sobota, 24 września 2016

przedpremierowo "Ostatnia Rodzina"

Na film "Ostatnia Rodzina" czekałem chyba jak każdy - miesiącami. Odliczając nerwowo ostatnie tygodnie do premiery, w końcu już tylko same dni, godziny... Niepostrzeżenie znalazłem niedawno na Facebooku recenzję tego filmu, autorstwa Wiesława Weissa. W zasadzie nie była to recenzja, a raczej lincz. Nad nią. Po przeczytaniu pomyślałem: wierzę. No i co teraz? Tyle wyczekiwania, pokładanych nadziei, wreszcie marzeń o godnym obrazie losów rodziny Beksińskich. Ze szczególnym wskazaniem na Tomka, którego jestem wielbicielem, i najprawdopodobniej nic i nikt tego nie zmieni.
Chyba jako jeden z nielicznych byłem (i nadal jestem) zniesmaczony książką Magdaleny Grzebałkowskiej "Beksińscy - portret podwójny". Autorka przedstawiła Tomka jako chama, furiata, szaleńca. Nakreśliła sylwetkę takiego Tomka, jakiego nigdy nie widziałem i nie słyszałem. Irytowało mnie zatem zafascynowanie tym wydawnictwem, które niestety większość niewtajemniczonych czytelników potraktowało sensacyjnie. Pani Grzebałkowska na pewno nie była miłośniczką Tomka, tak więc lekką ręką, i na zimno, postanowiła go sportretować na podstawie pozyskanych materiałów, które sobie przeanalizowała w potrzebnym do tego czasie. Wykoślawiła postać mojego ulubionego radiowca wszech czasów, ukazując go w krzywym zwierciadle.
Mój egzemplarz Portretu Podwójnego pożyczyłem wielu ludziom, i niestety większość z nich wyraziła ogólny zachwyt. Problem jednak polegał na tym, iż żadna z tych osób nie była emocjonalnie zaangażowana w samego Tomka. Nie słuchali audycji, nie czytali felietonów, recenzji... Beksiu był zatem
dla nich postacią obojętną, którą "szanowali" za sprawą zasłużonych filmowych tłumaczeń. Bowiem przynajmniej za ich sprawą nie mogli myśleć inaczej. Pod tym względem wszystkie media przez lata wyrobiły o nim należyty obraz. Niestety wszystko inne pozostawiając w sferze dziwactwa, a nawet ułomności. Myślę, że raz na zawsze wyjaśniłem osobisty zarzut względem słabej i taniej sensacji, jaką popełniła Pani Grzebałkowska.
Ręce opadły po przeczytaniu wspomnianej recenzji pióra Wiesława Weissa. Człowieka, któremu jakoś o wiele bardziej ufam, niż pani, której przyszedł ot po prostu apetyt na wzięcie się za życiorys dwojga wspaniałych, aczkolwiek różnych osobowości.
Kilka dni temu otrzymałem od Wydawnictwa "In Rock", a za pośrednictwem dobrego znajomego Bogumiła, najnowszą książkę Wiesława Weissa "Tomek Beksiński - portret prawdziwy". I ta sama recenzja filmu Jana.P. Matuszyńskiego "Ostatnia rodzina", została zamieszczona również we wstępie do niej. Książka obszerna i dopiero przede mną.
Wiem, że nie powinienem niczego narzucać, ponieważ każdy ma prawo do własnej oceny, jednak skoro film wypacza sylwetkę Tomka Beksińskiego, odczuwam potrzebę odbicia piłeczki. W imię obrony właściwego portretu, jak i zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości.
Dotarliśmy dzisiaj z Małżonką na seans przedpremierowy. Do sieciowego Cinema City w poznańskiej Plazie, gdzie zorganizowano łącznie dwa takie seanse. Pierwszy wczoraj, drugi dzisiaj - oba o godz. 19-tej. Mogłem film obejrzeć już wczoraj, jednak dowiedziałem się o nim na zaledwie pół godziny przed projekcją, mając już inne plany. Zakomunikowała o tym fakcie pani bileterka, i to w momencie, w którym zapragnąłem dokonać rezerwacji na najbliższy piątek 30 września. Czyli na oficjalny dzień premiery. Los jednak sprawił, że udało się już dzisiaj.
Do kina wchodziłem obciążony niepozbawioną chłost recenzją Pana Weissa. Z jednej strony z chęcią obejrzenia wyczekiwanego filmu, lecz i w poczuciu strachu, jak i pełni obaw o czekającym nieuchronnym rozczarowaniu. I w tym miejscu przytoczę Państwu słowa Wiesława Weissa. Znanego dziennikarza, w tym: pisarza, felietonisty, encyklopedysty, wreszcie: muzycznego obieżyświata:
"SŁÓW KILKA O FILMIE "OSTATNIA RODZINA"
Tomek Beksiński w ostatnim mailu, jaki napisał w życiu, 24 grudnia 1999 roku, przywołał słowa bohatera pięknego westernu Sama Peckinpaha, Cable’a Hogue’a, który twierdził, że umieranie nie jest tak straszne, jak obawa przed tym, co powiedzą o człowieku po jego śmierci.
W tym samym liście, adresowanym do przyjaciela, George’a Sliwy, Tomek dodał: "NIE pozwolę, żeby jakiś skurwiel ukradł choćby cząstkę mnie i wykorzystał, zaśmiewając się, przeciwko mnie".
Tomek odszedł i oczywiście nie może już na nic nie pozwolić. Odeszli także jego rodzice i oni również nie mogą protestować, kiedy ktoś bezcześci jego grób. Żyje jednak dalsza rodzina, żyją przyjaciele i przyjaciółki, koledzy i koleżanki, a także nadal liczni wielbiciele i wielbicielki Tomkowych audycji i Tomkowych tłumaczeń. Mam nadzieję, że zabiorą głos po obejrzeniu filmu "Ostatnia rodzina". Ja zabieram go już teraz, bo skoro go widziałem, czułbym się parszywie, gdybym milczał.
Powiem tak: znałem Tomka dwadzieścia lat, ale nigdy nie widziałem takiego Tomka, jakiego pokazali scenarzysta Robert Bolesto, reżyser Jan P. Matuszyński i aktor Dawid Ogrodnik. NIGDY! Tomek nie wyrzucał telewizorów przez okno, nie rozwalał szafek kuchennych, nie rozbijał butelek o ściany. Tomek nie bił nikogo pejczem i sam nie był przez nikogo bity pejczem. Tomek nie był żałosnym samotnikiem skazanym tylko na rodziców i przypadkowe panny, których nie potrafił zadowolić. Tomek nie był człowiekiem jednowymiarowym, którego można zagrać na jednej nucie. Tomek nie był świrem i półgłówkiem, a taką postać WYMYŚLILI panowie Bolesto, Matuszyński i Ogrodnik i nazwali ją Tomasz Beksiński. Bo co? Bo jeśli ktoś nie żyje, można wszystko? Można wskoczyć na jego grób i wykonać na nim taniec huculski z przytupem?
Ile pychy i podłości trzeba mieć w sobie, żeby tak wykrzywić czyjś obraz i zaprezentować go światu! Ile pogardy dla osób, które tego kogoś znały, lubiły, kochały!
Tak, wiem, pan Bolesto powie, że niektóre dialogi wykorzystane w filmie wziął z taśm rodziny Beksińskich. Że to prawdziwe rozmowy. Nie przeczę. Jest w Ostatniej rodzinie dyskusja Tomka z rodzicami, która odbyła się naprawdę. Ale dyskusja ta została przez scenarzystę wyrwana z kontekstu i przesunięta w czasie. Zmanipulowana! W rzeczywistości odbyła się 20 lutego 1983 roku, kiedy Tomek po trzech pierwszych audycjach w Trójce – a było to spełnienie jego marzeń – został z tej Trójki właściwie spławiony (wrócił do niej po kilku miesiącach). I z tego ciosu, być może największego, jakiego doświadczył do tamtej pory, zwierzał się rodzicom. Owszem, wykrzykiwał, że ma wszystkiego dość i że ma wszystko gdzieś, ale cała ta przykra rozmowa jest jedynie świadectwem stanu ducha potwornie zawiedzionego dwudziestoczterolatka w konkretnej chwili. A nie czymś w rodzaju credo życiowego Tomasza Beksińskiego, bo wyrwana z kontekstu, pozbawiona wstępnej części na temat zakończenia współpracy z Trójką, i przesunięta w lata późniejsze taką funkcję ma w filmie pełnić!
Poznałem Dawida Ogrodnika, kiedy pracował nad Ostatnią rodziną. Opowiadał mi ciekawie, jak zbierał informacje o Tomku. A w pewnej chwili zaczął nienachalnie go podgrywać, co było naprawdę wzruszające. Zapewniał, że film pokaże go uczciwie. Kłamał. Film nie pokazał go uczciwie. Także dlatego, że Dawid Ogrodnik nie zagrał w nim Tomka. Nawet nie próbował w jakiś sposób zniuansować swojego bohatera. W najbardziej prymitywny sposób go zmałpował. Przerysował jego gesty, tworząc żałosną karykaturę. Gdyby to była komedia w stylu „Borata”, w porządku! Ale zdaje się, że nie o komedię chodziło, prawda?
Ktoś powie: Tomek był przecież cholerykiem. Wybuchał. Wściekał się. Owszem, ale naprawdę nie wybuchał w tak malowniczy sposób. I nie składał się z prawie samych wybuchów – jak w filmie "Ostatnia rodzina". Był delikatnym, subtelnym, wrażliwym człowiekiem. Ale żeby pokazać delikatnego, subtelnego, wrażliwego człowieka, trzeba samemu mieć w sobie choć odrobinę wrażliwości.
Ostatnia rodzina to nieuczciwy, nikczemny film. I nawet jeśli zbierze wyłącznie entuzjastyczne recenzje oraz otrzyma nagrody na wszystkich festiwalach świata, nie wspominając o Oscarze, pozostanie nieuczciwym, nikczemnym filmem. Niestety.
Wiesław Weiss
==========================
Niestety muszę się zgodzić z powyższym linczem. Ktoś powie: a co ty masz do powiedzenia? A mam Drodzy Państwo, mam. Tomek Beksiński odegrał w moim życiu rolę niebagatelną. Kto wie, gdyby nie on, być może nigdy nie zamarzyłbym o byciu radiowcem. Ponadto czuję się upoważniony, albowiem przeczytałem chyba zdecydowaną większość (a raczej wszystko!), co Tomek napisał, jak też posłuchałem równie sporo, co słowem przyozdobił. Uważam, że wywarł wielki wpływ na kształtowanie mego muzycznego gustu, jak też otworzył drzwi do krainy wrażliwości. Cenię tego faceta, jak mało kogo na tym cholernym świecie, by nie rzec - kocham. 
Miałem również wielki zaszczyt poznać go osobiście. Nawet jeśli moja osoba nie odegrała najmniejszego znaczenia dla losów jego samego. Dla mnie jednak były to bardzo ważne epizody. Jako posiadacz prywatnego numeru telefonu (zdobytego podstępnie) pozwoliłem sobie nawet w połowie lat 90-tych na dwie pół godzinne pogawędki. I proszę uwierzyć, że nawet przez chwilę nie poczułem jakiegokolwiek niesmaku płynącego z drugiej strony słuchawki. Rozmowa przebiegała w miłej atmosferze, a gdy z grzeczności próbowałem ją zakończyć, Pan Tomek zasugerował jej kontynuację. Nie zauważyłem najmniejszego nietaktu, a już tym bardziej chamstwa czy nieprzyzwoitości. Nie padło nawet jedno niecenzuralne słowo, które przecież paść w swobodnej pogawędce mogło. To nie wszystko, poznałem w życiu przynajmniej kilku ludzi, którzy znali Beksia (bo tak go sobie zawsze nazywam) dobrze lub bardzo dobrze. Niektórzy byli z nim nawet na stopie przyjacielskiej, i żaden z nich nie potwierdziłby jego obrazu z filmu Jana P. Matuszyńskiego. Dlatego będę bronić dobrego imienia tego wspaniałego w moich oczach człowieka.
W filmie trudno znaleźć choćby jedną scenę z odtwarzającym jego postać, Dawidem Ogrodnikiem, w której Tomek by czegoś nie roztrzaskał, kogoś nie obraził, bądź się nie zachował wulgarnie. Od pewnego momentu bałem się już oglądać dalej wszelakich scen Tomkowych. By po raz kolejny nie rozbiło się szkło lub szafki kuchenne roztrzaskały w drobny mak. Przeciętny, niezorientowany widz odbierze Beksia jako niezrównoważonego psychicznie osobnika. Bałem się tylko, by ktokolwiek z opuszczających salę kinową nie spróbował przy mnie źle wypowiedzieć się na jego temat. Trudno byłoby mi się chyba powstrzymać.
Dawid Ogrodnik napracował się, to widać, lecz niestety daleko mu do wiarygodności. Kiepsko odtworzył Tomka jako radiowca. Beksiu się nie jąkał, nie stosował nadmiernej ilości pauz, nie grymasił twarzą, niczym gość niezrównoważony psychicznie. Wreszcie, nie był posiadaczem zespołu nadpobudliwości psychoruchowej. A takiego Tomka pokazali twórcy tego filmu. Gdy ja osobiście rozmawiałem z Nosferatu w cztery oczy, to ten stał spokojnie, ładnie mówił, wyraźnie akcentował, i jakoś nie widziałem w nim żadnego frustrata, oszołoma, niezrównoważonego pajaca, który jest wyjątkowo obskurny dla całego otoczenia. A już jakoś szczególniej dla wszystkich mu najbliższych.
Film mimo wszystko polecam obejrzeć. Nie po to jednak, by go pokochać, a tym bardziej we wszystko uwierzyć. To historia, bądź co bądź, oparta na faktach. Inna sprawa, że niewiarygodnie oddanych.
Najsmutniejszym wydaje się fakt, że my wszyscy kiedyś odejdziemy, a ten film pozostanie. I niestety źle będzie rysować obraz Tomka. Co do Zdzisława i Zofii, to nie wiem, nie potrafię ocenić, ponieważ nie czuję zaangażowania i kompetencji.  
Smutny film. Dla wielu ludzi okaże się w dodatku mało przystępny. Współczesny widz zdaje się być przyzwyczajony do zgoła odmiennego kina. Żywego, spektakularnego, kolorowego, efektownego. "Ostatnia rodzina" nosi na barkach ciężar tragicznych losów rodziny Beksińskich, i tak też stara się je przekazać. Inną kwestią wydaje się sama wiarygodność przynajmniej ich części.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"