poniedziałek, 7 lutego 2011

GARY MOORE - kilka bardzo osobistych słów o prawdziwym Artyście

Trudno się otrząsnąć po wczorajszej wieści o śmierci GARY'ego MOORE'a. Nie tylko mnie przybiło do muru. Sądząc po ilości sms-ów, widzę, że i dla Was Artysta wiele znaczył. Jeszcze dzisiaj dostałem kilka sms-ów od znajomych, którzy nie słuchają "Nawiedzonego Studia", a którzy to myśleli, że jeszcze o tym nie wiem. Dziękuję wszystkim za pamięć.
GARY MOORE to muzyk, który znaczył dla mnie nad wyraz dużo. Zaliczałem Go do swoich absolutnych ulubieńców. Wiem, GARY MOORE choć wielkim muzykiem był, nie miał aż tak mocnej pozycji w świecie rocka jak Mick Jagger, Robert Plant czy David Gilmour. Zależy jednak dla kogo, bo dla mnie był ważniejszy i bardziej ukochany od wyżej wymienionych, którzy przecież także wiele dla mnie znaczą.
Kochałem Gary'ego gdy potrafił się solidnie wydrzeć , to w kompozycjach dynamicznych czy wręcz ostrych, kochałem, gdy śpiewał  ballady, nad wyraz zresztą uczuciowo i prawdziwie. W ogóle kochałem jego głos. Taki, którego nie można było pomylić z żadnym innym. Podobnie jak brzmienie jego gitary, podobnie jak konstrukcje jego kompozycji, melodii, podobnie jak wszystko co wychodziło spod jego palców.
Pamiętam moje wielkie przeżycie ,słuchając za młodego chłopaka, świetnej heavy rockowej płyty "Corridors Of Power" (1982), pamiętam jak mną rzucilo po ścianach przy pierwszym odsłuchu albumu "Run For Cover" (1985). Kolega nagrał ją z radia i słuchał codziennie, a że się kumplowaliśmy, to i ja szybko nauczyłem się wszystkich kompozycji na pamięć. Po niedługim czasie zdobyłem winyla na jednej z giełd i słuchałem do upadłego. Wszystko tam kocham, nie tylko te znane "Out In The Fields" czy "Empty Rooms", choć to właśnie te piosenki pomogły Moore'owi podbić świat i wspiąć się do górnych rejonów list przebojów singli czy albumów. Oczywiście, Gary Moore to także ciekawy epizod w grupie Skid Row, ale i także ciekawa, choć szarpana przygoda w Thin Lizzy, a także grupy G-Force czy Colosseum II. Jednak album "Black Rose" jest wspaniałym świadectwem Gary'ego, który pokazał, że i w zespole potrafi nawiązać wspólny język z wielkimi osobistościami, zresztą. Jego partie gitarowe dialogujące ze Scottem Gorhamem - palce lizać!. Szkoda, że poza jeszcze kilkoma pojedynczymi rzeczami, tak niewiele nagrał z Thin Lizzy. Ale może dzięki temu właśnie rozwinął pełnię skrzydeł na płytach firmowanych własnym nazwiskiem. Posłuchajcie cudownych albumów "Wild Frontier" (1987) czy "After The War", gdzie solidny rock został podlany irlandzkim sosem, i tylko nie potrafiący kochać muzyki, nie dostrzegą jego piękna. Pamiętam, pierwsze przesłuchanie świeżutkiej w 1990 r. płyty "Still Got The Blues". To była jedna z moich płyt roku!, a moje uczucie względem niej, nie zmieniło się ani trochę po dziś dzień. Wówczas serce mówiło mi, że do najpiękniejsza płyta bluesowa wszech czasów. Nie najlepsza !!! A najpiękniejsza !!! I piękniejszej nikt nie nagrał do dziś !!! I niech sobie gdekają stare pierdziele bluesmeńskie, dla których J.L.Hooker czy B.B.King nigdy nie będą do pobicia. Smutasy i tyle. Tyle wiedzą co byle co zjedzą. Późniejsze wyczyny Gary'ego już  nie były tak porywające dla mnie, oczywiście mierząc je miarą całych płyt, bowiem udało się Artyście jeszcze stworzyć wiele cudownych pojedynczych kompozycji. Czekałem (i wciąż czekam) z niecierpliwością, na zapowiadany od zeszłego roku ,nowy album Moore'a. Podobno miał (ma) być ukłonem do czasów sprzed-bluesowych. Ale to na ten moment jest mało istotne. Te nagrania nam nie uciekną, zawsze zdążymy (miejmy nadzieję) ich posłuchać. Prywatnie Gary'ego Moore'a słucham bardzo często, często o nim myślę, szkoda, że teraz przyjdzie mi mówić i myśleć o Nim, w czasie przeszłym.
Powyższe (moje) wylewności są ,być może, mało na czasie, ale mam to w nosie, nie dbam o to. I tak wiem, że żaden z tych współczesnych beznadziejnych młodziaków tego bloga nie czyta. Bo tacy Artyści i takie podejście do świata muzyki ich przerasta. To interesuje już tylko podstarzałe pokolenie prawdziwych rock'n'rollowców. Uświadomić sobie trzeba, że tacy artyści ,tej wielkości jak Gary Moore, gdy odchodzili 20-30 lat temu, to świat żegnał ich z honorami, a pamiętną wstęgą owinął na długie lata. Dzisiaj Gary Moore może jedynie liczyć na krótką wzmiankę na przesuwającym się pasku, u dołu ekranu, z jak najkrótszą treścią, a do tego tylko na nielicznych kanałach informacyjnych. Wczoraj cały dzień przeżywano w TV roztrzaskany samochód Kubicy i jego operację dłoni. Choć mu zdrowia życzę, to w d..... te motorowe wyczyny mam. Serio. Aby ładnie zakończyć ten mój wywód, chciałbym oświadczyć, że w "Nawiedzonym Studio"  muzyka Gary'ego Moore'a zawsze znajdzie swoje miejsce, jeszcze nie raz, nie dwa. Tak było, jest i będzie. Bo dla mnie nie liczy się, czy artysta jest modny czy nie, czy to co tworzy jest nowe i odkrywcze, liczy się, by muzyka jaką tworzy, była piękna, poruszająca, prawdziwa i chwytała za umysł czy ciało. A Gary Moore należał właśnie do artystów prawdziwych. I niech to odda istotę rzeczy.

P.S. Pamiętam jeszcze króciutkie wakacje w Ustce. Było nas tam wielu, młodych, pięknych, radosnych. Kolega zabrał magnetofon i kilka kaset, lecz grała tylko jedna (przez cały czas !). "Wild Frontier". Ta muzyka zawsze będzie mi przypominać niezwykłe chwile urokliwej i beztroskiej młodości, a szczególnie nieistniejącego już dzisiaj pola namiotowego (na jego miejscu wybudowano kolejny kościół). Wszystkich wówczas porwała muzyka Gary'ego. Wszyscy znali ją na pamięć. Dla wszystkich z nas wiele wciąż znaczy. Tego się nie da ocenić. Tego się nie da zrecenzować, wystawić noty z jakąkolwiek ilością gwiazdek. Bowiem takie rzeczy są ponad wszystkim. Dlatego rozumiem, gdy mi człowiek mówi, że jakaś powszechnie uważana za najgorszą, płyta jakiegoś tam artysty, jest dla niego najpiękniejsza, bo z czymś mu się szczególnym kojarzy. Taki człowiek wie co mówi. Bo za tym stoi jego serce, pamięć, sytuacyjność zdarzeń, a nie matematyka, kalkulacja, napięty umysł, czyli tak bardzo dziś gloryfikowane cechy. Dla mnie nic nie warte. Beznamiętne. Warto żyć tylko wtedy, gdy umysł ustępuje miejsca emocjom, albo w niewielkim stopniu im wtóruje.

Thanks Mr.Moore

3 komentarze:

  1. Od wczoraj buszuję po Internecie czytając przeróżne informacje na temat Garego Moore'a, wspomnienia, recenzję i muszę powiedzieć Panie Andrzeju, żę Pana tekst jest najlepszy. Wszystko co do tej pory znalazłem było mniej, lub bardziej sprawnym przełożeniem encyklopedii na język literacki, a Pan napisał, jak czujący żywy człowiek o kimś kto też żył i swoją muzyką wywoływał w nas konkretne uczucia. O jego relacjach z Philem Lynottem można przeczytać wszędzie, ale o płytach zgrywanych z radia na kasety i słuchanych do zdarcia mówią tylko ci, którzy kochali Garego Moore'a.
    Niestety ja nie mogę dorzucić niczego podobnego od siebie, bo choć to znany muzyk i wiele jego piosenek lubiłem, to nie należał do grona moich faworytów. Bardziej z zaniedbania niż świadomego wyboru. Może z czasem to naprawię - w każdym razie kupiłem wczoraj jedyny jego album, który miałem zapisany w pozycjach "do kupienia", czyli "Wild Frontier" i liczę, że stanie się jednym z moich ulubionych.

    OdpowiedzUsuń
  2. ...niedługo rocznica śmierci mojego Mistrza...a ja czytam powyższy tekst przy włączonym "Sill got the blues" i płaczę...

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam Gare'go Moore'a od kiedy usłyszałam "Friday on my mind". Kiedy go słyszę od razu buzia mi się uśmiecha.Niewielu muzyków wyciąga takie dźwięki jak On.

    OdpowiedzUsuń