poniedziałek, 6 lutego 2017

Columbo

Niegdyś Tomasz Beksiński napisał mniej więcej coś takiego: "kino rozpoczyna się i kończy na Jamesie Bondzie". Oczywiście ten powszechnie znany poskramiacz horrorów miał na myśli kino rozrywkowe. Z tym, że pod płaszczykiem "kina rozrywkowego" eksponując wszelkie cechy dobrego smaku, a więc inteligentny humor, najwyższy poziom aktorstwa, produkcji, itd... Mowa zatem o dobrej zabawie, ponieważ kino powstało, by bawić. Nawet, jeśli każdego kręci co innego.
Przyznam, że i ja lubię większość Bondów. Mam nawet całość skompletowaną na DVD, choć raczej tylko po to, by sobie całość grzecznie stała na półce i cieszyła oko. Przygody Agenta 007 bywają tak często powtarzane w TV, że nawet nie zdążę pomyśleć o nastawieniu DVD, a już cała seria ponownie w telewizji. W dodatku w jakości HD, co przebija wszystkie DVD, a nawet blu-raye. Jednak pomimo szczerej sympatii do poszczególnych agentów 007 (najbardziej do Rogera Moore'a i Daniela Craiga), cykl Bondowski nie stanowi dla mnie najukochańszego kina. Wiem, że jako zadeklarowany wielbiciel najlepszego radiowego prezentera wszech czasów, jakim okazał się wspomniany Nosferatu Beksiński, powinienem klękać bezkrytycznie przed wszystkimi Bondami, lecz byłoby to nieuczciwe. Przy tym, z zatraceniem poczucia własnej osobowości.
Serialem, który mogę oglądać (i oglądam) do granic nieskończoności są przygody porucznika Columbo. Ukochałem Petera Falka, i rozpracowywane przez niego czarne charaktery, już we wczesnych latach młodości, gdy konsekwentnie serwowała pierwsze sezony serialu nasza telewizja. I choć wielbię wszystkich blisko siedemdziesiąt odcinków, to najbardziej kręcą mną pierwsze siedem serii/sezonów, czyli wszystkie produkcje powstałe w latach 1971-1978. Bowiem w tych latach realizowano najbardziej popularne cykle przygód najlepszego gliniarza policji w Los Angeles. Choć gwoli rzetelności trzeba dodać, iż pierwszy odcinek pilotażowy "Przepis na morderstwo" (z genialnym i kilka lat temu zmarłym Genem Barrym) powstał na trzy lata przed drugim pilotażowym "Okup za nieżywego człowieka" - z piękną, dziś już 90-letnią Lee Grant.
O "Columbo" mógłbym się rozpisywać godzinami, z chęcią przytaczając masę zabawnych cytatów, które uwielbiam do tego stopnia, że nawet wiele z nich wprowadziłem do potocznego języka. Często z nich korzystam w prozie życia, niestety zapominając, iż serial "Columbo" to jednak nie komedie Barei, bądź kabaret Zenona Laskowika, które to znają chyba wszyscy. Niewielkim ryzykiem okaże się zarzucanie cytatami z "Misia" czy "Nie ma róży bez ognia". Istnieje niewielkie ryzyko wśród ludzi 40+, iż natrafimy na kompletnego ignoranta, który z niesmakiem odczyta zacytowany jeden czy drugi gag. Z "Columbo" nie ma lekko. A szkoda, bo choć to serial kryminalny, to Peter Falk bywa zabawny, nawet jeśli jego postawa w dochodzeniu do rozwiązania łamigłówek może niektórych drażnić.
W "Columbo" bywa też sporo o muzyce. Smakosze wyłapią co niemiara. Zarówno przestępców sympatyków muzyki klasycznej, country, rocka, jak też kompozytorów, producentów, a i tęgich głów od przemysłu rozrywkowego. Można przy tym podejrzeć luksusowe apartamenty podejrzanych, ich dawny naprawdę klasowy sprzęt: gramofony, wzmacniacze, itp., a nawet w jednym z odcinków zmieniarkę samochodową do winylowych singli. Urządzenie, którego w tamtych czasach na pewno nie szłoby eksploatować na naszych drogach. Z kolei w odcinku "Łabędzi śpiew" za czarny charakter robi prawdziwy "man in black", czyli Johnny Cash. Zaśpiewał on kapitalny numer Hanka Williamsa "I Saw The Light" - niedostępny na żadnej regularnej płycie, a także przecudowną wersję ballady "Sunday Morning Coming Down" - w pamiętnej scenie z jego filmowego domowego ogrodu. To zresztą jeden z nielicznych odcinków, w którym porucznik Columbo odnosi się do mordercy z szacunkiem. Proszę sobie przypomnieć końcówkę, gdy Johnny Cash wraca po spadochron i tym samym daje się pojmać, po czym obaj dżentelmeni wsiadają ostatecznie do auta, a z kasety gra "I Saw The Light". Porucznik w pewnej chwili mówi do Tommy'ego Browna (czyli Johnny'ego Casha): "ktoś, kto tak śpiewa, nie może być złym człowiekiem".
Proszę koniecznie przyglądać się serialowym mordercom, to kapitalni aktorzy. Niektórzy wystąpili w rolach zbrodniarzy kilkukrotnie. Weźmy znakomitych: Roberta Culpa czy posiadacza najpiękniej skrzypiącego głosu Patricka McGoohana. Jak również prawdziwą żonę Petera Falka, piękną Sherę Danese (bo tej filmowej nie pokazano w żadnym odcinku, jak też nigdy nie ujawniono imienia porucznika Columbo). Nie wszystkim facetom musi przypaść do gustu uroda Shery, jednak mnie bardzo przypomina moją dawną miłość, a więc... Choć moja Żona twierdzi, że posiadam kiepski gust. Podobno gustuję w zdzirach. Hmmm....
JACK CASSIDY
Skoro jednak mowa o konotacjach na linii Columbo a muzyka, to wspomnę o jednym z moich aktorskich faworytów, który także zagrał w kilku odcinkach tego serialu, a konkretnie w trzech. To niejaki Jack Cassidy. Niespecjalnie u nas popularny, a szkoda, albowiem mowa o aktorze niezwykle utalentowanym, i takim, który przyciąga uwagę. Nie tylko zresztą aktorze. Jack Cassidy był także piosenkarzem, choć ta druga profesja już kompletnie nie jest u nas spopularyzowana. Proszę sobie jednak wyobrazić, iż Jack Cassidy dorobił się w dwóch małżeństwach czterech synów, z których dwóch zdobyło międzynarodową sławę. A konkretnie: Shaun Cassidy i David Cassidy. Obaj bili rekordy popularności w latach 70-tych, pomimo iż sława Davida przetrwała nieco dłużej. Najlepsze piosenki David śpiewał we wczesnych latach wspomnianej przed chwilą dekady, ale jeśli ktoś pamięta jego płytę "Romance" - pochodzącą już z epoki 80's, to właśnie na niej gościnnie wystąpiła nasza Basia Trzetrzelewska.
Przed laty prezentowałem w jednej z audycji winyl Shauna Cassidy'ego "Under Wraps". Bardzo fajny, ale że nie spotkał się z przychylnym przyjęciem zaniechałem planów względem pogrania innej jego udanej płyty "Born Late", jak też przeuroczej "Cherish" - Davida Cassidy'ego. To ta płyta od piosenki "I Am A Clown".
WIELKI SANTINI oraz PORUCZNIK COLUMBO
Wracając do seniora Jacka Cassidy'ego... Różnie mu się w życiu powodziło. Podobno w branży był niezwykle cenioną i lubianą postacią, jednak po czterdziestce mocno się uzależnił od alkoholu i nikotyny, w dodatku zaczął mieć poważne problemy z psychiką. Do tego stopnia, iż było go stać na przedziwne zachowania. Jednak na planie stawał na wysokości zadania, zupełnie kamuflując osobiste problemy.
Cassidy zagrał w Columbo w odcinkach: "Morderstwo z książki" - w jedynym wyreżyserowanym przez samego Stevena Spielberga. Następnie w "Pisz Albo Giń" oraz w najbardziej rozsławionym "Iluzjonista", w którym zagrał magika "Wielkiego Santiniego", który okazał się byłym zbrodniarzem nazistą. Świetny odcinek, jeden z najlepszych. Nie wiem, chyba go obejrzałem ze sto razy. Film ukazał się w 1976 roku, dosłownie na kilka miesięcy przed niespodziewaną śmiercią Cassidy'ego. Proszę sobie wyobrazić, że ten 49-letni aktor pewnego dnia wypił nieco, zapalił papierosa i zasnął. Tym samym doprowadził do pożaru, w którym spłonął.
Na dziś wystarczy. Przy okazji wynotuję pakiet zabawnych cytatów, którymi się chętnie podzielę.

Synowie JACKa CASSIDY'ego





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"\