wtorek, 18 września 2012

MARK KNOPFLER - "Privateering" - (2012) -

MARK KNOPFLER - "Privateering" - (MERCURY RECORDS) -  ***1/2



Mark Knopfler wypościł nas przez trzy długie lata, za to teraz zrewanżował się aż dwiema płytami. Muszę tutaj nadmienić także, iż ukazał się jeszcze dodatkowo box z krótką płytką koncertową. Że o winylu (a w tym przypadku nawet jako 2 LP) nie wspomnę, gdyż w czasach obecnych, to już niemal standard.
Dwadzieścia nowych piosenek. Sporo. Nie od razu zapewne da się wszystkie polubić. Szczególnie, że w czasach ipod'ztwa, itunes'ów, i innych cholerstw , w których królują pojedyncze kawałki, trudno będzie niejednego z nas, zmusić do wczucia się w 90 minut materiału. A tyle właśnie się tutaj znalazło.
W muzyce Marka Knopflera, jak to u niego, bywa zawsze różnorodnie, raz żywo, innymi razy bardzo nastrojowo,... A do tego jeszcze, ten uroczo mruczący śpiewak, przy pomocy równie rozleniwionej gitary, lubi wspinać się na przeróżne terytoria muzyki. Stąd niech nie zdziwią nas zaoceaniczne wędrówki do krainy country, bądź hołdowanie wczesnemu bluesowi, najlepiej temu prymitywnemu, jeszcze gdzieś tam z czasów Roberta Johnsona, czy także plecenie nut z własnej Wyspiarskiej skarbnicy, ze szczególnym naciskiem na kulturowe zasoby Celtów.
"Privateering" na pewno nie jest albumem zaskakującym (bo i w sumie po co miałby być?), a i na pewno nie najwybitniejszym w dorobku Knopflera. Jestem jednak absolutnie przekonany, że maestro niczego nikomu nie musi dzisiaj udowadniać, bo wartość swą zna, a nagrywa po prostu tylko co mu dusza podpowiada. Zatem, jeśli kilka piosenek z tego dzieła, wyda nam się mniej udanych, to spróbujmy zatrzymać przy sercu wszystkie pozostałe. Nawet jeśli poczujemy lekki niedosyt (jak choćby ja) , mając wciąż w pamięci niedawną przepiękną płytę "Get Lucky".
Na "Privateering" jest kilka absolutnych pereł, które niemal od razu wyrastają na dłoni, niczym kaktusy u wszystkich niedowiarków w wielki talent tego muzyka. Wśród takich utworów jest np.folkowa ballada "Haul Away" - z akordeonem, fletem, skrzypcami, organami, no i rzecz jasna z akustyczną gitarą lidera. A i także z wtrętami gitary elektrycznej , takimi w klimacie utworu "Brothers In Arms".  No właśnie.  Jestem nawet pewien, że każdy uważny słuchacz wychwyci na tym albumie niejedne nuty Dire Straits'owskie. Jak choćby w dynamicznym "Corned Beef City", który aż lgnie do "Heavy Fuel", czy w przepięknym nagraniu tytułowym "Privateering", który snuje swą ogniskową opowieść podobnie jak 21 lat temu "Iron Hand" - z obłędnej płyty "On Every Street". Trudno powiedzieć, czy to celowy zabieg artystyczny, czy może jakieś moje skrzywienie, i samoistne dopatrywanie się wszelakich porównań. Ale zostawmy to, i weźmy się dalej za to, co mamy tutaj najlepszego.
Podkreślałem, że mocną stroną tego dzieła są ballady, a więc doklejmy sobie jeszcze kilka tych pozostałych, jak: "Go, Love" (a'la Dire Straits - ach, no i ta płacząca gitara!), "Yon Two Crows" (akustyczna, ale i z akcentami elektryfikacji, folkowa, z melodeklamującym Knopflerem, i "dośpiewującymi" fletem i akordeonem - cudo!). Czy kończąca pierwszą płytę kompozycja "Seattle" - bardzo delikatna i akustyczna, ale i tu maestro dołożył akcenty elektryczne w stylu dawnych Dire Straits..
Połowę drugiego nośnika, także pochłaniają liryczne pieśni, które w ustach Knopflera brzmią wyjątkowo dostojnie, a i także za jego sprawą, zostały często obdarowane niecodziennymi melodiami. Jedną z takich jest urzekająca folkowa pieśń "Kingdom Of Gold", której wartość zdradza już sam jej tytuł. Nie mniej uroczo jawi się "Radio City Serenade", której to także końcówka samego tytułu odkrywa muzyczną tajemnicę. Do tego już nieco pulchnego worka ballad, nie można by nie dodać jeszcze "Dream Of The Drowned Submariner" - brnącej niespiesznie niczym jeszcze nierozbujane morskie fale, które przecież pod swym pokładem, goszczą wielu śmiałków.
Ktoś pomyśli, że "Privateering" jest zbiorem ballad, które najbardziej przydatne będą do kojenia bólu. Nic podobnego. Druga, "poza balladowa" odsłona płyty, składa się z country-bluesów, z których najbardziej wyróżniają się: "Don't Forget Your Hat" (moim zdaniem absolutnie najlepszy), "Hot Or What", "Got To Have Something", "After The Beanstalk", "Today Is Okay", czy przyprawiony znowu na balladową nutę "Bluebird".
Cała pozostała reszta jest przynajmniej dobra, lub poprawna. Tak naprawdę, to tylko jeden utwór zupełnie nie przypadł mi do gustu. A jest nim "Gator Blood" - wyjątkowo nudny i przydługi country/blues, którego mogłoby po prostu nie być.
Niech sobie tam gadają, że solowy Knopfler, to już nie to co Dire Straits, ja jednak uwielbiam ten jego jedyny w swoim rodzaju głos, a i także tę przecież niepowtarzalną gitarę. A nawet, przede wszystkim!



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl






2 komentarze:

  1. Zdaję sobię sprawę, że Mark ma olbrzymi kredyt w oczach Nawiedzonego.Niestety dla mnie ostatnia płyta w całości bardzo dobra to jeszcze okres Dire Straits i "On every street". Później już tylko bardziej lub mniej przynudzał.Ilekroć Nawiedzony nadaje jego piosenki w audycji ja wsłuchuję się w nie specjalnie dokładniej by usłyszeć choć niewielką cząstkę tego dobrego co prowadzący słyszy.Niestety, Mark może i nie musi niczego udowadniać i jak chce niech sobie gra co lubi. Ja na szczęście nie muszę tego słuchać.Mi nie musi na pewno udowadniać, żę jest świetnym kompozytorem bo dla mnie nim po prostu już od dwudziestu lat nie jest.Ma na swoich płytach czasami niewielkie przebłyski ale zazwyczaj są to piosenki jakoś dziwnie kojarzące się z tym co znamy już z Dire Straits.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj nie mogę sie z Tobą zgodzić Jadisie! Solowe płyty Marka Knopflera są w przeważającej części bardzo dobre (przynajmniej te, które mam), a już na pewno nie są nudne. Coś podobnego słyszałem kiedyś o muzyce Loreeny McKennitt - mówił to kolega, który jej muzyki słuchał tylko w formacie MP3 z discmana podłączonego do miniaturowego gitarowego głośniczka. Spokojnie - wiem, że Ty słuchasz muzyki tak jak trzeba. ;-) Niemniej Mark śpiewa i gra pięknie. Szczególnie podobają mi się te "najnudniejsze" utwory. Nie są one zbyt radiowe - w tym sensie, że trzeba być w odpowiednim nastroju, żeby dostrzec ich piękno. Dajmy na to taki "Piper To The End". Wożę tą piosenkę w samochodzie, by móc jej posłuchać kiedy słońce chyli się ku zachodowi nad zielonym wzgórzami Irlandii - coś pięknego! Piosenkę tą Mark zadedykował poległemu na wojnie wujowi - dudziarzowi. Patrząc na czerwono-złotą poświatę zlewającą się ze szmaragdowym horyzontem łatwo zrozumieć co muzyk miał na myśli śpiewając:

    "Now the evening dawn is calling
    And all the hills are burning red
    And before the night comes falling
    Clouds are lined with golden thread"

    Klimat - w tych piosenkach jest klimat, do którego trzeba dotrzeć i co może być trudne.

    Przejdźmy do najnowszego albumu - jak powiedział Pan Andrzej blusowo - country - balladowego. Nie każdy lubi blusa, czy country, ale nie sposób odmówić uroku takim piosenkom, jak na przykład beztroska "After The Beanstalk", że o balladach nie wspomnę - porażająca liryzmem "Haul Away", cudownie melancholijna "Dream Of The Drowned Submariner", czy elegancka "Radio City Serenade". Nie ukrywam, że na dzień dzisiejszy nadal "Get Lucky" podoba mi się bardziej, ale wiem, że niejeden zimowy wieczór spędzę grzejąc stary tyłek przy kominku, sterane serce przy piosenkach Marka Knopflera (a żołądek przy szklaneczce Irish Mist - o której artysta śpiewa w "Radio City Serenade").

    Ps. Jadisie wpadnij do Irlandii - przewiozę Cię po okolicy z taką składanką piosenek Knopflera, że jeszcze zostaniesz fanem jego solowej twórczości. ;-)

    OdpowiedzUsuń