wtorek, 24 maja 2016

TRAVIS - "Everything At Once" - (2016) -








TRAVIS
"Everything At Once"

(RED TELEPHONE BOX)
****



Pisząc o najnowszej propozycji Szkotów z Travis nie planowałem cofać się do odległej przeszłości, lecz nie znalazłem lepszego punktu odniesienia, co ich płyta "The Man Who" - wydana w 1999 roku. Doskonały przykład ładnego alternatywnego grania, które chyba niespodziewanie wylądowało w swej epoce na samym szczycie brytyjskiej UK Top 40. Przy okazji stając się jedną z najlepszych płyt samej końcówki XX wieku. No tak, ale pomimo ówczesnej sporej popularności dla takiego rodzaju grania, nie było przecież jeszcze na świecie debiutów Coldplay czy Keane, a więc wykonawców, którzy chwilę później poważnie zdominowali nie tylko przecież brytyjskie Wyspy, stając się zarazem najpoważniejszymi konkurentami.
Pamiętacie piosenki: "Turn", "Why Does It Always Rain On Me?", bądź "Driftwood"? Urzekały nietuzinkową swobodą, lekkością, przekazem i pięknymi zarazem melodiami, trzymając się przy tym zdecydowanie rockowych korzeni. Fran Healy i jego koledzy nigdy ich nie zdradzili, choć następne płyty zazwyczaj nie trzymały już tak wysokiego poziomu.
Duże nadzieje rozbudzili Travis przy poprzednim dziele "Where You Stand" (2013), jednak skończyło się w zasadzie na mocno podkolorowanych deklaracjach. Pomyślałem wówczas, że czasy Travis minęły bezpowrotnie. A tu upłynęły trzy kolejne lata i muzycy postanowili spróbować raz jeszcze. Nie zrobili wokół siebie żadnego sztucznego zamieszania, a i sama muzyczna prasa nie wykazała się większym zainteresowaniem. Zresztą wyspiarskich dziennikarzy interesują przede wszystkim debiutanci, a przy drugich i trzecich albumach należy spodziewać się tylko goryczy. A zatem, którego z nich miałaby zainteresować ósma płyta jakiegoś już z lekka podstarzałego bandu, na którego twórczości nie da się w żaden sposób zbić oczekiwanego kapitału. Proszę pamiętać, że tamtejsza prasa potrzebuje wcale nie mniejszego lansu, co opisywani przez nią artyści.
Jaka zatem jest płyta "Everything At Once"? Najkrócej ujmując - wspaniała. I to we wszystkich tego słowa odcieniach. Dziesięć, średnio rzecz biorąc 3-minutowych i zgrabnie opowiedzianych historyjek, jak najbardziej gitarowych, choć wspomaganych smyczkami, pianinem lub innymi brzmieniami subtelnie zaprogramowanymi. Jednak najważniejszym instrumentem staje głos Frana Healy'eja. Nie pamiętam kiedy ten facet tak cudownie śpiewał. Delikatnie, wrażliwie, z nieuchwytnym przejęciem, a bywa nawet, że potrafi czynić to niemal szeptem, bądź czymś z pogranicza melodeklamacji. Wszystkie piosenki właśnie dzięki temu artyście nabierają rumieńców. Proszę nie odnieść wrażenia, że mamy tutaj do czynienia z jakimś rzewnym repertuarem - nic z tego. Płyta chwyta, intryguje, a i rockowego żaru też jej nie brakuje - vide tytułowe "Everything At Once". W swym temperamentnym refrenie mocno przypominające wczesnych Embrace - o ile ktoś jeszcze o nich pamięta.
Najlepsze piosenki? Na każdej, nawet całościowo udanej płycie zawsze w gąszczu znakomitości da się dostrzec rzeczy jeszcze bardziej szczególne. Dla mnie istnym klejnotem stało się "Idlewild". Rzecz zaśpiewana przez Healy'eja w duecie z artystką o korzeniach jamajsko-liberyjskich - Josephine Oniyama. Już pomijając wyborny śpiew zaproszonej dziewczyny, ale sam występ Healy'eja, to coś nie do opisania. Dawno nie słyszałem kogokolwiek śpiewającego tak przecudownie!. To już dzisiaj zapisuję na poczet piosenek tego roku. Wcale niewiele ustępuje mu otwierający tę płytę "What Will Come", jak i kolejny mój faworyt do podium "3 Miles High", czy też radośnie i zdecydowanie radiowo się niosący, singlowy "Magnificent Time". Pomimo, iż tytuł następującej po nim piosenki, bardziej powinien szybować po falach eteru - zobowiązujący "Radio Song". Notabene też singlowy. Przy okazji piosenki "Magnificent Time" warto odnotować, iż obok Frana Healy'eja, jej współkompozytorem jest Tim Rice Oxley - na co dzień pianista długo milczącej coś grupy Keane. Ta energetyczna piosenka idealnie zresztą pasuje do temperamentu tego muzyka, który podczas koncertów niemal zjada swój instrument.
Można o tej króciutkiej płycie (nieco ponad 33 minuty) napisać więcej, niż trwa ona sama, dlatego nie marnując niepotrzebnie czasu po prostu polecam całości posłuchać. Raz, drugi, trzeci,....., aż staniecie się Państwo jej niewolnikami. Czego i ja jestem dobitnym przykładem. "Everything At Once", to jak na razie jedno z największych zaskoczeń 2016 roku.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"