wtorek, 20 stycznia 2026

helicopters





Kilka numerów w ostatnim mym wystąpieniu z debiutanckich Porter Band to trafione-zatopione. Płyta rozruszała rockowe bractwo, szczególnie pokolenie zgredzików, do którego z dumą należę.
Oto mój historyczny egzemplarz (krew, pot i łzy), kupiony absolutnie na czasie, w epoce z cyklu: od razu, kiedy tylko tytuł trafił do księgarń. Inna sprawa, jestem kimś, kto się nie ociąga, nie zwleka, nie odsłuchuje, nie ględzi i nie sprawdza, czy total time muzyki jest w zgodzie z jej wyceną. Wielbiciel muzyki wykłada portfel na stół, jeśli sprawa dotyczy interesującej go sztuki. Żadne rozpoznawanie terenu, by trzydzieści pięć złotych nie poszło w piździec. Koniec kropka.
"Helicopters" to materiał z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego, wydany rok później pod kooperacyjną banderą Pronitu z Wifonem. Chyba wszyscy - my ówcześniejsi - mieliśmy tę płytę. Nie pamiętam, by ktokolwiek nie miał. I także nie pamiętam, by komukolwiek nie przypadła do gustu.
Zaśpiewana po angielsku (lider John Porter Walijczykiem), ale i tak od pierwszego dnia wszyscy traktowaliśmy tę muzę jako naszą.
W trakcie audycji szkolny kumpel, Marek, napisał: ... ciekawe, czy Porter był znany poza granicami?. Odpisałem: A wiesz Marek, też się nad tym zastanawiam zawsze, kiedy tego słucham. Człowiek chciałby, by każdy fan rocka, czy to w Atlancie, czy dajmy na to - Hamburgu, miał na półce. Oczywiście, z tą popularnością, nie miałem na myśli szału rodem z prestiżowych UK Top czy Billboard 200, a po prostu takie nieprzesadne uznanie, na zasadzie - wiedzą ci, co znać powinni. I tu też warunek, mowa o ludziskach, którzy nigdy nie mieli za dużo w dupie, za to zaangażowanie słuchający i podziwiający, nie wszelacy przesmradzacze, jak dzisiejsza nowa krew - narybek melomanów od myjek. Załamka z tym kąpaniem płyt. Ile to dnia schodzi na ciaćkanie się, a to z dolewaniem płynu, potem mozolnym procesem mycia, jeszcze potem niechcącego się skończyć suszenia, aż po połowie dnia płyta gotowa, od łaski można nareszcie posłuchać. Dawno by mi ochota przeszła. Wyprułbym się z wszystkich emocji i zabrał za szydełkowanie.

A zatem, odświeżyli mi się starzy Porter Band. Co za ekipa! Nieprawdopodobna. Wyjawię przy tej okazji, Mrożka i Cwynara miałem nawet okazję popodziwiać na scenie, niemal przed półwieczem. Grali, że hej! I to kolejne moje szczęście.

Porter Band etapu "Helicopters" to świeżość, młodość, energia, pomysłowość, brzmienie, wiara w siebie, witalność, no i - umiejętności. Były takie czasy, kiedy nasi mieli w sobie to coś. Dlatego nie umiem polubić tych obecnych alternatywnych cielę na niedzielę muzykobójców.
"Helicopters" - cała płyta miód/malina/orzeszki, i wcale nie tylko mowa o najbardziej spopularyzowanych, jak z minionej niedzieli na moim paśmie: "Ain't Got My Music" (jak to? jak najbardziej Johnie mieliście swoją muzykę!), "Northern Winds" czy "Refill". Ta ostatnia, w polskim przekładzie wychodzi na podstawie nalepki: "Czy Chcesz Się Przekonać". Wynika również z tekstu: "... do you wanna refill". Ale ale... w angielskim refill oznacza dolewkę, albo wręcz jest informacją o kolejnym drinku. I to chyba niekoniecznie jest slang. No, ale na angielskim nie bardzo się znam, niech wypowiedzą się bywalcy tamtejszych pijalnych miejscówek, albo sam Porter.
Dobrze sprawa zbiegła się z właśnie co rzuconą na rynek GADzią reedycją albumu. Zarówno kompakt - wraz z dodatkowymi numerami - oraz winyle w tradycyjnej czerni plus w droższej tyciu wersji na różnobarwnym nośniku.
Tak lubię jedynkę Porterów, iż chyba powinienem także zainwestować w najnowszą wersję. Nawet nie tyle do słuchania, co na półkę. Niech sobie leżakuje, najlepiej w dziewiczej folii i nabiera, lub w przypadku obu nośników, nabierają wartości. I to byłoby nawet stosowne myślenie, gdybym miał ze trzydzieści, góra czterdzieści lat, ale... teraz? Hmmm... kiedy dzisiejsze edycje zaczną w kolekcjonerstwie wreszcie coś znaczyć i ceny w drugim obiegu wyśrubują, będę dobrze po osiemdziesiątce, albo najzwyczajniej dawno mnie nie będzie. Życie nie znosi próżni, lubi zamieszać, więc... nie dalej, jak dzisiaj, dowiedziałem się, że mój z Facebooka znajomy, Grzegorz, właśnie wyprowadził się z tego świata. I nie wiadomo, gdzie, dokąd i po co. Był młodszy o trzy lata i na pewno dużo lepiej się prowadził. Oboje lubiliśmy Deep Purple, ale co budujące, Grzegorz również sprzyjał albumowi "Slaves And Masters". Wraz z jego odejściem coraz mniej wokół mnie popleczników tej super płyty.
Zasmuciłem się. Tak, zasmuciłem całkiem serio. Myślę o Nim, myślę, jaki z niego fajny jegomość był. Kulturalny i empatyczny, co szczególnie uważam podkreślić należy. Mówimy wszak o reglamentowanym usposobieniu, takim spoza sklepowych półek. Choć obecnie to raczej paczkomaty, najlepiej z darmową dostawą. Pod dom, na wycieraczkę, do ryja, niech jeszcze pomogą przeżuć, przemielić i spłukać -- Trzymaj się Brachu - uciekaj ciemni, głuszy i nicości, szukaj, szukaj, bo kto wie... może jednak, gdzieś tam, jeszcze coś jest. 


andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm