środa, 20 lutego 2013

"12 12 12" - The Concert For Sandy Relief - To Benefit The Robin Hood Relief Fund - Madison Square Garden - (2013) -

"12 12 12" - The Concert For Sandy Relief - To Benefit The Robin Hood Relief Fund - Madison Square Garden - (SONY MUSIC) -   ***



Nie jestem fanem tego typu przedsięwzięć, choć rozumiem i szanują ich przesłanie, a i sam często dorzucam od siebie przysłowiową cegiełkę.
Tytułowe trzy "dwunastki" symbolizują datę tego koncertowego show (12 grudnia 2012) , jakie odbyło się w nowojorskim Madison Square Garden, z którego dochód w dużej mierze postanowiono przekazać na pomoc ofiarom huraganu Sandy.
Madison Square Garden jest miejscem, w którym odbyło się w 2001 roku inne i także spektakularne przedstawienie, wówczas na rzecz ofiar World Trade Center. I podobnie jak wówczas, tym razem także organizatorzy sięgnęli po wielkie nazwy i nazwiska artystów.
Można się tylko po raz kolejny zastanowić dlaczego wydawca tego dwupłytowego albumiku poskąpił nieco surowca, wydając mocno okrojony zapis z całego koncertu. Dobrze, rozumiem że w pełnej krasie ujawni się to zapewne na nośniku wizyjnym, ja jednak byłbym rad, gdyby można posłuchać całości na szlachetnych płytach CD, tak niestety ostatnio jako nośnik sponiewieranych.
Co my zatem tutaj mamy? A i może także czego niestety nie mamy.
Całość rozpoczął będący w świetnej formie Bruce Springsteen. Boss wraz z towarzystwem swego E Street Bandu wykonał dwa numery z ostatniej płyty, mianowicie: "Land Of Hope And Dreams" oraz tytułowy "Wrecking Ball". Mocny początek! Po chwili do głosu dochodzi Roger Waters. Były dyktator Pink Floyd, podobnie jak Boss, także zagrał z solidnie rozbudowaną sekcją (aż trzech gitarzystów, w tym Snowy White, a także stały klawiszowy floydowski kompan Jon Carin, który również okazjonalnie chwytał za sześć strun). Bardzo fajnym pomysłem okazały się połączone ze sobą wszystkie trzy części "Jeszcze jednej cegły w murze" - okazjonalnie zatytułowanej jako "Another Brick In The Atlantic Wall Part I,II & III".
Tuż po tym nastąpiła jedna z pereł tego świata - "Us And Them". Niewiarygodne, że przy tak rozszalałym i rozbawionym audytorium , udało się to zagrać tak klimatycznie.
Nawet w Waters'owskim secie nie przeszkodził mi Eddie Vedder , który zaśpiewał gościnnie u boku samego mistrza w "Comfortably Numb". Choć osobiście mówiąc, znalazłbym sto ciekawszych głosów do zaśpiewania tej kompozycji od wokalisty Pearl Jam. No, ale artyści mają swoje prawa.
O pajacującej (i zarazem "specjalnej" !) wersji "Hallelujah" (Leonarda Cohena) , w wykonaniu dwóch zaprzyjaźnionych aktorów Adama Sandlera i Paula Shaffera, da się powiedzieć tylko tyle, że się odbyła, i że w moim odczuciu bardziej pasowałaby jako ozdoba do jakiejś śmiesznej hollywoodzkiej historyjki.
Grupa Bon Jovi zagrała bez potknięć, choć wolałbym zastąpić zarżnięte przez radio "It's My Life", jakimś innym przebojem. Bo na przykład zagrane chwilę później "Wanted Dead Or Alive" wypadło już bardzo przekonująco. Tu wypada tylko przyłożyć żal o to, iż zamiast "It's My Life" wydawca kompaktu nie zamieścił "Livin' On A Prayer", które grupa zagrała przecież podczas tamtego wieczoru. Z kolei już w ogóle za zbrodnię należy uznać pominięcie w tym zestawie wspólnych występów Bon Jovi i Bruce'a Springsteena. Szczególnie, że następni wykonawcy kończący pierwsze CD, jak: Eric Clapton i The Rolling Stones, niczym niezwykłym nie zaskoczyli. Zagrali ot poprawnie swoje szlagiery, ale nic więcej. Pomimo, iż takich "Crossroads" czy "You Got Me Rocking" przecież zawsze się miło słucha.
Drugą płytę otwiera, i przy okazji także zamyka Alicia Keys. Nie gustuję w twórczości tej Pani, jednak zdając sobie sprawę z ogólnego i ogromnego zarazem zapotrzebowania na tego typu śpiewanie, po prostu ugryzę się tutaj w język.
Po jej występie na scenie pojawili się The Who. Niestety na audio CD, zamieszczono ledwie połowę z ich występu. Drugie "niestety" jest takie, że Daltrey i spółka wiele z siebie dając, w ostatecznym efekcie wypadli dość średnio. Mało przekonująco wypadła będąca przecież na co dzień genialną kompozycją nawet taka "Baba O"Riley". Jednak, The Who nawet w średniej formie, jakoś tak cieszą suma sumarum nieco bardziej. Druga sprawa, że Daltrey momentami nadal posiada głos niczym dzwon.
Obcisłość tego podwójnego "cedeka" mocno rzuca się choćby przy rejestracji występu Billy'ego Joela. Z siedmio-utworowego setu, starczyło tutaj miejsca tylko dla trzech kompozycji. Jego występ jak zawsze na wysokim poziomie. No i brawo za repertuar. Nie tak oczywisty i klarowny, jaki można byłoby oczekiwać, choć żałuję, bo jednak ten "amerykański Elton John" wykonał podczas tamtego wieczoru jeszcze "River Of  Dreams", a na kompakcie go bezczelnie zabrakło. Polecam szczególnie kapitalną wersję skądinąd także kapitalnej piosenki "Movin' Out (Anthony's Song)".
Dość szczególny przebieg miał występ wokalisty (a także instrumentalisty) Coldplay - Chrisa Martina. Muzyk ten musiał rozbawić szeroko zgromadzoną publiczność skromnie oprawionym instrumentarium. Zgromadzonym musiało wystarczyć tylko gardło Martina i akompaniament gitary akustycznej. Ale udało się. Pomimo iż nie słychać tutaj takiego wiwatu jak podczas wcześniejszego występu Billy'ego Joela. Nie lada atrakcją okazało się wplecenie pomiędzy "Viva La Vida", a "Us Against The World", piosenki "Losing My Religion". W tym wielkim przeboju R.E.M. wystąpił zresztą gościnnie w głównej roli wokalnej sam Michael Stipe. Fajna wersja, choć odniosłem wrażenie przy całym występie Martina, jakby mu się gdzieś spieszyło. Trochę nerwowości się tu wkradło, a i trochę pewnie tremy także.
Następnie na scenie pojawia się Paul Mc Cartney, racząc nas czadowym i beatlesowskim "Helter Skelter". I na tym rzecz się niestety brutalnie urywa. Skandalicznie - co należy dodać. Maca wykonał przecież łącznie osiem kompozycji w hali Madison, w tym dla przykładu duet z Dianą Krall, czy także "Cut Me Some Slack"- z muzykami Nirvany. I tak dalej ...
Dla mnie na szczęście, a na pewno dla wielu innych i niestety, zabrakło tu choćby jednej nutki z długiego występu Kanye'ego Westa. Uff!!! - dzięki Ci o Panie choć i za ten skromny dar.
Reasumując, ciekawy koncert, nie pozbawiony miłych akcentów jak i również rzeczy mniej ekscytujących. Fajnie jest przecież czasem spotkać tyle znakomitości na jednej scenie, i to podczas jednego wieczoru. Szkoda tylko, że często mają na to wpływ uprzednie złe okoliczności.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)
     nawiedzonestudio.boo.pl






Brak komentarzy: