niedziela, 18 listopada 2012

DARE - "Calm Before The Storm 2" - (2012) -

DARE - "Calm Before The Storm 2" - (LEGEND) -  ***1/2



Darren Wharton nie chciał być jedynie klawiszowcem słynnych Thin Lizzy, i pozostać w cieniu jego słynnego lidera Phila Lynotta. Dlatego w drugiej połowie lat osiemdziesiątych powołał własny zespół, nadając mu nazwę Dare, będącą skrótem od jego imienia. Zespół powstał jeszcze za życia Phila Lynotta, a sam Darren Wharton pragnął bardzo, by ten pierwszy wystąpił kiedyś gościnnie na płycie jego nowego zespołu. Co podkreślał niejednokrotnie w wywiadach. Niestety jak wiemy, nie starczyło czasu.
Z początku Dare marzyli o podbiciu Europy (album "Out Of The Silence", 1988), wplatając do solidnego hard rocka elementy folku Wysp Brytyjskich. Po odniesieniu umiarkowanego sukcesu, apetyt Whartona i jego kolegów sięgnął lądu zza oceanicznego (album "Blood From Stone", 1991), który idealnie skomponował się z komercyjno-metalowymi grupami typu Whitesnake, Def Leppard, Kingdom Come czy Bonfire - bijącymi wówczas rekordy powodzenia. Niestety, choć obie płyty były znakomite, to nie wpasowały się idealnie w czas, ani w gusta odbiorców. To podcięło skrzydła Whartonowi, który rozwiązał Dare na długich siedem lat, a gdy po nich powrócił, przedstawił nowych muzyków, jak i niemal całkiem odmienione muzyczne oblicze swego nowego tworu. Muzyka Dare została całkowicie wyzbyta metalowego czadu. Ponadto maestro oszlifował ją z jakiejkolwiek drapieżności, proponując repertuar melancholijny, tylko lekko podbarwiony i przybrudzony siłą rocka. Nowe utwory bardziej przypominały irlandzkie szanty lub pochwalne pieśni rodem z pięknej Zielonej Krainy. Krainy, zewsząd otoczonej wodami, będącej samej w sobie poetyckim natchnieniem do tworzenia niekończącej się ilości serenad. I choć to co napisałem przed chwilą może wzbudzić grymas na twarzach ortodoksyjnych wyznawców rocka, to odpuszczenie sobie muzyki tego zespołu, nie posłuchawszy go, będzie frajerstwem samym w sobie.
Od czasu "Calm Before The Storm", powstały jeszcze trzy kolejne podobne dzieła. Mało tego, śmiem twierdzić, iż najpiękniejszym z nich jest "Beneath The Shining Water" (2004), ale to właśnie "Calm Before The Storm" (1998) zdobyło największe uznanie wśród fanów grupy, jak i u samego jej lidera. Stąd też nietrudno zrozumieć, dlaczego "tej płyty" słuchamy ponownie po 14 latach . Tak oto powstał sequel o nazwie "Calm Before The Storm 2", choć gdy na pierwszy rzut oka tytuł zasugerować może całkiem nowe kompozycje tylko nawiązujące do "jedynki". Szkoda nawet, że tak się nie stało. Bywały przecież cuda w przeszłości, jak choćby piękne "Tubular Bells 2" - Mike'a Oldfielda, ale i także pamiętajmy wtopy, jak chociażby "Oxygene 7-13" - J.M.Jarre'a.  Przykładów można by mnożyć, ale nie w tym rzecz.
Dwójka "Calm Before The Storm" jest równie piękna co jej pierwowzór. Pełna uniesień i poetyki. Nietypowa rockowa sztuka zyskuje tutaj miano arcydzieła, bo tylko skamieniałe serce może pozostać zobojętniałe na takie granie. Delikatny, z lekka zachrypnięty, ale i czarujący przy okazji śpiew Whartona, wydaje się być idealnym balsamem na ogólną nerwowość czasów obecnych. Słuchając muzyki Dare, można zapomnieć o panoszącym się złu na tym świecie, o wojnach, tragediach,... Za to poruszając wyobraźnię, łatwo jest za jej pomocą przenieść się do krain wciąż nieodkrytych.
Nowe wersje piosenek, czy to "Walk On The Water", "Someday", Crown Of Thorns", "Cold Wind Will Blow", "Deliverance", czy wszystkich pozostałych, pozostają niemal bliźniacze i wydają się być znane od zawsze. Nawet jeśli ich czas trwania różni się od poprzedniczek, bądź z lekka zmienione aranżacje wprawiają nas w niewielkie i chwilowe zakłopotanie. Także przecież okładka idealnie pasuje do wszystkiego o czym sobie teraz rozmawiamy.
Można żałować jedynie, że zabrakło w tym zbiorze miejsca dla nowych wersji "Still In Love With You" czy dla "Run To Me" (znanej z edycji Japońskiej), ale nie upatrywałbym tego jako strat okrutnych. Zawsze możemy przecież powrócić do starszych płyt. Poza tym, grupa najwyraźniej (a raczej chyba jej lider) nie miała ochoty odtwarzać wszystkiego idealnie toćka w toćkę. Co nawet zasługuje w mych oczach na pewnego rodzaju komplement.
Absolutnie przepiękna płyta. Nie bójmy się tych słów. Nawet, pomimo braku jakichkolwiek zaskoczeń.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl 

2 komentarze:

  1. Panie Andrzeju, a jeśli nie ma się żadnej wersji płyty "Calm Before The Storm", to którą lepiej kupić - nową, czy starą? Wiem, najlepiej obie, ale gdyby trzeba było wybierać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z pozycji samej muzyki jest to pytanie trochę kłopotliwe, no a że według zasady: co oryginał to oryginał, nie wahałbym się Panie Andrzeju wskazać jednak na "jedynkę". Niemniej, docelowo polecam obie!

    OdpowiedzUsuń