niedziela, 16 września 2012

KISS - "Destroyer" (Resurrected) - (1976 / 2012) -

KISS - "Destroyer" (Resurrected) - (ISLAND) - ****1/2



Już nie 30-ta, a jeszcze nie 40-ta, ale i w miarę nie okrągła 35-ta, za to 36-ta rocznica najsłynniejszego albumu Kiss'ów, przynosi nam jego nową wersję. Co obwieszcza nie tylko dopisek na okładce albumu  "resurrected", ale i zauważalna zmiana projektu okładki. Na pierwszy rzut oka wiele się zgadza, lecz po wnikliwym przyjrzeniu się, niemal wszystko zostało zmienione. Nawet same postaci muzyków, które nie dość, że jawią się w zmienionych strojach, to zamiast stąpać po rozżarzonych skałach, wiją się w powietrzu. Z kolei dogasający pożar w oryginale, tutaj króluje w pełni. No i jeszcze jedno, przybrane pozy Stanleya, Crissa i Simmonsa są wręcz nienaruszone, lecz z kolei Frehley ma inaczej, nieco bardziej ku górze skierowaną twarz (to znaczy maskę).
Oryginalny producent "Niszczyciela" Bob Ezrin (wczesny konsoleciarz m.in.Alice Coopera, czy choćby "The Wall" Pink Floyd'ów) wziął to sławetne dzieło Kiss'ów ponownie na ruszt. Celem nie było wcale kolejne beznamiętne podnoszenie dynamiki i dostosowanie go do współcześnie bombardujących produkcji, a raczej chodziło o uwypuklenie tego czego technika dać nie mogła w 1976 roku. Ezrinowi zależało na podbiciu niektórych sekwencji instrumentów czy efektów, i jak sam powiedział, gdyby z dzisiejszym dobrodziejstwem techniki mógł przedostać się do tamtych lat, to ta płyta właśnie by tak zabrzmiała. Dlatego nie jest to plyta podstawowa, i nie ma zmuszać fana do pozbywania się starej edycji, a do postawienia na półce obok tamtej starej i zapewne mocno wysłużonej.
"Destroyer" jest czwartym studyjnym albumem tych niesamowitych Amerykanów. Będących dla mojego pokolenia nie tylko dostarczycielami świetnych piosenek, o ładunku hard'n'heavy, czy także pięknych ballad. Zespół ten, był niegdyś dla wielu, sposobem na życie. A i intrygującymi postaciami z żywego komiksu, które  także stworzyły osobny biznes niezliczonej ilości gadżetów. Porównywalny do Elvisa Presleya czy The Beatles. Na ich punkcie bzika nie tylko mieli amerykańscy nastolatkowie, ale i znaczna część zamożnej Europy, w tym także kilku moich kumpli z tamtych lat. Pomimo, iż żelazna twierdza nie dopuszczała takich idoli do krajów socjalistycznych, mlekiem i miodem płynących. Znało się niemal wszystkie kawałki na pamięć, a chwyty gitarowe łapało się wnet po przebudzeniu nawet w środku nocy.  I choć Kiss, to obłędnie fajna grupa, jakoś nigdy nie była traktowana poważnie przez śmiertelnie oddanych fanów Led Zepps, Sabbaths czy np. Skynyrds. Ale co tam! - wszak rock'n'roll nie wszystkim służy należycie, choć ci najbardziej smętni jego odbiorcy, najpewniej są przekonani o swojej doskonałości.
Jeszcze tylko na sekundę zatrzymując się przy okładce albumu dodam, że aby docenić jej znaczenie, należy przyjrzeć się wielu innym spadkobierczo powstałym w późniejszych latach, jak choćby przykładowo ta do genialnej płyty "Fighting The World" - grupy Manowar.
Żałować możemy jednak w tym miejscu, że nowa wersja tej wspaniałej płyty, została wydana tylko w formie pojedynczego kompaktu. Bowiem planowano z początku edycję bogatszą o dodatkową płytę, z całą masą demówek, stron B singli czy odrzutów. Ostatecznie wykrojono tylko jeden dodatkowy utwór, jakim jest znany z podstawowego albumu "Sweet Pain" - z nieco inną partią gitary, a konkretnie z uwypuklonym jego solo, którego brakowało w oryginale. Niewielki to, choć cenny prezent. Cóż, widać pękająca w szwach szuflada rarytasów, będzie musiała poczekać do kolejnej ważnej rocznicy - być może 48-mej lub 52-giej? - skoro ma być nietypowo.
Nie chce nikomu wciskać, że "Destroyer" jest najlepszym dziełem Stanleya, Simmonsa, Frehleya i Crissa. Pomimo, iż sam uwielbiam tę płytę, gryzę się przy każdej pogawędce o Kissach, co ci stworzyli najlepszego. W równym rzędzie postawiłbym debiut z 1974 roku, z fantastycznym "Love Gun", czy sentymentalnie wielbioną "Dynasty". A i dlaczego miałbym zapomnieć o "Creatures Of The Night". Ostatniej płycie przed oficjalnym zdemaskowaniem, które widnieje na froncie następnej, i także wspaniałej płycie "Lick It Up". Niemniej faktem jest, że na żadnej płycie nie udało się wytworzyć tak doskonałego klimatu, z tak przecież różnych piosenek. Od typowo metalowych w rodzaju "Detroit Rock City", po tak śliczne rzeczy jak choćby ballada "Beth".
To powoduje, że "Destroyer" słucha się pełną gębą. Czyli, kilka razy pod rząd - bez wytchnienia!  Na to składają się przebojowe petardy w rodzaju "Do You Love Me?" lub "Shout It Out Loud" (utwór grany niemal na każdym koncercie po dziś dzień!), czy nieco lżejsze i takie do wspólnego śpiewania "King Of The Night Time World", a także "Great Expectations" - zaśpiewane z wielką czułością przez Gene'a Simmonsa, który zazwyczaj specjalizuje się w nieco bardziej złowieszczych tonacjach. Już nie mówiąc tutaj o wtórującym Simmonsowi brooklińskim chórze chłopięcym, co w sumie daje efekt powalający i podniosły zarazem. Tym bardziej, że w poprzedzającym go nagraniu "God Of Thunder", Simmons śpiewa niczym demon, a więc tak jak być powinno.
Praktycznie na całej płycie rządzą wokalnie Stanley i Simmons. Stanley czaruje i uwodzi, a Simmons miażdży. Z tym, że wyjątki rzecz jasna są. O ile dla Simmonsa było tym "Great Expectations", to dla Stanleya na pewno kompozycja otwierająca całość "Detroit Rock City".  Mocna i pełna zmian, ale trzymająca się przebojowej prostoty. Utwór z gatunku pokoleniowych. Stanley drze się w nim wniebogłosy, ale i jest przekonujący jak mało kto. Obłęd! A wszystko rozpoczyna się od fal eteru, jakiś stukotów narzędzi w warsztacie, otwarcia auta, brzęku kluczyków, jego odpalenia i ruszenia z miejsca. W tym momencie następuje sama kompozycja, która kończy się wraz z piskiem opon i odgłosach kraksy- tej przecież w chwilę wcześniej odpalonej maszyny. Ten efektowny utwór, jest zarazem bardzo obrazowym opisem faktycznego zdarzenia. Otóż został on zadedykowany pewnemu sympatykowi grupy, który zginął w wypadku samochodowym jadąc właśnie na ich koncert. Proszę koniecznie zwrócić tutaj uwagę na przepiękne gitarowe solo Frehleya. I tylko szkoda, że jest ono tak boleśnie krótkie.
O ile mógłbym równie mocno rozpływać się nad nie opisanymi dotąd przeze mnie kompozycjami "Flaming Youth" - zaśpiewaną przez Paula Stanleya czy "Sweet Pain" - dla przeciwwagi przez Simmonsa, o tyle nie można nie znać, czy wręcz nie przytulić do poduszki tak przecudnej piosenki jaką jest "Beth". Jedynej zaśpiewanej tutaj przez Petera Crissa - perkusistę zespołu. Choć jej tekst nie poraża niczym szczególnym, to jeśli zamkniemy oczy i poruszymy wyobraźnią, usłyszymy jedną z najpiękniej zaśpiewanych piosenek o miłości. Znam wielu twardzieli, którym łańcuchy niejednokrotnie poluzowały przy tej melodii.
Co zresztą będę się tutaj dłużej rozwodzić. Piękna to pieśń, piękna to płyta, którą przy okazji polecam każdemu. Nie tylko sympatykom dyskretnego szczęku blach , gdyż ci i tak znają ją od dawna na pamięć.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.