piątek, 8 kwietnia 2016

PET SHOP BOYS - "Super" - (2016) -





PET SHOP BOYS
"Super"
(x2)
*



Musiało kiedyś do tego dojść, a zanosiło się od wielu lat. I przykro mi to napisać, ponieważ ubóstwiam Pet Shop Boys, jednak najnowsze "Super", to - przepraszam za mało wyszukany język - syf straszny. A przebłyski tegoż dało się już zauważyć przy poprzednim mizernym dziełku "Electric". Choć tam jeszcze gwoli sprawiedliwości pojawiło się kilka strawnych piosenek, jak naprawdę udana "Love Is A Bourgeois Construct". No i wówczas jeszcze słabą płytę broniły koncerty, na których w większości panowie Tennant i Lowe serwowali stare przeboje. Zaś najnowsze wypociny stanowiły jedynie za punkt wyjścia, czym zebrany tłum zupełnie się nie przejmował. Tak było dla przykładu we wrześniu 2013 r. w sopocko-gdańskiej Ergo Arenie. Aż strach tylko pomyśleć o koncertach Pet Shop Boys za kilka lat, jeśli ich repertuar zostanie zdominowany przez aktualne piosenki.
Pet Shop Boys własną twórczość kompletnie okroili z ładnych melodii i zapamiętywalnych fraz, stawiając na automatykę i powtarzalność - często wręcz do bólu nachalną. Bo gdy nie ma się pomysłów na dobre kompozycje, to dodaje się bitów i wmawia odbiorcy, że jest nowocześnie i tanecznie.
"Super" zadowoli sympatyków mało wyrafinowanego i wymagającego popu. Ten klubowo-parkietowy muzak przyśni się niczym koszmar pożeraczom pięknych płyt w rodzaju "Please", "Actually", bądź jeszcze tak niedawnej "Fundamental" (ta ostatnia dzięki maestro Trevornowi Hornowi). Najnowszą propozycję londyńczyków do serca przygarną jedynie napruci zwolennicy nocnych lokali, w których to nawet karaluchy boją się wysikać.
Człowiek słucha tej płyty w nadziei, że może za chwilę coś się wydarzy. A tu nic, kończy się jedna rąbanka i błyskawicznie następuje podobna. Nie łatwo jest posegregować tutaj cokolwiek, szczególnie gdy na głowę spada cały ogrom bitowego łomotu. Już czułem pismo nosem, gdy tylko ujrzałem albumową okładkę. Spójrzcie Państwo tylko, czy pod czymś takim można ukryć jakiekolwiek piękno?
Nawet nie potrafię wyróżnić przynajmniej jednej piosenki, bo nie chcę obrażać tak długo pielęgnowanego w sobie dobrego poczucia muzycznego smaku. Jeśli już, to chyba rzeczywiście najlepiej z tego całego towarzystwa prezentuje się singlowy "The Pop Kids" ("...pamiętasz jak nazywano nas Pop Kids?, kochaliśmy przeboje pop, znaliśmy je na pamięć, cytowaliśmy, śpiewaliśmy - byliśmy dziećmi pop...."), choć w czasach chwalebnych, za taki numer, psy z łańcuchów spuszczano.
Sporą "zasługą" aktualnego stanu rzeczy, była przed niedawnymi kilkoma laty zmiana wytwórni. Dopóki wszystko w ryzach trzymało szefostwo Parlophone, nie było mowy o tego typu wybrykach. Poza tym, jak mysz pod miotłą cicho siedział niejaki (i nijaki zarazem) Stuart Price - kolejny magik od spieprzenia, czego się tylko da. Wystarczy przyłożyć uszu do jego didżejskiej produkcji na ostatnim albumie New Order "Music Complete" - katastrofa. No, ale czemu się dziwić, o ile fani New Order zazgrzytali zębami, o tyle kompletnie bezgustowne brytyjskie gryzipióry upatrzyły w nim kolejne "super" coś.
Świat zwariował, więc albo przyhamuje i wróci na właściwy tor, albo muzyki pop/disco będziemy mogli już tylko posłuchać ze starych, wysłużonych i zdartych płyt.
I pomyśleć tylko, że debiutancki "Please" właśnie w kwietniu br. świętował swe 30-lecie. No to mamy z tej okazji prezent, nie ma co.






Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"