Trisha Yearwood - mega uznana Amerykanka, która sprzedała miliony płyt, nagrywając ich kilkanaście. Jej śpiewanie plasuje się pomiędzy wrażliwością dziewczyn z The Corrs i lekkością Celine Dion, a luzem Shanii Twain oraz niegrzecznością Lorrie Morgan, a może nawet bardziej Tanyi Tucker. Ale Trisha, to nie tylko muzyka, babeczka również jawi się znawczynią kulinarną, co doprowadziło ją do występów w gastro-programach telewizyjnych, włącznie z publikacją stosownych książek plus rozpowszechnianiem porad.
W swoim czasie jej serce skradł country'owiec Garth Brooks, przy czym nie wiem, czy nadal ze sobą lepią kluski, albowiem szczerze mówiąc - nikomu do prywatnego życia nie zaglądam. Doceniam czyjąś prywatność, tak jak i ja skutecznie chronię mą kolekcję płyt przed upublicznieniem.
"The Mirror" miało premierę w połowie lipca '25, więc fakt, iż nabyłem płytę dwa miesiące później, chyba nie wykreśla mnie z grona ludzi na czasie.
Płyta powstała w Nashville, a więc w stolicy country, i dajcie Państwo wiarę, ma w sobie wszystkie przyrzeczenia przynależne tej muzyce.
W przedsłowie promującym album, Trisha powiedziała, że ten stanowi za listy do jej młodszej wersji siebie. Jednocześnie jest to również płyta od dziewczyny po dojrzałą kobietę. Wszystkie etapy - od młodości po śmierć, a pomiędzy wierszami: przyjaźnie, miłości, także uduchowienie i życiowe kłody, jak niedawna śmierć matki Trishy. Wiem, czym jest śmierć tak bliskiej osoby, co dobitnie zrozumiałem dopiero po utracie Mamy w minionym sierpniu.
Album nie skąpi piosenek przyjaznych radiowym rozgłośniom, choć wątpię, by poza andym ktokolwiek w Polsce się ośmielił. A szkoda, ponieważ dużo wspaniałych ballad: "Goodnight Cruel World", "When October Settles In", "So Many Summers" czy z Charlesem Kelleyem "The Record Plays On" - to te moje ulubione. Do tego countryrockowe numery, wśród których bezustannie jarają mnie "Bringing The Angels" oraz "Fragile Like A Bomb" - rzecz nieco w stylu wczesnej Alannah'y Myles. Tak a propos, co się z nią stało? Zupełnie zniknęła. "The Mirror", oprócz wolnizn i dobrego na kowbojską nutę rocka, oferuje do kompletu parę mocnych nazwisk, typu Jim Lauderdale - wzięty blegrassmann, którego kawałki wykonywali George Strait czy szczególnie przeze mnie ceniony Blake Shelton.
Płytę w komitywie wydały dwa giganty - MCA Records oraz Virgin Music Group, a jej lot zakończył się na 190-pozycji dwusetki Billboardu. Być może liczba nie poraża, ale to i tak dużo dużo lepiej od każdej polskiej współczesnej kichy.
andy
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00
na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub afera.com.pl
"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań) lub radiopoznan.fm


