wtorek, 22 listopada 2016

jak równy z równym

Wynik meczu Borussia - Legia (8:4) bardziej kojarzy mi się z potyczkami Naprzodu Janów z Unią Oświęcim w hokeju na lodzie. Inna sprawa, że nie pamiętam drużyny, która w ostatnim czasie wpakowała Borussi cztery razy piłkę do siatki. Choć jeszcze rzadziej spotykam w futbolu ekipę tracącą w jednym meczu aż osiem bramek. I to na szczeblu Ligi Mistrzów.
Legia wcale nie zagrała źle - dla jasności. Choć różnicę klas widać było na każdym kroku, a jednak warszawianie stawiali opór i bez respektu kontratakowali. Wynik lepszy od możliwości Legii, a to duże osiągnięcie. Już pomału zaczynałem się bać, że dojdzie do czegoś w rodzaju 4:10, a nagłówki gazet obwieszczą: "4:10 po grze jak równy z równym". Bowiem mniej więcej w takim właśnie tonie gloryfikowano niedawną porażkę 1:5 z Królewskimi na Estadio Santiago Bernabéu.
Takie wyniki to jednak nie pierwszyzna. Pamiętam jak trzydzieści lat temu ŁKS dołożył Lechowi 7:5. Co prawda, było to bodaj w ostatniej ligowej kolejce, gdy wszystko wydawało się w tabeli rozstrzygnięte, a więc dla tych drużyn był to mecz o przysłowiową pietruchę. Wodze poluzowane, które pozwoliły na bezstresową grę i festiwal strzelecki.
Jeśli zaś chodzi o rekordową porażkę polskiego klubu w pucharach, to mniej więcej ćwierć wieku temu w Pucharze UEFA (dzisiejsza Liga Europy) Widzew Łódź przerżnęli we Frankfurcie z Eintrachtem 0:9. Oglądałem tamto spotkanie na żywo, skrywając ze wstydu twarz w dłoniach. Najciekawsze, że był to generalnie bardzo dobry Widzew (w składzie z Koniarkiem, Ciskiem i Łapińskim), któremu tamtego dnia nie wychodziło kompletnie nic, a Niemcy bywali bezlitośni.
A propos... miałem w liceum kolegę, który przeniósł się z Łodzi do Poznania. Ogromny z niego kibic Widzewa. Dogryzaliśmy sobie z tego powodu, lecz łączyła nas na szczęście muzyka, przez co bardzo się polubiliśmy. Jednak, gdy dochodziło do spotkań między naszymi ekipami, to... I był taki pamiętny mecz przy Bułgarskiej na początku lat osiemdziesiątych, na który wpuszczono nadkomplet widzów. Na stadionie mieszczącym trzydzieści parę tysięcy stawiło się tysięcy czterdzieści plus. Ludzie nawet siedzieli pod trybunami. Lech przerżnął po bardzo zaciętym spotkaniu 0:1. Kolega z Łodzi poszedł na ten mecz z kompanami sympatyzującymi rzecz jasna za Kolejorzem. Gdy Widzew strzelił, kolega się zapomniał i wrzasnął "jeeeeest !!!", i gdy zobaczył kilkadziesiąt niezbyt sympatycznych oczu skupionych na sobie szybko zweryfikował, dodając: "cholera, co za pech!". Dzięki czemu uszedł z życiem.
W 1997 roku pojechaliśmy autokarem (przeze mnie zorganizowanym) do Krakowa na koncert Camel. Tego samego dnia w Hali Wisły, położonej tuż obok stadionu Wisły Kraków, odbywał się mecz Białej Gwiazdy z Kolejorzem. Mój były realizator Jacek Łuczak wykorzystał oczekiwanie na koncert i na legitymację radiową (bez wcześniejszej akredytacji) wszedł na stadion. Lech zremisował 1:1. Później Jacek opowiadał, że w ostatniej chwili zablokował radość ze strzelonego gola na wyjeździe. Zapytałem go, jak krakowscy kibice komentowali grę Lecha? Zapamiętałem z Jacka relacji, iż po strzeleniu gola przez naszych, któryś z kibiców rzekł do swego kolegi: "dobrzy są cholera, co by nie mówić". Gdy pomyślę o koncercie Camel bardzo często przypomina mi się ta Łuczakowa relacja.
Dawno nie było o futbolu. Aż cisną się na usta słowa piosenki: "...po zielonej trawie piłka goni, albo my wygramy, albo oni...".






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"