wtorek, 25 września 2012

LITA FORD - "Living Like A Runaway" - (2012) -

LITA FORD - "Living Like A Runaway" - (STEAMHAMMER) - ****



Lita Ford nie walczyła zbytnio o prymat w świecie żeńskiego metalu, chociaż niewiele przecież zabrakło, by tak się właśnie stało. W końcówce lat 70-tych, kiedy to Lita wraz z czterema koleżankami z The Runaways, wymiatały swą punk/metalową mocą kurz spod głośników, konkurencja wielkimi oczyma zazdrości, spoglądała na ich wyczyny, szybko konstruując własne armie i stając z nimi ramię w ramię. I tak dla przykładu, dziewczyny z Girlschool, zaprzyjaźniły się z chłopakami bijącego rekordy popularności Motorhead do tego stopnia, że wzajemne reklamy na t-shirtach czy wspólne koncerty,  były tylko sympatycznym podziękowaniem za niezliczoną ilość wspólnych libacji i innych tam nocnych atrakcji.
Kiedy o Girlschool ucichło, szybko na ich miejscu pojawiły się kolejne konkurentki , a wśród nich sex bomba Lee Aaron , która samozwańczym albumem "Metal Queen" z 1984 roku, próbowała zająć tron na wieki. Dziś wiemy, że ta rozpoczynająca od zdjęciowej pornografii artystka , wykorzystała także i metal w czasach jego świetności do celów tylko jej dobrze znanych, aż na końcu wplątała się w sieć jazzu.
Na szczęście, Lita Ford nie przejmując się epizodami swych konkurentek, dzielnie brnęła przez te wszystkie lata własnymi drogami, osiągając sporo sukcesów artystycznych i komercyjnych. Dzisiaj zaś, stać ją na wydanie albumu z niepodległą nikomu twórczością, pokazując przy okazji dumnie swe metalowe piersi, nie obwisające ciężarem życiowego niespełnienia.
Jej najnowsze dzieło "Living Like a Runaway", przynosi porcję solidnego metalowego wymiatania. Ta nieco ponad 50-letnia dziewczyna, nie straciła głosu ni trochę, a i gitarę swą wzmocniła odpowiednio, i na współcześnie zarazem.
Nie znajdziemy tu rozwalających serca pieśni w rodzaju: "Lisa" czy "Close My Eyes Forever" (słynny duet z Księciem Ciemności Ozzy'ym Osbourne'em). Nie ma tu także żadnych wypolerowanych produkcji , które wychodząc dawniej spod skrzydeł Mike'a Chapmana czy Lance'a Quinna, dawały gwarancję szybko powielanych zer na bankowych kontach. Artystce nie zależy już dziś na mainstreamowym towarzystwie, a na samospełnieniu jako twórczyni rocka.  Na tej oto płycie, Lita chciała powrócić do swych muzycznych korzeni, dawnych wspomnień, pierwszych fascynacji, czyli do prostoty punk rocka i siły surowego metalu. Nie zapominając wszak o Ritchie'im Blackmore'rze, swoim najważniejszym nauczycielu, dzięki któremu wzięła gitarę do ręki i pobiegła w siną dal.
"Living Like A Runaway", nie jest zapewne płytą, którą pokocham równie mocno co pełne porywających melodii albumy "Dancin' On The Edge" czy "Stiletto", ale cieszy mnie ona, gdyż pokazuje Litę w bardzo dobrej kondycji. A co ważniejsze, dziewczyna śpiewa i wymiata na wiośle wręcz z energią naiwnej małolaty.
Nie ma tu żadnego kombinowania, niepotrzebnego mącenia wody, ani wspinania się na niezrozumiałe artystyczne szczyty, z których upadek nie boli tylko bohaterów kreskówek. Dlatego "Living Like A Runaway" dostarcza dziesięć prostych metalowych songów, przy których obu mym stopom trudno było zachować kulturalne milczenie. Szczególnie przy miażdżących riffach w "Branded", "Hate", "The Mask", "Relentless" czy "Devil In My Head". W tychże numerach, Lita chłosta bezlitośnie mocnymi akordami swej gitary, do której jak ulał zostało przyssane jej gardło. Wibrujące chrypką, niczym przepuszczone przez ścierny papier.
Ale Lita, to nie tylko typowa metalówa, ale i także kobieta i matka zarazem. Co pięknie wyznaje w osobistym "Mother" - jedynej tutaj prawdziwej balladzie, bowiem tytułowa "Living Like A Runaway" jest tylko z pozoru miękką melodią i soczystym refrenem, a tak naprawdę pokazuje nam twardość współczesnej kobiety, dającej ciepło domowego ogniska w zetknięciu z brutalnymi realiami życia, szczególnie jako kobiety artystki. Podobnie można odebrać inną (niby) balladę "Asylum". Także osobistą, ze słowami o życiu, śmierci, przeznaczeniu czy Bogu.
Nie każdy musi paść przy tej płycie na kolana, bo i nie dla każdego wszak ona jest. Niemniej, polecałbym ją ludziom kochającym takie oto solidne wymiatanie, ale i mądrym na swój sposób, dla których termin metal, nie kojarzy się tylko z odzieraniem ze skóry, czy różnymi tam diabło-szatanami.
Proszę koniecznie zainteresować się wersją wydaną w digipacku. Zawiera ona efektowny plakat Lity, a także dwa dodatkowe utwory, tj. mięsisty i naprawdę fajny "Bad Neighborhood", a także na swój sposób uroczą przeróbkę przeboju Eltona Johna "The Bitch Is Back", której tytuł posiada w przypadku Lity jako artystki, także pewną symbolikę, i bynajmniej tylko takowo artystycznie i symbolicznie powinien być postrzegany.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.