piątek, 23 listopada 2012

Dobry koncert Sandry, lecz Samanthy Fox kapitalny !

Dzisiejszy dzień mienił mi się różnymi nastrojami. Spotkało mnie kilka miłych rzeczy, ale i nie zabrakło chwil , o których chciałbym zapomnieć. Na dokładkę powiem, że na Andrzejkowym koncercie w Arenie było podobnie.
Po powrocie z roboty do domu złapało mnie totalne przesilenie i niemal miażdżące zmęczenie. Dobiła mnie jeszcze kolacja, która wzmogła uczucie senności. Nie mogłem sobie na to pozwolić, ponieważ mniej więcej godzinkę później miał przyjechać po mnie Peter, który na ostatnią chwilę zdecydował się pójść także na koncert do Areny. Kupił bilet z samego rana, i zaproponował mi swoje towarzystwo, pomimo iż samo zaproszenie wręczył mi nieoceniony Sebastian Kończak z MC Radia (dziękuję Ci Sebcia!).  Z Radia, które notabene zorganizowało całą tę imprezę. Dzięki temu dowiedziałem się jeszcze kilku ciekawostek. Aby zatem dojść do jako takiej równowagi, zaaplikowałem sobie kilkunastominutową kąpiel w wannie (tak, w wannie - a nie pod jakimś koszmarnym prysznicem!!!), po czym strzeliłem sobie trzy głębsze, i wypiłem pół butelki Pepsi. Dopiero po tym wszystkim poczułem, że zaczynam wracać do żywych. Niestety nie miałem czasu (ani też specjalnej ochoty) by z całego tego dziwnego dnia, wyspowiadać się przed pewnym kolegą , przez co ten po prostu się na mnie obraził. Nie zapomnę tak propos, tego dzisiejszego podania sobie dłoni na niby przywitanie, a później tego obrócenia się do mnie tyłkiem. Trudno będzie zapomnieć.

O samym koncercie napiszę krótko.
Jako, że spóźniliśmy się nieco z Piotrkiem (vide - Peterem), niestety nie zobaczyłem mojego darczyńcy biletowego Sebastiana Kończaka w roli konferansjera. Czego cholernie żałuję, gdyż Sebcia na scenie czuje się jak ryba w wodzie. Do dziś pamiętam jego wodzirejowanie sprzed meczu Pucharu Polski Lech-Legia na Bułgarskiej. Było to kilka lat temu, no i na dokładkę jeszcze wygraliśmy wtedy 2:0. Nie to co teraz.
Załapałem się ledwie na cztery czy pięć piosenek Papa D., czyli na zespół Pawła Stasiaka i jego kompani. Miło zabrzmiały "Naj Story" czy "Kamikadze Wróć", ale nie wywołał we mnie ten mini występ jakiś szczególnych emocji. Choć przyznam, że jako młody człowiek lubiłem Papa Dance. Może dlatego, że ich muzyka fajnie komponowała się niegdyś z ładnymi dziewczynami, brudnymi ulicami, pustymi sklepami i kolorowymi dyskotekami.
Później już widziałem wszystko do samego końca, czyli do po pierwszej w nocy!
Jako druga wykonawczyni weszła na scenę Sheyla Bonnick, z dawnego Boney M., w towarzystwie dwóch wspomagających wokalistek i przepraszam za wyrażenie, pewnego afro-amerykanina (bo powiedzieć dzisiaj murzyn, równa się dostać w czapę - taki głupi ten świat), który robił za nędzną kopię zmarłego niedawno Bobby'ego Farrella. Grupa ta zaserwowała przeboje Boney M., ale nie tylko, albowiem wykonali jeszcze na przykład "One Way Ticket" - z rep.Eruption.  Żal pisać, co me oczy ujrzały, a uszy przecierpieć musiały. Kto to wpadł w ogóle na pomysł, by takie fajtłapstwo zaprosić.
Byłem mocno wynudzony, a czekałem w zasadzie tylko na Sandrę. Reszta zupełnie mnie tego wieczoru nie obchodziła. I tutaj zdarzył się cud ! Ale po kolei. Otóż, Sandra, która miała wystąpić jako czwarta, znaczy ostatnia, i jako gwiazda zarazem, została zapowiedziana jako trzecia !!!! Myślałem, że śnię, ale organizatorzy zmienili kolejność Samanthy Fox z Sandrą, ponieważ następnego dnia taki sam koncert odbyć się miał w Gdańsku, i ponoć Sandra  zażyczyła sobie roszadę, bo musi się wyspać! Na dokładkę dowiedziałem się, że Sandra ponoć za kulisami rżnie się na gwiazdę pierwszej wielkości, i dla przykładu podam z innego pola ciekawostkę, otóż organizatorzy musieli pani Sandrze wykupić w samolocie klasę business za 14 tysięcy złotych, a dla porównania taka Samantha Fox zgodziła się na przylot zwykłą linią za 800 złotych. Nie przeszkodziło mi to jednak wczuć się w cały dalszy przebieg koncertu. Przyznam, że podobał mi się występ Sandry. Nie zaśpiewała mego "Midnight Man", który traktuje przecież o mnie (ha ha ha), ale co tam, była ogromna paleta innych jej hitów, jak i także nowych piosenek. Co prawda około 3-4-tysięczny tłum bawił się w miarę poprawnie, ale ku memu zdziwieniu o wiele słabiej, niż na badziewiastej kopii Boney M. Ale to jeszcze nic. To co się wydarzyło chwilę później można nazwać skandalem nad skandalami. A winę za to ponosi sama publiczność. Niestety durna !!! Po koncercie Sandry większość zaczęła po prostu wychodzić. Po mniej więcej drugim, trzecim nagraniu, zrobiło się niemal pusto. Raptem w ciągu kilku minut wyszło w cholerę kilka tysięcy osób, a została garstka ludzi przed sceną i może kilkadziesiąt na koronce. A Samantha Fox rozkręcała się z każdą minutą, zatykając gębę nie tylko mnie, ale i tym, którzy jednak postanowili zostać do końca. Dziewczyna skakała po scenie niczym pchełka, a jej ciało wyginało się jakby było z gumy. Do tego doznałem szoku jak Ona świetnie śpiewa !!! Nie przesadzam - Artystka pełną gębą.  Absolutnie na najwyższym poziomie. Nie mniejsze wrażenie zrobił na mnie jej akompaniujący zespół. Gitarzysta i basista - kolesie , którzy wyglądali jakby grali w The Strokes, Kings Of Leon, The Vaccines czy Coldplay. Do tego dołóżmy sprawnego klawiszowca, perkusistę i dwuosobowy bardzo dobry żeński chórek. Jako, że banda prymitywów czekać by musiała półtorej godziny tylko na "Touch Me", bo nic innego ich już nie interesuje, to sobie poszli won, a ci co pozostali, mogli w nagrodę zobaczyć najlepszy koncert tego wieczoru. Co tam najlepszy - kapitalny!  Zaśpiewane, zagrane, zaaranżowane - wszystko na mega wysokim poziomie. Szybko zdałem sobie sprawę, że Sandra przegrała z Samanthą na całej linii. Kiedyś mocno lekceważyłem tę artystkę. Jakże mi teraz głupio. Byłem w jednej grupie z samcami prymitywami, dla których Samantha stanowiła tylko za dobre cycki i sympatyczny tyłeczek. Po dzisiejszym występie nie pozwolę nigdy nikomu powiedzieć o Samancie Fox złego słowa. Pomimo, iż nadal przecież jako kobieta - wygląda zajebiście!. A te dzisiejsze jej białe króciutkie spodenki, plus te białe adidaski, i koszulka UWAGA - z logo MOTORHEAD, plus symbolem grupy, czyli motorową głową - zrobiły spore wrażenie chyba nie tylko na mnie. Na dobitkę dodam, że poza trzema hitami jakie znałem, i kilkoma świetnymi piosenkami (o różnej stylistyce!) , które usłyszałem dzisiaj po raz pierwszy, Samantha dołożyła fajne covery, jak choćby "La Isla Bonita" - Madonny, "Sex On Fire" - Kings Of Leon, czy na ostatni bis "Rock and Roll All Nite" - KISS'ów.
W chwili, w której kończę pisać te słowa jest godzina 3.02. Jestem wykończony. Kładę się spać. Jutro wkleję kilka zdjęć, gdyż dzisiaj po prostu brakuje mi już sił.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl 


 

2 komentarze:

  1. Wychodzenie publiczności w trakcie koncertu to u nas niestety standard. Sam przeżyłem takie coś kilka razy, nie zapomnę jak kilka lat temu gdy byłem na koncercie Jean Michel Jarre'a w Gdańsku, ludzie tłumnie wychodzili gdzieś w 3/4 koncertu. Podobnie było ostatnio w Eskulapie na Irze - fakt ze koncert był cholernie długi (2 supporty + sam koncert Iry chyba ze 3 godz + wymiana sprzętu - zrobiło się min 5 godz.) więc nogi mi wchodziły do tyłka i gdy wychodziliśmy z żoną z Eskulapa chyba ok godz. 0.30 - byłem wykończony. A sala była już o wiele bardziej pusta. Dlaczego? Bo większość ludzi w Polsce idzie na koncert żeby zaliczyć piątkowy lub sobotni wieczór, żeby można się było pochwalić przed znajomymi że "byłem na ..." i tu pada nazwa/nazwisko znanej gwiazdy. Poza tym trzeba jakoś zaliczyć wieczór, ile można chodzić po kawiarniach i marketach. A więc max do 21 - 22 godz. i w pizdu do chaty. A szkoda - bo ja generalnie tłumu nie znoszę ale akurat na koncercie tłum jest mocno wskazany bo atmosfera jest o wiele lepsza - tym bardziej jak jeszcze wszyscy czują bluesa. Ale cóż - takie czasy, nie ma co narzekać, bo za to generalnie rockowej muzyki i koncertów ostatnio jest tyle że ciężko to wszystko ogarnąć.
    z rockowymi pozdrowieniami
    Kuba Sikorski

    OdpowiedzUsuń
  2. No Jarre leciał z playbacku więc ja bym wyszedł już na samym początku.

    OdpowiedzUsuń