wtorek, 20 września 2016

CHINA SKY - "China Sky II" - (2015) -






CHINA SKY
"China Sky II"
(ESCAPE)
*****



Ta pochodząca z Florydy formacja wydała debiutancką płytę w 1988 roku, by dosłownie dwa miesiące później zamilknąć na dobre. Z upadłego tercetu na niezłą fuchę załapał się jedynie gitarzysta Bobby Ingram, którego zatrudnili boogie-southern-rockowcy z Molly Hatchet, natomiast ślad po dwóch czołowych postaciach - wokaliście i gitarzyście Ronym Perrym oraz basiście Richardzie Smith'sie - w zasadzie całkowicie zanikł. Tak, jak i po świetnej płycie "China Sky". I wcale nie tylko za sprawą jej genialnego zakończenia, w postaci "The Last Romantic Warrior" - z ewidentnym nawiązaniem do szlagieru Derek And The Dominos "Layla", gdzie Bobby Ingram zagrał na gitarze, niczym przyjaciel Lucyfera.
Grupa na szczęście niedawno reaktywowała się. Tym razem już jako kwintet. Lecz bez wspomnianego uciekiniera Ingrama. W jego miejscu pojawił się inny, także sprawny gitarzysta Steve Wheeler, który dobił do panów Rona Perry'ego i Richarda Smitha - wskrzesicieli zespołu i członków oryginalnego
składu. Dodatkowo za instrumentami klawiszowymi zasiadł Tim McGowan, natomiast za bębnami były członek Molly Hatchet, Bruce Crump. Niestety tego ostatniego świat muzyki pożegnał we wrześniu roku ubiegłego. Na szczęście oprócz zrealizowanego albumu zdążono także nakręcić wideoklip do otwierającego go utworu "One Life". Można w nim podziwiać cały band. W tym także i samego Crumpa. Fabuła klipu nawiązuje do powrotu China Sky. Wokalista Ron Perry wychodzi z domu, by przemierzyć pieszo długą wędrówkę do Hollywood. Pokonując setki kilometrów dróg, autostrad, gór i lasów, dociera wreszcie do oczekujących na niego zespołowych kompanów, których kamera w trakcie piosenki stale wychwytuje pomiędzy wierszami. Wreszcie razem stają w nagraniowym studio na jednej scenie. Sama kompozycja zaś, choć prosta w swej konstrukcji, oparta na schemacie zwrotka-refren....solo...refren, jest tak fantastyczna, że już teraz może śmiało kandydować do utworu roku. Pomimo, iż pochodzi z roku ubiegłego. Natomiast Ron Perry zaśpiewał w niej dosłownie powalająco. Na dzień dzisiejszy powinni mu się kłaniać w pas panowie David Coverdale, James Christian, Kelly Keeling czy Jeff Scott Soto. Co ten facet robił przez te ponad ćwierć wieku? Co za marnotrawstwo tak cudownego gardła i talentu. Proszę uwierzyć, takie śpiewanie Perry'ego rządzi na całej tej fantastycznej płycie. W "One Life" maestro podkreśla, iż dostajemy tylko jedno życie, a że nie ma żadnej powtórki, nie wolno w nim niczego zmarnować. Po trzech i pół minucie następuje ballada "The Road Not Taken". Taka z gatunku: od szeptu, po eksplozję. O tym, że nie zaznasz szczęścia, jeśli nie znajdziesz prawdziwego domu. Następnym przystankiem jest kolejny chwytliwy, dynamiczny i super przebojowy numer "You're Not Alone". W tym pełnym entuzjazmu albumowym fragmencie Perry uchyla szczęścia z udanego związku ze swoją żoną. Podobny entuzjazm przejawia kolejny na tymże longplayu "I Believe In You". Gdyby ktoś czasem pomyślał, że teraz powinna płyta siąść, bo już za dużo dobrego na raz, to jest w błędzie. Ta nieco ponad trzykwadransowa kompilacja nowiuśkiego materiału mądrze chwieje nastrojami. Czasem bywa refleksyjnie, by po chwili porządnie rozbujać odbiorcą. Pięknie też prezentują się pozostałe ballady, jak "I Wish I Could Fly" - z podniosłym refrenem i bombową, choć niestety zbyt krótką gitarową solówką, a także chyba najwspanialsza ze wszystkich "The Richest Man In The World"
("...jestem najbogatszym człowiekiem na ziemi, ponieważ mam Ciebie..."). Tę piosenkę mogliby zaśpiewać Elton John, Freddie Mercury lub nawet Ray Charles. Stawiam wszak, iż w najlepszym razie uczyniliby to góra na równi z Ronem Perrym. Powinno się ją wykładać na zajęciach z wokalistyki. Inną sprawą jeszcze jest sama muzyczna do niej oprawa. Klejnot.
Sympatykom mocniejszego przyłożenia i potupania nogą, by stropom zbyt łatwo nie było, polecam jeszcze takie: "The Darkness", "I'm A Survivor", bądź "Enemy". Co będziemy się zresztą zabawiać w rozbiórkę na części pierwsze. Tego kapitalnego albumu słucha się dosłownie jednym tchem. To przecież urodzaj nad urodzajami. Majstersztyk. Pięciu dżentelmenów, którzy niczego udowadniać już nie muszą, wszak wyrośli z maślanego wieku, a i muchy spod nosa wymietli. Wiedzą co, i jak grać. Po profesorsku nastroili gitary, ze smakiem zagrane zostały partie klawiszowe, do tego wszystkiego skomponowali rewelacyjne melodie, no i jeszcze TEN GŁOS! Ron Perry - cóż za niesamowita postać. Proszę posłuchać, jak ten facet śpiewa w takim "I'm A Survivor". Przekładając to na język futbolu - niczym zwycięzca finału Ligi Mistrzów.
Nie będzie już lepszego albumu w tym gatunku w pomału kończącym się roku. Oczywiście nadal warto mieć nadzieje, słuchać, poszukiwać.... ale nie będzie. Takie historyczne chwile nie tworzą się na poczekaniu. Nie każdy też miesiąc czy cały rok nam to gwarantuje.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"