czwartek, 24 sierpnia 2017

THE EDEN HOUSE - "Songs For The Broken Ones" - (2017) -








THE EDEN HOUSE
"Songs For The Broken Ones"
(JUNGLE RECORDS)
****




Brakuje mi najlepszych w świecie audycji Tomasza Beksińskiego. I choć do dziś funkcjonują jego muzyczne odkrycia, jak XIII Stoleti bądź Lacrimosa, to nikt już tak pięknie na falach eteru nie potrafi o nich opowiadać i nimi zarażać. Przez chwilę wyobraziłem sobie zatem, jak zabrzmiałaby muzyka z najnowszego longplaya Eden House'ów "Songs For The Broken Ones" w lubianej niegdyś "Trójce Pod Księżycem" - tej z soboty na niedzielę. A że Nosferatu uwielbiał pokrewnych temu dziełu Fields Of The Nephilim oraz Siouxie Sioux, to kto wie, być może omawiana płyta zagrałaby w szacownej audycji.
The Eden House - dowodzone przez gitarzystę Stephena Careya (z This Burning Effigy i Adoration) oraz basistę Tony'ego Pettitta (z Fields Of The Nephilim, a później już bez Carla McCoya jako Rubicon) - zauważalnie flirtują z melancholijną stroną rocka gotyckiego. Ich trzecie dzieło jest jakby wypadkową wspomnianych Fields Of The Nephilim oraz uśpionych twórczo Siouxsie And The Banshees. W jego ramy wpisało się aż pięć wokalistek, wśród których prym wiedzie kapitalna Monica Richards - z grupy Faith And The Muse. I choć Monica zaśpiewała aż w siedmiu kompozycjach - z dwunastu dostępnych - to w żaden sposób nie wolno zdyskredytować pozostałych czterech dam: Lee Douglas z Anathemy, mezzo-sopranistki Louise Crane, współpracowniczki Marca Almonda: Kelli Ali, oraz żony Tony'ego Pettitta: Meghan Noel Pettitt.
Fani Nephilim powinni być wniebowzięci, albowiem bas Pettitta rządzi tu niepodzielnie - pomimo mnogości gitar, niemałej liczby skrzypiec i pięknych femme wokali. I nie da się ukryć, iż śpiew Moniki Richards stanowi za absolutną ozdobę sporej części zaoferowanego tu repertuaru. Dziewczyna zawładnęła najlepszymi albumowymi kąskami: "One Heart", "12th Night", "Ours Again" oraz "Let Me In" - śpiewając z wdziękiem musicalowego mroku Siouxsie Sioux i delikatności Julianne Regan - znanej z All About Eve - też niegdyś przez moment współpracującej z The Eden House.
Duży ukłon za "The Ardent Tide" ślę ku Louise Crane. Dzięki niej, nieistniejący od dwóch dekad Cocteau Twins, po raz kolejny jakby o sobie przypomnieli. Tych blisko 9 minut stanowi za godny finał dzieła.
Płyta przynajmniej połowicznie genialna i trudno się od niej oderwać. Na dobry początek może zatem przykucnijmy przy "One Heart". Coś tak pięknego trafia się w czasach obecnych nad wyraz rzadko. Gdybym był redaktorem programowym jakiejś znaczącej rozgłośni, nakazałbym każdego dnia wieloemisyjność tej kompozycji, zamiast chęcią zysku i pazernością ogłupiać rodaków tym muzycznym analfabetą Martyniukiem. "One Heart" ewidentne nawiązuje do czasów Nephilim'owskiego "Elizium", a nawet w kobiecym odzieniu jest jego kontynuacją.
Proszę nie zrażać się otwierającemu całość i zdecydowanie najmniej udanemu "Verdades (I Have Chosen You)" - notabene zaśpiewanemu przez wychwalaną po niebiosa Monikę Richards. Miało być egzotycznie, po iberyjsku, a zapachniało rytmami mocno zapomnianej estradowej Baccary. To nic, to tylko złe dobrego początki. Rekompensatą niech zatem będzie trzecia w albumowej kolejności, i po raz któryś już podlana skrzypcami, urocza pieśń "Misery" - z gościnną gitarą "misjonarza" Simona Hinklera, i jeszcze jednym wokalnym przewodnictwem Louise Crane. Boskie.
Trzeba mieć tę płytę, choć ta, zdaje się w polskich sklepach nie występuje.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")