środa, 30 listopada 2011

Prezent na moje imieniny, czyli kumpelski wkręt na miarę reżyserskiej szkoły Juliusza Machulskiego

Przyszła pora podsumować wyjątkowy dzień. Miły, bo imieninowo-Andrzejkowy. Jestem z tego pokolenia, dla którego ważniejsze i fajniejsze są imieniny od urodzin. A święta Helloween czy Walentynki nie leżą w moim sercu, bo za moich młodych lat po prostu nie funkcjonowały. A że po upadku PRL przywędrowało do nas mnóstwo różnych takich, czy to z Ameryki czy to z innej ziemi, to niech już zostaną skoro muszą, ale swą rangą ważności mnie już nie dotkną. Dlatego, imieniny są dla mnie najmilsze i najpiękniejsze zarazem. Za szczenięcych lat było na domowych imprezach (dzisiejszych domówkach - Boże, co za obciachowa nazwa!!!) lanie wosku, szyszki robione z ryżu preparowanego w czekoladzie i dziesiątki innych atrakcji. Od lat już niemożliwych do powtórzenia, z racji zmian obyczajowych, pędu życia, itd... Ale tradycja imieninowa wśród moich rówieśników (i nie tylko) pozostała. Tak przy okazji, muszę się pochwalić, ku smutkowi zazdrośników, a uciesze mi przychylnych, otóż takiej ilości telefonów i sms-ów (a także troszkę maili) z życzeniami, nie dostałem chyba nigdy. I chciałem w tym miejscu Wam wszystkim Najmilsi podziękować !!! 
Poniżej jednak chciałbym opisać pewne zdarzenie jakie mnie dzisiaj spotkało ze strony moich genialnych kumpli. Ku przestrodze zbytniej pewności siebie. To zdarzenie to istny wkręt, który mógłby posłużyć jako ciekawy scenariusz dla jakiegoś autora, nieposiadającego akurat żadnej twórczej weny. Pomyślałem, że muszę to dzisiaj opisać, bowiem za kilka miesięcy sporo zatrze moja starzejąca się pamięć, no a za lat kilka, już w ogóle nie będę tego pamiętać.
No to lećmy po kolei, pisałem Wam już kilka razy o moich dwóch (i nie jedynych) grupach Super Kumpli. Jedna grupa, to Sebcia i Tomek (młodsi ode mnie o jakieś 15 lat), a druga grupa, to Peter i Przemko (starsi o 3 lata). Podałem celowo nasze różnice wieku, aby podkreślić, iż pomimo tychże, nie dzieli nas nic. Sebcia (częsty inicjator koncertów i tego typu zdarzeń) wraz z Tomkiem już mnie wielokrotnie zabierali na koncerty, choćby ostatnio na Heather Novą do Warszawy, czy na przykład kilka miesięcy wcześniej na Joe Cockera, a także na Smokie, Sweet, Slade,.... Przy czym na Heather Novą (co jest ważne dla całego tego tekstu) chłopaki zamówili bilety w Eventim, i nie mówiąc mi nic a nic, pewnego dnia zaskoczyli przybyłym kurierem, który poprosił o podpis przy ich doręczeniu, pozostawiając kopertę z trzema biletami. Zdarzenie to już wcześniej (kilka tygodni temu) opisywałem, także podarujmy sobie teraz wszelkie szczegóły. Z kolei druga grupa, Peter i Przemko, to także entuzjaści muzyki, którzy szczególnie w ostatnich 2-3 latach zupełnie zbzikowali na punkcie chodzenia (jeżdżenia także) ze mną na koncerty. Z pewnych dziwnych powodów, obie te grupy moich kumpli (a ja biedny w środku) coś nie mogą się ze sobą zgrać, abyśmy bywali wszędzie razem, tak więc (i tu sobie nie chcę wlewać) walczą o mnie, na zasadzie, która ekipa prędzej kupi bilety, ta ze mną pójdzie na koncert. Troszkę mi głupio, ale postanowiłem ich na siebie nie napuszczać, nie kłócić, nie godzić i nie zachwalać. Niech los sam wszystkim kieruje. Kiedy Peterowi i Przemkowi oznajmiłem , że pojadę z Sebcią i Tomkiem na Heather Novą, widziałem, że zrobiło im się przykro, bo też by chcieli, ale postanowili się nie narzucać i odpuścili sobie całą tę imprezę. Jednak niedawno temu podczas jakiegoś wspólnego spotkania, szepnąłem im o nadchodzącym w styczniu koncercie grupy The Australian Pink Floyd Show, która to grupa imituje stare koncerty Pink Floyd. Zresztą, nie o samej muzyce tym razem. Chłopaki przyjęli to co im powiedziałem, i tyle. I nastąpiła cisza. I oto dzisiaj moje imieniny, i co zatem nastąpiło?. Wywiązała się łamigłówka, niczym ze starych poczciwych filmów, w których mieszały się sploty dziwnych wydarzeń. Przychodzi do mnie do roboty Tomek. Pomyślałem sobie, no tak, Tomek zawsze pamięta o moich imieninach czy urodzinach, a ja o jego raczej nigdy.  Masłowski, ty cholerny egoisto!  Ale nic, Tomek stoi, gada sobie ze mną, trochę słucha muzyki, itd..., lecz życzeń nie składa. Po czym ogłasza, że już musi iść, bo strefa parkingowa mu się kończy. Cholerka, niesamowite, pierwszy raz zapomniał! Nie ma problemu, nic się przecież nie stało. Dzień brnie dalej, Sebcia też coś sms-a nie pisze, ale ok., przecież to nie pierwszy raz, a ja taki sam, nie lepszy. Aż przychodzi pomału wczesny wieczór, zaczynam szykować się do końca roboty i tylko czekam na Petera i Przemka, którzy wiem, że mają mnie porwać dziś wieczorem na imieninowego restauracyjnego Chińczyka przy ul. Fredry. W pewnej chwili wchodzi facet kurier, taki kurier rowerowy, który podsuwa mi pod nos i prosi o pokwitowanie odbioru koperty, zaadresowanej na moje nazwisko, lecz bez adresu firmy, a także i bez nazwiska nadawcy. Dziwne! Jeszcze gość nie wyszedł, rozdzieram kopertę, a w jej środku trzy bilety na Australian Pink Floyd Show.  Wow!!! Podskoczyłem do góry.  W środku do biletów załączona została jeszcze karteczka , z logo pewnej stacji radiowej, w której pracuje Sebcia, a na niej tekst: "oto trzy bilety na fajny koncert, myślimy, że będzie się podobał. Dlatego trzy, byś mógł zabrać ze sobą swoich koncertowych kolegów :-)  P.S. To jest twój prezent imieninowy od nas". Chwyciłem za komórkę i napisałem jeden tekst, który wysłałem zarówno do Sebci, jak i do Tomka: "dzięki piękne! Cieszę się, to wspaniały prezent. Oczywiście, że zabiorę Was na ten koncert!". Na co po chwili od obu dżentelmenów przychodzą słowa zdziwienia. "O co chodzi?" , i tym podobne... Pomyślałem, że chłopaki się zgrywają, więc podziękowałem raz jeszcze i zakończyłem sprawę. Sebcia jednak po niedługiej chwili napisał coś (nie pamiętam już dokładnie) , co utwierdziło mnie w przekonaniu, że zapewne on jednak załatwił te bilety, ale nie mówiąc nic Tomkowi, wysłał mi je, nie spodziewając się, że ja napiszę do Tomka szybciej podziękowanie, niż on sam mu o tych biletach powie. Chwilę później przyjeżdżają po mnie Peter i Przemko, aby zabrać do umówionego Chińczyka, dorzucając w takim pospieszku kilka słów: "no, masełek, zbieraj się , pakuj i jedziemy na żarełko". Po czym Peter jeszcze dodatkowo zapytuje: "a co dostałeś dzisiaj na imieniny?" No to pokazuję butelkę wina, płytę, po czym dodaję: "chłopaki, głupio mi, ale znowu idę na koncert bez was, jednak cholernie się cieszę, bo Sebcia z Tomkiem zrobili mi frajdę", i uzupełniam: "teraz wiem, dlaczego Tomek milczał, Seba się nie odzywał, bo chcieli mi zrobić niespodziankę jak zwykle, i zrobili !!!". Aby Peterowi i Przemkowi nie było smutno, powiedziałem po chwili: "kupcie sobie szybko bilety i chodźcie z nami. Bardzo bym chciał, abyście także tam byli". A oni nic , cisza. Zamurowani, jacyś tacy posmutniali. Urwali temat, po czy wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy do Chińczyka. Kiedy już stół się zastawił, a raczej pomału zaczął pustoszeć, powrócił temat koncertu. Chłopaki w pewnej chwili z pełną już powagą oznajmili mi, że to oni kupili te bilety. Zareagowałem śmiechem i niedowierzaniem, zapytując automatycznie: "a skąd mieliście papier firmowy tego radia?". No cóż, nie było to trudne, jako fachowcy od reklamy, akurat robili zlecenie do tego radia, a więc na potrzebę chwili pięknie wszystko wyreżyserowali. Po czym dodali: "widzisz masełku, nie zawsze jest tak, jak ci się wydaje, że być musi i czego jesteś tak bardzo pewien. Sam sobie wmówiłeś, że to muszą być oni, bo zmyliło cię tylko to znane logo, i nie wziąłeś już innej ewentualności pod uwagę". Zamurowało mnie. Odjęło mi mowę. Wkręcili mnie, ale i dali także do myślenia na przyszłość. Ciekawe czy mój ukochany Columbo wpadł by na to? Mnie widać do Mistrza daleko. Niemniej, pięknie mnie urządzili, za co ze wstydem składam mimo wszystko wielkie dzięki "obu parom darczyńców". I tym de facto, jak i tym, którym niewiele zabrakło, by nimi się stali.


P.S. Tylko dodam, że napisałem o tym, bowiem cała sytuacja jest zabawna. Nie chcę być źle odebranym, że podmawiam się o prezenty, ze w ten sposób wartościuję ludzi, czy coś w tym ohydnym stylu... Liczę, że tak nie pomyśleliście, a jeśli tak, to będę się mocno zastanawiać nad każdym słowem zapisanym w przyszłości.
Dopisałem tych kilka słów 2 grudnia, bo jeden z naszych czytelników zasugerował, że tak można by pomyśleć o tym co napisałem. Kurcze, a mnie to nawet do głowy nie przyszło. Ożesz ty Polska mentalności...Bliskich mi ludzi cenię sobie ponad wszelkie skarby materialne. I tyle! Acha, i niczego w moich oczach nie tracą jeśli zapomną o mnie w dniu imienin czy urodzin.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

wtorek, 29 listopada 2011

MAGNUM - "Evolution" - (2011) -

MAGNUM - "Evolution" - (STEAMHAMMER) -   
***1/2



Niby to kompilacja, a jednak nowa płyta. Pomimo, iż nowych kompozycji znalazły się tutaj raptem dwie. Grupa już wydała na początku 2011 roku album "The Visitation", zawierający całkowicie premierowy materiał , całkiem niezły, choć skłamałbym rzucając zbyt wiele pochwalnych słów na jego temat. Przeleciał praktycznie cały rok, i kiedy już wielu z nas zabierało się z zamiarem jego podsumowania, raptem, niczym przelatująca zwierzyna przez drogę, wyrósł nam przed oczami kolejny album , opatrzony tym charakterystycznym logo zespołu. Wydawnictwo to ochrzczono tytułem "Evolution". Zawiera ono zestaw 12 nagrań , które pochodzą z okresu lat 2001-2011, a zarazem ostatnich 5 albumów grupy. Dla uściślenia tylko dodam, iż pierwszy z nich "Breath Of Life", co prawda ukazał się w 2002 roku, jednak utwory na niego powstawały już w roku go poprzedzającym, tak więc de facto można je datować na 2001 r. Wielkim skarbem "Evolution" są umieszczone na jego końcu dwa nowe i zarazem kapitalne nagrania: "The Fall" oraz "Do You Know Who You Are?". Ogromna to szkoda, że grupa nie dograła ich do zestawu "The Visitation". W moim przekonaniu, album ten ogólnie potężnie zyskałby na wartości. Rozumiem jednak, że muzycy woleli te klejnoty przetrzymać nieco, gdyż to właśnie dla nich, niejeden fan wyłoży co się należy, nawet z mocno nadwyrężonego portfela. Ale muzycy Magnum nie robią nikogo z nas w konia, bowiem zamiast beznamiętnego kolejnego zestawu typu "best of", grupa zaserwowała co prawda przeboje, ale poddała je zupełnie nowemu szlifowi. Dokładając nowe linie instrumentów (gitary, bas, perkusja, a także partie wokalne). Poza tym, większość z nich doczekała się także nowych miksów. Jedynie całkowicie nienaruszone pozostały dwie kompozycje, pochodzące z ostatniego dzieła "The Visitation". Kwestią gustu pozostanie jedynie wybór tych "najlepszych" nagrań z poszczególnych 5 albumów. A z każdego z nich wybrano ledwie tylko po dwa utwory. Uczciwie zaznaczę, że ostatni okres Magnum jest już nieco mniej interesujący. Najlepsze lata twórcze (a także i sukcesy) przypadają na okolice 1982-1991. Ale i w ostatnim czasie także udało się grupie nagrać fenomenalną płytę, jaką jest  "Princess Alice And The Broken Arrow" (2007). Płytę wręcz doskonałą, która także przy okazji mocno nawiązuje do najsłynniejszego ich dzieła "On A Storyteller's Night" (1985). Jakikolwiek utwór wyciągnięty z tej płyty okazałby się trafny.  Zatem otwierający tamto dzieło "When We Were Younger" ,jak i  "Out Of The Shadows" (uwielbiany na ostatnich koncertach), okazały się strzałem w dziesiątkę. Problemem jest dobór nagrań z ustępujących nieco poziomem pozostałych czterech płyt Magnum. Gdyby to ode mnie zależało, dużo bym w tym doborze nagrań pozmieniał. Ale to nie ja od tego tutaj jestem, tak więc przyjmuję ten spleciony zestaw, powiedzmy że hitów. Na pochwałę jego wydawcom (a raczej muzykom, gdyż to oni dobrali repertuar) należy się uznanie za dołożenie kapitalnej i tytułowej zarazem kompozycji "Brand New Morning" z 2004 r. , a także "All My Bridges" z niezłej płyty "Into The Valley Of The Moonking" z 2009 r. Wybór ten mimo wszystko dobrze reprezentuje twórczość Magnum, za dekady minionej, która w sumie była owocna, choć daleka od doskonałości. Może i dobrze jednak, że grupa nie splotła kompilacji doskonałej, gdyż ta zatuszowałaby nieco faktyczny obraz rzeczywistości. A tak , "Evolution" jest wspaniałym prezentem dla długoletnich sympatyków zespołu,  z tym, że nie polecałbym go początkującemu odbiorcy.  Ten lepiej niech najpierw chwyci za jakikolwiek album wydany w latach 80-tych, albo za pierwsze dwa z następnej dekady. Także pod każdym względem doskonałe.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

MECCA - "Undeniable" - (2011) -

 MECCA - "Undeniable" - (FRONTIERS RECORDS) -



Płyta, o której kilka słów poniżej, miała się ukazać wiele lat temu. Pamiętam jak kilka razy ją zapowiadano. Dziś już wiadomo, że "Undeniable" powstawała aż 6 lat. Dodam jeszcze, że debiutancki album tej amerykańskiej grupy, ukazał się jeszcze dawniej, bo w 2002 roku. Po drodze wiele się zmieniło, a właściwie to nawet wszystko. Poza liderem ,a zarazem głównym wokalistą Joe Vana'ą , mamy tutaj już całkowicie innych muzyków. Praktycznie do tej pory niespecjalnie znanych. Zastąpili oni między innymi Fergie'ego Frederiksena (ex-wokalistę Toto) czy pełniącego rolę producenta (przy okazji wybornego muzyka w Survivor) Jima Peterika. W zamian za to, Joe Vana zaprosił kilku zaprzyjaźnionych, ale i także niezwykle utytułowanych muzyków.  Sama Mecca rozrosła się do rozmiarów septetu, a jeszcze dodatkowo pojawili się tutaj: Tommy Denander (gitara, śpiew, kompozycje) - muzyk, który wspomagał dotąd w studio dziesiątki artystów, z Carlosem Santaną, Michaelem Jacksonem czy grupą Toto na czele. Poza nim, pojawiły się na tej płycie w roli gości jeszcze dwa inne cenne nazwiska : Tony Levin - basista znany z King Crimson czy jako grający u boku Petera Gabriela, natomiast tym drugim jest Pat Mastelotto, perkusista znany w ostatnich latach z King Crimson, ale pierwsze poważne sukcesy odnosił przecież w grupie Mr. Mister, która to grupa wydała na świat słynne "Kyrie", "Broken Wings" i kilka innych przebojów, choć może już nie tak wielkiego kalibru
Mecca, to grupa, która nie tworzy jakiejś odkrywczej muzyki, ale na pewno gra porywająco i przyjemnie dla ucha. Jest to taki rodzaj eleganckiego rocka, z całą mnogością instrumentów, interesujących brzmień czy ciekawych aranżacji.  Można tę płytę śmiało polecić entuzjastom wykonawców takich jak: Toto, Mr.Mister czy choćby późne Chicago.
Album rozpoczyna się bardzo efektownie, bowiem trzy pierwsze kompozycje "Perfect World", "Closing Time" oraz "Ten Lifetimes", posiadają poza świetnymi melodiami, całą masę wysmakowanych zagrywek i popisów, jednak bez popadania w jakąś nieznośną przesadę. To znaczy, że tu czy ówdzie, ładnie wyeksponuje się gitary, tam trzy grosze dorzuci swoje bas, a jeszcze gdzieś tam subtelnie przemknie pianino czy coś w tym rodzaju. Szyk i elegancja, jednymi słowy.  Środek płyty może poszczycić się ciekawą grą muzyków, pomysłowością czy brzmieniem, choć melodie jakoś specjalnie nie porywają. Za to, pod koniec albumu, pojawiają się ponownie trzy piękne utwory, które przyklejone do siebie cieszą jakby mocniej i na dłużej. Są nimi: "Deceptive Cadence", "W2W" oraz tytułowy "Undeniable". Niech nie oznacza to mimo wszystko, że pozostałych pięć utworów jakoś drastycznie od tych przeze mnie wyróżnionych, odstaje. Absolutnie jestem przekonany, że znajdą się entuzjaści tego fajnego albumu, którzy chętnie by wdali się ze mną w polemikę. Niemniej, w ogóle warto dać szansę tej grupie i jej przyklasnąć, bowiem już dzisiaj mało kto tak gra. W takim stylu i z taką klasą.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

poniedziałek, 28 listopada 2011

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 27 listopada 2011 - Radio "Afera" Poznań 98,6 FM

"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 27 listopada 2011
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl




NIGHT MISTRESS - "The Back Of Beyond" - (2011) -
- Leaves Of September


AXEL RUDI PELL - "The Ballads IV" - (2011) -
- Where The Wild Waters Flow
- Hallelujah


SCORPIONS - "Comeblack" - (2011) -
- No One Like You


MEGADETH - "TH1RT3EN" - (2011) -
- Sudden Death
- 13


MAGNUM - "Evolution" - (2011) -
- The Fall - (new recording)
- Do You Know Who You Are? - (new recording)


BOB CATLEY - "The Tower" - (1998) -
- Dreams


MECCA - "Undeniable" - (2011) -
- Perfect World
- Closing Time
- Ten Lifetimes


ROKO - "Open Invitation" - (1992) -
- Heaven
- Is It love
- Wine Or Water
- All Your Love
- Watch Me


STYX - "Regeneration" - Volume I & II  - (2011) -
- Queen Of Spades


KIM WILDE - "Snapshots" - (2011) -
- Wonderful Life


MARC ALMOND - "Treasure Box" - (1995) -
- The Stars We Are - (full lenght mix) - a previously unreleased extended version of the album title track


MARC ALMOND - "The Stars We Are" - (1988) -
- Only The Moment
- Your Kisses Burn
- Somethings Gotten Hold Of My Heart - (featuring special guest star GENE PITNEY)
- The Sensualist


ICEHOUSE - "The Singles - A Sides ... and selected B Sides" - (1995) -
- Great Southern Land (1982)
- Hey Little Girl (1982)
- Street Cafe (1982)


PIETER NOOTEN - "Collected" - (2008) -
- London Requiem


THE ICICLE WORKS - "Blind" - (1988) -
- Stood Before Saint Peter


PATTI SMITH GROUP - "Easter" - (1978) -
- Privilege (Set Me Free)


THE CASSANDRA COMPLEX - "The War Against Sleep" - (1992) -
- Tell Me


NEW MODEL ARMY - "Strange Brotherhood" - (1998) -
- Wonderful Way To Go
- Queen Of My Heart
- Killing
- Lullaby


ECHO & THE BUNNYMEN - "Ocean Rain" - (1984) -
- Seven Seas




Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

niedziela, 27 listopada 2011

DOOGIE WHITE - "As Yet Untitled" - (2011) -

DOOGIE WHITE - "As Yet Untitled" - (METAL MIND PRODUCTIONS) -  *



Coś jest nie tak z tym Dougie'im White'em. Facet miał wielkie szczęście załapać się w połowie lat 90-tych do Rainbow, dowodzonego przez Ritchiego Blackmore'a (ex-Deep Purple), który to Blackmore na ostatnich nogach, co tchu próbował jeszcze coś z siebie wydobyć na elektrycznym gruncie ze swą gitarą. Szansę White wykorzystał i ten chlubny epizod ciągnie się za nim po dziś dzień. Tamten, najgorszy skład Rainbow, z Dougie'im w roli wokalisty, nagrał w miarę niezłą płytę "Stranger In Us All" (choć i tak najsłabszą jako Rainbow w ogóle). Cały tamten kwintet uległ wkrótce rozwiązaniu, a żaden z jego muzyków nie zdziałał niczego niesamowitego w przyszłości. Oczywiście poza Blackmore'em, który spadł jak zwykle na cztery łapy ze swym urokliwym renesansowym Blackmore's Night. Wracając jednak do nieszczęsnego (a może po prostu nieutalentowanego) White'a, cóż..., sprawa ma się tak, otóż muzyk ten posiada może i nie najgorszy głos, lecz gdy się go postawi obok tak wytrawnych i "charakterystycznych" gardeł rocka, jak: R.J.Dio, J.L.Turner, I.Gillan czy nawet G.Bonnet, to wypada wówczas bladziutko. Ale mógłby się jeszcze White obronić, na przykład gdyby posiadał choćby smykałkę do tworzenia ciekawych kompozycji, a i to nie zostało mu dane. Bo dobrać solidną ekipę muzyków, którzy należycie czadzą po garach lub piłują gitary, to jeszcze za mało. W muzyce musi być to coś. A tego czegoś White po prostu nie ma. To, że w przeszłości dało się posłuchać jego śpiewu w takim Cornerstone (naprawdę dobry zespół!) czy stanąć mu u boku gitarowego onanisty Y.Malmsteena, świadczy na plus o tamtych muzykach, którzy tak ciekawie rozpisali White'owi partie wokalne , że zakamuflowali jego niedostatki jako artysty. Podkreślam, artysty, a nie wokalisty! Dougie White, mimo to zdobył uznanie w bractwie hardrockowego zakonu i chętnie był zapraszany latami przez jego braci do gościnnego udziału w wielu rekolekcjach. Czego z reguły nigdy nie odmawiał. Tak wyrobiwszy sobie dobrą markę, postanowił teraz  samemu zaprosić gości do swojego dworu i zrealizować płytę.  A nazwiska przybyłych wręcz elektryzują, Neil Murray, Derek Sherinian, Tony Carey, nawet Patti Russo (chórzystka od Meat Loafa), i wielu innych...I co z tego, skoro kompozycje White'a (a jest ich dziesięć) poza nagromadzeniem decybeli, przynoszą w większości tylko pusty łomot. Rzecz jasna, gitary grają, perkusiści trzaskają co sił, i jeśli komuś to wystarczy, to bardzo proszę... Niestety pech w tym, że ja miałem przyjemność w swoim życiu poznać prawdziwe dzieła, typu: Rainbow "Rising", Black Sabbath "Heaven And Hell", Accept "Metal Heart" czy UFO "Phenomenon", dlatego coś takiego, jak ta beztytułowa płyta "As Yet Untitled", jawi się w moich uszach raczej jako "Unegged" (czyli, bezjajowa).  Przepraszam jeśli kogoś uraziłem, ale dawno nie słyszałem czegoś równie okropnego.
P.S. Poza nawiasem, aby dobić leżącego, dodam, iż w dużej mierze kładzie tę płytę na łopatki fatalna produkcja. Domyślam się, że niby wszystko miało być pod stare AC/DC, Krokus czy Rose Tattoo, bo tak też próbuję to nieudałoctwo wychwycić, a zabrzmiało jak to zazwyczaj bywa, jak produkcja z najtańszego komputera.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

piątek, 25 listopada 2011

KIM WILDE - "Snapshots" - (2011) -

KIM WILDE - "Snapshots" - (STARWATCH) - na Polskę MAGIC RECORDS / dystrybucja UNIVERSAL -   ***



Zawsze uwielbiałem tę dziewczynę. Nie tylko za te bujne blond włosy i ładną buzię, ale przede wszystkim za ten niezwykły głos. Taki nieco zakatarzony i bardzo romantyczny.  Kim Wilde była także w latach 80-tych jedną z nielicznych artystek, która oprócz swoistego wdzięku, potrafiła tworzyć piosenki na czasie, a przy okazji nie popaść w kicz. W tworzeniu tych pop-arcydziełek pomagali jej często, a może przede wszystkim, brat Ricky oraz ojciec Marty. To dzięki nim powstały takie cudeńka jak: "Love Blonde" , "View From A Bridge" czy "Cambodia" (te dwa ostatnie z rewelacyjnej płyty "Select" z 1982 roku). Choć moją ulubioną płytą do dzisiaj pozostaje "Close" (1988). Na niej właśnie Kim Wilde osiągnęła szczyt swoich artystycznych możliwości, gubiąc skórę romantycznej i zbuntowanej małolaty, za to stając się już kobietą dojrzałą i bardziej zmysłową. Szkoda, że wraz z nadejściem lat 90-tych zaczęła tracić na popularności. Myślę, że nawet niekoniecznie miała wpływ na to niższa forma jej nowszych kompozycji, co zupełnie inne zapotrzebowanie nowego pokolenia na piosenkę pop. Pop przeistoczył się w techno, albo kłujący po uszach dance. Artystka usunęła się w cień , porzucając wielkie sceny, choć przecież nie próżnowała. Jednak postanowiła zaatakować rynek płytowy dopiero po ponad dziesięciu latach, przypominając o sobie sympatycznym albumem "Never Say Never" (2006), na którym pojawiły się jej starsze i dobrze znane piosenki, lecz ubrane w nowe szaty, ale i także całkiem premierowe. Kim odniosła nawet niemały sukces, dochodząc do Top 10-tek i 20-tek w wielu krajach Europy.  Później sporo koncertowała, po czym urządziła sobie kilkuletnią przerwę, po której wprowadziła na rynek kolejny zestaw piosenek, tym razem już w pełni premierowych, a do tego jeszcze ciekawszych od tych z "Never Say Never". Płyta nazywała się "Come Out And Play", jednak nie odniosła już takiego sukcesu  jak poprzedniczka. Jedynie Niemcy docenili tak naprawdę Kim Wilde - nie po raz pierwszy zresztą. Od tamtej chwili upłynął mniej więcej rok, a piosenkarka przygotowała już kolejnego długograja. Płyta nazywa się "Snapshots", i zgodnie z tytułem, nasza urocza blondyneczka otoczona została na okładkowej galerii stadem własnych fotografii , najczęściej z dalekiej przeszłości. Nie jest to bynajmniej żadna składanka jej starych przebojów, a raczej podróż do krainy młodzieńczych fascynacji muzycznych , z której to muzyczna wędrówka brnie do czasów obecnych. Słowem, znajdziemy tutaj piosenki, które Kim Wilde tak bardzo lubi, iż postanowiła je zinterpretować po swojemu. W podstawowej wersji albumu (a taki tylko udało mi się zdobyć) piosenek jest czternaście. Całość rozpoczyna "It's Alright", z repertuaru popularnej niegdyś boysbandowej grupy East 17. To straszydełko w ustach Kim Wilde nabrało takich rumieńców, że stanę się chyba fanem tej kompozycji. Podobnie jest z "About You Now" , swoistym klejnotem w tym zbiorze, choć oryginalnie straszyły nią przecież czekoladowe Sugababes. To może dziwne, ale to co powinno mi się podobać nie robi na mnie specjalnego wrażenia ("In Between Days" - z rep. The Cure, czy "To France" - z rep. Mike'a Oldfielda), za to zaskakująco dobrze wypadły tutaj niektóre kompozycje , na które w ogóle bym nie stawiał, choć lubię je w oryginałach ("Sleeping Satellite" - z rep. Tasmin Archer, "Wonderful Life" - z rep. Black, "Beautiful Ones" - z rep. Suede). Te ostatnie trzy łatwo przecież można popsuć. Kim Wilde ich na szczęście nie uszkodziła, zabierając na dyskotekowe parkiety, choć do kryształowej kuli unoszącej się ponad tańczącymi , jeszcze daleko. Mimo wszystko, miło się słucha przeróbek hitów The Cars, Buzzcocks i kilku innych... , choć świadom jestem, że niektóre z tych piosenek w swojej oryginalnej formie stanowią dla wielu nienaruszalne dobro. Ciekawostką może być finałowa kompozycja "Kooks", z repertuaru Davida Bowiego, w której to pojawił się u boku Kim, jej mąż Hal Fowler. Inna sprawa, że ten utwór zdecydowanie wolę w oryginale.


1. IT'S ALRIGHT - z repertuaru EAST 17
2. IN BETWEEN DAYS - z repertuaru THE CURE
3. ABOUT YOU NOW - z repertuaru SUGABABES
4. SLEEPING SATELLITE - z repertuaru TASMIN ARCHER
5. TO FRANCE - z repertuaru MIKE OLDFIELD
6. A LITTLE RESPECT - z repertuaru ERASURE
7. REMEMBER ME - z repertuaru DIANA ROSS
8. ANYONE WHO HAD A HEART - z repertuaru CILLA BLACK
9. WONDERFUL LIFE - z repertuaru BLACK
10. THEY DON'T KNOW - z repertuaru TRACY ULLMAN
11. BEAUTIFUL ONES - z repertuaru SUEDE
12. JUST WHAT I NEEDED - z repertuaru THE CARS
13. EVER FALLEN IN LOVE (WITH SOMEONE YOU SHOULDN'T'VE) - z repertuaru BUZZCOCKS
14. KOOKS (duet with HAL FOWLER) - z repertuaru DAVID BOWIE


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

czwartek, 24 listopada 2011

TOMEK BEKSIŃSKI okiem NAWIEDZONEGO

26 listopada, czyli za dwa dni, nadejdzie 53 rocznica urodzin Tomka Beksińskiego. Zdaję sobie sprawę, iż większość jego sympatyków obchodzi raczej tę smutniejszą, rocznicę śmierci, która przypada na 24 dzień grudnia. W tym roku będzie to już 12 lat od tego wydarzenia. Trudno się pogodzić, pomimo upływu aż tylu lat. Myślę o Nim bardzo często, tak więc wszelkie rocznice nie są mi do tego jakoś specjalnie potrzebne , jednak dobrze jest pooglądać "wspólnie" Jego ulubione filmy, czy posłuchać muzyki, którą dzielił się z nami w swoich sobotnio-niedzielnych nocnych audycjach. Audycjach, które bardzo lubiłem. I nie ukrywam, że głównie z uwagi na ciekawą osobowość Tomka, że tak pozwolę Go sobie nazywać, w ogóle warto było posiadać radioodbiornik. Powiedziałem Tomka, bo z takimi ludźmi bywa się po imieniu. Zresztą sam Tomek o tym wspomniał w jednej ze swoich audycji.
Miałem z Nim jednak swoją małą znajomość, o której pragnę napisać.
Było to w 1993 lub 1994 roku. Nie pamiętam już dokładnie. Na pewno nie wcześniej, nie później. Pewnego dnia pojechaliśmy z moim kolegą do Warszawy. Głównie w celach biznesowych. Trudno być w Stolicy i nie pobiegać jednak po sklepach z płytami. A pokus wiele. Zawsze bardzo lubiłem odwiedzać sklep Megadisc na Nowym Świecie. Specyficzne miejsce, w którym czas zatrzymał się w latach siedemdziesiątych. Gdzie pięknie mieszały się ze sobą okładki płyt Indian Summer, Steel Mill, Aardvark i dziesiątek innych, najczęściej zapomnianych , bądź nigdy nie odkrytych zespołów. Przy jednej z takich wizyt serce zabiło mi nieco mocniej. Otóż, w tamtym czasie przez moment Pan Jacek Leśniewski, miał ten sklep podzielony na dwie części. Po prawej był dział CD, a na lewo wchodziło się do winyli. Postanowiliśmy z kolegą pobuszować wśród czarnych płyt. Za naszymi plecami stał sobie stoliczek i dwa krzesełka, a przy nim siedziało dwóch panów, wspomniany Jacek Leśniewski oraz pewien dżentelmen w ciemnym jakby prochowcu i szczupłej sylwetce. W każdym razie, jego twarz nie mówiła mi nic, albowiem do tego dnia mówić raczej nie mogła. Panowie ze sobą rozmawiali, a raczej ubijali interes. To znaczy, Pan Leśniewski (właściciel Megadiscu) przyjmował do komisu winyle od tajemniczego gościa w prochowcu. W pewnym momencie, w trakcie wertowania przez nas (mój kolega i ja) winyli, dobiegł do mnie znajomy głos. Pomyślałem, cholera, to niemożliwe, to Beksiu !!! A tak Go sobie wówczas nazywałem. Serce mi zamarło z wrażenia, nogi skamieniały, no i ciarki przebiegły po całym ciele. Po chwili kolega podszedł do mnie i szepnął do ucha: "Beksiu", na co mu błyskawicznie odszepnąłem: "wiem". Chciałem zagadać mojego Mistrza, lecz nie miałem odwagi. Odezwały się, wrodzona nieśmiałość i tchórzostwo. Na szczęście, kolega nie pytając mnie o nic, rzucił raptem: "przepraszam, czy Pan Tomasz Belksiński?" , na co zapytany powstał niczym wywołany na wojskowym apelu, stanął na baczność, i odpowiedział: "tak, proszę...". Ulżyło mi. Pierwsze lody stopniały. Można było zacząć rozmawiać. Kolega rzucił kilkoma nazwami, które pokochał dzięki "Romantykom Muzyki Rockowej" i wciągnęliśmy Beksia do krótkiej rozmowy. Już nawet nie jestem w stanie dokładnie jej zrelacjonować, gdyż samo to spotkanie z moim Guru dostarczyło tylu wrażeń, że treść rozmowy nie miała w tym momencie przecież większego znaczenia. Pamiętam tylko, że poruszyłem temat uwielbianej przeze mnie płyty Marillion "Holidays in Eden". Szybko postanowiłem po chwili się z niego wycofać, gdy zobaczyłem wzrok Tomka Beksińskiego, który mnie wręcz zabijał. Po tej krótkiej rozmowie panowie Tomek i Jacek powrócili do wyceny winyli, przyniesionych przez Tomka Nosferatu Beksińskiego. Zauważyłem, że pan Jacek nakleja na okładki tych płyt takie pęcherzykowe plasterki (łatwo odlepialne), na których obok ceny dopisywał kod T.B. (czyli Tomasz Beksiński). W tym momencie pan Jacek brał właśnie do ręki 7-calowego singla Davida Sylviana, a chwilę później longplaya Johna Foxxa "Metamatic". Pomyślałem, teraz albo nigdy, i zapytałem: "przepraszam czy ta płyta Johna Foxxa jest na sprzedaż?", "tak"-odpowiedział pan Jacek. Dorzuciłem: "biorę!" I mam ją do dziś. Są na niej odciski całej naszej trójki. Dla mnie to skarb. Ale jak losy późniejsze pokazały, i mnie było dane podarować pewien skarb Tomkowi Beksińskiemu osobiście, a także mieć maluśki wkład w fascynację Nosferatu zespołem Tiamat, i czymś jeszcze.
Strasznie dużo by tu pisać. Postaram się najkrócej jak potrafię, by nie zanudzać.
A było to tak. W tym właśnie okresie nawiązałem kontakt z nieistniejącą już dziś krakowską firmą "Art Rock". Prowadziło ją chyba małżeństwo , ale głowy nie daję, choć w tamtym czasie wisiałem często z tymi ludźmi na kablu. Kupowałem u nich płyty, a także ucinałem sobie pogawędki o muzyce, i nie tylko. Bowiem także często gaworzyliśmy sobie o Tomku Beksinskim, którego Oni dobrze znali i także bardzo lubili. Częstokroć załatwiając mu płyty , choćby takich zespołów jak Chandelier, Final Conflict, Men Of Lake i wielu innych, którymi Nosferatu dzielił się w radio, dziękując zresztą tym ludziom przy każdej okazji. Pewnego razu zapytałem (chyba?) pana Roberta, czy nie ma może numeru telefonu do Beksia. Odpowiedział, że ma i mi go da, ale mam go nie wsypać, bo się wszystkiego wyprze. Sprawa załatwiona. I gdyby Tomek Beksiński żył, to do dzisiaj bym tych słów tutaj nie napisał. Ale lećmy dalej. Przez bardzo długi czas bałem się zadzwonić do domu mojego Mistrzunia. Wyobrażałem sobie, że mnie opierdzieli za wchodzenie w jego nienaruszalną prywatność, i tak dalej ...  Miałem również świadomość, iż Beksiu inaczej funkcjonuje niż przeciętny człowiek, tak więc musiałem tak wszystko wyliczyć, by trafić idealnie, to znaczy, aby Go nie obudzić, nie przeszkodzić w śniadaniu, kąpieli, słuchaniu muzyki, bądź tłumaczeniu list dialogowych do jakiegoś nowego filmu. I przyszedł taki moment, w którym coś mi podpowiedziało "dzwoń, teraz!". Chwyciłem za słuchawkę, wybrałem numer, a po chwili odezwał się Ten Głos. "Dzień dobry, przedstawię się, nazywam się...., jestem...., czy ma Pan chwilkę czasu, czy możemy porozmawiać, czy na pewno nie przeszkadzam?". No i wpadliśmy w wir rozmowy z Panem Tomaszem, bo na "ty" nie byliśmy, choć byłby to przecież mój najlepszy kumpel. W pewnym momencie zapytał mnie: "a skąd ma pan mój numer telefonu?", odpowiedziałem zgodnie z prawdą: "proszę nie myśleć o mnie źle, ale obiecałem tej pewnej osobie, że jej nie wsypię". Uśmiechnął się i dodał "rozumiem, jasna sprawa". Rozmawialiśmy o radio, o muzycznych fascynacjach jego i moich,...Mnie gadało się fantastycznie i cholernie miło, zresztą Beksiu był po prostu piekielnie miłym człowiekiem. Mógł mi nawrzucać, że mu się wpieprzam nieproszony z brudnymi buciorami do jego życia, a On gdyby mógł, to by zapewne butelczynę odkorkował. Zaproponowałem Beksiowi  w pewnym momencie, podarowanie płyty zupełnie nieznanej grupy LOVE CLUB. Miałem tej płyty (amerykańskie tłoczenie CD) chyba ze dwadzieścia egzemplarzy i wszystkie z nich wcześniej przehandlowałem, zostawiłem sobie tylko jeden. I ten jeden i ostatni zarazem postanowiłem , że mu podaruję. Nie potrafiłem niczego o grupie powiedzieć, czyli jak długo działają, ile mają płyt na koncie, itp...Czułem jednak, że ta muzyka będzie tą Jego muzyką. A że akurat niebawem szykował się pierwszy w Polsce koncert grupy Pendragon, i miał się odbyć w Stodole, a z paczką znajomych właśnie się na niego wybieraliśmy, obiecałem płytę dostarczyć osobiście. Umówiliśmy się po harcersku, że się jakoś tam znajdziemy ,a ja podejdę i podam płytkę. Jak się później okazało, nie było nawet innej możliwości. Przecież Beksiu w ogóle mnie nie kojarzył. W samej "Stodole" problem się jednak szybko rozwiązał, bowiem w me oczy rzucił się tłum ludzi, który otaczał pewnego gościa, zadając mu tuziny pytań. Tym gościem okazał się Tomek "Nosferatu" Beksiński. I jak to On, przyodziany w czerń, ni to pelerynę ,ni to płaszcz, a był to bodaj sierpień, o ile dobrze pamiętam. Ledwo się dopchałem. Udało mi się tylko podając płytę dodać, ze to ja jestem od tego telefonu z Poznania. Podziękował i powiedział, że później porozmawiamy. Dorzuciłem, że pozwolę sobie jeszcze raz kiedyś tam zadzwonić. Później zagrali Talath Dirnen, Ulysses i Pendragon. Stałem niedaleko Beksia, ale nie chciałem mu zawracać głowy swoją osobą. Pogapiłem się tylko z ukrycia nieco na niego w trakcie koncertu grupy Ulysses. Fajnie przeżywał, cały się kiwał, kręcąc głową niczym huśtawka.
Później słuchając jego audycji czekałem na LOVE CLUB. Zagra, nie zagra. Polubił, nie polubił, hmm...Licho wie. Jeden tydzień nie zagrał, drugi także, pomyślałem cóż, pewnie to jakaś lura dla niego. Taka gorsza i blada kopia Siouxsie and The Banshees. Aż pewnej soboty poleciało!!! Skończył się utwór, a po nim pojawił się głos Beksia tłumaczacy jego tekst, a szło to jakoś tak: "spójrz w lustro i zobacz swoją twarz...." I tu mi się film urywa. Nie pamiętam co dalej, no i jaki to był utwór. Bowiem jedyny egzemplarz tej płyty jaki mi został , podarowałem swojemu Mistrzowi. Za jakiś niedługi czas zadzwoniłem ponownie (i po raz już ostatni) do Tomka Beksińskiego. Uciąłem sobie z Nim wcale nie krótszą pogawędkę, od tej sprzed kilku tygodni. W którymś momencie zapytałem, czy na pewno podoba mu się ten LOVE CLUB. Odrzekł: "bardzo i dziękuję za niego. A właśnie, jak się rozliczymy?" Wtedy z nieukrywanym wzruszeniem odpowiedziałem, że to dla mnie wielka przyjemność i że największą zapłatą jest dla mnie usłyszeć tę płytę w radio, przy okazji  z załączonymi podziękowaniami od słuchacza z Poznania. Podczas tej rozmowy poleciłem Beksiowi fascynujący mnie od niedawna zespół Tiamat, który właśnie wydał płytę "Wildhoney" (1994). Czułem, że powinna mu się spodobać taka muzyka, choć do tej pory niczego podobnego nie słyszałem w jego audycjach. Zapytał mnie , a jakie są teksty? Odpowiedziałem, że nie wiem. Mój angielski nie pozwalał mi jeszcze wówczas na to. Zapisał nazwę i obiecał zainteresować się tą płytą. Sprecyzowałem, aby tylko ta i żadna inna wcześniejsza. Byłem przekonany, że jak Maestro kupi niewłaściwy tytuł , to się zrazi do grupy i tyle. I nie posłuchał mnie. No, może nie do końca nie posłuchał. Długo nie słysząc efektów naszej rozmowy o Tiamat, na łamach "Trójki Pod Księżycem", pomyślałem, że to zbyt metalowy zespół, a On woli bardziej nastrojowe, i że sprawa sama się zamyka. Ale i TIAMAT poruszył serce Beksia. Zagrał !!! Wreszcie zagrał !!! Długo to trwało, ale i sam wyjaśnił na antenie, dlaczego tak długo. Powiedział coś w tym rodzaju, prawie cytuję: "polecono mi niedawno ten zespół, ale nie spodobał mi się, bowiem zacząłem od niewłaściwej płyty...". Przyszło mi do głowy "uduszę Go! , mówiłem mu , że ma posłuchać WILDHONEY, a On kombinował z innymi". I tak niewiele brakowało, byśmy nigdy z Beksiem wspólnie Tiamatu nie posłuchali.
Na tym kończę tę opowieść. Może i nieco przydługawą, ale nie potrafię pisać zwięźlej. Nie wszystko po latach dokładnie pamiętam, także wolę oszczędzić Wam i sobie ewentualnych nieścisłości.
Ile Beksiu, jako postać, jako człowiek ,czy prezenter radiowy, znaczył w moim życiu, i jaki miał wpływ na pokochanie różnej muzyki, a także postrzeganie świata i ludzi, tego nie da się już w ogóle opisać.
Na sam koniec dodam jeszcze, że po śmierci Tomka Beksińskiego  muzyka Lacrimosy czy XIII Stoleti, nigdy nie miała już takiej mocy jak za Jego życia. Wkrótce później wykasowałem ze swojego telefonu domowy numer Beksia, tak abym już nigdy nie straszył na Jego Dworze.

 (to ten egzemplarz płyty Johna Foxxa "Metamatic", o którym kilka słów w powyższym tekście)


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

środa, 23 listopada 2011

RUSH - "Time Machine 2011: Live in Cleveland" - (2011) -

RUSH - "Time Machine 2011: Live in Cleveland" - (ROADRUNNER RECORDS) -  ***



RUSH w ostatnich latach, niemal przy każdej okazji, wydaje album koncertowy.  I to zarówno w formie wizyjnej , jak i fonicznej. Słowem, dla każdego coś miłego. Osobiście preferuję słuchanie muzyki, obrazki jakoś mnie mało kręcą. Uważam, że muzyka to świat wyobraźni i nic tego nie zmieni. Co oczywiście nie przeszkadza mi bywać czasem na koncertach swoich ulubieńców i przeżywać to najmocniej jak się da. Dlatego DVD kupuję rzadko, bowiem oglądam je zazwyczaj po jednym razie i wędrują na półkę. Słuchać natomiast mogę nieprzerwanie. Dlatego najnowsze wydawnictwo RUSH wybrałem dla siebie w skromniejszej formie, takiej tylko do słuchania.  Nie jest to zjawiskowy występ na miarę płyt gigantów, jak albumy z końca lat 70-tych , typu: "Strangers In The Night" UFO  czy "Live And Dangerous" THIN LIZZY, jednak mimo to cieszy uszy, gdyż każdy koncert tego zespołu bywa wspaniały. A, że nigdy panowie Lee, Lifeson i Peart nie koncertowali u nas, to jedynym wyjściem wydaje się przebić przez ich oficjalne wydawnictwa płytowe. Nieoficjalne zresztą też, a jest ich całe mnóstwo. Trasa "Time Machine Tour" nie jest typową promocją dla jakiegoś nowego studyjnego wydawnictwa, a sporządzona została z okazji 30-lecia fenomenalnej płyty "Moving Pictures", od której i ja miałem przyjemność rozpocząć fascynację tym zespołem, jako wówczas 16-letni chłopak. Wszystkich siedem kompozycji z tego dzieła, grupa zagrała w samym środku całego tego przedstawienia.  Zawartego tutaj notabene, na dwóch płytach kompaktowych. To nie koniec niespodzianek, bowiem RUSH na tej trasie także zagrali obie nowe kompozycje: "Caravan" i "BU2B", które na początku 2011 roku pojawiły się na specjalnym 7-calowym singlu winylowym, z okazji Record Store Day.  Czyli, z okazji Międzynarodowego Dnia Niezależnych Sklepów Plytowych, w których ta płytka pojawiła się w sprzedaży, omijając te wielkie sieciowe molochy. Kompozycje te ukażą się także na nowym studyjnym albumie RUSH, w przyszłym roku. A ponieważ muzykom nie udało się znaleźć czasu na nagranie pełnego dzieła w  roku 2011, to jako prezent te dwa utwory zostały dołożone już do tej trasy koncertowej. Poza tymi kompozycjami, pojawiło się tutaj, jak zwykle zresztą, mnóstwo firmowych przebojów grupy,  nieśmiertelne "The Spirit Of Radio", "La Villa Stragiato", "Working Man" czy "Closer To The Heart". Nie zabrakło i tych , które status klasyków zyskały w latach późniejszych, czy wręcz ostatnich, typu: "Stick It Out" , bądź "Workin' Them Angels". Mnie natomiast szalenie cieszy jeszcze jeden fakt, iż RUSH wykonują wciąż na żywo kompozycje z tego tak zwanego "lżejszego" okresu (lata 80-te), który rzadko przecież już znajduje odzwierciedlenie we współczesnych ich dziełach. Mam tu na myśli "Time Stand Still", "Presto", "Marathon" i "Subdivisions". Nie będę pisać w tym miejscu o wybornej formie zespołu, o wykonawstwie na najwyższym poziomie, o świetnej atmosferze wśród zgromadzonej widowni, albo o obowiązkowym perkusyjnym solo Neila Pearta, gdyż to standard. Inną kwestią jest, iż za każdym razem ten standard różni się od poprzedniego. Ogólnie rzecz ujmując, to kolejny świetny koncert RUSH, którego słucha się z nie mniejszym entuzjazmem od tego bijącego wigoru ze sceny.
Acha, zapomniałbym, koncert zapisany na tym wydawnictwie, odbył się w Quicken Loans Arena, w Cleveland, w stanie Ohio, USA, dnia 15 kwietnia 2011 roku.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

ARENA - "The Seventh Degree Of Separation" - (2011) -

ARENA - "The Seventh Degree Of Separation" - (VERGLAS) -  ***1/2




Kilka lat przerwy dobrze zrobiło zespołowi. Panowie z Areny powrócili wypoczęci i pełni zapału do tworzenia, o czym zresztą można było się przekonać choćby podczas koncertu w Poznaniu, na którym to miałem przyjemność być. Zmienił się wokalista, dryblasa Roba Sowdena zastąpił bujnowłosy Paul Manzi, który wcześniej dał się poznać tylko garstce zapaleńców , tworząc raczej na uboczu wielkich scen. Jak choćby do niedawna współpraca u boku Olivera Wakemana, syna słynnego Ricka, legendarnego muzyka grupy Yes. To, że Manzi posiada głos nie od parady, można przekonać się już na samym początku najnowszego albumu (zresztą obecne koncerty Areny rozpoczynają się podobnie), gdzie po pierwszych trzech wersach następuje ten czwarty "there is still so much to say", by chwilę później, Manzi, niczym ryczący lew dorzucił słowa: "can anybody hear me?", i następuje mocne wejście całego zespołu. Tak rozpoczyna się ten album. Ubrany całościowo w bardzo ciekawe kompozycje i tekstowe przesłanie. Niech nie martwią się fani zespołu, Arena powraca w swoim stylu, ale jakby inna, odświeżona, przykuwająca uwagę na dłużej. Z płytą, która wciąga, i której chce się często słuchać. Jak choćby wspaniałe pierwsze trzy kompozycje, "The Great Escape" (ten to jest nawet wręcz powalający!!!), "Rapture" i "One Last Au Revoir", czy genialny "What If", i niewiele mu ustępujące w finale całego dzieła "Catching The Bullet" oraz "The Tinder Box". Choć przecież wszystkie trzynaście, stanowią jedną opowieść, o podróży człowieka do krainy śmierci, z właśnie zakończonego życia, gdzie następuje zetknięcie ostatniej godziny życia z pierwszą godziną śmierci. Czyli, istnienie przechodzące w nieistnienie, w którym to nieistnieniu panuje już inny czas, inne realia, prawa... Jednak człowiek pragnie, by było tam tak samo jak w dawnym życiu. Tytuł też wiele wyjaśnia, "The Seventh Degree Of Separation", czyli:  Siódmy Stopień Oddalenia. Ten temat , jakże nam bliski i nigdy nieodgadniony, został zilustrowany muzyką zespołu, który zagrał z wielkim symfoniczno-rockowym rozmachem. Gdzie piękna gitara Johna Mitchella kontrastuje z klawiszowym królestwem Clive'a Nolana, i na odwrót. Oczywiście, każdy kto zna Arenę wie czego może się spodziewać, ale to inna płyta od wszystkich dotychczasowych, jakie grupa nagrała. Nie chcę wyrokować, że na swój sposób doskonała, bowiem takie słowa od lat zarezerwowane są dla mistrzów , takich jak: Marillion, Genesis, Fruupp, ELP czy Yes. Jednak, kto powiedział, że dzisiaj nie mogą powstawać piękne i wybitne płyty? Nawet, jeśli liderem jest przeciętnie grający perkusista Mick Pointer, który w 1983 roku był jednym z pięciu twórców wybitnej płyty "Script For A Jester's Tear", debiutującej wówczas grupy Marillion.


1. The Great Escape
2. Rapture
3. One Last Au revoir
4. The Ghost Walks
5. Thief Of Souls
6. Close Your Eyes
7. Echoes Of The Fall
8. Bed Of Nails
9. What If
10. Trebuchet
11. Burning Down
12. Catching The Bullet
13. The Tinder Box

PAUL MANZI - śpiew
ClIVE NOLAN - instrumenty klawiszowe
MICK POINTER - perkusja
JOHN MITCHELL - gitara
JOHN JOWITT - gitara basowa


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

poniedziałek, 21 listopada 2011

Dzisiaj Dzień Życzliwości i Pozdrowień (k.....a! - dla Kazika także!)

Nie pospałem sobie dzisiaj. Najpierw o 9 rano przyszła sąsiadka z dołu, bo coś tam chciała powiedzieć, a pół godziny później listonoszka przycisnęła na dzwonek. Miła kobieta, nawet bardzo, ale ludzie zlitujcie się!, o 9 rano !!, podczas, gdy człowiek idzie spać o 3.30 w nocy...A wcześniej się nie da. O godzinie 2.30 dopiero ląduję w domu po audycji, no a jeszcze muszę coś zjeść, bo inaczej nie zasnę. Tak więc, drzwi do lodóweczki przechylam na prawo, wyciągam zestaw kolacyjno-śniadaniowy, z którego uplotę ze trzy skibki i jeszcze jogurcik sobie machnę, a co!, tak aby w brzuszku wszystko dobrze się ułożyło, a później już tylko grzecznie lulu. Choć nie do końca, bowiem w nocy na "Comedy Central Family" emitują zawsze z niedzieli na poniedziałek o tej porze "Hotel Zacisze". Wczoraj, tzn.dzisiaj, byli "Goście z Niemiec". Uwielbiam ten odcinek, zresztą na równi ze wszystkimi, czyli łącznie12-toma. Ale powróćmy do mojej dzisiejszej pobudki. Kiedy już doszedłem w miarę do siebie, stanąłem na chwilę przed oknem, i zobaczyłem przed moją klatką samochód, taki transporter samochód, z którego kilku fachowców przenosiło jakieś kartony. Po chwili ujrzałem sąsiada z górnego piętra, który zszedł, by poinstruować co z tym trzeba zrobić dalej. Panowie majstry zaczęli grzecznie wnosić wszystko na górę, co nietrudno było zauważyć, a raczej usłyszeć. "Uwielbiam" tę gwarę w stylu "Zdzichu, dawej to tutej. No kurwa uważej, bo zrzucisz" , itp... Mniej więcej 15 minut później rozległ się sympatyczny stukot młotka, rozpierdzielającego stare kafelki. I już wiem, że najbliższe dnie, będą urocze, niczym srający gołąb na nowiuśki garnitur. I pomyśleć, że wracając wczoraj z Andrzejem (realizatorem) taksówką z radia, zapytałem go czy się wyśpi. Andrzej stwierdził, że nie będzie źle, bo pobudkę ma dopiero o 9-tej, a ja poczułem rozkosz mówiąc mu, że ja komara przytnę do 10-tej minut trzydzieści. I masz ci los. Nie ciesz się bratku z cudzego przypadku. Bo oto proza życia dała mi w kość. Czyli, według powiedzenia, nie chwal dnia przed zachodem słońca. Skoro już wstałem i miałem nieco więcej czasu do wyjścia, niż to bywa zazwyczaj, włączyłem sobie telewizor. Załapałem się na dawno nieoglądaną telewizję śniadaniową i pogapiłem się na to duractwo, niczym małpa z okładki Rogera Watersa, do płyty "Amused To Death". Szybko się dowiedziałem, kto "zajebiście" śpiewa w "Voice Of Poland", bo ta "artystka" pofatygowała się do telewizji, by zaśpiewać "live". No kurcze, zbladłem z wrażenia jakie to gwiazdy mamy w tym kraju. A ja się zastanawiam, dlaczego prawie wszyscy olewają Nawiedzone Studio. Bo co tam Rush, Pink Floyd, Black Sabbath....Skoro cała Polska, i ta coolturalna i ta zwyczajna, dostaje rozrywkę, którą się później przeżywa tygodniami. Kto odpadł, kto przeżył, kto swym talentem doprowadził do posikania się z zachwytu wszystkich jurorów, i tak dalej... Po kilku minutach chwytam za pilota i muszę przełączyć, gdyż emocje tak mocno mi się udzielają, że przed chwilą zażyte tabletki nadciśnieniowe mogłyby spłatać figla i zacząć się kręcić w drugą stronę. Dla opanowania emocji przerzucam się na chwilę na Polsat, a tam właśnie kończą się Kiepscy. Kurcze, szkoda. To jeszcze jakiś stary odcinek był, z Babcią Kiepską (Krystyną Feldman znaczy) i Waldusiem. Choć osobiście wolę te późniejsze, bez Waldusia. Ferduś sam w sobie jest sto razy śmieszniejszy. Moja żona uważa, że w domu bardzo go jej przypominam. Dumny jestem. Być Ferdkiem, to jest coś. Awansowałem. Przed ślubem porównywała mnie do Rene'go z "'Allo 'Allo". Nigdy nie miałem szans bycia Robertem Redfordem czy Rogerem Moorem (chyba przystojniaki wszech czasów - nieprawdaż?) , za to przymierzałem się w swoim czasie do zgłoszenia swojej kandydatury do szoł Szymona Majewskiego, i do jego plebiscytu "Vivat Nienajpiękniejsi", ale zdjęli to z anteny. Całkowitą dumę poczuję, gdy u mojej żonci awansuję na Jasia Fasolę (Mr.Bean), a najlepiej byłoby na mojego ukochanego Benny'ego Hilla (best of the best!!!). I gdy już chciałem wyłączyć telewizor i wychodzić pomału do roboty, coś mnie tchnęło i przełączyłem jeszcze na chwilkę na "TVP Historia", a tam nasz Prezydent RP, Pan Bronek, rzucił akurat kilka słów, które chętnie bym zadedykował tym naszym "artystom" z "Voice Of Poland" i tym podobnych muzycznych łapanek, że, cytuję:  "żeby wiedzieć dokąd się idzie, trzeba wiedzieć skąd się przychodzi". I miejcie "artyści" te słowa ode mnie na dzisiejszy Dzień Życzliwości i Pozdrowień. O którym, gdyby nie telewizja śniadaniowa, za cholerę bym nie wiedział. A mówią, że tylko podróże kształcą. Proponuję by dla Kazika stworzyć szczególny Dzień Dobroci Dla Niezależnych i Nad Wyraz Twórczych. Bo jak mi przed tygodniem przez telefon powiedziała zirytowana moją wypowiedzią słuchaczka, Kazik jest naszym Dobrem Narodowym. K...a, a ja 46 lat łażę po tym świecie i nie wiedziałem.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 20 listopada 2011 - Radio "Afera" Poznań 98,6 FM

"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 20 listopada 2011
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl


(na zdjęciu kompletny zestaw z wczorajszego "Nawiedzonego..."



MARTIN ORFORD - "Classical Music And Popular Songs" - (2000) -
- The Days Of Our Lives
- Fusion - (instrumental)


QUEEN - "Jazz" - (1978) -
- Jealousy
- Dreamer's Ball


AIRBAG - "All Rights Removed" - (2011) -
- White Walls
- Homesick I-III


IQ - "The Archive Collection / Colos-Saal Aschaffenburg Germany, 16th February 2002" - (official bootleg) -
- State Of Mine / Leap Of Faith / Came Down


ARENA - "The Seventh Degree Of Separation" - (2011) -
- What If


PINK FLOYD - "Wish You Were Here" - Experience Edition - (1975 / 2011) -
CD 2 - Unreleased Tracks
- Raving And Drooling - (Live at Wembley 1974) - pierwotna wersja utworu "Sheep", która w wersji studyjnej pojawiła się dopiero w 1977 roku, na albumie "Animals"


RUSH - "Time Machine 2011: Live in Cleveland" - (2011) -
- Leave That Thing Alone
- Marathon
- Subdivisions


THE URBANE - "Neon" - (1999) -
- The Tide


MANDALABAND - "IV: AD Sangreal" - (2011) -
- The Kingdom Of Aragon
- Holy Orders


OMEGA - "Omega 6" - (1975) -
- Nem Tudom A Neved
- Mozgo Vilag
- Huszadik Szazadi  Varoslako


JADIS - "Across The Water" - (1994) -
- A Life Is All You Need


FIRE - "The Magic Shoemaker" - (1970) -
- Children Of Imagination
- Tell You A Story
- Magic Shoes
- Like To Help You If I Can
- I Can See The Sky


DEEP PURPLE with ORCHESTRA - "Live At Montreux 2011" - (2011) -
- When A Blind Man Cries
- The Well Dressed Guitar


GARY MOORE - "Live At Montreux 2010" - (2011) -
- Parisienne Walkways


STYX - "Regeneration" - Volume I & II - (2011) -
- Come Sail Away




Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

niedziela, 20 listopada 2011

AIRBAG - "All Rights Removed" - (2011) -

AIRBAG - "All Rights Removed" - (KARISMA RECORDS) -  ****



Na razie jeszcze nieśmiało, ale z coraz większym impetem, norweska grupa Airbag, dobija do czołowego grona "należytych" odtwórców i spadkobierców Pink Floyd'owskich tradycji. Dali o sobie znać w poprzedniej dekadzie dwoma małymi płytami, z których wkrótce potem (w 2009 r.) upleciono jedną zgrabną całość i nadano tytuł  "Identity". A zarazem tożsamość, jak zresztą głosił tytuł tego albumu. Posługując się nazwą Pink Floyd, bynajmniej nie mam zamiaru wrzucać Airbag do worka z napisem: "beznamiętna kopia".  Fałszywym byłoby jednak nie zauważyć, do czego, a raczej do kogo, grupie najbliżej. O ile w przypadku poprzedniego albumu "Identity" można było oscylować porównaniami wokół Pink Floyd, Porcupine Tree, Talk Talk, Marillion, czy nawet wyjeżdżać poza bramy muzyki rockowej, o tyle "All Rights Removed" jest dziełem skierowanym dla określonego grona sympatyków floydowskich dzieł, w rodzaju "Wish You Were Here"oraz "Animals", a także pokaźnych fragmentów z "Dark Side Of The Moon", "Meddle" czy nawet niewielkich z "Atom Heart Mother". Szczególnie, partie gitarowe, pomysłowe aranżacje i ten niepokojący spokój, są wręcz żywcem zaczerpnięte z twórczości panów Watersa, Gilmoura, Wrighta i Masona. Zdaję sobie także sprawę, jak bardzo złości współczesnych twórców fakt, porównywania ich delikatnej odmiany rocka progresywnego, najczęściej do tego jednego zespołu. I choć irytowali się tym w swoim czasie muzycy grup Porcupine Tree, Cosmos, Pendragon czy RPWL (choć ci ostatni akurat nie stronili od porównań), to skojarzenia nasuwały się same. Nie da się także ukryć, że Airbag czynią to chyba najbardziej przekonująco, a co za tym idzie, po prostu pięknie. W ich muzyce czas się zatrzymał na roku mniej więcej 1977 i uroczo słuchacza nie chce ze swych sideł, przez 50 minut swego trwania, wypuścić. Zresztą, tylko w dwóch miejscach możemy złapać nieco głębszy oddech, a tak muzyka brnie nieprzerwanie. Pierwszy utwór, tytułowy zarazem, "All Rights Removed", ewidentnie nawiązuje do floydowskich klasyków , jak: "Sheep" czy "Dogs", z genialnej płyty "Animals" (1977). Czyli, do takiego Pink Floyd, który lubi się nieco dynamiczniej rozegrać  i ostrzej wyeksponować gitarowe sola. Po tym utworze następuje połączony set, z aż czterech kompozycji: "White Walls", "The Bridge", "Never Coming Home" oraz "Light Them All Up", które stanowią nierozerwalną całość. Pierwszy z nich, toczony w dość swobodnej i leniwej atmosferze , mniej więcej w połowie utworu, jak i pod jego koniec, okraszony jest przepiękną partią gitary Asle'ja Tostrupa, w stricte gilmourowskim stylu. Następny "The Bridge" , także rozpoczyna się bardzo powoli, jednak z każdą chwilą nabiera dramatycznego i lamentującego tonu, przyprawionego pod koniec także równie pięknym gitarowym solo, co jego poprzednik. Niemal to samo można napisać o 9-minutowym "Never Coming Home", który momentami wybucha, momentami koi, a i pieści uszy co rusz wydobywającą się, niczym spod ziemi, tą niesamowitą gitarą. Mieszają się tutaj nastroje i uczucia, niczym w kalejdoskopie życia niejednego z nas. Ten 4-utworowy set zamyka krótka około 3-minutowa skrzypcowa etiuda, z delikatnymi podkładami klawiszowymi i efektami niczym wyszarpniętymi z "The Wall". Na koniec pozostaje nam trzyczęściowa ponad 17-minutowa suita "Homesick". Od razu widać, że w takiej formule zespół czuje się najlepiej. Zupełnie swobodnie, bez pośpiechu, Airbag tworzą nastrój, a raczej  nim żonglują, niczym życiowymi kartami, zatykając nam usta, wchłaniają do krainy , w której już tylko piękna muzyka rządzi niepodzielnie.
Śliczna płyta. I choć mogłem się tego spodziewać w niedalekiej przyszłości, szczególnie po tak udanym debiucie sprzed dwóch lat, to nie sądziłem jednak, że nastąpi to tak szybko.

1. ALL RIGHTS REMOVES
2. WHITE WALLS
3. THE BRIDGE
4. NEVER COMING HOME
5. LIGHT THEM ALL UP
6. HOMESICK I-III

ANDERS HOVDAN - gitara basowa
ASLE TOSTRUP - śpiew, programowanie
BJORN RIIS - gitara, chórki, instrumenty klawiszowe
HENRIK FOSSUM - perkusja
JORGEN HAGEN - instrumenty klawiszowe, programowanie


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

piątek, 18 listopada 2011

BAZOOKA JOE - "Virtual World" - (1990) -

BAZOOKA JOE - "Virtual World" - (PLAY IT AGAIN SAM) -  ***



Belgijska grupa Bazooka Joe wydała w 1990 roku ciekawą (i chyba jedyną) płytę "Virtual World" (wydaną na CD w Austrii), która cieszy się w pewnych kręgach sympatyków elektronicznego gotyckiego rocka, wielkim uznaniem. Rangę wydarzenia podnosi fakt, iż płyta od wielu lat jest nieosiągalna, co dodaje jej pewnego smaczku i czyni z niej dzieło wspanialsze, niż jest nim w rzeczywistości. Sam bardzo lubię tę uroczo przeciętną płytę, balansującą na granicy rocka, popu, elektroniki i mrocznej oprawy.  Co pewien czas któryś ze słuchaczy delikatnie sugeruje mi przypomnienie tej "wspaniałej płyty" w "Nawiedzonym Studio", a co odważniejsi z nich nagrywają mi dla przykładu jakiś niechciany przeze mnie prezent, celem wyłudzenia w podzięce przegrywki tejże właśnie płyty. Niby prezenty, a cel wiadomy. O ile chęć posiadania unikatowej płyty mogę co prawda zrozumieć, to już nie bardzo pojmuję fascynację i wręcz kultową otoczkę wokół "Virtual World". Moim zdaniem każda, powtarzam każda płyta Ultravox, bije ją na głowę, a także większość dzieł Gary'ego Numana czy Clan Of Xymox. Tak naprawdę rzecz rozbija się o trzy zgrabne kompozycje ("Smallville", "Johnny's Bones" oraz "Constitution") i jedną wyśmienitą ("Billy's Fiver"). Grupa rzeczywiście nieźle łączyła elektroniczne brzmienia z pełną mroku muzyką barw i nastrojów. Na pewno dobrze jest posłuchać sobie czasem tej muzyki, a nawet potańczyć przy niej w jakimś wampirzastym klubie. Stanowi ona niezłą alternatywę dla przebojowych Depeche Mode, bądź z drugiej strony stricte-gotyckich Sisters Of Mercy. Sądzę, że prawdziwi Goci nieźle się zrelaksują przy muzyce Bazooka Joe, a fani lżejszego nurtu synth-pop odkryją w tej grupie wartości, które wydają się być wciąż nieosiągalne dla dziesiątek grup imitujących Depeche Mode czy Camouflage. Nie radziłbym jednak zbyt wiele sobie obiecywać po "Wirtualnym Świecie" Bazooki Joe, bo to tylko miła płyta i nic więcej, której do arcydzieła daleko, choć wielu przesadnie oprawiło ją w złotą ramkę. W ciągu 20 lat obcowania i systematycznego powracania do tej płyty, odkryłem dużo bardziej fascynujące dzieła. W moim przekonaniu także artystycznie ciekawsze. Tyle, że większość z nich łatwo zdobyć, przez co wielu "zelektryfikowanych gotów" aż tak one nie pociągają.

1. NOW I KNOW
2. SMALLVILLE
3. THE WORLD TURNS ON
4. KING FOR A DAY
5. BILLY'S FIVER
6. WATERFRONT
7. JOHNNY'S BONES
8. CONSTITUTION


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

czwartek, 17 listopada 2011

NIGHT MISTRESS - "The Back And Beyond" - (2011) -

NIGHT MISTRESS - "The Back And Beyond" - (HELL RIDER RECORDS) - ***



Polecał mi ten zespół uporczywie pewien dobry znajomy, ale widząc, że niczego sobie z jego słów nie robię, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Jakoś od wielu lat na hasło polski rock miewam nudności. No, może z wyjątkiem Ceti, projektów Wojtka Szadkowskiego i kilku jeszcze ... Gdy mi ktoś usilnie wciska polskie współczesne rockowe dobra kulturowe, spieprzam gdzie popadnie, niczym zwierzę, które wyczuwa nadejście tsunami. Pewnego dnia ów znajomy przychodzi do mnie, wręcza kopertę , a w jej środku ta oto płyta. Na koniec dorzuca słowa "posłuchaj, zdziwisz się, płyta jest dla Ciebie. Napisałem do zespołu i przysłali mi pełnoprawny egzemplarz" Wycinam z koperty nazwisko nadawcy  (basista Artur Pochwała), wrzucam kartkę na pamiątkę do wnętrza okładki albumu i płyta wędruje na stos z napisem "kiedyś tam przesłuchaj". Upływają trzy, może cztery tygodnie, przychodzi do mnie stary dobry kumpel i zaczyna mi opowiadać o polskiej nadziei heavy metalu, o nazwie Night Mistress. A to , że grają jak za dawnych lat, niczym herosi tradycyjnego łojenia typu Judas Priest, Iron Maiden, itd... W pewnym momencie zaskakuję, że to ten polski zespół, na którego twórczość nie chcę się otworzyć, a płyta leży na półce. W końcu chowam wszelkie uprzedzenia do kieszeni i zarzucam tych 9 kompozycji, o czasie niewiele powyżej 41 minut. I przysłowiowa kopara opada mi po samą ziemię, drążąc w niej grób dla mej głupoty i nieufności. Bo oto moi drodzy, mamy do czynienia z zespołem zjawiskowym, który w kraju zachłystującym się różnymi Comami, Kultami czy Acid Fuckin'Drinkersami, znalazł jednak i dla siebie miejsce. Grając szlachetny i najprawdziwszej krwi heavy metal. Bez żadnych gwoździ w nosie i innych ukazujących twardość dodatkowych emblematów. Bo sztuka obronić ma się sama. I się broni. Bo choć zespołowi brakuje na razie producenta na miarę Boba Rocka, Martina Bircha, Michaela Wagenera czy Toma Alloma, to i tak urzędujący na tym fotelu Jacek Gruszka, odwalił kawał kapitalnej roboty. Wszyscy Ci panowie zresztą to uczynili. W życiu bym nie przypuszczał, że TAAAKA płyta może powstać u nas ! Jak miło było oberwać po nosie za swe uprzedzenia. Panowie, czekam na dalszy rozwój wypadków i zdrówka życzę!
PS.  A, że początki są trudne, niech poświadczy fakt, że płytę wydano na nośniku CD-R, z nadrukiem wyrytym przez chałupniczy sprzęt. Z kolei płytę na razie można tylko kupić na Amazon.com , bowiem w Polsce fachowcy od fonografii, wolą dalej inwestować w te nasze "artystyczne pewniaki".
PS2.  Na koniec dodam tylko, że zespół pochodzi z miejscowości Skarżysko-Kamienna, która choć słynie z pięknego położenia w otaczającej go przyrodzie, to z takim graniem do tej pory chyba nie miała zbyt wiele do czynienia.

 Skład NIGHT MISTRESS:
AREK CIESLA - guitar
CHRIS SOKOLOWSKI - vocals
MAREK HERKA - guitar
ARTUR POCHWALA - bass
MIREK CZAJKOWSKI - drums

"THE BACK AND BEYOND" was recorded at JR Studio in Skarżysko-Kamienna, Poland
Engineered and Produced by JACEK GRUSZKA (JR Studio)

1. THE MEMORY (instrumental)
2. CITY OF STONE
3. CHILDREN OF FIRE
4. BLACK AND NIGHT
5. BACK FOR MORE
6. ALDER KING
7. LEAVES OF SEPTEMBER
8. 40
9. ESCAPE


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

środa, 16 listopada 2011

FERGIE FREDERIKSEN - "Happiness Is The Road" - (2011) -

FERGIE FREDERIKSEN - "Happiness Is The Road" - (FRONTIERS RECORDS) -  ***1/2


Dodaj napis
Malo kto dzisiaj ma prawo pamiętać, że Fergie Frederiksen miał w swoim czasie sporą szansę zostać wokalistą grup Kansas czy choćby Survivor. Zresztą na bestsellerowym albumie Survivor "Eye Of The Tiger" (1982), zaśpiewał nawet w kilku chórkach, u boku Dave'a Bicklera, pierwszego wokalisty tejże grupy. I choć śpiewał w ogóle w bardzo wielu zespołach , to przedsionkiem do jego kariery okazała się grupa Le Roux, za to krótkotrwałą sławę dostarczył mu cenny epizod w Toto, z którym to zespołem Frederiksen nagrał świetny i szkoda, że tylko jeden album, "Isolation" (1984).  Zawierał on wystrzałowy singiel "Stranger In Town" oraz trzy inne równie udane kompozycje ("Holyanna", "How Does It Feel" i "Endless"), jednak te utwory zyskały tylko status przebojów małego kalibru. Zresztą nie tylko single, bo to była w ogóle znakomita płyta, która przepada wraz z upływem lat, chorując na brak "Afriki" czy "Rosanny".
Frederiksen nie należy do artystów rozpieszczanych przez media, a o rozwoju kariery, poza epizodem w Toto, wiedzą tylko najwierniejsi jego fani. Osobiście żałuję, że zupełnie bez echa przeszła znakomita płyta "Baptism By Fire", wydana przed 4 laty, a nagrana w duecie z Tommym Denanderem. Dzieło to, gdyby podpisać nazwą Toto, zapewne sprzedałoby się w nakładzie dającym mu przynajmniej status złotej płyty. Myślę, że podobny los spotka i to najnowsze dzieło Frederiksena, "Happiness Is The Road". Zawiera ono kolekcję bardzo chwytliwych rockowych piosenek, czasem wręcz przepięknych, jak "First To Cry", "Happpiness Is The Road", "The One" czy poruszająca ballada "Follow Your Heart", jednak dzisiaj w tym rozpędzonym świecie, mało kto ma czas i ochotę przystawić uszu dwunastu zgrabnym i tradycyjnym piosenkom. I wgryźć się w ich treść.
Nie byłoby tej płyty, gdyby nie przyjaciel artysty, Alex Ligertwood, który w śmiertelnie chorego (nieuleczalny, nieoperacyjny nowotwór) Frederiksena tchnął nowe życie. Stąd zamiast testamentu, w piosenki wypełniające ten album, wnieśli obaj panowie sporo życia, entuzjazmu i wiary w to, ze nie wszystko jeszcze stracone.

1. ANGEL
2. ELAINE
3. FIRST TO CRY
4. FOLLOW YOUR HEART
5. HAPPINESS IS THE ROAD
6. I STILL BELIEVE
7. LYIN EYES
8. LOVE WAITS FOR NO ONE
9. WRIITING ON THE WALL
10. THE FUTURE AIN'T WHAT IF USED TO BE
11. THE ONE
12. THE SAVIOUR
Produced , engineered and mixed by Dennis Ward
Executive producer Serafino Perugino


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

wtorek, 15 listopada 2011

SHADES & PETERS - "Comin' Around" - (2011) -

SHADES & PETERS - "Comin' Around" - (KODA, nr kat. CD 66804-4) -  ***



Płytka ta trwa niespełna 22 minuty i zawiera tylko 5 piosenek. Tak, właśnie piosenek, to chyba najwłaściwsze określenie. Pomimo, iż dwaj panowie widniejący na okładce tego wydawnictwa, to rockmani z krwi i kości. Rene Shades, od tego roku jest oficjalnym basistą w duńskiej grupie Pretty Maids (warto dodać, że w niedawnej przeszłości także z nią współpracował). Muzyk ten sprawnie porusza się równieź na gitarze oraz instrumentach klawiszowych, o czym przekonuje właśnie na tymże wydawnictwie. Z kolei Martie Peters, jest na co dzień liderem duńskiej grupy, którą to firmuje własnym nazwiskiem, jako Martie Peters Group. Jest w niej wokalistą i gitarzystą, ale okazjonalnie grywa tam na pianinie, syntezatorach, a nawet i smyczkach. Jednak na tej mini-płytce z R.Shadesem wystąpił tylko w roli wokalisty, ponieważ obaj muzycy skompletowali bogaty i imponujący zarazem skład muzyków im towarzyszących. A są nimi tak utytułowani ludzie jak: Jim Cregan - gitarzysta i współautor największych przed laty sukcesów Roda Stewarta. Tak samo zresztą jak i dwaj inni jego koledzy, perkusista Tony Brock czy pianista Kevin Savigar. By nie przynudzać zbyt długo personaliami, dodam na koniec jeszcze taką jedną znaczącą postać , jaką jest znakomity perkusista Mickey Curry, znany choćby z The Cult, ale współpracujący także niegdyś z Bryanem Adamsem czy Alice Cooperem.
Na "Comin' Around", nie ma zarówno, ani hard rocka, ani także rasowego r'n'rolla, z czym głównie bywają ci muzycy kojarzeni. Obaj postanowili nagrać kilka zgrabnych piosenek, którym bliżej zdecydowanie do krainy folku, country, czy melodic rocka. Nie wiem, być może ma to wpływ, ale chyba niedawna współpraca R.Shadesa z M.Trampem z White Lion, przełożyła się tutaj na największą inspirację właśnie twórczością tego ostatniego z panów. Oczywiście biorąc pod uwagę tę mniej drapieżną odsłonę twórczości Trampa. Najbardziej wyczuwa się to w śpiewie Petersa, który momentami łudząco przypomina wokalistę White Lion. Być może to krótkie dzieło stanowić ma tylko o swoistej ciekawostce w oczekiwaniu na cały album, który powinien pojawić się w 2012 roku, albo jest preludium do dzieła właściwego. Kto wie, wkrótce czas pokaże. Jeśli by coś z tego wydawnictwa miało znaleźć odzwierciedlenie na pełnej płycie, to chciałbym tam więcej tak ładnych ballad jak "Back To Me", zamieszczonej w środku tego mini longa, gdzie leniwemu śpiewaniu Petersa towarzyszy hiszpańska gitara Keitha Scotta. Jednak najbardziej oczekiwałbym rzeczy typu "The Balcony" oraz "The Flame", które finalizują całość. Pierwsza z nich, to aż 6-minutowa taka nieco żywsza ballada, o pięknej melodii i bogatej aranżacji, w której prym wiedzie Jimmy Zavala, dwojąc się grą na saksofonie i harmonijce. Szkoda, że na takie kompozycje wypinają  się dzisiejsze listy przebojów. Z kolei finałowa "The Flame", może i nie jest zagrana z takim rozmachem jak jej poprzedniczka, jednak piosenka ta unosi swą  lekkością, swobodą, ale przede wszystkim urzeka romantycznością, że tak nieco łzawo to ujmę. Najmniejsze wrażenie w tym zbiorze robią dwie pierwsze kompozycje, w tym także "What's It Gonna Be, skomponowana przez Bryana Adamsa i jego nadwornego wspólnika Jima Vallance'a. Niby to ładne i przyjemne, ale nie nakłania jakoś do grzechu.
Albumik ten nagrywany był w Danii i USA, wydano go w Niemczech, a przyleciał do mnie dzięki dobremu znajomemu zamieszkałemu w Irlandii, któremu uniżenie się kłaniam!

 (na zdjęciu, oprócz nowego wydawnictwa Shadesa i Petersa, widnieję obie płyty grupy Martie Peters Group. Ta brązowo czerwona okładka, to jedynka /2004/, a ta niebieska z żółtą tablicą i napisem "Road To Salvation" /2007/ jest drugą w skromnej dyskografii zespołu Petersa)


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

poniedziałek, 14 listopada 2011

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 13 listopada 2011 - Radio "Afera" Poznań 98,6 FM

"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 13 listopada 2011
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl


 (a oto wszyscy bohaterowie wczorajszego "Nawiedzonego Studia")




LANA LANE - "Covers Collection" - (2003) -
- Stargazer - (cover RAINBOW)


BLACK SABBATH - "Paranoid" - (1970) -
- Iron Man


DREAM THEATER - "A Change Of Seasons" - (1995) -
- Perfect Strangers - (cover DEEP PURPLE)


SCORPIONS - "Comeblack" - (2011) -
- Rhythm Of Love - (NEW VERSION)
- The Zoo - (NEW VERSION)
- Across The Universe - (cover THE BEATLES)


LANA LANE - "Ballad Collection" - (2000) -
- Across The Universe - (cover THE BEATLES)
- Seasons End - (cover MARILLION)


OST - "DOCTOR ZHIVAGO" - (1965) -
composed and conducted by MAURICE JARRE
- Main Title


HEATHER NOVA - "Live in Warsaw 8.11.2011" - (oficial bootleg, www.heathernova.com) -
- Higher Ground
- Make You Mine


DEEP PURPLE with ORCHESTRA - "Live At Montreux 2011" - (2011) -
- Deep Purple Overture
- Highway Star
- Hard Lovin' Man


FERGIE FREDERIKSEN - "Happiness Is The Road" - (2011) -
- Happiness Is The Road


STYX - "Regeneration" - Volume I & II - (2011) -
- Difference In The World - (NEW TRACK 2010)


ARENA - "The Seventh Degree Of Separation" - (2011) -
- The Great Escape
- Rapture
- One Last Au Revoir


DEMON - "The Unexpected Guest" - (1982) -
- Strange Institution
- The Grand Illusion
- Beyond The Gates


QUELLA VECCHIA LOCANDA - "Quella Vecchia Locanda" - (1972) -
- Verso La Locanda
- Sogno, Risveglio E ...


QUELLA VECCHIA LOCANDA - "Il Tempo Della Gioia" - (1974) -
- Villa Doria Pamphili
- A Forma Di ...


PINK FLOYD - "The Dark Side Of The Moon" - (1973 / 2011 Experience Version - Experience Edition) -
CD 2 - Previously Unreleased\
LIVE AT THE EMPIRE POOL, WEMBLEY, LONDON 1974
Mixed in 2011 by Andy Jackson and Damon Iddins
- Speak To Me
- Breathe (In The Air)
- On The Run
- Time
- The Great Gig In The Sky
- Money


DAVID SYLVIAN - "Secrets Of The Beehive" - (1987) -
- Forbidden Colours




Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

niedziela, 13 listopada 2011

Zdjęcie Nawiedzonego sprzed blisko czterdziestu lat.

Skoro już pobuszowałem po moim telefonie w poszukiwaniu zdjęć z koncertu Heather Nova'y, to przy okazji natknąłem się na pewne zdjęcie, które kilka miesięcy temu przeniosłem do mojego telefonu , z rodzinnego albumu (wielki klaser!). Zdjęcie powyższe przedstawia Nawiedzonego w wieku kilku lat, kiedy to jeszcze ów Nawiedzony nie znał "Ciemnej Strony Księżyca", a największą pasją było bieganie za futbolówką. To zdjęcie właśnie miałem usunąć z mojej komórki, jednak z racji iż, na blogu nie posiadam swojego innego, to niech będzie chociaż to zdjątko, z lat szczenięcych i niewinnych. Wytłumaczę jeszcze, dlaczego to zdjęcie było w mojej komórce, otóż lubimy sobie z moją szwagierką robić różne głupie dowcipy. najlepiej takie zaskakujące. I tak, to moje zdjęcie było tylko ripostą na coś co mnie zaskoczyło pewnego letniego dnia tego roku. A raczej nocy. W której to moja odjazdowa szwagierka przysłała mi, ni stąd ni zowąd, znienacka, ot tak po prostu, z komóreczki, swoje zdjęcie z pierwszej komunii, na którym to niewinnym wzrokiem trzymając gromnicę, spogląda niczym aniołek w stronę flesza. Warto przy okazji dodać, że na dzień dzisiejszy diablica z niej niezła. I może właśnie dlatego potrafimy się dogadać.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

HEATHER NOVA - obiecane fotki z warszawskiej "Stodoły" z dnia 8 listopada 2011 (koncert HEATHER NOVA)

W relacji z koncertu Heather Nova'y, w dniu 8 listopada 2011 r., napisałem, że zrobiłem telefonem kilka zdjęć w warszawskiej "Stodole". Oto i one.
Powyżej zdjęcie sprzed sceny (tak blisko niej stałem)

Tak wyglądało wnętrze "Stodoły" na mniej więcej 30 minut przed występem supportu , jakim była Sara Johnston (instr.klawiszowa H.Nova'y, a także gitarzystka). Nie widać tutaj wszystkich ludzi, gdyż przed sceną wystawała w zniecierpliwieniu grupka kilkunastu osób. W chwili, gdy robiłem to zdjęcie do koncertu gwiazdy wieczoru, Heather Nova'y, pozostawała godzinka.

Główny hol "Stodoły". Pusto i cicho jak makiem zasiał. Po lewej stronie (niewidocznej na tym zdjęciu) znajduje się bar, przy którym było kilku ludzi, a w głębi po prawej stronie mieści się drugi bar-poczekalnia, w którym siedziało ze dwadzieścia pięć osób, na godzinę przed koncertem. Tak więc, są to naoczne dowody tego o czym pisałem już 9 listopada.

A oto jedna z kilku tablic (trzech lub czterech, nie pamiętam) reklamujących koncerty w "Stodole", zawieszonych na budynku po lewej stronie od głównego wejścia.

 stoisko firmowe artystki, na którym można było kupić koszulki, kubki, jak i płyty. Wszystkie CD były w jednej cenie 60 zł. Od góry: "The Jasmine Flower", "Storm", płyta z poezjami Heather, zresztą recytowanymi przez nią samą. To wydawnictwo można kupić tylko podczas koncertów, a także na jej stronie internetowej. No i ta okładka na samym dole, to solowa płyta Sary Johnston. A tak na marginesie, nawet na to zdjęcie musiał się wpieprzyć ten nachalny Kazik.

 Budynek "Stodoły" na około 1,5 godziny przed koncertem


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl

sobota, 12 listopada 2011

BLACK SABBATH - powracają w oryginalnym składzie !!!


BLACK SABBATH powracają !!!
Oto informacja jaką dostałem dzisiaj , tj. 12 listopada 2011 roku, na moją skrzynkę pocztową:

Wczoraj w klubie Whiskey a Go Go (Hollywood, Los Angeles) zespół Black Sabbath zapowiedział reaktywację, trasę w 2012 roku oraz pierwszy od 33 lat album.

Muzycy zapewniali, że stworzyli zupełnie nowy materiał, który ukaże się na płycie - tytuł nieznany. Pewne jest, że album zostanie wyprodukowany przez Ricka Rubina. Wstępna data wydania to jesień 2012.

Black Sabbath potwierdzili także udział na Festiwalu Download, 10 czerwca 2012.

"Teraz albo nigdy. Razem jest coraz lepiej. Wszystko układa się dobrze. To tak jakbyś założył starą rękawice. Niesamowite uczucie." - Tony Iommi.

"To był oczywisty wybór. Znam Ricka od lat." - Ozzy w sprawie wyboru Rubina na producenta zapowiedzianej płyty.


BLACK SABBATH PONOWNIE RAZEM!
Black Sabbath - PowrótDziś - 11 listopada 2011 roku - Ozzy Osoubrne, Tony Iommi, Geezer Butler oraz Bill Ward w lokalu Whisky A Go Go (LA, Hollywood) ogłosili oficjalny powrót Black Sabbath! Zespół ma w planach wydanie nowej płyty oraz światową trasę koncertową w 2012 roku!

Black Sabbath potwierdzili także pierwszą datę występu. Hisotryczny powrót nastąpi podczas Festiwalu Download - 10 czerwca 2012 roku w Donington Park, Anglia. Oficjalny film promujący powrót Black Sabbath: TUTAJ

Ostatni album studyjny - "Never Say Die!" - Black Sabbath w oryginalnym składzie został wydany 33 lata temu natomiast ostatni koncert Black Sabbath zagrali latem 2005 roku podczas OzzFestu.



 Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl

piątek, 11 listopada 2011

SCORPIONS - "Comeblack" - (2011) -

SCORPIONS - "Comeblack" - (SONY MUSIC) -  ***1/2



Nie było żadnych szumnych zapowiedzi, a tu nagle... taka niespodzianka. Scorpionsi, którzy niedawno obwieścili światu zakończenie swojej kariery, obiecali jeszcze tylko dać trochę koncertów i przejść do historii. Zazwyczaj w takiej sytuacji wielu wykonawców, a i przede wszystkim wytwórnie płytowe, starałyby się wydać maksymalną ilość składanek, koncertówek lub jakiś unikatowych archiwów. To jedyny i skuteczny sposób na wyciągnięcie ostatniego grosza z portfeli fanów, którym na otarcie łez serwuje się zazwyczaj tuziny tego typu wydawnictw.
"Comeblack" to całkowicie nowa płyta, pomimo iż pierwszych siedem kompozycji wskazuje na coś w rodzaju takiego "mini greatest hits". Są to jednak nowe studyjne wersje wybranych przebojów z okresu 1980-1990. Całość zaczyna się "Rhythm Of Love", czyli utworem z zawsze bardzo krytykowanej i powszechnie nielubianej płyty "Savage Amusement". Akurat według mnie, znakomitej!, ale to już inna kwestia. A później "No One Like You" z płyty "Blackout" (najlepszej w mojej opinii). Zresztą utwór tytułowy także doczekał się tutaj nowej interpretacji. Z kolejnego wielkiego albumowego hitu "Love At First Sting" znalazły się tutaj "Rock You Like A Hurricane" oraz ballada "Still Loving You". Nie wiem dlaczego muzycy, jak i fani, wolą ten utwór od o wiele, w moim przekonaniu, piękniejszego "When The Smoke Is Going Down", dla którego tutaj miejsca zabrakło. Z dawnych klasyków grupa zaproponowała jeszcze nową wersją kapitalnej motorycznej kompozycji "The Zoo" (niegdyś na albumie "Animal Magnetism"), oraz co dziwić nie powinno, największy hit z albumu "Crazy World", jaką była znacząca ballada "Wind Of Change". Tego hymnu czasu pięknych przemian w Europie (upadek komunizmu) po prostu nie mogło tutaj zabraknąć. Nie będę w tym miejscu popadać w jakąś przesadną gloryfikację pierwszej części tego albumu, bowiem wszystkie powyższe kompozycje zostały podane w bardzo podobnych wersjach do oryginałów. Słychać oczywiście inne aranżacje, nowocześniejsze brzmienie, i tym podobne smaczki..., jednak melodie, tempa, poza nielicznymi drobiazgami, wiernie trzymają się pierwowzorów. Miło się tego słucha, bo to w końcu należycie kąsające Skorpiony, jednak szkoda, że grupa nie zaryzykowała i nie pofolgowała sobie z jakimiś zaskakującymi wersjami. Jak dla przykładu, niedawno uczyniła grupa Helloween.
O ile część pierwsza jest tylko przyjemnym, jednak mało znaczącym prezentem, o tyle sześć utworów z części drugiej, to już skarby dla każdego miłośnika zespołu. A są to (po kolei) kompozycje z repertuaru Glorii Jones, T.Rex, The Beatles, Small Faces, The Kinks oraz The Rolling Stones. Wszystkie z nich powstały oryginalnie na przestrzeni połowy lat 60-tych i początku lat 70-tych. Jako pierwszy mamy tutaj utwór "Tainted Love", bardziej znany powszechnie z wykonania duetu Soft Cell (ich wersja w 1981 r.) , dowodzonego przez Marca Almonda. I od razu zaznaczę, że niczego niesamowitego tutaj Scorpionsi nie dokonali. Tak samo jak w przeróbkach kompozycji "Children Of The Revolution" (T.Rex) oraz "Tin Soldier" (Small Faces). Za to Beatlesowski "Across The Universe" wypadł bardzo pięknie. No, ale ja jeszcze w życiu nie spotkałem wykonawcy, który by tę piękną piosenkę popsuł. Równie okazałe wrażenie robią finalizujące to dzieło przeróbki Kinksów ("All Day And All Of The Night") oraz Stonesów ("Ruby Tuesday"). Choć ten ostatni utwór uważam, że w swoim czasie najlepiej skowerowali Rod Stewart , a także grupa Nazareth.
Album "Comeblack" chyba mimo wszystko należałoby potraktować jako ciekawostkę, a raczej rodzaj sympatycznego prezentu dla fanów od zespołu, który nie chce na szczęście jeszcze odchodzić do krainy zapomnienia. Czyli na zasłużoną emeryturę. Oj, jak to okropnie w świecie muzyki brzmi - słowo emerytura !  I jak trudno w to uwierzyć. Zawsze byłem przekonany, że na emeryturę chodzą księgowi, ślusarze lub nauczyciele, ale w czymś tak pięknym jak muzyka, gra się do upadłego. Fajnie jednak, że zespół szanuje swoich fanów i na koniec kariery przekazuje w ich dłonie rzecz bardzo wartościową i ciekawą, zamiast jakiegoś bezemocjonalnego składaka, z od biedy jednym lub dwoma nowymi utworami.


1. RHYTHM OF LOVE - (pierwsza wersja na albumie "Savage Amusement" 1988)
2. NO ONE LIKE YOU - (pierwsza wersja na albumie "Blackout" 1982)
3. THE ZOO - (pierwsza wersja na albumie "Animal Magnetism" 1980)
4. ROCK YOU LIKE A HURRICANE - (pierwsza wersja na albumie "Love At First Sting" 1984)
5. BLACKOUT - (pierwsza wersja na albumie "Blackout" 1982)
6. WIND OF CHANGE - (pierwsza wersja na albumie "Crazy World" 1990)
7. STILL LOVING YOU - (pierwsza wersja na albumie "Love At First Sting" 1984)
8. TAINTED LOVE - (oryginalnie Gloria Jones, w 1965 r.)
9. CHILDREN OF THE REVOLUTION - (oryginalnie T.Rex, w 1972 r.)
10. ACROSS THE UNIVERSE - (oryginalnie The Beatles, w 1970 r.)
11. TIN SOLDIER - (oryginalnie Small Faces, w 1969 r.)
12. ALL DAY AND ALL OF THE NIGHT - (oryginalnie The Kinks, w 1964 r.)
13. RUBY TUESDAY - (oryginalnie The Rolling Stones, w 1966 r., choć na albumie ukazała się dopiero w 1967 r., na amerykańskiej edycji "Between The Buttons")


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)

nawiedzonestudio.boo.pl