wtorek, 22 stycznia 2013

o Gryzulce, innych psinach także, a i o Riverside oraz Pendragon

Na ostatnim niedzielnym uroczystym spotkaniu w bliskim gronie , zarzucono mi, że  nie piszę o niczym fajnym (czytaj: normalnym), tylko o muzyce. Tak więc dowiedziałem się, że ponoć nie ma o czym czytać. Padło nawet stwierdzenie, iż to niemożliwe, żeby nie działo się nic ostatnio ciekawego w moim życiu. I tu mnie przydusiły chłopaki do muru. Otóż dzieje się, i może właśnie dlatego nie bardzo mam kiedy postukać w klawiaturę na tym moim mini komputerku.
Największą mą radością jest psinka, której jestem szczęśliwym posiadaczem właśnie od minionej niedzieli. Łobuzerka przyjechała pociągiem aż z Gdańska. Tam została znaleziona jako sierotka pod schroniskiem. Ktoś ją podrzucił w ten mróz. Jakże dobrze, że jej nie utopił.  I to pewnie także (na szczęście) przez ten mróz. A raczej, dzięki niemu. Jest to przepiękny i tonący w gąszczu kłaczków kundelek. Suczka. Suczka, która przyjechała z już nadanym wcześniej imieniem - Zula. Ja wołam na nią Zulka, bo tak jest jakoś ładniej, a i pasuje ogólnie do tej małej rozwydrzonej mordki. Z racji tego, że maluda gryzie co popadnie, a już najchętniej to mnie, często wołam na nią Gryzulka.
Gryzulka wprowadziła wiele ożywienia, zamieszania, radości, ale i nadała pewne obowiązki. To nic innego przecież jak małe dziecko - 7-tygodniowe, co oznacza, że na świat przyszła w okolicach Andrzejek , najpóźniej Mikołaja.
Mógłbym o niej pisać i pisać, ale zdaję sobie sprawę, że ten blog nie do tego został powołany.
Dodać jednak muszę,  iż jest to czwarty piesek w moim życiu. I aby doprecyzować - czwarta suczka. Tak się akurat zawsze składało.
Pierwsza nazywała się Leda. Był to kundel pospolity, który był pierwszym mym futrzanym skarbem. Niestety, paskuda gryzła obcych. Do tego stopnia, że ugryzła kiedyś solidnie syna milicjanta i niestety nakazem musieliśmy się jej pozbyć. Na szczęście nie do końca, i nie na zawsze, bowiem przygarnęła Ledę rodzinka ze wsi, na której to wsi psinka dożyła końca swych dni. Nie napiszę "szczęśliwego końca", gdyż niestety zginęła od końskiego kopyta, któremu zresztą całe życie zatruwała,
Druga ciutka nazywała się "Mufka". Był to kundelkowaty jamnik, choć podobno jako siódmy z miotu. Niestety los "Mufki" okazał się dramatyczny. Podczas pewnej wyprawy do lasu , w której to wyprawie nie uczestniczyłem, psina się czegoś przestraszyła, poleciała w las i zniknęła w nim na zawsze.
Niedługo później kupiliśmy rodowodową jamniczkę długowłosą o imieniu Rina. Miała rodziców championów z Holandii, i była przecudnym psiakiem. Choć przecież jako jamnik, chodziła swoimi ścieżkami. Typowa indywidualistka. Dopóki jej nie roztuczyliśmy, to znaczy tutaj uczciwie biorę winę na siebie, jeździła z nami na wystawy psów. I tak dla przykładu, na jednej z nich w Zielonej Górze, została zwyciężczynią całej wystawy !!!, a na międzynarodowej w Poznaniu - zwyciężyła w klasie jamników. Do dzisiaj nie zapomnę jak jeden z jurorów powiedział, że nie widział jeszcze tak pięknej jamniczki.
Niestety Rinka zmarła w moje urodziny "trzynastego", w wieku "trzynastu" lat.
Mam nadzieję, że Zulka, która do naszego domu wprowadziła się w roku 2013 spowoduje, iż odczaruje zaklętą "trzynastkę", i od tej pory będzie to już tylko liczba szczęśliwa.

Abstrahując od psiego życia, dodam iż jestem zasłuchany w nowym Riverside. A to, że w niedzielę poleciało w eter nie to co miało, zganiam na siebie. Po prostu zapakowałem w szufladzie pomyłkowo płytę nr 2, zamiast jedynki. I tak poleciała druga część medytacyjnego "Night Session", zamiast jednej z najcudowniejszych kompozycji nowego albumu. Lecz co się odwlecze, to ... Najbardziej zdumiał mnie fakt, że otrzymałem kilka smsów od nocnych marków, którzy byli wniebowzięci słuchając nietypowego Riverside. Przyprawionego na dżezową nutę. Mnie też spodobała się ta druga zespołowa twarz.
Wczoraj słuchałem tej płyty niemal przez cały dzień, i wciąż jej dobrze jeszcze nie poznałem. Tyle kryje w sobie tajemnic. A także bogactwa, melodii, klimatu, brzmienia...  Kurcze, kto wie...., tak coś podskórnie czuję, że to ich najlepsza płyta. Ale poczekam jeszcze z werdyktem.

Poza tym, wczoraj wieczorem napisał do mnie smsa Szymon Dopierała (realizujący NS). I to jest bardzo miła wiadomość, bowiem 8 maja zawita do Poznania mój ukochany Pendragon. Panowie mają ponownie zagrać w Blue Nocie. Nie znam jeszcze szczegółów, a co za tym idzie także cen biletów. Nieważne, to się szybko wyjaśni, a znając życie już na pewno po sieci krążą na ten temat informacje, a Masłowski dowie się z tradycyjnym i "zamierzonym" !!! poślizgiem. Cieszę się z tego, i na pewno jeśli będę cały i zdrów, to pójdę!.

Tyle na dziś. I tak zresztą nieco się rozpisałem, no ale dawnośmy się nie widzieli.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl







2 komentarze:

  1. Od razu przyparli do muru... ;)
    A ten Riverside faktycznie niesamowity... :)

    OdpowiedzUsuń