środa, 26 października 2016

po płyty tylko do Berlina

Berliński koncert Okta Logue okazał się sporym przeżyciem. Nie tylko on jednak stanowił za poniedziałkową atrakcję. Były nimi również sama podróż, przechadzki po wybranych fragmentach miasta, wspólny obiad, a także pobuszowanie w kilkupiętrowym Saturnie w ścisłym Centrum na Kudamie. Gdzie całe jedno piętro przeznaczono na muzykę oraz filmy. Nic, tylko CD-eki, DVD, blu-raye oraz winyle. Zatrzęsienie. Ogromna powierzchnia. Nie byłem tam do tej pory, i prawdę mówiąc, gdyby nie namowa Piotrka odpuściłbym, szczególnie mając na uwadze zaopatrzenie krajowych sklepów tej sieci. Z roku na rok topniejące półki płytowe nie napawają optymizmem. To przy każdej okazji zwie się reorganizacją. Tu coś przestawią, tam obrócą, tu niby coś zamienią, by w efekcie końcowym wyciąć kolejny regał. Po upływie niedługiego czasu zabawa rozpoczyna się na nowo. Ponownie coś usuwają, ale oczywiście dokonując najpierw obowiązkowych roszad stojaków. W konsekwencji jednak tylko ubywa i ubywa. Można to nawet zrozumieć, wszak ekonomia jest brutalna. Topniejący popyt, to i podaż nędzna.
We wspomnianym Saturnie kryzysu nie widać. Półki uginają się pod ciężarem płyt. Żadnych pustych miejsc czy prześwitów. Wszystkie przegródki solidnie zapełnione. W dodatku bogatą międzynarodową ofertą. Choć owszem, nie zauważyłem wydawnictw japońskich, jednak cała Europa opanowana, a i nieco importów z USA. Mają tam nawet nieznane u nas działy, jak: "hard'n'heavy" (W Polsce z uwagi na ubogość oferty połączony z muzyką alternatywną, jako "metal i alternatywa"), ponadto "rock'n'roll", bądź "audiophile SACD". No właśnie, w naszej krajowej ofercie trudno znaleźć na półkach więcej niż kilka tytułów tego systemu, a tam... sami zobaczcie Państwo proszę na jednym z poniższych zdjęć.
Winyle się rozrastają. I to akurat wszędzie. W "Pestkowym" Saturnie od pewnego czasu co prawda przyhamowano rozkwit, ale już w takim "King Krossowym" Media Markt jest ich całkiem całkiem. To jednak i tak niewiele przy opisywanym Saturnie na Kudamie. Oczywiście nadal kompakty górują, lecz czarnych płyt sporo, naprawdę można sobie powybrzydzać. Nie tylko królują wydawnictwa topowych wytwórni, ale rzucają się w oczy labele niezależne. Czyli szeroko pojęta alternatywa - rock, pop, folk, metal, muzyka klubowa, nowe brzmienia, trochę wielopłytowych boxów, itd... Mając w kieszeni środków na ledwie kilka płyt lepiej tam nie wchodzić - istny ból głowy. My z Piotrkiem sporo odrzucaliśmy, wybierając tylko delicje, a i tak torby uginały się po ziemię. Z tym, że tu muszę wtrącić jedną uwagę, otóż po zebraniu wszystkiego do kupy podeszliśmy do pani kierowniczki, wykładając towar na blat, a tam padła propozycja dziesięcioprocentowego rabatu - na wszystko! Proszę Państwa, przy pierwszej wizycie dostałem tak solidny opust, plus uśmiech na kolejny raz. Podczas, gdy mniej więcej od roku w moim poznańskim Saturnie zwalcza się sumiennie stałych klientów. Podobno kierownictwo dało kategoryczny zakaz ich uszczęśliwiania. Na zasadzie: bo i tak sobie poradzimy. I oby, czego życzę, gdyż ja osobiście kupuję już tam sporadycznie i bardzo powściągliwie. Muszę przyznać, że skutecznie podziałała na mnie lokalna polityka firmy.
Wracając do berlińskiej oferty.... cały alfabet pęka w szwach, ale za największą atrakcję można uznać wyszukiwanie pojedynczych smaczków w kategorii "konkretna literka alfabetu - patrz: różne". I tutaj zaczyna się kopanie wśród nieznanych. Na podstawie samych okładek. Na tej zasadzie kupiłem kilka płyt, a Piotrek dobrych kilkanaście. I chyba wszystko trafione w środek tarczy, o czym przekonał nas już choćby tylko fragmentaryczny odsłuch losowo wybranych tytułów w drodze powrotnej. Cóż... tego typu rzeczy występowały tam w pojedynczych egzemplarzach, a więc kto pierwszy ten lepszy. Trochę podebraliśmy sobie sprzed nosa, ale obyło się bez choćby jednego krzywego spojrzenia. Tyle muzyki, wystarczy dla każdego.
W drodze do Berlina - autostradą na Świecko, Piotrek między innymi zarzucił świetnego najnowszego Van Morrisona. Z okładką jakże pasującą do kolorowego jesiennego otoczenia. Przyznam, że pięknie korespondowała muzyka z tej płyty z okoliczną bogatą przyrodą i litościwym słońcem, które niestety tuż za Odrą schowało się na dobre. W Berlinie niebo z zaciągniętymi chmurami, a późnym popołudniem nawet z intensywnymi, choć na szczęście niezbyt mocnymi opadami. Po koncercie deszcze ustąpiły. Nie zniechęciło nas to do pobiegania po Centrum miasta. Tam zresztą ludziom deszcz także nie przeszkadzał w zatłoczeniu chodników. Ale powracając na moment do Van Morrisona.... Tak przypadła mi do gustu muzyka z najnowszego "Keep Me Singing", że obiecałem kupić płytę zaraz po powrocie i tak też uczyniłem. Nie było sensu wydawać euro na album, który także widnieje w krajowej ofercie. A jeszcze bębenek podgrzał fakt, iż obsługa opisywanego Saturna także zachęcała klientów do zakupu tego albumu przyjemnie wypełniając handlową przestrzeń jego zawartością.
Przejdźmy na płytowe półki... W alfabecie widniał nawet najnowszy Seven "Shattered", ale mam już to od pewnego czasu,  nawet w japońskiej edycji. U nas rzecz nie do kupienia. Widziałem także najnowszego Meat Loafa z dodatkowymi utworami. Pozostanę jednak przy mojej skromniejszej wersji, płyta słaba. Nie było za to naszych świeżutkich Riverside. Co mnie zaskoczyło, tym bardziej, że Niemcy ich lubią. Być może dotrą z lekkim poślizgiem.
Nie rzucałem się na promocje, choć tych mnóstwo. Wolałem trudno u nas dostępne nowości, zamiast fajnych płyt, których walorem okazała się niska cena, lecz z dostępnością po ewentualnie już wyższej nigdy nie będzie problemu. Nieskromnie przy tym zaznaczę, że i tak wszystkie dobre tytuły posiadam od lat, tak więc mógłbym jedynie co nieco zakupić dla innych potrzebujących. I żałujcie wszyscy, którzy nie wyłożyliście kasy, bo oferta pojedynczych smaczków oznakowanych jako ostatnie egzemplarze, i każdy po pięć euro, zatrważająca. Sorry, ale z własnych skromnych środków nie mam nigdy na wyłożenie, ponieważ zawsze myślę tylko o sobie. A że interesuje mnie za dużo, to też pieniędzy zawsze za mało.
Dla Piotrka wynalazłem Triumvirat "Spartacus". Akurat tej nie miał. Wziął z radością. Rzuciły mi się w oczy jeszcze: Eloy "Ocean II", Magnum "Vigilante", Deine Lakaien "White Lies", Saga "In Transit" i kilka innych równie atrakcyjnych.
Mój szwagier zakupił w sierpniu w Poznaniu najnowszy remastering (zresztą wydany po raz pierwszy na CD) grupy Sweet "Strung Up". Fantastyczny koncert + kompilacja. Podwójny CD, czyli tak jak niegdyś na winylu, jednak teraz jeszcze z kilkoma extra nagraniami. Zapłacił za to bodaj 53 lub 55 złotych. W Berlińskim dziale nowości to samo wydawnictwo w cenie ledwie 7,99 euro. Hmmm... Bywa jednak i w drugą stronę. W piątek zauważyłem u nas najnowszego Leonarda Cohena za 35,90 zł, a tam w cenie 15,99 euro. U nich Cohen nie jest tak kultowy. Sprzedają go mniej, więc cena także normalna, a u nas promocyjna. I mówimy tu o identycznym wydaniu, w digipacku, z ładnym stickerem. Żadna tam "zachodnia płyta w polskiej cenie". Na szczęście wielkiemu artyście oszczędzono tym razem sprofanowanego wydawnictwa na teren ubogiego kraju w środkowej Europie.
Jeszcze słówko o winylach. Nie kupiłem niestety ani jednego. Bo choć wyraźnie winyle się rozrastają, to niestety nadal bardzo wiele tytułów jest nieuchwytnych. Z kompaktów tam zakupionych nie widziałem żadnego odpowiednika na tym obecnie modnym nośniku. Co pokazuje jeszcze niedoskonałą skalę zjawiska. Nie warto zatem nastawiać się na jednostronne zbieranie winyli, ponieważ ominie nas sporo muzyki. Wciąż króluje bogata oferta kompaktowa i to się prędko nie zmieni. Ludzie je cały czas kupują, co też dało się zauważyć.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




na winylach m.in. najnowszy debiut Toma Chaplina (wokalisty Keane)
winylowa jedyneczka King Crimson, a pod nią Kiss "Music From The Elder"
To tylko jeden rząd z bogatej oferty płyt analogowych

zdjęcie mówi samo za siebie
My też tam jesteśmy. W dodatku w dobrym towarzystwie, obok Anoushki Shankar (córki Raviego)
Najnowsza 2-płytowa składanka Ten. Z kilkoma rarytasami. Odstawiłem na półkę - zabrakło funduszy. Tak bywa.
Może kiedyś takiego działu doczekamy u nas.
prosto z windy wejście do Saturna
Windą do "nieba"


Mój ukochany album Bon Jovi na LP.
Bootlegi też mają

Uliczny plakat reklamujący płytę grupy Bear's Den
Po filiżance kawy na chwilę przed koncertem w barze naprzeciwko klubu.
Już teraz reklamują przyszłoroczny koncert
przy Friedrichstrasse takie oto pamiątki....
....ciąg dalszy Soviet Union
dawna strefa graniczna obu Berlinów
punkt graniczny, przy którym żywe repliki strażników
docierając na Checkpoint Charlie
serce Checkpoint Charlie
Muzea i sklepy z pamiątkami
ciąg dalszy
o nas też pamiętają
ten ładnie zapakowany kawałek muru za dwadzieścia euro
w sklepie z pamiątkami na Checkpoint Charlie
....ciąg dalszy
....ciąg dalszy
ciąg dalszy....
ciąg dalszy....
i jeszcze....
nadal.....
i nadal....
fajne rzeczy, prawda?....
miniaturki....
Taka tabliczka dwadzieścia euro. Jedną z nich Piotrek zakupił, ale że rozmawialiśmy po polsku, a ja pstrykałem fotki, to jedna z ekspedientek wyjrzała za nami "grzecznie" zapytując "czy panowie zapłaciliście?". Wystarczyło jej nasze słowne zapewnienie.
trochę tego tam mają....
na Placu Poczdamskim deszczowo
dojeżdżamy do Bramy Brandenburskiej
tam też deszczowo....
w Centrum na Kudamie
....szaro, a potem już deszczowo

Przy Dworcu Zoo
dojeżdżamy do celu
w Piotrka aucie takiej prędkości nie czuje się wcale
do Świecka słonecznie
po naszej stronie było ładnie