piątek, 30 stycznia 2026

karawan

W odtwarzaczu kompaktowym drugi album Caravan. Takie tam skojarzenie z dzisiejszym pogrzebem. Smutna uroczystość. Najbliżsi zmarłej płaczą, a ledwie mówiący ksiądz wygłasza regułkę, którą po paru ostatnich pochówkach opanowałem, jak amen w pacierzu. Żadnej inicjatywy, kreatywności, wałkują przyodziani w czerń powierzone im skostniałości, a wierni, niczym echo, oznajmiają swe przybycie równie jękliwymi odzewami. Tyle lat od wynalezienia stwórcy, a tu wciąż na jedno kopyto. Oby tylko na sercu lżej najbliższym zmarłej, albowiem łączę się z Nimi w tym smutnym dla nich czasie. Wiem, co to utrata matki. Nie minęło jeszcze pół roku od piętnastego sierpnia, najgorętszego dnia minionego - choć w sumie wyjątkowo kiepskiego - lata. Mama umarła w dniu, w którym z Mundim w ogóle tego nie przewidywaliśmy. Był to jedyny dzień, w którym z przekonaniem założyłem szorty, by ostatecznie bardzo tego pożałować. Godzinę przed kresem, Mama z apetytem zjadła kolację, a ja niebawem miałem wyruszać na Berwińskiego. Skapnęła mi się ekstra audycja - którą ostatecznie poprowadził nieoceniony Mariuszko. 

"If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You" - tytuł dżdżownica. Ciągnie się, jak stąd po Archangielsk. Płyta jednak o zwyczajnym total/time'ie, i o to chodzi. Wszystko idealnie, ani kapki pod menisk wypukły. Choćby o milimetr poza czasowy szablon czarnej płyty. Akurat tyle, na ile starcza ludzkiej percepcji.
W chałupie dwa egzemplarze. Dlaczego? Ot, wyjaśnię; otóż pierwszym, był francuski z wytwórni Mantra (pierwszy od lewej), ale przyszedł dzień, kiedy wyparł go remaster. Pojawił się etap, kiedy odbijało mi na ich punkcie. Rzucałem się na każde nowe wydanie z podbitym dźwiękiem, a jeszcze, jeśli dokładano dodatkowe utwory, to już za każde pieniądze. Pierwszy egzemplarz bez żalu wydałem szwagrowi, jednak niedługo później i on sprawił sobie identyczną edycję, więc pewnego razu postanowił sędziwy już podarunek zwrócić darczyńcy. Zdziwiłem się, ale i ucieszyłem zarazem, i od tamtego dnia uznałem płytę za przeznaczenie. 

Dwójka Caravan cudowna, choć obwieszczam wszem i wobec, w ogóle kocham ten zespół i mam bzika nawet na płyty noszące miano średniaków. Nie potrafię tego uzasadnić, ale do jasnej ciasnej, czy wszystko na tym świecie koniecznie trzeba uargumentowywać?
A zatem, "If I Could..." to bezsprzecznie najlepsza płyta Caravan, co i całej Sceny Canterbury. I dajcie spokój z tymi wszystkimi Gongami, SoftMachinami, HatfieldamiNorthami i kogo tam jeszcze licho.
Przed nami wyjątkowe coś, z prześlicznymi motywami/melodiami, wszędobylskimi i zarazem szlachetnymi Hammondami, co różnego rodzaju bębnami (często afro-kubańskimi), do tego fletem, saksofonem i oczywiście basem, gitarą... Cała baza tych instrumentów znacznie podwyższa jakość, wzmacnia stereofonię, a repertuar czyni atrakcyjniejszym. No i, cóż za olśniewające, jedyne w swoim rodzaju śpiewanie Pye'a Hastingsa i Richarda Sinclaira. Ich delikatne, niemal harmonijne, i jak gdyby z lekka wycofane głosy, paradoksalnie najbardziej definiują styl grupy.
Nie umiałbym nie mieć tej muzyki. Nie posiadając jej na półce, nie ośmielałbym się gadać do mikrofonu. Bez niej rockowy radiowiec to pipa, nie radiowiec.

Niesprawiedliwie album przywoływany pamięcią jedynie wobec "For Richard". Tak fani ochrzcili ponad czternastominutową mini suitę "Can't Be Long Now / Francoise / For Richard / Warlock". Genialny numer, ale w żaden sposób nie odstają, kolejny długas, choć jednak już tylko dziesięciominutowy, a i również zbity z czterech fragmentów - "With An Ear To The Ground You Can Make It / Martinian / Only Cox / Reprise", do tego o połowę krótsze "As I Feel I Die" - cóż za organy!, bądź tytułowa krócizna, mamy ją zaraz od brzegu strony A.
Muzyka z tego albumu jest równie na haju, co pierwsza część tytułu, tym razem dwuutworowego kolejnego mini długasa - "And I Wish I Were Stoned / Don't Worry". A przecież psychodeliczne i pod radio "Hello Hello", nawet dzisiaj mogłoby każdego poranka wybudzać nas z radiodbiornika pod resztę udanego dnia. Diapazon repertuaru całego dzieła, jak widać, wydaje się niewyczerpany. Upłynęło ponad pół wieku, a ja zawsze coś tu odkrywam. Nie da się tej muzyki pogrzebać. Niech nikt na to nie liczy. Zresztą, kto pamięta epizod Projekt Morderstwa u Columbo, to i skojarzy słowa, tego nie do zagięcia porucznika: zwłoki mają paskudny zwyczaj wypływania na powierzchnię.
Nie znam drugiego takiego, ni nawet z lekka podobnego albumu, a przesłuchałem ich w życiu tony. Lub hektolitry - jaka komu miara pasuje. Urocze, lekkie w odbiorze, wyzbyte banału dzieło, o niemal baśniowej aurze.

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm