poniedziałek, 1 lutego 2016

STEVEN WILSON - "4 1/2" - (2016) -






STEVEN WILSON
"4 1/2"
(STEVEN WILSON / KSCOPE)
***


Zastanawiał mnie enigmatyczny tytuł "4 1/2". I już wiem, owa "połówka" po cyfrze "4", to symbol dla najnowszego wydawnictwa Stevena Wilsona. Krótszego zauważalnie od wcześniejszych czterech solowych płyt długogrających, choć przecież całe dziełko zawiera 37 minut muzyki, a to wcale nie aż tak bardzo mało.
Skoro "4 1/2" nosi miano mini albumu, to co powiedzieć o dawnych longplayach Elvisa Presleya czy Cliffa Richarda, które to liczyły sobie po około 25-30 minut - i chwalebnie zwały się "długograjami". W latach 90-tych trzymałem w rękach japońskiego maxi singla Michaela Jacksona, bodaj do piosenki "Earth Song", który trwał mocno powyżej czterdziestu minut. A więc....
"4 1/2" stanowi za 6-utworowy zbiór kompozycji zrealizowanych w okresie dwóch poprzednich albumów, tj. "The Raven That Refused To Sing (And Other Stories)" (2013) oraz "Hand. Cannot. Erase." (2015). Wilson postanowił jednak zrobić z nich użytek, zamiast poddać zapomnieniu lub utylizacji, pozbierał w całość to i owo, ładnie opakował, no i..... Nie pozwolił przy tym również o sobie choćby na chwilkę zapomnieć. A przy okazji kto wie, być może nadchodzące kwietniowe polskie koncerty za sprawą tego materiału, też coś dodatkowego zyskają.
Otrzymujemy zatem typową ciekawostkę. Zbiór przeróżnych pomysłów, które co prawda powstawały do albumów konceptualnych, jednak tutaj takowej zwartości samej w sobie już nie tworzą.
Entuzjaści talentu Stevena Wilsona wszystkie zawarte tu kompozycje przygarną i tak z wielką radością, nawet jeśli wszyscy zdamy sobie sprawę ,iż tym razem niczego porażającego spodziewać się nie należało.
Osobiście najbardziej spodobała mi się piosenka "Happiness III" - mocno przypominająca dawnych Porcupine Tree, gdzieś tam z okolic płyty "Stupid Dream". Bo choć kompozycja ta została nagrana dopiero w 2014 roku, to jednak Wilson skomponował ją już w roku 2003. I być może właśnie dlatego tak bardzo pachnie "Jeżozwierzowym Drzewem".
Oprócz powyższej, przyjemnie słucha się otwierającego całość, ponad 9-minutowego "My Book Of Regrets". To bardzo urozmaicona kompozycja. Czasem trąci melancholią spod znaku dawnych ballad Porcupine Tree, a innym razem popada w bardziej pogmatwane struktury, bliższe myśleniu Porcupine Tree z okresu "Fear Of A Blank Planet", a czasem nawet King Crimson.
Ucieszyło mnie, że Wilson odświeżył jeszcze jedną z moich ulubionych kompozycji Porcupine Tree - "Don't Hate Me". Najnowsza, blisko 10-minutowa wersja tego utworu została zarejestrowana w roku ubiegłym, a naszego bohatera wspomogła w niej wokalnie dobrze nam znana Izraelka - Ninet Tayeb, która przecież tak pięknie zaznaczyła się w dwóch kompozycjach na wspomnianym już "Hand. Cannot. Erase.". Te trzy nagrania stanowią za ozdobę tego mini albumowego wydawnictwa porzuconych dotąd dzieł. Pozostałe także mogą się podobać, a nawet zaintrygować, jak subtelny i z lekka niepokojący "Year Of The Plague". Niespieszny gitarowy podkład i rozciągająca się dookoła tajemnicza aura, utkana jakby z posmutniałych unoszących się w tle symfonicznych nut - robi wrażenie. Szkoda, że ten fragment wypadł z programu "The Raven That Refused....".
Delikatny fortepian, smyczki, plus niewielka partia zadziornej gitary w "Sunday Rain Sets In", też pasowałoby nastrojem do tamtego albumu, choć to ponoć odrzut z "Hand. Cannot. Erase.".
Najmniejszą uwagę przykuwa instrumentalny "Vermillioncore". Bo choć sporo w nim "karmazynowych" barw, to w zasadzie nie dzieje się tutaj nic szczególnego.
Szkoda jedynie, że Steven Wilson oferując nam rzeczy początkowo przez siebie niechciane, czytaj - gorsze, proponuje je w cenie pełnowartościowego albumu. No ale cóż, jak to niegdyś było w pewnym dowcipie: sorry Winetou, business is business. 





Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"