wtorek, 30 października 2012

JEFF LYNNE "Long Wave" - (2012) -, ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA "Mr. Blue Sky - The Very Best Of ELO" - (2012) -

JEFF LYNNE - "Long Wave" - (BIG TRILBY RECORDS / FRONTIERS) - ****

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA - "Mr. Blue Sky - The Very Best Of Electric Light Orchestra" - (BIG TRILBY RECORDS / FRONTIERS) - ***



Jeff Lynne dawno już nie wydał żadnej płyty, choć przecież wciąż pozostawał muzykiem aktywnym.
W tym roku na przykład, wyprodukował świetną płytę Joe Walsha (muzyka z The Eagles) "Analog Man". Będąc na niej przy okazji również instrumentalistą. Z kolei, w latach minionych współpracował choćby z Bobem Dylanem, Tomem Petty, George'em Harrisonem, i wieloma innymi znakomitościami. Jednak świat przede wszystkim pokochał go za Electric Light Orchestra, którego to zespołu był niekwestionowanym szefem. Nie ukrywam, iż trochę było mi smutno na nieco łysawej muzycznej scenie, na której dotkliwie brakowało tego naprawdę niezwykłego kompozytora, charakterystycznego śpiewaka, a także doskonałego kontynuatora beatlesowskiej tradycji. Albowiem zawsze w jego piosenkach, pobrzmiewały nutki Wielkiej Liverpoolskiej Czwórki.
Nic nie sprawiło mi ostatnio większej radości jak wieść o nowej solowej płycie szefunia z Elektrycznego Światła Orkiestry.  I niech się wypchają te wszystkie okropne mutacje z podejrzanymi nazwami, typu: ELO Part 2, lub The Orchestra, których mocno nadużywają dawni koledzy zespołowi Lynne'a. Szamocząc przy okazji szlachetną marką, jaką jest firma ELO. Zarezerwowana na wieki wieków dla jej właściwego sprawcy całego czynu.
Właśnie trafił na rynek jego solowy album "Long Wave", a jeszcze na dokładkę tego samego dnia, miała premierę druga płyta wyciągnięta spod pióra "wielkiego" Jeffa, o nieco mylącym tytule "Mr. Blue Sky - The Very Best Of Electric Light Orchestra". Można by na jego podstawie wywnioskować, że to typowy składak Elektryków. Otóż, nic bardziej mylnego. Owszem, jest to zbiór z dawnymi przebojami grupy, jednak zagranymi całkowicie na nowo. W dodatku z zupełnie innymi muzykami, głównie pozyskanymi w czasach ostatnich, choć pośród nich w kilku utworach w roli chórzystki wystąpiła Laura Lynne - córka szefa ELO. Jednak sam Jeff, zajął się tutaj niemal całością, tj. poza śpiewem zagrał praktycznie na wszystkich instrumentach, odstępując ledwie kilka partii - kilku zaproszonym muzykom, w ledwie kilku fragmentach - kilku piosenek. Że tak pozwolę sobie to ująć.
Album gór nie przenosi, lecz nie taki był jego cel. Muzykowi chodziło o przypomnienie jedenastu kompozycji w nowej otoczce. Dwunastym utworem na "Mr.Blue Sky" jest niewydany dotąd, i także nagrany współcześnie, fajny i przy okazji znany już fanom grupy utwór "Point Of No Return". Niewiele odbiegają te kompozycje od swych pierwowzorów, pomimo iż chyba każdy z nas, nie zamieniłby dawnych sprawdzonych, na te oto nowe. Album ten należy przyjąć jako miłą ciekawostkę, ukazującą wciąż dobrą formę lidera, a nie jako konfrontację utworów ze starych płyt - z tymiż nowymi.
Świetnie się słucha tej płytki, a ta zarazem stanowi godny wstęp do nowego etapu twórczego Jeffa Lynne'a.

W tym właśnie momencie właściwym wydaje się wreszcie nastawienie absolutnie nowego dzieła, jakim jest "Long Wave".
Gdy włożymy płytę do odtwarzacza, następuje konsternacja, bowiem jego licznik wskazuje, że oto przed nami 11 kompozycji, jednak łączny ich czas, to ledwie nieco ponad 27 minut grania. Niegdyś tak krótkie albumy wydawali Paul Anka czy Elvis Presley, ale było to ponad czterdzieści lat temu. A poza tym Król Rock'n'Rolla mógł sobie na to pozwolić, skoro takich "longplayów" serwował rocznie po trzy lub cztery.
Z drugiej strony, rozumiem też samego autora. Po co pchać się na terytorium niepotrzebnej dłużyzny i ewentualnej nudy, skoro lepiej przecie krótko i na temat.
A płyta jest bardzo piękna. Szczególnie nabiera rumieńców z każdym kolejnym kontaktem. Człowiek zżywa się z tymi piosenkami jak sam Lynne, który słuchał ich wszystkich w latach wczesnej młodości. Czyli, w epoce 50/60's. Oryginalne ich wersje zrobiły na nim tak wielkie wrażenie, że sam teraz postanowił nagrać to po swojemu. W stylu dobrze nam znanym, czyli z tą niepowtarzalną nutką beatlesowskiej melancholii, szczyptą piosenkowania z epoki tzw. przed-rock'n'rollowej, ale i samego rock'n'rolla nie pozbywając się wcale a wcale. O czym niech zaświadczy choćby przedostatnia kompozycja "Let It Rock" - w klimacie Chucka Berry'ego. Chyba najbardziej także tajemnicza co do swego pochodzenia, ale i piekielnie ważna w życiu Lynne'a, co zresztą sam mistrzunio podkreśla.
Pozostawiając jednak ten najdynamiczniejszy utwór, reszta jawi nam się raczej radośnie, spokojnie, nastrojowo, a przede wszystkim niespiesznie. Zupełnie jak świat widoczny choćby na tej starej widokówce, zdobiącej okładkę płyty,  Bądź również piękny teledysk do otwierającego całość utworu "She" (piosenka Charlesa Aznavoura), w którym to clipie widzimy cudownie posklejany film ze starych "ruchomych" londyńskich (nie wiem czy tylko?) pocztówek.
Cały album został utkany z kompozycji cudzego autorstwa, jednak Lynne tak pokierował swym śpiewem, grą i aranżacjami, by każda z nich, mogła robić śmiało za ozdobę w repertuarze ELO.
Posłuchajcie Państwo proszę "Beyond The Sea" - Bobby'ego Darina. Piękna to piosenka sama w sobie, lecz jej nowa lynne'owska wersja nie pozostawia złudzeń, że trafiła teraz także we właściwe ręce. Trzeba być jednak sprawiedliwym, dlatego dodam jeszcze, iż niedawno Rod Stewart na piątej części "The Great  American Songbook", także cudownie ją wykonał. Ponadto polecam bardzo "At Last" (Etty James), "So Sad" (The Everly Brothers)", czy wielki przebój The Idle Race'ów "Love Is A Many Splendored Thing" - bomba! Zresztą jest na "Long Wave" jeszcze jedna piosenka Race'ów, a jest nią "Mercy Mercy". Będąca zresztą w grupie tych żwawszych piosenek, wraz z następującą po niej "Running Scared" - Roya Orbisona.
Aby oszczędzić nudnawej wypisywanki poszczególnych kompozycji z "Long Wave", pozwolę sobie być może na nieco przesadne słowa, lecz prawdziwe, iż jest to przepiękna płyta !!!, na której lśnią wszystkie 11 piosenek.
Na koniec jeszcze tylko rozszyfruję sam tytuł albumu, którego "Długie Fale", odnoszą się do fal długich radiowego eteru, na których to nasz maestro wyławiał niegdyś te wszystkie skarby. Teraz i my możemy przeżyć wspólnie z Lynne'em taką sentymentalną podróż do czasów, w których rządziły takie oto właśnie niepowtarzalne piosenki, z zapamiętywalnymi melodiami, motywami, aranżacjami,..., czyli czymś co dzisiaj jest już niestety bardzo niemodne.
Dość, rozmarzyłem się, a boję się popaść w zbyt przesadną melancholię. A nie chciałbym w żaden sposób konkurować w tym względzie z kimś, z kim konkurować po prostu nie wypada.

P.S. To nie koniec "elektrycznej" przygody, albowiem już wkrótce do sprzedaży trafią kolejne płyty podpisane nazwiskiem Lynne'a. Otóż, po ponad 20 latach powróci jego solowy debiut "Armchar Theatre". Ponadto ukaże się zremasterowany "Zoom" , czyli ostatnia płyta prawdziwych Elektryków , wydana pierwotnie już ponad dziesięć lat temu. A na dokładkę, otrzymamy jeszcze koncertówkę pt. "ELO Live", właśnie z trasy po albumie "Zoom". Tak więc, Jeff Lynne zmartwychwstał na dobre, i niech już tak pozostanie.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl 





poniedziałek, 29 października 2012

ULTRAVOX w Berlinie 25.X.2012 - w relacji Przemka Roszyka (naszego czytelnika, jak i słuchacza N.S.)

Poniżej przedstawiam relację z koncertu ULTRAVOX , jaki to koncert odbył się w miniony czwartek 25 października w Berlinie. Relację napisał uczestnik tego przedstawienia Przemek Roszyk, który jest stałym czytelnikiem Blogu Nawiedzonego, a także słuchaczem Nawiedzonego Studia, pomimo iż nie stara się być w centrum uwagi (a szkoda!), tylko lubi nas obserwować troszkę z ukrycia.
Fotki z tego koncertu, jak i bycie w pokoncertowym towarzystwie Midge Ure'a, to dodatkowe atrakcje, które i my możemy właśnie teraz dzięki Przemkowi podziwiać.
Oto oryginalny mail jaki dzisiaj dostałem od jednego z ponad tuzina Przemków jakich znam, ale na pewno od jednego z tych najfajniejszych i pozytywnie kopniętych.

==========================================================================





"Na koncert Ultravox do Berlina wybrałem się w towarzystwie trzech osób zapoznanych na forum 80s.pl. Wyjechaliśmy z Poznania około południa, na miejscu byliśmy przed 15. Kolega Maciej zajął się swoimi sprawami a ja z Anią i Edytą pochodziliśmy sobie trochę po Berlinie bo – jak mawiał mój kolega w wojsku – pochodzenie też jest ważne :). Nie wiedzieć czemu Berlin w wielu miejscach przypomina mi Poznań i nie było to tylko moje odczucie ale również Ani (Edyta przyjechała ze wschodniej Polski).
Przed halę w której miał się odbyć koncert dotarliśmy krótko po godzinie 19. I pierwsze zaskoczenie: mała ilość ludzi. Byłem przygotowany na odstanie swego w kolejce do wejścia a tu nic z tych rzeczy. Po krótkiej utarczce z panią porządkową, która nie zgodziła się na wniesienie butelek z colą, znaleźliśmy się w środku. Columbiahalle skojarzyła mi się z naszym Eskulapem (znowu Poznań...), jest tylko nieco większa. Poza tym posiada jeszcze balkon na którym są krzesełka. Myślałem, że z upływem czasu ludzi znacznie przybędzie ale się nie doczekałem. Ciężko mi określić frekwencję, nie wiem na przykład ile ludzi pomieści balkon,
ale wydaje mi się że na koncercie było jakieś 1000 - 1500 osób. Czyli kiepsko. Z pewnością
wpływ na to miał fakt, że koncert w Berlinie był jednym z ośmiu na terenie Niemiec.
Jako suwenira z tej wyprawy na stoisku z gadżetami zakupiłem sobie podwójne CD z koncertu
w Hammersmith Odeon w Londynie z tej trasy. 25 euro ale co tam... Raz się żyje. Kusiło mnie
jeszcze kupno koszulki lub tourowego programu ale niestety :-(, rozsądek zwyciężył.
Punktualnie o 20 (Ordnung muss sein :-) na scenę wyszło 4 starszych panów i po chwili usłyszeliśmy pierwsze takty tytułowej piosenki z Brilliant. Już w trakcie trwania tego utworu
dało się usłyszeć, że Midge Ure jest tego dnia w doskonałej formie wokalnej i nawet jeśli zdarzały
mu się później jakieś potknięcia to nie miały one wpływu na bardzo wysoką ocenę jego występu.
Po Brilliant zagrali utwory głównie z Vienny i najnowszej płyty. Mnie szczególnie przypadło do gustu wykonanie Mr. X w którym rolę wokalisty-recytatora przejął Warren Cann. Przez chwilę zrobiło się z lekka kraftwerkowo... Prawdę mówiąc w trakcie tego utworu dostałem „gęsiej skórki”. Nie było jednak ukłonu w stronę niemieckiej publiczności i utwór ten nie został wykonany w wersji niemieckojęzycznej znanej chociażby z bonusów do płyty Vienna. Na zakończenie pierwszej,
45-minutowej części koncertu wykonali Sleepwalk po czym nastąpiła 15-minutowa przerwa.
Drugą część rozpoczęli utworem Live z Brilliant a potem posypały się jeden za drugim ultravoxowe przeboje z całej kariery rozdzielane utworami z Brilliant. Były – bo nie mogło być inaczej – moje ukochane piosenki a więc We stand alone, Lament, I remember i kończący koncert, wykonany
w ramach bisu razem z Dancing with tears in my eyes, The voice pod którego koniec cały zespół zamienił się w kwartet perkusyjny za sprawą wniesionych na scenę małych werbli. Ani się nie spostrzegliśmy jak minęło te 90 minut i zespół zszedł ze sceny.
Panowie z Ultravox pokazali, że mimo upływu lat emocje jakie wywołuje ich muzyka pozostają wciąż te same. Muzycy cieszą się tym co robią a Midge Ure śpiewa z wielkim uczuciem. Po koncercie Ania, wielka fanka zespołu, postanowiła zdobyć autografy i zrobić pamiątkowe fotki
z zespołem. Prawdę mówiąc byłem sceptycznie nastawiony do tego pomysłu ale... Po około półgodzinnym czekaniu do bramy przy której staliśmy (w sumie 8 osób) podjechał czarny bus, drzwi się otworzyły i ukazał się w nich Billy Currie a po chwili reszta zespołu. Muzycy rozmawiali z nami, rozdawali autografy, pozowali do zdjęć. Zero gwiazdorzenia, miało się wrażenie, że to panowie z sąsiedztwa. Nie muszę mówić, że Anka była w tym momencie przeszczęśliwa.
Podsumowując: najlepszy koncert na jakim byłem. Nigdy jeszcze nie stałem tak blisko sceny mając zespół na wyciągnięcie ręki. A spotkanie z nimi to było coś czego nie zapomnę do końca życia. Dziękuję Aniu! Podziękowania również dla Edyty, która zmobilizowała mnie w największym stopniu do tego wyjazdu i załatwiła bilet oraz dla Macieja za bezpieczne przejazdy w obie strony."

Przemysław Roszyk

http://www.setlist.fm/setlist/ultravox/2012/columbiahalle-berlin-germany-33dd5c51.html


==========================================================================








Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 28 października 2012 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM

"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 28 października 2012
RADIO "AFERA" 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl













=======================================================================

HELLOWEEN - "Keeper Of The Seven Keys , Part I" - (1987) -
- Halloween

MAGNUM - "On The Thirteenth Day" - (2012) -
- On The 13th Day

STEVE LUKATHER - "Transition" - (promo 2012 / released January 2013) -
- Smile

TEN - "Heresy And Creed" - (2012) -
- The Lights Go Down
- Gunrunning

PRIDE OF LIONS - "Immortal" - (2012) -
- Shine On
- Everything That Money Can't Buy

DEMON - "Unbroken" - (2012) -
- What About The Night
- I Still Believe

RICHIE SAMBORA - "Stranger In This Town" - (1991) -
- Rosie

RICHIE SAMBORA - "Aftermath Of The Lowdown" - (2012) -
- Every Road Leads Home To You
- Seven Years Gone

KISS - "Monster" - (2012) -
- Take Me Down Below

PET SHOP BOYS - "Winner" - (2012) - MAXI CD
- I Started A Joke

BEE GEES - "Tales From The Brothers Gibb - A History In Song 1967 - 1990" - (1990) -
- I Started A Joke - {oryginalnie na LP "Idea", 1968}

CLAN OF XYMOX - "Kindred Spirits" - (2012) -
- Decades - {cover Joy Division}

MYSTERY - "The World Is A Game" - (2012) -
- Pride

ANANKE - "Shangri-La" - (2012) -
- Fatima
- Shangri-La

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
kącik "Szanujmy Wspomnienia - czyli cudze chwalicie swego nie znacie"

V/A - "Na Luzie" - (1983) -
RSC - Fabryka Snów
RSC - Teatr Pozoru

RSC - "Reklama Mydła" - (1984) - singiel 7"
-  Reklama Mydła

BANK - "Ciągle Ktoś Mówi Coś" - (1983) -
- Czas Wiruje

BANK - "Jestem Panem Świata" - (1981) -
- Powiedz Mi Coś O Sobie

CZERWONE GITARY - "Port Piratów" - (1977) -
- Staromodne Samochody

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Sylwetka RUPERT HINE'a - jako producenta, kompozytora i wykonawcy

RUSH - "Presto" - (1989) -
- Chain Lightning

CHRIS DE BURGH - "The Getaway" - (1982) -
- Borderline

THINKMAN - "Life Is A Full Time Occupation" - (1988) -
- Never A Tear

THINKMAN - "Hard Hat Zone" - (1990) -
- Act Of  Love

STEVIE NICKS - "Timespace - The Best Of" - (1991) -
- Rooms On Fire - {oryginalnie na LP "The Other Side Of The Mirror", 1989)

DUNCAN SHEIK - "Duncan Sheik" - (1996) -
- Serena

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

oraz na "do poduszki":

PET SHOP BOYS - "Elysium" - (2012) -
- Your Early Stuff








Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl 





niedziela, 28 października 2012

MOSTLY AUTUMN - "The Ghost Moon Orchestra" - (2012) - Limited Edition 2 CD

MOSTLY AUTUMN - "The Ghost Moon Orchestra" - (MOSTLY AUTUMN RECORDS) - Limited Edition 2 CD   **1/2


Pamiętam jak wielkie wrażenie zrobił na mnie debiutancki album "For All We Shared" (1998). A i niewiele mniejsze także następna płyta "The Spirit Of Autumn Past", która ukazała się już w roku następnym. Słuchałem tej muzyki z wypiekami na twarzy, nie dając wiary, że jeszcze ktoś potrafi dziś tak przejmująco grać, nie stając się zarazem drugim Camel, Marillion, Genesis czy Pink Floyd. Pomimo przecież czerpania od nich ile się da. Lider Mostly Autumn, wokalista i gitarzysta Bryan Josh, mnożył pomysły kompozycyjne niczym magik karty w dłoniach.
Josh to zręczny kompozytor i sprawny gitarzysta, jednak wokalistą jest dość przeciętnym. Dlatego zawsze potrzebował u boku jakiegoś ładniejszego głosu. Dawniej była to wokalistka Heather Findlay, a ostatnio jest nią Olivia Sparnenn, która niegdyś pełniła w zespole rolę jokerki.
Poprzednie dzieło "Go Well Diamond Heart", było niezwykle piękne. Co wcale nie było takie oczywiste, gdyż w ostatnich latach ta jesienna grupa, nie zawsze zachwycała. Dlatego żałuję, że na najnowszym "The Ghost Moon Orchestra" znowu powiało nijakością. Niby wszystko jest w porządku. Wszystkie śpiewane partie Olivii jak i Bryana, wciąż wydają się przejmujące i zaangażowane, tak samo jak gra całej tej księżycowej orkiestry - że tak się posłużę przy okazji tytułem albumu. Tyle, że nic z tego nie wynika. Ładny śpiew czy solidne granie, nie wystarczą jeśli kompozycyjnie wieją nudą. Tak jak i przesadnie egzaltowanymi emocjami, które napinają się niczym guma u gaci. Przepraszam za takie określenie. Może mało pasujące do muzyki, w której nie bardzo wypada posługiwać się typowym rock'n'rollowym żargonem, ale tak właśnie jest.
Bolączką "The Ghost Moon Orchestra" jest tak zwana przesadna ładność i ckliwość. Wszystko zostało podporządkowane tutaj pewnemu schematowi. I ta owa "ładność" nie ma prawa wyskoczyć przynajmniej na chwilę poza objętość ustalonego szablonu.  Muzycy nie pozwalają na jakiekolwiek wprowadzenie choćby jednego czy drugiego ziarnka brzydoty. Dla choćby uatrakcyjnienia. Przez to każde solo gitarowe wychodzi tam gdzie powinno, a Olivia serfuje głosikiem wciąż z tym samym napięciem. Aż dziw bierze, że jej gorset to wytrzymuje.
Próbowałem polubić tę płytę, proszę mi uwierzyć. Słuchałem jej do pewnego momentu codziennie. Po jednym, po dwa, a nawet po trzy razy. Później próbowałem czekać na przychylny wiatr, na słońce, aż wreszcie na dobry, bądź zły humor - na cokolwiek, co pozwoliłoby mi załapać klimat i polubić tych dziesięć nowych kompozycji. W końcu dałem sobie spokój, widząc z żalem z boku na mnie spoglądające piękne nowe dzieła zespołów Mystery, Ananke, Magnum czy Dare. Efektem poświęconego czasu dla "The Ghost Moon Orchestra" , było polubienie dwóch finalizujących całość kompozycji: "Wild Eyed Skies" oraz "Top Of The World". Nie było to wszak jakimś żadnym moim wysiłkiem, gdyż te dwie absolutnie wyróżniające się dziełka, trudnym byłoby z kolei nie pokochać.  Olivia Sparnenn także i w nich rozrywa swe płuca, ale jakoś bardziej przekonująco, a i piękniej przygrywa jej księżycowa orkiestra "bractwa jesiennych". Gitara Bryana Josha także jakoś naturalniej wydobywa nuty spod swych sześciu strun. Wszystko tu gra pełniej i jakoś wiarygodniej. Smyczkowe aranżacje, pianino czy chórki - to także atuty zawarte w "ostatnich słowach" albumu. Żałuję, że podobnych utworów grupa nie nagrała jeszcze ze trzech lub czterech, wyrzucając przy okazji wszystkie pozostałe. Mielibyśmy jedną z płyt tego roku, zamiast męki, przez jaką mogą przebrnąć tylko entuzjaści górskich wspinaczek - do których ja nigdy się jakoś niestety (a może i na całe szczęście!) nie zaliczałem.

P.S. Na drugiej i zarazem dodatkowej płycie , zatytułowanej "A Weather For Poets", znalazły się  odrzucone przez Bryana Josha kompozycje z sesji do tego albumu , a także kompozycje dobrze nam już znane z przeszłości, lecz zagrane w bardziej akustyczny sposób. Rzecz ogólnie ciekawa, jednak nie wymagająca poświęceń i uproszenia szefa o nadgodziny.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl 




sobota, 27 października 2012

VLADIMIR COSMA zdobyty


Nie wiem czy ktoś pamięta jak w pierwszym tygodniu tego roku zwracałem się do Was z prośbą o zdobycie koncertu Vladimira Cosmy, którego TVP Kultura wyemitowała w Sylwestra w swym porannym programie. Przypomnę tylko, iż udało mi się wówczas zobaczyć ledwie jego fragment. Jednak już na jego podstawie mogłem wnioskować, że mam do czynienia z czymś niezwykłym. I otóż Moi Drodzy, mam już ten koncert! Dzięki jednemu (jednej) z Was. Osoba, która się do mnie odezwała kilka dni temu z propozycją przesłania mi tego materiału na wypalonej płycie DVD, postanowiła pozostać anonimową. A zatem, kimś na zasadzie "niewidzialnej ręki". Socjalistyczna młodzież zapewne kojarzy o co chodzi. Niech więc oni wiedzą cóż to ja takiego mam na myśli, albowiem wszystkich młodszych niepotrzebnie nie będę rozśmieszać. Przy okazji owej "niewidzialnej ręce", pragnę serdecznie podziękować. Zarówno za ten genialny !!! koncert, który po blisko dziesięciu miesiącach marzeń smakuje jak prawdziwe ich spełnienie, a także, a może przede wszystkim, za coraz rzadziej już dzisiaj spotykaną bezinteresowność.
Uważam, iż każdy powinien ten koncert obejrzeć!. Powiem krótko, to co tam się dzieje na scenie, mogłoby zawstydzić niejednego rockmana, któremu wydaje się, że zjadł wszelkie rozumy. W przypadku tego niesamowitego show, do którego Vladimir Cosma zaprosił nie tylko pełną orkiestrę, ale i także muzyków i wokalistów "solistów", całość broni się jednak najbardziej jako obraz + dźwięk. O ile jestem zdecydowanym zwolennikiem słuchania muzyki , a nie jej oglądania, o tyle w tym przypadku trzeba koniecznie zobaczyć co wyrabia z batutą Cosma. Jego temperament jest wręcz nie do opisania. W skórze już dzisiaj tego bardzo niemłodego dżentelmena drzemie energia młodego chłopca, i daje to wręcz piorunujący efekt. Do tego liczy się tutaj także bogaty dobór gości, plus euforycznie reagująca publiczność. Już teraz wiem, że ten koncert bije na głowę niejednych szarpidrutów czy progresmanów, których niejednokrotnie zdarza mi się nazbyt przesadnie gloryfikować.
"Niewidzialna ręko", dzięki Ci raz jeszcze za twe hojne dary !!!
A.M.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl 

środa, 24 października 2012

CZERWONE GITARY - "Port Piratów" - (1977) -

CZERWONE GITARY - "Port Piratów" - (POLSKIE NAGRANIA "MUZA") - ****1/2


Jedną z pierwszych moich płyt w życiu, był album "Port Piratów" Czerwonych Gitar. Album wydały Polskie Nagrania w 1977 roku, jednak ja go kupiłem jako trzynastolatek rok później. Było to najprawdopodobniej w mojej osiedlowej księgarni, w której sukcesywnie przetrząsałem półki, pomimo iż większość usadowionych tam rzeczy straszyło na odległość. Owszem, zdarzały się jakieś ciekawe licencje, jak kompilacyjne albumy grup Atomic Rooster czy Rare Bird , a nawet "dziewiątka" Procol Harum. Jednak w tamtych latach wolałem zdobyć płytę Abby, a tej wówczas ni widu, ni słychu. Skoro zatem nie było czego pragnąłem, to próbowałem na siłę wydobyć coś z niczego. I właśnie jedną z takich płyt na zasadzie "z braku laku ..." był owy "Port Piratów".
Słuchałem jej na początku bez większych emocji, jednak z czasem wraz z kolejnymi przesłuchaniami ... No właśnie.
Było to dzieło zupełnie odmienne od prostych piosenek grupy, w rodzaju "Nie zadzieraj nosa", "Bo ty się boisz myszy" czy "Takie ładne oczy", itp... Zresztą przyznam, iż nie znosiłem tych piosenek przenigdy. Większość rodaków się w nich kochała, a mnie wychodziła od razu jakaś wysypka. Podobnie reagowałem na Trubadurów czy pozostałych "kolorowych" - z Niebiesko-Czarnymi i Czerwono-Czarnymi na czele. Nie piszę tych słów, by teraz dopiec fanom takowej twórczości, gdyż zapewne nie jest ona aż tak zła, ale dla mnie ...
Zdecydowanie bardziej lubiłem u Czerwonych Gitar te ich białe garniturki, spodnie dzwony, chórki Alibabek, i roześmianą opolską publiczność epoki późnego Gierka. Do tej estetyki może dlatego było mi bliżej, gdyż były to po prostu moje lata szczenięcej młodości, a i pierwsze wzruszenia twórczością artystów brzmiących tak jak grupa dowodzona już wówczas przez Seweryna Krajewskiego. Jako głównego wokalistę i gitarzystę zarazem. Poza tym, zawsze lubiłem tę jego wrażliwość, sentymentalizm i oczywiście sam głos także. Do tego, Seweryn Krajewski jeszcze imponująco występował na scenach z dwugryfową gitarą elektryczną, czyli rzecz jasna 12-strunową.
"Port Piratów" składał się z jedenastu piosenek. Bardzo różnych piosenek, przez co cały album był na swój sposób bardziej atrakcyjny. Tutaj muszę dokonać jednak pewnego wtrętu. Otóż, dzisiaj ta płyta zapewne robi nawet większe wrażenie, i jest przy okazji cenniejsza, niż wówczas, albowiem w tamtych czasach większość pasjonatów muzyki i zbieraczy płyt, miała najczęściej w nosie krajową rozrywkę. Wszyscy szukali płyt Led Zeppelin, Queen, Pink Floyd, Bee Gees czy nawet Donnę Summer, a nie do znudzenia pokazywanych w telewizji lub wydobywających się z radioodbiorników Czerwonych Gitar, Halinę Frąckowiak czy Partitę, których to z kolei dzisiaj w telewizji się praktycznie nie uświadczy, a radio jeśli się nad nimi zlituje, to tylko w porach nocnych, tak aby wyrobić przymusowe 30% polskiego śpiewania wobec wymogów licencyjnych Krajowej Rady Radiofonii i TV.
Ale powróćmy do samej płyty. Tak jak napisałem powyżej, na album złożyło się jedenaście kompozycji, a całość otwierała piosenka tytułowa. Bardzo ją lubiłem kiedyś, a i nic się nie zmieniło po dziś dzień. Ten dynamiczny i pełen energii utwór, z optymizmem otwierał przed słuchaczem drzwi, choć przecież każdy znający Seweryna Krajewskiego wiedział, że ten bardziej gustuje w piosenkach romantycznych, refleksyjnych, no i że takowych musi się tutaj pojawić przynajmniej połowa w całym zestawie. I tak zresztą się stało. Lecz  zanim do nich słuchacz dotarł, to musiał jeszcze przejść przez choćby "Jej Uśmiech", piosenkę która bujała w rytm funky, a towarzysząca jej gitara, nieustannie podkreślała swoje wah-wah. Byłby to całkiem fajny utwór, gdyby nie do znudzenia powtarzany bujający refren: "a ona, a ona, nie mówi nic, jej uśmiech , ten uśmiech czy ze mnie drwi".  Zapewne wszelacy didżeje mogliby z tej młócki nakręcić dzisiaj niejedną maksisinglową suitę do tych swoich luzackich klubów, z całą masą modnisiów noszących prostokątne i płaskie okularowe szkiełka, plus trampeczki za dwie stówy i obowiązkowe laptopy przy dupie. Oczywiście, by ci chcieli powyginać się przy muzie Czerwonych Gitar, musiałby owy klub zaserwować im tam strefę wi-fi, gdyż facebook nigdy nie śpi.
Na szczęście po tej piosence zblazowane towarzystwo hip-hop-funky-soul-regałowe może już zwijać żagle, gdyż reszta rytmów nie będzie już raczej dla nich. No, może jeszcze z jednym wyjątkiem, o którym za chwilę.
Trzecia piosenka "Sam Niosę Świat" rozpoczyna się od skrzypiec, perkusji a'la conga, i gitary akustycznej. Wydaje się , że będzie to piękna sentymentalna ballada, jednak szybko zwrotka przeradza się w dynamiczny refren skandowany przez Alibabki. Ta krótka kompozycja niesie ze sobą dwa różne muzyczne światy, choć osobiście żałuję, że nie zdominował ją mocniej rozmarzony Krajewski.
Za to następna piosenka jest słodka i przeurocza. Nazywa się "Staromodne Samochody". Została także oparta nieco na rytmach funkowych (a więc tutaj jeszcze mogą zajrzeć "melomani didżeje"), jednak jej melodia bardzo nośna i radosna, zdecydowanie wyprowadzała ją z klubów ku estradowej widowni. Krajewski wspaniale prowadził w niej wokalne dialogi z Alibabkami. Że to nie stało się hitem! Hmm...
Następna piosenka "Próbuj Sam Przez Trudne Lata Przejść" rozwija się powoli niczym jakaś uduchowiona ballada, ale i tutaj refren zostaje zaśpiewany chóralnie i żwawo, tworząc nieco festiwalową otoczkę. Taką do wspólnego śpiewania przez cały amfiteatr. Wówczas tak wielu artystów konstruowało swe piosenki. Taka była moda, tendencja, nurt,... Dzisiaj może takowa twórczość brzmieć nieco obciachowo, ale to była naprawdę ładna piosenka.
Skoro użyłem przed chwilą form obciach i festiwal , to chyba najbardziej pasują one do następnej piosenki, i przy okazji wielkiego hitu grupy, jakim okazało się "Niebo z Moich Stron". Największy przebój z tej płyty, i zarazem jeden z największych przebojów Polskiej Piosenki lat 70-tych. A i kto wie..., być może i całego naszego muzycznego skarbca kulturowego. W tamtych latach piosenka ta grana była niemal wszędzie, aż do znudzenia. Mnie jednak nic jej uroku nie obrzydziło. Tak samo jak następnej na tym albumie, i tylko nieco mniejszego kalibru przebojowości "Trzecia Miłość - Żagle".  Ta powiewna i bardzo radosna melodia rzeczywiście dodawała wiatru w żagle, że aż samemu chciało się chwycić za ster. Szczególnie jako ówczesnemu małolatowi bardzo podobały mi się takie radosne songi. Dzisiaj z kolei po latach, potrafię już bardziej docenić piosenki nastrojowe i refleksyjne, które po "żaglach" grały już na tej płycie do samego końca.  Szczególnie dwie: "Z Marzeń Powstał Świat" oraz "Na Dach Świata".  Obie, zdecydowanie nierockowe i odkrywające pełnię natury i osobowości Seweryna Krajewskiego. Pokazując również jaka będzie muzyczna przyszłość tego muzyka już niebawem. Te dwie piosenki , to istne klejnoty na "Porcie Piratów".
Z kolei dwie ostatnie kompozycje z "Portu Piratów", były na pewne swoistą odskocznią od wszystkiego co dotąd. Kiedyś ich nie znosiłem. Nudziły mnie doszczętnie, a do tego kłóciły mi się z moim wyobrażeniem o radośniejszej twórczości zespołu.  Krajewski, który na tej płycie nie tylko do śpiewu używał gitary, a także mandoliny, skrzypiec, cytry i lutni, miał także wielkie zacięcie do piosenki literackiej czy aktorskiej, czemu właśnie dał upust emocjonalny w finalizujących całość piosenkach "Kochałem Panią" (do tekstu A.Puszkina) oraz "Dobra Pogoda Na Szczęście". Czerwone Gitary dzięki nim zabrzmiały bardziej jak dzisiejsi koledzy Stanisława Sojki czy Grzegorza  Turnaua. I choć nadal nie jest to moja bajka, to po latach słucham ich z większym zainteresowaniem. Jeśli jednak wezmę pod uwagę, że na jedenaście piosenek, wciąż po latach kocham tutaj tych bitych osiem, to i tak jest to wynik znakomity. Tym bardziej, że wcześniejszy longplay "Rytm Ziemi", podoba mi się już tylko w połowie, a świąteczną i naprawdę uroczą płytę "Dzień Jeden w Roku", należy jednak mierzyć w nieco innych kategoriach - nierozrywkowych.



SUPLEMENT
Miałem całkiem niedawno ochotę przypomnieć sobie tę płytę. Odszukałem ją w szafie i nastawiłem na gramofonie. Wspomnienia powróciły, a także przyszła chęć zagrania jej po raz pierwszy w Nawiedzonym Studio, w kąciku "Szanujmy Wspomnienia, czyli cudze chwalicie swego nie znacie". Niestety płyta okazała się mocno wysłużona (przez te blisko 35 lat) i nie bardzo nadawała się do publicznej prezentacji. Postanowiłem zdobyć wreszcie kompakt z tą muzyką. I jak to w takich przypadkach bywa, okazuje się , że płyta jest nieprodukowana, a co za tym idzie nieosiągalna. Na Allegro stare egzemplarze CD Polskich Nagrań kosztują po około 100 zł, co trochę graniczy z szaleństwem. Dałbym nawet i tyle, ale postanowiłem spróbować jednak obejść tę drogę i napisałem maila do dzisiejszych (istnieją !) Czerwonych Gitar. Zapytałem: kiedy wznowicie płyty "Rytm Ziemi" oraz "Port Piratów", bo je najbardziej lubię i chcę mieć te płyty w swoim zbiorze?. Po kilku dniach otrzymałem odpowiedź od pewnej pani, która zasugerowała mi zajrzenie do ich firmowego sklepu internetowego, który znajduje się właśnie na tejże stronie. Po chwili oczy przecierałem ze zdziwienia, gdyż raptem ujrzałem w ofercie poszukiwane płyty, po których ni śladu w sklepach fizycznych, jak i wirtualnych także. Nie trudno się domyślić, że od razu złożyłem zamówienie. Po kilku następnych dniach otrzymałem wiadomość, że "Rytm Ziemi" jest jednak nieosiągalny, za to "Port Piratów" jak najbardziej tak, i że właśnie został on dla mnie zapakowany i za chwilę będzie wysłany. Po kilku następnych dniach (wysłali pobraniową pocztą ekonomiczną) koperta z płytą w środku wylądowała w moim domu. Nadawcą przesyłki okazał się sam Pan Jerzy Skrzypczyk - perkusista zespołu, a także od wielu lat jej szef, o ile dobrze wiem. Płyta kosztowała ledwie 30 zł, przesyłka 10,50 zł. Pięknie. To zawsze lepiej niż 100, prawda? A do tego okazało się, że jest !!!  Ludzie nawet nie wiedzą , że to możliwe. Szkoda, że zespół nie dociera z tymi płytami do sklepów, i na odwrót. Mało tego, sprawdziłem ostatnio dwa sklepy kontrolnie, i okazało się, że na swych półkach nie mieli nawet składanek Czerwonych Gitar. Za to kurwa mać, Kult czy Pidżama Porno, napierdzielone do boleści jelit.
Na koniec jeszcze,  najbardziej się zdziwiłem, że nowiuśka płyta "Port Piratów" jaką posiadłem, to edycja z 2003 roku, firmy Yesterday, na licencji Polskich Nagrań, wydana w ładnym digipacku, co widać zresztą na powyższym zdjęciu.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl





wtorek, 23 października 2012

THE VACCINES - "Come Of Age" - (2012) -

THE VACCINES - "Come Of Age" - (SONY MUSIC) - **


Nic nie zdarza się dwa razy. Najlepszym dowodem na te słowa niech będzie drugi długograj młodych Anglików z The Vaccines. Ich zaskakujący debiut z początku 2011 roku, był nad wyraz trafną szczepionką na nieco monotonnym ostatnio polu indie rockowców. Tego typu zespołów napływa całkiem sporo, lecz większość z nich, babrze się w niemocy twórczej.
The Vaccines zaproponowali coś na zasadzie "stare na nowo", czyli postanowili pozyskać tę samą publikę co The Strokes, Interpol czy Franz Ferdinand, ale przywołać przy okazji ducha lat 50/60's, z pełnymi słodyczy melodiami spod znaku Elvisa Presleya, Frankie Valliego, Billa Medleya czy Ricky'ego Nelsona. Co dało niezły efekt, jednak słuchając ich nowego dzieła zastanawiam się czy nie był to jakiś przypadek.
Debiutancki "What Did You Except From The Vaccines?", był pełnym napięcia zbiorem chwytliwych piosenek, od razu wpadających do uszu, i pozostających tam na długo. Ta przeurocza płyta fajnie kontrastowała swymi słodkimi melodiami z lekko przybrudzoną sekcją rockową. Cały album był kopalnią hitów, nie dziwne więc, że połowa piosenek z niego, ukazała się na singlach. Szkoda, że na wirtualnych, wszak beznadzieja dzisiejszej fonografii namacalnych singli już nie uznaje.
Bardzo żałuję , ze na nowym dziele Vaccinsów nie ma tak świetnych piosenek, jak choćby: "Wreckin' Bar (Ra Ra Ra)", "If You Wanna", "A Lack Of Understanding" czy "Wetsuit", które czarowały na debiucie.
Chyba się muzycy zbytnio pospieszyli, realizując po nieco ponad roku kolejne swe dzieło. Można to nawet zrozumieć, szczególnie że fala z jaką do niedawna płynęli, niosła ich triumfalnie do krainy szczęścia. Niestety, ostatecznie wyrzucając na brzeg, pozostawiając sińce na dupie.
Druga płyta "Come Of Age" zaciera całkowicie dobre wspomnienia po tych niedawnych czasach. Nowe piosenki zostały brutalnie okrojone z urokliwości debiutu, stając się po prostu sztampowo-alternatywnymi. Niczym tuziny podobnych artystów. Wszelkiego rodzaju próby ich "uretrowienia" , wypadły tak śmiesznie , jak James Bond pijący Heinekena, zamiast wstrząśniętego Martini.
Trudno mi nawet wyróżnić tutaj jakąkolwiek piosenkę. Może nieco bardziej wybija się ładna i nieco dramatycznie brzmiąca ballada "Lonely World", która wieńczy całe to niespełna 40-minutowe dzieło. Vaccines jednak specjalizują się głównie w prostych i krótkich piosenkach. Nośnych i dynamicznych. I chyba na takie większość z nas czekała. Jak choćby na "Ghost Town". Przebojową i zarazem w dobrym guście , która jawi się niczym perła w koronie, lecz niestety na osamotnionej łodzi. Być może także z lekka gonią ją tutaj jeszcze otwierające całość przebojowe "No Hope" i "I Always Knew". Lecz to już wszystko. Szkoda, że o pozostałych nie da się powiedzieć niczego więcej jak to, że tworzą tylko przeciętną całość, pomimo iż tworzący je zespół, zapowiadał się jeszcze niedawno na przynajmniej ponadprzeciętny.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl








poniedziałek, 22 października 2012

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 21 października 2012 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM

"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 21 października 2012
RADIO "AFERA" 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl



AC/DC - "For Those About To Rock We Salute You" - (1981) -
- C.O.D.

KISS - "Monster" - (2012) -
- Shout Mercy

DOKKEN - "Broken Bones" - (2012) -
- Burning  Tears

MANOWAR - "The Lord Of Steel" - (2012) -
- The Lord Of Steel
- Annihilation

MANOWAR - "Warriors Of The World" - (2002) -
- Nessun Dorma

MILLION $ RELOAD - "A Sinner's Saint!" - (2012) -
- Fight The System!
- Broken

MAGNUM - "On The Thirteenth Day" - (2012) -
- See How They Fall

LITA FORD - "Living Like A Runaway" - (2012) -
- Devil In My Head

DEMON - "Unbroken" - (2012) -
- Unbroken
- Wings Of Steel
- Take Me To Your Leader

DARE - "Calm Before The Storm 2" - (2012) -
- Walk On The Water
- Crown Of Thorns


====================================================================


PRZEMYSŁAW GINTROWSKI  (21.XII.1951 - 20.X.2012)

V/A - "Muzyka z Ulubionych Seriali" - (2004) - kompilacja
- Zmiennicy - {śpiew PRZEMYSŁAW GINTROWSKI} - (1986) -

====================================================================

"SZANUJMY WSPOMNIENIA" - czyli cudze chwalicie swego nie znacie

CZERWONE GITARY - "Port Piratów" - (1977) -
- Port Piratów
- Trzecia Miłość - Żagle
- Z Marzeń Powstał Świat
- Na Dach Świata

====================================================================


ROAD - "Road" - (1972) -
- Space Ship Earth

STONE THE CROWS - "Stone The Crows" - (1969) -
- Raining In Your Heart

KING CRIMSON - "USA" - (1975) -
- Exiles - {live at Casino, Asbury Park, 28.VI.1974}

PREMIATA FORNERIA MARCONI - "Photos Of Ghosts" - (1973) -
- River Of Live

NOVALIS - "Sommerabend" - (1976) -
- Wunderschatze

ROUSSEAU - "Flower In Asphalt" - (1980) -
- Skylight

MEDICINE HEAD - "Dark Side Of The Moon" - (1972) -
- You And Me
- You Can Make It Here

STRAWBS - "Deadlines" - (1978) -
- Deadly Nightshade
- Words Of Wisdom


CARAVAN - "If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You" - (1970) -
- With An Ear To The Ground You Can Make It / Martinian / Only Cox / Reprise

CAMEL - "The Snow Goose" - (1975) -
- Dunkirk

     






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl


niedziela, 21 października 2012

Dzisiaj piękna jesień w Nawiedzonym Studio

Dobiegający końca tydzień, był dla mnie dość aktywny. Może dlatego nie miałem czasu na blogowanie. Obiecywałem omówić wiele nowości płytowych, a jednak nie było kiedy się za to zabrać. Najbliższy tydzień - obiecuję, posłuży nadrabianiu zaległości. Większość płyt mam już nawet opisanych w brudnopisie, tak więc wystarczą tylko korekty, zdjęcia, i można wklejać. Zatem, zachęcam wszystkich do odwiedzin mego bloga już od przyszłego tygodnia, a dzisiaj zapraszam do wysłuchania "Nawiedzonego Studia".
W torbie radiowej, mam już zapakowanych sporo nowości na pierwsze dwie godziny, a na następne dwie, niemal same starocie. W tym tygodniu wpadały mi do głowy przeróżne pomysły. Wszystko zapisywałem od razu do zeszytu, a później tylko wyciągałem z półek płyty, i tak oto powstała niemal 10-cio godzinna audycja, którą splotę jak zwykle w 4-godzinną.
Co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Mam nadzieję, że muzyka będzie tak piękna jak w ostatnich dniach malownicza Złota Polska Jesień, którą to powyżej prezentuję z dzisiejszej kliszy.

Do usłyszenia o 22-giej!
A.M.

=====================================================================

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl 


czwartek, 18 października 2012

Polska - Anglia 1:1, remis w bardzo dobrym stylu

Wypadałoby pochwalić Polskich Piłkarzy za wczorajszy mecz z Anglikami. Jako, że tradycją stało się wieczne narzekalstwo, miłym byłoby wlać naszym futbolistom kilka ciepłych słów za kołnierz. Wczorajszy remis w bardzo dobrym stylu, może nawet uchodzić za porażkę. Byliśmy w przebiegu całego meczu drużyną nie tyle lepszą, co ciekawszą, bardziej pomysłową, i tylko żal, że nie udało się przechylić szali na naszą korzyść.
Bardzo fajnie zagrali Kamil Grosicki, Robert Lewandowski, Łukasz Piszczek czy Ludovic Obraniak. A bramka Kamila Glika palce lizać.
Oczywiście wszystko to nie przyćmi skandalu z dnia poprzedzającego, wywołanego nie tyle ulewą, co decyzją (a raczej jej brakiem!) o zamknięciu dachu.
Uważam, że wszystko zostało już powiedziane w tej kwestii, tak więc nie widzę sensu powtarzania tego co dobrze wiemy. Gratulując zatem "Naszym" dzielnego i bardzo dobrego występu przeciwko Anglikom , proponuję rzut okiem na poniższe fotki Stadionu Narodowego z tuż zakkończonego spotkania, a także na naszego bohatera, czyli strzelca bramki dla Polaków - Kamila Glika.




















Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl

środa, 17 października 2012

Być może dzisiaj POLSKA - ANGLIA. Na najnowszym obiekcie muzealnym świata.

Gdybym był złośliwym, napisałbym ... Nieważne co.
Kiedy wczoraj FIFA zarządziła przerwę, udając się na naradę za zamkniętymi drzwiami, na pewno padło niejedno pytanie: "co robić, co robić?". A gdy wszyscy odpowiedzialni za taki stan rzeczy trzęśli gaciami, my z żoncią poszliśmy się przejść na skróconą wersję spacerku. "Walk" (edit), tak można by nazwać wersję wczorajszej przechadzki, albowiem "long version", to z reguły bita godzina. Trochę nerwowo stawiałem kroki, mając wciąż nadzieję, że po powrocie do domu, wybiegną nasi na ten przepiękny wodny akwen, i być może przy takowej aurze, zagramy jakiś historyczny mecz. Taki, jaki byśmy później wspominali z euforią przez najbliższych czterdzieści lat. I obowiązkowo przed każdą następną konfrontacją z Anglią , widz oglądałby to ewentualne zwycięstwo, jak (do dziś obowiązkową) przypominajkę ze słynnego remisu na Wembley w 73-cim.
Kiedy opowiadałem żoneczce co stało się powodem takiej sytuacji, nie wiedząc jeszcze w tamtej chwili co dalej się wydarzy z meczem Polska-Anglia, śmialiśmy się z naszego cacka "Narodowego", który funkcjonuje odwrotnie w stosunku do potrzeb , a także i samej logiki.  Żoncia rzuciła fajne porównanie, otóż przykładem stał się zwykły parasol. Bo co by było, gdyby podczas padającego deszczu, nie możliwe byłoby otwarcie parasola, a więc tak jak nowoczesnego dachu na Narodowym. Wszyscy musielibyśmy chodzić z parasolami otwartymi i czekać na deszcz, aż się na co paskudztwo przyda.  No bo podczas deszczu, otwieranie i zamykanie parasola, stanowiłoby zagrożenie dla ludzkiego zdrowia, a nawet życia. Ryzykując w przeciwnym razie całą jego konstrukcję na naszej głowie.
Przepisy FIFA są tak skostniałe jak nasz PZPN, choć zwykło się zwalać wszystko na tych drugich. Kto to wymyślił, że gdy trening odbywa się przy otwartych trybunach , to mecz dnia następnego musi się odbyć w warunkach identycznych, a gdy rozpoczynamy rozgrzewkę przy trybunach zamkniętych , to jutro gramy mecz obowiązkowo także przy zamkniętych. FIFA ustanawiając przepisy założyła niegdyś , że pogoda musi się zgadzać przez dwa dni, a wszelkiego rodzaju zmiany , anomalie, powinny nadejść dopiero w dniu trzecim. Po co nam Stadion Narodowy z otwieranym dachem, skoro on jakiś przewrotny do sytuacji bywa?  Na czorta wydano na niego tyle pieniędzy, a i wpompowano w nas z niego dumę, skoro jest bezużyteczny, lub w najlepszym wypadku stanowi najnowszy obiekt muzealny na świecie.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl 








poniedziałek, 15 października 2012

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 14 października 2012 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM

"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 14 października 2012
RADIO "AFERA" 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl





SAVATAGE - "Gutter Ballet" - (1990) -
- Gutter Ballet

DEMON - "Taking The World By Storm" - (1989) -
- Remembrance Day

DEMON - "Hold On To The Dream" - (1991) -
- Hold On To The Dream

DARE - "Calm Before The Storm" - (1998) -
- Someday
- Run To Me - (bonus track)

VISION DIVINE - "Destination Set To Nowhere" - (2012) -
- The Ark
- Gutter Ballet - {Savatage Cover Version}

DOKKEN - "Broken Bones" - (2012) -
- Empire
- Broken Bones

KISS - "Monster" - (2012) -
- Hell Or Hallelujah
- Wall Of Sound
- Last Chance

MAGNUM - "On The 13th Day" - (2012) -
- Shadow Town
- Putting Things In Place

QUEEN - "A Day At The Races" - (1976) -
- The Millionaire Waltz

MUSE - "The 2nd Law" - (2012 -
- Follow Me
- Explorers

MUSE - "Showbiz" - (1999) -
- Unintended

THE WATERBOYS - "Politics" - (2012) - singiel 7" z okazji Record Store Day
- Politics
- The Travelling Man & The Tree
- Down By The Salley Gardens

MUMFORD & SONS - "Babel" - (2012) -
- Holland Road
- Hopeless Wanderer
- Broken Crown

PULP - "Different Class" - (1995) -
- Disco 2000

PET SHOP BOYS - "Elysium" - (2012) -
- Give It A Go

STEVE HACKETT - "Genesis Revisited" - (1996) -
- Your Own Special Way - {śpiew PAUL CARRACK}
- Deja Vu - {śpiew PAUL CARRACK}

JEFF LYNNE - "Long Wave" - (2012) -
- Bewitched, Bothered And Bewildered
- Smile
- At Last
- Love Is A Many Splendored Thing
- Let It Rock

MIKE OLDFIELD - "The Platinum Collection" - (2006) - kompilacja
- Pictures In The Dark - (1985) - śpiew: ANITA HEGERLAND, BARRY PALMER, ALED JONES
- Islands /12"mix/ - (1986) - śpiew BONNIE TYLER

HESS - "Living In Yesterday" - (2012) -
- Falling Down


 




Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl

czwartek, 11 października 2012

PET SHOP BOYS - "Elysium" - (2012) -

PET SHOP BOYS - "Elysium" - (PARLOPHONE / EMI Records) - ***1/2



Lubię Pet Shop Boys. Zawsze ich lubiłem. Panowie Tennant i Lowe wprowadzają mnie w dobry nastrój, nawet jeśli przynudzają niemiłosiernie - jak tutaj właśnie.
"Elysium" jest albumem nastrojowym, niemal jesiennym, czyli idealnym na długie posępne wieczory. Piosenki z niego grają leniwie, tak jak opadłe liście, które pod drzewem tańczą zobojętniale w rytm kołyszącego wiatru.
Nie ma tutaj ani krzty dyskoteki, z której to przecież Pet Shop Boys słyną od lat.  I o ile na poprzednich płytach ("Yes", "Fundamental") było sporo do tańca, o tyle przy "Elysium" lepiej wygodnie usadowić się w fotelu, w grubym swetrze, przy rozpalonym kominku, i z gorącym kubkiem herbaty w dłoniach. Całą już resztę zrobi sama muzyka. Nie pozbawiona syntetyków i rozbudowanej baterii komputerów, którą to tak zawsze mocno się chlubił Chris Lowe. Szczególnie podczas spektakularnych koncertów. Jednak nie tylko elektronika gra tutaj pierwsze skrzypce, otóż panowie Tennant / Lowe zadbali o całą efektowną otoczkę, zapraszając również muzyków z prawdziwymi gitarami, perkusją, a i także pokaźnych rozmiarów orkiestrę, którą słychać na dobrej połowie albumu.
Nie to jednak będzie najistotniejsze dla sprawy, jeśli nie obronią się przecież same kompozycje. Wszak Pet Shop Boys skazani są na dostarczanie ładnych melodii. Przyzwyczaili nas do tego przez lata. Albowiem, nawet jeśli nie czarowali całymi płytami (jak np. kapitalnymi "Please", "Actually" ,"Behaviour" czy "Release"), to przynajmniej pozostawiali po sobie kilka wieczystych songów. Na "Elysium" jest z tym nieco kłopot. Ta płyta nie jawi się przebojowością. Pomimo iż jej promotorzy wyznaczyli na single zgrabne "Leaving" czy "Winner". Są to bardzo ładne piosenki - naprawdę - ale czy mają w sobie moc hitów? No, może "Winner" faktycznie jest jakoś bardziej podniosła i radosna od całej tutaj reszty. Zapewne byłoby jej najbliżej do kolekcji letnio-jesiennej z roku 1993 i pamiętnego albumu "Very", ale czy poradzi ona sobie na współczesnych listach przebojów? - wątpię!  Choć życzę tego muzykom z całego serca.
Pet Shop Boys nie grają już pod parkiety taneczne, jednak wspomniany "Winner" oraz drugi w tym zbiorze żywszy nieco "A Face Like That", lgną do dawnych nieco szalonych lat.
Przy okazji, żywię nadzieję, iż nikomu z decydentów wytwórni Parlophone, nie przyjdzie do głowy, lansować piosenki "Ego Music" - największego i na szczęście jedynego gniota tegoż dzieła.
Mnie jakoś najbardziej na "Elysium" spodobała się finalna "Requiem In Denim And Leopardskin". Ładnie się rozwija ta piosenka. Leniwa zwrotka, a nawet jej na pozór przeciętna melodyka, dostaje raptem urocze unisono, by ostatecznie rozbujać słuchacza refrenem utrzymanym w musicalowym duchu. Pod koniec wkrada się jeszcze tutaj lawina smyczków, a także na chwilę również taka trochę zagubiona i osamotniona trąbka. Piękne to - naprawdę.
Wieloma podobnymi słowami mogę obdarować także kilka innych piosenek, jak: "Hold On" (z uroczymi a'la broadwayowskimi żeńsko-męskimi chórkami), "Give It A Go" (z zachwycającą melodią szczególnie w samym refrenie, wyłączając to nachalne kilkukrotnie powtarzane "give it a go" - co trochę burzy nastrój całości), czy choćby miłe nudziarstwa z "Your Early Stuff" i "Breathing Space" na czele.
"Elysium" jest kolekcją miłych i ciepłych piosenek na teraz, gdyż na wiosnę czy lato, przyda nam się nieco więcej energii.
Na pewno nie jest to płyta zła. Niesprawiedliwym byłoby ochrzcić ją także jako przeciętną, jednak daleko jej do rzeczy wybitnych, do jakich nas muzycy przez lata przyzwyczaili. Zdaję sobie także sprawę, że słowa "wybitny" i "dyskoteka", mogą się według niektórych ze sobą mocno gryźć - ale to ich problem.

P.S. Wersja limitowana, wydana w efektownym grubym kartoniku, zawiera drugi dysk z dokładnie tym samym materiałem co dysk nr 1, tyle że z wyciętymi partiami wokalnymi. Rzecz to raczej tylko dla fanów.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl





wtorek, 9 października 2012

MARILLION - "Sounds That Can't Be Made" - (2012) -

MARILLION - "Sounds That Can't Be Made" - (INTACT / EAR MUSIC) - ***1/2



Jakże głupio musi być tym , którzy niegdyś zwątpili w Marillion. Niech zatem zbawieni będą Ci co ich słuchali, słuchali, i w nich wciąż wierzyli.
Kiedy przed 23-laty Steve Hogarth przejął wokalne stery po Fishu, wydawać by się mogło po niekwestionowanym liderze grupy, niewielu dawało szansą Marillion na osiągnięcie czegokolwiek w niedalekiej nawet perspektywie. Albowiem o perspektywie wykraczającej za widnokrąg, mało kto myślał. A zespół konsekwentnie poprzez upływ lat, budował swą nową historię, pomału odcinając się od pierwszego etapu twórczości, jakim to etapem były rzecz jasna dzieje Fish'owskie. Tak, ten dyktatorski i nieustępliwy Fish, który w swej przeciętnej kompozytorskiej mocy z każdym ostatnim rokiem coraz bardziej zamyka się w wąskim gronie już tylko najzagorzalszych fanów. I tutaj czuję satysfakcję. Od początku wierzyłem w Hogartha , a także w moc kompozytorską jego zespołowych kolegów. Bo to, że ci potrafią pięknie grać, nikt nie musiał i nie musi mnie do dzisiaj przekonywać.
Najnowsze dzieło Marilllion jest kolejnym artystycznym wyzwaniem, jak i konsekwencją wszystkiego dotąd już stworzonego. Sympatycy płyt "Marbles", "Somewhere Else" czy poprzedniego "Happiness Is The Road", powinni od razu poczuć, że ta płyta została stworzona dla nich, ale i niech uszy mają otwarte także ci tęskniący za odległymi czasami wyrytymi na rowkach starszych dzieł, typu "Brave" czy "Afraid Of Sunlight". Sporo dawnego romantyzmu i tamtej nostalgii przeplata się tutaj efektownie z mocniejszymi rockowymi akcentami i brzmieniami, typowymi dla współczesnego art-rocka, w którym muzycy także od pewnego czasu czują się dobrze.
Proszę się nie bać, to wciąż jest Marillion. Piękny i fascynujący. Niełatwy być może od razu do pokonania, ale to przecież nigdy nie była grupa stworzona pod potrzeby radia. A to, że muzycy kiedyś skomponowali kilka ładnych i w miarę łatwych melodii, których można było posłuchać w aucie lub na festiwalowo-sopockiej koncertowej scenie, to tylko krótki epizod. Bynajmniej wcale niehańbiący.
Najtrudniejszym utworem na "Sounds..." jest otwierająca całość 17,5-minutowa suita. Pełna zmian tempa, melodii i nastroju. Wydaje się może nawet nieco chaotyczna, ale zawiera naprawdę kilka porywających momentów. Zdaję sobie jednak sprawę, że jej głównym przesłaniem jednak jest tekst, nawiązujący do ochrony praw człowieka, a dotyczący Palestyńczyków żyjących w obozach  dla uchodźców w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu Jordanu. Został on wymierzony przeciwko niekończącej się wojnie.  Jestem jednak przekonany, że nawet jeśli ten utwór nie każdy  pokocha, to o pozostałych siedem jestem całkowicie spokojny. Szczególnie o przepiękną minisuitę "The Sky Above The Rain" (o miłości, która nie może istnieć), wieńczącą to dzieło, jak i o te krótsze "Sounds That Can't Be Made", "Power" ("jestem dla Ciebie jak tych kilka nieważnych monet, wijących się po dnie twej torebki") lub "Invisible Ink", gdyż te wydają mi się szczególnie piękne. Nic nie ujmując przecież pozostałym utworom. Jak choćby ciekawej kolejnej tutaj suicie, jaką jest "Montreal".
Posłuchajcie proszę z jaką czułością śpiewa Hoggy. Jak często bywa delikatny, a jak rzadko tym razem wykrzykuje. To też pokazuje charakter tej płyty. Ale i posłuchajcie co z gitarą robi Steve Rothery. Jakże dawno ten wspaniały muzyk nie grał już tak malowniczo i baśniowo. Stęskniłem się za tymi jego płaczliwymi solówkami, których tutaj jest taka przecież mnogość. Brawo Panie Rothery!
Najmniej braw zawsze dostaje się perkusistom, klawiszowcom i basistom, bo zazwyczaj ci tworzą tło, z rzadka występując przed drużynowy szereg. Ale nie w Marillion. Bez cudownych akcentów klawiszy Kelly'ego, nie byłoby brzmienia Marillion. A i bas Trewavasa czy bębny Mosleya, są tak przyjemnie charakterystyczne jak smak świeżo zerwanych truskawek.
Wyborna to płyta. Pełna nastrojowości, pięknych melodii, a także zagrana z uczuciem jakie zazwyczaj posiadają spontaniczni debiutanci, podczas kiedy my mówimy właśnie o zespole działającym od nieco ponad trzydziestu lat.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl


poniedziałek, 8 października 2012

ZZ TOP - "La Futura" - (UNIVERSAL) -

ZZ TOP - "La Futura" - (UNIVERSAL) - **4/5



To już dziewięć długich lat od ostatniego jak dotąd studyjnego albumu, jakim był "Mescalero". No proszę, a ja byłem pewien, że ośmioletnia przerwa AC/'DC będzie nie do pobicia. Zresztą nieważne. Nieładnie wytykać pierwszą taką absencję zespołowi, który zrobił wcześniej przecież tyle dobrego. Wolę raczej z radością powitać tę trójkę wiekowych dżentelmenów w swych skromnych progach, z pilotem w dłoni i założonymi słuchawkami.
Teksańczycy powracają pełnią sił ukochanego przez siebie blues-boogie-rocka, nie stroniąc od dobrodziejstw współczesnej techniki, a ponadto chyląc czoła przed uznanym producentem Rickiem Rubinem, który do spółki z brodatym Billy F.Gibbonsem, wprowadził ponownie nazwę ZZ Top na muzyczne salony.
Zapewne wielu fanów oddanych grupie od już ponad czterdziestu lat , przyjmie nowych dziesięć kompozycji bez najmniejszego słowa krytyki.  I trudno im się dziwić.  Muzycy naprawdę dobrze grają, bardzo nowocześnie brzmią, ale i także przy tym trzymają się zręcznie dawnych patentów, które od zawsze stanowiły o ich sile i oryginalności. Jeśli to komuś wystarcza do szczęścia, to "La Futura" na sto procent spełnia pokładane nadzieje. Ja jednak u tej trójki brodaczy (bo pomimo iż perkusista nie nosi brody, to nazywa się Broda - Beard), zawsze lubiłem chwytliwość melodii, polot w konstrukcjach utworów, drapieżność gitar, i ich zaskakującą wymienność ról.  Lubię, gdy przy muzyce ZZ Top noga nie przestaje mi rąbać w podłogę, a po kilku dniach znam już wszystkie piosenki na pamięć. Tak jak to bywało niegdyś przy kapitalnym albumie "Recycler", czy przy jeszcze wcześniejszych , i co tu ukrywać, komercyjnych produkcjach z "Afterburner" i "Eliminator" na czele. Ale przecież jak można sympatyzować z "brodatymi"  nie zachłystując się fantastycznym debiutem z 71 roku, czy całą masą kapitalnych numerów z późniejszych płyt, zainfekowanych nie tylko amerykańskiemu przecież ludowi w cudownej epoce 70's. Dlatego troszkę z przykrością muszę obwieścić, że najnowszy długograj (choć wbrew nazwie to tylko niecałe 40 minut) ZiZików, jest poza produkcją i otaczającą go gigantomanią, zbiorem bardzo przeciętnych kompozycji. Nawet te najlepsze, jak otwierające całość "I Gotsta Get Paid" oraz następna "Chartreuse" (najlepsza na płycie! - moim zdaniem), są bardziej fajne i efektowne w samej warstwie produkcyjnej, aniżeli w tej najważniejszej - melodycznej.  Do tych dwóch powiedzmy "skarbów", dołożyłbym jeszcze miłą balladkę "Over You", w której Gibbons rozdziera struny głosowe jak dopiero co wytrzeźwiały typ spod ciemnej gwiazdy, a także w miarę porywającą "I Don't Wanna, Lose, Lose, You". Gibbons śpiewa tutaj jakby dopiero co powrócił z lekcji śpiewu od Toma Waitsa, a gitarowo-perkusyjna sekcja gra w najlepsze, i co ważne z melodią, jak za starych dobrych kaktusowatych czasów.
Bardzo podoba mi się jeszcze rozleniwiony gitarowy tasiemiec w "It's Too Easy Manana" (choć cały utwór już niestety dużo mniej!), a także naćpana nieco harmonijka w "Heartache In Blue".  Szkoda, że reszta płyty odstaje już nieco poziomem. Gdyby nie suwadełka i świecidełka na konsoli Rubina, wiałoby nudą, że hej.  A tak to przynajmniej da się całej reszty w miarę przyjemnie posłuchać do końca. Bynajmniej nie w towarzystwie gęsiej skórki. Ale widać dawne emocje i ich czar są już za nami, teraz przychodzi raczej cieszyć się z tego, że chłopaki są dobrego zdrowia, i zamiast w niedzielkę zakładać garniturek do kościółka, nadal wolą z kumplami z sąsiednich posesji wskoczyć do pobliskiego baru na szklaneczkę i partyjkę bilarda.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 7 października 2012 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM

"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 7 października 2012
RADIO "AFERA" 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl








MAGNUM - "On The Thirteenth Day" - (2012) -
- So Let It Rain
- From Within


GARY MOORE - "Blues For Jimi" - (2012) -
- Hey Joe


DEEP PURPLE - "Machine Head" - (1972) - 
- Pictures Of Home
- Smoke On The Water


V/A - "The Best Of JAMES BOND 30th Anniversary Collection" - (1992) -
- James Bond Theme - /MONTY NORMAN ORCHESTRA/ - 1963
- The Man With The Golden Gun - /LULU/ - 1974
- Diamonds Are Forever - /SHIRLEY BASSEY/ - 1971

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA - "Mr. Blue Sky - The Very Best Of Electric Light Orchestra" - Brand New Versions Of ELO's Classics" - (2012) -
- Showdown
- Mr. Blue Sky
- Telephone Line

JOE WALSH - "Analog Man" - (2012) -
- Family

EDYTA GEPPERT - "Pamiętnik czyli Kocham Cię Życie" - (1998) - kompilacja
- Och Życie, Kocham Cię Nad Życie - {1984}

CYTRUS - "Kurza Twarz" - (2006) - kompilacja
- Tęsknica Nocna - {1980}

COLLAGE - "Changes" - (1994 / reedycja 2003) -
- Living In The Moonlight - {bonus track - previously unreleased}- śpiew ZBYSZEK BIENIAK

QUIDAM - "Quidam" - 10th Anniversary 2 CD Edition - (1996 / reedycja 2006) -
- Modlitwa - {TALATH DIRNEN}
- Kolęda Nocka - {OGRODNICY}

THE KILLERS - "Battle Born" - (2012) -
- Here With Me

JEFF LYNNE - "Long Wave" - (2012) -
- She
- If I Loved You
- So Sad
- Mercy, Mercy
- Running Scared
- Beyond The Sea

GLENN FREY - "After Hours" - (2012) -
- After Hours

ORCHESTRAL MANOEUVRES IN THE DARK - "Sugar Tax" - (1991) -
- Pandora's Box

XYMOX - "Subsequent Pleasures" - (1994) - compilation 83/84
- Stumble And Fall - {CLAN OF XYMOX Demo)

PROPAGANDA - "A Secret Wish" - (1985) -
- Dream Within A Dream

ANNE CLARK - "Pressure Points"  - (1985) -
- Lovers Retreat

SIOUXSIE AND THE BANSHEES - "Hyaena" - (1984) -
- Dazzle

SIOUXSIE AND THE BANSHEES - "Superstition" - (1991) -
- The Ghost In You

ALISON MOYET -  "Raindacing" - (1987) -
- Weak In The Presence Of Beauty
- Ordinary Girl

JOHN FOXX - "The Garden" - (1981) -
- The Garden

PET SHOP BOYS - "Elysium" - (2012) -
- A Face Like That

MOSTLY AUTUMN - "The Ghost Moon Orchestra" - (2012) -
- King Of The Valley

COLLAGE - "Baśnie" - (1990) -
- Kołysanka






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl






niedziela, 7 października 2012

DEEP PURPLE "Machine Head" - obchodzi 40-lecie!

Każdy kiedyś zaczynał, więc nie każdy czytający poniższy tekst musi znać płytę, o której to właśnie przypomnienie (nie recenzja bynajmniej!), ale każdy powinien ją przynajmniej poznać. Choć zamiast słowa "powinien", aż ciśnie się na usta zamiennik "musi". I to z trzema wykrzyknikami. Tak proszę Państwa.
Album "Machine Head" obchodzi właśnie 40-te urodziny. A w zasadzie to obchodził, gdyż de facto owa czterdziestka świętowana winna być już w marcu, albowiem to wspaniałe dzieło Purpurowych ukazało się wraz z przedwiośniem 1972 roku. Już niebawem, bo za kilkadziesiąt godzin, trafi do sprzedaży specjalna rocznicowa edycja "Machine Head". Będzie ona dostępna w kilku różnych formatach, od dwupłytowej, aż po pięciopłytową. Każdy z nas wybierze dla siebie tę najbardziej przystosowaną do zamożności portfela. A być może po prostu poprzestaniemy jednak na dawno zakupionych egzemplarzach, które dobrze nam służą od lat. Gdyby każda rocznica miała nas nakłaniać do świętowania zakupu nowych edycji ulubionych dzieł, to już nawet nie chodzi o zrujnowanie domowego budżetu, ale przede wszystkim gdzie byśmy mieli to wszystko układać?.  Dopiero co trzydziestka stuknęła świetnemu albumowi "Screaming For Vengeance" - szarpidrutom z Judas Priest, ćwierćwiecze (plus jeden rok!) Peterowi Gabrielowi z genialnym "So", także dwudziestka piątka kapitalnego dzieła INXS "Kick", czy z filmowego ogródka rzecz biorąc - pięćdziesiątka Jamesowi Bondowi. Oczywiście to tylko kilka przykładów, ale przecież każdy z nich poparty zostaje od razu rocznicowym i pięknym zarazem wydawnictwem płytowym lub książkowym. Tak więc...
Mimo wszystko są to wspaniałe rocznice. Pokazują i przypominają zarazem ileż to dobra kulturowego powstało niegdyś, i jakże po dziś dzień, są to rzeczy ważne i śliczne zarazem. Jakże się cieszę, że przyszło mi żyć w czasach kiedy to wszystko albo powstawało, albo nawet jeśli już miało garb czasu na sobie, to lud przeżywał je z potem na czole, i purpurą na policzkach.  Rzeczy ,które dzisiaj świętują n-te rocznice, tworzyli niegdyś przecież młodzi, z myślą o młodych i starych. I miały one znaczenie nie tylko kulturalne, ale przede wszystkim emocjonalne. Dlatego przykro dzisiaj patrzeć jak w sklepach, które czasem odwiedzam, przy działach muzycznych czy filmowych, świeci pustkami. Nie ma przy nich młodzieży, która penetruje półki robiąc wielkie oczy na piękne okładki i trudno osiągalne skarby, wydając przy okazji odgłosy typu: "łał, ale czad" lub "zobacz to wydanie - biorę!". Nie ma dzisiaj tych ludzi. Starzy powymierali, a młode bezpłciowce żyją bo żyją. Nie rozwijam już dalej tego tematu, bo raz że mi się nie chce, a dwa, żałosne pisać o dzisiejszym fonograficznym pokoleniu , które praktycznie nie istnieje. Jedno co mogę powiedzieć pokoleniu "wykształciuchów" (a tak o nim naprawdę myślę - choć z pięknymi wyjątkami na szczęście nie o wszystkich!!!): wkuwajcie dalej, chapcie ile możecie, zaliczajcie te obowiązkowe egzaminy i wyjeżdżajcie do roboty ze swoimi zblazowanymi partnerami(kami), i wegetujcie na tych zblazowanych fejsach, twiitach,... Chlubcie ten świat, którym ja rzygam!. Świat, który jest mi obcy, niechciany, bo jest i nudny i mdły. Ciekawe co wy będziecie świętować? "Must be the music"?, a może "Taniec z gwiazdami"? lub klasyka "Big Brother"?  Śpiewał niegdyś lider Framauro w piosence "Nakarmieni Massmediami" o takich bezwartościach, które stworzyły nam te beznamiętne i bezideowe czasy.  I za które moje pokolenie tatusiów i mamuś winno czuć się winnymi, bo pozwoliliśmy wychować jednojajeczną inteligencję, przepuszczoną przez maszynkę, niczym bohaterowie filmu A.Parkera  "The Wall".
Album "Machine Head" przybywa z czasów, w których muzyka, a także sami muzycy, i jej odbiorcy, wiele dla siebie wzajemnie znaczyli. Pomijając już sam fakt, że to dzieło Purpurowych jest zajebiste samo w sobie, i nie oczekuje pięknych słów do wyrażania opinii o nim samym.
Nie jest to recenzja, tak więc i nie wdam się w analizę jego samego, bo przede mną uczyniło już tak niemałe grono ludzi, którzy w napisanych przez siebie słowach wyssali wszystkie soki z każdego utworu, by podkreślić ich rangę. Zatem, nudnym byłoby powtarzanie za nimi historii powstania dla przykładu "Smoke On The Water". Każdy fan grupy przeczyta o nim wszystko w niejednej książce, a leniwy dociekacz istoty rzeczy, kliknie sobie wikipedię, i tam dowie się mniej więcej co było grane. Jednak by posłuchać jednego z najsłynniejszych riffów świata, jakie wymalował tutaj Ritchie Blackmore, to już trzeba mieć przyzwoitą płytę i nienaganny sprzęcik, gdyż TAKA MUZYKA musi zabrzmieć i musi mieć swego kopa. I podobnie mogę się odnieść do innego czadziku, jak choćby do otwierającego całość utworu "Highway Star", którego motoryka, dramaturgia i kapitalna melodia, stanowią także o znaku rozpoznawczym grupy, i o jej sile. Jak cudownymi jest pozostałych pięć kompozycji, niech przekona się już każdy odbiorca. Zachęcam szczególnie dzisiejszych nowo wstępujących fanów rocka. Pozostałych nie muszę, gdyż jestem pewien ,że znają ten album od zawsze na pamięć.
Ktoś zapyta, no dobrze, a dlaczego tyle achów i ochów nad "Machine Head", a nie nad "In Rock", czy ich kumplami z Black Sabbath i ich "Paranoid" ,albo "Master Of Reality", bądź Led Zeppelin z płytami numer "I", "II", "III" lub "IV"?  Odpowiem krótko, bo dzisiaj mówimy o rocznicy wybitnej "Machine Head", a nie o wyższości nad tamtymi. Gdy będzie mowa o 45-leciu "Sierżanta Pieprza" Bitli, to wówczas ni słowem nie piśniemy o "Machine Head". I tak dalej, i tak dalej...
Dziś wielu fanów Purpli już nie żyje, a i nie żyje także sam Jon Lord, który tak pięknie czarował tutaj na  Hammondach. Pomimo tego, muzyka z tej płyty wciąż ma się dobrze, i dociera do nowych pokoleń, a być może będzie jeszcze interesować kolejne i jeszcze kolejne? Kto wie, być może powróci moda na kupowanie i zbieranie płyt? Oby rankingi sprzedaży znów powariowały.
Jonowi Lordowi nie przyszło zatem hucznie świętować tejże rocznicy, tak samo jak nikomu nie udało pogodzić się Gillana z Blackomore'em. Ludzi,  którzy sącząc się na siebie od zawsze, potrafili wówczas odgarnąć złość na bok, za to połączyć się w jedność za pomocą nut, i tańczyć walca na hard rockowej pięciolinii. Pozostali Glover i Paice, dzielnie przy tym smarowali tryby maszyny, by ta nie zacięła się broń Panie Boże w kwiecistym okresie, w którym kompozytorska wena biegła rozpędzona wraz z młodzieńczym temperamentem.
Aż dziw bierze , ze w tamtym czasie Polska Fonografia była głucha na takie granie i w nosie miała miliony spragnionych uszu sympatyków takowego łojenia. Fonografia , która podporządkowana była jedynie słusznie myślącej idei, jedynej zresztą partii robotniczej, nie miała zamiaru edukować socjalistycznych umysłów, wykolejeńcami z długimi włosami, dlatego wszyscy włodarze szerokim łukiem omijali dzieła Zeppów, Sabbathów czy właśnie Purpli. Nadrabiając to dopiero pod koniec PRL-u, bądź tuż po jego upadku. Kiedy już wyciekła musztarda ze słoika zdążyła zaschnąć na ceracie na dobre. Wcześniej jednak dbano o to, byśmy jako lud nie przegapili żadnej tortury z sopockiego amfiteatru, lub importowanej "Bratysławskiej Liry" (vide lury) czy bułgarskiego odpowiednika o zacnej nazwie "Złoty Orfeusz". Zresztą tego typu festiwale wszędzie straszyły jarmarcznym poziomem. Liczyły się tylko ich finały, czyli występy gwiazd. W Sopocie potrafili nas uszczęśliwić Demis Roussos, Boney M, OMD czy Ultravox, co było już niezłym czadem, podczas gdy do sielankowego festiwalu we włoskim San Remo, na gwiazdę potrafiono wyznaczyć na przykład taki Saxon, przy którym niemetalowa publiczność nieźle zarzucała poperso-grzywami.
Trzymając się jednak świętowania Purplowskiego "Machine Head", dodam tylko na koniec jeszcze taką ciekawostkę, że w tamtych czasach o czym mało kto może wiedzieć, nasi fonograficy wydali jednak cztery numery Deep Purple na winylu. A konkretnie uczyniło tak PSJ, czyli Polskie Stowarzyszenie Jazzowe jako firma POLJAZZ, które w 1973 roku wypuściło w ograniczonym nakładzie, i głównie dla członków swego klubu płytę, na której to pierwszej stronie eksperymentował nasz krajowy Osjan, a na stronie B, czyli teoretycznie tej mniej ważnej, pojawiły się cztery numery Purpli, i to właśnie z albumu ":Machine Head". A konkretnie kompozycje: "Maybe I'm A Leo", "Pictures Of Home", "Never Before" oraz "Space Truckin' ", które to na labelu zapisano jako "Space Trucking". A zatem zabrakło najbardziej znanych, czyli "Dymu na Wodzie" oraz "Gwiazdy Autostrady", ale i tak szczęśliwcami okazali się zdobywcy tej płyty, mając w szponach, bądź co bądź" cztery kapitalne numery z tej obłędnej płyty. Co w rok po premierze światowej, w tamtych naszych chudych czasach, było i tak niczym wygrany los na loterii.
Zachęcam do wyciągnięcia z półek płytowych "Machine Head", i zagranie jej sobie właśnie teraz, gdy jej święto trwa. Młodych fanów rocka zachęcam do odstawienia słabiaków z aktualnych list przebojów na bok, i zakupienie tego właśnie tytułu, a później włączenie go na maksimum voluminum decibelum !!! Niech rządzi muzyczna ekstraklasa!


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl