobra narodowej (pop)kultury.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

środa, 23 maja 2012

ASIA - "XXX" - znana jest już okładka nowej płyty.

Znana jest już okładka do nowego albumu grupy ASIA. Płyta nosić będzie tytuł "XXX" i ukaże się 29 czerwca br. , w formatach: 1 CD (9 kompozycji) , CD+DVD (11 kompozycji) oraz LP.  Wklejam okładkę otrzymaną dzisiaj od oficjalnego dystrybutora Mystic Production.
Jak nietrudno się domyślić po tytule wydawnictwa, grupa w tym roku obchodzi 30-lecie działalności, i oprócz wydania premierowego materiału, ma także zamiar odbyć światowe tournee. Polska chyba nie znajduje się na mapie tejże trasy , ale kto wie...., być może,....?
ASIA przeważnie może pochwalić się pięknymi okładkami (muzyką zresztą także), tak więc postanowiłem podzielić się z Wami mą dzisiejszą okładkową zdobyczą.




Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

wtorek, 22 maja 2012

Ach, ci dzisiejsi twardziele!, czyli karate po polsku

Zainstalowano niedawno, u mnie na osiedlu, takie metalowe pojemniczki na nóżkach, z których wystawały jakieś szare fragmenty papieru. Zainteresowało to mnie, więc postanowiłem sobie pewnego dnia przyjrzeć im się nieco uważniej. Będąc od nich w odległości o krok, pomyślałem ze zgrozą , czy aby nie są to jakieś strefowe parkomaty. Bo skoro dzisiaj płacimy już niemal za wszystko, jak choćby za czyste powietrze w  nadmorskich mieścinach (nawet jeśli te nie mają statusu kurortów), to dlaczego by na moim osiedlu nie zacząć pobierać opłaty za możliwość wieczornego spacerowania. Tym bardziej, że poza świeżym powietrzem, zawsze spotkać można jeszcze dodatkowo jakieś ekstremalne grupki smakoszów schłodzonego bóstwa chmielowego, a także stanąć twarzą w twarz na przykład z jeżem jednym czy drugim. Czasem bywa jeszcze dużo więcej atrakcji.
Jeże na dobre się u nas zadomowiły od ładnych kilku lat. Co tam jeże. Z żoną miewaliśmy już bliskie spotkania z lisami, kunami, wiewiórkami, a i podobno istniała wielka szansa w ub.roku, na konfrontacje z lochą i jej młodymi, ale te niestety po penetracji terenu, nie wykazały chęci dłuższego bytowania z ludźmi. Tym bardziej, że nasza rasa wydała się dzikom nieco tchórzliwa i mało gościnna.
Ale powróćmy do owych podejrzanych urządzeń parkomatopodobnych. Po podejściu do jednego z nich, na odległość bliską styku mojego nosa z wystającymi z niego szarymi tytkami , uświadomiłem sobie, że oto od tego dnia mieszkam już w cywilizowanej Europie, gdzie nie tylko ekologia górą, ale i estetyka z nią w równym rzędzie stoi. Te sympatyczne urządzenia (a jest ich niemniej niż trzy), zaopatrzyć mają właścicieli nie tylko czworonogów, (bo przecież nikt nie powiedział, że z kogutem nie wolno się na smyczy przechadzać) w pomoc do szybkiego usuwania z trawników tego, co przed chwilą one same usunęły ze swego organizmu. Po dokładnym spenetrowaniu , jak się okazało, mało skomplikowanego urządzenia,wracałem do domu z podniesioną głową ku górze, że oto od tego dnia na moim osiedlu będzie teraz jak na stadionowej trawce. Niestety następnego wieczoru zauważyliśmy z moją żoncią, że wszystkie automaty odwiedził Kuba Rozpruwacz i powyciągał z nich przeszkadzające mu szare kuwet-tytki. Pomyślałem sobie natychmiast o bohaterstwie owego (lub owych) osobnika, który zapewne nocą zaczaił się w pobliskim krzewowym gąszczu, i kiedy upewnił się , że wszystkie ponad 40 klatek mieszkańców, zdrowo przycinają przysłowiowego komara, ruszył odważnie do boju, patrosząc wnętrzności napotkanych wrogów. Odwaga naprawdę godna słów najwyższego uznania.
Żałuję tylko, że ów "odważnik", wykazał się tylko jednym aktem bohaterstwa i nie pomógł złomiarzom pousuwać kratek kanalizacyjnych, co było jego trudnym do opisania osiągnięciem ubiegłorocznym. I szkoda, że ów bohater pracuje ciężko tylko wieczorami, i tylko w nielicznych warunkach pogodowych. Czyli, kiedy jest powyżej 15 stopni w skali Celsjusza. Wówczas na osiedlowych ławkach biesiaduje się do okolic północy. Kiedy temperatura obniży się do stopni dziesięciu, bądź wyraźnie przekroczy granicę kresek dwudziestu (rzecz jasna powyżej zera), i komary pięknie na dokładkę w dupę tną, wówczas osiedle pustoszeje całkowicie. Podczas, gdy nam z żoncią nie srogie syberyjskie mrozy, bądź w przeciwieństwach natury, także i tropiki.
Konkluzja zatem jest następująca, otóż ciepło nie tylko robactwo wywabia z nor, ale i "bohaterskie" czyny co poniektórych. Zimnica "bohaterskiej" dupki nie pieści, więc najlepiej posiedzieć takiemu w domku przed telewizorkiem, i obowiązkowym redbull'em w dłoni. Wszak to kultowy już dziś napój, tylko dla prawdziwych orłów. Tak samo jak dawka dwóch półlitrowych i pięcioprocentowych piw na jedną głowę owego twardziela, która to dawka nieźle przestawia w głowie niemal każdemu "hardcore'owemu ławkowiczowi".Bo zapewne pośród nich znajduje się owa bohaterska niewidzialna ręka. A co oznacza termin "niewidzialna ręka", to już moje pokolenie wie dokładnie.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

poniedziałek, 21 maja 2012

ROBIN GIBB nie żyje (1949-2012)

 ROBIN GIBB  (22.XII.1949 - 20.V.2012)

Jak to się wszystko szybko dzieje. Umierają ostatnio (w coraz to krótszych od siebie odstępach) artyści mojej młodości, na których budowałem swój gust i wrażliwość muzyczną. Dopiero co wczoraj w "Nawiedzonym Studio" słuchaliśmy kilku piosenek zmarłej w miniony czwartek Donny Summer, a dzisiaj od południa docierały do mnie wieści, od różnych osób, o śmierci Robina Gibba. Przedostatniego Bee Geesa. A jeszcze nie dalej jak dwa lub trzy "Nawiedzone Studia" wstecz, mówiliśmy o poprawiającym się Jego stanie zdrowia. O tym, że Artysta pokonał raka, zapalenie płuc, no i jak to ponoć po wybudzeniu ze śpiączki, Robin oznajmił o planach muzycznych na najbliższą przyszłość. Dziś już wiemy, że nic z nich nie będzie.
Muzyk od dawna nie wyglądał najlepiej, ale przecież to o niczym nie musiało świadczyć. Medycyna poczyniła duże postępy i niejedne choróbska zwalcza jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
I pomyśleć, że dokładnie rok temu, w maju 2011, Robin Gibb wystąpił w Warszawskiej Sali Kongresowej. Ciekawe co myśli teraz tych 2-3 tysiące ludzi, którzy byli tamtego wieczoru w Jego towarzystwie, mogąc posłuchać "tego głosu" i "tych piosenek" wspólnie.
Nie chcę w tym miejscu zanudzać o mojej sympatii do Robina Gibba, bowiem jeśli w takim żałobnym tonie się rozpisuję na tymże blogu, o jakichkolwiek artystach, to tylko o tych, których przynajmniej lubię, uwielbiam , bądź po prostu kocham. Chyba tylko jednym słowem można określić uczucie jakim darzy(ło) się kogoś, kogo wszystkie płyty ma się w domu na półce, a co najważniejsze słuchało się Jego muzyki od najwcześniejszych szczenięcych lat.
W dobie internetu , niezliczonych ilości forum, artykułów czy tuzinów recenzji, nie widzę sensu pisania tutaj i w tym momencie, rzeczy podobnych. Pomimo, iż zerknąłem sobie na wyrywki do oferowanej literatury internetowej, i przeraziłem się jej żałosną oprawą i ofertą.
O Robinie w największym skrócie mogę napisać tyle, że jego głos był jednym z najcudowniejszych i najbardziej rozpoznawalnych w świecie muzyki pop, a może i w świecie muzyki w ogóle. Każdy z głosów braci Gibb był na swój sposób do siebie podobny, a jednak przewrotnie każdy inny i oryginalny.

Nie licząc nie-beegeesowego Andy'ego, którego przedwczesna śmierć przerwała jego fenomenalnie rozwijającą się karierę, niedawno temu pożegnaliśmy Maurice'a, a dzisiaj żegnamy Robina. A jeszcze niedawno zastanawiałem się czy Bee Gees w duecie Robin+Barry jest możliwy? Dzisiaj dostajemy ostateczną odpowiedź na to pytanie. Nie będzie więcej nowych piosenek. Przychodzi nam cieszyć się tym co do tej pory było nam dane.
Ale i dzisiaj świat musi sobie uświadomić, że pożegnał Wielkiego Artystę. Artystę wywodzącego się z epoki niekomputerowej, w której trzeba było udowodnić, że się nim jest. Że się potrafi śpiewać czy grać, bo żadne komputery czy różne inne dobrodziejstwa techniki , nie zatuszują ewentualnej beznadziejności. Dlatego śmierć Robina Gibba, Donny Summer, Gary'ego Moore'a i wielu innych, którzy ostatnio nas opuścili, zabiera pewne wartości bezpowrotnie. Nie pozostawiając po sobie prawie nic w zamian.

Zaraz nastawię sobie LP "Secret Agent" z przebojowym "Boys Do Fall In Love", a później "How Old Are You?" z "Juliet", "Kathy's Gone" czy "Hearts On Fire", a także niedocenioną "Walls Have Eyes" i jej uroczymi 10-cioma piosenkami, w tym z niedocenianymi szerzej "Toys" oraz "Gone With The Wind". Kto wie, może przyszedł czas także polubić płytę "Magnet", którą niegdyś tak bardzo krytykowałem.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 20 maja 2012 - Radio "Afera" Poznań 98,6 FM

"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 20 maja 2012
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl



GREAT WHITE - "Once Bitten" - (1987) -
- Lady Red Light
- All Over Now


ALVIN LEE - "Saguitar" - (2007) -
- Anytime U Want Me


SHARON CORR - "Dream Of You" - (2010) -
- Cooley's Reel


EUROPE - "Bag Of Bones" - (2012) -
- Not Supposed To Sing The Blues


"THE ROCKY ROAD TO POLAND" Official Republic Of Ireland Song For Euro 2012" - (2012) -
- The Rocky Road To Poland (DAMIEN DEMPSEY, THE DUBLINERS, BRESSIE, DANNY O'REILLY, DARRAGH MALONEY)
featuring the Irish Euro 2012 Squad and Ray D'Arcy Show listeners!
All Profits From The Sale Of This CD Go To The Irish Cancer Society & The John Giles Foundation

MORTEN HARKET - "Out Of My Hands" - (2012) -
- Listening - (gościnnie Neil Tennant z Pet Shop Boys)

NAZARETH - "Hair Of The Dog" - (1975) -
- Changin' Times

GREAT WHITE - "Elation" - (2012) - 
- Heart Of A Man
- Love Is Enough

JOE BONAMASSA - "Driving Towards The Daylight" - (2012) -
- Driving Towards The Daylight
- Who's Been Talking?
- A Place In My Heart

DONNA SUMMER - "The Donna Summer Anthology" - (1993) -
- MacArthur Park - /wersja singlowa z 1978 r. - oryginalnie na podwójnym LP "Live And More"/
- She Works Hard For The Money - /oryginalnie na LP "She Works Hard For The Money",1983/
- This Time I Know It's For Real - /oryginalnie na LP "Another Place And Time",1989/


KEANE - "Strangeland" - (2012) -
- Silenced By The Night
- Disconnected
- Strangeland


BEACH HOUSE - "Teen Dream" - (2010) -
- 10 Mile Stereo


BEACH HOUSE - "Bloom - (2012) -
- Myth
- Other People
- On The Sea


COCTEAU TWINS - "Milk & Kisses" - (1996) -
- Seekers Who Are Lovers


SLOWDIVE - "Just For A Day" - (1991) -
- Primal


VANGELIS - "Direct" - (1988) -
- Intergalactic Radio Station


ASTRA - "The Black Chord" - (2012) -
- Bull Torpis
- Barefoot In The Head


LANA LANE - "El Dorado Hotel" - (2012) -
- In Exile


SANTANA - "Shape Shifter" - (2012) -
- Dom






 Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl





czwartek, 17 maja 2012

DONNA SUMMER nie żyje (1948 - 2012)

DONNA SUMMER zmarła dzisiaj rano
 (31.XII.1948 - 17.V.2012)

Przykro mi przekazywać takie wieści. Dzisiaj zmarła Donna Summer, bezsprzeczna Królowa Muzyki Disco lat 70-tych. Artystka, którą bardzo cenię, a w latach młodości byłem nawet jej szczególnym sympatykiem. Nie było kiedyś dyskotek lub prywatek, na których obowiązkowo nie królowałyby takie piosenki jak: "Love To Love You Baby", "I Feel Love", bądź fantastyczna wersja przeboju Richarda Harrisa "MacArthur Park" czy "Bad Girls". Sporo jej pomógł w swoim czasie Giorgio Moroder, któremu Donna Summer na pewno zawdzięczała największe sukcesy. Z kolei, w późnych latach 80-tych "do żywych" przywróciło Donnę kompozytorskie trio Stock/Aitken/Waterman, które pomogło zrealizować jej znakomitą płytę "Another Time And Place", z m.in. kapitalnym przebojem "This Time I Know It's For Real".
Miała silny głos, pełen namiętności i potrafiła nim znakomicie operować.
Wywarła wielki wpływ na wielu wykonawców sceny pop. Była szanowana przez sympatyków muzyki soul i wielbiona przez koneserów muzyki disco.
Nie wiedziałem, że ciężko chorowała. O tym dopiero dowiedziałem się dzisiaj, gdy dotarła do mnie wiadomość o jej śmierci.
Miała niespełna 64 lata.
Była świetną Artystką, dzięki której poznałem wiele pięknych piosenek, melodii, i która to Artystka dała memu muzycznemu podniebieniu wiele niezapomnianych chwil. Za które pięknie dziękuję!



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

Łapska precz od Euro

Poznań na trzy tygodnie przed rozpoczęciem Euro 2012, to wciąż jeden wielki plac budowy. Ekipy robotników pracują jak mrówki. Wszędzie pełno wywrotek, dźwigów, porozstawianych niczym parawany płotów. Pełno piachu, jakiegoś żelastwa, i innych akcesoriów. O ile ten widok jeszcze miesiąc temu nie wywoływał we mnie żadnych uczuć, o tyle teraz z lekka czuję niepokój. Boję się, że nie zdążą. Ale nic to, trzymam kciuki. W końcu, to nie ja jestem tutaj fachowcem. Widać tak mają obliczone, i trzeba wierzyć, że będzie ok.
Mimo to szkoda, że tylko nasze lotniska spełniają wszelkie standardowe oczekiwania, a już kolej, bądź autostrady, tylko na "dobrze" lub "dostatecznie".
Nie to jednak jest najważniejszym zmartwieniem fana futbolu. Chciałbym, by nasi Muszkieterowie z Dortmundu, utrzymali formę do mistrzostw. Marzy mi się piękna gra naszego teamu, niezapomniane gole, emocje, wrażenia...  Och, przydałoby się.  "Szkocka" już mrozi się w lodówce, a kilku kumpli strzyże trawę we własnych ogródkach, by stworzyć w nich strefy kibica.
Na zgrupowaniu w Austrii dobrze byłoby źle zagrać z Łotwą i Słowacją, bo jak pamiętamy, wszystkie nasze ostatnie dobre mecze przed ważnymi imprezami, były tymi ostatnimi na długi czas. Panie Smuda, posłuchaj Pan mej rady i uśpij czujność naszych grupowych przeciwników. Lepiej posłuchać mnie, niż na przykład takiego Jana Tomaszewskiego. Niegdyś znakomitego bramkarza, później sprzymierzeńca komuchów, a teraz jednej z twarzy PiS'owskiej maci. Ciekawe co przewracający się w grobie Kazimierz Górski myśli sobie po niegdyś wypowiedzianych słowach przez jego podopiecznego, że: "Jarosław Kaczyński jest Kazimierzem Górskim Polskiej Polityki". Nie chciałbym, by po mojej śmierci, ktoś wyciął mi taki numer.
Cóż, Pan Janek porusza się barwnym językiem, jest nawet sympatycznym człowiekiem, tylko szkoda, że myśli jak jego koledzy. Na szczęście daleko mu do rynsztokowego poziomu Posła Hofmana. Człowieka pokazywanego codziennie przez wszystkie media, celem podgrzania wzajemnej niechęci rodaków do siebie. Że już o Pani Szczuce z litości rozpisywać się nie będę. Ta, nie tylko jest przeciwniczką mężczyzn, czy imprez związanych z Euro 2012, ale w ogóle futbolu. Ma do tego zresztą prawo. Nie widzę sensu jednak nawoływać fanów boiskowej kopaninki, by ci zawrócili na tylko jedną i słuszną drogę, wyznaczoną wykoślawionym torem myślowym Pani Szczuki.
Już niebawem święto piłki , którego nikt nam nie zabierze. I łapy precz Panie Duda od stadionów i kibiców. Na nic ci Pana pis-owsko podporządkowani Związkowcy. Siedźcie lepiej w domu i trzymajcie kciuki za naszych futbolistów. Kibice wam kłódek nie założą. Bramkami domostw nie zatarasują. Nie ten poziom.
W ogóle łapska precz od Euro 2012. Jeśli nie pomagacie, to chociaż nie przeszkadzajcie.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

wtorek, 15 maja 2012

JETHRO TULL'S IAN ANDERSON - "TAAB2 - Thick As A Brick 2" - (2012) -

JETHRO TULL'S IAN ANDERSON - "TAAB2 - Thick As A Brick 2" - (CHRYSALIS / EMI) -  ***



Prawo do kontynuacji własnych wielkich osiągnięć posiada każdy, tak więc można było spodziewać się, że Ian Anderson sięgnie (jak i zresztą wielu innych artystów) niegdyś po osławione "Aqualung" lub "Thick As A Brick".
Tak się złożyło, że muzyk oba swe największe dzieła (oczywiście wraz z Jethro Tull) wydał tuż po sobie, w latach 71-72.
No, a że świętowanie "Aqualung" uczcił już ub.rocznymi okazjonalnymi występami , ponadto wydając piękne kolekcjonerskie edycje tamtego albumu, tak więc wybór na stworzenie "starego na nowo" mógł być tylko jeden. Padło zatem na "Thick As A Brick" (Gruby jak cegła - vide, głupi jak cep). Mnie osobiście nie przeszkadzałby nawet jakiś ciąg dalszy niekoncepcyjnych albumów Jethro Tull, typu: (rewelacyjny!) "Heavy Horses" , czy (ze wszech miar wspaniały, i niedoceniany zarazem, nawet przez oddanych fanów J'Tull) "Crest Of A Knave".  Ale to już zupełnie inna kwestia. Skoro inni "wielcy świata muzyki" (z m.in. takimi albumami jak: J.M.Jarre - "Oxygene 2", Mike Oldfield - "Tubular Bells 2, 3, czy Millenium", Eloy - "Ocean 2", Meat Loaf - "Bat Out Of Hell 2 i 3", itd...) uczynili wszystko, by przypomnieć o sobie w odpowiednim momencie dawnym fanom, to dlaczego Ian Anderson miałby czuć się gorszy.
Niejednego fana oczarowanego pierwszym "Thick As A Brick" , na pewno nie raz zastanawiało, cóż dzieje się dzisiaj z dawnym (choć fikcyjnym) bohaterem Geraldem Bostockiem. W którego istnienie niegdyś niektórzy nawet uwierzyli. Anderson sprawił wszystkim frajdę i ponownie zabawił się świetnie, przenosząc losy swojego dawnego bohatera, na grunt współczesny, a ten (Gerald znaczy) jest już dzisiaj blisko 50-letnim młodzieńcem. Artysta nie narzuca jednego scenariusza, a raczej bawi się w różne możliwe losy i warianty Geralda, jakie mogłyby mu się przytrafić.
To, że ponownie mamy do czynienia z dalszymi losami Geralda Bostocka, dowiadujemy się dzięki tytułowi ("TAAB2") i okładce utrzymanej w klimacie poprzedniczki, czyli z wizerunkiem kościelnej gazetki "St.Cleve Chronicle & Linwell Advertiser" (posiadającą teraz zmienione logo i inny układ graficzny, przy okazji ochrzczoną współcześnie na www.StCleve.com). A także dzięki tekstom. Na frontowej stronie okładki albumu widzimy naszego bohatera wciąż młodziutkiego, którego zdjęcie zostało wkomponowane w artykuł z nagłówkiem: "co się stało z Geraldem Bostockiem?".
Gdyby jednak zamknąć oczy, nie oglądać okładki, i nie analizować tekstów, to odnieślibyśmy zapewne wrażenie słuchania jakiejś zupełnie nowej płyty Jethro Tull, w której to, w kilku fragmentach słyszalne nawiązania do "jedynki", czy wręcz identyczne melodie, wywołałyby jedynie sympatyczny uśmiech, że to z lekka nam już coś przypomina. Albowiem "TAAB2", nie jest zwartą suitą  (i jak niegdyś tylko dlatego podzieloną na przymusowe dwie części, z racji pojemności płyty LP), a zbiorem 17 kompozycji, a raczej w większości piosenek (podobno Maestro chciał dogodzić pokoleniu iTunes - afe!), bez rozszalałych improwizacji, które stanowiły o charakterystyce i sile pierwszego "Thick As A Brick". Mimo tego, "TAAB2" słucha się nawet przyjemnie. Szkoda, że w zasadzie tylko tyle da się powiedzieć o tej płycie. Jest tutaj jednak kilka znakomitych momentów. Jak choćby następujące po sobie kompozycje, tj. ponad minutowa "Upper Sixth Loan Shark" i pełna rozmachu pieśń "Banker Bets, Banker Wins". Naszpikowana ujmującą melodyką i bogatym instrumentarium (ach, te barwne partie gitarowe, a także fletu i organów).
Nie mniej porywającym fragmentem dzieła, są także "Old School Song" (z ewidentnymi melodycznymi motywami nawiązującymi do "jedynki") wraz z Wootton Bassett Town" (to taka z lekka urockowiona ballada). Oba te niezwykłej urody nagrania, w sumie bardziej ocierają się o tryptyk "Songs From The Wood" / "Heavy Horses" / "Stormwatch", aniżeli "Thick As A Brick".
Jest jeszcze pełna rozmachu kompozycja "A Change Of Horses". Z akordeonem i fletem w głównych rolach. Kto wie, być może to najładniejsza rzecz tutaj w ogóle. Ponadto ona także tłumaczy fenomen albumu "Heavy Horses". Jako, że skomponowana została ponoć właśnie podczas sesji do tamtego albumu. Sporo tu folkowych akcentów, a także swobodnej , leniwej, czy wręcz beztroskiej gry.
Bardzo jeszcze podoba mi się sama końcówka tegoż albumu. Także z będącymi, niczym rzep, przyklejonymi do siebie dwoma utworami. Pierwszy, to taki trochę motoryczny "Kismet In Suburbia"- z zadziorną gitarą i jak zwykle z efektownymi fletowymi zagrywkami Andersona.  Z kolei, finałowy "What-ifs Maybes And Might-have-beens", podobnie jak "Old School Song", posiada w sobie kilka ewidentnych motywów wyjętych wręcz z pierwszej części "Thick As A Brick". Przy okazji godnie kończąc, tę w sumie miłą nową płytę najważniejszej postaci Jethro Tull. Choć tak naprawdę, to kończy ją Mistrzunio słowami: "thick as a brick, two".

P.S. Jednego wszak nie pojmuję, dlaczego Ian Anderson nie pokusił się przy okazji "Thick As A Brick 2", by zaprosić do sesji któregoś z dawnych zespołowych kolegów (czyniąc w sumie z tego tylko dzieło autorskie). Szkoda, bo byłaby przynajmniej okazja , by wreszcie uścisnąć sobie niejedną dłoń, jak choćby z takim Martinem Barre.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

poniedziałek, 14 maja 2012

Zagłosuj na BEFORE A BURNING EARTH

Zespół BEFORE A BURNING EARTH  (w którym na gitarze gra mój syn Tomek)  ma spore ambicje zagrać w niedalekiej przyszłości na imprezie organizowanej przez Pana Jurka Owsiaka. Jeśli ktokolwiek z Nawiedzonych miałby ochotę oddać na B.A.B.E. swój głos (nawet jeśli nie sympatyzuje z takim graniem), to w imieniu mojego "młodziaka" składam wielkie dzięki !!!
Poniżej wklejam szczegóły , które dostarczyło mi moje 19-letnie maleństwo:


"Chodzi o to, że mamy szansę zagrać w tym roku na Woodstocku,
 i aby dostać się do pierwszej piątki nominowanej do gry
 na tym oto festiwalu,
 musimy uzyskać jak największą liczbę głosów. 
Głosy można oddawać poprzez kliknięcie "lubię to" pod
naszym teledyskiem zamieszczonym pod tym linkiem :)"

http://owsiaknet.pl/video/41657355
 
 
 
 
 
 (Tomek Masłowski, to ten drugi od lewej)
 
 
 
 
 
 
-----------------------------------------------------------------------------------
-----------------------------------------------------------------------------------
 
 
 




"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 13 maja 2012 - Radio "Afera" Poznań 98,6 FM

"BLUES RANUS"
program z 13 maja 2012
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
(w zastępstwie za Krzysztofa Ranusa, w godz. 21.00 - 22.00)

 

THE ALLMAN BROTHERS BAND - "Atlanta International Pop Festival July 3 & 5. 1970" - (2009) -
- Hoochie Coochie Man

AEROSMITH - "Honkin' On Bobo" - (2004) -
- Stop Messin' Around

BUDKA SUFLERA - "Undergrouund" - (1994/2010 - kompilacja) -
- Memu Miastu Na Do Widzenia - /listopad '74/

STEVIE RAY VAUGHAN and DOUBLE TROUBLE - "In Step" - (1989) -
- The House Is Rockin'
- Let Me Love You Baby
- Leave My Girl Alone

KILLING FLOOR - "Killing Floor" - (1970) -
- Woman You Need Love
- Nobody By My Side

MOUNTAIN - "Nantucket Sleighride" - (1971) -
- Don't Look Around
- Travellin' In The Dark

JANIS JOPLIN - "The Pearl Sessions" - (1970-1971 / 2012) -
- Get It While You Can (take 3 - 7.27.70)

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 13 maja 2012
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl






ZZ TOP - "Recycler" - (1990) -
- Give It Up


METALLICA - "Metallica" - (1991) -
- My Friend Of Misery


EUROPE - "Bag Of Bones" - (2012) -
- Bag Of Bones - /feat. Joe Bonamassa/
- Bring It All Home


GREAT WHITE - "Let It Rock" - (1996) -
- Hand On The Trigger


GREAT WHITE - "Rising" - (2009) -
- I Don't Mind


RUSH - "Feedback" - (2004) -
- Heart Full Of Soul


THE DOOBIE BROTHERS - "Cycles" - (1989) -
- One Chain (Don't Make No Prison)


THE DOORS - "L.A.Woman" - (1971) -
- Love Her Madly
- Riders On The Storm


THE DOORS - "The Doors" - (1967) -
- The Crystal Ship


ANATHEMA - "Weather Systems" - (2012) -
- Sunlight


IL GIARDINO DEI SEMPLICI - "Il Giardino Dei Semplici" - (1975) -
- Piazza Medaglie D'oro


IL GIARDINO DEI SEMPLICI - "Le Favole Del Giardino" - (1977) -
- Le Favole Di Andersen
- Napoli, Napoli
- Un Giorno Tua Madre


JOHN WETTON - "Battle Lines" - (1994) -
- Hold Me Now


LANA LANE - "El Dorado Hotel" - (2012) -
- Maybe We'll Meet Again
- Moon God


PETER GABRIEL - "Live Blood" - (2012) -
- The Power Of The Heart


BEACH HOUSE - "Teen Dream" - (2010) -
- Walk In The Park
- Take Care


MORTEN HARKET - "Out Of My Hands" - (2012) -
- I'm The One


HOTHOUSE FLOWERS - "Born" - (1998) -
- Find The Time
- Learning To Walk


CAMEL - "Camel" - (1973) -
- Mystic Queen
- Never Let Go


KING CRIMSON - "Starless And Bible Black" - (1974) -
- The Night Watch


MANFRED MANN'S EARTH BAND - "Budapest Live" - (1983) -
- For You
- Blinded By The Light
- Redemption Song (No Kwazulu)


STEVE HACKETT - "Spectral Mornings" - (1979) -
- Every Day


MARK KNOPFLER and EMMYLOU HARRIS - "All The Roadrunning" - (2006) -
- If This Is Goodbye








Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

niedziela, 13 maja 2012

JACK BLADES - "Rock'N Roll Ride" - (2012) -

JACK BLADES - "Rock'N Roll Ride" - (FRONTIERS RECORDS) -



Kłania się nam Kalifornia. Kraina niekończącego się słońca i radości z życia. A w niej Jack Blades, rasowy Rocker'N'Rollowiec, z krwi i kości. Postać, na opisanie której, potrzebowałbym kilku stron, a nie zaledwie tej oto najnowszej solowej płyty człowieka, który lideruje słynnym niegdyś Night Ranger (istniejącym po dziś dzień). Czy ktoś pamięta wielki przebój "High Enough", supergrupy Damn Yankees? To właśnie w niej obok Tommy'ego Shawa (ze Styx) czy Teda Nugenta, grał Jack Blades. Wydali tylko dwie, za to świetne płyty, które zamienili na multi platynę.
Dziś Jack Blades nie odnosi już tak spektakularnych sukcesów, ale jego pozycja wciąż się liczy. Być może ten solowy album jego akcji nie podniesie, ale funkcjonujący wciąż Night Ranger, na brak publiczności nie powinien narzekać. W Night Ranger, Blades jest głównym wokalistą i basistą, tutaj natomiast dodatkowo grywa także na gitarach akustycznej i elektrycznej. Warto wspomnieć także o jego zespołowych kolegach, jak; Joel Hoekstra, Kelly Keagy, Brad Gillis oraz Eric Levy, którzy pojawili się gościnnie w niektórych fragmentach tego albumu.
"Rock'N Roll Ride" zawiera melodyjne rockowe piosenki, ze wszczepioną w nie całą Ameryką. Czyli z naleciałościami country, folku czy bluesa. Choć, gdy już nawet po raz n-ty słucham takiego "Anything For You", myślę sobie, że dawni Smokie z Chrisem Normanem, mogliby spokojnie uczynić go hitem. Proszę się jednak nie martwić, ta płyta nie ma niczego wspólnego z moimi dawnymi ulubieńcami z Bradford. Za to gościnnie w chórkach wspomógł w tym nagraniu Bladesa, Robin Zander - lider Cheap Trick.
Cały ten album , to taki amerykański rock, którego jestem cholernym sympatykiem. Nazbyt pozytywny i radosny, w stosunku do naszego często mentalnie cierpiętnicznego życiowego podejścia. A nasz bohater śpiewa o nie poddawaniu się, o uciechach płynących z życia, o przełamywaniu barier i burzeniu murów, słowem o tym, że świat jest piękny i należy z niego korzystać.
Po wysłuchaniu takich piosenek, człowiek nabiera bardzo słonecznego podejścia do otoczenia. Być może medycy powinni zapisywać taką muzykę swym pacjentom. Szczególnie tym o małej wierze w siebie i w najbliższe otoczenie.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

ANATHEMA - "Weather Systems" - (2012) -

ANATHEMA - "Weather Systems" - (Kscope) -



Zapewne większość fanów wychowanych na wczesnych dziełach Anathemy, nie potrafi słuchać swych dawnych ulubieńców od lat kilkunastu. Trochę ich rozumiem, bo mnie na przykład więdną uszy od dwudziestu lat na hasło Metallica. Co to się porobiło, że ten niegdyś wspaniały zespół teraz ....!
Jeśli chodzi o Anathemę, to trzymam sztamę ze wszystkimi, którzy pokochali ten zespół wraz albumami "Alternative 4" czy w szczególności z genialną "Judgement". Wrażliwość na piękno podlane metalowym sosem, zaskarbiło sobie wielkie grono spragnionych serc, które wypatrują od tamtej pory każdą płytę Daniela Cavanagh i spółki, z drżącymi rękoma. Niech nie oznacza to, że wszystko czego muzycy się tkną, obracają w złoto. Drogą, którą przemierzali po wydaniu "Judgement", nie zawsze szło się wszystkim w jednakowym kierunku. Sam wielokrotnie w grupę zwątpiłem. Jednak przyjemny kopniak zaserwowany wraz z płytą "We're Here Because We're Here" (2010), na nowo rozbudziło mój apetyt. Tamten album przyniósł zbyt dużo pięknej muzyki, a to  zawsze bywa niebezpieczne dla jego następcy.  Bowiem, nie co dzień komponuje się takie cudeńka jak: 'Dreaming Light", "Angels Walk Among Us" czy "Thin Air".
Patrząc jednak już tylko na samą okładkę "Weather Systems"", trudno byłoby uwierzyć, by pod czymś takim  mogła znajdować się jakaś nieciekawa muzyka. Posłuchajcie proszę już tylko początkowego, i dwuczęściowego zarazem "Untouchable". Przed tymi 11,5 minutami, niebiosa same się otwierają. Jest tutaj wszystko co wydaje się nieść ze sobą życie - żal, smutek, lament, melancholia, ale i promyk szczęścia czy nadziei. A do tego ten niezwykle śpiewający mieszany duet, Vincent Cavanagh i Lee Douglas, która to Lee na tej płycie stała się również pełnoprawną pierwszą wokalistką. Czyli w równej linii z Vincentem. Wracając do "Untouchable", to taki utwór, którego powinno się wykładać przymusowo w szkołach, na lekcjach muzyki, by budować u młodych ludzi odpowiednią wrażliwość. Albowiem, gdyby tylko taka muzyka była na tym świecie, nie byłoby zapewne wojen, przemocy, czy w ogóle panoszącego się zła. "Moja miłość nigdy nie umrze, a moje uczucia wiecznie będą lśnić" (w jego części pierwszej), "muszę pozwolić byś odeszła, ku zachodzącemu słońcu" (w części drugiej)
Nie koniec to wrażeń jednak, nawet jeśli później nie znajdziemy tutaj już nic podobnie pięknego. Trzecia i czwarta kompozycje, czyli "The Gathering Of The Clouds" oraz "Lightning Song", być może to zasługa Lee Douglas, ale tak właśnie mogliby dziś brzmieć Pure Reason Revolution, gdyby nie zboczyli w pewnym momencie w te bełkotliwe i kłujące po uszach rejony elektroniki, spod znaku Goldfrapp. Ale zostawmy w spokoju już nie ten świat muzyki.
Lubię ponadto, gdy czasem Anathema odpływa w rejony floydowskie, jak w "Sunlight". Lubię ten rozmarzony (szkoda, że nie częsty) śpiew Daniela Cavanagh, taki mocno pod Davida Gilmoura. Niezwykła panuje tutaj atmosfera napięcia, która z ugładzonego spokojem terytorium, przechodzi do eksplozji lamentu. Super! To przy takich utworach ciarki przyjemnie biegają pod skórą.
Jest tutaj (przynajmniej) jeszcze jeden niesamowity utwór "The Beginning And The End", z padającymi w końcówce słowami: "cisza, to klucz do pamięci". Anathema staje się wypadkową Pink Floyd, Tiamat, a nawet The Moody Blues. Posłuchajcie z jakim napięciem i uczuciem gra na pianinie Daniel Cavanagh.
Tak, tak, posłuchajcie tej płyty, i poszukajcie na niej muzyki dla siebie. Być może odkryjecie tu rzeczy jeszcze piękniejsze, niż ja.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

MORTEN HARKET - "Out Of My Hands" - (2012) -

MORTEN HARKET - "Out Of My Hands" - (Compass Point / ISLAND / UNIVERSAL) -  ***1/2



Norwegowie z A-HA oficjalnie zakończyli działalność wraz z albumem "Foot Of The Mountain" (2009), a także ze światową trasą koncertową, która także dotarła do Polski. Szkoda tylko, że piękną łódzką arenę, tamtego wieczoru, publiczność wypełniła ledwie w połowie (choć i tak było ok.7 tys.ludzi).
Zanim panowie zejdą się ponownie za lat ileś, teraz realizują własne solowe projekty. Wokalista Morten Harket wydał właśnie kolekcję dziesięciu piosenek, w realizacji której pomogło mu sporo skandynawskich kolegów, pomimo iż i tak trzonem pozostaje niezmordowany Brytyjczyk Steve Osborne, który pomagał przecież A-HA także podczas pracy nad ich ostatnim albumem, a i ponadto nad wydanym po nim singlu "Butterfly, Butterfly (The Last Hurrah)". Osborne może pochwalić się wieloma produkcjami, jak choćby u New Order (płyta "Get Ready") czy Starsailor (m.in. debiutancki album "Love Is Here"). Tutaj u boku Mortena Harketa bywa alfą i omegą, grając na instr.klawiszowych, basie, gitarze, przy okazji jeszcze zajmując się programowaniem wielu brzmień.
Ta niespełna 40-minutowa płyta jawi się przeważnie piosenkami sentymentalnymi, nowocześnie opracowanymi, często nawet na rytmy taneczne, które to nawet nie bardzo różnią się od ostatnich produkcji A-HA. Wielu z tych nagrań nieco szkoda na płytę podpisaną przez osamotnionego Harketa, ponieważ nie wszyscy sympatycy norweskiego trio, się o nich dowiedzą.
Płytę promuje ,jako singiel, otwierający całość "Scared Of Heights". Ładna to piosenka, ze szczególnie poruszającym refrenem, takim w stylu "I've Been Losing You". Ale są tu piosenki jeszcze ładniejsze, za którymi będę trzymać kciuki, by udało się je wylansować. Jedną z nich jest nieco radośnie brzmiąca, lecz traktująca o gasnącej miłości "I'm The One". Jeszcze ładniejszą melodią może pochwalić się "Burn Money Burn". A to niespodzianka, myślę sobie po jej wysłuchaniu, przecież to przeróbka kompozycji "Karleken Vantar", z mojej ukochanej płyty KENT - "Vapen & Ammunition" (2002).  Brawo Panie Morten!
Ale to nie koniec niespodzianek, otóż jest jeszcze tutaj taka zgrabna melancholijna pieśń "Listening", którą to Morten Harket zaśpiewał w towarzystwie Neila Tennanta z Pet Shop Boys. To taka piosenka do tańca z Nią, gdy wszyscy już sobie poszli, świeca pomału dogasa, a wiatr rozkołysuje firanę przy otwartych balkonowych drzwiach.
Jak na dobre dzieło przystało, piosenka finałowa, wbija się w człowieka na dobre. Tytułowa "Out Of My Hands", to niezwykłej urody ballada, którą gdyby podpisać nazwą A-HA, byłaby przebojem na wieki wieków. Może jednak i dobrze, że skarby nie są na wyciągnięcie ręki, gdyż dotarcie do nich samemu, cieszy jakby bardziej. Morten Harket śpiewa tutaj z takim żalem i utęsknieniem, jak choćby w "Living A Boy's Adventure Tale" lub "Hunting High And Low". A przygrywające mu sentymentalne pianino, po prostu porusza.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

sobota, 12 maja 2012

MANZAREK-ROGERS BAND, 12.05.2012, Poznań, "Eskulap". Już po koncercie. Jak było?




Nie byłem jeszcze nigdy na takim koncercie, pomimo iż kilka różnych bluesowych w życiu mi się przydarzyło. Ale po kolei.
Troszkę się z kolegą Piotrkiem zdziwiliśmy, że koncert musiał odbyć się na ciaśniutkim pięterku, czyli na małej scenie, i tak ze trzy razy mniejszej widowni od tej na ewentualnym parterze. Zatem na oko, przyszło nie mniej niż dwieście osób, ale nie więcej niż trzysta. Przyznam ze wstydem, że na rozgrzewającym supporcie Werbińska & Pawlina, siedzieliśmy sobie z kolegą w zacisznym i zaułkowym pomieszczeniu, z wygodnymi fotelami, i popijaliśmy piwko, a dochodząca muzyczka ze sceny stanowiła tylko miłe tło do naszych pogawędek o różnorakich przyziemnościach życiowych. Ładnie bluesował ze sceny ten mieszany duet, jednak stare kości i mięśnie, oszczędzaliśmy sobie na Gwiazdę Wieczoru. A tę zapowiedział konferansjer Pan Jan Chojnacki. Po czym zszedł ze sceny, przeszedł przez widownię i udał się na dół po zespół, który miał zamiar osobiście po niedługiej chwili przyprowadzić na scenę. Jako, że stałem blisko schodów i jedynego możliwego wejścia , Panowie Manzarek, Rogers i Spółka, dosłownie przeszli obok mnie, pozostawiając po sobie pęd powietrza, który przyjemnie rozchlastał się na mym ciele. Lud utworzył korytarz prowadzący muzyków do sceny, niczym czerwony chodnik pod stopy Królowej. Po ładnym przywitaniu się, rozpoczęli z przytupem grać energicznego bluesa. Roy Rogers na przemian grał akordy i solówki na gitarze. Raz na dwugryfowej, a innymi razy na pojedynczej. Perkusista trzymał rytm i walił w bębny co tchu. Basista świetnie się bawił, napędzając przy okazji motorykę całego bandu. No, a Manzarek bawił się pięknymi przeplatankami po czarno-białej klawiaturze. Grając jak zwykle delikatnie, niemal Chopinowsko, a co najważniejsze i najpiękniejsze zarazem, to z tym "swoim" niepowtarzalnym brzmieniem, którego nikt na świecie nigdy nie podrobi. Po prostu cudownie! Właśnie na tę jego grę, i "to" brzmienie, przeszedłem się głównie na ten koncert, a dodatkowo zaskoczyła mnie cała drużyna Raya Manzarka. Ci panowie rozumieją się przy każdym akordzie, podczas każdej tonacji, każdym wymienionym spojrzeniu, lub nawet przy totalnych odlotach, do których kilka razy doszło. Zresztą gawędziarski Manzarek bardzo był zainteresowany pytając przy okazji publiczność o swoje grzeszki z przeszłości. Można było podnieść rękę i przyznać się czym się niejednokrotnie wspomagaliśmy. Także, było wesoło.
To nie był koncert The Doors, co szybko wytłumaczył Manzarek pewnemu wyrywnemu słuchaczowi, który upomniał się w pewnej chwili o "Light My Fire". Chociaż Artysta na szczęście nie dotrzymał słowa i dwa razy się złamał. Mianowicie, podczas tego energetycznego (non stop!) koncertu, znalazł chwilę na refleksyjną wersję "Crystal Ship", którą zagrał na pianinie zupełnie sam. Ze światłami rzuconymi tylko na jego twarz, podczas, gdy jego kompani na scenie, w skupieniu i ciszy przysłuchiwali się jego grze, wraz z publicznością. No, a ten drugi Doors'owaty fragment, muzycy pozostawili na deser. Czyli na jedyny bis. A było to "Riders On The Storm", które chyba Manzarek zadedykował Jimowi Morrisonowi. Piszę "chyba", gdyż nie dosłyszałem słów Manzarka, albowiem zagłuszyły mi to troszkę oklaski w połączeniu z dobiegającymi okrzykami fanów, w stylu "uuuuu!" lub "łał", czy tym podobnie. Ta kapitalna kompozycja miała dwa oblicza, część w dawnym klimacie The Doors, oraz taką żywiołowo bluesową, na jaką to nutę zresztą został przyprawiony cały ten fantastyczny koncert.
Warto dodać jeszcze, że Ray Manzarek wspomniał o swoich Polskich korzeniach, co nie wywołało wielkiego szoku wśród zgromadzonych, albowiem nie było chyba na sali fana Manzarka, który by tego jeszcze nie wiedział. Ale zasłużony aplauz powędrował mimo wszystko z widowni ku scenie.
Niestety, nie można było kupić sobie płyty z nagraniami zespołu Manzarek-Rogers Band, bo jak to dowcipnie Pan Jan Chojnacki przedstawił, a raczej skomentował, muzycy nie wiedzieli jak przewieźć płyty przez Ocean do Polski. Wypada żałować, że band nie skonsultował się z przedstawicielami Ludu Polskiego, który to Lud przez kilkadziesiąt lat życia w kryzysie, radził sobie przecież z nie tak błahymi problemami.
Na koniec, pozwolę sobie podziękować Krzyśkowi Ranusowi za jego bilet, który wręczał mi serdecznie, aczkolwiek z widocznym bólem serca. Jako, że musiał tak uczynić, pozwolę sobie z tego miejsca złożyć mu kondolencje, a z drugiej strony przy okazji życzyć Dużo Szczęścia Jego Córce na Nowej Drodze Życia!
Z szacunkiem - Andrzej M.

P.S. Ach, no i te po koncertowe świerszcze w uszach. Przez co najmniej dwa najbliższe dni.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

TYKETTO - "Dig In Deep" - (2012) -

TYKETTO - "Dig In Deep" - (FRONTIERS RECORDS) -



Przed laty będąc w Berlinie na koncercie grupy Asia (jeszcze z Johnem Paynem w składzie), niewiele brakowało, a posłuchałbym na żywo Danny'ego Vaughna - lidera Tyketto. Muzyk ten miał wystąpić jako support, ale niestety odwołał wówczas sporą część trasy, bez podania powodu.
Danny Vaughan, ani jego Tyketto, nigdy nie byli u nas znani, choć w kilku zachodnich krajach Europy udało im się zdobyć w latach 90-tych niemałą popularność. Czyli w okresie największego rozkwitu ich muzyki. Polska zawsze była jakoś głucha na amerykańskie zespoły AOR'owe. Dziwne to, wszak mieszka u nas spora przecież rzesza wyznawców rock'n'rolla, która to paradoksalnie zamknięta jest właśnie na typową rock'n'rollowość. No, może do owego r'n'rolla należy dodać tutaj jeszcze niewielką domieszkę country/folk & bluesa.
Jest to muzyka oparta na mocnych gitarowych akordach, krótkich lecz finezyjnych solówkach, o często surowym brzmieniu, oraz ciekawych, aczkolwiek nieprzesłodzonych melodiach. Tak właśnie grają Tyketto. Niczego nie zmieniając zresztą od lat. Nagrywając także i teraz bardzo udaną płytę, według tej samej receptury co ich najlepsze albumy "Don't Come Easy" ('91) czy "Strength In Numbers" ('94).
Grupa reaktywowała się przed bodaj trzema lub czterema laty, od razu biorąc się ostro do roboty. Najpierw muzycy objechali sporo stęsknionych za sobą miejsc na globie, a nieco później zabrali się za komponowanie nowego materiału, którego owoc w postaci 11 kompozycji, mamy oto właśnie przed sobą. Już pierwsze trzy utwory: "Faithless", "Love To Love" oraz "Here's Hoping It Hurts", idealnie nadają się na playlisty country/blues/rockowych stacji radiowych. Stanowią pomost pomiędzy ładnymi melodiami a'la Bon Jovi a folkowymi wpływami Eagles, Poco, Toma Petty'ego, a czasem nawet i Johna Mellencampa. W dalszej części płyty także nie brakuje ładnych piosenek, że szczególnie polecę dwie ballady, tj. nieco żywszą "Battle Lines" oraz natchnioną i finalizującą całość, akustyczną "This Is How We Say Goodbye", z towarzyszącym pianinem i skrzypcami.
Album ujmuje prostotą i autentycznością. Nie ma tutaj żadnych na siłę ubarwiających fajerwerków. Najczęściej rządzi silny głos Danny'ego Vaughna, dwie gitary, bas, perkusja oraz fajne okazjonalne i zespołowe chórki.
Szkoda tylko, że pisząc powyższe słowa o tej płycie, świadom jestem, że tą naprawdę niezłą grupą zainteresuje się u nas najprawdopodobniej jakaś garstka prawdziwych entuzjastów rocka.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl